![]() |
|
[Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander (/showthread.php?tid=3759) Strony:
1
2
|
RE: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Lorien Mulciber - 02.09.2025 Nazwisko było wszystkim. Było niczym. Było tym czego jedno pożądało całe życie, a drugie wręcz nienawidziło. Musieli w końcu spotkać się w połowie drogi. Zaakceptować swoją rolę na łamach niespisanej wciąż historii rodu tak martwego jak oni sami. Czy inaczej smakowałoby imię Alexandra na jej ustach, gdyby nosił inne nazwisko? Avery. Rookwood. Lestrange. Mogłaby wymienić każde jedno zapisane i pominięte w Skoroszycie Nottów, a i tak żadne nie pozostawiało na jej języku tego słodko-gorzkiego posmaku. Co czyniło Mulciberów Mulciberami jeśli nie jego mętne, błądzące po arkanach przyszłości spojrzenie; jeżeli nie odcisk na jego smukłych dłoniach jaki pozostawi po sobie wżynający się w mały palec znak przeszłości; jeżeli nie słodki zapach jaśminu, który dziś przylgnie do jego ulubionej koszuli wraz z kroplami krwi. Kiedy znajdzie w sobie na tyle siły, by ją uprać? Ze wszystkich słów określających uczucia, słowa miłość Lorien nie lubiła chyba najbardziej. Lubiła obsesję - gdy pozwalała mu opuszkami palców zliczać żebra przykryte miękkim, cienkim i tak cholernie niepotrzebnym kawałkiem szmatki od Rosierów. Rozkoszowała się w oddaniu i przywiązaniu, gdy pytał ją o przyzwolenie bez słów. Jak szczeniak, którego ktoś pozostawił zbyt długo na łańcuchu. Zawsze miał ładne oczy.- Stwierdziła w myślach, gdy je przymknął. Nagle poczuła się zazdrosna o swój własny obraz wypalony w jego pamięci. Oczy Alexandra były jasne, niebieskie, zupełnie niepodobne do oczu jego matki. Szkoda, że przy okazji był tak kurewsko ślepy. Uwielbienie, czułość, fascynacja. Mogłaby wymieniać w nieskończoność. Ale nic nie równało się tej przeklętej miłości. Miałkiej, bezinteresownej, wartej nie więcej niż złota przywieszka na jej poruszającej się w nierównym oddechu piersi. Alexander Mulciber nie kochał jej zbyt mocno, bo Alexander Mulciber nie potrafił kochać. Potrafił tylko brać. Brać i brać i liczyć, że zapcha pustkę w sercu, bo zerżnie jedną pannę, poślubi drugą a o trzeciej będzie marzył. Powiedz Alexandrze czemu zawsze wybierasz na kochanki głupiutkie blondynki o włosach lśniących złotem słońca? Powiedz Alexandrze dlaczego ślubny kobierzec zabierasz taką, której włosy lśnią odcieniami mahoniu o lokach splątanych wiatrem? Powiedz Alexandrze czyją twarz widzisz w tafli spokojnego greckiego morza? Mogła zniszczyć to wspomnienie. Mogła pozwolić mu rozbić się o brzydkie kafelki w łazience Agnes Delacour. Ale przyjęła je w milczeniu. A on, ze wszystkich osób na tym pierdolonym świecie pokazał jej Dianę. Zacisnęła mocniej palce na jego koszuli. Lorien Mulciber wyjątkowo mocno nie lubiła słowa “miłość” bo do tego odebrano prawo młodej Lorien Crouch. Myślisz, że chciałam go, bo był czymkolwiek więcej niż twoim bratem? pytały oczy czarownicy, w kolorze niczym nie różniące się przecież od lotek jej piór. - Umrze ze mną.- Powtórzyła.- Spłonie na cygańskim stosie i spocznie w uświęconej ziemi na rodzinnym cmentarzu wraz z moimi prochami u stóp pomnika porośniętego wrzosem i mchem. Przymknęła oczy, pozwalając mu na tą odrobinę pieszczoty, gdy przesunął paznokciami po skalpie jej głowy. Wplótł palce w jej gęste loki, zahaczając o złote spinki. Pozwoliła się przyciągnąć bliżej. Pozwoliła mu na to. Pozwoliła mu na wszystko. A on znów tylko i wyłącznie brał. Z jej piersi wyrwało się ciche westchnienie, gdy szarpnął. Zmusił ją do uchylenia powiek; porzucenia słodkiej fantazji i rozlanego w umyśle wspomnienia, które wygrała. Bo przecież to właśnie robili, prawda? Grali. Bezczelnie, z pogwałceniem wszystkich zasad i ustalonych reguł. Grali w grę, którą zaczęli już kilka godzin wcześniej, gdy nachylił się nad nią przy stoliku. Odległość między nimi nie mogła być większa od grubości nici jakimi utkany był ich całun. Ale tak długo jak pytanie nie padło na głos - tak długo ona nie odpowiadała. Zawiesiła na moment wzrok na jego ustach, tylko po to, by podnieść się odrobinę i złożyć czuły pocałunek na jego czole, odbijając swoją rozmazaną szminkę na zroszonej potem skórze. Zabiorę cię ze sobą dopiero, gdy wydłubiesz sobie trzecie oko. Nie wcześniej. Oddaj mi swój największy dar Tejrezjaszu. Udowodnij, że zasługujesz na dar rozumienia ptasiej mowy. Słowa starej piosenki powitała jak trzeci brat witał śmierć w opowieściach Barda Beedle’a. Jak starego przyjaciela. Zaklęcie, które rozlało się po jej umyśle przypominało złoty łańcuszek, którym przypinano nóżki ptakom. Tak by nigdy nie mogły zbyt daleko odlecieć, nawet jeśli ich klatka była otwarta na oścież. Bo przecież po to trzymano ptaki, prawda? By śpiewały. Każdy postronny usłyszałby w głosie Alexandra żądanie. Ona słyszała tylko rozpacz. Przełknęła powoli ślinę, czubek różdżki zadrżał, oparty o jej krtań. Jeden niewłaściwy ruch i ptaszyna zamilkłaby na zawsze. Czy nie tego chcesz, mój bracie? Bym śpiewała tylko dla ciebie? Dłonie, które dotychczas tak czule obejmowały Mulcibera - opadły. Opuściła je wzdłuż ciała, nie próbując się poruszyć, przytrzymana za włosy jak tania dziwka z Nokturnu. - Jesteś wiatru narzeczonym.- Zanuciła, ale nawet płaczliwy, skrzekliwy szept w ciszy odciętej od świata łazienki brzmiał mocniej niż cokolwiek wcześniej. - Jesteś słońca narzeczonym. I strumienia narzeczonym. Nic już dla mnie nie masz. Bo cię z wiatrem zaręczono. Bo cię z falą zaręczono. I ze słońcem zaręczono. Pierścieniami trzema. Pieśń wilgowrona nie była tak piękna jak słowicza. Ani nawet tak pocieszna i lekka jak ta wyśpiewywana przez kanarka. Nie zwiastowała śmierci, deszczu, a wylewane wraz z nią łzy nie leczyły ran. Była to pieśń po prostu kurewsko smutna. Tak smutna jak sama Lorien. - Gdybym była ci jak wiatr. I tak bystra jak strumienie. Gdyby słońcu złoto skraść. To byś zdjął me trzy pierścienie. Pierwszy porwał by nam wiatr. Ten sam, który zasłonił na moment twarz Loretty, gdy całowałeś ją w narkotycznym amoku. Drugi w wodzie by zatonął. Tak jak wraz ze świtem tonęły twoje marzenia o przyszłości w cieniu drzew pomarańczy w przydomowym ogrodzie. A ten trzeci w słońcu zbladł. Wiesz, że ta dziewczyna, którą spotkałeś wcześniej gdy tłumaczyłeś Bagshotowi tajemną wiedzę wróżenia z moczu zostawiła ci na marynarce blond włos? Wtedy miałbyś narzeczoną. - Jestem wiatru narzeczoną. Jestem słońca narzeczoną. I strumienia narzeczoną. Nie bądź że zazdrosny. Bo mnie z wiatrem zaręczono. Bo mnie z falą zaręczono. W samym środku wiosny. Zamknęła oczy. Każde kolejne słowo starej piosenki paliło jej wargi. Ale nie mogła przestać śpiewać. Klątwa wiązała umysł i serce. - A ja gniewam się, że wiatr, kręci loki twoim włosom. Że ci promień w oczy wpadł. Że w strumieniu brodzisz boso. Wolę twój potrójny grzech. Z wiatrem, słońcem i strumieniem. Moich narzeczonych trzech na nikogo nie zamienisz. Spojrzała na niego błagalnie. A przecież Lorien Mulciber nigdy o nic nie błagała. Pozwoliła ciężkim łzom płynąć po policzkach. Nie była w stanie zaśpiewać końcówki. Ale przecież Alexander Mulciber kochał ją zbyt mocno, by zdobyć się na ten akt łaski. - Już się nie odmienię. Już… się… nie… odmienię.- Wyrzęziła z trudem. Lorien Mulciber nie była dobrym człowiekiem. Przede wszystkim nie była jednak dobrą żoną. Nie miała nawet siły sięgnąć po różdżkę, żeby oddać się decyzji nieubłaganego losu. - Zabierz mnie do domu, Alexandrze Mulciber.- Szepnęła zamiast tego.- Wygrałeś. RE: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Alexander Mulciber - 23.10.2025 "Wygrałeś", szepnęła Lorien. Oboje dobrze wiedzieli, że gra była vabank, więc zwycięzca brał wszystko. "Wygrałeś", szepnęła. Więc dlaczego czuł się tak, jak gdyby wszystko przegrał? Alexander Mulciber wiedział kim jest, i po tych wszystkich latach, widział w tym swego rodzaju zwycięstwo. Pyrrusowe zwycięstwo, pomyślał, ocierając ręką łzy, które spływały bezgłośnie po policzkach Lorien. Zwycięstwo Pyrrusa, epirskiego króla-proroka, który walczył z Rzymianami, wygraną z imperium okupując niemożliwymi do pogodzenia stratami. "Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni", miał mu powiedzieć obdarzony darem widzenia syn, noszący skądinąd imię Aleksander. Widział wyraźnie swoją zgubę. Wystarczyłoby jedno zaklęcie. Wyręczyłby Lorien, wyszeptawszy je na głos. Nigdy był dobry z transmutacji, ale wystarczyłoby mu tyle, ile umiał, aby dokonać subtelnej przemiany. Przycisnąłby różdżkę do policzka, a potem znów przyciągnąłby ją do siebie, choć tym razem nie musiałby przymuszać jej, żeby patrzyła. Sama wyciągnęłaby ku niemu dłonie, gdyby przybrał twarz swego brata. Czy wtedy by wygrał? Czy wtedy byłby wystarczającym dla Lorien Crouch? To był ten jeden moment, kiedy chciał być nim. A teraz... Teraz był nim. Był Donaldem. Kiedy stał się tym, czego zawsze nienawidził? Kiedy stał się swoim bratem? Czy to były dni, miesiące, czy lata? Czy gdyby ukradł mu twarz, czy w ogóle dostrzegłaby różnicę? Wyobrażał sobie, jak jego rysy powoli stają się delikatniejszymi, mniej zaostrzonymi, bo choć twarze mieli podobne, Donald nie nosił na swojej znamion uzależnienia. Jego karnacja wydawała się jakby jaśniejsza, a skóra zdrowsza. Nie miał zapadniętych policzków i żałosnej desperacji na dnie ciemnych, czarnych niemal oczu. Tego jednego Alexander zawsze mu zazdrościł. Oczu. Tego, że to Donald miał oczy po matce, chociaż to Alexandrowi należały się z racji daru, jaki płynął w jego żyłach. To on był jasnowidzem, nie Donald. Donald dziedziczył po ojcu wszystko, a Alexander nigdy, przenigdy przeciw temu nie protestował. Zbyt dobrze znał swoje miejsce. Zamiast tego obwołał siebie dziedzicem swej matki, za naturalnym uznając swe prawo, skoro odziedziczył po niej dar widzenia. Czemu więc nie przypadły mu w udziale jej oczy? Czemu patrzył na świat oczami swego ojca? Gdyby mógł, zabrałby Donaldowi jego oczy. Być może wtedy przez choć jedną chwilę mógłby poczuć, że ją ma. Ją i jej bezwzględne oddanie. Tego jednego Donaldowi zazdrościł. Tego, i... Miłości, jaką darzyła go Lorien. Mimo że wiedział, że nie była to miłość. Nie była nigdy w stanie oszukać go, że to miłość. Choć właściwie, nie sądził, aby kiedykolwiek próbowała go oszukiwać. Zbyt dobrze ją znał. A jednak... Gdy scyzorykiem wycinał na starym parapecie na strychu jej imię obok swojego, wyciął w drewnie "Lorien Mulciber". Miał wtedy może z siedem lat. Po latach wyglądał przez to samo okno, wodząc palcem po sękatej powierzchni. Lorien Crouch, Lorien Prewett, Lorien Mulciber. A zaraz obok niej: Alexander Mulciber. Piętnastoletni Alexander Mulciber patrzył z okna, jak Lorien żegna się z jego ojcem i matką. Jak rzuca przeciągłe spojrzenie jego bratu, a na dnie jej ciemnych, ptasich oczu czai się coś na kształt pożądania. Nie pożegnał się z nią wtedy. Obrażony, ukrył się wtedy przed całym światem, nie wiedząc, za co właściwie jest obrażony. Nie nazwałby tego zazdrością. A jednak czuł się zdradzony. Nie dlatego, że rościł sobie kiedykolwiek do Lorien jakiekolwiek prawa, ale dlatego zawsze mieli być oni. Oni razem przeciwko światu. Nieważne, że ustawioną była ta walka, obstawiali tak samo. Wiedział, że Lorien dzisiaj wieczorem obstawi czerwone. Zawsze najpierw obstawiała czerwone. Czerwone jak jej suknia. Czerwone jak krew na jego kołnierzyku. Czerwone jak zdziczałe róże, porastające ogrody Mulciber Manor. Ogrody domu. Nie jego domu, tylko ich domu. Mulciber Manor, o które tak rozpaczliwie walczyli będąc dziećmi, chociaż nie miało nigdy należeć do żadnego z nich. Mulciber Manor zawsze miało należeć do Donalda. Donald żył, wciąż istniał więc cień szansy, że się obudzi. A gdyby się obudził, wydałby wtedy niechybnie swego brata władzom za to, na co się wobec niego poważył. Wydałby go, i Alex straciłby wszystko. Lepiej by było, gdyby zdechł, myślał czasem, ale zaraz kreślił mimowolnie ochronny cygański znak, gestem czysto zabobonnym, magicznym, jak gdyby potrzebował ochrony przed własnymi myślami. Jeżeli umrze – kalkulował bowiem w wyrachowaniu szaleńca, któremu pozostało tylko liczyć głosy we wnętrzu swojej głowy – jeżeli umrze, będę bratobójcą. Spadnie na mnie klątwa za przelanie krwi własnej rodziny... Oszaleję, a ja nie mogę oszaleć. Nie chcę oszaleć. Tarł skronie, wsparłszy się o blat biurka swego brata, walcząc z zalewającymi go premonicjami. To w końcu lepiej by było, żeby zabił, czy nie zabił? Nie, zdawał sobie zaraz sprawę, że wychodził od niewłaściwych założeń, Donald nigdy by go nie wydał. Więzienie w Azkabanie byłoby łaskawszą opcją niż to, co zrobiłby mu po przebudzeniu ze swojego snu. Przewrotnością losu było bowiem, że Alexander dostał brawa za najpodlejszy czyn, jakiego dokonał, a stryczek należał mu się za najszlachetniejszy. Brawa za fundację założoną na cześć brata, którego twarz w talii tarota zawsze nosił Diabeł. Stryczek za zamach na jego życie, choć wszystkim było przecież bez Donalda lepiej. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo zepsuty był. Nigdy w życiu Alexander Mulciber nie bał się nikogo tak, jak bał się swojego brata. Może dlatego tak bardzo bolało go, że to jego wybrała Lorien. Nie z miłości. Nigdy z miłości. Wybrała go z dziewczęcego kaprysu. Bo żadna z nich – Lorien Crouch, Lorien Prewett, Lorien Mulciber – żadna z nich nie umiała przecież kochać. Zawsze umiała tylko, kurwa, brać, a potem miała czelność mówić mu: "nie bądźże zazdrosny." Dlaczego zawsze widziałaś siebie u jego boku, gdy mogłaś mieć mnie? Dlaczego skoro wystarczyło, żebyś powiedziała... Przecież dałbym ci to nazwisko. Ale to nigdy nie wystarczyłoby Lorien Crouch, prawda? Nie, ona musiała mieć wszystko. Czy wtedy by wygrał? Gdyby urodził się pierwszym, a nie drugim synem? Czy wtedy oboje by wygrali? A jednak, gdy daję ci to właśnie, czegoś chciała, Lorien Mulciber, ty płaczesz. Przymuszasz mnie, abym ci to wszystko pokazał, a potem odwracasz wzrok. Czego więcej chcesz ode mnie? Przecież wiesz, odpowiadały niemo jej zapłakane oczy. Jej bezwładne dłonie, zwieszające się wzdłuż ciała. Jak gdyby gwałt na jej woli niczym nie różnił się od gwałtu na jej ciele. Czy tak wyglądała jego matka, gdy ojciec poił ją amortencją? Gdy ją zmuszał do tego, żeby go kochała? Być może był bardziej podobny do swego ojca niż sądził. Zemdliło go na samą myśl. Zemdliło go, gdy uświadomił sobie, co właśnie zrobił. Zamrugał gwałtownie. Nie przejąłby się, gdyby nie chodziło o nią. To nie tak, chciał zaprzeczyć, nie, Lorien, to nie tak... "Nie tak?", zapytał zamiast tego cichy głos z tyłu jego głowy – jej głos, głos Lorien łamiący się w śpiewie – a może głos jego matki, gdy jeszcze była świadoma, że głos posiada. "Więc jak?" Podniósł bezwładną dłoń Lorien do swych ust, tylko po to, aby odcisnąć na niej delikatny pocałunek. – Nie tego chcesz? Nie tego chciałaś? – wyszeptał. – Posiadać i być posiadaną? Ucałował znów wierzch jej dłoni. Odwrócił ją. Ucałował wnętrze. Poszarpaną linię życia, którą znał niemal tak dobrze jak swoją własną. Miała arcykobiece dłonie, miękkie, doskonale wypielęgnowane, gdyby nie drobniutkie ranki po piórach wyrastających ze skóry w jej wilgowroniej postaci. Szczupłe palce, które podczas przemiany zmieniały się w szpony, znów pokrywały pierścienie. Sam nosił ich wiele, a jednak ojcowski sygnet królował niepodzielnie na jego ręku. Nie ma wyższej wartości niż rodzina, powtarzała mu, desperacko pragnąc dowodów rodzinnej miłości, którą idealizowała, nie rozumiejąc, że w rodzinie Mulciberów miłość tożsama była z okrucieństwem. Och, rzeczy, które Alexander robił z miłości... Wszystkie nieskończenie głupie, wszystkie dokonane z pełną premedytacją. Gdyby ktoś spytał go, czy chciałby cofnąć czas, dokonać innych wyborów – takich, które pozwoliłyby mu oszczędzić cierpienia sobie i innym – nawet nie mrugnąłby okiem. Gdyby ktoś spytał go, "a gdybyś mógł wiedzieć wcześniej, jak to się wszystko skończy, co zrobiłbyś inaczej?", odpowiedziałby mu spokojnie, niemalże obojętnie, jak gdyby słyszał to pytanie tysięczny już raz. Odpowiedziałby po prostu: "przecież wiedziałem". A potem zrobiłby to wszystko raz jeszcze, dokładnie tak samo. Ale tę jedną rzecz... Być może tę jedną rzecz zrobiłby inaczej. Wiele razy rozważał, w którym miejscu należało dokonać alteracji. Wiele razy zastanawiał się, gdzie przebiegał magiczny punkt odcięcia. Czy gdyby założył inną szatę, gdy wychodzili razem na szkolny bal, czy wtedy Lorien spojrzałaby na niego inaczej? Czy gdyby nie pocałował jej w policzek, lecz w usta, po tym jak opiekuńczym gestem oparła dłoń na jego karku, wtedy, gdy zasnął w bibliotece, pochylony nad tłumaczeniem znalezionej przypadkiem przepowiedni, czy odwzajemniłaby pocałunek? Czy gdyby nie trzasnął za sobą drzwiami, uciekając przed nią na wrzosowisko, gdy jako dzieci sprzeczali się ze sobą o miejsce na rodzinnym cmentarzu, czy wtedy byłaby jeszcze w stanie go pokochać? Ale przecież szata niczego nie zmieniała. Pocałunek niczego nie zmieniał. Posąg nad pustym grobem niczego nie zmieniał. Gdzie więc przebiegała granica? Gdzieś musiała przebiegać. Bo Alexander wiedział przecież, że mógłby uczynić Lorien szczęśliwą. Przynajmniej przez krótką chwilę. Wiedział, że mógłby tego dokonać, bo pamiętał czasy, gdy była jeszcze szczęśliwa. Może dlatego tak bardzo go bolało, gdy uświadamiał sobie, że to, co uczyniłoby ją szczęśliwą, jemu przysporzyłoby tylko bólu. Chciał, żeby Lorien mogła spojrzeć na siebie jego oczami. Może wtedy by zrozumiała. Ale nie, jej nigdy nie wystarczyłyby jego oczy, nawet gdyby wydarła swym dziobem wszystkie trzy. Jego spojrzenie nigdy nie było wystarczającym. Wystarczającym byłby portret w rodzinnej galerii. Spojrzenie utrwalone na wieczność, śmierć zakonserwowana w czasie. Nie istniało piękniejsze mauzoleum. Może dlatego zawsze wolała oczy Donalda, pomyślał, na pół zagniewany, na pół rozżalony. Na ich dnie zawsze widać było martwotę. Czy gdyby był Donaldem, byłaby mu w stanie wybaczyć okrucieństwo, które dostrzegła w jego twarzy? Czy jemu oddałaby się z ochotą? Czy jemu zaśpiewałaby jeszcze piękniej, niż śpiewała Alexandrowi? "Jesteś wiatru narzeczonym", śpiewała mu przez łzy. "Jesteś słońca narzeczonym. I strumienia narzeczonym. Nic już dla mnie nie masz." Narzeczony... Nigdy nie dane mu było być narzeczonym Lorien. Był narzeczonym Ambrosii pochodzącej z rodziny, którą wykluczono z czarodziejskiej społeczności za sprzedaż słodkości nasyconych amortencją. Był narzeczonym Loretty, z krwią, której kropla wystarczyła, aby odurzyć zmysły, Loretty z krwią gęstszą od każdego eliksiru miłosnego. Może podświadomie tego szukał. Może podświadomie pożądał ich właśnie dlatego. Może po prostu nie potrafił inaczej. Może dziecię poczęte pod wpływem amortencji nie miało nigdy poznać prawdziwego afektu, odróżnić go od artyficjalnie wspomaganego uczucia. Może Alexander Mulciber naprawdę nie potrafił kochać inaczej, niż z narkotykiem krążącym w żyłach. Ale przecież nie potrzebował amortencji, żeby kochać Lorien, przekonywał się. Kochał ją zanim zrozumiał, jaka wina ciąży nad jego istnieniem. Oczywiście, że ją kochał. Nie patrzył nigdy na ich nici. Nie dlatego, że nie zniósłby w nich widoku czerwieni, wszystkich tych niewyraźnych kolorów, przenikających się ze sobą wzajemnie. Nigdy nie wątpił w swoje uczucia. Nigdy nie wątpił w jej uczucia. Nie nazywał ich, bo nic dobrego nie przyszłoby z ich nazywania, wiedział jednak, że istniały. Nie – zdał sobie nagle sprawę – nie wiedział, lecz wierzył. Nigdy nie był człowiekiem wiary, bo jak każdy jasnowidz składał się przecież z wątpliwości, i wiecznego "co by było gdyby", a jednak w tę jedną rzecz nie wątpił nigdy. Oczywiście, że Lorien go kochała. Był tego pewny tak samo jak tego, że słońce wstaje na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Tego, że strumień wypływa ze źródła, a rozlewając się potem w rzeczne koryto, wpada do morza. Był tego pewny tak samo jak tego, że wiatr wieje tam, gdzie mu się żywnie podoba. – Czego ode mnie chcesz, Lorien? Nie chcesz, żebym cię trzymał, nie chcesz też, żebym cię zostawił. Nie chcesz być zamkniętą w małżeństwie, ale chcesz, żebym zamknął cię w okowach portretu? Jak ptaka w klatce? – odezwał się nagle, nie potrafiąc powstrzymać rozpaczliwej pretensji w głosie. Nie dbał o to, czy zagląda do jej głowy. Nie wiedział, czy czyta intencje, czy po prostu wraca do rozmowy, do której zawsze w końcu wracali. Zawsze w końcu wracali bowiem do galerii portretów w Mulciber Manor. – Czym tamta klatka różniłaby się wtedy od tej? Tym tylko, że twój śpiew byłby kołysanką. Szeptałabyś więc zakazaną kołysankę, wierząc, wznosząc oczy ku otaczającym cię że wszystkich stron portretom przodków, w nadziei, że odpowiedzą. A portety by milczały. Czemu chcesz śpiewać im, a nie chcesz śpiewać dla mnie? Odłożył różdżkę, żeby ująć jej rękę, wszystkimi palcami sunął po skórze, badając linie jej serca, głowy, na oślep wytyczając ścieżki, jakimi podążała, siedząc wciąż z czołem przy jej czole... Jak gdyby próbował znaleźć sposób, by zatrzymać ją w życiu. – Kochałabyś mnie, gdybym to zrobił? Czy wtedy byś mnie kochała? Gdybym zadbał o to, żeby Lorien Mulciber wisiała po prawicy pustego portretu pana na Mulciber Manor... Czy wtedy byś mi wybaczyła? Gdybym zamknął za tobą drzwi galerii? Bo nie zniósłbym widoku ciebie takiej. Pogrążonej w tym przeklętym letargu, w wiecznym śnie, z którego nie możesz się przebudzić. Nie rozumiesz, że tego bym nie zniósł. – I było w jego spokojnym, wypranym ze wszystkiego, co ludzkie głosie coś, co nakazywało wierzyć, że mówi absolutnie szczerze. – Nie znoszę, gdy jesteś smutna. A w portrecie zaklęliby wyłącznie twój smutek. Codziennie patrzyłbym na twoją smutną twarz w jego ramach, oprawiając cię w swój własny smutek. A w końcu twoja rozpacz byłaby... Będzie tak potężna, że wyrwie się spod kontroli. Smutek zmieni się w rozpacz. Będziesz rozpaczać. A ja będę rozpaczał, patrząc na twoją rozpacz. A ty mówisz mi, że wygrałem. Jak możesz nazywać to wygraną. Biorąc głęboki oddech, zacisnął powieki. Odchylił głowę, jak gdyby samo patrzenie na Lorien sprawiało mu ból. – Nie mów mi o wygranej, Lorien Mulciber – powiedział cicho. – Nie, gdy już dawno przegrałem to życie. RE: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Lorien Mulciber - 27.10.2025 Pewnie miał rację. Nie było miłości w uczuciach, którymi darzyła Donalda i nie było jej w piekle, które czarodziej by jej zafundował wiedząc o uczynionych grzechach. Pozwoliłaby mu. Pozwoliłaby na wszystko, byleby znaleźć się blisko jak maleńka ćma przy wielkiej lampie oliwnej. Jesteś mój. Tylko mój. Niczyj inny. mruczałaby jak bury kot, całując blade powieki, policzki, usta. Chłodną skórę na wpół martwego mężczyzny. Nie do medyków ty należysz. Nie do śmierci. Do mnie.. Spijałaby z jego warg resztkę posmaku amortencji i własnej krwi, modląc się by zapomniał o tej której przecież już ślubował. Nie potrzebował ich. Nie potrzebował nikogo poza nią. Uczyń mnie panią na Mulciber Manor. żądałaby bezczelnie i okrutnie, nie przyjmując odmowy. Za żądania owe płacąc tym co miała - ciałem, myślą i posłuszeństwem. Prowadząc jego dłoń ku zapięciom trzymającym sukienkę w ryzach; pomagając odnaleźć to jedno wiązanie na udzie przy jedwabnej pończosze. I w każdym tym geście poszukiwałaby Aleksandra coraz bardziej rozpaczliwie. Jego spękanych ust. Jego pokrytych bliznami dłoni. Jego głodu. Zmusiłaby go do zamknięcia oczu, nie mogąc znieść ich widoku. Jaka była wartość jasnych donaldowych źrenic, skoro nie mogła się w nich przeglądać jak w ulubionym lusterku? Nigdy nie potrafił spojrzeć na nią z miłością. Nie, nie miłością. Oddaniem. Pożądaniem. Uwielbieniem. Więc i ona nie chciała na niego patrzeć w ogóle. Czy byłby wystarczający dla Lorien Crouch? Pytanie, które zadawał sobie niejeden mężczyzna. Pytanie, na które nie było prostej odpowiedzi, bo żaden z nich nie był panem na Mulciber Manor. Żaden nie był Alexandrem. A on… Jakie znaczenie miało czy założył tą czy inną szatę, gdy przez cały szkolny bal sterczał jak kołek pod ścianą i dopiero Greyback litościwie ukrócił jej upokorzenie? Dlaczego liczył na odwzajemnienie pocałunku w szkolnej bibliotece, gdy pewnie zaspany szepnąłby ciche „to ty Rosie?”, przypominając jej, że nigdy nie będzie nikim innym jak ulubioną siostrą z innej matki i ojca. Czy zostawienie otwartych drzwi zmieniłoby cokolwiek, skoro i tak tamtego wieczora spotkali się pod jej pomnikiem i bezczelnie stwierdził, że wykuty w marmurze nos jest stanowczo zbyt mało zadarty. Wystarczyło żebyś powiedziała. Ale dlaczego miała cokolwiek mówić, skoro powinien to zwyczajnie wiedzieć? Skoro kochał. Skoro pożądał. Dlaczego to on nigdy nie zapytał. Dlaczego nie zaryzykował gniewu ojców i nie zabrał jej starym zwyczajem? Nie miał problemu, żeby uczynić to po latach z Lorettą. Dlaczego nie stworzył ich własnego Mulciber Manor, gdzieś pośród innych wrzosowisk, innych strumieni? Tego samego słońca. Byłaby zła. Oczywiście, że byłaby wściekła. Może przez pierwszy rok, może dwa. Ale przecież musiał wiedzieć, że w końcu nawet złość by przeminęła; że przyszedłby czas, gdy pojawiłaby się na progu sypialni, wyrwałaby mu z rąk czytaną książkę, z czystą premedytacją zamykając ją zanim zapamiętałby na której stronie skończył, tylko po to by z wyrzutem wymruczeć, że wcale się swoją żoną nie interesuje. Bo po prawdzie, Lorien czuła, że mogłaby tak żyć. Przez krótki czas, bo tego nigdy przecież nie miała zbyt wiele. Ale mogłaby. Nauczyłaby się kochać inne wzgórza tak długo jak miałaby przy sobie Alexandra. Ona wiedziała, że on ją kocha. On wiedział, że ona kocha jego. A jednak.. nie dał jej nazwiska. Przez tyle lat Alexander Mulciber zrobił wszystko, żeby nie dać nazwiska jedynej kobiecie, która go kochała. Zamiast tego wolał je ofiarować rozkapryszonej pannicy tylko po to, by nigdy nie przenieść jej przez próg własnego domostwa. Nie musiał się tłumaczyć. Przecież wiedziała, że zrobił na złość dziwce z Nokturnu, którą z kolei wybrał pewnie by wkurzyć babkę i ojca. Kiedy tak bardzo zaczął nienawidzić swojej krwi, że znienawidził i jej? A może zawsze wiedział, że maledictusa nie bierze się za żonę. Nie kiedy znasz swoją powinność wobec rodziny. Jaki kolor miały nici barwione żalem? Za jakimi odcieniami kryła się świadomość zmarnowanego czasu? Kiedy czerwień zmieniała się w czerń, a sieć obumierała? Nie tego chcesz? Nie tego chciałaś? Już nie śpiewała. Piosenka ugrzęzła w jej gardle jak źle przełknięte poczucie winy. Nikomu innemu nigdy nie śpiewała. Nie miała przecie. dzieci, którym mogłaby nucić kołysanki. Nie miała w domu portretów, które zrozumiałyby słowa starych pieśni. Nie odpowiedziała mu. Nie odezwała się słowem, bo przecież na odezwanie się tak naprawdę nie dostała zgody. Nie było już miejsca na dyskusje. Czy tak patrzyła na niego matka? Nieprzytomna, zamknięta w świecie, gdzie przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszały się ze sobą. A może tak właśnie patrzyła Selina Ayers na swojego męża oszalałego z miłości. Przesunęła niewidzące, zasnute mgłą zaklęcia spojrzenie na jego twarz, gdy po raz pierwszy złożył pocałunek na jej dłoni. Nie cofnęła jej, choć nie rozumiała czemu zbliżył usta do martwej, zszarzałej skóry pokrytej liszajami. Nie odpowiedziała. Nie miało żadnego znaczenia czego chcieli przegrani. Nie znoszę gdy jesteś smutna. Więc czemu mnie smucisz, Alexandrze Mulciberze? Zdawała się pytać, choć jej usta pozostawały ściśnięte tak mocno, ze posiniały pod rozmazaną szminką. Odmawiano jej tego portretu całe życie, ale żadna odmowa nie była u swych podstaw tak egoistyczna i okrutna. Ośmioletnia Lorien siedziała w ogrodzie u stóp Adeline, opowiadając matce o pięknych śpiących portretach w rodzinnej galerii Mulciberów. “Też kiedyś taki będę mieć. Jak już zostanę panią żoną.” stwierdziła uparcie, bawiąc się kolorowymi spinkami do włosów. Matka jedynie zaśmiała się sucho, wiążąc włosy pierworodnej w grube warkocze. “To nie jest nasza tradycja.” Usłyszała jedynie w odpowiedzi, gdy czarownica odrobinę zbyt mocno przeczesała grzebieniem przez gęste loki. Nie poczuła jak matce drżą dłonie. Siedemnastoletnia Lorien stała na progu ojcowskiego gabinetu, opierając się półprzytomna o framugę drzwi. Cuchnęła drogim winem. Tym samym, po którym butelkę trzymała w dłoniach. “Zrobiłam co kazałeś. Zerwałam z nim.” Warknęła przez łzy. Philip Crouch nawet nie podniósł głowy znad elementu statku, który pieczołowicie montował w szklanej butelce. “Porozmawiaj z wujem… Przecież obiecałeś…” Przeszła w bardziej błagalne tony. “To nie jest twoja rola. Idź już spać dziecko. Jutro zaczynasz staż.” Usłyszała w odpowiedzi, gdy czarodziej odesłał ją machnięciem ręki. Nie zauważyła jak ojcu drży głos. Dwudziestopięcioletnia Lorien leżała na kamiennej posadzce zamku w Al-Karak mnąc w palcach stare zaproszenie ślubne. “To powinnam być ja. Przecież zasłużyłam… Zrobiłam wszystko tak jak powinnam.” pożaliła się starym, mugolskim freskom zdobiących ściany fortecy krzyżowców. Nie zauważyła, że przepełnione milczeniem i gorącem powietrze drżało. Trzydziestodwuletnia Lorien postukiwała niecierpliwie czubkiem obcasa, nawet nie patrząc na stojącego obok niej Roberta. Podpis. Jeden podpis dzielił ją od tego na co czekała całe swoje życie i opieszałość starego idioty ją tylko dodatkowo irytowała. “Gratulacje pani Mulciber.” Stwierdził w końcu zmęczony urzędnik, podbijając ostatnią pieczęć i lakując intercyzę. “Jutro przyślemy kogoś do zmiany tabliczki na gabinecie. “ Zauważyła jak mężowi drgnął kącik ust w pewnym siebie uśmieszku. Zignorowała go. Myślał, że wygrał wszystko, bo wszystkim były dla niego pieniądze. Tylko, że skarby w rodzinnej skrytce Gringotta były niczym w obliczu wieczności pod ciemnym niebem nad wrzosowiskami w Yorkshire. Nie rozumiesz, że bym tego nie zniósł. Cofnęła rozpaczliwie rękę, wyszarpując ją z uścisku. - To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze… Nagle zabrakło jej powietrza. Załkała. Drżące w delirce dłonie poderwały się do własnej szyi, jakby w niej tkwił ból, nie w rozkołatanym sercu. Rozpaczliwie zerwała z szyi złoty łańcuszek, by rzucić go moment później na kafelki. Brudny, nieważny, niemal żałośnie tandetny. Przecież wygrał. Czego jeszcze od niej chciał?! Jak śmiał czuć się przegranym, gdy to ona całe życie płaciła za jego tchórzostwo. Za jego upór. Ile warta była Lorien Crouch? Prewett? Mulciber? Nic. Wszystko. - Nie chcę zająć miejsca przy boku pana na Mulciber Manor. Nie, gdy ten boi się śnić ze mną. RE: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Alexander Mulciber - 26.12.2025 Pokręcił głową. Gwałtownie. Odetchnął głęboko jak pies, jego pogruchotane żebra wznoszące się w agonalnym oddechu, gdy zdychał na poboczu drogi. Nie. Nie tego chciał. Nie tak miało to wyglądać. "Będziesz rozpaczać", przestrzegał ją błagalnie. "A ja będę rozpaczał, patrząc na twoją rozpacz." Nie powiedział na głos tego, że dalej będzie ją kochał. Że będzie rozpaczał, ponieważ ją kochał. Czy nie słyszała tego w jego głosie? Czy nie widziała tego na dnie jego oczu? Może i nigdy nie dane mu było jej posiąść jak mężczyzna kobietę, ale przecież ją kochał. Nie chciał jej nigdy do niczego przymuszać, nie ją, nigdy ją, nawet jeżeli to miała być tylko piosenka. Nawet nie zauważył, jak jej różdżka wypadła mu z drżącej ręki. Nie chciał jej łez, nie chciał zbolałego spojrzenia, kiedy śpiewała pod wpływem jego uroku. Bo śpiewała wbrew swojej woli. Pustka w jej oczach była przerażającą, a przecież nie przeszkadzały mu nigdy nieprzytomne spojrzenia. Było wręcz łatwiej gdy był pijany, a kobieta, z którą akurat spędzał noc, była w stanie podobnego zamroczenia. Na pewno łatwiej było dostać wtedy to, czego chciał. Przyjemność była chwilą, gonił więc jak pojebany za chwilami, nie znosząc odmowy. Nie rozumiał pretensji, dziewczęcych histerii, wiecznego nie, nie chcę, proszę, nie, przecież mówiłam, że nie chcę. Przecież wiedział lepiej. "Wiem, że w końcu byś się zgodziła", powiedział kiedyś znudzony zapłakanej Lorettcie. Panika w jej oczach nawet go podniecała. Podniecało go wtedy to, że wymusił na niej reakcję, że pokazał się od tej nieprzewidywalnej strony, którą podobno w nim lubiła. A teraz sam bliski był paniki. Wdech. Wydech. Oczy lekko rozszerzone, jak gdyby dopiero zrozumiał grozę tego, czego się dopuścił wobec Lorien. Gdyby miał nazwać to wprost... – Przepraszam – wyszeptał ledwo słyszalnie Alexander. Jego wargi poruszały się, ale nie mógł przez chwilę dobyć z siebie głosu. – Przepraszam, Lorien. Przepraszam. Złożyła wcześniej pocałunek na jego czole. Pocałowała go w tym samym miejscu, do którego potem przytknęła różdżkę, żądając, aby oddał jej najszczęśliwsze ze swych wspomnień tego lata. Powinien triumfować... Jakże mało satysfakcjonującym okazał się jednak odwet. Jak mógł być szczęśliwy po tym, czego się dopuścił? Po tym, jak dopuścił się zamachu na życie syna swojego ojca, i syna swojej matki? Patrz, jaki jestem szczęśliwy, przemknęło mu przez głowę. Wreszcie jestem taki jak on. Tak samo zimny, tak samo wyrachowany. Pomyślał wtedy, że mógłby ukraść twarz swemu bratu. Ukarać i ją, i siebie samego zarazem. Przecież wcale nie żałował, że dopuścił się tej zbrodni. Niczego nie żałował, przekonywał się nieustannie. Czy teraz mnie kochasz, Lorien? Czy teraz kocham cię tak, jak chciałabyś być kochana? Powinien był ucałować jej usta. Nie wiedział, że przeklęła go, aby nie mógł wymawiać imienia Roberta, ale gwałt, jaki dokonał na jej woli, nakazując jej śpiewać, byłby wtedy słodszym. Byłby wtedy niemal czułym. Widział bowiem wzór w ich przekleństwach. W ich czułościach. Głowa, usta, dłoń... Jak gdyby myślą, mową i uczynkiem próbowali się ranić, a potem przepraszali. Chociaż żeby przepraszać zawsze byli zbyt dumni. – Wrócisz ze mną do Mulciber Manor, dobrze? – Nie było jednak pytania w jego głosie, choć ten wciąż drżał żałośnie. Było postanowienie, którego nie dało się łatwo zignorować. Nie powinna być dzisiaj sama. Wybierzesz, w którym miejscu... Wybierzesz, w którym miejscu zawiśnie portret. Przełknął ślinę, uświadomiwszy sobie, że nie zdołał dobyć z siebie głosu. Wdech. Wydech. Nie zdołał wydusić tego, co chciał jej powiedzieć. Co powinien powiedzieć. Nasz portret, powinien powiedzieć, nasz portret, Lorien, a jednak słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Wiedział, że w końcu przejdą, będą musiały. Jeżeli nie dziś, to jutro. Pojutrze. Potrzebował czasu, ale jak wiele zostało go Lorien? Chciał zapytać. Nie mógł zapytać. Nie, gdy rozpadała się w jego rękach. Zaraz chwytałby jedynie wiatr, zamiast miękkich loków czułby pod palcami pierze. – A potem zaśniesz. – Przez chwilę po prostu trwał tak, jego twarz przy jej twarzy, nos przy nosie. Lekko rozchylone usta zdawały się szukać jej ust, gdy czule sunął palcami po jej policzku, a potem wzdłuż szyi. Odgarnął na bok ciężkie pukle włosów Lorien. Wcześniej ucałował jej dłoń, teraz sam sięgnął drżącą dłonią po rzucony na podłogę naszyjnik z przywieszką w kształcie wagi. Kupił go dla niej przed laty u cygańskiego handlarza, parającego się sprzedażą zabawek i biżuterii. Pamiętał, jak zachwycone dzieci szczebiotały po francusku, zgromadzone wokół straganu starego Cygana. Palce jego, sękate i powykręcane artretyzmem, wciąż cechowała zręczność, gdy skręcał wisiorki, naprawiał kolczyki i polerował pokryte emalią brosze. Alexander przyglądał się z nieukrywaną fascynacją jak pracuje. To było podczas jednej z jego pierwszych wizyt we Francji, u rodziny jego matki. Stary burknął na niego z pretensją, czy kupi coś wreszcie, czy zamierza dalej stać, i gapić się jak sroka w gnat. Nie spodziewał się, że Alex go zrozumie. Jeszcze mniej spodziewał się, że nazbyt pewny siebie dzieciak odpyskuje płynnie w jego dialekcie. "Nie chcę twojego przeklętego złota", powiedział wtedy Alexander. "Kto wie, z kogo je ściągnąłeś. Chciałbym, żebyś zrobił coś dla mnie... Dla kogoś bardzo dla mnie ważnego." Nie chciał spływających złotem bogatych kolii, gęstych naszyjników oprawionych kamieniami szlachetnymi. Nie spojrzał nawet na sprzedawane przez starego pozłacane dzwoneczki, które cygańskie dziewczęta zwykły przytraczać do swych bransoletek. Pobrzękiwały wesoło na kostkach, gdy tańczyły. Lorien nie potrzebowała dzwoneczków, bo jej śmiech brzmiał niczym śpiew ptaków o brzasku. Nie potrzebowała nawet złota, bo mogła mieć całe złoto świata. Bo to dla Lorien kupił przecież ten wisiorek. Wagę, bo pisane jej było zostać sędzią. A wagę trzymała w rękach bogini sprawiedliwości, będąca patronką sędziów. Sprawiedliwość była ślepa. Tak samo jak Alex, któremu Lorien zawsze mówiła, że jest ślepy, mimo, że miał troje oczu. Tak samo jak ślepa była Lorien. Alexander miał przynajmniej wymówkę, którą było jego nazwisko. "Pomyśl, że to sen", powtarzały pokolenia Mulciberów, śpiących w rodzinnej galerii. A jednak, na przekór rodowej dewizie, Alex nauczył się spać z otwartymi oczyma. Jaką wymówkę miała Lorien? Nie zawsze dało się zasłonić tytułem sędzi, wzięła więc jego nazwisko. Ale nazwisko nie wystarczało. Więc gdy nazwisko, i wszystko, co reprezentowało, stało się nieznośnym, próbowała wyłupić sobie oko. A to dopiero początek, pomyślał nieprzytomnie Alexander. Teraz oboje jesteśmy tak samo ślepi. Jego ręce drżały, gdy walczył z zapięciem starego naszyjnika, który musiał należeć do niej. Alexander chciał, żeby należał do niej. Równie tandetnie, co zawieszka, wyglądały pierścienie, które zdobiły jego palce. Sam zaprojektował znaczące je runy ochronne, ale większość z nich, podobnie jak naszyjnik, pozostawała dziełem rąk starego Cygana. Odetchnął, gdy wreszcie udało mu się dopiąć sprzączkę. – W snach zawsze przecież stoję u twojego boku – wyszeptał, po czym złożył ostrożny pocałunek na obojczyku Lorien, w zagłębieniu szyi, będącej zwieńczeniem wątłej, ptasiej piersi. Zrobił to dokładnie ponad zapięciem naszyjnika, które przesunął po chwili na właściwe miejsce. Być może powinien ucałować jej usta... Rozkazać jej, żeby sama go pocałowała, tak jak kazał jej śpiewać. Być może zrobiłby to z każdą inną kobietą, ale to Lorien trzymał w ramionach. A z Lorien nigdy by sobie tego nie wybaczył. Uspokoił oddech, czekając, aż i siostra jego uspokoi się na tyle, aby mogli teleportować się do Mulciber Manor. Bo słowo "dom" było jak kość, na której zagryza zęby pies, nie mogąc dostać się do szpiku. Nie chciało przejść mu przez gardło. RE: [Londyn, 26. sierpnia 1972] Cold war 1:13:42 | Lorien & Alexander - Lorien Mulciber - 02.01.2026 Kochała go, więc odebrała mu prawo do wypowiadania imienia tego, kto miał do niej prawo. Kochała go, więc odebrała mu najpiękniejsze wspomnienie, by ukryć je w swoim sercu, tak by zachować choć jedną cząstkę jego istnienia, gdy jej już nie będzie. Kochała go, więc opuściła broń, gdy on wymierzył w coś co już dawno nie należało do niej - w jej własną wolę. Przecież by mu zaśpiewała. Wystarczyło, żeby poprosił. Żeby poddał się, gdy jeszcze miał ku temu okazję. Ale on wciąż wolał wyrwać jej słowa z gardła gwałtem. Grzeszyć myślą, mową i uczynkiem. A potem… przepraszać. Wić się w jej na wpół martwych objęciach, skomleć, zaciskać drżące palce na jej sukience, szarpiąc za delikatny materiał, wbijać paznokcie w skórę pokrytą bliznami. Jego miłość była pustymi wersetami. Była spóźnioną obietnicą bez pokrycia. Jednym uderzeniem serca między wdechem, a wydechem, spuszczonym w kiblu u Agnes Delacour. Nie szły za nią żadne czyny, które mogłyby sprawić, żeby wreszcie uwierzyła. Żadne słowa nie mogły naprawić wszystkich lat, gdy czekała. Nie było takiej magii, która odmieniłaby bieg czasu. Siedząca na zimnej posadzce czarownica nie miała już ośmiu lat. Nie miała ich siedemnastu. Nie miała nawet dwudziestu pięciu. Miała ich nieco ponad trzydzieści, choć ciężar, który nosiła na barkach słuszniejszy byłby stuletniej. Była mężatką. Była sędzią. Była po prostu kobietą. Taką samą jak wszystkie te, które zmusił do uległości. Uwięził jej umysł, więc śpiewała, ale w śpiewie był tylko ból. Ale przecież tym była przecież jego miłość. Niekończącym się bólem i tęsknotą, gdy cygański pan szukał uciech i wolności. Tkwiła nieruchomo, jak skąpany we łzach posąg. Widziała kątem oka jak sięga po łańcuszek ze starą przywieszką. Prezent. Przecież prezentów się nie wyrzuca. Oddanie ich przynosi same nieszczęście, zupełnie jak zbicie lustra. - Nie ma cię w moich snach.- Skłamała miękko.- W snach błądzę wilgotnymi korytarzami o ścianach pachnących morzem i solą. Nie zareagowała na pocałunek ze wzrokiem wciąż utkwionym w swoich drżących, skostniałych dłoniach. Palił jak wosk z trzymanej niefrasobliwie świeczki, gdy spływał po jej skórze. Niczym nie różniło się zapięcie łańcuszka od włożenia na palec obrączki, przypominając równy akt zniewolenia co ten, który miał miejsce w urzędzie. Może powinien był ją teraz pocałować tak jak mąż całuje żonę. Może wtedy by to bolało choć trochę mniej, że zdrada przyjęła fizyczną formę, przestając być tylko stłumionym pragnieniem. Ale ich ścieżki rozeszły się, gdy wybrał inną, skuszony krwią. Czy bez tego Loretta Lestrange była cokolwiek warta? Czy gdyby to w jej żyłach krążyła ta sama trucizna, to czy Lorien Crouch byłaby wreszcie go godna? Pana na Mulciber Manor. Nie. Przecież nikt nie był. Należał do słońca i księżyca, do wrzosowisk i gwiazd szepczących mu swoje prawdy. Do strumienia i ognia żarzącego się w starym kominku. Ale nie do ludzi. Nigdy do nich, zbyt dumny, by przyznać przed Bogami, że prorok wart jest mniej niż ziarnko piasku na pustyni. - Nie ma w nich śmiechu. Nie ma radości. Jest tylko pustka Alexandrze. Są pozbawione wyrazu twarze odbijające się w tafli morza o zimnych wodach. Szept głosów, których właścicieli dawno się zapomniało. Kamienie, które ranią stopy, nie pozwalając się wykrwawić i uciec. Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Kobalt oczu złamany światłem odbijającym się we łzach i czernią makijażu, który nie wytrzymał nocy; tak nienaturalny, a przy tym tak bardzo człowieczy. Zamilkła, przechylając na moment głowę w swoim ptasim odruchu. Czego szukała w jego oczach? Odpowiedzi na jakie niezadane pytania, wiszące między nimi od lat? Nie znalazła tego. - Wrócę z Tobą do Mulciber Manor.- Odpowiedziała, choć wcale przecież nie pytał. Może po prostu wiedział, że pozostawiona dziś z własnym krwawiącym sercem i duszą nie doczeka poranka. Samotna teleportowałaby się do Szkocji. Do miejsca, które nigdy nie było jej domem, ni więzieniem, ale miałoby stać się świadkiem jej końca. Do ciszy zaklętej w posiadłości. Woda, którą napełniłaby wannę byłaby gorąca. Bo przecież bała się zimna, które przychodziło, gdy świat się kończył. Weszłaby do wody, pozwalając by ta zmieniła swoją barwę na róż, by zmyła krew z ran zadanych nadgarstkom jednym prostym zaklęciem. A potem by zasnęła otoczona ciepłem. Czy widział fantomowe blizny, gdy całował jej dłonie? Czy czuł jak zimna jest jej skóra? Czy widział śmierć w swoim rozdaniu? - Ale to ty poinformujesz o tym mojego pana męża. Nie ja. Nie służba. Ty. Nie mógł tego wiedzieć, ale byłby to ostatnie słowa jakie Lorien wypowiedziała do niego tej nocy. Gdy wreszcie zebrała się z podłogi, biorąc ich porzucone różdżki - milczała. Gdy ujęła jego dłoń, gotowa do teleportacji, ze wzrokiem utkwionym we własnym lustrzanym odbiciu - milczała. Gdy przeprowadził ją przez próg Galerii w Mulciber Manor - jej milczenie było głośniejsze od oddechów pogrążonych w wiecznym śnie przodków. Koniec sesji
|