Secrets of London
[06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi (/showthread.php?tid=4272)

Strony: 1 2


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Baldwin Malfoy - 29.12.2024

Bajki i baśnie były obrazem świata widzianym oczami dzieci. Pełne szczęśliwych zakończeń, gdzie zło uginało się pod dobrem, wszyscy żyli długo, a w królestwie panował pokój. Ale prawdziwy świat tak nie wyglądał. Był brudny, paskudny, pielęgnował korupcję nad piękno. Zniszczenie i pożogę nad śmiech dzieci. Baldwin poznał ten świat – dławił się nim za każdym razem, gdy wpatrywał się w pełne smutku oczy Lorraine, zastanawiając się czasem czy nie lepiej byłoby jej w ciepłych objęciach Matki niż na tym ziemskim padole.
W pierwszej chwili nawet nie zareagował na złość Charliego, chyba nawet jej nie dostrzegał. Zbyt wielu ludzi było wiecznie na niego wściekłych, by zwracał uwagę na takie drobiazgi.
To nie jest uczciwe!
- Co nie jest uczciwe Charlesie?- Zapytał beznamiętnie, unosząc lekko brwi.- Słuchaj ja naprawdę nie chcę ci psuć sielsko-anielskiego wyobrażenia tego wszystkiego, stary. Ale Greybackowie to wilkołaki. Wszyscy to wiedzą. Nie wiem czy twojej pannie wyrasta ogonek w pełnię, ale wyobraź sobie, że wiem co ta rodzina odpierdala na Nokturnie.- Odstawił szklankę na stolik, zwyczajnie kręcąc głową na ten nagły wybuch. Charlie zachowywał się tak jakby fakt, że jego wybranka miała więcej psiej krwi niż czarodziejskiej było winą Malfoy’a. Każdy miał jakieś fetysze, a Baldwin nie zamierzał niepotrzebnie się wpieprzać w te Mulciberowe. Pieprzenie wilkołaków? Co następne? Mugole? Ghoule?
Słuchał go. Nie przerywał ani przez moment, ale z każdym kolejnym warkniętym w jego stronę słowem coś się w Baldwinie zmieniało. Drgnął. Zamrugał parokrotnie.

- Do twojego domu Charlesie? Dorobiłeś się na chujkoświeczkach czy ci go alfons opłaca? – Podniósł się nareszcie z kanapy, a Rozalinda skorzystała z okazji i ześlizgnęła się do jego kieszeni. Uniósł ręce w nonszalanckim, obronnym geście, jakby miał przed sobą co najmniej krawężnika z BUMu. Panie władzo proszę nie strzelać, obiecuję już nie bazgrać brzydkich graffiti na murach banku Gringotta i sugerować że pańska matka tanią prostytutką była!- Jaśnie pan wybaczy, że się wpraszam. Zapomniałem, że niektóre rody domagają się audiencji jak u mugolskiej królowej.- Jego ton nagle uderzył w zimne, niemal wściekłe nuty, choć sam Baldwin zniżył swój głos do szeptu.- Wiesz co Charlesie. Kiedy Cię zobaczyłem w Czarownicy myślałem, że nareszcie pojawił się ktoś ciekawy w tym nudnym jak pizda mieście. Myślałem, że wreszcie ktoś widzi czym jest sztuka. A teraz…- Pokręcił powoli głową, niemal zrezygnowany.- Teraz już chyba zaczynam rozumieć dlaczego za każdym kurwa razem, kiedy Scarlett się z tobą widzi wraca tak zraniona. To było dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się co takiego mówi jej, jej własny brat, że te błękitne oczy błyszczą od wściekłości i bólu? Zabiłbym się, gdybym kiedykolwiek na dźwięk mojego imienia usta Calanthe wykrzywił grymas niechęci. Ale przecież kim ja kurwa jestem, żeby ci cokolwiek radzić, nie?- Wyprostował się spoglądając na chłopaka z wyuczoną latami czystokrwistego wychowania zimną obojętnością. Matka byłaby dumna. Pomyślał z obrzydzeniem do niej i samego siebie.
- Uważasz się za lepszego, Charlie? W tym swoim żałośnie pustym mieszkanku, kompletnie samotny wieczorami; bez nikogo, bo nawet twoja siostra siedzi teraz u mnie w domu. - Na twarzy Baldwina na nowo wykwitł ten parszywy, wszechwiedzący uśmieszek.- Jestem pewien, że tatuś będzie z ciebie dumny jak usłyszy, że się kundlisz z panną półkrwi.


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Charles Mulciber - 29.12.2024

Charles był zły, a kiedy Baldwin nie od razu dostrzegł jego emocje, gdy nie od razu podjął wyzwanie, mógł jedynie zacisnąć pięści czując, jak narasta jego wściekłość. Chciał złapać Baldwina za fraki i niemal to zrobił, kiedy padła informacja o niesamowitym rodowodzie Scylli.

- Ona nie jest wilkołakiem! - Warknął, ale zaraz musiał się zastanowić nad tym, czy rzeczywiście miał rację. Nie miał dowodów na podparcie swojej tezy, a i Baldwin wiedział o wiele więcej o rodzinach z Nokturnu. Poza tym spokój, jaki prezentował sobą Malfoy, nie sugerował kłamstwa mającego na celu większe rozdrażnienie. - Powiedziałaby mi! - Dodał, acz znów nie miał co do tego pewności. Taki rodowód nie był czymś, czym można chwalić się na prawo i lewo. Fakt, że mogła zmieniać się w pełnię, nie musiał o niczym świadczyć, lecz... był pewną przeciwnością.

Jego zapał opadł delikatnie, ale zaraz na nowo rozgorzał. Tym razem nie powstrzymał dłoni, ale wstał zaraz za Baldwinem i pchnął go, nie zważając na uniesione ręce.

- To nie twoje zmartwienie, skąd mam pieniądze! - Podniósł głos, pozwalając złości płynąć. - Jeśli mną gardzisz, to co tu robisz?! Przyszedłeś pouczać mnie jak powinienem zachowywać się w stosunku do własnej siostry? Ty? Którego wyrzuciła z domu matka?! - Zarzucił mu, wyciągając dłonie, by złapać go za koszulę. Rozalinda zniknęła gdzieś z jego pola widzenia, ale nie była ważna. - To ty uważasz się za lepszego, twierdząc, że wiesz lepiej! Że wiesz lepiej o Scylli i Scarlett!

Zacisnął pięści mocniej, chcąc szarpnąć Baldwinem. W przeciwieństwie do Malfoya, on miał doświadczenie w bójkach bez użycia magii i w chwilach takich, jak ta, agresja wylewała się z niego, choć potrzebował jeszcze jednego, małego powodu, by pięści w końcu poszły w ruch.

- Mój ojciec zawsze będzie ze mnie bardziej dumny niż cała twoja rodzina z ciebie, szczurze.


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Baldwin Malfoy - 31.12.2024

Wzruszył tylko ramionami na informację, że nie jest wilkołakiem. Okej. Może nie była. Co nie znaczyło, że nie nosiła tego przeklętego genu. Ale skoro Charlie chciał wychowywać szczeniaki – jego wola. Baldwinowi nic do tego.
- Co ty pierdolisz? Nikt mnie z domu nie wyrzucił.- Zaśmiał się cierpko, spoglądając na niższego chłopaka spod półprzymkniętych powiek. Napawał się jego frustracją. Smakował złość. Każda ludzka emocja była dla Malfoy’a słodkim kąskiem. Dlatego przysłał Charlie’mu opium, próbował napoić go tequilą. Chciał poznać każde możliwe oblicze chłopaka i jak na razie ten wykładał się mu jak na deserowym talerzyku. Podpuszczał go ze spokojem godnym rasowego pokerzysty.- Po prostu dojrzałem do pewnych decyzji i ich konsekwencji.

Nie wyrywał się, kiedy go pochwycił za koszulę. Choć trochę było mu szkoda. Scarlett tak się postarała, aby ją wyprasować!
Nie wydawał się też przy okazji specjalnie przejęty jawną groźbą dostania w pysk. A bo to pierwszy raz? Malfoy żył i oddychał Podziemnymi Ścieżkami. Wyczołgał się o własnych siłach z Katakumb pozostawiony w nich na zdechnięcie jak ranny pies gdy miał czternaście lat, by powrócić i zstąpić do nich już z własnej woli. Zsunął wzrok na zaciśnięte pieści na swojej koszuli, pozwalając wspomnieniom wrócić do miejsca, które ukochał sobie najbardziej. Labiryntu korytarzy bez wyjścia, podziemnego grobowca. Dłonie Charliego przypominały mu dłonie innych – i tych dziękujących mu za odnalezienie w korytarzach pełnych kości, tych błagających o litość, której ofiarować im nie mógł i tych, którzy pluli krwią, brudząc jego czarne szaty. Pamiętał każdą jedną zastygłą w pośmiertnym grymasie twarz, oświetlaną tylko przez dogasający płomień w lampce oliwnej. Obraz jaki wykreował sobie w głowie Charlie o może lekko ekscentrycznym, żałosnym, pozbawionym rodziny malarzu żyjącym jak szczur na strychu był piękny. Naiwny. Niewinny jak sam Mulciber, który nie przetrwałby sam godziny w miejscu, które Malfoy nazywał radośnie swoim domem.

Dlatego zamiast się odsunąć, zrobił te dzielące ich pół kroku w przód, żeby znaleźć się na tyle blisko, że niemal stykali się nosami. Utkwił spojrzenie w Mulciberze, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- A ty? Gardzisz sam sobą czasem?- Zapytał cicho. Uniósł dłoń, ujmując podbródek Charliego między kciuk, a palec wskazujący. Pozwalając mu poczuć chłód rodowego sygnetu Malfoyów – pierścienia, które otrzymywał każdy pierworodny syn. Bo bez względu na wszystko, bez względu na swoje ucieczki i wyskoki, Baldwin nadal był dziedzicem swojego ojca.  Jeśli ten się odsunął albo w odwecie mu przywalił – trudno! Niech się dzieje wola niebios i bogowie mu świadkowali, że blondyn pierwszego ciosu nie zadał!

Nie musiał się uważać za lepszego. On po prostu wiedział, że jest lepszy. Wiedział o tym każdego ranka, kiedy przeczesywał palcami blond loki Mulciberowej siostry, kiedy składał krótkie pocałunki na jej szyi, zastanawiając się jak długo tym razem będzie musiała nosić te fikuśne chustki i kołnierzyki. Wiedział, bo w wiedzy tej został wychowany. Malfoy’owie byli bliżsi bogom niż ludziom.
Nie musiał się szarpać z Charliem, żeby mu tą wyższość udowodnić.
- Ojcowska duma huh?- Zmrużył lekko powieki, Więc tu biednego Charliego bolało? Że go tatuś za często nie przytulał?
-... Będzie ze mnie bardziej dumny niż cała twoja rodzina z ciebie.
Uniósł kącik ust w paskudnym uśmieszku.
- Lorraine spaliłaby dla mnie świat. Chcesz się przekonać czy twoja własna siostra nie poszłaby za jej przykładem? Zaryzykujesz, że wiesz lepiej?


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Charles Mulciber - 01.01.2025

Jeśli Baldwin lubował się w emocjach, to miał przed sobą całą feerię tychże. Charliem targało wiele uczuć, od złości, która nakazywała po prostu dać Malfoyowi w ryj, przez frustrację powstrzymującą jego pięści, aż na smutku kończąc, bo oto kolejny potencjalny kolega nie tylko okazuje się zapatrzoną w siebie szują, ale jeszcze przeciąga na swoją stronę Scarlett. Młody Mulciber nie rozumiał, ale też nie widział swojej winy w całym tym zdarzeniu. Bo czy nie przyjął Baldwina ładnie w nie-swoim mieszkaniu? Czy to nie Baldwin zaczął od obrażania Scylli, a potem i jego samego?

- Sam to mówiłeś. Mieszkasz w ruderze, w brudzie! Wielki mi pan Malfoy. - Prychnął, odbijając piłeczkę. Bardzo nie chciał mówić pewnych rzeczy, lecz gdy płynęły emocje, płynęły też słowa.

To on był ofiarą. Ludzie pchali się do jego domu, wyzywali go, stawali mu naprzeciw, a później mieli pretensje, gdy bronił siebie i swojego honoru. Po tym, jak wuj umarł, wszystko miało być już dobrze, wrócić do normy, tak jak wtedy, gdy prowadzili miłe, sielskie życie w Oslo. Widmo Roberta wisiało jednak nad nim jak topór kata, skłócając go ze Scarlett, przywodząc do domu Baldwina.

Malfoy sam się prosił, będzie to sobie tłumaczył Charles. Sam go prowokował, sam przyszedł do niego i wyzywał go na pojedynek. Kiedy Baldwin zbliżył się, a następnie ośmielił się dotknąć jego twarzy, Charles nie wytrzymał. Odepchnął go lekko, tylko po to, by mieć lepszy zasięg, lepszą możliwość wzięcia zamachu i przywalenia kuzynowi w policzek. Nie celował w nos, bo ten zwykle boleśnie wbijał się w dłoń - coś o tym wiedział. Kość policzkowa była o wiele lepszym miejscem na wymierzenie ciosu.

[roll=O]

Nie wyszedł z wprawy, choć zdecydowanie zabrakło mu siły, którą pamiętał we własnym ramieniu. Baldwin musiał poczuć siłę jego złości, gdy knykcie zderzyły się z jego twarzą.

- Nie będziesz wycierał sobie gęby moim ojcem! - Warknął gardłowo, jakby jemu samemu było bliżej do wilka. Dlaczego oddychał tak szybko? Kiedy tak przyspieszyło mu tętno? Nie wiedział, lecz ból obitych kostek dłoni był wręcz euforyczny. Chciał zrobić to ponownie. - I trzymaj się od mojej siostry z daleka!


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Baldwin Malfoy - 01.01.2025

Nie powiedział.
Baldwin Malfoy nigdy nie powiedział, że rodzice go wyrzucili z domu. Powiedział, że matka miała go za degenerata, bo było to prawdą. Powiedział, że jego ojciec jest chujem, bo za takiego go uważał. Ale dowód na to, że Baldwin Malfoy nigdy nie został z domu wyrzucony tkwił uparcie na jego palcu. Akurat każde słowo, które padło w ich ostatniej rozmowie było wyżłobione w jego pamięci, gdy jak mantrę odtwarzał je szkicując twarz Charlie’go na jednym ze starych podobrazi. Porzucił ten portret, uznając że samym strachem i obrzydzeniem go nie nakarmi. Nawet słaby posmak ust chłopaka zdawał mu się zbyt miałki. Zwłaszcza teraz, kiedy jego siostra oddała mu się w całości.

Im dłużej na niego patrzył tym bardziej uświadamiał sobie, ze Mulciber jest najzwyczajniej ślepy na świat dookoła. Zachwycająco piękny w swojej ślepocie i oddaniu ojcu. To nie było obce uczucie – czuł to samo, pozwalając Armandowi dawać sobie i odbierać wszystko.
Nie pytał więcej skąd chłopak ma pieniądze – wystarczyło mu raz to usłyszeć – czy odziedziczył jakieś zjebane miliardy po tym typie, którego Baldwin widział w kostnicy jakiś czas temu. Robert czy jak mu tam było. Nieważne. Czy zaczął się kurwić. Czy jego świeczki odniosły wielki sukces. A może sprzedał się do jakiegoś Ministerstwa Magii czy innego korpo. To nie miało znaczenia, bo ktokolwiek sypnął mu groszem na to nowobogackie mieszkanie założył mu zwyczajnie obrożę.
Baldwin żył w "ruderze", bo wybrał wolność jaką dawały mu wielkie okna przez które nocami spoglądał na śpiący Londyn. Głodował, bo nędza ciała była niczym w porównaniu do pustki ducha pozbawionego Sztuki.  Oddychał zaszczanym powietrzem Nokturnu, żeby móc być bliżej swojej rodziny. Tej którą sobie wybrał. Nawet jeśli ta była daleka od ideału. Pełna sprzeczności i przegranych w loterii genetycznej; pełna istot, dla których nie było miejsca w świecie lepszych. Ale wybrał. Nigdy nie zrobiono tego za niego. Ponosił konsekwencje każdego dnia. Fakt, że wspomniał o Greybackównie wynikał tylko z jednego - świadomości, że to nie był prosty wybór. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Charles, wychowanego z dala od ciasnego, duszącego gorsetu londyńskich czystokrwistych harpii. Scylla mogła być najsłodszą i najdelikatniejszą z panien, motylem, w którego skrzydłach skryto blask księżyca. Ale to nie miało żadnego znaczenia, że do niego nie wyła w każdą pełnię. Wystarczyło, że robili to inni z jej rodziny

Cios był spodziewany. Może nawet wyczekany. Gdzieś po drodze musiał przekroczyć niewidzialną granicę i wcale nie zamierzał się cofnąć w dalszym drążeniu ropiejącej rany.
Czy poczuł mroczki przed oczami? Owszem. Czy cofnął się odruchowo, a ostry ból szybko ustąpił nieprzyjemnemu mrowieniu, przez parę sekund go otumaniając? A owszem. Jak nic będzie siniak. Ale jak to się mówiło – jeśli Cię ktoś uderzy w prawy pliczek, nadstaw mu i drugi. Religijne pierdolenie mugoli, które tak uwielbiał jego własny ojciec. Dotknął bolące miejsce, profilaktycznie jednak odsuwając się o ten krok czy dwa, żeby być poza zasięgiem łapsk Charliego. Potrząsnął lekko ręką, wytrząsając z rękawa owinięty wokół nadgarstka srebrny łańcuszek. Zacisnął na czymś palce. Cofnął się o kolejny krok. Opuścił wreszcie drugą rękę.
Baldwin brzydził się sobą za każdym razem, gdy musiał się uciekać do tej żałosnej brutalności. Dlatego tego nie robił, wierząc, że Agresja jest kolejną gałęzią sztuki. Była czymś odzwierzęcym. Pięknem w najprostszej formie, gdzie doprowadzeni do granicy ludzie ukazywali swoje prawdziwe oblicze. Czuli się potężniejsi, bo wydawało im się, że dominują, podczas gdy jedyne co robili to zrywali z twarzy swoje zajebiście dopracowane maski. Uwielbiał ją obserwować – jak łamią się pod samymi sobą.

Charlie nie był tak piękny jak rozszalała w swojej furii Lorraine, po której nadal nosił blizny na swoim przedramieniu. Nie był tak zachwycający jak zaborcza w swoim pożądaniu była Scarlett. Już nawet Millie Moody ledwo po wyjściu z tego swojego odwyku czy gdzie ją tam zamknęli przeorała nim po połodze bardziej niż ten chłystek. 
Chciał zobaczyć ślepą nienawiść. Ból. Jebaną pasję towarzyszącą wyrzutowi endorfin. Powoli zaczynał dostrzegać w oczach chłopaka. Jeden porządnie oddany cios nie czynił Mulcibera lepszym od podrzędnego najebanego w trzy dupy nokturniarza, któremu zechciało się wszcząć bójkę. Chciał cokolwiek co będzie mógł później zakląć w obrazie. Chciał więcej w masochistycznym odruchu.
- Bijesz tak jak kurwa się pieprzy.- Stwierdził, ocierając usta wierzchem dłoni.- Zajebiście rozczarowująco.


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Charles Mulciber - 02.01.2025

W chwili, gdy słowa płynęły, a za nimi pięści, nie było ważnym to, co zostało powiedziane, a to, w co uwierzyła dusza. Charles widział, co przedstawiał sobą Baldwin, gdzie mieszkał, z kim się zadawał i chociaż naprawdę próbował, teraz zrozumiał, że mimo chęci, nie był w stanie zgodzić się z Malfoyem. Nieproszony gość sam sobie na to zapracował, dzieląc się tym bardziej nieproszoną wiedzą i przekonaniami, które mogły wstrząsnąć światem Charlesa w ten zły sposób. Nie potrzebował nikogo, kto będzie siał zamęt w jego życiu, które w końcu miało wkroczyć na właściwe tory.

Jego twarz wyrażała wszystkie te emocje: odrazę, rozczarowanie... nienawiść. Odczucia łatwo kiełkowały, a odpowiednio zadbane, dawały siłę, której nie sposób było się spodziewać. Brzydko wykrzywione usta, zmarszczony nos, pięść, która była w gotowości, by uderzyć z drugiej strony - młody Mulciber na powrót odkrywał tę drugą, bardziej gwałtowną wersję siebie. Uczucie było wręcz słodkie, gdy knykcie zabolały, obite o kości Baldwina. Przemoc uzależniała jak narkotyk i dłonie rwały się do kolejnych ciosów. Baldwin wybrał mądrze, odsuwając się, a przestrzeń wpłynęła również na Charlesa. Zawahał się, tracąc pęd chwili.

Dłonie jednak nie ustawały i same po raz kolejny wyrwały się do kołnierza Malfoya, łapiąc go, a następnie przyciskając do ściany. Jedna zaraz oderwała się, tylko po to, by gestem przywołać butelkę, wciąż stojącą na stoliku, czekającą na chłopców niczym symbol pojednania.

- Będziesz trzymał się ode mnie z daleka. - To nie była groźba, lecz obietnica. Za słowami popłynął alkohol: uniesiona nad głowę Malfoya tequila zaczęła płynąć, złociste krople opadły na jasne włosy, spłynęły na jasną skórę. - I zostawisz Scarlett w spokoju. Jeśli zobaczę cię przy niej choć jeszcze jeden raz, nie wrócisz do domu o własnych siłach.

Alkohol obmywał Baldwina, wsiąkał w jego ubranie, gdy możliwość pojednania została stracona, wydawałoby się, na zawsze.


RE: [06.09.72] Charlie & Baldwin | Canción del mariachi - Baldwin Malfoy - 02.01.2025

Charlie mógłby mu wylać na łeb beczkę alkoholu, garniec roztopionego złota czy wiadro pomyj. Żadna z tych rzeczy nie obeszła by teraz Malfoy’a, który poświęcał każdą sekundę na rozkoszną ucztę zmysłów jakim były emocje. Kolekcjonował najmniejsze wspomnienia, drżąc na samą myśl o niciach, które wplecie w następny obraz. W kasztanowe włosy, pełne zagubienia w świecie żywych oczy Mulciberowej wybranki. Oddał cześć Brennie Longbottom i jej taśmom, czyniąc ją wieczną ozdobą Eurydyki. Kto powiedział, że słodka i niewinna Scylla Greyback nie ozdobi ścian Kościanego Zamtuza?

Oblizał usta, gdy tequila spłynęła mu w dół twarzy, wpadając do oczu, których jednak nie zamknął. Jeśli Charles chciał się poczuć jak szkolny dryblas, który znęca się nad pierwszakiem - to ewidentnie źle trafił. Ten dziwaczny waterboarding odniósł zgoła odmienny efekt od zamierzonego (chyba że pan Mulciber próbował zrobić ze swojego towarzysza miss mokrego podkoszulka, to zdziałał cuda). Mógł czuć się wielki i potężny, ale z reguły od prześladowanych oczekiwano czegoś innego niż rozbierania swoich prześladowców wzrokiem. A to właśnie robił Baldwin, sunąc leniwie wzrokiem po szyi Charliego, wyobrażając sobie jak pięknie musiałaby wyglądać w siatce blizn i sinofioletowych plam. Odcisków ust, palców. Potrafił wyobrazić sobie jego przyspieszony, płytki oddech, bo w jego myślach brzmiał dokładnie tak jak Scarlett. A ona smakowała kimś innym. Kimś czyj dotyk zdawał się nawet realniejszy niż zaciśnięte palce Charles’a na jego koszuli.
Wahadełko błysnęło w jego dłoni. Przepiękny, drogocenny kamień wart więcej niż życie niejednego. Jego dziedzictwo. Czym różnił się umysł Mulcibera od wszystkich kurew, które w życiu już pchnął na kolana, bo raczyły się znaleźć zbyt blisko. Niczym. Żadnemu nie zamierzał zapłacić za ucztę z emocji i uczuć.
Różdżka, którą trzymał w drugiej dłoni drgnęła, gdy zacisnął na niej mocniej palce, a w myślach Baldwina królowało tylko jedno słowo. Obijało się złowieszczym echem, powtarzane przez słodki głosik z tyłu głowy. Incendio. Jedno proste słówko, by zakończyć wszystko.
Wszystkie kłopoty porzucone na płonącym stosie. Wszystko mogło spłonąć. On mógł spłonąć. Nareszcie.

Nie słuchał go. Oczywiście, że nie słuchał tego całego pierdolenia o tym jak to się ma nie zbliżać do Scarlett, bo od samego początku Baldwin Malfoy nie traktował swojego kolegi na poważnie. Nie traktował go poważnie, gdy ten wił się ze wstrętem pod jego dotykiem w pracowni na Horyzontalnej. I absolutnie nie traktował go poważnie teraz, nawet z podbitym okiem i cuchnąc mieszanką tequilli, papierosów i wanilii z porzeczką.
Zaśmiał się chrapliwie.
Dłoń z owiniętym wokół łańcuszkiem uniosła się szybko do góry. Po prostu odepchnął od siebie Mulcibera, wkładając w to całą swoją siłę, nawet jeśli tej miał z natury dość niewiele.

AF (1k) - na ile mocno odepchnie od siebie Charliego.
[roll=O]

Nie zastanawiał się dłużej. Nie przestawał ociekać alkoholem. Nie przestawał myśleć o tym jak chciałby spłonąć, tu teraz, brudząc popiołem te nieskazitelne meble. Ale co ważniejsze - nie przestał się nawet na moment śmiać.
Z trzaskiem teleportował się z mieszkania chłopaka w sobie tylko znane miejsce.

Koniec sesji