![]() |
|
[02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4343) |
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025 Wyrządzili sobie wiele złego, nie mogli teraz z tym nic zrobić. Celowo się ranili, tylko właściwie po co? Wcale tego nie chciała. Nadal jej na nim zależało, nadal chciałaby mieć swoje miejsce w jego życiu. Tyle, że to chyba nie było możliwe, już nie. Usilnie próbował jej to uświadomić, ale od niej nadal się to odbijało niczym od ściany. Wiedziała swoje, a właściwie to niczego nie wiedziała, co jeszcze bardziej mieszało. Nic tu nie było proste, nie potrafiła się określić, sama nie wiedziała, czego chce, mimo wszystko desperacko trzymała się tej szansy, którą sobie dali. Nadal widziała w tym szansę, była naprawdę okropnie zaślepiona. Chaotycznie miotali się w tym wszystkim, mówili jedno, robili drugie, a przy okazji unikali rozmów, które faktycznie mogłyby im dać cokolwiek. Kiedy usiadła wbiła wzrok w szklankę, którą postawiła przed sobą. Tak było prościej, trochę bała się mu teraz spojrzeć w oczy, bo czuła się winna temu, co przed chwilą zrobiła. Miała jednak nadzieję, że to było słuszne, że faktycznie przyniesie jej jakiekolwiek odpowiedzi. Łudziła się, że wtedy znajdzie jakieś rozwiązanie, chociaż póki co żadne jeszcze się nie pojawiło, wręcz przeciwnie. Utknęli tutaj tak naprawdę zupełnie bez sensu, za niedługo mieli się rozejść każde w swoją stronę i co dalej? Znowu będą się unikać? Nie chciała tego, na pewno nie zamierzała do tego dopuścić, tylko, że nie zależało to wyłącznie od niej. Nie miała wpływu na jego zachowanie, jeśli będzie miał ochotę na pewno znajdzie sposób, aby trzymać się od niej z daleka. Jego co spowodowało, że raptownie się spięła. Wyprostowała się na tym krześle przerażona, że on wie, że rozgryzł jej sprytny plan. Roise był w końcu specjalistą od mikstur, miał świadomość jak one działają, co nie ułatwiało jej podstępu. Powinna spodziewać się, że się domyślił, że zaraz wyrzyga jej to, że nadużyła jego zaufania, że przegięła. Była niemalże pewna, że zaraz wybuchnie kolejna kłótnia, która tylko pogorszy sytuację między nimi. Najwyraźniej ciągle miała tendencje do tego, żeby niszczyć wszystko wokół siebie. Sięgnęła po fajkę, którą wepchnęła sobie do ust, czekała na jego wysryw na temat tego, że nie powinna ich palić, że śmierdzą, że mogłaby palić co innego, chociaż ostatnio sobie darował te komentarze, więc może i tym razem jej odpuści. W końcu już nie była jego problemem, nie musiał się ją przejmować, ani jej nałogami. Nic się jednak nie stało. Nie wybuchnął, zamyślił się, więc może jednak nie wiedział o tym co zrobiła. Ulżyło jej, bo naprawdę nie chciała, żeby dowiedział się o tym co zrobiła. Tak naprawdę to nie do końca miała pojęcie na jakiej zasadzie działała mikstura, którą przywieźli z tej wycieczki. Miała rozplątywać język, tyle wiedziała, ale czy Ambroise w jakikolwiek był tego świadomy? Nie miała pojęcia, liczyła na to, że nie. Pewnie trudno by jej było później spojrzeć mu w oczy. - Musimy w końcu sobie wszystko wyjaśnić, nie powinniśmy ciągle tego unikać. - Zdecydowanie miała inne zdanie. Próbowali kilka razy odkąd się tutaj znaleźli jakoś się dogadać, ale nie wychodziło im to najlepiej. Mimo wszystko sądziła, że kolejne próby są konieczne. Może w końcu uda im się dojść do jakichś konkretów. - Co niby było racją? Praktycznie nic z tego, co powiedziałam nie powinno mieć miejsca, po prostu chciałam uderzyć w Ciebie jak najmocniej, do nie do końca było to, co miałam na myśli. - Sama sięgała po szczerość, właściwie od samego początku nie chciała niczego przed nim ukrywać. Wydawało jej się, że znowu brał na siebie odpowiedzialność za całe zło, które im się przytrafiło, tyle, jej zdaniem to nie było prawdą. Starał się przecież, aby było im dobrze, naprawdę próbowali jakoś ułożyć sobie wspólne życie i nawet im to wychodziło. To, co już udało jej się z niego wyciągnąć, od kiedy się tutaj znaleźli świadczyło o tym, że on również mocno przeżywał to, że od niej odszedł, nie uważała więc, aby to Roise był czarnym charakterem w tej opowieści. - Dlaczego nie możesz odpocząć, czy nie po to tutaj zostaliśmy? - Mieli się jakoś ogarnąć, doprowadzić do porządku, a później wrócić do rzeczywistości, która aktualnie wydawała się być ich największym wrogiem. W Piaskownicy nie było tych problemów, które nie dawały im spokoju, ale też mieli doświadczenie z tym, że na dłuższą metę nie mogą się tutaj izolować, bo to, co działo się na zewnątrz tak, czy siak kładło łapska na tym, co stworzyli. Izolowanie się tutaj nie miało więc żadnego sensu. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025 Powinien zaoponować, ale zamiast machnąć na to ręką, wzruszyć ramionami i powiedzieć coś, co już przecież wielokrotnie słyszała, bezwiednie rozchylił wargi, nabierając głęboki wdech i ponownie zabierając głos. - Tak, to jest ta jedna rzecz, którą chyba rzeczywiście musimy zrobić - przyznał po chwili, zadziwiająco bez oporów przed wypowiedzeniem tych słów na głos, choć tak naprawdę czy w rzeczywistości opuściły jego usta? Nie zwrócił na to uwagi. Tak jak nie odniósł się do śmierdzących fajek Geraldine ani do tego, co zazwyczaj mówił w podobnej sytuacji. Nie zaoferował jej swoich papierosów tak samo jak nie zaczął zapętlać się na upartym powtarzaniu, że ich rozmowa nie ma sensu. W istocie naprawdę czuł się zawieszony w jakiejś dziwnej próżni, bo to chyba nawet nie była pustka. Jeszcze nie. Wrażenie pustki dopiero miało nadejść. Zapewne już za kilka chwil wraz ze świadomością, że nic, co powiedzą nie będzie w stanie zmienić czegokolwiek w ich życiu, bo ich życie przestało istnieć lata temu. A jednak w pewnym sensie chyba w dalszym ciągu obowiązywała ich choćby mała cząstka tamtych reguł i prawd. Zbyt długo tłumione słowa miały tendencję do wypływania w najmniej oczekiwanym momencie pod postacią niszczycielskiej fali porywającej ze sobą wszystko, bez wyjątku. Sekrety zamiatane pod dywan w końcu piętrzyły się tak bardzo, że musiały wyleźć na powierzchnię. To był jeden z takich momentów? Może zbyt wiele wypił, nie do końca ogarniając rzeczywistość? Wydawało mu się, jakkolwiek by to nie brzmiało, że znał swoje limity i w barze w wiosce miarkował się na tyle, aby ich nie przekroczyć. Może liznąć granicę jak brzeg posolonej cytryny, ale nie zrobić niczego, co sprawiłoby, że ledwo wróci do domu (ich dom) i od razu padnie na podłogę. Chciał trzymać się na nogach, przekazując kwiaty. Unikać prowadzenia zbyt głębokich rozmów, jednak w jakiś sposób ją przeprosić. Nie ugłaskać, bo to raczej nie było możliwe, ale odzyskać choćby trochę spokoju między nimi. Bez konieczności mówienia, bo rozmowa... - Obawiam się, że jeśli to zrobimy, to ty zaczniesz mnie unikać. A tego bym nie zniósł. Świadomości, że gardzisz mną z głębszych pobudek niż złamane serce. Może nie chciałaś tego mówić, ale to wszystko było racją, ty ją miałaś. Nie nadaję się dla ciebie - nie chciał być jej najczarniejszym charakterem, nawet jeśli bez wątpienia prędzej czy później musiał z powrotem znaleźć się na tej liście. I to chyba była jedna z tych myśli, która jeszcze bardziej nie dawała mu odpocząć. Wraz z tym wszystkim, co działo się dookoła nich a czego nie mógł już pomijać tak jak to kiedyś robili. Nie przy świadomości, że to już nie jest ich wiecznie bezpieczne miejsce, spokojna przystań i ostoja, do której wrócą kiedykolwiek po tym, gdy stąd wyjdą. Mieli się rozstać. - Nie wiem, dlaczego tutaj zostaliśmy, ale na pewno nie po to, żeby odpocząć. Tak samo jak nie po to, żeby coś tu naprawiać, bo kilka dni nie wystarczy, by doprowadzić ten dom do porządku - stwierdził, wykrzywiając wargi w grymasie ani trochę nie przypominającym uśmiechu, na który nie było go obecnie stać. Wszelkie zasoby, o jakich mógłby pomyśleć. Starania i lata zaangażowania. Środki pieniężne. Kontakty i status społeczny. Renoma. Pewność siebie. Momentami wręcz ślepa dedykacja zamiarom, planom, wizjom na przyszłość. Wszystko po to, by znaleźć się tu i teraz. W tym momencie, czując, że nie ma się tak naprawdę niczego. - Chyba po prostu chciałem się znowu poczuć jak ja - w dalszym ciągu nie spoglądał na Rinę, licząc na to, że nie spyta go, co kryło się pod tym pojęciem, bo sam nie do końca wiedział - ale to nie działa. Nie w tym dystansie, nie na zasadzie sojuszu, który jest... ...żenujący. Gorszy niż przyjaźń, bo jako przyjaciele mieliśmy jeszcze jakieś szanse - zakończył z nutą goryczy wyczuwalną w tym ze wszech miar opanowanym, cichym, ale nie zdystansowanym czy chłodnym tonie. Przeciwnie - jeśli można było coś o nim teraz powiedzieć, z pewnością nie było to nic związanego z ich sojuszem. Mówił raczej jak ktoś nie do końca świadomy wydźwięku wypowiadanych słów. Niczym lunatyk przyłapany na nocnych ruchach, który zamiast się wybudzić, snuł coraz dłuższe dysputy. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025 Zmrużyła oczy, faktycznie nie spodziewała się, że ten mały dodatek może przynieść taki efekt, w końcu jeszcze chwilę temu unikali rozmowy po raz kolejny. Chyba była gotowa na zadawanie pytań, chociaż nieco bała się odpowiedzi, czy była gotowa usłyszeć całą prawdę? Cóż, jak straszna by ona nie była to miała zamiar w tym momencie się w niej zagłębić. - Dobrze, że się co do tego zgadzamy. - To nie tak, że przez ten mały dodatek robił coś wbrew sobie, po prostu wybierał prawdę, nawet jeśli nie do końca chciał się nią dzielić. Najprawdopodobniej też miał dość tych wszystkich niedopowiedzeń, tyle, że teraz nic nie powstrzymywało go przed tym, aby podzielić się z nią swoimi przemyśleniami. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, czy faktycznie ta rozmowa może coś zmienić, ale jeśli jej nie odbędą to się tego nie dowiedzą, więc lepiej było po prostu zaryzykować i sprawdzić, była naprawdę okropnie zdesperowana skoro sięgnęła po taką wątpliwą moralnie metodę na uzyskanie od niego informacji. Nie była to wyłącznie jej wina, gdyby nie utrudniał tego wszystkiego, to mogłoby się odbyć bez tych środków po które sięgnęła. Powoli zaciągała się papierosowym dymem, nie uspokajał jej on jednak wcale, naprawdę była mocno zestresowana tą sytuacją, jeszcze nigdy bowiem nie zrobiła mi czegoś takiego. Póki co nie miał pojęcia, że maczała w tym palce, może nigdy się tego nie dowie? Tak byłoby chyba najprościej. Upiła kolejny łyk alkoholu, przyjemne ciepło zaczęło się rozchodzić po jej ciele. Jeszcze trochę i będą to mieli za sobą. - Coby się nie działo nie zamierzam Cię unikać Roise, już nie, to było nieodpowiednie, nie chciałabym do tego wracać, nigdy też nie będę Tobą gardzić. - Tak, to też już było za nimi, te półtora roku było ciężkie, nie miała pojęcia jak się miewa i czy właściwie żyje, nie mogła się z nim spotykać i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Nie było opcji, żeby powtórzyła to w kolejnych miesiącach. Nie po tym co się wydarzyło przez ostatnie kilka dni. Nie kiedy wiedziała, że on też nadal coś do niej czuje. - Czy nie udało nam się razem stworzyć domu o którym zawsze marzyliśmy? Nie wierzę, że dla Ciebie to nie było wystarczające. - Mieli to, kiedyś udało im się jakoś wszystko ułożyć, dlaczego więc nie mogli tego powtórzyć, może na nieco innych fundamentach, bo skoro zaczęli wyznawać swoje wszystko, to może miałoby to większą szansę przetrwać, bez tajemnic chowanych pod dywanem. - Brakowało mi Ciebie wiesz, i tego co mieliśmy, może to nie jest to samo, ale chyba rozumiem do czego zmierzasz. - Mogli przez krótki czas mieć namiastkę tego życia, które kiedyś było dla nich normą, zdecydowanie wyglądało ono szczęśliwej niż to aktualne, w pojedynkę. - Zawsze istnieją szanse, tylko musimy je sobie dać, bez względu na to od czego zaczynamy, nie wydaje mi się, żeby było nam pisane coś innego niż to, co poznaliśmy. Nic nie będzie w stanie tego zastąpić. - Sojusznicy, przyjaciele, to nigdy im nie wystarczy, nie po tym, kiedy mieli najdoskonalszy, pasujący im układ. Nic właściwie nie mogli z tym zrobić, tak czy siak każdą relację jaka ich miała łączyć będą do tego porównywać. - Roise, chciałabym się dowiedzieć, co nie pozwala Ci znowu w nas uwierzyć, dlaczego uważasz, że się dla mnie nie nadajesz, nie umiem sobie wyobrazić siebie u boku nikogo innego, a Ty ciągle mówisz o tym, że to niemożliwe. - Musiała poznać konkrety, potrzebowała tego, żeby zobaczyć jego punkt widzenia. Sama ponownie się przed nim otwierała, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby mówić o tym, co czuła, zresztą większość z tych słów już padła z jej ust. - Czemu tak z tym walczysz? - Wiedziała, że chciał tego samego co ona, tylko się opierał, coś go powstrzymywało, musiała się dowiedzieć co to było. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025 Chciałby wierzyć Rinie. Zaufać jej niezmąconej pewności tego, o czym mu mówiła. Uwierzyć w to, dać sobie założyć różowe okulary. Tyle tylko, że to byłyby raczej klapki na oczach. Ciężkie i ograniczające pole widzenia, nie pozwalające mu dłużej widzieć całego obrazu. A ten był bardziej skomplikowany niż usiłowała twierdzić. - Ale to i tak się stanie - niemal wszedł dziewczynie w słowo - kiedy stąd wyjdziemy, rozejdziemy się każde w swoją stronę. Wtedy będziemy się znowu unikać. Wtedy nie chcę, żebyś robiła to jeszcze z innych pobudek - ze wstrętu i nienawiści, z poczucia wyższości, z obrzydzenia, z poczucia bycia zbrukaną. Bo tylko taką miłość mógł jej dać. Nie wierzę, że dla Ciebie to nie było wystarczające powinno być pocieszające, ale wraz z tym wcześniejszym pytaniem zapiekło go jak siarczysty policzek. Mimowolnie mocniej zacisnął rękę, jednak tym razem na brzegu stołu, niemalże wbijając palce w drewno. - Oczywiście, że to mi wystarczyło, co to za głupia myśl? - Wbrew użytym słowom wcale się nie uniósł, tylko na ułamek sekundy skierował spojrzenie w kierunku Geraldine, patrząc na nią ponuro, po czym ponownie przenosząc wzrok na okno. Nie pod naciskiem jej spojrzenia ani niczym podobnym, bo na niego nie patrzyła. Mimowolnie powrócił do widoku za oknem, bo to było chyba równie smutne. To, że nie potrafili już sobie tak po prostu patrzeć w oczy, kolejny raz uciekając się do spoglądania na siebie tylko wtedy, gdy to drugie nie patrzyło. - To było dla mnie wszystkim - przecież to wiedziała. - Tak, stworzyliśmy. Nie zamieniłbym to na nic innego. Tylko na kamyk i trzy tygodnie w Alpach. Dwoje na troje. Tylko na to - mruknął cicho, powstrzymując się przed wyciągnięciem ku niej ręki, bo to byłoby zbyt wiele. Szczególnie, jeśli by ją odrzuciła, wbrew wypowiadanym słowom. Nie był już pewien niczyich reakcji. Swoich czy jej. Oboje zachowywali się zupełnie inaczej, ale czy to było coś dziwnego? Nie byli już tymi samymi ludźmi. Bardzo dużo się zmieniło. Zbyt wiele miało miejsce, aby mogli pozostać tacy sami. Ten sojusz, ta cała pozorną neutralność też więcej komplikowała niż dawała. Ich reakcje stawały się coraz bardziej gwałtowne, nawet jeśli teraz rozmawiali zadziwiająco spokojnie. I to nie aż do przesady. Bez tego wymuszonego tonu. - Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę - kiwnął głową, w dalszym ciągu obserwując te poruszające się krzewy. - Tym bardziej po tym, w jaki sposób się rozstaliśmy - tak, miał świadomość, że musiała za nim tęsknić, musiała być w szoku, później wyrażać niedowierzanie, wyparcie, zaprzeczenie, przechodzić przez te wszystkie etapy żałoby. Bo byli do siebie podobni. On też to robił. Na swój sposób. - Musisz zrozumieć, że gdybym wtedy stanął przed tobą twarzą w twarz to nigdy bym nie odszedł. Nie dałbym rady tego zrobić. Utrzymywanie dystansu przez tyle miesięcy przy jednoczesnej świadomości tego, co nie zostało wypowiedziane, było wystarczająco trudne. Szczególnie tamten pierwszy okres - przez kilka jebanych miesięcy, gdy był na skraju złamania swoich postanowień niemal za każdym razem, gdy o niej pomyślał, czyli niemalże przez cały czas. - Później te urodziny Fabiana. Może nam nie szło, ale mógłbym - nic nie było tak obłąkane i desperackie jak wyciągnięcie ramion ku komuś, komu słało się ponure spojrzenia i grymasy - sama wiesz, że mógłbym. Niewiele wtedy brakowało. To nigdy nie była walka z tobą, tylko ze sobą, żeby na ciebie nie zaczekać, żeby nie wrócić razem do domu - powiedział, zasysając powietrze ze świstem. Szczególnie teraz, zwłaszcza po dopplegangerze i tym wszystkim, co stało się między nimi wcześniej w Londynie, nie miał nawet grama wątpliwości, że gdyby wtedy pękł, czekając na Geraldine na klatce schodowej i przypierając ją do chłodnej ściany, nie potrzebowaliby zbyt długo się wzajemnie przekonywać do swoich racji. Nie przy alkoholu, nie przy iskrach latających między nimi przez całe popołudnie i wieczór. Zwłaszcza, że jeszcze wtedy nie słyszał tamtych plotek. Nie odsunął się emocjonalnie. - Przy Longbottomie mogło być łatwiej, bo pojawiło się poczucie, że to już na pewno nie jest to samo, ale myśl o tym, że tak szybko ruszyłaś dalej. To było kurwa morderstwo - przekleństwo i katorga, ponad półroczne katusze po to, aby dostać informację, że to nawet nie była prawda. - Tym bardziej, że masz rację. Może nie w całości, ale po części - stwierdził ciężko, kląskając językiem o podniebienie. Nie patrzył na Geraldine. Chyba nie mógł. - Nic nie będzie w stanie tego zastąpić. Nikt i nic. Nie ma sensu się oszukiwać. Nie widzę powodu, żeby szukać tego gdziekolwiek indziej. Tym bardziej, że gdyby to miało wchodzić w grę, gdyby to było możliwe - postawił na szczerość, bo? Bo chyba należało tak zrobić? Z jakiegoś powodu? Nie analizował tego. - To po co byłyby substytuty? - No, właśnie, nawet nie potrzebował od niej żadnej odpowiedzi na to pytanie. To było jasne i przejrzyste, nawet jeśli wcale nie łatwe. Nigdy nie miało być proste do zaakceptowania, nawet jeśli już dawno to zrozumiał. Jeżeli mógłby pozwolić sobie na budowanie z kimś życia to tylko z nią. Z nikim innym. Nie był aż tak wyrachowanym, bezuczuciowym człowiekiem, żeby świadomie mieszać kogoś w niebezpieczeństwo, celowo wpychając jakąś dziewczynę na miejsce, na którym widział tylko Rinę, a które nie mogło być jej. Nie potrzebował przejmować się swoim coraz bardziej starokawalerskim stanem. Już od dawna przestał odpowiadać na pytania. Nie czuł się również odpowiedzialny za to, że w jego rodowej linii nie miało być żadnego dziedzica, bo Roselyn jako kobieta miała stać się kurwa Borginem i to Borginom przedłużyć ród zaś on nie planował potomstwa. To nie miało wyglądać w ten sposób. Kiedyś planował założyć rodzinę, ale gdyby to teraz zrobił, czułby się jak jeszcze większy skurwysyn. Jak zdrajca i menda. Narażając Merlinowi ducha winną naiwną dzierlatkę, której by nawet nie kochał. Być może gardząc wytworem ich pustych, cielesnych aktów, wynikiem kilku ruchów lędźwi i braku emocjonalnego zaangażowania. Byłby chujowym ojcem niechcianego bachora, jeszcze gorszym mężem, najgorszym ukochanym odległej mu kobiety. Prędzej czy później i tak tragicznie tracąc tę karykaturę rodziny. A więc po co? Na co by mu to było? W tym sensie Geraldine miała rację. Nic nie było w stanie zastąpić tego, co kiedyś mieli. A jednak mówiła o czymś jeszcze, o czymś innym. Z niezmąconym przekonaniem twierdziła w tych słowach, że nic nie było również w stanie zastąpić tamtego uczucia. Ani gniew, ani wstręt, ani odraza czy litość. I tu już nie mógł się z nią zgodzić. - Niczego nie polepszasz, gdy tak mówisz - nie wymierzał ciosu w jej stronę, ale ciężko zaciągnął powietrze w płuca, jednocześnie na kolejne mrugnięcie oka przenosząc wzrok na Yaxleyównę, kiedy wypowiedziała te kolejne słowa. To nie był pierwszy raz, kiedy na niego naciskała. Już to słyszał. Potrafił wykręcić się od odpowiedzi, choć w istocie zrobił to wtedy w najgorszy możliwy sposób, wywołując kłótnię. Teraz tego nie chciał, starając się ważyć słowa w ustach, odpowiedzieć jej ogólnikami. Zamknąć temat, nie mówić o tym już nigdy. To powinno być proste, prawda? - Nie mogę dać ci niczego, co chciałbym ci dać. Nic z tego, co ci obiecywałem, rozumiesz? Nie mogę być twoim wsparciem. Siedzę w tym wszystkim zbyt głęboko. Ta noc? To nie był pierwszy raz. Ani ostatni. Nie możesz brać sobie na barki zepsutego, pogubionego cienia człowieka, bo żadne z nas tego nie udźwignie. Nie chcę być powodem i świadkiem twojej zguby. Nie chcę mierzyć się ze świadomością, że to moja wina. Nie chcę, żeby ktoś cię przeze mnie skrzywdził, tylko czekając na to, żeby uderzyć, gdy nie będzie mnie blisko. Nie chcę ukrywać przed tobą kolejnych sekretów. Udawać, łgać, mydlić ci oczu - a musiałby to robić, jeśli miałby utrzymywać przed nią w tajemnicy te kolejne ciemne strony. Jeszcze więcej sprawek, o których nie powinna wiedzieć. Całą kolekcję pojebania. Kabaret cieni. Nawet w stosunku do tego, co było już wtedy. Z czym mierzyli się przez blisko siedem lat. - Pomściłem już morderstwo jednej bliskiej mi osoby, nie chcę mieć na sumieniu twojego życia - nic nie musiała, ale to musiała zrozumieć. Choćby po to, aby więcej nie drążyć tego tematu i nie rozgrzebywać ich ran. - Budzić się co rano z niepewnością i obawą, czy to będzie ten dzień. Albo paranoicznie bać się czegoś, co powinno być radosne, o czym oboje kiedyś myśleliśmy, a co byłoby kolejną porywczą, egoistyczną decyzją - wiedziała, co miał na myśli, musiała wiedzieć, jednakże to też wypowiedział na głos. - Zasługujesz na dom i rodzinę. Na męża i dzieci z kimś, kto nie jest zepsuty, kto nie będzie wam zagrażać, wojna czy nie wojna - a więc tak... ...wyrzucając z siebie ten posrany półmonolog, w którymś momencie skierował ku niej naprawdę intensywne, ciemne spojrzenie. Zbyt gwałtowne sięgając po kubek. Za mocno zaciskając na nim palce aż do pobielenia knykci i jednym haustem opróżniając zawartość. Tylko po to, aby nalać sobie w to miejsce niemal cały kubek whisky. Również jego opróżniając do połowy. To była dostateczna odpowiedź? - Nie chcesz mnie takiego - powiedział cicho, przymykając oczy. Takiego, jakiego? Choć nie był religijny, modlił się, by to pytanie nie padło. By nie drążyła. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025 - Nie chcę Cię dłużej unikać, to nie jest właściwe. - Cóż, skoro już rozmawiali, to ona chyba też mogła mieć coś do powiedzenia, a przynajmniej tak się jej wydawało. Po tym wszystkim, co widziała, co usłyszała, czego chciała nie potrafiłaby wrócić do tego unikania się, które miało miejsce jeszcze niedawno. To nie było coś, do czego zamierzała wracać, zasługiwali na więcej. Ona i on. Nie chodzi o patrzenie na świat przez różowe okulary, miała świadomość, że nie jest z nimi dobrze, że są w rozsypce, ale łatwiej będzie im wspólnie z tego wyjść, razem byli silniejsi, mogli osiągnąć więcej, od zawsze tak było. Nie wydawało jej się, aby to mogło się kiedykolwiek zmienić. - To dlaczego z tego zrezygnowałeś? - Potrzebowała konkretów, jasnych odpowiedzi, nie tych pokrętnych, które niczego jej nie wyjaśniały. Nawet teraz nie czuła się mocniej oświecona, mimo, że miał niby być z nią zupełnie szczery po zażytej z herbatą substancji, jak widać to też nie było takie proste. Może powinna w inny sposób formuować pytania, problem mógł być przecież również w tym. Przymknęła na chwilę oczy, przetarła dłonią oczy, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. To wcale nie było takie łatwe, jak się mogło wydawać. Zresztą tutaj nic nie było łatwe, czekała ją naprawdę trudna przeprawa i chyba powinna się streszczać, bo nie miała pojęcia przez jaki czas ta substancja będzie działała. To, że czas ją naglił też nie ułatwiało sprawy, nie mogła zbyt długo zastanawiać się nad tym, co chciała od niego usłyszeć. - Czemu więc nie postanowiłeś tego zamienić? - Wspomniał jej o tym, co planował w przeszłości, tyle, że nie doszło to do skutku. Faktycznie śmierciożercy im nieco pokrzyżowali wtedy plany swoimi atakami, ale przecież do deklaracji wcale nie potrzebowali żadnych Alp, mogli to zrobić też tutaj, wtedy, gdy robili z tego miejsca fortecę, w której zamierzali się schronić. - Nie ma co teraz roztrząsać tego, w jaki sposób to zrobiłeś, nie będę udawać, że to nie bolało, bo bolało, ale co się stało to się nie odstanie. - To był chyba najgorszy okres w jej życiu. Nigdy nie czuła się taka pusta, z dnia na dzień straciła przecież wszystko na czym jej zależało, o czym kiedyś nawet by nie marzyła. Nie miała na to żadnego wpływu, nie mogła nic z tym wtedy zrobić, bo wymknął się pozostawiając jej jedynie krótką notatkę. Wtedy to był naprawdę bolesny cios, teraz? Teraz chyba to jakoś przetrawiła. - Może tak byłoby lepiej? Gdybyś nie odszedł. Odkąd zniknąłeś wszystko zaczęło się sypać. - Nie miała zamiaru udawać, że jej życie układało się po tym, kiedy postanowił ją opuścić. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że spadała coraz głębiej i nie uda jej się wydostać na powierzchnię. Zaczęła się zatracać w rzeczach, które jej nie służyły, prowadziło to do autodestrukcji, przez te półtora roku upadła naprawdę nisko. - Cały świat mi się wtedy rozsypał, straciłam i Ciebie i Amandę, wszystko, co było mi bliskie. - On również to przeżywał, gdyby razem przetrawili tę stratę może byłoby im łatwiej. Zresztą mało pamiętała z tamtego okresu, zaszyła się w swoim mieszkaniu i upijała się na umór, żeby jakoś przetrwać to, co było najgorsze. - Najwyraźniej całkiem nieźle wychodziła Ci ta walka. - Nie omieszkała tego nie zauważyć. Pamiętała tamten dzień, jedyny raz kiedy znajdowali się tak blisko siebie. Nie rozmawiali wtedy wcale, to nie było miejsce, w którym powinni wyjaśniać swoje problemy. Pojawili się tam z zupełnie innego powodu i starali się to uszanować, chociaż nie mogła się powstrzymać przed strzelaniem w niego piorunami z oczu, bo nadal czuła żal, że potraktował ją w taki, a nie inny sposób. - Nie byłabym w stanie tego zrobić, dziwi mnie to, że uwierzyłeś w te plotki. - Przecież ją znał, miał świadomość, że nie angażowała się w nic, kiedy nie była tego stuprocentowo pewna. Nie znalazłaby sobie kogoś na jego miejsce tak szybko, zwłaszcza po tym ile lat razem spędzili. Nie umiała się otwierać przed ludźmi, nie umiała rozmawiać. Założenia o tym, że byłaby w stanie zaręczyć się z kimś były więc zupełnie niepotrzebne. Nie bez powodu powtarzała mu od początku, że widzi siebie tylko u jego boku, nie u nikogo innego. To było prawdą. - Po co substytuty, kiedy wiesz, że gdzieś czeka ktoś, kto jest tym jedynym? - Nie zamierzała sięgac po substytuty, gdy wiedziała, że on gdzieś tam jest. Żyje, miewa się jakoś? To nie miało żadnego sensu. Bez względu na to przy kim by się znajdowała jej myśli i tak kierowałyby się tylko ku niemu. Nie była, aż taką egoistką, że znalazłaby sobie kogoś, kto i tak nie mógłby jej dać tego, co potrzebowała. Nie chciała nikogo krzywdzić mając świadomość, że nie będzie w stanie go pokochać. Prędzej wybrałaby drogę w samotności, może pełną jednorazowych, nic nie znaczących zbliżeń, które raz na jakiś czas mogłyby zaspokoić jej żądze. Nic więcej. - Wiem, że niczego nie polepszam, ale wolę być z Tobą szczera, niż udawać, że mi to odpowiada. - Od samego początku zmierzała właśnie tą ścieżką. Mówiła o tym, czego chciała, przestała już bać się odrzucenia i ono nie było jej straszne, widać było, że jest zdesperowana, bo rzadko kiedy była, aż taka rozmowna. Czasem trudno jej było wyduszać z siebie słowa. Dopiła zawartość swojej szklanki, w między czasie przygasiła papierosa w popielniczce. Niemalże od razu dolała sobie kolejną porcję whisky, bo potrzebowała więcej. Wbrew pozorom ją też sporo kosztowała ta rozmowa, wcale nie przychodziła jej naturalnie. - To przestań cokolwiek przede mną ukrywać, to nie jest trudne, nie sądzę, że znalazłoby się coś, co mogłoby mnie od Ciebie odepchnąć, wiele razy Ci o tym powtarzałam. - Nie miała pojęcia o jakich tajemnicach mówił, ale trudno było ją wystraszyć. Yaxleyówna nie była delikatną dziewczyną, która nie radziła sobie z życiem. Wiedziała, jak wygląda świat, że rządzi się własnymi prawami. - Pozwól, że tym razem to ja zadecyduję o tym, ile jestem w stanie udźwignąć. - Nie chciała, aby odbierał jej wolność wyboru, znowu to robił, znowu zakładał, że ona sobie nie poradzi. - Nie możesz być moim wsparciem, a ledwie kilka dni temu nim byłeś, nie wiem, nie widzisz tego? Ja sama się niszczę, to się dzieje i bez Twojej obecności. - Nie miała pojęcia, czy tego nie widział, bo był tak bardzo zapętlony w obwinaniu siebie, czy o co mu właściwie chodziło. - Kogo pomściłeś? - Miała swoje podejrzenia, ale wolała się upewnić. Najwyraźniej nie zaangażowali jej w to, co zrobili, to byłoby zrozumiałe, że dorwali morderców Amandy. Nie ufali jej jednak na tyle, aby w to zaangażować. Te informacje jeszcze nigdy nie padły podczas żadnej z rozmów, które odbyły, trochę ją to zabolało. Po raz kolejny była odsuwana od tych spraw, które miały jakiekolwiek znaczenie, jak by była niewystarczająca. - Ile razy mam ci powtarzać, że nie tak łatwo mnie zabić. - Mógł mówić, co chciał, ale ona była w stanie się obronić, przed praktycznie każdym możliwym niebezpieczeństwem. Do chuja, była pierdoloną łowczynią potworów, radziła sobie też z magią, nie była jakąś, pierwszą, lepszą, delikatną dziewczyną, o którą trzeba było się usilnie troszczyć. - Tyle, że ja nie chce tego, nie z kimś innym. - Miała w nosie co sobie myślał o tym, na kogo zasługiwała. Nie zamierzała się łapać brzytwy tylko dlatego, że ktoś jej to zasugerował. Nie chciała na siłę zakładać rodziny z kimś, z kim nie łączyłoby ją zupełnie nic. - Takiego, czyli jakiego? Co się zmieniło? - Nadal nie dostała od niego żadnych konkretów, więc wolała po raz kolejny zapytać wprost o to, co miał na myśli. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.01.2025 - Wiem, że to nie jest właściwe, ale to jedyna opcja - odpowiedział powoli, w dalszym ciągu nie rozumiejąc, czemu musieli tak bardzo się w tym wszystkim zapętlać. To nie były rzeczy, które mogła zmienić jakakolwiek rozmowa. Nie zamierzał pozwalać sobie na to, aby ponownie zrzucać Geraldine na głowę bycie jego pocieszycielką. To nie miała być terapeutyczna dyskusja rodem z Lecznicy Dusz. - To długa i złożona historia. Już ci to mówiłem, ale skoro tego chcesz... ...w porządku. Chciałem mieć z tobą rodzinę. Ożenić się, mieć dzieci. Dokładnie w tej kolejności. To nie kwestia tradycjonalizmu, nie tylko a raczej szacunku do ciebie i tego, co byłoby, gdybyśmy na domiar wszystkiego po tylu latach dorobili się nieślubnych dzieci. Nie chciałbym tego dla ciebie czy dla nich - przy jego własnej historii nie musiał mówić, z czego to wynikało, prawda? - Byłem umówiony z twoimi rodzicami. Możesz spytać ojca, jeśli mi w to nie wierzysz. Albo Corio, albo Thomasa, choć wątpię, czy któryś z nich coś ci powie - raczej poprzysięgli milczenie a Amanda - główna osoba wspierająca go w tym zakresie już nie mogła nic powiedzieć. - Za pierwszym razem to miała być sobota po orędziu Voldemorta. Wszystko dopięte niemal na ostatni guzik. A potem musieliśmy wynieść się tutaj. Zabieraliśmy rzeczy, teleportowaliśmy się w jedną i w drugą. Po pierwsze: to nie był czas na romantyczne gesty. Po drugie: naprawdę chciałem to wtedy zrobić jak należy, żebyś choć spróbowała dać mi szansę zamiast od razu mówić to, co wtedy wcześniej - nie robił z niej teraz czarnego charakteru, w żadnym wypadku, jedynie stwierdzał fakt, wyrażał tamte obawy. - A poza tym gdzieś po drodze wydawało mu się, że zgubiłem ten jebany kamyk. Oczywiście, że znalazł się, kurwa, po fakcie. Gdy już było za późno, ale czego się nie robi, nie? Więc za drugim razem jak zupełny ćwok, jak kompletny debil, poprosiłem o pomoc. Nie byle kogo, rzecz jasna. Rzemieślnicy szaleli, zlecenia sypały się jak z rękawa, bo wojenna panika nasrała ludziom w głowach. Dostałem przekierowanie. Ten jeden raz stwierdziłem co mi tam, bo znowu chciałem to zrobić lepiej. Może już nie jak należy, bo bez proszenia o zgodę, ale po wydarzeniach w Dolinie Godryka i uświadomieniu sobie, że pod kątem prawnym chuj nas ze sobą łączy i działają... ...albo i nie działają... ... wyłącznie znajomości. Miałem zamiar darować sobie zbędne konwenanse. Po co nam one, nie? Najważniejsze było na wyciągnięcie ręki - dawno nie wypowiedział tylu słów na raz, nie przedstawił tak długiej historii, ale właściwie to ta już powoli dobiegała gorzkiego końca; pozostał tylko jeden rozdział i brak szczęśliwego zakończenia. - Miałem kamyk. Ten w istocie się nigdzie nie zapodział. A tak zdecydowanie byłoby lepiej, bo był zaklątwiony, w dodatku dosłownie przesycony wspomnieniami. Do kolekcji miał też widmo przeszłości - cały pakiet, który nagle znalazł się na jego głowie. - Nim zdążyłem cokolwiek z tym zrobić, Amanda - urwał na kilka sekund. - A resztę już znasz - nie wiedział, czy to była wystarczająco wyczerpująca odpowiedź na to, o co go pytała... ...ale chyba nie miał zbyt wiele do dodania. Szczególnie, że nie wymagała od niego operowania szczegółami czy nazwiskami, czyż nie? - Nie, Ma Moitié - potrząsnął głową. - Kiedy odszedłem wszystko się całkowicie rozpizgało, ale sypało się już wcześniej. Znacznie wcześniej. Nie powinienem odchodzić, wiem o tym. Wierz mi. Gdybym miał inne wyjście, nigdy bym tego nie zrobił. Ale ta decyzja została podjęta lata przed tym, zanim zostaliśmy tym, kim powinniśmy być. Na długo przed nami. Głupie decyzje durnego, niezależnego gówniarza. To od ich nie robienia powinienem zacząć - odrzekł bez oporów i zadziwiająco bez goryczy, choć może ze smutkiem, jakby mówił o złej prognozie pogody. - Ta walka wychodziła mi chujowo. Tamtego wieczoru po wyjściu od Fabiana podjąłem kilka bardzo złych decyzji. Zresztą na pewno widziałaś - blizny na ciele mówiły o części historii, blizny na duszy o całej reszcie. - A potem osiągnąłem szczyt dna z jakąś ledwo legalną zeszlamioną małolatą w łóżku tylko dlatego, że przypominała mi ciebie. Za to też zarobiłem kosę od jej... ...jak się okazało... ...całkiem młodego tatusia z pozwoleniem na broń - nie było warto, nie mogło być warto, bo w istocie jedynym czego wtedy pragnął było zostanie na klatce schodowej zamiast spierdalania stamtąd, jakby niewidzialny ogar deptał mu po piętach, szczerząc zębiska. - Wiem. Wiem, że spierdoliłem nasz świat. Wiem, że śmierć Amandy też była czymś chujowym. Wiem to wszystko - ale nic nie mógł z tym zrobić. To wszystko było ze sobą ściśle powiązane. Jak domek z kart czy kostki domina. - Wybacz, ale bycie nimi torpedowanym z każdej strony niezbyt dobrze działa na jakąkolwiek pewność swego - odpowiedział momentalnie, całkowicie wbrew obrazowi tego cholernie pewnego człowieka, jaki wokół siebie zawsze roztaczał. - Odrzucałaś moje napomnienie o formalizacji związku, nie udało mi się dojść do momentu, w którym mogłabyś mi dać ostatecznego kosza, więc myśl o tym cudownym romansie ze złotym chłopcem z przyjaźni w młodości raczej nie skłaniała mnie ku drążeniu w tym temacie. Wiesz jak podchodziłem do innych typów jako twój przyjaciel, wiesz, że nadal nie znoszę tej myśli - to było zarazem tak banalnie proste i tak cholernie skomplikowane. Samotność była trudnym i zwodniczym stanem. Jak miał być czegokolwiek pewien, skoro nie wiedział już nic, nic już nie miał. Mogła wpaść w ramiona kogoś, u kogo poczułaby się bezpieczna. Zranieni ludzie robili różne nieprzewidziane rzeczy. - A jeśli wiesz, że nie możesz mieć tej osoby? Że nigdy już nic was nie połączy? - Obił pytanie, niemal kierując na nią wzrok. Czy to cokolwiek zmieniało w jej podejściu? Wiedział, że nie. W tej chwili zdawał sobie sprawę z tego, że oboje byli skazani na porażkę i na samotność. Byli zbyt wytrwali w tym, co ich łączyło. Zbyt uparci w tęsknocie. Prędzej mieli udusić się tą niewidzialną nicią niż dopuścić do siebie możliwość ułożenia sobie czegokolwiek z kimkolwiek innym. W tym tkwiła ich tragedia. Trudno było tam znaleźć romantyczne, melancholijne piękno, choć niektórzy pewnie by to zrobili. - Obawiam się, że jest inaczej. Nie chcę stracić jeszcze tej części naszych wspomnień, nie rozumiesz? Zwłaszcza po poprzednim wieczorze i wtedy po tym w Dolinie Godryka. Przez cały czas mówiłem o sobie, Rina, nie o tobie. To nie ciebie nie mogę kochać. To ja jestem nie do kochania. Nie do zniesienia. Teraz już nie jestem - rzucił w nią te słowa. Mniej desperacko niż powinny brzmieć, czego też nie dostrzegał. Tak jak swojego tonu. Jak przypływu szczerości. Jak kolejnych kolejek alkoholu aż do opróżnienia butelki. Całe szczęście mieli kolejną. - Nie chcę, żebyś się niszczyła. I wbrew temu, co mi sugerowałaś, nie jestem ślepy. Oczywiście, że to widzę, stąd ta chujowa propozycja sojuszu. Stąd mówienie ci, że zawsze możesz do mnie przyjść, niezależnie od tego jak daleko od siebie wtedy będziemy. Mogę być twoim wsparciem w tym sensie. Z doskoku. W ten sposób to może funkcjonować - odpowiedział bez chwili zastanowienia, jednocześnie kręcąc głową z niedowierzaniem. - Czyli to poniekąd sojusz, nawet jeśli za cholerę nie umiem być twoim sojusznikiem, bo nawet w tej chwili to jest dla mnie kurewsko trudne - wciąż wydawało mu się, że plącze się w zawartości własnej głowie i w myślach, które opuszczały jego usta niczym wystrzelone z procy. Na ten ostatni fakt co prawda nie zwracał aż takiej uwagi, jednakże w tym stanie upojenia alkoholowego, który z minuty na minutę wyłącznie jeszcze bardziej podkręcał, formułowanie logicznego przekazu było skomplikowane. Stanowiło wyzwanie, choć jak do tej pory całkiem nieźle sobie z tym radził. Nie pękł, nie powiedział niczego, czego nie chciałby powiedzieć. Wyłącznie szczerą prawdę, nawet jeśli w pogmatwany sposób. I co najważniejsze: nie kłócili się. Jakimś cudem nie unosili na siebie głosu, co po interakcji tam na ganku było dziwne i nietypowe, zaskakujące. A jednak jednocześnie nie? Bo przecież kiedyś umieli ze sobą rozmawiać. Utracili ten dar prawdopodobnie gdzieś pomiędzy rozstaniem a tamtymi urodzinami Fabiana. No, właśnie. Fabian. Fabian i Cornelius. Pytanie ze strony Geraldine nie powinno go zaskoczyć i w żadnym razie tego nie zrobiło. Było całkowicie na miejscu względem tego, o czym rozmawiali, prawda? Ponadto nie wątpił, że nawet, gdyby jej teraz na nie nie odpowiedział, Rina i tak gdzieś tam w głębi serca znała odpowiedź. - Dee. Pomściliśmy Dee - w teorii to były proste, dosadne słowa, ale w praktyce czuł się w obowiązku nadać im właściwszy wydźwięk. Bo przecież rozmawiali o powodach, dla których zadawanie się z nim... ...nie, nie tyle zadawanie się z nim, co bycie tuż obok, bycie jego kobietą, jego partnerką, kimś z nim blisko związanym. To nie było coś do przyjęcia. - Z zaskoczenia. Skurwysyn też się tego nie spodziewał, co sprawiło, że to było jeszcze bardziej satysfakcjonujące. Dostał to, czym szarżował - powiedział powoli, wbijając pociemniałe spojrzenie w sufit i tylko nieznacznie, acz dostrzegalnie unosząc kąciki ust na ułamek sekundy, zanim znów spoważniał. - Tyle tylko, że jego śmierć była dłuższa - nie zamierzał jej tego mówić, miał nadzieję nie opowiadać o szczegółach, bowiem z pewnością sama była się ich w stanie domyślić. Medyczne podłoże miało to do siebie, że pozwalało ratować życia, lecz z równym powodzeniem także je odbierać. Powoli, wyrachowanie i z zimną krwią. Do tamtego momentu sam nie wiedział jak bardzo mogło ich obu ponieść. Jak bardzo byli w stanie wspiąć się na wyżyny kreatywności w zadawaniu bólu, patrząc na to przez zupełnie inny pryzmat. Nie podejrzewałby o to Corneliusa. Siebie? Może trochę, ale nie aż tak bardzo. W końcu miał już pewne doświadczenie ze śmierciożercami. Z tym, do czego oni się posuwali. Oko za oko, ząb za ząb czasami nie wystarczało. Nie w przypadku, w którym takie jednostki nadal miały stąpać po ziemi, być mściwe i niebezpieczne. A on i tak miał zbyt wiele problemów, aby pozostawiać sobie nieprzyjaciół. - Powiedz to tamtym typom z Doliny. Uzdrowicielowi z Munga, pracownikowi Ministerstwa Magii i jebanej guwernantce - rzucił cicho, ale zdecydowanie. I choć wcześniej wspominał jej wyłącznie o swoim znajomym z pracy, który zginął tam jako pierwszy po próbie wbicia im metaforycznego noża w plecy, teraz o tym nie myślał. Nie powiedział Geraldine przedtem nic więcej niż to, że tamci ludzie już nie stanowili problemu. Teraz miała ostateczny dowód na potwierdzenie tego faktu. Wiedział, kim byli. Jakże miałby się powstrzymać? - Wyobrażałaś sobie kiedyś, co by było wtedy, gdyby nie tamten przypadek? Zarządzenie losu, że na ciebie trafiłem? Bo ja tak. Wielokrotnie. Przed i po tym, co stało się z Amandą - nie próbował kwestionować słów Riny, że umie sobie poradzić sama, zazwyczaj ją wspierał, wierzył w jej siłę, ale w tym jednym przypadku było inaczej. Nie wydawało mu się niczym dobrym to, by ufać przekonaniu bez podstaw. Aby tak po prostu ślepo iść w to, czego chciały ich ciała i czego pragnęły dusze, całkowicie ignorując logikę. Na zewnątrz w czystokrwistym towarzystwie mogliby błyszczeć na salonach. W czarnorynkowym środowisku natomiast jak gigantyczna latarnia. Tyle tylko, że przyciągająca ludzi o niewłaściwych intencjach. - A ja nie chcę, żebyś tego chciała. Nie chcę mieć świadomości, że masz to z kimś innym, nie ze mną. Chcę cię dla siebie, mimo że nie mogę ci tego dać. Jak pies ogrodnika. To dopiero jest zjebane - odparł ciężko, zaczerpując oddech. - Nie wiesz, ile razy myślałem o tym, w jaki sposób wybrnąć z tego wszystkiego. Ale nie chcę robić z tego sekretu... ...nie chcę go robić z nas. To nawet nie wchodzi w grę. A oficjalnie? To wyrok - uciął własne durne rozważania w temacie opcji, których przecież nie mieli. Nie dla niego. W jego oczach nie było żadnego dobrego rozwiązania. Szczególnie, że nie chodziło wyłącznie o ludzi na zewnątrz, o śmierciożerców, typów spod ciemnej gwiazdy, którym podpadł. Chodziło też o to, co już jej powiedział. I o to pierdolone pytanie, jakie padło. Obrócił głowę w kierunku Yaxleyówny, posyłając jej spojrzenie bez uśmiechu w oczach, bez grama radości, bez... ...czegokolwiek. Puste. Po prostu puste. - Czarnoksiężnika, Geraldine, twoje Słońce w istocie nie ma zbyt wielu skrupułów, co już zostało potwierdzone, szczególnie, że lista przewinień rośnie wprost proporcjonalnie do licznika głów. To się zmieniło. To chciałaś usłyszeć? - Ziałby wściekłością, prześmiewczością i lodem, ale tego nie robił? W istocie był bardzo spokojny i opanowany. Nie dziwiło go to w żadnym razie, a powinno? - Nadal chcesz mi usiąść na kolanach i posłuchać o czarnej magii, nekromancji, pozbywaniu się ludzi na swoje lub czyjeś widzimisię? - Albo jak gończy pies spuszczony z łańcucha, gotów atakować i bronić, jak wtedy w Dolinie, jak później przy Amandzie. - No i jeszcze, oczywiście, mamy duchy w wielu różnych definicjach - dodał bez zawahania, dalej na nią spoglądając. Tak. Byłby wyśmienitym mężem i tatusiem. Znakomitym. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.01.2025 - Zawsze są jakieś inne opcje. - Nie zamierzała akceptować tego podejścia. Jedyna opcja, bo tak zadecydował, bo znowu postanowił za nich? Tym razem nie chciała odpuszczać. Zależało jej na tym, aby ona również miała jakikolwiek wpływ na podejmowane przez nich decyzje, nawet jeśli sama jeszcze nie widziała innych możliwości. Nie spodziewała się jednak tego, co miało nadejść, może powinna, najwyraźniej ta mikstura, której dolała mu do herbaty potrafiła zdziałać cuda, czy kiedykolwiek wypowiedział z siebie, aż tyle słów? Powątpiewała w to, a spędzili razem wiele lat. Słuchała więc, kiedy zaczął. Bardzo uważnie, aby nie umknął jej żaden, nawet najdrobiejszy szczegół. W między czasie tylko uzupełniała sobie zawartość szklanki, bo popijała z niej co chwila tę nieszczęsną whisky, żeby jakoś to wszystko przetrawić. - To zrozumiałe. - Cóż, wspomniał jej już wcześniej o tym, że myślał o tym, aby wreszcie, oficjalnie stali się małżeństwem. Rozumiała dlaczego chciał to zrobić według przyjętych norm, bo przecież sam przeżywał swoje przez to, co stało się z jego rodzicami, najwyraźniej nie chciał zaliczyć powtórki z rozrywki, co było rozsądne, praktycznie wszystko, co robił było przemyślane. No, na pewno bardziej od tych decyzji, które podejmowała sama Yaxleyówna. - Wierzę Ci. - Cóż, miała przecież pewność, że jest z nią szczery przez eliksir, którego dolała mu do kubka, ale i bez tego nie sądziła, aby mógł ją okłamać kiedy o tym wspominał. Roise taki nie był. Fakt, Ambroise podjął już pewne próby, dużo wcześniej, związane z formalizacją ich związku, Geraldine czuła jednak, że były wymuszone, więc stanowczo mu odmówiła. Wtedy była pewna, że to co mieli było wystarczające, nigdy nie chciała stawiać go pod ścianą, raczej zależało jej na tym, aby faktycznie był pewien podejmowanych przez siebie decyzji, nie chciała w żaden sposób ich na nich wymuszać. Tylko przez to go wtedy odrzuciła, zresztą nie sądziła, że tak bardzo wziął to do siebie. Najwyraźniej znowu się myliła. Najwyraźniej nie zamierzał ominąć żadnych szczegółów, bo wspomniał też o kamyku, to było ich jakieś dziwne szczęście, że nawet taka prosta czynność mogła nie do końca się udać. Komplikacje chyba były im pisane od zawsze na zawsze. - Nikt nie mówił, że będzie łatwo. - Co innego mogła powiedzieć. Rozjaśniało się jej wszystko coraz bardziej, wróciła pamięcią do tamtych dni. Mieli pewne plany, które nie doszły do skutku, bo cóż, zaczęło się to nieszczęsne orędzie, później ona zupełnie przypadkowo starła się z śmierciożercami niemalże tracąc przy tym życie, mieli na głowie sporo innych problemów niż formalizacja związku, w którym tkwili od lat. Zakończyło się to śmiercią Amandy, co też nie zachęcało do tego, aby zajmować się takimi sprawami. Świat na którym przyszło im żyć stał się okropnym miejscem, próbowali się do tego dostosować, jak mogli, to, że przynosiło to różne efekty nie było ich winą, nie było jego winą, zostali podstawieni pod ścianą. - Każdy ma jakąś przeszłość, skąd mogłeś wiedzieć, że przyniesie to takie konsekwencje? - Nawet jeśli podjąłby inne decyzje, kiedy był gówniarzem wszystko działo się po coś. Może nigdy by się nie poznali, gdyby tego nie robił, na pewno nie znaleźliby się razem w tym dziwnym dworku, gdzie ich relacja nabrała zupełnie innych torów. Wszystko działo się z jakiejś przyczyny. - Trudno jest walczyć z całym światem w pojedynkę. - Tak, zauważyła blizny, które pojawiły się na jego ciele, których wcześniej tam nie było. Spodziewała się, że mogło przytrafić mu się coś złego. To ją martwiło, że nie było jej wtedy przy nim, że nie mogła mu pomóc, kiedy tego potrzebował. Od samego początku uważała, że to, iż próbuje ją trzymać z daleka od swojego drugiego życia nie przyniesie im zbyt wiele dobrego. Jasne, mogła stać się celem jego wrogów, ale nie przejmowała się tym jakoś szczególnie, starała się zrozumiec to, że w ten sposób próbował zapewnić jej bezpieczeństwo, ale to było zupełnie niepotrzebnie. Razem, faktycznie mogli się wspierać. Nie skomentowała tego, co wspomniał jej o tym, że szukał pocieszenia w ramionach jakieś małolaty, bo cóż, sama nie była pod tym względem lepsza, zatracała się w podobny sposób z różnymi mężczyznami, aby chociaż przez chwilę coś poczuć. Wolałaby tego nie rozgrzebywać. - Ile razy mam ci powtarzać, że to nie ty go spierdoliłeś. - Nadal próbował brać winę za te wszystkie niepowodzenia na siebie. Kurwa mać, czy nie mógł wreszcie dostrzeć, że to świat w którym przyszło im żyć był spierdolony, a nie oni? - Tak, wiem. Ludzie lubią gadać, zawsze znajdą ciekawy temat do plotek. - Nawet do jej uszu dochodziły te śmieszne informacje, nie przejmowała się nimi szczególnie, bo to był tylko plotki. Najwyraźniej Ambroise trochę za bardzo się nimi przejął. W sumie nie powinna mu się dziwić, ta historia całkiem nieźle się układała, tyle, że Erik nigdy nie znaczył dla niej nic więcej. W jej sercu zawsze było miejsce tylko dla jednej osoby, zresztą miał świadomość tego, jak silna była ich więź, nic nie byłoby w stanie się z tym równać. - Skąd możesz mieć pewność, że nigdy nic was nie połączy? Wolę zaczekać niż szukać pocieszenia w substytutach. - Nie zamierzała sięgać po pierwszą, lepszą osobę, która jej się nawinie. To było zupełnie niepotrzebne, nie chciała żyć w ten sposób, szczególnie, gdy zdawała sobie sprawę, że on gdzieś tam był. Nie byłaby w stanie tego zrobić. - Przestań traktować siebie jako czarny charakter. Kocham Cię, czy tego chcesz, czy nie. Nie masz na to żadnego wpływu. Możesz mówić, że nie mogę tego robić, ale to się nie zmieni. To jest trwałe. - Mimo tego, że nie odzywali się do siebie niemalże przez półtora roku, mimo tego, że próbowała naprawdę nie patrzeć na niego w ten sposób, to nie umiała inaczej. Więź która ich kiedyś połączyła nie słabła, nadal to czuła, za każdym pierdolonym razem, gdy na niego spoglądała. Nie mogła z tym nic zrobić, teraz już nawet nie chciała, bo to by jej do niczego nie doprowadziło. Zostali na siebie skazani, albo się z tym pogodzą, albo będą się męczyć i dusić, gdy znowu się od siebie odetną. - To nie może funkcjonować z doskoku, zdajesz sobie sprawę, że nie ma opcji, aby to się udało. - Niby jak to sobie wyobrażał? Że za każdym razem jak znajdzie się w jakieś gównianej sytuacji, będzie do niego przychodziła po pomoc z podkulonym ogonem, a później co? Będzie wracać do siebie, jakby nic się nie zmieniło. To nie miało szansy działać. Od samego początku. - Nie powinniśmy w ogóle brać tej opcji pod uwagę. - Skoro i on miał z tym teraz problem, to po co właściwie narzucali sobie jakieś kolejne, chujowe ramy, które nigdy nie miały zadziałać? Może to i lepiej, że zaczęli sobie to wyjaśniać. Nie, żeby póki co ta rozmowa cokolwiek zmieniała w ich życiu, ale przynajmniej zaczął mówić, może nie dlatego, że chciał, ale nie liczył się powód, może jeszcze uda jej się dowiedzieć czegoś więcej. - To dobrze, należało tak zrobić. - Żałowała tylko, że nie pozwolili się jej również zaangażować w sprawę, że ją od tego odcięli, jakby ona nie zasługiwała na to, aby się zemścić. Jasne, nie krzywdziła ludzi, ale czy tych, którzy zabili Amandę w ogóle jeszcze można było nazwać ludźmi? To były bestie, które nie miały sumienia, kryły się tylko w ciałach podobnych do nich. Nie miała więc wątpliwości, że to, co uczynili było właściwe. Sama chętnie zrobiłaby to samo. Może to nie było szczególnie moralne, ale w dupie miała moralność, gdy po ich świecie chodzili ludzie, którzy bez oporu rzucali niewybaczalnymi zaklęciami na prawo i lewo. Zasługiwali na śmierć. Tak, mogła bawić się w tej chwili w sędziego i wybierać kto faktycznie powinien umrzeć. - Sam sobie na to zasłużył. - Nie poruszyło jej to chyba tak bardzo, jak powinno. Roise i Corio zabili oprawców Amandy, akceptowała to, wręcz wspierała ten sposób postępowania. Przyszło im żyć w świecie, w którym musieli przywyknąć do tego, że będą stawiani pod ścianą, że czasem przyjdzie im podjąć decyzję o czynach, na które wcześniej by się nie zdecydowali. Nie robili krzywdy niewinnym, zabijali tych, którzy faktycznie na tę śmierć zasługiwali. Nie widziała w tym nic złego. Powinni ponosić konsekwencje za czyny, których się dopuszczali. Przynajmniej mieli pewność, że nie zniszczą życia innym osobom, to wyglądało bardziej jakby wyrzucili śmieci do kosza, gdzie było ich miejsce. - Byli blisko, ale im się nie udało. - Tak, to była jedna z sytuacji, kiedy faktycznie dała dupy, nie panowała nad tym, co działo się wokół niej, ale jakoś udało jej się z tego wyjść cało. Miała więcej szczęścia niż rozumu, ale może właśnie tak miało być. Miała przeżyć, to nie był jej czas na umieranie. Tak samo jak te inne sytuacje, które zdarzyły się później, gdy była bardzo bliska przejścia na drugą stronę, ale jednak nadal coś powodowało, że udawało jej się nadal stąpać po ziemi. - Wolałam się skupiać nad tym, że jednak dalej tu jestem. - Nie chciała roztrząsać tej sprawy. Wydarzyło się, wyszła z tego cało, nie było sensu tego rozgrzebywać i myśleć o tym, co by było gdyby. Jasne, gdy ją wtedy znalazł musiała wyglądać chujowo, ale jakoś im się udało wyjść cało z tego bagna. - We dwójkę jesteśmy sobie w stanie poradzić z takim wyrokiem. Powoli, jakoś. - Miała świadomość, że to może być dla nich niebezpieczne, ale nie sądziła, że tak szybko znajdą się chętni, którzy będą chcieli zaryzykować starcie z ich dwójką. Co najważniejsze nie musieli być w tym sami, mieli przecież przyjaciół, którzy mogli im pomóc, przecież nie pozwoliliby na to, aby ktoś ich skrzywdził. - Nie jesteśmy przecież sami, mamy przyjaciół, wiesz, że możemy na nich liczyć. - Nie chciała, żeby o tym zapominał. Wypiła jednym haustem zawartość swojej szklanki. Nie spodziewała się usłyszeć z jego ust tego jednego, konkretnego słowa. Nie nazwałaby go w ten sposób, chociaż wydawało jej się, że mógł korzystać z pewnych metod, które mogły powodować, że sięgnął akurat po to nazewnictwo. - Zadaj sobie pytanie, czyje głowy występują na twoim liczniku. - Może dla innych nie było to ważne, może oni uważali, że zabijanie to zabijanie, jednak w oczach Geraldine była pewna różnica. Świat był pełen typów, którzy zasługiwali na śmierć, likwidowanie ich powodowało, że stawał się bezpieczniejszym miejscem. Nie sądziła, aby Ambroise odebrał życie komuś, kto na to nie zasługiwał. - Tu nie chodzi i widzimisię, wiesz o tym, w głębi na pewno się domyślach dlaczego Cię o to poprosiłam. Te metody mogą przynieść nam bezpieczeństwo, tylko i wyłącznie dlatego chcę z nich korzystać, nauczyć się ich. Nie sądzę, abyś Ty sam stosował ich w innych przypadkach. - Tak, nadal w niego wierzyła, nie skreślała go, mimo, że pewnie spodziewał się, że może to zrobić. Starała się zrozumieć jakie było podłoże jego postępowania, bo liczyły się intencje. - Duchy? Chodzi Ci o widmowidzenie? - Wolała się upewnić. Nigdy jej o tym nie wspominał, chociaż od samego początku przecież wiedziała, że ma pewien talent. Nie wydawało jej się to jednak istotne, liczyła na to, że kiedyś sam będzie chciał jej powiedzieć, co potrafi. Miała swój szósty zmysł, który po prostu dawał jej znać, kiedy wokół niej znajdowali się ludzie, którzy nieco różnili się od tych typowych osób. Potrafiła rozpoznać jakimi umiejetnościami się posługiwali. Ambroise pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy ilu czystokrwistych miało podobne tajemnice. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.01.2025 - Nie zawsze - pokręcił głową, naprawdę nie zamierzając ulec fałszywemu przeświadczeniu, jakie miała Yaxleyówna. - Uwierz mi, gdy mówię, że przemyślałem to od a do z. Wszystkie pierdolone możliwości i scenariusze. I nie jestem w stanie zaakceptować żadnego z nich. Ty też nie - stwierdził pomny tego, że znowu mogła mu wytknąć decydowanie i mówienie za nią, ale musiał to podkreślić w ten sposób. Nie widział żadnej innej opcji. Dokładnie tak samo jak nie dostrzegał tej własnej nagłej rozmowności i gadatliwości zupełnie nie w jego stylu. Nie tylko otwierania się przed nią jak księga, ale też dawania Geraldine całej transkrypcji. Nie streszczenia a wszystkich szczegółów na każde pytanie, które mu zadawała. Na wszystko, co padło. - Nie wiem, co jest zrozumiałe, ale raczej nie to. I nie wiem czy cieszy mnie to, że mi wierzysz. Nie, skoro dzień wcześniej to podważyłaś, zarzucając mi, że nigdy nie mogłem mieć takich planów i zawsze miałem spierdolić - nie próbował jej tego wytykać a jedynie przypominał inne fakty rzutujące na ich obecną rozmowę. - Najbardziej ironiczne jest to, że przewidziałaś to jeszcze zanim ja w ogóle miałem okazję dojść do wniosku, że to jedyne, co mogę zrobić. Spierdolić, zostawić wszystko, porzucić nas - mógłby poszukiwać wielu kolejnych określeń na to, co się stało, ale nie musiał ani nawet nie chciał tego robić. Zamiast tego sięgnął po kubek, również upijając część zawartości i odruchowo sięgając, aby uzupełnić im obojgu braki w wypitym whisky. To było konieczne, choć ta butelka wyjątkowo szybko zaczęła się kończyć. No nic, bo przecież mieli drugą. - Nasze życie nigdy nie było łatwe - odpowiedział bez wahania, krzywiąc się na kolejne słowa Geraldine. - Wiedziałem, że mogą mieć konsekwencje. Wszystkie decyzje je mają, szczególnie te tak ryzykowne. Sedno tkwi nie tu, tylko w tym, że wtedy po prostu nie planowałem... ...tego wszystkiego. I że lepiej by było, gdybyś mnie nigdy nie poznała, gdybyśmy tylko bez słowa mijali się gdzieś w tle, bo wtedy nie musiałabyś cierpieć z powodu czegoś, co nigdy nawet nie było sygnowane twoją zgodą - taka prawda. Zgadzając się na życie z nim, nigdy nie zgadzała się na to, co szło w tej części pakietu, z której oboje nie zdawali sobie sprawy. Oczywiście, że miał się winić i uważać za czarny charakter. To było branie odpowiedzialności. - Do usranej śmierci - ale się nie uśmiechnął, tym bardziej, że nie spodziewał się, że przyjdzie mu kiedykolwiek użyć tego określenia w podobnym kontekście - która pewnie nadejdzie całkiem szybko, zważywszy na to, że tak jak mówisz: walka w pojedynkę z całym światem jest kurewsko niemożliwa na dłuższą metę - chyba miała szczęście, że był pijany, bo mówił jej rzeczy, które normalnie raczej wyciągnąłby wyłącznie w ostateczności, najprędzej na łóżku śmierci. Tymczasem teraz wypływały z jego ust wraz z odpowiedziami na wszystko, co potrzebowała od niego usłyszeć. W przeciwieństwie do tego, czego on miesiącami nie chciał słuchać od innych ludzi. Teraz też mając problem z mówieniem o tym, choć świadomość, że to były tylko plotki powinna mu przynieść odkupienie. Tak się nie stało. - Tak, wiem. Rozmawialiśmy o tym nie raz i nie dwa. Stąd to wydawało się jeszcze bardziej prawdopodobne. To, że z... ...nim... ...też mogłabyś z początku tylko dawać im powód do gadania. Popisówkę, pokaz pod publiczkę - to nie był wyrzut, ale Erik też był jej przyjacielem. Skąd miał wiedzieć, czy w istocie nie takim jak on kiedyś? Nie najlepszym kumplem z głową na jej kolanach i dłonią Geraldine na jego obojczykach, sunącą w dół, wywołującą falę nieugaszonego podniecenia? Potrzebowali pół roku. Po kolejnych sześciu miesiącach był już całkowicie ugruntowany w tym, że chce z nią spędzić życie. A ktoś inny? Mając skarb w rękach, również być może nie chciał go z nich wypuszczać. Musiała zrozumieć to podejście. Te wątpliwości i obawy, potwarz wraz z policzkiem wymierzonym na odległość. - Nie żartowałem, gdy mówiłem ci, że jeśli to możliwe... ...jeżeli to będzie kiedykolwiek możliwe, to do tego czasu miną lata. Wręcz dekady - odmruknął, mimo woli wyginając kąciki ust w półuśmiechu. Starzy ludzie. Nie mieli dożyć starości, ale to była ta jedyna choć trochę pozytywna wizja w ich życiu. Wszystkie inne decyzje, plany czy słowa były głównie mącące i bolesne. Tak jak to, co padło z jej ust. Coś, na czego dźwięk wreszcie przesunął palce mniej więcej do połowy długości stołu między nimi. Nie dalej, ale to zrobił, gotów na kilka chwil chwycić Yaxleyównę za rękę. - Chcę i nie chcę - to też było skomplikowane. - Ta egoistyczna część chce to słyszeć, uwierz mi, ale nie mogę patrzeć tylko na nią, bo ja też cię kocham. Tym samym chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze. A ja tym nie jestem. Nazywaj mnie jak chcesz. Czarny charakter to uproszczenie. Możliwe, że faktycznie nie pasuje. To bardziej... ...agresywny pies zerwany z łańcucha. I to pies ogrodnika. Spierdolił, ale wraca. Szarpie i gryzie, ale panoszy się po dawnym terytorium. Łaknie tego, ale czego tak właściwie? - Tu leżało główne pytanie. Tu był pies pogrzebany. No i od kiedy zrobił się tak kurewsko metaforyczny? - Nie wiem jak inaczej to sobie wyobrażasz - skwitował cicho, nawet nie próbując kwestionować jej słów. - Skoro nie możemy być sojusznikami na stałe ani z doskoku. Jeżeli nie możemy mieć wspólnej przyszłości w jednym domu ani być przyjaciółmi. Jeśli nie zamierzamy być kochankami, urządzając sobie potajemne schadzki, bo to jest całkowicie absurdalne. To kim mamy być? Obcymi ludźmi? Nie chcę być dłużej twoim wrogiem - choć to było przesadzone słowo, nawet jeśli w rzeczywistości zdarzało im się słać ku sobie naprawdę żałośnie złe spojrzenia i kierować wstrętne, obrzydliwe słowa. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że prócz tego istniała jeszcze jedna opcja. Ta, którą już kiedyś rozważał, ale odsunął ją od siebie pod wpływem bieżących wydarzeń w Dolinie Godryka. Teraz w końcu wypowiadając to na głos. - Mogę wyjechać. Gdy tylko skończy się sprawa widm. Zawsze znajdę pracę, najlepiej gdzieś jak najdalej stąd. Zagranicą - to nie była propozycja, tylko kolejna z prawd co do tego, co należało zrobić. Wiedział to równie dobrze jak wiele innych rzeczy. Miał świadomość tego, że dzięki temu uniknęliby wpadania na siebie i całej tej męczarni. Być może spróbowaliby żyć jakoś ze świadomością duszenia się wspólnym co by było gdyby, ale tak. To była kolejna słuszność. Jak tamta wtedy. Ta, o której mówili. Którą należało zrobić, nawet jeśli nie ucieszył się, że Rina podzielała jego zdanie. - Tak. To było słuszne. Szkoda tylko, że trwało tak krótko - zgadza się, przed chwilą powiedział, że męczarnie tego człowieka były długie, ale na takie winy nie było chyba dostatecznie mocnych i długich cierpień; wszystkie miały być za krótkie. Słysząc kolejne słowa Yaxleyówny, kolejny raz przeniósł wzrok na sufit, kręcąc głową. Nie, nie zgadzał się z tym, ale nie potrzebował tego słownie komentować. Tak, była tutaj. Żywa. To bezsprzecznie miało największe znaczenie, ale tamten atak nie mógł być bagatelizowany. Nie w obliczu tamtej drugiej tragedii. - Chciałbym w to wierzyć tak bardzo jak ty to robisz, ale zamiast tego - urwał na sekundę, instynktownie powracając spojrzeniem do jej oczu. - Nie potrafię zrozumieć, dlaczego robisz to, co robisz. Nie kłócisz się ze mną. Nie wyrzucasz mi tego, co powinnaś mówić. Traktujesz to jak coś, co jest normalne... ...a ja nie wiem. To mi miesza w głowie. Nie chcę cię w to wciągać. Tak samo jak naszych przyjaciół. Głębiej niż wszyscy w tym siedzicie. A gdy tak o tym mówisz, kurewsko łatwo byłoby ci powiedzieć dobrze, niech tak będzie i odpuścić. Nie chcę spać na kanapie przez kolejne dni. Ani kupować sobie dostawki do pustego pokoju. Chcę cię kochać, kochać się z tobą, wziąć cię na tym stole, na którym zaczęliśmy naszą dyskusję. A potem wszędzie indziej. Przez kilka dni olać naprawdę domu tylko po to, żeby może zająć się nią w przerwie od nas. A potem znowu. Aż to znów będzie dom - stwierdził, przymykając oczy i zaraz znowu je otwierając. - Twoje słowa i reakcje są jak trucizna. Czuję się odurzony. Wiem, że nie myślę trzeźwo, ale to nic nie zmienia. Problemy wciąż z nami pozostają - przecież to wiedziała. Nawet w tym wszystkim, co mówiła i robiła, z pewnością nie była tak głupia, aby nie wiedzieć, że nie zamierzał zmieniać podejścia. Wbrew temu, co tu padło, nie zamierzał ulegać podszeptom zwodniczego serca. - Chcesz ode mnie pełnej szczerości? Nieocenzurowanej wersji? - Gdyby tylko wiedział, że tak i w istocie wręcz podjęła wszelkie możliwe środki, żeby przedstawił jej to w ten sposób. - Nie wiem. Nie wiem i często nie chcę wiedzieć. Mogę się domyślać, ale tego też staram się unikać - stwierdził wprost, nie spuszczając z niej wzroku. - Bezpośrednio? To nie byli dobrzy ludzie i nie zamierzam analizować, kto w tym świecie taki jest, bo ci zdecydowanie zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Ale pośrednio? To mógł być ktokolwiek. Przez większość czasu chodziło o zapewnienie środków do pozbycia się anonimowych osób, ale czasami, nieczęsto acz wciąż, dawka miała czynić truciznę. Wtedy zdarzało mi się wiedzieć, że nie chodzi o dorosłego typa w sile wieku. Tak samo przy spersonalizowanym... ...jak to w ogóle brzmi... ...doborze środka albo metody... ...bo wtedy po prostu musiałem wiedzieć więcej, żeby tego nie spierdolić - powiedział w pełni świadomy tego, że to nie było tak czarno białe jak Rina usiłowała to interpretować. Ona też powinna to wiedzieć. Być może część jego uczynków była wykonywana w białych rękawiczkach. Pośrednio nie był związany z planami pozbawienia kogoś życia, bo to nie on je w to życie wcielał. On wyłącznie wykonywał pewien etap zlecenia. Tak czy inaczej. Nie odpowiadał za dalsze wykorzystanie tego, co zapewniał. Zatem nie dopisywał tego sobie do listy własnych duchów. Przewinień również nie. To była wyłącznie praca. Źródło zarobku, nie satysfakcji czy spełnienia zawodowego. Czysty brudny biznes i nic więcej. A jednak nie czyniło to z niego dobrego człowieka. Mało kto byłby w stanie później zrozumieć, że on wyłącznie wykonywał swoje zlecenie, nie żywił zupełnie żadnych uczuć w stosunku do tego, na kogo padło. Ba. Często nawet nie znał tej osoby. Ich bliscy wciąż mogli dociekać prawdy. Nadal mogli chcieć mścić się na wszystkich powiązanych. On by to zrobił. Szukałby odwetu na każdej marnej wszy związanej z personalną tragedią, więc tak naprawdę wyłącznie czekał aż taki dzień nadejdzie. Jak miałby w to mieszać Rinę? Kiedy ze sobą byli, naprawdę starał się uważnie dobierać klientów, ale teraz? Bywały momenty, gdy ponosiła go chęć robienia czegokolwiek, by zabić swoje widma. - W tamtym momencie nie sądziłem, że świadomie mnie o to prosisz. W tym momencie, gdy masz już ogląd na sytuację, powinnaś być mądrzejsza - nie zamrugał, ale drgnęła mu powieka, bo to, co mówiła było dla niego nawet nie tyle zaskoczeniem, co kompletną profanacją wszystkich rzeczy, do których powinna dążyć. Tak, zgadza się - idealizował ją tak jak i ona zapewne robiła to w stosunku do niego. Jednakże to nie znaczyło, że nie miał świadomości tego, że jego dziewczyna nigdy nie była święta. Przez większość czasu byli siebie warci. Przynajmniej dopóki nie wypierdolił poza skalę chujowych decyzji. Wtedy zaczął jeszcze bardziej ją od tego odcinać. Nie chciał, żeby się tym brukała bardziej niż to konieczne. Nie, jeśli on mógł to robić za nią. Skoro i tak był już potępiony, miał ręce zbrukane krwią, czarną magią, nekromancją. Geraldine nie musiała. - Znam kogoś, kto kiedyś też myślał w ten sposób. Komu wydawało się, że jebutne ostrzeżenia powtarzane co rusz to tylko sposób na trzymanie potęgi w rękach dla wąskiego grona wybrańców. Zatrzymywanie dla siebie całej władzy - stwierdził nieco kwaśno, unosząc jeden kącik ust, mimo że oczy w dalszym ciągu miał ni to poważne, ni to puste. Dwa ciemne, podkrążone okręgi pociemniałych zielonych tęczówek niemal zakrytych przez rozszerzone źrenice. Gdyby spojrzał teraz na swoje odbicie, pewnie domyśliłby się, że w tej nagłej rozmowności nie było nic naturalnego. Wyglądał jak ktoś, kto się upił a następnie naćpał, nawet jeśli nie czuł zawrotów głowy ani nie plątał mu się język. Mówił jasno i klarownie. Bardzo spokojnie, może nawet wręcz nienaturalnie monotonnym głosem. Więcej niż kiedykolwiek w jakiejkolwiek rozmowie, którą prowadzili. To powinno go zdziwić, zszokować czy wzbudzić w nim podejrzliwość, ale tak nie było. Po prostu mówił. - Ten człowiek miał dobre intencje, wierz mi bądź też nie. Chciał tylko chronić to, co mu najbliższe. Na szczęście... ...bądź też nie... ...mając przy okazji wszystko, czego potrzeba do tego, żeby spróbować. Wcześniejsze pozornie głupie doświadczenia. Wpływowych krewnych maczających w tym palce, więc czemu nie od razu ostrożny mentoring. Znajomości. Dojścia do źródeł pisemnych i ustnych. Kilka lat wstecz wydawało mu się, że coś go opętało i przeklęło. Szukał odpowiedzi na pytania z tym związane. Nie było ich, wyobraź to sobie, w klasycznej literaturze. Toteż pojawiła się myśl, że może należałoby szukać głębiej. Tam też tego nie było, ale inny typ informacji zdecydowanie przyciągał wzrok. Tyle tylko, że później pojawiło się coś lepszego. Jak już nie tyle się domyślasz co oboje wiemy. Coś, jakieś przekleństwo zostało zakochaniem, zakochanie miłością, dedykacją, oddaniem. Więc te wszystkie rzeczy odeszły w odstawkę na kilka lat. Raz na jakiś czas powracały wraz z interesującymi kontaktami i możliwościami. Aż do naszego punktu wyjścia. Początek wojny, plany na przyszłość. Wieczorny dyżur i nagłe wezwanie z Ministerstwa, któremu brakowało ich własnych uzdrowicieli. Zamach w znajomym miejscu. Atak na wszelką świętość, nagle zwielokrotniony widokiem ukochanej kobiety - zaczerpnął powietrza, kręcąc głową; wiedział, że jest świadoma, do czego zmierzali. - Brygadziści walczyli z nimi jak sieroty. Protego i Drętwota? Proszę cię... ...rzeczywiście. Jedyną sensowną opcją był atak tymi samymi środkami. W ten sam sposób. Bez namysłu. Bez litości. Głowa za oko, kręgosłup za ząb. To działa, faktycznie. Te metody mogą nam przynieść bezpieczeństwo. To też już skądś znam. Tylko i wyłącznie dlatego chcę z nich korzystać, nauczyć się ich. Tak będzie. Na początku na pewno. A potem, czy gdy... ...dajmy na to, taki drobny i nieszkodliwy imperius będzie w stanie wyplątać cię z kłopotów? Wystarczy, że rzucisz go w dobrej wierze, każesz komuś odejść z miejsca zdarzenia? Czy to już będzie coś złego? Exumai rzucone podczas przeciągającego się polowania, bo przecież i tak zamierzasz zabić to stworzenie? A czy stając w obliczu poświęcenia kogoś innego dla osoby, którą kochasz, zabrania jej, żeby dać szansę twojemu człowiekowi, czy to będzie taka zła decyzja? - Wcale nie potrzebował od niej odpowiedzi na te pytania, jedynie pokazywał Rinie swój ogląd na to, co mu mówiła. - Wtedy powiedziałem ci nie, teraz nie istnieje wiele argumentów, żeby przekonać mnie do zmiany zdania. To pochłania, uwierz mi. Doszczętnie zaciera granice, więc nie. Nie mogę ci powiedzieć, że jestem tu świecącym przykładem poświęcenia dla idei. Nawet jeśli masz częściową rację, bo nie, nie stosuję tak drastycznych metod w innych przypadkach niż te najbardziej konieczne. Nie robię tego dla potrzeby czy satysfakcji - ale też nie chciał się przed nią wybielać. Nie szukał w niej adwokata, bo nie chciał stawać przed jakimkolwiek sądem. Nie szykował się na stryczek czy ścięcie. Mówił jej wyłącznie to, o co go pytała. Jedynie odpowiadał na pytania tak jak sobie tego życzyła. Wbijając w nią wzrok i znowu sięgając po kubek z alkoholem. Biorąc głęboki łyk idealnie w momencie, w którym do jego uszu doleciało to kolejne pytanie... ...zakrztusił się. Zaciągnął zbyt wiele piekącego alkoholu nie w ten otwór oddechowy, być może nie plując nim w ostentacyjny sposób, ale zanosząc się gwałtownym kaszlem. Whisky poleciało mu przy tym nosem, wypełniając go pieczeniem. - Co? - Wydusił z siebie, sinoczerwony z chwilowego braku tchu, łapiąc przy tym powietrze jak ryba wyrwana z wody. - O... ...widmowidzenie - tak, jasne. - Skąd, kiedy, jak długo? - I dlaczego do kurwy nędzy mówiła o tym jak o porannej przebieżce w parku? RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.01.2025 - No to mamy problem. - Nie pierwszy w ich życiu, pewnie nie ostatni. Tyle, że skoro nie byli w stanie zaakceptować żadnego ze scenariuszy, to sprawy się nieco komplikowały, znaczy już dawno się skomplikowały, ale miała wrażenie, że komplikują się coraz bardziej. Trudno. Kiedyś może znajdą jakieś wyjście, musiało przecież istnieć. - Niepotrzebnie to powiedziałam, po prostu chciałam Ci dojebać. - Powinien wiedzieć, że umiała to robić bardzo skutecznie, kiedy jej na tym zależało, ale to on zaczął, doprowadził ją do granicy, więc wyciągnęła coś, co faktycznie mogło go zaboleć, bo czy mogła uderzyć mocniej, chyba nie, nie było nic gorszego od powidzenia mu tego, że od zawsze wiedziała, że prędzej, czy później zniknie z jej życia. Wcale tego nie czuła, nie kiedy razem planowali przyszłość, tworzyli coś stałego, co wydawało się mieć sens. - Nie da się wszystkiego zaplanować, niestety nie masz, aż takiego wpływu na to, jak będzie wyglądało twoje życie. - Ona też nigdy nie sądziła, że będzie w stanie się z kimś wiązać, również miała swój bagaż doświadczeń, może nie niósł ze sobą takiego skomplikowania, jak ten jego, ale nie była krystalicznie czysta, miała swoje na sumieniu. Nie mieli wpływu na decyzje, które podejmowali w przeszłości, nie byli w stanie przewidzieć tego, że mogą nieść takie długotrwałe konsekwencje. Zresztą kto by się nimi przejmował będąc gówniarzem, nie ma co się oszukiwać, że wtedy bywa się bardzo krótkowzrocznym. - Skończ pierdolić takie głupoty, bo tak się nie stanie. - Nie zamierzała pozwolić mu na rychłą śmierć, mógł gadać swoje, ale nie był sam. Nigdy już nie miał być sam. Yaxleyówna nie zamierzała do tego dopuścić, szczególnie, że powiedział jej o tym wszystkim. Naprawdę sądził, że niedługo odejdzie z tego świata? Niedoczekanie. Nie miała zamiaru wyrażać na to zgody, a ona również potrafiła się na coś usrać i nie potrzebowała do tego jego aprobaty. - Nie, nie byłoby lepiej. Nigdy nie było mi lepiej, jak wtedy, kiedy byliśmy razem. - Bez względu na to, jak to wszystko się zakończyło to był najlepszy czas w jej życiu. Zobaczyła, jak może być barwne, kiedy ma się obok siebie odpowiednią osobę. - Nie, tym razem sami sobie dali powód do gadania. - Nie robiła już takich rzeczy, nie wydawało jej się to właściwe, nie chciała nikogo prowokować do plotek, bo miała inne problemy na głowie. Nie urządzała z Erikiem takich przedstawień, jak kiedyś z Ambroisem. Ich przyjaźń była inna, zdecydowanie. Zresztą od samego początku ich znajomości nie sądziła, że z Greengrassem łączy ją typowa przyjaźń, to zawsze było coś więcej, chociaż usilnie starała się nie brać tego pod uwagę. Reagowała na niego zupełnie inaczej, od momentu w którym zaczęli bywać w swoim towarzystwie. - Mogę zaczekać dekady, nigdzie mi się nie spieszy. - Jasne, że wolałaby wrócić do tego co mieli od razu, ale jeśli nie było to możliwe, co właściwie jej pozostawało? Wolała poczekać, niż wybierać marne substytuty, wiedziała, że w tym wypadku warto zaczekać. Zwłaszcza, że miała już szansę przekonać się o tym, że naprawdę może im być razem dobrze. Nie sądziła, że cokolwiek może się z tym równać, zresztą nawet nie chciała tego sprawdzać. Nie po tym, jak wiedziała, jak wygląda życie u jego boku. - Nie obchodzi mnie, jak siebie widzisz, jestem pewna, że nigdy nie spotkało mnie nic lepszego od ciebie. - Zresztą to, co teraz robił tylko o tym świadczyło. Troszczył się o nią, jak nikt inny. Stawiał ją samą przed ich wspólnym szczęściem, doceniała to, ale zupełnie nie rozumiała tego podejścia, nie chciała, aby postępował w ten sposób. Wolałaby, aby im dał szansę, bez względu na wszystko. Jebać tych wszystkich ludzi, którzy mogliby chcieć ich skrzywdzić, z nimi też sobie poradzą, gdyby mogła spaliłaby cały świat, aby tylko mogli zostać na nim razem. - Może to pytanie powinieneś sobie zadać, czego tak najbardziej pragniesz? - Nie była szczególnie dobra w prowadzeniu podobnych rozmów, zresztą czuła, że tutaj też średnio jej to wszystko wychodzi, ale mówił, dostawała odpowiedzi na pytania, które od jakiegoś czasu ją męczyły, więc dolanie mu tego eliksiru okazało się być wcale nie takim złym posunięciem. Nie, żeby pomogło jej to znaleźć jakieś wyjście z tej patowej sytuacji, ale przynajmniej rozjaśniało jej się to w jaki sposób Ambroise patrzył na sprawę. Kontynuowała rozmowę, nadal nie przestawała pić alkoholu, chociaż może nie powinna tego robić, ale czuła, że właśnie tego potrzebowała. Najwyżej padną zmęczeni i może w końcu odpoczną. - Jeszcze nie wiem, daj mi czas, próbuje coś wymyślić. - Nie było innych możliwości poza tymi, które wymienili, ta na której jej najbardziej zależało została przez niego odrzucona już półtora roku temu, nie mogli tutaj znaleźć opcji, która pasowałaby jednej i drugiej stronie. - Czy właściwie musimy szukać jakichś ram? Nie moglibyśmy po prostu bywać obok siebie i zobaczyć do czego nas to zaprowadzi? - Nie sądziła, że od razu powinni określać to, co miało nadejść. Nie służyło im to, powodowało niepotrzebne napięcie i rozmyślenia, nie mogli ten jeden raz po prostu pozwolić sobie popłynąć? - Nie, ta opcja jest nieakceptowalna. - Tym razem to ona wypiła jednym haustem zawartość swojej szklanki. Niby jak on sobie to wyobrażał? Zniknałby stąd, przez nią? Chyba go do reszty powaliło. Nie miała zamiaru godzić się na takie rozwiązanie. Wtedy zupełnie nie wiedziałaby, co się u niego dzieje. Nie zniosłaby tego. - Podejrzewam, że zrobiliście to w odpowiedni sposób, nie da się jednak znęcać nad kimś w nieskończoność. - Chyba się nie dało? Nie znała takich metod, więc trochę błądziła w tym co mówiła. Morderca Amandy zasłużył na wszystko co najgorsze, w tym się zgadzali. - Co innego powinnam mówić? Myślę, że masz o mnie trochę mylne wyobrażenie. - Dzieliła się z nim tym, co faktycznie czuła, dlaczego to negował, dlaczego sądził, że miała inne zdanie na ten temat? Czasem trzeba było reagować, wiedziała, że żyją w brutalnym świecie, w którym należy sięgać po odpowiednie metody, bo inaczej samemu można się stać ofiarą. Nie widziała w tym nic złego, może było to nieodpowiednie, ale nigdy nie mówiła, że jest przesadnie dobrym człowiekiem. - To sięgnij po to, czego naprawdę chcesz, nie miarkuj się, nie zastanawiaj się nad tym, żyj Roise. - Miała wrażenie, że ciągle się nad wszystkim zastanawia, a to było zupełnie niepotrzbne. Skąd mogli wiedzieć, że koniec nie nadejdzie w przeciągu kilku dni, tygodni, miesięcy, czy naprawdę warto było się teraz powstrzymywać przed spełnianiem swoich pragnień? Nie wydawało jej się. Yaxleyówna zdecydowanie wybierała inne podjeście do życia, szczególnie po tym, co ostatnio się u niej działo. Należało żyć chwilą, cieszyć się tymi momentami, które los im rzucał pod nogi. - Oczywiście, że tego właśnie chcę. - Od samego początku chodziło jej o pełną szczerość, niczego więcej nie potrzebowała. Chciała zobaczyć to, w jaki sposób on patrzy na świat. - Byłeś tylko pośrednikiem, dostawcą, to nie ty wybierałeś komu zostanie odebrane życie. - Nadal nie wydawało jej się, aby powinien brać na siebie te wszystkie winy. Taką miał pracę. Ona sama przecież przekazywała zwierzęce komponenty wątpliwym ludziom, nie pytała co z nimi zamierzają zrobić, brała za to pieniądze i zostawiała temat, chociaż wiedziała, że niektóre z nich mogą być bardzo szkodliwe. Nie musiała szukać daleko, przecież jeszcze w czerwcu pomogła mordercy, bo nie chciała, żeby jej rodzina została wykluczona z towarzystwa. To też nie było szczególnie moralne, tyle, że ona nie starała się obwiniać o los osób, które cierpiały przez to, że przekazała produkty nie temu, komu powinna. - Powinnam, ale ten świat nie pozwala przeżyć mądrym ludziom, tylko sprytnym, gotowym do poświęceń. - Nie widziała nic złego w poszukiwaniu nowych metod walki. Wiedziała, że tylko one mają sens, musieli się zbroić, być gotowi na to, co nadejdzie. Czy jej się to podobało, czy nie. Kiedyś była daleka od praktykowania czarnej magii, teraz? To się zmieniło. Wszystko się zmieniało. Musieli się do tego dostosować, tyle. Słuchała uważnie jego monologu, więc tak to wyglądało z jego strony, wybrał tę ścieżkę zmuszony do tego przez to, co jej się przytrafiło. Cóż, pamiętała tamten dzień, zdawała sobie sprawę, że metody walki które stosowała nie wystarczały, dlatego zamierzała je zmienić. Chciała móc sobie poradzić z każdym zagrożeniem, które stanie jej na drodze. Nie sądziła, że ją to pochłonie, ale czy faktycznie mogła być tego pewna? Nie. Wolała jednak zaryzykować, sprawdzić, czy tak się wydarzy. Z każdej ścieżki można odejść, przynajmniej z pozoru. - Czyli Tobie się udało, potrafisz to rozgraniczać, dlaczego sądzisz, że ja nie jestem w stanie zrobić tak samo? - Nie zadawał bólu dla satysfkacji, nie sięgał po te metody, kiedy nie powinien. Nie wydawało jej się więc, aby przekroczył granicę. W jej oczach nie robił niczego złego, cel uświęcał środki. Tyle, nie ma sensu się nad tym bardziej zastanawiać. Nie spodziewała się takiej reakcji na tę jej krótką wzmiankę o tym widmowidzeniu. Cóż, może powinna mu wcześniej powiedzieć, że wie. Zastanawiała się, czy nie wstać i nie pomóc mu w jakiś sposób, bo brakowało tylko tego, żeby się przez nią zakrztusił, ale chyba jakoś się ogarnął. Tyle dobrego. - Tak, widmowidzenie. - Postanowiła powtórzyć to słowo, które wywołało w nim tę dziwną reakcję. - Od zawsze? - Wzruszyła jedynie ramionami, bo co innego miała mu powiedzieć. Nigdy nie wydawało jej się to szczególnie istotne, po prostu wiedziała. Znała wiele tajemnic najróżniejszych czarodziejów. Raczej ich nie wyciągała, chyba, że mogło jej to w czymś pomóc. Czuła się trochę, jakby naruszała prywatność innych osób, więc rzadko kiedy o tym mówiła. - Wiesz, że posiadam pewne zdolności. - Chyba od tego było warto zacząć. Cóż, Yaxleyowie mieli swój szósty zmysł, który ułatwiał im polowania. Tak się składało, że wśród czarodziejów też było wiele osób, które miały pewne ukryte umiejętności, anomalie? Sama nie wiedziała, jak to nazwać. - Wyczuwam takie rzeczy, tak po prostu. - Jakoś nigdy się nad tym nie rozdrabniała, ale mógł zauważyć, że czasem widziała trochę więcej, czy tam wiedziała, tak samo działo się podczas polowań. - Sądziłam, że kiedyś mi o tym powiesz, więc nie dopytywałam. - Jakby to wcale nie było nic istotnego. RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.01.2025 - Czyli nic nowego - odparł gładko, skoro to od jakiegoś czasu było ich karykaturalną domeną. Tak. Zgadza się. Mieli problem, ale to nie było nic nowego ani tym bardziej odkrywczego, bo w ostatnich latach mieli chyba niemal wyłącznie same kłopoty. Coraz to nowsze i bardziej popaprane. Los zdecydowanie im ich nie oszczędzał. Wręcz fundował im swój luksusowy pakiet dla najdzielniejszych wojowników. Miesiąc w miesiąc, rok w rok. Ile jeszcze? Nie mogli wiedzieć, ale nie zapowiadało się na żadne pozytywne zmiany. - No to mi dojebałaś - choć chciał, nie mógł przyznać, że tego nie zrobiła, bo poczuł się tym naprawdę kurewsko ugodzony. - Ale poniekąd trafiłaś przy tym w sedno, bo to chyba u nas rodzinne. Spierdalanie, gdy robi się ciężko - tego też wcale nie chciał mówić, bo przecież naprawdę usiłował nie zachowywać się jak ta część swojej rodziny, ale w ostatnim czasie zaczynał coraz bardziej w to wierzyć. W końcu z Kniei też wtedy spierdolił. Wycofał się z jaskini dopplegangera. Walczył ze sobą czy nie zostawić Thomasa na pastwę losu, brnąc dalej wgłąb tuneli dla dobrych intencji, ale poniekąd to też było porzucenie. Rzucał wszystko i wszystkich. Może w istocie miał w sobie znacznie więcej po matce niżeli tylko to jebane widmowidzenie czy kolor oczu. - Co nie znaczy, że nie próbuję go mieć i tego robić. Jak do tej pory oboje widzimy jak chujowo to wychodzi - odparł dla siebie samego ponuro, choć ton jego głosu w istocie nie zmienił się ani odrobinę. Twarz Ambroisa również pozostała dokładnie taka sama. Nie drgnął mu żaden mięsień a jego wzrok nie cofnął się ani na jotę od dalekiego punktu za oknem, w którym był utkwiony. Zawsze starał się myśleć na swój sposób perspektywicznie. Tyle tylko, że jako młody i zbuntowany czarodziej tuż po szkole bez wizji kariery w tym, w czym widział się przez kilka lat, za to z wizją raczej dosyć krótkiego życia robił dokładnie to, co za chwilę zamierzała mu zasugerować jego dziewczyna. Starał się czerpać garściami z życia. Po prostu robić wszystko, aby żyć tu i teraz. Osiągnąć sukces w jak najkrótszym czasie. Nażyć się na zapas, nie przewidując, że to odbije mu się czkawką tyle lat później. - Sama wiesz. Sama widziałaś. Nie próbuj oszukiwać ani mnie, ani siebie - pokręcił głową. - Tu już nawet nie chodzi o moją przypadłość, bo nie dożyję czasów, gdy będzie mi naprawdę przeszkadzać - nie używał słowa najpewniej, bo był o tym przekonany. - Prędzej czy później wykończy mnie moja własna działalność. Nieuważność albo noce takie jak tamta, może jedno z drugim. Brak skrupułów, brak powodu do tego, żeby odpuścić, bo do czego mam wracać? Kochaliśmy się, Bruyère, uprawialiśmy seks. Doskonale widziałaś, co zrobił ze mną ten czas. Wiem, że to zauważyłaś. Nie mydlmy sobie oczu. Prędzej czy później zostanę Farciarzem. Kto wie, może on też miał kiedyś perspektywy, zanim nie było nikogo, kto by go szukał? - To była ponura i czarna myśl, lecz zgodna z tym, o czym czasami myślał, gdy noce stawały się zbyt ciężkie i przytłaczające. Zazwyczaj wtedy ostatecznie rzucał się na Londyn, korzystając z nocnego życia tylko po to, żeby przygruchać sobie byle kogoś. Jakąś dzierlatkę, która otoczyłaby go ramionami, aby nie czuł się zupełnie samotny i opuszczony. To było tragiczne, to tak naprawdę nie było żadnym lekiem na wszystko, co czuł. Nie mogło nim być, ale było lepsze niż wrażenie, że może niegdyś w istocie zabił swoją przyszłą-teraźniejszą wersję. - A rodzina? Co im wtedy powiesz? Jak to wytłumaczysz matce, która z roku na rok będzie coraz bardziej zdesperowana, by wydać cię za mąż i mieć wnuki? Astaroth im ich nie da. Wasz najstarszy brat też nie. Poza tym dzieci. Sama mówiłaś, że ich chciałaś. Odbierzesz to sobie, żeby za dekady związać się z jakimś niedołężnym starcem, który pewnie nawet tego nie dożyje? - Nie wierzył w to, bo nie chciał w to uwierzyć. Nie powinna skazywać się na tego rodzaju samotność. Na bycie tą oziębłą damą. Kimś, kto czekał. Nie chciał tego dla niej. To było poświęcenie, którego nie mógł od niej przyjąć. - I tak. Wiem. Nigdy nie było mi lepiej jak wtedy, kiedy byliśmy razem, ale nie rozumiem, dlaczego? Dlaczego po tym wszystkim, co nam zrobiłem, dalej upierasz się, że byłem dla ciebie dobry? - Jednocześnie potrzebował i nie chciał tego wiedzieć. To było skomplikowane i porypane. Popierdolone, choć znał odpowiedź na to kolejne pytanie. Choć on sam również przecież nie zmienił podejścia. - Ciebie - nie musiał się zastanawiać ani dodawać cokolwiek innego, wyjaśniać i wdawać się w zawiłe dyskusje, bo odpowiedź na to pytanie była zatrważająco prosta. A on gdzieś w głębi duszy był tego cholernie świadomy. Aż za bardzo, zważywszy na to, co działo się dookoła. Na podjęte decyzje i to, że nie mogli już powrócić do przeszłości. Jednakże to nie zmieniało prawdy. Nie miało zmienić. Niezależnie od upływu czasu, nawet jeśli ten czas... ...czas zdecydowanie nie był ich sprzymierzeńcem. - Nie mogę dać ci czasu na przemyślenia. Ta decyzja została podjęta. Możesz być za to zła czy sfrustrowana, możesz tego nie akceptować, ale nie mówimy tu o naszych opcjach zapasowych - stwierdził mając świadomość tego jak brzmiała ta ich rozmowa (w rzeczywistości chuja miał, nie świadomość), jednak pewne decyzje zostały podjęte a on nadal nie chciał ich cofać. Wyższe dobro. Tym to dla niego było. Cierpieniem - rzeczywiście, ale po to, aby zapobiec czemuś znacznie gorszemu od krwawiącego serca i wymuszonego dystansu. Przecież jej to tłumaczył. - Oboje wiemy, że potrzebujemy ram, żeby nie popłynąć, bo bez nich prędzej czy później znowu dojdziemy do tego, o co też nie musisz pytać. Popłyniemy. Gwarantuję ci, że pierwszego dnia bywania obok siebie, zanim się w ogóle obejrzymy, skończymy na sobie albo pod sobą. Wszędzie, tylko nie z kulturalnym dystansem - prawdopodobnie wcale nie było potrzeby jej o tym uświadamiać, ale jakimś cudem usiłowała zgrywać w tym niedoinformowane niewiniątko. Nie sądził, żeby w ogóle wyobrażała to sobie w jakikolwiek inaczej funkcjonujący sposób. Mieli się ze sobą pożreć. Raz, dwa, dziesięć razy. Mieli wracać razem do domu, sypiać w jednym łóżku, zachowywać się jak pogubieni, ale w dalszym ciągu lgnący do siebie ludzie. Powodować konflikty na tle przekonań, może nie nazywać tego po imieniu, ale co z tego, skoro schematy byłyby takie same? Tylko pod kątem narzucanych sobie ram zaszłoby coś nowego. Tyle tylko, że to byłaby żałosna, idiotyczna degradacja. - Nie dla mnie. Dla mnie to jedna z lepszych możliwości - a przecież w żadnym momencie tak naprawdę nie pytał Yaxleyówny o zdanie. Jedynie mówił jej tak o tym jak o wszystkim innym. Stwierdzał fakt. Wyobrażał sobie, że to mogło być jedną z bardziej słusznych dróg, nawet jeśli miałoby ich to ponownie zapiec i zaboleć. Tym bardziej, że przecież już zaczął kwestionować także swoje dotychczasowe oficjalne miejsce pracy. Czemuż miałby zatem nie zmienić go na inne, gdy zakończy tu kryzysowe sprawy? Po to, aby na dłuższą metę przynieść im ulgę? Bezpieczeństwo? - Znęcać się - powtórzył po niej, nie rozwijając tego określenia, ale chyba też nie musząc tego robić. Powiedziała to tak, jakby maltretowali kogoś w szkolnym kiblu. Naigrywali się z kolegi w pracy albo jakiegoś frajera na ulicy a nie torturowali człowieka aż sam zaczął błagać o śmierć. Była w tym drobna różnica. - Nie wiem, Rina. Nie usprawiedliwiać mnie przede mną, skoro sam tego nie robię. Nie klepać mnie po głowie. Nie uważać mnie za ofiarę narracji, gdy w rzeczywistości jestem jej pierwszym katem i oprawcą - czy to miało sens, czy też było bezsensowne jak wszystko, co mówił? - A ja sądzę, że to ty siebie nie doceniasz. Nie widzisz swoich dobrych stron. Swojego światła. Tego, że błyszczysz. Nie mam o tobie mylnego wyobrażenia, bo cię znam. Znam i wiem, gdzie oboje stoimy na tej skali - wtedy na wiosnę chyba osiągając najdalszy stopień oddalenia. Teraz? Nie wiedział, już nie, ale mógł się tylko domyślać, że znowu zbyt surowo się oceniała. Tym bardziej przy słyszanych słowach innych ludzi. Przy tamtych komentarzach, które zdecydowanie mogli sobie darować, ale tego nie zrobili. Ciężko było wierzyć w siebie, gdy ktoś cały czas to krytykował. On sam zresztą też nie zachowywał się wtedy w porządku w stosunku do Geraldine, miał tego świadomość i teraz chyba próbował naprawić to tymi wypowiadanymi słowami. Zaraz potem znowu musząc się z nią nie zgodzić. Ponownie usiłując trwać przy swoim, ale to wszystko było ze sobą powiązane, prawda? Jedno wynikało z drugiego. Był zmuszony postępować tak a nie inaczej. - Nie, nie zamierzam tego robić. Nie będę żyć twoim kosztem. Zapomnij - odparł praktycznie w tej samej chwili. Nie. To nie wchodziło w grę. Może się plątał, być może był zagubiony, ale nie mógł zachowywać się jak egoista. Nie, gdy miał świadomość kosztu, jaki oboje by ponieśli. Jego życie chwilą nie było tego warte. Ba. Jego życie nie było tego warte. - Znowu jesteś moim adwokatem - zauważył, na co pewnie mógłby się nawet uśmiechnąć, gdyby nie to, że nie było mu do śmiechu. Na każde jego słowo miała trzy kolejne. Na każdy powód swoją kontrodpowiedź. Nieważne, co mówił, zachowywała się tak, jakby rozmawiali o czymś trywialnym jak wrzucenie czerwonej skarpetki do białego prania a nie krwawienie na ich rzeczywistość. Nie wyciąganie ku niej splugawionych rąk. Nie rozumiał tego. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ba. Tego, że chciała dołączyć do niego w tym bagnie. - To nie jest poświęcenie, które musisz robić. Jesteś sprytna i bez tego - odpowiedział, nie wahając się przed tym, aby uściślić to wszystko, co miał przy tym na myśli. Usiłował przemówić dziewczynie do rozsądku. Naprawdę. - Chuja a nie mi się udało - odpowiedział bez chwili namysłu; chyba zresztą w tej ich rozmowie w ogóle nie zastanawiał się nad tym, co opuszczało jego usta. - To, że usiłuję się miarkować nie oznacza, że to mnie nie kręci. To, że próbuję mieć nad tym jeszcze jakąś kontrolę nie oznacza, że mnie nie ponosi. Że nie przekraczam granicy, że nie dobieram najmniej dysfunkcyjnych metod osiągania tego, na czym mi zależy, że nie bywam... ...nazbyt kurewsko kreatywny - zmrużył oczy, odginając głowę do tyłu i zaczerpując wdech. - Nie twierdzę, że jesteś ode mnie słabsza albo masz mniej silną wolę. Za to nie wyobrażam sobie konieczności, byś się tym brukała. Ani tym bardziej nie pod moim mentoringiem, wybacz - w istocie to było całkiem niepotrzebne proszenie o wybaczenie, bo nie czuł poczucia winy z powodu odmawiania jej tego, co mu sugerowała. Jasne. Chciał, aby umiała się bronić przed narastającym niebezpieczeństwem. Tym bardziej, że on sam nie był jej już w stanie chronić. Nie, jeśli nie miałby być zaangażowany w jej codzienne życie a przecież już o tym rozmawiali. Poruszyli ten temat nawet w ich bieżącej rozmowie. Byli w kropce. Nie. To on w niej był, bo Geraldine aż nazbyt dobrze wiedziała czego chce. Tyle tylko, że ich podejścia były skrajnie różne i sprzeczne. A potem dodała do tego coś jeszcze. Jakby mało było tego, o czym rozmawiali, postanowiła spuścić na niego bombę, przez którą niemal udławił się pitym alkoholem. Zaś te kolejne słowa i jej uszczegółowiona odpowiedź? - Do kurwy nędzy - wymsknęło mu się, co ciekawe, wciąż dokładnie tym samym neutralnym tonem, gdy posłał jej kolejne spojrzenie. - Jak to od zawsze? - Spytał bądź też poniekąd powtórzył po niej, mrugając parokrotnie zanim otrzymał i tę odpowiedź. Tym razem nie był w stanie się powstrzymać. Na kolejne słowa poderwał się na równe nogi. Początkowo chyba zamierzając zacząć krążyć po kuchni, jednakże w ostateczności jakimś cudem ponownie kończąc na krześle. Tyle tylko, że z głośnym zgrzytem dosuniętym do Geraldine. Tak, że gdy na nim usiadł ich kolana momentalnie się zetknęły. Mimowolnie wychylił się do przodu, nieświadomie na nią napierając. Opierając dłonie nie na swoich, lecz na jej kolanach. Wychylając się do przodu i mierząc ją spojrzeniem. W teorii bez złości czy irytacji, w praktyce pełnym najróżniejszych kłębiących się w nim emocji. Wszystkie dostrzegalne w rozszerzonych źrenicach, w zmęczonych, lekko poczerwieniałych oczach. - Słucham? - Nie przesłyszał się, zdawał sobie z tego sprawę, ale nie o to mu teraz chodziło. - Sądziłaś, że kiedyś ci o tym powiem, więc nie dopytywałaś? Jednocześnie wiedząc od zawsze, czyli... ...kurwa... ...pięć razy dłużej ode mnie? Bo ja tego nie wiedziałem, Rina, wyobraź to sobie. Ja tego nie wiedziałem od zawsze, bo możesz wątpić bądź nie, ale chyba mnie znasz i wiesz, że bym ci o tym powiedział - bo na dłuższą metę nie mieli przed sobą sekretów, szczególnie takich. A teraz mówiła mu coś podobnego. Coś tak absurdalnego, że dopiero po chwili dotarło do niego także znaczenie reszty wypowiedzianych przez nią słów, powodując kolejne zmrużenie oczu. - Nie, nie wiem. Nie wiem, że posiadasz pewne zdolności. O tym też mi nigdy nie powiedziałaś - to był kolejny punkt wyjścia. Mieli ich tu zatrzęsienie, a jednak jakimś cudem czuł, że żadne z nich z tego nie wychodzi. A szczególnie nie z twarzą. |