Secrets of London
[06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+--- Wątek: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria (/showthread.php?tid=4482)

Strony: 1 2 3


RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Louvain Lestrange - 19.02.2025

"Nie widzisz, bo ci czoło zasłania. Pomyślał tylko, za to bardzo głośno. Mogła się wypierać, ale i tak każdy kto miał wiedzieć ten wiedział, że Victoria to typowa kujonica. Do tego okropnie przemądrzała. Chociaż nie, aż tak bardzo skoro wydawało się jej, że naprawdę uda się jej przekonać Louvaina do zajrzenia to tych przeklętych książek. Jak na tawardogłowego niedopałka Parkinsonów coś ciężko szło jej łączenie faktów. Lou po prostu nie darzył słowa pisanego zbyt wielką sympatią i musiałby widzieć w tym konkretną korzyść, żeby się do tego zmusić. Poza tym nikt kto nie nazywał się Lord Voldemort nie będzie go ustawiał sobie jednym listem, jak jakiegoś praktykanta na przyuczeniu. Był zbyt przystojny i miał zbyt wiele tatuaży żeby marnować się nad drukiem. To pasowało bardziej do kujoników. Dokładnie takich jak Victoria. I Nie zamierzał uciekać od jej uścisku. Aż takim bufonem nie był. Jednak Victoria przytuliła się bardziej do sztywnej kłody, niż do swojego kuzyna. Nie odwzajemnił uścisku, twardo stojąc przy swojej pozie niedostępnego złośliwca. Przy tym wydał z siebie skrzypiący dźwięk zgryzoty, ewidentnie niezadowolony tym atakiem czułości. Już mogłaby dać sobie spokój z tym dopinaniem swego, chociaż i tak nie bardzo wiedział o co jej chodziło. Zwyczajnie miał ochotę się odgryźć za te traktowanie go w listach jak swojego asystenta, któremu starała wydawać polecenia. Dlatego zamierzał na całym dystansie tego spotkania być bardziej, niż wrzód na dupie.

- Oby to był tylko psikus. Rzucił dość oschle i ozięble. Gdyby to był tylko jakiś mało zręczny dowcip zapewne nie byłoby się za bardzo czym przejmować. Ciotka i skrzaty po prostu miałyby nieco więcej roboty w odrestaurowaniu ogrodu. Gorzej jeśli to efekt czegoś poważniejszego, jakiś celowy sabotaż na ich matecznik. Oby nie oznaczało to tylko zbyt poważnej choroby wśród roślinności. Nikomu nie są potrzebne niepochlebne plotki o ich wizytówce. A potem znowu zaczęła ględzić o tych zasranych książkach. Nawet nie zamierzał udawać, że obchodzi go to gadanie. - Tak, siedziałem na drzewie i obserwowałem was z góry. Widziałem jak ordynarnie gapisz się Laurentowi na rozporek. Fuj. Przewrócił teatralnie oczami i gestem jednej dłoni pokazał jej na placach jak bardzo chodzi jej jadaczka i ogólnie, żeby sobie już darowała. Po tylu latach powinna już wiedzieć, że nie ma takiej metody wychowawczej zdolnej wymusić na nim oczekiwanego zachowania. Nawet nie wysłuchał co tam dalej ma mu do powiedzenia. Nie musiała mu tłumaczyć, że tu chodzi o współpracę. Przecież to było oczywiste. Wciąż jednak mogli się przy tym droczyć, docinać i wbijać szpileczki. Tym bardziej, że trafiła mu się taka okazja jak dzisiaj i przyłapał Victorię i Laurenta razem na schadzce. Idealny temat do żartów i drwin. Nie żeby miał cokolwiek przeciwko. Śmiało, mieli wolną wolę. Po prostu Lou musiał sobie pogadać po swojemu i tyle.

Zawinął sobie płaszczyk i po prostu oddalił się od kuzynki szybszym krokiem w stronę Laurenta. On przynajmniej nie był dzisiaj, aż tak męczący jak jego randka-pani auror. Bo w przeciwieństwie do Victori, platynowy książę wziął się do roboty, a nie smęcił jak stara dewotka. Krocząc tak w kierunku oranżerii, przykucnął na moment w pobliżu skupiska tych czarnych róż. Ostrożnym ruchem, tak by się nie skaleczyć o kolce, zerwał kilka sztuk i zawinął je w jedwabną, haftowaną chustę, którą zgarnął wcześniej z rezydencji. Schował sobie zawiniątko do wewnętrznej kieszeni marynarki. On też ma swoich specjalistów na boku, nieco mroczniejszych. Oni z pewnością sprawdzą kwiatuszki również pod innym kątem. - Dolina i Limbo miały miejsce już parę miesięcy temu. Dlaczego dopiero teraz coś miałoby się zmienić? Od razu podał w wątpliwość rzuconą przez Prewetta tezę. Gdyby to miało związek z tymi sprawami, róże powinny pojawić się już wtedy. Nie z takim opóźnieniem. Wodził wzrokiem za Laurentem, bo zdawało się jakby słyszał, widział, może po prostu czuł nieco więcej, niż on, niż Victoria. Sprawiał wrażenie jakby coś przykuwało uwagę, coś czego Louvain nie dostrzegał tak jak on.




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Victoria Lestrange - 20.02.2025

Wiedza, jak uważała Victoria, była najcenniejszą walutą, jaką ktokolwiek mógł dysponować. Pieniądze mogły ją kupić tak długo, jak ktoś ją w ogóle posiadał, a księgi były najtrwalszym jej nośnikiem. Nieidealnym, bo teoria nie mogła zastąpić praktyki, ale były najlepszym startem i punktem wyjścia, by braki we własnej wiedzy uzupełnić. Louvain mógł więc sobie z tego kpić, mógł sobie nie chcieć sięgać do ksiąg, a ją nazywać Parkinsonóweczką od siedmiu boleści… ale do kogo przybiegł w chwili trwogi? Do kogoś, kto tę wiedzę mógł mieć, kto mógł pomóc. I ta wiedza przynajmniej częściowo z ksiąg pochodziła. Ludzie mogli ją nazywać pełną siebie kujonką, ale choć ego miała duże, to nie brało się ono z niczego – wiedziała dokładnie, w czym była dobra, a gdzie miała braki. I ostatecznie – uważała, że wcale nie wychodziła na tym źle, bo ta wiedza niejednokrotnie jej się przydała. Prawda jednak była taka, że było jej obojętne, czy Louvain zerknie do ksiąg, czy nie, to był raczej jej sposób na małe wyzłośliwienie się… i utarcie nosa, bo jedyną osobą, która mogła jej mówić, co ma robić, jak i z kim, do niedawna była jej matka, a obecnie – była to ona sama. A teraz uśmiechała się tryumfalnie, gdy udało jej się przytulić kuzyna, nawet jeśli bez wzajemności.

Myśl o tym, że był to tylko psikus, w zasadzie nie zagościła w głowie Victorii na dłużej niż kilka sekund. Była to opcja, ale bardzo nikła, zwyczajnie wolała odsunąć od siebie niepokój, wywołany dziwacznym stanem ogrodu i tym, co Lorelei napisała im w liście o wzmiance w kronikach oraz tym, że róże są nieodłącznie związane z rodziną. Fakt, że elfy zachowywały się inaczej, też nie napawał optymizmem w tej sprawie, nie zwykła jednak rzucać słów, bez uprzedniego przemyślenia ich kilka razy, zwłaszcza w takich sprawach, a tego jeszcze nie miała okazji przeanalizować. Niestety ilość czarnych róż, które oplatały się nawet wokół drzew, nie napawała optymizmem. Na pewno trzeba było sprawdzić, czy nie są jakimś gatunkiem inwazyjnym… i przede wszystkim – skąd się tutaj u licha ciężkiego wzięły?

– W dupie byłeś i gówno widziałeś – odpyskowała spokojnie i to takim tonem, jakby właśnie komentowała pogodę. Louvain mówił o rzeczach, o których nie miał bladego pojęcia, a Victoria nie zamierzała go wprowadzać w ten sposób w swoje życie uczuciowe ani przeszłe, ani teraźniejsze. Nie mógł się za to bardziej pomylić. Nie zamierzała się jednak tłumaczyć – w myśl zasady, że tłumaczy się tylko winny. Poza tym, na jego nieszczęście, o jego życiu uczuciowym wiedziała nieco więcej, niżby zapewne sobie życzył, lojalnie jednak milczała i tylko jej uśmieszek mógł zdradzać, że wybrał sobie nieodpowiednią osobę do zaczepiania – bo po pierwsze nie robiło to wrażenia, a po drugie, gdyby chciała, mogłaby klapnąć paszczą nieco boleśniej.

Powiodła spojrzeniem za kuzynem, gdy ten odszedł od nich na moment, ale nic nie powiedziała, gdy schylił się do róż.

– To może nie być taka zła teoria… – powiedziała ostrożnie, powoli, z zastanowieniem, chociaż w pierwszej chwili też chciała to odrzucić. Laurent wydawał się nieobecny i ich wyprzedził, ale Victoria nie pognała za nim, nie było takiego powodu, za to lekko przekrzywiła głowę. – Od czasu Beltane natura wariuje, jakby żywioły się buntowały. Najpierw wiatr, potem ziemia, ponoć to się działo w różnych miejscach na terenie Anglii na przestrzeni ostatnich miesięcy – wyjaśniła Louvainowi, chociaż w tym momencie bez tej przekory w głosie, a z lekko zmarszczonym czołem. – Może teraz dotarło też do nas… – dodała ciszej. Czego nie dodała to tego, że równie dobrze mogła być źródłem tej anomalii, zgodnie z teorią nekromantki z Egiptu, do której udała się w sierpniu. Miała szczerą nadzieję, że jednak powód jest inny, a nie że… Że ta energia zaczyna się jakoś ulewać z Zimnych i teraz będą mieli małą katastrofę w Maida Vale.

W końcu i oni weszli do oranżerii, w której Laurent… stał nad jakąś donicą, pochylał się i podskoczył nagle, a potem… Jakby się odłączył, widziała to dokładnie w jego nagle zamglonych oczach, a chwilę później nogi mu się ugięły i wylądował na ziemi. Victoria aż się poderwała, chcąc go złapać pod ramiona, żeby całkiem nie runął.

– Laurent? – położyła swoją lodowatą dłoń na jego barku, ale Prewett nie reagował. – …Laurie? – ostatnim razem podziałało, kiedy tak się do niego zwróciła, więc może teraz…? I nie zamierzała sobie zawracać głowy obecnością kuzyna, który mógł sobie do tej sytuacji dopisać znacznie więcej, niż w rzeczywistości było.




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Laurent Prewett - 20.02.2025

Ciekawie było zobaczyć te rodzinne czułości między tą dwójką. Louvain ma w zasadach granie niedostępnego - zapisane. Bo niby nie chciał się przytulać, niby tak sztywniał, a jednak wcale się od niej nie opędzał i dzielnie czekał, aż jego zbyt przystojne na czytanie ksiąg ciało zostanie objęte przez ciało wystarczająco piękne do czytania ksiąg. W łóżku też się tak bawił? Chwilę projektu-kłody, żeby pozgrywać faceta do zdobycia, zanim roznieci w sobie chociaż odrobinę ciepła? Ciekawe było to zestawienie aktualnego ich podejścia do siebie z jeszcze jedną rzeczą - pojedynkiem. Zawsze dobrze patrzyło się na to, co na pokaz, a na to, jaka była prawda. Mocno punktowało za czarnowłosym to, że sobie pozwalał. Z jakiegoś powodu zupełnie nie krępowała go obecność blondyna, który spoglądał na to niby ciepło, ale w gruncie rzeczy bardzo czujnie. Z ukrywaną dobrze ciekawością. Och nie - panicz Louvain nie krępował się wcale, co zaraz miała zaznaczyć kolejna jego wiadomość i jakże wysublimowana odpowiedź Victorii. Gdyby nie zdawał sobie sprawy z plotek, jakie krążą za jego plecami być może bardziej by się tymi słowami. Albo być może gdyby nie jego zainteresowanie tym, co działo się w zasięgu jego wzroku - tam, gdzie nęcił szept i zapraszała słona woda oceanów. Zgrywanie pruderyjnego zdawało się mijać tutaj z celem przed kimś takim jak Louvain, nie wspominając o Victorii, która wiedziała... może nie wszystko, ale wiedziała bardzo, bardzo wiele. I przez ten czas przyjaźni dbał o to, żeby wiedziała coraz więcej.

Rozmowa się toczyła, a on przyglądał się rosie, która spoczywała tylko na tych płatkach. Tej jednej róży. Znajomy zapach, który roztaczał się po tym ogrodzie był inny. Jak i dźwięki były tutaj inne. Aż ciarki przechodziły po plecach - i kiedy na moment na nich spojrzał, przez usłyszenie tych kroków, nie widział na twarzach Louvaina czy Victorii, żeby oni dostrzegali te dłonie odbijające się na szybach, ani żeby... słyszeli. Bardzo szybko zrozumiał, dlaczego niczego nie słyszeli. Czasem ten zew był tak silny, że nawet nie chciał się mu opierać. Nie miał siły się mu opierać. Po co, skoro był tak przyjemny? Automatyzm pewnych ruchów zakrawał o głupotę. W końcu głupotą było smakowanie wody, która równie dobrze mogła być trucizną - tak by się wydawało. Czasami jednak wiesz. Nie możesz tego racjonalnie wyjaśnić - po prostu wiesz.

Rozmawiał ostatnio o widmowidzeniu, ale to, czego tutaj doświadczył, wyrastało poza skalę, jaką mógłby zrozumieć. Było podobne do zanurzenia się w myśloodsiewni, która smakowała słoną wodą i tchnęła wonią jodu. W wyraźno-niewyraźnych obrazach mieszanych z mirażami huku fal i trzaskaniem drewna pewne sceny były aż zbyt wyraźnie wyrysowane przed jego oczami. Prawie jakby tam był. Jakby miał pójść na dno z tymi marynarzami. Jakby mógł złapać za ten kufer i pamięć, jaka została przechowana wokół niego. Kwiat pamiętał. Albo pamiętała magia, która była z nim związana.

- T-tak? - Oderwał wzrok od ziemi, nie bardzo wiedząc, kiedy w ogóle poszedł w dół i kiedy znalazł oparcie w Victorii. Uniósł na nią zdezorientowane spojrzenie i odruchowo złapał się wolną dłonią blatu, na którym stał rzeczony kwiat. - Wszystko w porządku... Nic mi nie jest. - Był skołwany i to było po nim widać. Podniósł się, z pomocą przyjaciółki, z powrotem do pionu, chwilowo zbyt oszołomiony, żeby zastanawiać się nad żałosnością tego wydarzenia przed oczami Louvaina. Znów spojrzał na róże. Uczucie minęło. Tylko skąd brała się ta woda..? Produkowała ją sama roślina? Już chciał mówić, że trzeba sprawdzić ostatnie transporty z Francji do Londynu dla Lestrange! Ale przecież to nie mogły być "ostatnie transporty". Te ubrania, sama ta stara łódź... - Te kwiaty są z Francji. Zostały tu przetransportowane statkiem... kufer i walizka... - Wymruczał ostatnie dwa słowa bardziej pod nosem, do siebie samego, gorączkowo próbując skupić się na tym, co widział. - To musiało być... kilka wieków temu... Może ktoś otworzył teraz kufer? Może trzeba go poszukać? Statek chyba zatonął, pewnie w zapiskach waszej rodziny byłyby o tym jakieś wzmianki... - Zaaferował się tym i jakoś chwilowo nie zdawał sobie sprawy, że to wszystko brzmiało dla osób drugich raczej mało składnie i... przede wszystkim - znikąd.




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Louvain Lestrange - 22.02.2025

Wiedza i inteligencja nie zawsze chodziły ze sobą w parze. Obszernej wiedzy może i nie posiadał, bo to oznaczałoby twarde roboczogodziny spędzone na mięciutkiej sofie z tymi pożalsięmatko książkami. Ale był na tyle inteligentny, albo przynajmniej sprytny, by mieć w swoim zasięgu osoby które już dysponowały odpowiednimi umiejętnościami, czy kwalifikacjami przy pomocy których uzbroi się w najbardziej pożądane informacje. Między innymi na tym polegało jego lato. Lato o którym nie mógł opowiadać byle komu, a już na pewno nie Victorii. I pewnie jeszcze nie raz do niej napisze w sprawie czegoś tam, bo po pierwsze primo,Douce Colombienne skrupulatnie uzupełniała luki w jego umiejętnościach oraz po drugie primo oboje byli Lestrangami i pomoc wzajemna należała się jak psu buda. Przykro mu bardzo, ale takie już był zasady. Nie on je wymyślał, ale dokładnie tak było. I oczywiście, że robili to we wspólnej sprawie, bo jakby inaczej? Louvain naprawdę od przypadku robił cokolwiek dobrego, czy też pożytecznego dla kogoś innego, niż dla siebie. A jeśli tak robił to zapewne miał w tym jakiś swój ukryty cel. To znaczy oni robili, Laurent i Victoria, bo on do tej pory wypełniał rolę owsika w dupie. Niby nic nie robił, a wkurwiał.

Parsknął śmiechem, którego nawet nie chciałby teraz ukrywać. Uśmiechnął się, lecz tym razem nie złośliwie, nie zadziornie, ale szczerze rozbawiony. W końcu fantomowa okularnica przemówiła ludzkim językiem. Tym bardziej zabawne, bo nie sądził że możliwe jest by takie brzydkie słowa padały z tak ślicznych ust. Mógłby teraz odpowiedzieć, że kto jak to, ale on to akurat do niczyjej dupy nie zaglądał, ale odpuścił sobie. Na swoje usprawiedliwienie mógł tylko dodać, że gówno jednak kiedyś widział, dlatego nie zamierzał tutaj dokładać już więcej ani grama złośliwości. W całości afirmował takie wulgarne postawy. Gdyby od tego zaczęła ich spotkanie sam by ją teraz uściskał. Oczywiście, że kompletnie zmyślał i tylko rzucał oburzającymi zdaniami byle tylko kuzynce skoczył gul, a że się nie tak łatwo nie dawała, to musiał podkręcać tempo. Do Laurenta nic nie miał, chociaż ten o dziwo znosił obecność i postawę Lestranga całkiem umiejętnie. Na jego miejscu pewnie zacząłby już dawno grozić, o ile już nie wymachiwałby pięściami. Właściwie to jakoś tydzień temu "główkował" się z poprzednim facetem Victorii, jednak Laurent nie musiał się niczego obawiać. Biorąc pod uwagę ostatnie rodzinne perypetie Lestrangów, tak długo jak nie nazywał się Mulciber, był już na wygranej pozycji.

Zamilkł na dłużej, wyczuwając że powoli dobija do limitów przyzwoitości ze swoją złośliwością. Trzeba znać chociaż powierzchownie pojęcie umiaru. Był złośliwy, ale nie krzywdzący. A złośliwość to taki rodzaj jego czułości, więc oboje, i Victoria i Laurent mogą czuć się objęci jego symbolicznym ramieniem. Wątpił w tezę powiązania z Limbo, przeczucie mu jakoś tego nie podpowiadało. Nie wtrącał swoich kolejnych słów to rozwinięcia tego co mówiła Wiczka, bo póki co to tylko domysły. Skupił się na Prewettcie, bo tutaj intuicja go nie zawiodła. Platynowy książę zdecydowanie wpadł na jakiś trop, bo jego uwagę przykuło coś, czego pozostali raczej nie zauważyli. Chwila moment i coś musiało się wydarzyć, bo ten najwyraźniej osłabł. Lou uniósł brwi, jednak niekoniecznie na ten widok, a raczej na jego szybką przemianę. Tego również nie dostrzegł, ale bardziej usłyszał, jak Laurent zamienił się w Lauriego. Gdyby wcześniej miał mało dowodów na ich bliską relację to reakcja Victorii była dostatecznie przekonywująca. Sam został na swoim miejscu, oddając jej miejsca na ratowanie swojego księcia. Arogancko obstawił, że nic wielkiego mu się nie stało, więc nie ruszył mu z pomocą z podobną werwą co Parkinsóweczka. Przyglądał mu się uważnie, starając się jak najwięcej wyciągnąć z obserwacji. Wnioskował, że to kontakt z tą konkretną różą musiał na niego tak podziałać, więc rzucił też spojrzeniem na nią. Była dziwacznie mokra, a wilgoć spływała po niej kroplami. Nie zamierzał tak jak Laurent dotykać jej, ale za to wsłuchiwał się w to co mówił. Nie przypominał sobie, by Prewett był posiadaczem trzeciego oka, ale najwyraźniej doznał jakiejś wizji. Francja. Kufer. Statek. Dziwaczne. Podszedł w końcu do niego, do nich. - Nie wygłupiaj się. Masz za drogie wdzianko na takie numery. Rzucił nieco ironicznie i żartobliwie, pomagając mu się zebrać do pionu. Chociaż ten już stał, bo przecież Lou nie śpieszyło się z pomocą, to przynajmniej kilkoma ruchami dłoni w rękawiczce zrzucił kurz i ziemię z jego ubrań. Miał ochotę rzucić jakąś kurwą, kiedy wspomniał o tych zaszcznych kronikach. - Dlaczego w naszych? Widziałeś coś jeszcze? Rozpoznałeś kogoś? Odezwał się w końcu, bo chciał być pewny, że to co przekazywał Laurent w istocie miało bezpośredni związek z Lestrangami. Jeśli to miał być kufer w którym ktoś przetransportował te kwiaty z kontynentu, to dlaczego nikt nie wiedział o ich istnieniu do teraz? A skoro kwiaty pochodziły z kufra z jakiegoś statku sprzed wielu lat, to czemu akurat teraz dały o sobie przypomnieć?




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Victoria Lestrange - 23.02.2025

To zazwyczaj tak działało: dla ludzi wydawała się być tą cichą wodą, a potem przychodził moment, w którym zaczynała rwać brzegi, jak tutaj, odpowiadając pięknym za nadobne, czyli pyskując. W biurze też postrzegali ją za tą cichą, spokojną, uprzejmą… A potem to ona robiła za złego policjanta – a przynajmniej tak było, gdy partnerował jej Cain… A teraz… cóż. Teraz coraz częściej myślała o tym, żeby odejść. Tym niemniej kocica czasami pokazywała pazurki, ale najczęściej pozwalała, by zaczepki po niej spływały – co oczywiście nie zawsze wychodziło, ale nie można było być idealnym, tak?

Nie miała rzecz jasna pojęcia o tym, że kilka dni wcześniej jej kuzyn wyrównywał rachunki z Saurielem – nie przyznał jej się do tego, najpewniej duma była zbyt duża. Nie pochwaliłaby tego, nawet jeśli w pewnym sensie się należało, to nie ona zerwała zaręczyny, a zrobili to Rookwoodowie na prośbę wampira… I była to kropka nad i wielu rzeczy; jej złamanego serca, porzucenia, ale również tolerowania tego, czego chcą od niej rodzice, bawiąc się jej kosztem. Kłótnia, jaka się za to wywiązała w domu była tym ostatecznym bodźcem, który popchnął ją do wyprowadzki. Obiecała to sobie: to był ostatni raz, jak ktokolwiek mówił jej co ma robić i wybierał jej partnera… tego wybrała sobie sama. I Louvain zapewne zdziwiłby się wiedząc, że z Laurentem obecnie łączyła ją naprawdę tylko przyjaźń, bo ten sam Rookwood, który zerwał zaręczyny, kręcił się teraz w jej towarzystwie nader często. I posiadał klucze do jej kamienicy na Pokątnej.

Teraz jej uwaga była skupiona na Laurencie, nie na róży. Na tym, żeby się upewnić, że wszystko z nim dobrze – to było takie dziwne, już raz w jej obecności zemdlał z nerwów, ale czy tutaj było się czym denerwować? Przecież to była tylko róża w doniczce… Victoria zerknęła na nią mimowolnie, notując w pamięci dziwnie wilgotne płatki, chociaż nie widzieli, by ktokolwiek tutaj wchodził, albo wychodził – i tym bardziej dopiero co podlewał kwiat.

– Na pewno? Stałeś przy tej róży i nagle się osunąłeś – odpowiedziała Prewettowi, mocno zaniepokojona sytuacją, bo ostatnie czego chciała, to żeby mu się coś działo przy tych rożach. Były trujące? Może podszedł zbyt blisko…? Ale to nie miało sensu. Zmarszczyła brwi, pomagając mu się podnieść, co nie było takie trudne, biorąc pod uwagę lichą postawę Laurenta i jej siłę nabytą przez ostatnie miesiące treningu. – Z Francji? – zdziwienie wyrysowało się w jej glosie jeszcze bardziej, gdy odwróciła zmarszczone spojrzenie na Louvaina. – Ktoś ostatnio był we Francji? Prim pisała mi, że wraca, ale nie sądziłam, że już jest… – to było jedyne sensowne, logiczne wyjaśnienie, ale wtedy Laurent dodał, że to było kilka wieków temu i Victoria po prostu zamrugała nieco bezmyślnie. Nie, Laurent nie był posiadaczem trzeciego oka, tego była bardziej niż pewna, więc… co to miało być? Ale był medium. Może jakiś duch się z nim skontaktował…? Nawet nie pomyślała, że to musiało być jakieś echo… morskiego zewu czy czegoś takiego. – Czekaj. Jaki kufer? Tonący statek? – powtórzyła, wlepiając na powrót spojrzenie w Laurenta, najwyraźniej rozumiejąc z tego równie mało, co Louvain. – Kilka wieków temu… Hmmm może chodziło o założycielkę naszego rodu? Pochodzimy z Francji – wyjaśniła Laurentowi, jeśli jeszcze tego nie wiedział po tym, jak dziwne mieli nazwisko. Jednak raczej mało kto znał szczegóły, takie jak to, że to kobieta założyła ich ród, nie mężczyzna. – Czyli co, jednak nie unikniemy zajrzenia do kronik? – nawet się trochę zaśmiała.

Zaraz wyminęła Laurenta i bez słowa sięgnęła do swojej torebki, by wyłowić z niej jedną rękawicę ze smoczej skóry i po ubraniu jej na lewą dłoń, sięgnęła do płatków tej samotnej róży w doniczce. Ale nic się nie wydarzyło. Wtedy też zdecydowała się dotknąć ich gołą skórą prawej dłoni – róża była mokra… i to tyle. Ale postanowiła się też przyjrzeć samej donicy nieco bardziej, spojrzeć na ziemię, dotknąć ją, poczuć jej fakturę pod palcami.


Wiedza przyrodnicza
[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Laurent Prewett - 23.02.2025

- Ach, to prawda... - Oderwany nagle od systemu dźwięków płynących z gardła i obrazów niewyraźnych i rozpływających się na wzór porannych mgieł, odruchowo spojrzał na swoje spodnie, na rękaw koszuli z głębszym dekoltem, z której ramienia strzepnięty został właśnie męską ręką niewidzialny pyłek. Taka to skromność była tutaj pisana, że przecież to był fakt - niby tylko ubranie, a jednak wcale nie chciał, żeby przede wszystkim było brudne. Nawet w dobie magii, która na chwile zabrudzenia mogła usunąć. Żartobliwy ton Louvaina rozbrzmiał w jego uszach, ale już nie dotarł do głowy. Zmiana była oczywista, atmosfera dobiła nagle atmosferze pustki tego ogrodu. Choć ta zdawała się wyciszyć, kiedy Matka Woda powiedziała to, co miała do powiedzenia. Jakoś po tych oględzinach błysnęło światło w jego oczach i spojrzał na Louvaina z uśmieszkiem pod nosem, spod nieco pochylonej głowy, z uniesionymi brwiami. Tak na krótką chwilę, nim kolejną z chwil kupiła Victoria. Nie było takiej opcji, żeby Laurent miał się nieelegancko prezentować.

Istota elegancji rodziła się w ludziach. Obserwowaliśmy otoczenie i chłonęliśmy nauki osób nazywanych rodziną, by uczyć się, jak prostować ramiona, jak się wysławiać i co najlepiej na siebie włożyć. Garnitur pasuje dopiero na twojego syna, jeśli dopiero się dorobiłeś i w końcu zauważyli cię ci wyżej. Ta łyżeczka służy do deseru, a tamta do jedzenia groszku, bo już tą trzecią mieszasz herbatę. Reguły ustalał świat. Człowiek rodził te koncepty tak, jak kobiety rodziły dzieci, by mogły przejąć ich schedę. Rodziny czystej krwi miały to wpisane w DNA, a jednak zawsze trafiała się brzydka, czarna owca, która nawet nie była wypalana na gobelinie - ona nawet nie zaczęła być tam wyszywana. Później spoglądałeś na jednostki takie jak Victoria i Louvain Lestrange. Doskonałość nie mogła mieć formy ostatecznej, więc oto były - te plamki na pergaminie ich osobowości, te małe niedoskonałości - dla jednych za chudy, dla innych za duże piersi, dla trzeciego w ogóle nie ten typ urody. I nagle doskonałość umierała w podszewce. Jeszcze nie została wysunięta od matczynego serca, a już ją odrzucali. Złośliwość była narzędziem, które całunem ukrywało wszystko to, co mogło dotknąć za bardzo. Sięgnąć w sfery życia, jakich już wyciągać na dłoniach do ludzi się nie chciało. Laurent mógłby powiedzieć, że dla niego typ urody nie miał znaczenia - piękno było pięknem, przedstawione w jakiejkolwiek formie. A jednak czerń była czymś, co motało kowadłem jego serca i rozjaśniało jego twarz blaskiem subtelnych uśmiechów malowanych słońcem. Cóż by rzec dalej - jeśli omdlewać i upadać, to tylko w otoczeniu ludzi takich, jak ty dwoje.

- Tak, na pewno. - Odetchnął, minimalnie pewniej. Spojrzał na swoje palce, nim przesunął nimi po starannie ułożonej fryzurze - tylko wydawała się całkiem naturalną, jakby przejechał ledwo po platynie włosów grzebieniem. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, nikt nie patrzył na niego jak na wariata. To ten wszechświat się układał z powrotem do pionu. Odetchnął. - Nie słyszeliście tego? Nie widzieliście tych dłoni na szybach? - Zadał drugie pytanie, bo na pierwsze sobie odpowiedział sam - nie słyszeli. Ludzie nie słyszeli opowieści snutych przez fale. Spojrzał to na jednego, to na drugiego i w zasadzie samo to spojrzenie wystarczyło do tego, by się przekonać, że niczego nie widzieli. Na pytanie Louvaina zaś pokręcił głową.

- Wspomnienie było bardzo niewyraźne. Wyraźny był tylko zdobiony kufer i walizka z symbolem kruka. Złapałem walizkę. Ciągnąłem ją przez kajutę. Marynarze krzyczeli, żeby ją zostawić, jakby nie była potrzebna. Ale ja wiedziałem. Nie mogła tam zostać. Reszta była za bardzo rozmazana i niewyraźna. - Mówił to już spokojniej, opanowanym na nowo głosem, na nowo wyprostowany, na nowo z łagodnością wpisaną na twarz, która zamalowała skonfundowanie. Dał sobie parę sekund na zastanowienie, zanim wyciągnął różdżkę i prostym zaklęciem iluzji odtworzył wygląd obu - kufra i walizki. Teraz - szybko, zanim i ten obraz stanie się niewyraźny. Przecież mógł - zupełnie jak ze snami. - Być może śmierć jest związana z tym kwiatem, a na pewno z tymi kuframi. Odprawienie... seansu spirytystycznego wchodzi w grę. - Przez milisekundę się zawahał mówiąc to. Medium było wiele - w końcu to nie tak, że sam musiał to robić. Obiecał sobie, że nie będzie się z tym wiązał. Proszę bardzo, jak szybko obietnice potrafiły się rozmyć. Wystarczyła tylko szczypta ciekawości. - To nie pierwszy raz, kiedy morze mi o czymś opowiada. - Wyjaśnił Victorii, która też przecież była skonfundowana, a kiedy przeniósł wzrok na Louvaina dodał wyjaśnienie bardzo krótkie i rzeczowe. To nie była w końcu wielka tajemnica, nawet jeśli nie była to prawda powszechnie znana. Albo raczej - chciał powiedzieć. Ale nagle w jego głowie zaświtało to samo zdanie, które pojawiało mu się przy każdej spotkanej nowo osobie. Czy on jest jednym z nich..? Wpatrywał się w Louvaina przez moment jak zaklęty. Nietaktownie, za długo... i ten nietakt zamienił na subtelny uśmiech, niewinnie odwrócił spojrzenie, jakby zupełnie nic się nie stało. - Mam nadzieję, że nie zawiodłem, choć droga do tego punktu była co najmniej nieoczekiwana. - Rzucił żartem.




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Louvain Lestrange - 26.02.2025

To nie z powodu dumy nie wspomniał Victorii o tym, że przykurwił Saurielowi z główki. Zrobiłby to dla każdej z niepalnych siostrzyczek. Zrobiłby to dla każdej ciemnowłosej, porcelanowej laleczki z jego nazwiskiem obok imienia. Bo taka już była pisana, lecz nigdzie nie wydrukowana, jego chłopacka powinność wobec godności dziewcząt z romańskim cyrkumfleksem. I chociaż na bronieniu godności panienek Lestrange to zwykle wychodził na tym jak Zabłocki na mydle, to nie zamierzał rezygnować. Chyba że ktoś glanowałby tę puszczalskie szmacisko z kurwiej łaski Eden. Mógłby się wtrącić do takiej sytuacji, ale tylko po to by dokładnie wypastować temu bohaterowi budzik w podzięce za tak wspaniałomyślny czyn społeczny. Ktokolwiek byłby na tyle szlachetny i zechciałby przeładować te niewierne ździrsko przez łeb, miałby duży dług wdzięczności u Louvaina. Jemu samemu, cóż, wciąż jakoś nie wypadało rzucać się z łapami do żony swojego brata.

- Żadnych dłoni tu nie zauważyłem. Odpowiedział na pytanie Laurenta. Małymi kroczkami, ale sytuacja zaczęła  się wyraźniej nakreślać. Płaczący kwiat, morska wizja i kufer na statku. Najwyraźniej zagadka kręciła się wokół wody. Nic dziwnego, że tylko Laurent dostrzegał w tym miejscu więcej, niż pozostali. Był bardziej związany z wodą, niż on czy Victoria. - Skoro statek zatonął, to jakim cudem kufer ocalał? Pomyślał głośno i podzielił się pierwszą wątpliwością. Przecież nie mógł być to Laurent, nawet jeśli wizja była bardzo prawdziwa to pan pychotka raczej nie był tak stary, żeby uczestniczyć w wydarzeniach sprzed kilku wieków. Zakładając, że mimo wszystko ładunek dotarł do celu, a celem byli Lestrangowie skoro skrzynia nosiła symbole kruków, to dlaczego pozostawała niewiadomą. Ciotka Lorelei jako zarządczyni ogrodu raczej powinna wiedzieć o tym co Maida Vale posiada na stanie, jakie nasiona i sadzonki posiada rodzina.

Kiedy usłyszał znowu o tych zasranych kronikach i to jeszcze od Victorii, aż ścisnęło go w żołądku. Nie odpowiedział jej nic, tylko włożył rękę w kieszeń marynarki w której palce ułożył w gest środkowego palca. Z tak ułożoną ręką schowaną w kieszeni wystawił w kierunku kuzynki w tym samym geście kiedy w dzieciństwie chciał jej dokuczyć, ale rodzice stali obok. Jednak potem Laurent wspomniał o innej możliwości. - Seans? Że taki z duchami... ? Skrzywił się ewidentnie jakby ktoś zaprosił go na obiad w mugolskiej dzielnicy. O nie, nie, w żadnym wypadku. Duchów miał serdecznie dosyć, szczególnie po wydarzeniach w Limbo. Jego grymas ewidentnie sugerował, że jest co najmniej zniesmaczony takim pomysłem. Trzymanie się za ręce w kółeczku nad wspólnym stolikiem i babranie się w ektoplazmie? Cuchnąca sprawa. - Wybaczcie, ale chyba właśnie zakochałem się w książkach. Odparł dość szybko, obracając swoje zdegustowanie w żart. Z dwojga złego o wiele bardziej wolał zmierzyć się z literkami na papierze, niż z przywoływaniem duchów.

- Jak się okazuje byłeś niezbędny. Bez ciebie byśmy sobie nie poradzili. Odparł Laurentowi na jego ostatnie zdanie, bo ewidentnie śliczniutek by głodny pochlebstw. Żart, czy nie żart, ale Prewettcik był bardzo przydatny i pozwolił im się dowiedzieć czegoś co pewnie dwójce Lestrange by się nie udało odkryć. Słowa pochwały jak najbardziej się mu tu należały. - Nie będę wam dłużej wadził. Rzucił przeciągliwie, jakby nieco wzdychając. Stanął w pozie jakby właśnie uczestniczył w przydługiej rozmowie i pewnie rzuciłby coś w stylu "Fajnie się gada, aleee..." i tutaj pada z reguły jakaś słaba wymówka. Jeszcze się nie ściemniało, ale pora była ruszać w swoim kierunku. Zdecydowanie, bo tropy się rozdzielały w tym miejscu. -  Victorio, zadbaj proszę żeby Laurent nie zapamiętał naszego ogrodu w tak osłabiający sposób. Delikatna kąśliwa uwaga, bo czułości nigdy nikomu nie skąpił, zwłaszcza rodzinie. W tym złośliwym tonie polecił mądralińskiej dalszą opiekę nad gościem w ogrodach, nie chcieli chyba aby nagłe omdlenie Laurencika przerodziło się w coś poważniejszego. Z własnego doświadczenia widział, że nic tak nie krzepi mężczyzny jak okład z młodych cycków. Ale tym co sobie pomyślał, nie zawsze dzielił się światem, a tylko uśmiechnął się zadziornie trochę sam do siebie. Uchylił lekko czoła przed swoją uroczą grupą badawczą, a potem zostawił po sobie tylko świst teleportcji.


Postać opuszcza sesję



RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Victoria Lestrange - 28.02.2025

Spoglądała na przyjaciela z niepokojem, bo bardzo martwiła się o jego zdrowie – to pogorszyło się wyraźnie, chociaż nie potrafiła określić na to jednej konkretnej daty, ale z pewnością lato nie było dla niego łaskawe i z tygodnia na tydzień było gorzej. Zwłaszcza zauważyła to po powrocie z Egiptu, a i wtedy, gdy spłonęła stajnia z abraksanami, na pewno nie mogło się polepszyć, wręcz Victoria uważała, że pewnie się pogorszyło, chociaż Laurent miał w zwyczaju zaprzeczać. Albo po prostu nie chciał z nią o tym rozmawiać, skoro znalazł sobie kogoś, z kim najwyraźniej chciał i wolał dzielić swoje chwile dobre i złe. Nie była lekarzem, nie znała się na tym wszystkim… mogła więc tylko się martwić i sugerować wizytę u jakiegoś, ewentualnie przygotować mu leki, jeśli zostaną mu jakieś przepisane, bo swoich umiejętności była akurat bardziej niż pewna. Ale nagła utrata przytomności, nawet jeśli na chwilę, przed jakimś kwiatem, wzbudzała mnóstwo wątpliwości i pytań, Lestrange poczuła też ukłucie poczucia winy, bo nie chciała Laurenta narażać na niebezpieczeństwo. Tym bardziej, że wiedziała, że pewnie zacznie się martwić tym, że nie wypadł idealnie przed osobą trzecią, z którą nie był tak blisko jak z nią – bo przed Victorią nie miał się czego wstydzić.

– Nie…? – zaintonowała niepewnie i zerknęła na szyby oranżerii, nawet się odwróciła, by zobaczyć je wszystkie i leciutko przymrużyła oczy. Niczego tu nie widziała, a już na pewno nie słyszała. Może coś tutaj było, lecz prawda była taka, że gdy tu wchodzili, to reakcja Laurenta przyćmiła dla niej wszystko inne, więc nie zwróciła wtedy uwagi na inne potencjalne bodźce. Louvain najwyraźniej również.

– Symbol kruka? To faktycznie mógł być nasz herb – wręcz musiał być, skoro róże porastały właśnie ich ogród, a Laurent doświadczył jakiegoś bardzo starego wspomnienia związanego z tajemniczymi kwiatami. Słuchała, o czym opowiadał, z uwagą, a gdy wyciągnął różdżkę, by pokazać im kufer oraz walizkę, jakie widział przed chwilą we wspomnieniu, tym bardziej zmrużyła oczy w skupieniu. Piękny, zdobiony kufer i walizka z symbolem kruka – tak, to był ich herb.

Najpierw kuzyn pokazał jej gest, którego nie widziała od lat, co nosiło pewne nostalgiczne znamiona, całkiem miłe, wbrew pozorom i już miała coś błyskotliwego na to odpowiedzieć… Ale wtedy Yule przyszło kilka miesięcy szybciej.

– Louvain, kochanie, boisz się duchów? – czy Victoria wyglądała właśnie jak kotka, która upolowała smaczne śniadanie w postaci wróbelka i dumna z siebie zamierzała go przynieść pod nogi swojego ludzkiego właściciela? To mogło być najbardziej dokładne opisanie jej obecnego wyrazu twarzy; lubiła mieć rację, nie – kochała mieć rację, zwłaszcza w takiej głupiej sprawie, o którą „sprzeczała” się z kuzynem najpierw w listach, a później już tutaj… Natomiast jej odpowiedź odnosząca się do całego pomysłu brzmiała tak:

– Hmmm – mruknęła w odpowiedzi, gdy Laurent wspomniał o seansie spirytystycznym, bo akurat ona doskonale zdawała sobie sprawę, że Laurent posiadał takie umiejętności, ostatecznie kiedyś już dla niej ich użył, ale wiedziała, że to jego małą tajemnica, którą  nie chciał się dzielić z innymi. Z kolei na wyjaśnienie, ze to nie pierwszy raz – kiwnęła tylko głową, przyjmując to do wiadomości. Pytania może mu zadać później, gdy już będą sami, bo jakoś nie wydawało jej się, by chciał się zwierzać przy jej kuzynie… chociaż może? Ale nie chciała strzelać, ani ryzykować jakiegoś niewygodnego pytania w obecności, która mogła być dla Prewetta nie do końca komfortowa do takiej rozmowy…

– Zastanawiałam się, kiedy się znudzisz – rzuciła do Louvaina bez urazy, bo wyglądało na to, że gdy zobaczył, że naprawdę będzie się tutaj odbywało badanie kwiatka i babranie w ziemi, a nie jakieś tajemnicze amory, to nie było już nic ciekawego. Nie czuła się tym obrażona – tak jak mu już napisała, nie przypominała sobie, by jej kuzyn interesował się zielarstwem, w przeciwieństwie do niej… i Laurenta, chociaż jemu rzeczywiście było bliżej do fauny, a nie flory, ale w tym miejscu doskonale się uzupełniali. – To ostatnia rzecz, o jaką powinieneś się martwić – odparła jeszcze na pożegnanie, mając na myśli dokładnie to: przecież w tym momencie ich oględziny ogrodu i róż się nie kończyły. …I Louvain zniknął, zostawiając ich samych, z czego Victorię z ręką w ziemi.


– I tak długo wytrzymał – rzuciła pod nosem, gdy już się odwróciła, by wrócić do swoich badań. Przyjrzała się uważnie płatkom róży, kolcom na łodydze, starej (wręcz bardzo starej?) donicy, potem temu jak wygląda ziemia, jak zachowuje się pod dotykiem, czy jest odpowiednio nawilżona… a potem nawet wyciągnęła trochę tej ziemi, by obejrzeć sobie korzenie roślinki – rzecz jasna delikatnie. To zajęło jej chwilę czasu, bo Lestrange robiła to bardzo dokładnie. W trakcie zagadywała Laurenta, czy na pewno się dobrze czuje i w jaki sposób wcześniej morze już do niego mówiło.

– To dziwne – mruknęła, kiedy już uznała, że niczego się od tego kwiatka nie dowie, i zaczęła na nowo wsypywać ziemię do doniczki. – Róże to cholernie kapryśnie kwiaty, są niesamowicie wymagające, a zobacz jak ona wygląda, jakby była wyhodowana na jakiś konkurs, albo wystawę. One wszystkie tak wyglądają, są idealne mówiła do niebieskookiego, choć to nie na niego patrzyła, a na samotną różę w doniczce, pokazując mu miejsca, na które powinien zwrócić uwagę. – To z pewnością jest czarna róża, taka prawdziwie czarna, niezmodyfikowana. A te kwiaty, one wszystkie wyrosły w jedną noc. Moim zdaniem to naprawdę ma coś wspólnego z anomaliami, z tymi zbuntowanymi roślinami na terenie Anglii. W lipcu w Towarzystwie Herbologicznym badaliśmy taką dziwaczną, ogromną mandragorę, chociaż ona była faktycznie zmodyfikowana czarami, ale myślę, że na jej wzrost, bo była ogromna, też to wpłynęło – Louvain mógł być sceptyczny do tej teorii, ale po tym, gdy Victoria obejrzała roślinę, była tego pewna. Ciągle dźwięczało w jej głowie pytanie, czy to z jej powodu te róże wyrosły tak gwałtownie? – Coś na pewno jest z tymi różami nie tak, tylko że jeszcze nie bardzo wiem co… – dodała i wsadziła rękawicę z powrotem do torby. – Ta donica na przykład jest bardzo stara. Nie sądziłam, że ktoś będzie sadzić nowy kwiat w tak starą donicę, ogólnie… to jest dziwne. Może powinniśmy poszukać ciotkę i zapytać ją, kto ostatnio sadził coś w oranżerii, powinna wiedzieć, kto to zrobił – tu spojrzała raz jeszcze na różę. – Może wtedy dowiemy się, kto odpowiada za posianie tych wszystkich róż? – po chwili zawahania sięgnęła do donicy, by ją podnieść. – To co, maleńka, chyba pójdziesz z nami, hmm?




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Laurent Prewett - 03.03.2025

Bardzo dobrze myślała z tym niepokojem. Z tym, jak zaprezentował się przed Louvainem. Choć niepokój kujący pod żebra pojawi się dopiero później. Kiedy już myśli towarzyszące całemu wydarzeniu przeminą, pewnie kiedy skończą przeglądać wszystkie te książki. O swoim stanie nie chciał z nikim rozmawiać, lecz małe postępy były - wziął sobie do serca słowa Victorii, a najbardziej jej zmartwienie, którego nie chciał jej przysposabiać. O tym, że jednak poprosi lekarza o to, by na niego zerknął - stało się. Niestety lekarstwa wcale nie było. Żadnego wspaniałego eliksiru, który magicznie pozbyłby się problemu. I chociaż przed Victorią rzeczywiście nie musiał się niczego wstydzić, to pozostawała zawsze myśl, że nie chciał być dla niej obciążeniem i dodatkową troską. Przecież miała ich wystarczająco wiele.

- Nie wiem, co się wydarzyło. Być może statek nie zatonął, tak mi się... wydawało. Że ten mężczyzna, którego wspomnienia widziałem, ratował tę walizkę. Nie widziałem jednak, jak statek idzie na dno, ale to... uczucie, jakie tam było, na to wskazywało. - Nie bardzo nawet wiedział, jak miał to przekazać, w końcu to było całkowicie niejasne. Jak jasno Woda mogłaby o czymś opowiedzieć? Jeśli tak tego doświadczali widmowidzowie to nic dziwnego, że wszystko wokół potrafiło być rozmemłane. Że nie byli w stanie czasem wyciągnąć konkretów z tego, co widzieli. I jednocześnie z jakiegoś powodu nikt nie chciał, żeby ten kufer uratowany został. Nikt oprócz tej jednej osoby.

Nie pokazywał po sobie niepokoju ani niepewności, chociaż ta się rzeczywiście pojawiła. Odczytywanie Louvaina było tak proste jak i szalenie skomplikowane - wypadał z przyjętych norm i wbijał się w swoją własną. Wiem, że nic nie wiem - i na temat tego człowieka i jego zachowania. Nawet mimo tego, że była to znajomość przeciągnięta ze szkolnych lat. I tak chciał zapewnić, że przecież nie przeszkadza, ale ta sławna zdolność read the room nie była mu obca. Wręcz przeciwnie - gdyby nie ona nie zaszedłby tak daleko. I gdyby nie zaufanie do niej pewnie jednocześnie skończyłyby o wiele lepiej, a nie będąc cieniem samego siebie.

- Miło było mieć możliwość spędzenia choć chwili w twoim towarzystwie, Louvainie. Życzę owocnego dnia. - Pozostawił Victorii negowanie plotek o tym, jakoby mieli tutaj prowadzić cokolwiek zbereźne działania. Zresztą sam był za bardzo skupiony na obrazie, który poza tym mógł ułożyć się w głowie tego Węża. Niekoniecznie przychodziły mu mądre pomysły do głowy.

- Ze wszystkich momentów akurat musiałem zasłabnąć przy twoim kuzynie. - Z zażenowania przykrył twarz dłonią, pozwalając sobie przez moment tak stać, darując sobie też ten firmowy uśmiech. - Ciężko to wyjaśnić. - Opuścił rękę, składając przedramiona pod klatką piersiową. - Słyszę wodę niemal zawsze, kiedy przy niej jestem. Czasem jest zła, czasem zadowolona, czasem opowiada o rybach i mewach, innym razem o marynarzach. Czasem woła mnie do siebie. Kiedy pojawiła się Perła Morza to wołanie było tak silne, że nie potrafiłem się oprzeć. - Właściwie nie bardzo na ten temat z kimkolwiek rozmawiał - ale z nią mógł. - To na Perle Morza zobaczyłem naszyjnik z pereł skradziony trytonom, który potem trafił na tamten statek. Ale tam ponoć wiele osób widziało dziwne rzeczy. - W końcu magia tam była iście szalona. Spoglądał na kwiat, który Victoria ostrożnie badała, ale zaraz przeniósł go na alejkę, to na szyby, na których nie było już pamiętnych śladów. - Wydawało mi się, że dostrzegałem tutaj ducha dziecka. - Dodał jeszcze i lekko się wzdrygnął. Skinął głową na jej propozycję i ruszył wolnym krokiem w stronę wyjścia. Pozwolił Victorii prowadzić. - Chcesz, żebym ci towarzyszył? Nie chcę się narzucać opiekunce Maida Vale.




RE: [06.09.1972, Maida Vale] Covered by roses | Laurent, Louvain & Victoria - Victoria Lestrange - 06.03.2025

Nie bardzo miała zamiar negować czy potwierdzać plotki, o których nikt nie powiedział jej wprost, prawdę powiedziawszy, w myśl zasady, że winny się tłumaczy, a ona przecież winna niczego nie była. I Laurent też nie. Fakt, jej młodsza siostra zdążyła już wysłać do niej list z pytaniem o Laurenta i tu faktycznie zaprzeczyła. Tak samo jak napyskowała Louvainowi za jego insynuacje… ale właśnie tutaj jej ingerencja miała się zakończyć. Bo szkoda było na to czasu i energii, i zaprzątania tym sobie w ogóle głowy. No bo co miała zrobić? Laurent był przecież atrakcyjną partią, faktycznie aż cud, że jego ojciec i jej matka nie znaleźli do siebie jakiejś drogi, by dobić targu na tym polu – ale to przecież dobrze, bo Victoria nie zamierzała być w życiu swojego męża tylko kolejną kochanką, ani panią do sprawiania pozorów, bo pod tym względem nie zamierzała się dzielić.

– Co za różnica przy kim? Przecież nie powiedział nic niemiłego, a mógł – do niej, na ten przykład, nie hamował się ani trochę, co zresztą Laurent mógł przecież zaobserwować. Ale dla Laurenta Lou był całkiem uprzejmy, miły wręcz. To również dobrze, bo Victoria w zasadzie po prostu droczyła się z kuzynem, ukazując w ten sposób swoją sympatię, ale gdyby był jawnie nieprzyjemny w stosunku do jej gościa, to sama też nie oszczędziłaby komentarza.

– To dlatego tam w ogóle byłeś? – w zasadzie nigdy nie rozmawiali o Perle Morza, o tym co się tam wydarzyło, chociaż byli tam oboje i nawet płynęli jedną łodzią na, a potem Victoria była też przy ewakuacji ze statku i zabrała się z Laurentem i Anthonym. Ale to nie był dla niej dobry moment, wtedy. Przeżywała wtedy chyba jedne z najgorszych dni, a i wspomnienie, którego doświadczyła… doskonale wiedziała, co robiono kobiecie, w której głowie wtedy była, miała tego mały przebłysk i przedsmak, nim uciekła. Nawet jeśli nie robiono tego tobie to i tak… to wspomnienie było żywe. Ale Victoria nie pozwalała sobie o nim myśleć, więc i o Perle Morza nie mówiła zanadto… nikomu. – O jaki naszyjnik chodzi? – zagaiła, nie patrząc teraz na Laurenta, skoro skupiona była na grzebaniu w ziemi i oglądaniu tego, w jakim stanie jest osobliwa czarna róża. Mimo zdecydowanych ruchów, była przy tym bardzo delikatna, nie chcąc uszkodzić ani płatków, ani łodygi, ani, tym bardziej, korzeni. – Tak, ja też widziałam… byłam we wspomnieniu, w którym byłam służką jakiejś bogatej rodziny – i pijaka oblecha, który dotykał tego, czego nie powinien. Aż się wzdrygnęła. – Ducha? – powtórzyła za nim i zamarła, rozglądając się raz jeszcze. Nie było tutaj czuć tego charakterystycznego, duchowego chłodu, a i sama nic nie widziała. – Ja nic nie widziałam. Ale wiesz, byłam skupiona na tym, że upadasz, więc też jakoś nie bardzo się rozglądałam na boki – odwróciła się w końcu do Laurenta i uśmiechnęła do niego. Nie to, że mu nie wierzyła – bo wierzyła i nie chciała sugerować, że oszalał… po prostu miała w tamtym momencie inne priorytety.

– Czemu narzucał? Jesteś moim gościem – jedną dłonią poprawiła pasek torby na ramieniu i zaraz dołożyła ją do donicy, by otoczyć ją właściwą opieką, bo nie zamierzała dopuścić, by coś się tutaj wydarzyło. – Chyba, że ty nie chcesz?  – wolała się upewnić… – Dobrze się czujesz? Może wolisz na razie odpocząć? Możemy wejść do rezydencji, Lorelei nam nie ucieknie – bo przecież, gdyby Victoria nie chciała tu obecności Laurenta, to by go nie zaprosiła.