![]() |
|
[08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4576) |
RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.03.2025 Tak, znał ją, do tego też już doszli podczas tych wszystkich rozmów. Wiedział czego się po niej spodziewać, chociaż najwyraźniej nie zawsze, co było odrobinę pokrzepiające, bo najwyraźniej ciągle posiadała jakieś dodatkowe karty, które mogła wyciągnąć. Nie, żeby chciała tego nadużywać, ale zawsze warto było mieć jakąś tajną broń, czy coś. Chociaż teraz? Teraz nie było to potrzebne, bo nie mieli już ze sobą walczyć, wręcz przeciwnie, w końcu doszli do porozumienia. Może jeszcze całkowicie o nim nie dyskutowali, ale dotarło do nich, że to była jedyna właściwa droga. Razem, jak dawniej, niesamowicie ją to cieszyło, bo nie musiała się już dłużej martwić o to, co będzie, gdy w końcu każde z nich pójdzie w swoją stronę, to było za nimi. Na szczęście, bo była wykończona tymi ich wszystkimi przepychankami. Teraz nie było sensu skupiać się na rozmowie, bo wiedziała, że ich to nie ominie. Mieli naprawdę wiele tematów do poruszenia, ale zrobią to kiedyś, później, aktualnie wypadałoby się w pełni nacieszyć tym, że doszli do tego niesamowitego porozumienia. Może trochę to trwało, ale co z tego? Tak właściwie to całkiem szybko im poszło. Wystarczył tydzień spędzony wspólnie, aby ustalić to, że powinni wrócić do tego, co mieli kiedyś. Może nie całkowicie, bo nie dało się tak wrócić do tego, co było kiedyś po prawie dwuletniej przerwie. Coś musiało się zmienić, oczywiście, że zamierzała wprowadzić pewne poprawki w ich relację, szczególnie po tym, czego się ostatnio dowiedziała. Nie mogło być inaczej. Nie chciała po raz kolejny przeżywać rozstania, wydawało jej się, że dzięki wyklarowaniu kilku rzeczy będą mogli go uniknąć, ale właśnie, to nie był odpowiedni moment na to, aby o tym dyskutować, to dopiero nadejdzie. Pewnie nie będzie takie proste, jak się jej wydawało, ale przynajmniej teraz wiedziała, że zamierzali znowu wejść w to razem. Nie spodziewała się, że Roise ulegnie, jak widać jednak miał do niej wyjątkową słabość (nie, żeby o tym nie wiedziała). To musiało się tak skończyć. Powoli pozbywali się wszystkich części garderoby. Szkoda, że nie dało się tego zrobić jednym ruchem, utrudniał to fakt, że ich usta ciągle szukały siebie nawzajem, ale jakoś radzili sobie z niedogodnościami. Ambroise był całkiem wprawiony w szybkim pozbywaniu się wierzchnich części garderoby, tak, lata praktyki robiły swoje. Od zawsze fizyczność była dla nich ważna. Właściwie to chyba nigdy w pełni nad sobą nie panowali, nie musieli tego robić. Wystarczyło słowo, gest, czy spojrzenie, a byli gotowi się w sobie zatracać tu i teraz, najwyraźniej to również w nich zostało. Mimo, że ostatnio przecież zdarzało im się ulegać tym zachcianką, to w końcu mieli pewność, że to nie miało być chwilowe, że znowu będą tylko i wyłącznie dla siebie. Ta zmiana jednak nie spowodowała tego, że pojawiła się jakaś wielka cierpliwość, nie, nigdy nie potrafili działać w ten sposób. Nie była też w stosunku do Roisa szczególnie delikatna, wręcz przeciwnie. Raczej kierowała się gwałtownością, chęcią dostania wszystkiego od razu, zupełnie nie panowała nad sobą, kiedy się do siebie zbliżali w ten sposób. Zresztą teraz również, czuła, że jej ciało zaczyna płonąć - zawsze tak na niego reagowała, zależało jej na tym, aby jak najszybciej ugasić ten żar, spłonąć. To, co ich łączyło było wyjątkowe. Nigdy w to nie wątpiła. Przed nikim nie pokazywała się z tej strony, nikogo innego nie pragnęła tak bardzo, nawet po tych latach, które razem spędzili. Wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że za każdym razem chciała sięgać po więcej, chociaż to raczej nie było możliwe, nikt jednak nie mógł pozwolić im próbować przekraczać kolejne granice przyzwoitości. Nie spodziewała się tego, że Roise przewróci ją na bok. Dlatego też westchnęła cicho niezadowolona, bo nie mogła kontynuować znaczenia jego skóry swoimi ustami. Przerwał jej, wiedziała jednak, że miał ku temu odpowiedni cel. W końcu część ich ubrań nadal pozostawała na ciele, więc tylko i wyłącznie niepotrzebnie przeszkadzała im w zbliżeniu się do siebie we właściwy sposób. - Jasne, nie krępuj się. - Jej spodnie były dosyć kontrowersyjnym tematem. Od zawsze przysparzały im niepotrzebną irytację, bo może i były całkiem wygodne, jednak okropnie trudno było się ich pozbyć, szczególnie, gdy potrzeba była taka nagląca, w końcu materiał zachowywał się niemalże jak druga skóra. Yaxleyówna uniosła biodra do góry, aby ułatwić Roisowi zsunięcie tych nieszczęsnych spodni. Jej dłonie jednak odruchowo zaczęły wędrować ku jego paskowi od spodni, jego ubrań przecież również musieli się pozbyć, aby w pełni móc się w sobie zatracić, do czego przecież zmierzali i najlepiej, jakby się to stało jak najszybciej. Czuła bardzo silną potrzebę, by przypieczętować tę decyzję, którą wspólnie podjęli. - Możesz spróbować. - Mruknęła jeszcze cicho, bo przecież powinien wiedzieć, że nie da mu się tak łatwo. Pozwalała mu na wiele, w szczególności w sypialni, ale czy była, aż tak uległa? No nie do końca. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.03.2025 Nawet nie próbował twierdzić, że znał Geraldine aż tak, by czytać z niej jak z zupełnie na zawołanie. Wręcz przeciwnie. W przeszłości nie raz, nie dwa dochodził do wniosku, że nawet jeśli zazwyczaj była dla niego otwartą księgą, czasami ten pozornie jawny tekst był pisany w zupełnie innym języku. Częściej niż rzadziej w takim, który co nieco znał. Po francusku czy łacinie. Coś, przy czym z powodzeniem był w stanie wyłapać większość kontekstu na podstawie co któregoś słowa. Nie do końca zupełnie wszystko. Nadal potrafiła go zaskoczyć. Ale bez tego byłoby nudno, prawda? Mogli znać się na wylot. Był w stanie przyznać, że nikt nie wiedział o nim tyle, co jego dziewczyna. Teraz już ponownie znajdująca się na swoim właściwym miejscu u jego boku nad nim. Pochylająca się w taki sposób, że miał równie dobry widok na jej twarz i błękitne oczy, co na odrobinę zaczerwieniony dekolt aż proszący się o naznaczenie go pocałunkami. Lubił, wręcz uwielbiał, gdy rumieniła się z jego powodu. Kiedy zachowywała się coraz gwałtowniej, nie panując nad swoimi reakcjami. Przestawiając zastanawiać się nad słusznością własnych zachowań. Nad tym, co wypada a co nie. Tak właściwie, nigdy nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, aby dawać jej wszystko, czego sobie życzyła. Czasami otwarcie, czasami świadomie bądź nieświadomie sugerując mu to, co powinien wiedzieć i zrobić. To działało w obie strony, więc jakże mógłby czegokolwiek jej odmawiać? Tym bardziej, że było im ze sobą wyjątkowo dobrze. Ze wszech miar właściwie. Znali się, znali się na wylot. Wystarczyło jedno słowo. Jedno spojrzenie. Znaczące westchnienie. Drobny ruch. Szczególnie, gdy nareszcie zmierzali do tego samego. Nawet tak chaotycznie jak w tym momencie, bo te jej spodnie zdecydowanie nic nie ułatwiały. Tym bardziej, gdy jednocześnie usiłował je z niej ściągnąć i nie odrywać się od dziewczyny na zbyt długo. W dalszym ciągu zasypując ją pocałunkami, jednocześnie starając się zawalczyć z materiałem i krojem, które w żadnym stopniu nie chciały z nim współpracować. O tak. Zdecydowanie miał teraz naprawdę solidne flashbacki z przeszłości. Być może wyglądała naprawdę dobrze, gdy nosiła je poza domem, ale w sypialni stawały się naprawdę niewygodne, wyjątkowo wadzące. - Znasz mnie - odmruknął zamiast bawić się w jakiekolwiek zbyteczne analizy czy wyjaśnienia. Mało czym się krępował. Naprawdę mało czym. Poza tym to miało całkiem miły dla ucha wydźwięk, czyż nie? Zwłaszcza w zestawieniu z jego poprzednimi słowami. Tak. Mogło upłynąć całkiem sporo czasu... ...choć czy właściwie to aż tyle, gdy patrzyło się na to z perspektywy ostrożnego planowania wspólnej przyszłości?... ...ale bez wątpienia wciąż znała go lepiej niż ktokolwiek inny. To nie mogło się zmienić. Ani przez te półtora roku, ani tak właściwie kiedykolwiek. Aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że mogła powiedzieć o nim naprawdę wiele, ale nie to. Nie zamierzał się w żaden sposób krępować. Jeśli chciał coś robić, zwyczajnie to robił. Gdy mówił o tym, że zamierzał zamienić te jej spodnie na coś znacznie wygodniejszego do ściągania, prawdopodobnie wreszcie faktycznie zamierzał postawić na swoim i to zrobić. W końcu kompromisy powinny tyczyć się obu stron, prawda? Mieli całkiem sporo tematów do poruszenia. W większości dosyć poważnych, choć nie tak naglących, aby musieli to robić właśnie w tej chwili. Mogli załatwić to później a on wobec tego zamierzał bez skrępowania i bez najmniejszych skrupułów dopisać do listy życzeń to, co przez lata doprowadzało go do białej gorączki. Mieli zdecydowanie zbyt wiele problemów z jej obcisłymi spodniami. Mogły być wygodne. Mogły wyglądać dobrze, naprawdę dobrze, ale ich praktyczność kończyła się w momencie, w którym trzeba było ściągać je z niej przy pomocy całego sprytu, na jaki było go stać w tym stanie rozgorączkowania, w jakim się teraz znajdował. Zamiast móc po prostu zsunąć je w dół, musieli posuwać się do tego typu akrobacji, które nie przynosiły im praktycznie żadnej satysfakcji. Unoszenia bioder przez Rinę, jego własnego szamotania się z bardzo ciasno przylegającym materiałem. Co gorsza na tyle wytrzymałym, że nie mógł go z niej tak zwyczajnie zerwać. W tym momencie nawet nie próbował udawać cierpliwego. Mrużył oczy z niezadowoleniem manipulując tą całkowicie niechcianą częścią garderoby jego dziewczyny, dopóki nie udało mu się zsunąć z niej spodni mniej więcej w okolice kolan Yaxleyówny. Później poszło już względnie łatwo. Szczególnie, że przy okazji całkowicie celowo posunął się do zsunięcia z nimi ostatniej części bielizny dziewczyny. W tym momencie nie chcąc dłużej ograniczać się do powolnego, metodycznego rozbierania się nawzajem i podziwiania z osobna każdego odsłoniętego skrawka ciała. Chciał mieć ją przed sobą w ten jeden konkretny sposób, dopiero wtedy całkiem bez oporów, może nawet bezczelnie taksując ją spojrzeniem. - Mhm - mogła to uznać za cokolwiek chciała, ale tak: w tym momencie był w stanie stwierdzić, że możliwe, że faktycznie zamierzał posunąć się jeszcze trochę dalej. Ot w ramach czystej dociekliwości czy tam dociekania. Tak. Dociekania swego - to brzmiało zdecydowanie lepiej. Zamierzał dociekać swego, bo od samego początku miał słuszność odnośnie jej spodni. Były niepraktyczne. Udowadniał to za każdym razem, więc w końcu kiedyś musiała mu się skończyć cierpliwość, prawda? Nie był święty. Nie zamierzał być. Nie zamierzał także jej czegokolwiek ułatwiać, nawet jeśli oboje nie zachowywali się już w taki sposób, jakby mogli dłużej wykazywać się jakimkolwiek opanowaniem. Ruchy dłoni Geraldine przy jego pasku były na to trochę nazbyt chaotyczne. Nie do końca skoordynowane, choć bez wątpienia bardzo wprawne. Doskonale wiedziała, w jaki sposób manipulować zapięciem sprzączki, aby ta puściła pod jej palcami. By mogli mieć za sobą również to, pozbyć się kolejnego fragmentu niechcianej garderoby. W tym momencie wyłącznie utrudniającego im życie. W tym chaosie była metoda. W tej metodzie - dążenie. W tym dążeniu? Cholernie dużo satysfakcji. Szczególnie, gdy mogli znaleźć się przy sobie już bez zbędnych przeszkód. Skóra przy skórze, usta przy ustach, dłonie na ciele, myśli skupione wyłącznie wokół tej drugiej osoby. Tu i teraz. Tego momentu. Pierwszego takiego od miesięcy, ale już nie ostatniego. Mieli przed sobą zdecydowanie wiele więcej takich chwil. To była wyjątkowo dobra myśl. Dla niej warto było skapitulować. Spróbować po prostu żyć. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.03.2025 Zdawała sobie sprawę z tego, że nie musiała mówić o braku skrępowania, bo ono raczej w ich przypadku nie występowało. Można było o nich powiedzieć naprawdę wiele, jednak nigdy nie stwierdziłaby, że którekolwiek z nich krępuje się czymkolwiek w swoim towarzystwie. Nie po tym, jak wrócili wtedy tego pamiętnego dnia, gdy przekroczyli wszelkie możliwe granice, które sami sobie narzucili. Pamiętała tamten okres, gdy byli przyjaciółmi i jak trudno jej było panować nad sobą panować, gdy w końcu sięgnęli po coś więcej nie zamierzała już nigdy hamować się w jego towarzystwie, nie gdy dotarło do niej, że chcą tego samego. Bardzo łatwo przychodziło im sięganie po to, co do nich należało, już tak mieli, że nieszczególnie się miarkowali, gdy w grę wchodziło to uczucie pożądania, które w ich przypadku nigdy nie gasło. Ciągle byli jak para nastolatków, która nie mogła się sobą nasycić. W tym przypadku nieco przeszkadzały im jej spodnie; tak już kiedyś mówiła, że powinna z nich zrezygnować, bo nie były szczególnie wygodne, jeśli chodzi o przypadkowe zbliżenia, które dość często się między nimi pojawiały. Ceniła sobie jednak tę część garderoby, dawno temu je sobie upodobała. Wiedziała, że był to jeden, jedyny moment, w którym sukienki mogły okazać się dużo wygodniejsze, ale nieszczególnie za nimi przepadała. Najwyraźniej był to znowu moment, w którym powinna przemyśleć ich wszystkie wady i zalety. - Tak znam Cię. - Nie było dla niej żadną nowością to, że mógłby spróbować pozbyć się tych nieszczęsnych spodni w zdecydowanie mało cywilizowany sposób, jej szafa na szczęście była pełna podobnych do nich części garderoby. Może nie przywiązywała szczególnej wagi do tego, jak się prezentowała, jednak lubiła mieć pełną szafę całkiem wygodnych i trwałych ubrań, jak właśnie te spodnie. Nie przejmowała się więc ewentualnymi zniszczeniami, bo bardzo łatwo było je zastąpić, zwłaszcza, że większość jej garderoby była zrobiona z materiałów ze stworzeń na które sama polowała. Na szczęście całkiem szybko udało im się pozbyć z niej tej ostatniej, przeszkadzającej im części materiału, który zakrywał jej ciało. Roise miał w tym dość spore doświadczenie, co na pewno nieco to ułatwiło. Wiele razy bowiem znajdowali się już w podobnej sytuacji. Spodziewała się, że z paskiem pójdzie jej nieco łatwiej, jednak wcale nie tak prosto było się nim zająć, kiedy nie mogła się w pełni na tym skupić. Ambroise jednak po raz kolejny z nią współpracował, dzięki czemu wspólnymi siłami w końcu pozbyli się wszystkiego, co było im zupełnie niepotrzebne. Znaleźli się wreszcie razem, zupełnie nadzy w tej chłodnej pościeli. Pierwszy sukces osiągnięty, teraz wystarczyło w końcu zaspokoić te palącą potrzebę, która ich ogarnęła. W końcu w ten właściwy sposób mogli się do siebie zbliżyć, nie przejmując się tym, co będzie jutro, później, bo ustalili, że to nie było tymczasowe, doszli do tego, że najlepiej będzie, jak znowu zaczną widzieć swoją wspólną przyszłość, jaka by ona nie była. Zresztą od samego początku to była dla nich jedyna droga, zdecydowanie razem było im lepiej. Nie powinni byli z tym walczyć. Dobrze, że dotarło to do nich dość szybko, tydzień to wcale nie było tak wiele czasu, zważając na ich doświadczenia z przeszłości, kiedy potrafili krążyć wokół siebie miesiącami. Przywarła do Roisa całym swoim ciałem, zarzuciła mu dłonie na plecy, zapewne zostawi na nich zadrapania po swoich paznokciach, bo miała tendencje do tego, aby reagować na niego za bardzo, powinien jej to wybaczyć, ale nie potrafiła nad tym szczególnie panować. Nie kiedy ich usta ponownie zaczęły się pochłaniać, chciała zasmakować każdy, nawet najdrobniejszy fragment jego skóry, i nie miała ku temu żadnych oporów, ponownie więc znalazły się na jego szyi, chyba najbardziej upodobała sobie właśnie ten fragment ciała. Nie przejmowała się właściwie niczym, tym, że w domu był jej młodszy brat, który najprawdopodobniej teraz spał, liczyło się tylko i wyłącznie to, że mieli ponownie rozpocząć wspólną wędrówkę. To było dla niej najważniejsze, w końcu mogli pozostawić za sobą te okropne dwa lata, kiedy nic nie wydawało się być właściwe. Mogła mieć go znowu tylko i wyłącznie dla siebie, i ta perspektywa jej się podobała. Oddech Yaxleyówny przyspieszał z każdą, kolejną mijającą minutą. Serce biło jej coraz szybciej, wiedziała, że jeszcze chwila, a zbliżą się do momentu, w którym to pragnienie zostanie zaspokojone, co najważniejsze, nie musiała się już więcej przejmować tym, że Ambroise stąd zniknie, że postanowi odejść, może dzięki tej myśli nie powinna się tak spieszyć, jednak nie do końca mogła panować nad tym, co działo się z ich ciałem. Chaos miał ją pochłonąć, nie pierwszy raz, ale w tym przypadku zupełnie jej to nie przeszkadzało, mogła na to pozwolić. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.03.2025 To, co do tej pory ich otaczało... ...dźwięki miasta, problemy dnia codziennego, wypowiedziane i przemilczane słowa, urwane gesty, nagła wstrzemięźliwość, jeszcze gwałtowniejsza wylewność... ...to zaczęło tracić na znaczeniu, gdy w końcu znaleźli się sami. W miarę jak ich ciała zbliżały się do siebie, cała reszta stawała się zupełnie nieistotna. Wszystko inne zniknęło zaledwie w przeciągu kilku chwil. Wtedy, kiedy powiedzieli sobie wystarczająco dużo, by osiągnąć ten całkowicie chciany rodzaj porozumienia, ale na tyle dostatecznie mało, żeby móc przejść do zatracania się w sobie w ten najwłaściwszy ze sposobów. Poniekąd próbowali nadrobić czas, który spędzili z dala od siebie. Z drugiej strony wcale nie musieli tego robić, skoro mieli pewność, że tym razem wiedzą, na czym stoją. Mieli mieć dla siebie znacznie więcej takich dni. Kolejne chwile przeznaczone tylko dla siebie nawzajem. Tygodnie, miesiące, lata, dekady na to, żeby zatracać się w sobie nawzajem, budując wspólne życie. Może od nowa, bo te ostatnie dwa lata naprawdę mocno uderzyły we wszelkie podstawy ich związku i tego, kim kiedyś byli. Nie dało się ukryć, że teraz patrzyli na świat w zupełnie inny sposób. Mieli więcej trudnych doświadczeń. Stali się ludźmi, którymi być może wcale nie chcieli być. On z pewnością w niektórych momentach łapał się na tym, że wcale nie zamierzał zachowywać się w ten sposób. Myśleć o tym, o czym myślał. Podejmować decyzji bazujących na czymś, o czym nie pomyślałby jako tamten dwudziestosześcioletni człowiek. Teraz bez wątpienia się zmienił, Geraldine również. Ale przecież już to kiedyś zrobili. Osiągnęli kompromisy. Dotarli się ze sobą. Zbudowali własny świat. Być może patrząc nań przez trochę nazbyt różowe okulary, nie dostrzegając wielu dziur i uciekając się do niedopowiedzeń, które ostatecznie zaczęły ich pogrążać, ale w tej chwili nie myślał o skomplikowanej przeszłości. O trudnych wyborach, które ich rozdzieliły. O konieczności przeprowadzenia rozmów, pójścia na kompromisy tam, gdzie nie dostrzegał na nie przestrzeni. Nie zastanawiał się jak będzie wyglądać ich przyszłość i nie czuł się z tym źle. W tym momencie nie było miejsca na myśli o skomplikowanej rzeczywistości, o tym, co mogło ich dzielić. Liczyło się tylko to jak jej skóra stykała się z jego. Jak miękkie wargi muskały zarys szczęki a zęby znaczyły ślady na szyi, przyprawiając go o mimowolne dreszcze. Wzbudzając falę gorąca ogarniającą ciało, której nie dało się wygasić w żaden inny sposób niż ten, ku któremu zmierzali. Coraz szybciej i bardziej chaotycznie, nawet jeśli zdecydowanie było ich stać na to, by być jeszcze bardziej gwałtowniejszymi. Potrafili zachowywać się przy sobie zupełnie tak, jakby znowu mieli po kilkanaście lat, wykradając się z towarzystwa, żeby całować się za filarami w ślepym korytarzyku za Wielką Salą. Tak, jak gdyby znaleźli się obok siebie po raz pierwszy. Zupełnie jak dwoje nastolatków. Jakby jeszcze raz trafili tu razem po kilku miesiącach kręcenia się wokół siebie, interpretowania swoich wzajemnych zachowań, kwestionowania reakcji i motywów. Zastanawiania się nad drugim, czasami nawet trzecim dnem słów i gestów. O ironio, z perspektywy czasu częstokroć bardzo jasno wskazujących na to, że wystarczyło po prostu zrobić ten krok. Tylko przyjaźń nie była im pisana. Nie mogli tego zmienić. Udawać, że jest inaczej, gdy zdecydowanie najlepiej było im tuż przy sobie. Obok siebie. Dążąc do tego, żeby jeszcze ciaśniej objąć się nawzajem ramionami, łącząc nie tylko usta, lecz także ciała. Splatając się w objęciach i dążeniach do zaspokojenia fizycznego głodu, po którym miała nadejść jedna z tych błogich chwil także psychicznej satysfakcji. To też było ze sobą wyraźnie związane. Nie było jednego bez drugiego. Nie mogło być, bo wtedy... ...wtedy... ...tamtej jednej nocy czegoś im brakowało, prawda? Pojawiła się pustka nie do wypełnienia czymkolwiek innym. Wrażenie niepełności, czegoś nie do końca właściwego. Tak samo jak wszystkie ich wspólne chwile, gdy jednocześnie mieli świadomość, że są obok siebie, ale nie do końca ze sobą, bo nic nie może trwać wiecznie. Tym razem mieli zgodność, nie zgodność. Nie musieli martwić się o jutro ani o to, co przyniesie los. To była chwila pełna bliskości, zrozumienia i spełnienia, które oboje tak bardzo potrzebowali. To był ich mały skrawek świata. Jeszcze mniejszy niż Whitby, do którego też chciał wrócić z nią już zupełnie na innej zasadzie. O którym także powinni porozmawiać, ale nie dziś. Teraz dążyli do jednego, otoczeni tylko dźwiękami własnych oddechów i szelestem pościeli. To była ich chwila. Strefa, w której mogli być sobą bez żadnych ograniczeń, bez obaw przed tym, co przyniesie kolejny dzień. Żar ich ciał stawał się nie do zniesienia. Oboje tego potrzebowali. Oboje tego pragnęli. Uśmiechnął się, gdy poczuł jak ciało dziewczyny reaguje na jego dotyk. Odpowiedział jej mruknięciem. Głębokim pomrukiem towarzyszącym zatracaniu się w tym wszystkim, co teraz robili. Nie przeszkadzało mu, że nie była delikatna. Wręcz przeciwnie. To w niej uwielbiał. Tę dzikość, tę nieokiełznaną pasję, która jeszcze bardziej go nakręcała. Sam bez wahania oddawał się temu, co sprawiało mu największą przyjemność, więc czemu miałby bronić Geraldine tego samego? Jego usta sunęły wzdłuż jej obojczyków, przesuwając się po głębokiej linii dekoltu i zostawiając na jej skórze ślad gorących pocałunków. Z każdym dotykiem czuł jak jego serce coraz mocniej przyspiesza a krew buzuje mu w żyłach, wypełniając go żarem. Dłonie Ambroisa niemal podświadomie zaczęły wędrować po skórze jego dziewczyny, zjeżdżając z ramion w dół, obrysowując palcami zarys miękkiego nagiego ciała. Obrys coraz szybciej unoszących się i opadających piersi, linię talii... Podparł się na ramieniu, poprawiając ułożenie ciała w taki sposób, aby przerywając pocałunki, mógł chłonąć ją wzrokiem, podczas gdy jego druga dłoń sunęła wzdłuż jej ciała. Delikatnie, ale zdecydowanie. Przesuwał ją po biodrze dziewczyny, powolnym ruchem przesuwając palce w kierunku wnętrza miękkiego uda. Czując jak jej skóra reaguje na każdy jego dotyk i reagując na to niestłumionym zadowolonym pomrukiem. Szczególnie wtedy, gdy kolejny raz dosyć gwałtownie odpowiedziała na jego gesty, oplatając go ramionami. Jej paznokcie wbiły się w jego plecy, wywołując dreszcz przyjemności. Nie krył uśmiechu, gdy poczuł tą żarliwość. Przejaw tej niepohamowanowanej siły. Żywiołu, którym była, odkąd pamiętał. Uwielbiał ten aspekt osobowości Geraldine. Jej pasję, niepokorność. Nie chciała być delikatna, subtelna, wyważona a on nie pragnął niczego innego jak tylko tego, by po prostu była. Dokładnie taka, dokładnie w ten sposób. Chciała tego, co zawsze miało należeć do niej. Jakże mógłby tego nie doceniać? Jeszcze na zaledwie krótką chwilę zawisł nad Yaxleyówną, szukając wzrokiem jej błyszczących niebieskich oczu, a gdy odnalazł z nią kontakt wzrokowy, posłał jej wyjątkowo głębokie, bardzo znaczące spojrzenie. Takie z gatunku tych, które nie potrzebowały nic więcej, aby przekazać wszystko. Żadnych słów, żadnych innych gestów. Jedno spojrzenie zanim nie przesunął rąk z jej ud i pośladków na kolana, ujmując je w dłonie. Pasowały idealnie. Tak jak oni do siebie w tym i w każdym innym momencie. Mieli to wszystko. Niemal perfekcyjną zgodność, harmonię ciał i pragnień. Nawet (a może zwłaszcza?) wtedy, gdy jednocześnie zachowywali się tak chaotycznie. Do tej pory wyłącznie obdarzając się kolejnymi pieszczotami, jednak nie miał zamiaru już dłużej tak po prostu przesuwać palcami po skórze dziewczyny. Mocniej czy słabiej, zostawiając ślady ust, znacząc ścieżkę pocałunków na rumianej skórze - nieważne. Ważne, że przez ten cały czas posuwając się wyłącznie do kolejnych półśrodków. Czułych, żarliwych gestów, ale bez sięgania dalej, głębiej. Nie po to, czego oboje chcieli. Nie w tym celu na moment przerwał pocałunki. Nie z tego powodu pchnął rękami jej kolana, odnajdując oparcie ponad nią. Tym razem zamierzał dać Rinie to, czego pragnęła. Czego on sam także pragnął, napierając na jej ciało, przyciskając ją do materaca. Spełnienie. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.03.2025 Zamknęli się w swojej bańce. Po raz kolejny, chociaż wiedziała, że tym razem będzie inaczej. Sporo w między czasie przeżyli, mieli już świadomość tego, że świat wcale nie był taki kolorowy, jak im się na początku wydawało, nie mogli pozwolić na to, aby znowu za bardzo odkleić się od tego, co działo się wokół nich. Potrzebowali jednak takich chwil jak ta, gdy mogli na moment zapomnieć o wszystkim, co działo się wokół nich, gdy nie musieli się niczym przejmować. Zasługiwali na to po tym, co przeżyli. Należało im się to. Była tego pewna. Wiedziała, że czeka ich sporo rozmów, ustaleń, ale to miało przyjść później, na pewno im nie ucieknie. Dalszej części poranka nie miała zamiaru marnować na kolejne konwersacje. Na pewno do tego wrócą, będą musieli, jeśli nie zamierzali popełniać tych samych błędów, które zdarzyły im się w przeszłości. Trochę się tego nazbierało, wiedziała, że tym razem nie będzie to wszystko wyglądało tak samo, bo po pierwsze byli innymi ludźmi, a po drugie miała świadomość (albo tak się jej wydawało), co nie zadziałało. Jasne, mądry czarodziej po szkodzie, ale wypadało uczyć się na błędach i ich nie powielać, tym miała zamiar się teraz kierować. Na pewno nie pozwoli się odsunąć od pewnych spraw, jak to zrobiła ostatnim razem. To nie mogło się zdarzyć, chociaż czuła, że będzie ją czekała dość długa przeprawa z tym, aby ustalili nową, lepszą wersję. Była na to gotowa. Nie mogli wrócić do tego, co mieli, bo sporo się wydarzyło. U niej i u niego, nie mogli wymazać tego czasu, który spędzili osobno, nie powinni tego robić, w końcu to też ich nieco ukształtowało. Najważniejsze było to, że ich uczucia się nie zmieniły, że nadal kochali się w ten sam sposób, zresztą to nigdy miało nie minąć, bo ta więź, która ich łączyła była wyjątkowa. Miała przetrwać wszystko, a co najważniejsze, zdecydowali wreszcie, że nie będą tego ignorować. Postanowili wybrać tę najbardziej właściwą dla siebie drogę. W końcu. Nie musieli się już niczym przejmować, bo przecież bez względu na wszystko mieli znajdować się u swojego boku. Niczego więcej nie potrzebowała, wiedziała, że to będzie dla nich lepsze, że w końcu wszystko się ułoży, bo razem przecież byli w stanie przetrwać wszystko. Zdecydowanie lepiej, aby razem walczyli z całym światem, niżeli stawali przeciwko sobie. Na pewno będą musieli ustalić nowy porządek, to nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, ale mieli już przecież i w tym doświadczenie, potrafili negocjować, szukać kompromisów, tym razem pewnie potrwa to trochę dłużej, ale nie wątpiła, że ponownie im się uda osiągnąć cel. Potrafili to robić, potrafili się słuchać, potrafili ze sobą rozmawiać, mimo, że ten tydzień, który razem spędzili nie do końca o tym świadczył. Potrzebowali jednak tego czasu, aby ustalić wspólną wersję. Może żałowała niektórych słów, które wypowiedziała, ale to chyba nie miało teraz sensu, bo i tak w końcu znaleźli się razem w jej sypialni, co kiedyś było dla nich codziennością. W ich relacji nigdy nie chodziło tylko o fizyczności, zawsze łączyło ich coś więcej, porozumienie dusz, jakiego nie miała z nikim innym. To powodowało, że te doznania smakowały zupełnie inaczej od wszystkich innych. Były wyjątkowe, nie dało się tego powtórzyć. Dlatego tak bardzo zależało jej, żeby do tego wrócili, bo tylko przy Roise czuła się kompletna. Dopiero gdy znajdowała się przy nim wiedziała, że naprawdę żyje, a nie egzystuje. Ich gesty były chaotyczne, ponownie pozwolili wypełnić się temu palącemu uczuciu, które musiało zostać ugaszone. Czuła ciepło rozchodzące się po jej całym ciele, wypełniało ją coraz silniej, z każdym kolejnym pocałunkiem, opuszkami palców, które wędrowały po jej rozgrzanej skórze. Ona również się nie hamowała. Jej dłonie sunęły po plecach Roisa, chcąc nacieszyć się ciepłem jego skóry. Usta nie przestawały znaczyć kolejnych kawałków jego ciała, przypadkiem pozostawiając na nich zaczerwienione ślady, które mogły zostać na nim nieco dłużej. Cóż, taki już był koszt bliskości z nią. Nie hamowała się zupełnie w tych wszystkich gestach, nie kiedy traciła nad sobą kontrolę, a w tym momencie zdecydowanie już jej nie miała. Gdy przycisnął ją do materaca złapała go mocniej w okolicy żeber, właściwie to wbiła w mężczyznę swoje paznokcie, żeby poczuć go jeszcze bliżej siebie, potrzebowała też przytrzymać się nieco, bo zupełnie straciła nad sobą panowanie. Wypełniał ją żar, który powodowała bliskość jego ciała, ciepło jego skóry, przyspieszony oddech, który czuła na swoim ciele. To wszystko powodowało, że znajdowała się całkiem blisko tego, żeby sięgnąć po spełnienie, które mieli sobie dać. Oderwała w końcu usta od jego szyi, tym razem chciała, by ponownie połączył ich pocałunek, aby mogli w pełni poczuć tę więź, która ich łączyła. Ich ciała stały się jednym, dusze również, w końcu były dla siebie stworzone, oni byli dla siebie stworzeni. Potrzebowali tej bliskości, aby w pełni się sobą nacieszyć. To było właściwe, nic innego nigdy nie było im pisane. Nie, kiedy pasowali do siebie na wszystkich możliwych płaszczyznach, gdy ich zbliżenia wyglądały w ten sposób. Jej oddech przyspieszał wraz z każdym ruchem Ambroisa, pocałunki stawały się coraz bardziej wygłodniałe, jakby nie mogła w pełni się nim nasycić, wiedziała, że znajdują się coraz bliżej, jeszcze chwila, a świat zacznie wirować, a oni zupełnie odpłyną, znajdą się poza tą sypialnią, jak wiele razy wcześniej. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.03.2025 Wiedział, że to, co działo się między nimi było inne niż wcześniej. Nie byli już dłużej tymi samymi ludźmi, którzy zakochali się w sobie przed laty. Nie nosili już różowych okularów. Nie potrafili w dalszym ciągu iść przez życie tak jak na samym początku ich relacji. Tej właściwej wersji, całkowicie pomijając wszystko, co było przedtem, bowiem w gruncie rzeczy to przecież nie było ich pierwsze potknięcie. Nie pierwszy raz całkowicie pogubili się w intensywności uczuć, które równie dobrze mogły zarówno ich ku sobie pchać, jak także odpychać ich od siebie nawzajem. Nie znali półśrodków. Nie potrafili być neutralni. Prawdopodobnie podświadomie nigdy tego nie chcieli, bo czemu mieliby na siłę stawiać się czemuś, co prędzej czy później i tak musiało ich ogarnąć? Mogli nie być do końca świadomi tego, kim albo czym tak naprawdę dla siebie byli. Z początku nazywać to klątwą. Zresztą w jego przypadku uciekając się do tego również po tych dwóch naprawdę parszywych samotnych latach. Nie był w stanie o niej zapomnieć. Nie potrafił przejść obojętnie wobec tego, co widział i słyszał. Wszystkich drażliwych kwestii, które uderzały w niego bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać. Usiłował być zdecydowany. Nie miotać się na wszystkie strony. Podjąć jedną decyzję, nawet jeśli była ona jednocześnie najtrudniejszym, co zrobił w życiu. Trwać przy swoim stanowisku. Tyle tylko, że do czego go, ich to prowadziło? Nawet, jeżeli nie zdawali sobie sprawy ze wszystkich aspektów połączenia, które trwale ich ze sobą związało, przecież nie byli ślepi. Zaślepieni? Być może, ale nie ślepi. Wiedzieli, że było to coś szczególnego, co nie zdarzało się zbyt często. Coś, czego nie przeżywało się więcej niż jeden jedyny raz w życiu. Coś, czego niektórzy zapewne nawet nie mieli zaznać. Nie mógł powiedzieć, że prawie to stracili. Prawdopodobnie nigdy by się tak nie stało. Nie wyzbyliby się tych wszystkich uczuć. Nie wygasiliby ich do samego końca. Szczególnie teraz, gdy powiedzieli sobie te wszystkie słowa. W momencie, w którym po raz pierwszy od wielu miesięcy padły między nimi te nieco rozgoryczone deklaracje. Nie miało być nikogo innego. Żadne z nich nie chciało wypełniać tej luki, pustki w życiu wywołanej nieobecnością kogoś, kto kiedyś był dla nich dosłownie wszystkim. Zatem nie, nie mógł powiedzieć, że prawie to stracili. A jednak niemalże ponownie skazali się na stracenie. Zaczęli błądzić, dryfować, przyciągać się, potem odpychać. Nie tak powinno wyglądać ich wspólne życie. Chciał czuć, odczuwać, chłonąć te chwilę. Nie tylko wspominać je podczas pustych i samotnych nocy. Chciał oddać się temu uczuciu, które ich połączyło. Nie tylko teraz w blasku porannego słońca, które wdzierało się przez zasłony. Promienie w dalszym ciągu walczyły z chmurami, ale gdyby tylko któreś z nich spojrzało za okno, niechybnie dostrzegłoby pierwsze oznaki nadchodzącej burzy. Czarne chmury zbierały się nad Londynem. Jednakże nie dla nich. Oni byli szczęśliwi, ulegając chwili. Być może jeszcze nie do końca uświadamiając sobie znaczenie składanych deklaracji i to wszystko, co miało na nich czekać w całkiem bliskiej przyszłości. Mimo to, byli szczęśliwi. Tu i teraz. Razem. Wreszcie tak po prostu razem. Nie popełniłby tego samego błędu. Teraz, gdy wszystkie ograniczenia zniknęły mógł w końcu dać jej niemalże wszystko, co miał do zaoferowania. Ich życie mogło być skomplikowane, ale teraz istniała tylko ona. Przeszłość, która ich kształtowała była tylko cieniem. W tym momencie już nie kładącym się na przyszłości. Odegnanym subtelnymi promieniami ostatniego londyńskiego słońca przed deszczową jesienią i pochmurną zimą. Nie było już miejsca na wątpliwości ani lęki, które ich kiedyś dzieliły. W tym momencie przekroczyli wszystkie granice, zatracili się całkowicie w sobie nawzajem. Liczyło się tylko to, co było tu i teraz. Jego dłonie przesuwały się po jej nagiej skórze, odkrywając każdy centymetr ciała dziewczyny. Znajomego, a jednak zmienionego. Innego pod tyloma względami, że w tej chwili jeszcze bardziej go do siebie przyciągała. Chciał ją poznać na nowo. Dotykać, obdarzać pieszczotami, zapamiętując każdy nowy pieprzyk. Drobną czy większą bliznę. Wszystkie te małe detale. Pozornie do przeoczenia, ale nie dla niego. Mógł się nie kontrolować. Zdecydowanie ulegał porywczym zapędom. Zatracał się w chwili, w jego dziewczynie. A jednak chłonął ją nie tylko poprzez dotyk, lecz także wzrokiem. Pożerał widok, jaki mu oferowała. Błyszczącymi, choć jednocześnie coraz bardziej zamglonymi oczami. Nie mogąc się nasycić, ale przecież nie musząc tego robić na zapas. Już nie. Mieli dla siebie znacznie więcej czasu niż jeden poranek, nawet jeśli i te godziny zamierzali wykorzystać w jedyny właściwy sposób. Czuł ciepło, które emanowało z jej ciała. Żar, który sprawiał, że nie mógł się od niej oderwać. Jego ciało lgnęło do niej, jakby samo też instynktownie pragnęło zaspokoić te wszystkie głęboko skrywane potrzeby. To był moment, w którym wszelkie ograniczenia zniknęły. Granice między nimi zatraciły sens. Każdy ich oddech był gwałtowny, pełen pragnienia narastającego z każdą kolejną sekundą. Dłonie Riny przesuwały się po jego plecach, paznokcie wbijały mu się w skórę, zostawiając za sobą ślady ich namiętnych chwil. Była intensywna, chaotyczna. Była doskonała, niepowtarzalna. Po długim czasie wahania, w końcu mógł poczuć się jak jej mężczyzna. Nie chłopak. To było niewłaściwe słowo na to, co czuł w tej chwili. A czuł się jak ktoś, kto trzyma swoją kobietę, nie dziewczynę w ramionach. Czas ich zmienił. Wyszli poza ramy przeszłości. Nie do końca pasowali do dawnych ról, ale w gruncie rzeczy nie było to nic złego. Byli wyjątkowymi ludźmi pod każdym względem, czyż nie? Po prostu je przerośli. Pragnął być kimś, kto nie tylko kocha, ale też potrafi wziąć to, czego pragnie. W tym momencie nie słowami a gestami udowodnić dziewczynie, kobiecie, że w istocie nie zamierzał się więcej wycofywać. Mógł być dokładnie tym, kim chciałaby, aby był. Oboje potrzebowali czasu, aby to zrozumieć. Impulsu, żeby zacząć poddawać się tym prawdom. Jego ramiona obejmowały ją mocno, może nawet odrobinę zbyt mocno. Smukłe dłonie przesuwały się po ciele, szukając miejsc, których pieszczoty wywołają w niej dreszcz pożądania. Palce niemal bez ustanku wędrowały po rozgrzanej skórze, reagując na intensywność, z jaką i ona mu ulegała. Oboje wiedzieli, że tracą kontrolę, ale czy było tak naprawdę? Zamiast czuć się z tym źle, odzyskiwali namiastkę czegoś, za czym tak bardzo tęsknili. To, czego potrzebowali od tak dawna, że teraz, gdy wreszcie mogli to mieć, nie mieli najmniejszych problemów, aby połączyć swoje ciała, splątać coraz cięższe i szybsze oddechy. Sięgnąć po to, co należało do nich obojga. Zatracili się w sobie, w tej chwili, w której świat na zewnątrz przestał istnieć. Liczyło się tylko to, co było między nimi. Ich potrzeba zaspokojenia była zbyt silna, by mogli pozwolić sobie przy tym na łagodność. Płonęli, ale to był dobry ogień. Nie pył i popiół, tylko żar. Pragnęli się spalić i odrodzić, oddać sobie wszystko, odebrać sobie oddech, później go przywrócić, odzyskując więcej niż sami kiedykolwiek myśleli, że mogą mieć. W końcu na samym początku też nie mieli łatwego życia. Musieli zmierzyć się z wyzwaniami, uwierzyć w to, że tak naprawdę wszystko ułoży się między nimi. Wtedy im wyszło a wcale nie byli mniej chaotyczni i nieopanowani. Usta Ambroisa zjeżdżały w dół, zostawiając ślady namiętnych pocałunków na rumianej skórze Geraldine. Koncentrując się na szyi i dekolcie. W miejscach przy obojczykach, miękkiej skórze za uchem, zgięciu szczęki. Czuł jak jej ciało drży z każdą nową falą przyjemności, samemu także nie powstrzymując niczego, co mogłoby utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, że zupełnie poddał się temu wszystkiemu, co z nim robiła. Stracił kontrolę, nawet jeśli z pozoru w dalszym ciągu ją miał. Nawet, gdy bez chwili wahania, bez wytchnienia zmierzał ku zaoferowaniu jej wszystkiego. Tego, czego oboje nie mogli dłużej powstrzymywać. Oparł się na łokciach, wpatrując się w jej twarz. Widok jej w tym stanie... ...z rozczochranymi włosami i zaróżowionymi policzkami, błyszczącymi oczami, rozedrganym ciałem, drżącymi przymrużonymi powiekami, wygiętymi wargami opuchniętymi od pocałunków... ...ciepło oddechu na jego szyi, zapach włosów... ...to było dla niego niczym narkotyk. Cholernie silnie odurzający eliksir, jedno z tych słodko-piernych kadzideł ogarniających pomieszczenie mglistą atmosferą i szumiących w głowie. Sprawiających, że obrazy przed oczami były jednocześnie wyostrzone i rozmazane. Intensywne i zamglone. Nie zamierzał przestawać. Nie, gdy widział to co dzieje się w jej oczach, gdy czuł jej palce wbijające się w jego żebra. Nie, gdy dostrzegał ślady swoich warg na jej skórze, będąc pewnym, że jego własna nosiła ich znacznie więcej. Geraldine nigdy nie była wyjątkowo subtelna i dyskretna w zaznaczaniu swojej obecności. Zresztą nigdy nie musiała taka być. Nie przy nim. To było ich, tylko ich. Bezgraniczna bliskość, która sprawiała, że czuli się, jakby w końcu wracali do domu. Do miejsca, które już kiedyś stworzyli razem. Mogli to zrobić ponownie, nawet jeśli tyle się zmieniło. Mieli ku temu podstawy. Chcieli tego. Zamierzali po to sięgnąć. Tak jak teraz sięgali po siebie nawzajem. Pozwalając na to, by intensywność żaru rosła, stawali się coraz bardziej chaotyczni. To nie był czas na delikatne pieszczoty. Potrafili być dla siebie także tacy. Czuli i łagodni, ale nie w tym momencie, nie tego ranka. Być może później, lecz nie teraz. Teraz pragnęli spalić się nawzajem, zaspokoić swoje potrzeby w najbardziej pierwotny sposób. Nie potrzebowali słów, by wyrazić to, co ich łączyło. Ich ciała mówiły same za siebie. Pocałunek za pocałunkiem. Wygłodniałe, plączące się ze sobą pomiędzy przyspieszonymi oddechami i kolejnymi zdecydowanymi ruchami. Tym razem już znacznie mniej chaotycznymi, zdecydowanie bardziej satysfakcjonującymi, zgrywającymi się ze sobą w ich wspólnym rytmie. Czując nacisk na ciele, odpowiadał jej gardłowym pomrukiem, przyciskając ją mocniej do materaca. Wiedział, że oboje tego potrzebowali. Intensywności, pasji, momentów, w których mogli zatracić się w sobie nawzajem. Jak wiele razy wcześniej, ale na nowo. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.03.2025 Nigdy nie potrafili być w stosunku do siebie zupełnie obojętni. Od samego początku coś ich do siebie przyciągało. Pamiętała tamtą noc w Mungu, kiedy go poznała, już wtedy wzbudził jej zainteresowanie, co było dość kontrowersyjne, bo poznali się w szpitalu, on był uzdrowicielem, a Yaxleyówna nie znosiła Munga. Wtedy jednak została tam dłużej niż powinna, gawędziła z nim chwilę, co nie zdarzało się często, bo zazwyczaj bardzo szybko opuszczała to miejsce, jak przystało na dorosłą, ogarniętą kobietę (ta, jasne). Każdy miał jakieś swoje mankamenty, w przypadku Geraldine była to nienawiść do szpitali. Później ta cała szopka na balu, gdzie byli bardzo bliscy przekroczenia granicy, nadal nie wiedziała właściwie dlaczego wtedy wystarczył im tylko ten jeden, zupełnie niewinny pocałunek na pokaz. Mogli sięgnąć zdecydowanie po więcej i nie miałaby nic przeciwko temu. Następnie razem zakopali człowieka w lesie, wtedy zaczęły się schody, bo Roise wzgardził wyciągniętą przez nią ręką i nadszedł moment, w którym zaczęli pałać do siebie nienawiścią. Była ona może trochę na wyrost, zdecydowanie nie brakowało w tamtym zachowaniu teatralności, próbowali na siłę sobie udowodnić, jak bardzo za sobą nie przepadają, nie, żeby to coś zmieniło. W końcu wrócili na dobre tory, zaczęli się ze sobą przyjaźnić, chociaż ta przyjaźń od samego początku chyba przekraczała granice typowej przyjaźni. Spędzali ze sobą tyle czasu, co pary, tyle, że trzymali się na dystans, ten fizyczny, ale dość szybko udało im się zignorować to dziwne ograniczenie, które sami sobie narzucili. Później było najlepiej, w końcu to, co między nimi było wydawało się być naprawdę właściwe, chociaż może trochę bezmyślne, bo zachowywali się tak, jakby świat do nich należał, i nic nie było w stanie zabrać im tego wspólnego szczęścia. Ostatnie półtora roku znowu przyniosło chłód, dystans, w zasadzie brak interakcji, bo robiła co tylko mogła, aby go unikać. Czuła się zraniona, porzucona, wybrała swoją własną narrację, która jakoś pomogła jej to przetrawić. Teraz wiedziała, że była ona zbędna, że zmarnowali to półtora roku, że powinna o niego zawalczyć, ale za bardzo w nią to uderzyło. Na szczęście ich drogi ponownie się ze sobą splotły, dzięki czemu teraz znajdowali się tutaj, w jej łóżku, znowu razem, gotowi ponownie dać sobie szansę. Nie dało się nie zauważyć, że ta specjalna więź między nimi istniała. Już od dawna zdawali sobie z tego sprawę, przecież kiedyś próbowali się pozbyć tej klątwy, z czasem po prostu zaakceptowali to uczucie, aby później, całkiem niedawno znowu negować rację jego istnienia. Florence upewniła ich w tym, że to nie była klątwa, tylko bardzo silna więź, która mogła się pojawić między ludźmi. Yaxleyówna nigdy wcześniej o niej nie słyszała, ale nie miała powodu, aby nie zgadzać się z przyjaciółką. To nie mogła być klątwa, gdyby zostali przeklęci, to nie byłaby przy nim taka szczęśliwa. Wiedziała, że muszą w końcu pójść po rozum do głowy, że łatwiej im będzie po prostu zaakceptować to, co między nimi było, niż z tym walczyć. Zresztą nie bez powodu ciągle do tego wracała, ciągle dostrzegała nadzieję, chociaż Roise usiłował jej mówić, że nie powinni tego robić. Na szczęście w końcu się ugiął, w końcu postanowił przyjąć jej narrację, naprawdę była z tego powodu zadowolona, bo czuła, że powoli kończą jej się możliwości. Obawiała się, że może być nie do końca przekonywująca, że faktycznie wytrwa w swoim postanowieniu. To uczucie, które ich łączyło było jednak zbyt silne, od samego początku powinni się spodziewać tego, jaką drogę wybiorą. Tak było lepiej, właściwiej. Nikt nie potrafiłby go zastąpić, miała co do tego pewność. Nikt nie był w stanie stworzyć z nią czegoś takiego, ta więź, to mistyczne połączenie było niepowtarzalne. Nie wydawało jej się, aby większość osób miała w ogóle szansę przeżyć coś tak silnego. Oni mieli to szczęście, do tego dostali kolejną szansę od losu, której nie zamierzała zmarnować. Nie tym razem, wręcz przeciwnie, po tym, co im się przytrafiło musiała mieć pewność, że nigdy się to nie powtórzy. Nie, kiedy ponownie postanowili w końcu trwać przy sobie. Nie było możliwości, aby im się to tym razem nie udało. Swoją przyszłość widziała tylko i wyłącznie u jego boku, nie miała zamiaru popełniać tych samych błędów, wręcz przeciwnie, nauczona doświadczeniem zdawała sobie sprawę na co powinna uważać i zwracać uwagę. Zresztą Ambroise tak bardzo chciał ją uszczęśliwić, że usunął się z jej życia, to mówiło samo za siebie. Byli uwikłani, ale nie widziała w tym niczego złego, nie kiedy chcieli tego samego, a doszli już do tego, że właśnie tak było. Nie wątpiła w to, że wszystko przyjdzie im łatwo. Sporo przeżyli przez ten czas rozłąki. Każde z nich aktualnie męczyło się ze swoimi demonami, ale dużo prościej było sobie z tym radzić we dwójkę. Byli w stanie dawać sobie wsparcie, którego potrzebowali, nie miała wobec tego najmniejszych wątpliwości. Na szczęście jakoś udało im się do tego dojść, teraz nie było już odwrotu, w końcu postanowili, że to będzie ich nowy początek. Przypieczętowali go w najbardziej właściwy sposób. Znowu byli tutaj dla siebie, miało już tak pozostać zawsze, ale nie zmieniało to faktu, że chciała się nacieszyć jego obecnością w pełni. Bez zmartwień, bez przejmowania się tym, co się stanie, kiedy w końcu się rozejdą. To już było za nimi. Czy tak właściwie kiedykolwiek podczas tych chwil, kiedy znajdowali się blisko były jakieś granice? Nie wydawało jej się, od samego początku przekraczali je wszystkie, raz za razem dawali sobie coraz więcej. Nigdy nie przejmowali się szczególnie tym, co wypada, a co nie. Co tylko umacniało ich więź. Nie opierała się ona wyłącznie na tej fizyczności, zdarzyło im się to tylko i wyłącznie ten jeden raz, kiedy zapomnieli się zupełnie w swoim towarzystwie, mimo, że nie powinni się do siebie zbliżać. Nawet wtedy nie mieli pełnej kontroli nad tym, co działo się z nimi, gdy znajdowali się obok siebie. To był jeden, jeden jedyny raz, gdy uważała, że postąpiła niewłaściwie, bo zachowali się bardzo mechanicznie, jakby faktycznie nie było między nimi tej niesamowitej więzi. Dali się ponieść chwili, a później zniknęli ze swojego życia, jakby nic ich nie łączyło, co było ułudą. Nie miała nic przeciwko temu, aby ponownie się w sobie zatracili, wręcz przeciwnie, to było wszystkim czego pragnęła, zawsze przecież było im razem dobrze, najlepiej. Teraz znowu mogła po to sięgnąć w ten właściwy sposób. Mimo zmęczenia, nieprzespanej nocy to wydawało się być odpowiednie. Zatracenie, chaos, to było wszystkim czego pragnęła w tej chwili, i właśnie dostawała wszystko, czego chciała. To miał być naprawdę wspaniały dzień. Nigdy nie byli szczególnie łagodni, nie wtedy, kiedy dążyli ku obopólnemu zaspokojeniu wszystkich swoich najbardziej ukrytych żądz. Wiedzieli, jak reagują na nich ich ciała, mieli pojęcie w jaki sposób powinni się dotykać, aby jeszcze bardziej rozpalić je do czerwoności. Nie hamowali się w dotyku, w pocałunkach, w coraz silniejszych objęciach, wszystko to prowadziło ich do tego, aby w końcu zaspokoili wszystkie swoje potrzeby. Ich oddechy były coraz płytsze, właściwie to Yaxleyówna co chwilę zapominała o tym, że powinna oddychać, tak bardzo pochłaniały ją te namiętne pocałunki. Zatracała się w nim zupełnie, w tej bliskości, która między nimi była. Przestawała panować nad swoimi dłońmi, które zaczęły zupełnie bezwiednie wędrować po jego plecach, drapiąc mężczyznę dosyć głęboko po skórze, kiedy zbyt mocno się go łapała. Nie było to niczym nowym, od zawsze tak na nią działała jego bliskość. Uśmiechnęła się, kiedy się w nią wpatrywał, nie miała pojęcia, jak to właściwie możliwe, że ciągle wydawało jej się, jakby patrzył na nią jak na najbardziej wyjątkową osobę na świecie. Nikt nie potrafił wzbudzać w niej takich uczuć, przyjemne ciepło rozchodziło się po jej ciele, kiedy czuła na sobie jego spojrzenie. To było niesamowite, powodowało, że jej pewność siebie rosła, zresztą od zawsze potrafił podnosić jej poczucie wartości. Kiedy znajdowała się z nim sama, w tych czterech ścianach naprawdę czuła się bardzo wyjątkowo. Zmierzali ku spełnieniu. Przynosiły to coraz szybsze ruchy ich ciał, coraz mniej delikatne, ale tego właśnie potrzebowali w tej chwili. Zupełnego zatracenia w tym uczuciu, które ich łączyło. Nie potrzebowała subtelności, to nigdy nie było to, czego oczekiwała, wolała wiedzieć, że pragnie jej tak bardzo, że nie może się powstrzymać. Zresztą pokazywała mu to samo, jej dłonie zaciskały się coraz mocniej na jego żebrach, w końcu po prostu załapała go za szyję i jeszcze mocniej do siebie przyciągnęła, jakby faktycznie mogli jeszcze bardziej się do siebie zbliżyć. Wtuliła swoją głowę w jego szyję, ledwie mogła oddychać, co świadczyło o tym, że była bardzo bliska, aby sięgnąć spełnienia. Nie hamowała się już zupełnie. Nogi zaczęły jej drżeć, a przyjemnie uczucie gorąca rozprzestrzeniało się po jej ciele. Byli bardzo blisko, okropnie blisko tej całej eksplozji zmysłów, która była nieunikniona. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.03.2025 Wszelkie próby zatrzymania się na neutralności zawsze miały spalić na panewce. Prawdopodobnie powinni być tego świadomi. Najpewniej byli. Świadczyły o tym ich pierwsze słowa wypowiedziane tego wieczoru, gdy dopiero pojawili się w Piaskownicy. Później po prostu poplątali się w narracji. Zagubili się, jeszcze bardziej zeszli z kursu, odpłynęli na nieznane wody - jak zwał tak zwał. Najistotniejsze, że w pierwszej chwili wykluczyli przyjaźń, nie byli skłonni do trwałego sojuszu. Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie. Zaczęli miotać się na wszystkie strony. Sięgali po te wszystkie zachowania, byleby tylko nie musieć mierzyć się z koniecznością podjęcia ostatecznej decyzji. Tak, aby tylko nie dokonywać niechcianego wyboru. On im to zrobił. Zdawał sobie sprawę z tego, jaka była jego rola w ich osobistym dramacie. Tym, który wielokrotnie prawie zakończył się tragedią. Osobno wcale nie byli szczęśliwsi. Nie okazali się lepsi. Wręcz przeciwnie. Byli gorzcy, rozgoryczeni. Wystarczyło zaledwie kilka sytuacji, aby Roise zaczął uświadamiać sobie dosyć brutalną prawdę: oboje zaczęli sięgać dna. Być może w dalszym ciągu uważał, że to jego było dużo płycej położone. Szybciej i łatwiej je osiągnął. Za to było też bardziej muliste, wciągało niczym podwodne bagno. Geraldine nie musiała mu tam towarzyszyć. Wręcz nie powinna. Tyle tylko, że sama też miała swoje własne dno. Oczywiście, że dostrzegał to, że była coraz bliżej, aby zupełnie się zanurzyć. Nie mógł na to pozwolić. Nadal nie brał za nią odpowiedzialności. Wypierał naprawdę wiele faktów, przemilczał sporo spraw i kwestii. Jednakże bez wątpienia nie był ślepy na to, że byli do siebie zatrważająco podobni. Nie tylko pod tymi dobrymi względami. Kiedy nie mieli gdzie wracać, do kogo wracać. Gdy tak naprawdę nie istniał już dla nich żaden dom. Wtedy zaczynali jeszcze szybciej tracić grunt pod nogami. Tonęli, topili się. Nie mieli boi, nie mieli punktu oparcia. Nie dostrzegali światła latarni na horyzoncie. Nie mogli odnaleźć drogi do bezpiecznej przystani, skoro żadna nie istniała. Walczyli z całym światem. Wracali do dawnych nawyków. Pogrążali się w autodestrukcji. Sami byli swoimi najgorszymi wrogami. Zamiast wrócić do tego, co było dla nich dobre. Co w rzeczywistości było dla nich najlepszym możliwym stanem, całkowicie wykluczali tę możliwość. Pogrążali się w niedopowiedzeniach. W rezultacie postępując jeszcze gorzej. Aż do samego szczytu (albo dna?), który osiągnęli kilka miesięcy wstecz. Nie poruszył z nią tego tematu. Nawet wtedy, kiedy wyrzucali sobie znacznie gorsze rzeczy. Nie posunął się aż tak daleko (albo raczej tak nisko), żeby sięgnąć do tamtego wieczoru. To nie było coś, z czego był dumny, nawet jeśli dotyczyło ich dwojga. A może raczej zwłaszcza przez to, że chodziło o nich? O sposób, w jaki się zachowali, gdy pozwolili sobie na zbyt wiele? Nie dało się ukryć, że nawet jak na ich bardzo szczególne standardy nie postąpili wtedy zbyt racjonalnie. Nie chodziło wyłącznie o to, że naruszyli strefę zimno-gorącej neutralności. Nie o to, że dali się sobie ponieść. Zrobili coś, co w gruncie rzeczy nie było dla nich niczym szczególnym. W końcu zawsze tacy byli. Nie do końca potrafili kontrolować się w swojej bliskiej obecności. Raczej szybko zbaczali z kursu. Trzymali go wyłącznie tak długo jak to było konieczne. Zaraz potem znajdowali odpowiednią okazję i dosyć ochoczo z niej korzystali. Tak było od zawsze. Nawet tamtego pamiętnego pierwszego wspólnego dnia w Snowdonii pomiędzy przedpołudniową herbatą a obiadem. Tyle tylko, że jednocześnie w każdym z takich momentów zawsze byli dla siebie kimś więcej. Nie tylko paroma przelotnymi chwilami zatracenia, lecz tą bardzo konkretną osobą, z którą pragnęli sięgać po spełnienie. To nigdy nie był po prostu fizyczny akt. Za żadnym wcześniejszym razem (teraz chyba mogli stwierdzić, że także za późniejszym) nie sprowadzili tego do czegoś takiego. Tak... ...nieczułego, nawet jeśli mieli wobec siebie tyle tłumionej czułości. Tak dużo uczuć i emocji. Przecież w tamtym momencie także w dalszym ciągu się kochali. To było jasne, ale zarazem nie dało się ukryć tego, że tamtego wieczoru brakowało im tych wszystkich drobnych gestów, które czyniły ich z nich. Mieli sobie naprawdę dużo do powiedzenia. Musieli zmierzyć się z koniecznością przeprowadzenia wielu trudnych rozmów. Poruszenia tematów, o których woleliby nie mówić, ale ten jeden... ...o nim mogli zapomnieć, prawda? Nic im to nie szkodziło. Mogli w dalszym ciągu udawać, że do niczego między nimi nie doszło. Zwłaszcza, gdy okoliczności raczej temu sprzyjały. Nie potrzebowali ekshumować tamtych wspomnień. Szczególnie, że były takie bezosobowe, niepełne, niewłaściwe, nie ich. Nie łudził się. Oboje doskonale pamiętali o wszystkim, do czego wtedy doszło. Nie wymazały tego niebotyczne ilości alkoholu, barwne stroje, przebieranki sprzyjające byciu kimś innym na jedną jedyną noc. Atmosfera duszności, eteryczności, metafizyczności, tego przeklętego erotyzmu, nad którym zapanowali wiele lat przed tym. Wtedy nie ulegając chwili, bo byli przyjaciółmi. Popełniając ten błąd niemal dekadę później, kiedy teoretycznie nic ich ze sobą nie łączyło. Zresztą może właśnie o to chodziło? Nie rozmawiali. Nie próbowali rozmawiać. Nie usiłowali być wobec siebie kimkolwiek a bycie nikim okazało się być wyjątkowo podstępne. Zachowali się niewłaściwe, nawet jak na nich. Zwłaszcza jak na nich, ale skoro powrócili teraz na właściwe tory, nie musieli ponosić konsekwencji. To, że nie poruszyli tego ani razu podczas tych wszystkich kłótni było wyjątkowo wymowne. Nie nazwała go chujem za to, że wtedy wypuścił ją z ramion. Pozwolił jej odejść. Nie poszedł za nią, nie złapał Geraldine za rękę. Nie spróbował wyjaśnić dziewczynie niczego, co po raz pierwszy padło między nimi dopiero dwa i pół miesiąca później. Tak naprawdę porozmawiali dopiero trzy miesiące po tamtym wieczorze. Wtedy wygładzili ubrania, poprawili elementy garderoby i rozeszli się każde w swoją stronę. Jak gdyby nigdy nic wracając do osobnych grup znajomych. Nie mieli luk w pamięci. On też mógł wyrzucić Geraldine to, że potraktowała go wtedy jak zupełnie obcego człowieka. Kogoś kto znajdował się pod ręką w chwili, w której potrzebowała tego zapomnienia. A jednak on też postawił twardą granicę. O ironio, bowiem jednocześnie przekroczyli praktycznie wszystkie inne. Nie tą. O tej nie mówili. Ona nadal stała gdzieś w oddali. Na tak dalekim horyzoncie, że nie musieli zbliżać się do niej na tyle, żeby obawiać się przekroczenia tej linii. Wystarczyło, że wrócili do tego, co było dla nich naturalne. Nie mieli powtórzyć tego błędu. Nie zrobili tego wtedy, gdy wspólnie pojawili się w Piaskownicy. Zostali u swojego boku. Spędzili ze sobą nie tylko kilka minut, ale wiele godzin. Patrzyli sobie w oczy, zasnęli otuleni ramionami. Wymieniali nie tylko te fizyczne gesty. Od samego początku dawali sobie wszystko, co było im potrzebne, żeby mogli odzyskać choćby namiastkę stabilności. Potem uderzyli w siebie naprawdę gorzkimi i parszywymi słowami. Zdecydowanie nie myśleli o tym, co mówią, ale wciąż byli bardzo odlegli od zachowania się tak jak tamtego niechlubnego wieczoru. Przede wszystkim rozmawiali. Kocham padło między nimi już niemalże na samym początku tego tygodnia. Zaledwie po kilku godzinach od znalezienia się w Whitby. Nie ukrywali tego, co czują. Nie zatrzymywali tego wewnątrz. Pozwolili sobie na wyznanie i naprawdę nie sądził, aby kiedykolwiek tego żałowali. On z pewnością nie cofnąłby tamtych słów. Chciał jej to powiedzieć. Pragnął, aby zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie przestała być dla niego wszystkim. Nawet, jeśli uważał, że powinni się rozstać. No cóż. Weryfikacja tego twierdzenia zajęła mu raptem półtora roku. Tydzień, jeśli mieli patrzeć na to w kategoriach faktycznego rozmawiania o wspólnej przyszłości (lub też o braku takowej). Tak czy siak, zapierał się na tyle mocno, że najpewniej musiał pęknąć. Prędzej czy później. Czuł się jak gumka recepturka rozciągana w palcach. Tak. Wracał do dawnego kształtu. Nie uginał się. Ulegał, dawał się rozciągać, przekraczał granice, które sam ustanowił (jakże miałby tego nie robić? Geraldine zawsze potrafiła sprawić, że zaczynał się uginać). Zaraz potem korzystał z momentu, aby wrócić do poprzedniego stanu. Raz po raz. Nie liczył kłótni, które odbyli. Zarówno tych wielkich, żarliwych. Jak i mniejszych, małych i drobnych spięć. Nie prowadził także rejestru tych średnich kłótni. Napięcie było między nimi praktycznie przez cały czas. To była tylko kwestia czasu, prawda? Każdy człowiek, tak jak materiał, miał swoje granice wytrzymałości. Jego zostały przekroczone na długo zanim pokłócili się na dachu szpitala. Szczególnie, że wcale nie chciał tego dla nich. Powinni być szczęśliwi. Zasługiwali na to, aby wieść zupełnie inne życie. Nawet, jeśli nie łatwiejsze to przynajmniej wspólne. Razem zawsze było im lepiej. Doskonale pod każdym względem. Kiedy ich ciała w końcu zlały się w jedno, świat zniknął. Nie było już żadnych myśli, żadnych wątpliwości. Tylko czysta, nieokiełznana pasja. Zatracił się w zapachu jej skóry. W słodkim smaku jej ust. W tej chwili, w której wszystko inne przestało istnieć. Żar, który ich łączył był nie do ugaszenia przez nic innego niżeli to, co usiłowali sobie dać. To, do czego teraz zmierzali. Dotyk za dotykiem, ruch za ruchem, napierając na siebie nawzajem, sięgając głębiej, mocniej i dalej. Trzymając ją blisko, czuł jak jego własne serce bije w szaleńczym rytmie. Jak wypełnia go żądza, którą była w stanie wzniecić w nim wyłącznie ona. Nikt inny. Tylko wobec niej potrafił zachowywać się w ten sposób. Dać się porwać pożądaniu, odpowiadając na ogień pulsujący w jej ciele. Między miękkimi udami, lecz nie tylko. Cała taka była. Żarliwa, zupełnie niepohamowana, jego. Nie chciał niczego więcej. To było doskonałe. Przesuwał dłonie po nagim ciele dziewczyny, odkrywając ścieżki, które znał już wcześniej, ale które teraz wydawały się jeszcze bardziej pociągające. Przyciągała jego wzrok, więc chłonął ją spojrzeniem. Nawet, jeśli tym razem już nie musząc robić tego na zapas to wciąż nie zamierzając powstrzymywać własnych instynktów. Zaś te nakazywały mu po prostu zatracać się w tym wszystkim. Tak, jakby nie istniało nic innego. Tylko oni. Tylko ta chwila. Jego palce wędrowały po miękkiej skórze, zatrzymując się na biodrach Geraldine. W okolicach talii dziewczyny, gdzie mógł nie tylko poczuć jej ciepło pod opuszkami, lecz także wzmocnić chwyt. Przyciągnąć Yaxleyównę do siebie, chcąc poczuć ją bardziej, głębiej. Do samego końca. Ostatniej iskry narastającego pożądania, któremu musieli dać ujście. Czuł jak jego własne ciało reaguje na każdy jej ruch, na każdy drobny gest. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej intensywne. Oboje byli niemalże tak samo gwałtowni, opanowani przez pragnienie, które sprawiało, że nie myśleli o niczym innym. Ich oddechy stawały się coraz bardziej przyspieszone a zmysły wyostrzone. Dążyli wyłącznie do tego jednego celu. Do spełnienia mającego zaspokoić ich najgłębsze pragnienia. Nie było już miejsca na subtelności. Nie, gdy tak bardzo zatracali się w sobie nawzajem. W tej chwili pragnęli jedynie pełnej intensywności, całkowitego oddania sobie nawzajem. Ich uczuciom. Dążyli ku spełnieniu, odnajdując wspólny rytm. Idealną harmonię, nawet jeśli jednocześnie ich ruchy stawały się coraz szybsze, coraz mniej delikatne. Byli blisko, okropnie blisko tej eksplozji. Nie panowali nad sobą, ani nad tym, co się działo. Każdy subtelny ruch, każdy delikatny dźwięk, który wydobywał się z jej ust, sprawiał, że jego pragnienie narastało. Reagował na każdy gest. Na paznokcie, które rysowały jego skórę, na podgryzanie warg, na wszystkie oznaki tego, że oboje czuli dokładnie to samo. Chciał tego, jej. Chciał doprowadzić ją na skraj a potem wspólnie go przekroczyć. Słyszeć swoje własne imię w ten jeden jedyny sposób, jaki nigdy nie miał mu się znudzić. W śpiewnym akcencie zmiękczającym głoski, przeciągającym to jedno słowo tak bardzo, że brzmiało zupełnie inaczej. W ustach Riny zawsze nabierało innego wydźwięku. Nigdy tak bardzo mu się nie podobało jak tych w momentach, w których nie panowała nad swoimi reakcjami. On też już tego nie robił. Poddał się temu. Nie mogło być inaczej. Zanurzeni w tej chwili, dążąc do spełnienia, nie myśleli o niczym innym. Z każdą sekundą, z każdym drżeniem ciała, kolejną falą gorąca zbliżali się do granicy, za którą czekało spełnienie. Reagował na każdy impuls, na każdą sugestię. Byli bardzo blisko, tak cholernie blisko eksplozji zmysłów. Tej, do której tak bardzo zmierzali. Dłonie Riny jeszcze mocniej zacisnęły się na jego żebrach, sprawiając, że nie mógł powstrzymać dreszczu rozkoszy, który przeszedł przez jego ciało. Przylegając do niej, przyciskając ją do materaca coraz mocniejszym ciężarem ciała, czuł się pogrążony w transie. Niczym całkowicie zanurzony w tej chwili. W znajomym zapachu, cieple i miękkości. Nie zaprotestował, kiedy palce dziewczyny przesunęły się ku jego szyi. Wręcz przeciwnie. Wygiął wargi w grymasie odsłaniającym zęby i pozwalając na wszystko, do czego zmierzała. Dając złapać się za szyję, pociągnąć się w dół, jeszcze bardziej odebrać mu oddech. Dzięki temu znalazł się bliżej. Dzięki temu mógł poczuć jak jej własny oddech także staje się tak płytki, że niemal nieistniejący. Tak bardzo podobny do jego własnego. Drżenie jej nóg mówiło mu, że są blisko, naprawdę blisko spełnienia. Była tak blisko, że mógł poczuć ciepło jej oddechu na swojej skórze. Jego ciało przylgnęło do ciała Geraldine. Przygniótł ją do materaca, pozwalając jej na wszystko, czego chciała. Mrucząc gardłowo. Robiąc dokładnie to, co obiecał: spełniając jej życzenia, bo czemuż nie miałby tego robić. Sam to powiedział. Miała u niego wyjątkowe względy. Poza tym przecież oboje właśnie tego potrzebowali. Teraz w tej chwili. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Siebie nawzajem. Ostatecznej deklaracji. Przypieczętowania wcześniejszych słów. W ostatnim momencie przycisnął wargi do warg Geraldine, zagarniając jej usta i odbierając im oddech. To był pocałunek, który obiecywał wszystko to, czego nie mogły teraz powiedzieć słowa. Nie tylko chwilę zapomnienia, ale i wieczność. Jego usta spoczęły na wargach ukochanej z pasją, jakiej nie doświadczył od tak dawna, że teraz nie myślał już o niczym innym. Świat eksplodował a on całkowicie się w tym zatracił. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.03.2025 Dość oczywiste było to, że nie będą w stanie pozostać tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Zbyt wiele dla siebie znaczyli, aby ponownie narzucać sobie takie ramy. W ich przypadku to nie mogło zadziałać, mieli przecież w tym doświadczenie. Tak samo sojusznicy, to by było dla nich dopiero degradacją. Mieliby się ze sobą spotykać tylko wtedy, kiedy coś nie szło po ich myśli, kiedy szukali wsparcia, pomocy? Nie przyjęłaby takiej wersji, zdecydowanie wolałaby po prostu go unikać, bo to nie było tym, na co zasługiwali. Nie chciałaby pojawiać się w jego życiu tylko wtedy, kiedy miała jakiś problem, z którym nie potrafiła sobie poradzić. To nie była droga, którą chciała podążać, nigdy. Odruchowo znaleźli się razem w Piaskownicy po tym, co przeżyli w jaskini demona. To przyszło im naturalnie, jakby wcale nie mieli za sobą półtora roku przerwy, jakby to się nie wydarzyło. To mówiło samo za siebie, zawsze mieli wiele dla siebie znaczyć. Nie dało się tego zmienić. To było ich. Krążyli wokół siebie ten tydzień. Tak, wiele razy rozmawiali o tym, co powinni zrobić. Roise próbował sugerować, że nie mogą wrócić do tego, co mieli, jednak ona nie przyjmowała takiej wersji. Wiedziała, że skoro już padło między nimi to, że nadal się kochali, to ciągle istniała szansa na to, że mogą wrócić do tego, co kiedyś mieli. No, może nie do końca do tego samego, jednak czuła, że jeszcze będą razem. Musiała jednak powoli dochodzić do swego. Wiedziała, że on tego chciał, inaczej odszedłby bez zawahania, a nie potrafił jej opuścić. Ciągle znajdowali kolejne powody, aby zostać tam dłużej, chociaż o jeden dzień. To też świadczyło samo o sobie. Nigdy nie było im pisane życie osobno. Podejrzewała, że Roise, tak jak i ona wrócił do starych nawyków. Próbowali jakoś radzić sobie z tym, co ich spotkało. Nie miała wątpliwości, że metody, które wybrali były do siebie bardzo podobne, bo przecież już kiedy się poznali krążyły na ich temat pewne opinie. Całkiem zbliżone do siebie. Nie, żeby było się czym chwalić, ale mieli tendencje do autodestrukcji. Do zatracania się w rzeczach, które nie miały większego sensu. Szukania wrażenie, próby zajęcia czymś myśli. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, w ogóle nie była szczęśliwa, chociaż szukała chociaż krótkich rozwiązań, które mogłyby pozwolić jej zapomnieć o tym, co się wydarzyło. To nie działało, nie przynosiło ukojenia, bardziej oskarżenia w stosunku do samej siebie, że znalazła się w tym miejscu, że nie powinna w nim być, szczególnie, że miała już świadomość, jak powinno wyglądać szczęśliwe życie. To, które prowadziła ostatnio zdecydowanie nie pasowało do tego obrazka. Dawno nie znalazła się w takim bagnie. Zresztą wszystko to, co działo się wokół niej o tym świadczyło, ostatni rok był dla Yaxleyówny cholernie parszywy, próbowała jakoś odnaleźć się w tym świecie bez niego, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Mogła oszukiwać wszystkich wokół, że jakoś sobie radziła, ale zdawała sobie, jak wyglądała prawda. Była jednym, wielkim chodzącym chaosem, który dążył do samozniszczenia. Zresztą była bliska tego, żeby demon zabrał jej to wszystko, co udało jej się osiągnąć, chciał w końcu przejąć jej życie, i wcale nie miał z tym większego problemu, na szczęście z pomocą innych jakoś udało jej się pozbyć tego problemu, cóż, gdyby nie pomoc przede wszystkim Roisa być może jej by tutaj teraz nie było. Wolała się więc nie skupiać na tym, jak wyglądało ich życie przez to półtora roku. Miała pewne dowody na to, że wiedli równie gówniany czas. Zresztą dowiedziała się przede wszystkim o tym, że Ambroise prawie odszedł z tego świata, że wolał zniknąć niż żyć bez niej, a ona wtedy oskarżała go o to, że się nią znudził. Cóż, zamknęła się w swojej bańce, żeby jakoś przetrwać to, co się z nimi działo. Niby trzymali się od siebie z daleka, ale przy pierwszej, lepszej interakcji, która obudziła w nich wspomnienia znowu znaleźli się przy sobie, tyle, że tym razem w ten okropny sposób, to nigdy nie powinno się przydarzyć, nie im, bo przecież łączyło ich od zawsze dużi więcej niż tylko cielesność. Wtedy żadne z nich nie próbowało zostać, nie prosiło o rozmowę, zaspokoili te najbardziej przyziemną potrzebę i po prostu odeszli każde w swoją stronę, co nigdy wcześniej, ani później im się nie przytrafiło. To świadczyło o tym, jak bardzo byli rozsypani. Zresztą nie wracali do tego, było to tak niskim zachowaniem, że nigdy nie poruszyli tego tematu, nie wspominali o tym, co wydarzyło się te kilka miesięcy temu, woleli to przemilczeć. To było dno, ich własne, osobiste dno. Nigdy bowiem nie potraktowali się w ten sposób, jakby faktycznie byli dla siebie obcy. Nawet kiedy nie do końca wiedzieli, jak będzie wyglądać ich przyszłość, i czy w ogóle jakaś dla nich istniała nie powtórzyli tego czynu. Był to jeden, jedyny raz, kiedy potraktowali się tak bezosobowo, jakby faktycznie nigdy ich nic miało nie łączyć, albo nie łączyło, jakby nie mieli tej całej, wspólnej historii. Zresztą nie miała zamiaru wyciągać tej ich wspólnej chwili słabości, wydawało jej się, że i on i ona woleliby to okryć milczeniem. Zresztą, teraz znajdowali się w innym, lepszym miejscu. Nie było sensu do tego wracać, na pewno czekało ich wiele trudnych rozmów, były jednak takie tematy, których wolałaby jednak nie poruszać i bez tego zostali mocno zranieni, całkiem zgrabnie dopierdalali sobie przez ten tydzień, ale w końcu było to już za nimi. Nie było sensu szukać kolejnych powodów do tego, żeby ranić się nawzajem. Wreszcie się określili, to jej wystarczało, miała świadomość, że te słowa, które między nimi padły miały sprawiać ból, robili to sobie, aby się od siebie odsunąć, jednak to nie zadziałało. To nigdy nie było im pisane, mieli zostać razem na zawsze, do usranej śmierci, do końca życia. Jak zwał tak zwał, byli sobie przeznaczeni i już nic tego nie zmieni. Żadne słowa, żadne gesty, czy ich brak. Zresztą teraz miało już być tylko lepiej, bo w końcu się określili, w końcu wrócili na właściwy tor i nic nie miało tego zmienić. Poznali już życie bez siebie, wiedzieli, jakie jest parszywe, nie wydawało jej się, aby on, czy ona chcieli do tego wrócić. Nie po tym wszystkim co przeżyli, ich droga mogła wyglądać tylko i wyłącznie w jeden sposób, na szczęście w końcu to do nich dotarło. Wrócili do domu. Mogli na siebie liczyć, nie uciekali, trwali przy sobie mimo tego, że przez ten tydzień bywało między nimi różnie. Potrzebowali jednak tego wszystkiego, musieli jakoś oczyścić atmosferę, dojść do porozumienia, wreszcie im się to udało. Może sporo ich to kosztowało, ale warto było przejść tę drogę po to, żeby w końcu skończyć w swoich ramionach, w ten jedyny, odpowiedni sposób. Dotarło do nich to, że nie byli w stanie być szczęśliwi bez siebie, mimo, że próbowali, szukali sposobu na to aby odnaleźć się w świecie bez tej drugiej duszy, nie było to możliwe. Musieli być razem, tylko wtedy mogli w ogóle myśleć o szczęściu. Nie musieli zamartwiać się tym, co dzieje się z drugą osobą, spoglądać na to, jak pierdolą swoje życia, gdy nie ma ich obok siebie. Tak było zdecydowanie łatwiej, chociaż świat nie był aktualnie dobrym miejscem, nie mogli tracić czujności, jednak prościej było walczyć z całym światem i wszystkimi zagrożeniami razem. Znowu mogli się w sobie zatracić, w pełni. Nie przejmując się niczym, jakby byli jedynymi osobami na świecie, jakby on się zatrzymał, a oni znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Dużo spokojniejszym, bezpiecznym. Zresztą czuła się, jakby po raz kolejny odkryła coś zupełnie nowego, a przecież już to kiedyś przeżyli, mieli to za sobą. Wiedzieli, że razem jest im najlepiej, szkoda, że trudno było im do tego wrócić. Nie było sensu jednak skupiać się na tym ile trwał ich powrót, ile zajęło im wejście na dobrą drogę, najważniejsze było to, że teraz trwali tutaj razem, sięgali po to, co im się należało. Byli dla siebie stworzeni, wiedzieli dokładnie w jaki sposób się dotykać, aby czerpać z tego jak najwięcej, zatracali się w sobie bezgranicznie, nie przejmowali się niczym poza sobą. To była jedyna słuszna droga. Ich ciała nie zapomniały o tym, jak dobrze im razem było. Potrafiły ze sobą współgrać, bez mniejszego problemu odnalazły znowu wspólny rytm, któremu aktualnie się oddawali. Tylko oni byli w stanie wzbudzić w sobie taki ogień, który mógł palić wszystko, co znajdowało się obok. Niegasnący żar, który bardzo ciężko było nasycić, na szczęście wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. Potrafili gasić swoje pragnienia, może nawet bardziej je podsycać i doprowadzać do samozapłonu? Nie hamowali się zupełnie, sięgali po to wszystko, co jeszcze bardziej ich rozpalało. Wiedziała, że zbliżają się do kumulacji, już za chwilę osiągną cel, ich wspólny cel, to czego aktualnie najbardziej pragnęli. Spełnienia. Brakowało im delikatności, ale nie była im ona teraz do niczego potrzebna. Liczyło się tylko to, aby wreszcie ich ciałami wstrząsnęły te wszystkie emocje, które były świadectwem uczuć, którymi się darzyli. Kochali się, tylko to się liczyło. Nie powstrzymywała się przed cichymi mruknięciami, które opuszczały jej usta, w końcu zaczęła wykrzykiwać jego imię nie przejmując się tym, że ktoś może ich usłyszeć. Należeli do siebie, od zawsze na zawsze, i tak miało pozostać, nawet cały świat mógł się o tym dowiedzieć, nie miałaby nic przeciwko temu. Ich usta złączyły się w końcu w tym kolejnym pocałunku, który był inny od tych wszystkich poprzednich, był niewypowiedzianą obietnicą, która gwarantowała to, co na nich czekało. Nowe, lepsze jutro, piękniejszy świat, w którym będą trwali u swojego boku. Było to spójne z tym, w czym się teraz zatracali, połączenie dusz i ciał, jakby wreszcie znowu odnaleźli właściwą drogę i nie było z niej już odwrotu. Wysiliła się jeszcze na ostatnie ciche jęknięcie, ostatnie ruchy biodrami, a później jej ciało stało się zupełnie bezwiedne. Osiągnęli to, ku czemu zmierzali, dostali to, co im się należało. Spełnienie miało smak jego ust, niosło za sobą ślady, które zostawiał na jej ciele, to nigdy się nie zmieni. Opadła wreszcie na materac, zupełnie bezsilna, nie ściągnęła jednak rąk z jego szyi, jej dotyk był dużo delikatniejszy, odpuściła, nie trzymała go już tak kurczowo, ale nie chciała wypuszczać mężczyzny swojego życia ze swoich ramion, nie, już nigdy więcej. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.03.2025 Trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, czy okazało się to zbawienne, czy też w istocie było przeszkodą, ale już na stosunkowo wczesnym etapie życia przekonał się, że komunikacja międzyludzka jest bardzo złożonym i skomplikowanym procesem. Szczególnie wtedy, kiedy faktycznie chce się jak najlepiej. W tych wszystkich przypadkach (całe szczęście? nielicznych), kiedy rzeczywiście z całej siły pragnie się postępować właściwie. Ludzie nie mieli instrukcji. Na postępowanie z nimi nie istniał żaden przepis. Żadna złota formuła, dzięki której każda kolejna interakcja miała wychodzić dokładnie tak samo. Właściwie, idealnie, wyważenie. Tak, teoretycznie dało się z nich czytać. W teorii, nie w praktyce. Przekonał się o tym zwłaszcza przez te ostatnie miesiące, nawet jeśli znali się z Riną głębiej i lepiej niż z kimkolwiek innym. Rozumiała go jak nikt. Potrafiła wyczuć jego nastroje, intencje, niemalże bezbłędnie czytać mu w myślach. Zazwyczaj działało to w obie strony. Tyle tylko, że w ostatnim czasie zupełnie się pogubili. Zamotali się w emocjach, w niewłaściwych interpretacjach, przez co stracili z oczu wszystko, co zawsze mieli. Czasami wystarczyło kilka słów więcej. Jedno albo dwa przeformułowane zdania. Bycie bardziej szczerym. Bycie mniej szczerym. Stłumienie w sobie emocji. Zemlenie komentarza. Kilka słów mniej. Parę wypowiedzi klaryfikujących sytuację. Mówienie. Milczenie. Robienie tego wszystkiego w zgodzie ze sobą, lecz także nie w niezgodzie z tymi, na których mu zależało. To było trudniejsze niż mogłoby się zdawać. Szczególnie w przypadku kogoś, kto być może nie był skory, aby to przyznać. Bo wtedy wychodziłby z pozycji ofiary a przecież nigdy nią nie był, prawda? Ale w dużej mierze przez większość życia chodził po potłuczonym szkle. Po skorupkach od jajek. Wpierw z niewiele starszą od niego macochą, z którą unormował swoje stosunki dopiero jako dorosły mężczyzna. Później także z jej niemalże idealną kopią. Z ojcem zawsze miał bardzo dobre relacje. Thomas był ciepłym człowiekiem. Tyle tylko, że niemal całkowicie oddanym nauce. Nieobecnym przez znaczną część czasu. Wspierającym, ale słowem i pieniędzmi. Na odległość. Przez to Ambroise stosunkowo szybko musiał przejąć jego rolę w domu. Wziąć na siebie więcej niż chciał brać. Wtedy jeszcze o tym nie wiedząc. Teraz po tylu latach czasami czując się tak, jakby był tłem dla cudzego życia. Postacią niezależną. Człowiekiem, który służył, był i nie oczekiwał w zamian zbyt wiele. Nie dostawał w zamian zbyt wiele. Bardzo często były to wyrzuty. Szczególnie od strony tej z kobiet z rodziny, na której bardziej mu zależało. Oczywiście, że w pewnym sensie kochał je obie. Tyle tylko, że nie chciał takiego życia. Nie, gdy sprowadzano go do roli kogoś, kto miał być na każde zawołanie. W nocy o północy, co też przez lata robił praktycznie bez słowa protestu. Później zrozumiał, że może być inaczej. Wyprowadził się z Doliny Godryka. Wpierw do Londynu, później kupując letni domek nad morzem. Ten, który ostatecznie na pewien czas stał się ich wspólnym domem. Jego i Geraldine. Wreszcie zaczął żyć. Nareszcie zaczął oddychać, nie musząc grać i udawać. Pilnować każdego słowa, przez cały czas zachowywać się tak, jakby wszystko spływało po nim niczym po kaczce. Pojawiły się te ostrożne myśli. Marzenia. Jak się okazało, były one wspólne, choć to nie sprawiło, że się spełniły. Tak wiele z ich planów nie doszło do skutku. Wrócił do rodzinnej posiadłości. Nie podkulał ogona. Po prostu zajął swoje poprzednie miejsce. Zaczął wracać do dawnych nawyków. Jednocześnie brylując na salonach, ale w domu trzymając się raczej w tle. Z brzegu obrazka, na którym dominowały dwie zupełnie inne postacie. Kochał je obie, naprawdę. Tyle tylko, że dawno wyrósł poza ramy, w których wcześniej bez słowa dawał się zamknąć. To zaś sprawiło, że zaczął jeszcze mocniej się plątać. Miotał się pomiędzy poczuciem obowiązku a tym, co nagle zaczęło coraz bardziej mu przeszkadzać. Jak miał być jednocześnie jedynym mężczyzną przez cały czas przebywającym w Wielkiej Brytanii, strażnikiem domu, przedstawicielem ojca... ...gdy raz zarazem czuł się tak, jakby dla części członków rodu był wyłącznie tłem? Śmietnikiem na emocje, na wszelkie parszywe uczucia? Kimś, do kogo można było przyjść w dosłownie każdej chwili. Wylać na niego swoje żale i oczekiwania. A gdy przychodziło co do czego i to on potrzebował wsparcia, sugerować mu, że otrzymywał je wyłącznie z dobroci serca. Nie z reguły wzajemności, która była dla niego tak ważna. Nie przez to, że na nie zasłużył. Z łaski, której on wcale nie chciał ani nie potrzebował. Więc był. W dalszym ciągu pełnił swoją rolę. Nadal brał odpowiedzialność. Dbał o rodzinę, interesował się tym wszystkim, czym we własnym mniemaniu powinien się interesować. Tyle tylko, że jednocześnie nikł w oczach. Nie chciał tego przyznać. Nigdy by o tym nie powiedział, nie myślał w ten sposób, ale prawda pozostawała prawdą. Był wyczerpany. Zmęczony. Znalazł się na samym skraju, po czym tak po prostu pozwolił sobie ześlizgnąć się w przepaść. Los chciał, że wtedy nie udał się za Zasłonę. Później nie próbował tego ponownie. Sam także był cholernie przerażony tym, do czego się posunął. Nie mówił o tym, ale na tyle mocno nim to wstrząsnęło, że na dłuższy czas zupełnie zamknął się w sobie. W swojej zawodowej bańce. W pracy w Mungu. W interesach prowadzonych na Nokturnie. W byciu jak najlepszym członkiem rodu. We wszystkim, co tylko zajmowało mu czas i myśli. Ponownie popadł w pracoholizm. Tym razem jeszcze mocniej, bardziej stanowczo, destrukcyjnie. Podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, co tym samym robił. Nie miał pociągnąć w ten sposób przez nazbyt długi czas. Nie miało być tych pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat, o których mówili sobie na ganku jeszcze wtedy, kiedy woleli rzucać wizjami nie do spełnienia aniżeli sięgnąć po to, co mieli na wyciągnięcie ręki. Gdy on nadal nie był w stanie tego zrobić, mimo że zaczynał dostrzegać to, co tak naprawdę było bardzo jasne. Aż nazbyt dostrzegalnie powrócili do czegoś, co nigdy nie mogło im przynieść nic prócz zguby. Nie byli szczęśliwsi. Nie stali się bardziej odpowiedzialny. Cała ta zachowawczość była ułudą, bo w rzeczywistości oboje dali się ponieść swoim najgorszym tendencjom. Tamten wieczór przed kilkoma miesiącami był bardzo wymownym dowodem na to jak nisko mogli upaść. A od tamtego czasu jeszcze wielokrotnie uderzyli w bardzo niskie tony. Powiedzieli sobie zbyt wiele tego, co tak naprawdę wcale nie było prawdziwe albo nie miało zupełnie żadnego znaczenia. Zranili się, odpychali. Musieli porozmawiać, odzyskać stabilność, ale to nie była ta chwila. Mimo to o tamtych kilku minutach nie zamierzał z nią rozmawiać. Jeżeli był jakiś moment, który przyprawiał go o niemal namacalne poczucie wstydu, to był tamten wieczór. Nawet nie noc. Wyłącznie kilka bardzo pustych, ulotnych chwil. Teoretycznie bardzo chaotycznych i żarliwych. W praktyce zupełnie pozbawionych tego, co zawsze było między nimi. Nie powinni byli tego robić. Nie chodziło nawet o tamto zbliżenie. Wielokrotnie wcześniej był na skraju konfrontacji z Geraldine. Stanięcia z nią bliżej niż to wskazane. Twarzą w twarz, rzucając piorunami z oczu, odpowiadając na ciskane w niego gromy a potem tak po prostu sięgając po to, co wspólne. Po nią, po nich. Tak, nie był to wyłącznie jednorazowy kaprys. Tyle tylko, że oboje sięgnęli ku temu w najbardziej niewłaściwy sposób. Nie skonfrontowali się, nie rozmawiali ze sobą, nic nie mówili. Korzystając z otoczenia, z atmosfery, z klimatu balu. Z bycia kimś innym na tę jedną noc zachowali się jak obcy. Niczym nieznajomi, ale bez tego satysfakcjonującego wrażenia. Z poczuciem spełnienia w chwili, kiedy ku sobie lgnęli, później zaś z narastającą wewnętrzną pustką. Nie musiał, nie zamierzał pytać. Wiedział, że pamiętała. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie sposób było im nie poznać się w tłumie. Uznać się za kogoś innego, przypadkową osobę, z którą dzielili te kilka chwil. Tak samo czuł, że i ona nie chciała o tym mówić. Szczególnie, że teraz było dobrze. Wrócili do domu, zatracając się w najwłaściwszym możliwym wrażeniu. W sobie nawzajem. W swoich rozgrzanych, napiętych i rozdygotanych ciałach. W przyspieszonych, coraz bardziej i urywanych płytkich oddechach. W dźwiękach opuszczających ich usta. Jej pojękiwanie, rozdrgany głos, charakterystyczna nuta przyjemności była dla niego tak cholernie podniecająca. Pociągała go we wszystkim, co robiła. Każdy gest był tym, którego chciał i który przyjmował, reagując nań równą gwałtownością. Mocniejszym przybieraniem do jej ciała, ruchami bioder, gardłowymi pomrukami. Coraz mniej świadomymi sapnięciami towarzyszącymi zdecydowanemu zmierzaniu ku wspólnemu spełnieniu. Brakowało mu tego. Każdej z tych drobnych rzeczy. Wszystkich wrażeń jednocześnie i z osobna. Bez zastanawiania się nad tym, co przyniesie jutro. Bez konieczności wymiany zbędnych słów. Nie musieli się już o niczym zapewniać. Wszystko zostało powiedziane. Jeśli nie poprzez słowa, to przez gesty. Te wszystkie żarliwe, gwałtowne pocałunki. Dłonie zaciskające się na ukochanym ciele. Otwarcie pożądliwe gesty, zaborcze spojrzenia mówiące jesteś moja, tylko moja, zawsze moja. On też był jej. Należał do niej praktycznie od zawsze. Miała swoje własne miejsce w jego życiu, w sercu, w duszy, która teraz pierwszy raz od tak dawna ani trochę mu nie ciążyła. Był szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. Kurewsko ją kochał. Zamierzał to udowodnić. Szczególnie, że słowa nie były im już konieczne. Nie zamierzali podejmować kolejnych decyzji prowadzących ich na skraj obłędu. No, chyba że tego dobrego. Czegoś na kształt transu, w jakim się teraz znaleźli. Ciało zagarniające ciało. Przyciśnięte do materaca, sięgając po spełnienie. Uwielbiał widzieć ją w tym stanie. Dostrzegać gasnący błysk w coraz bardziej zamglonych oczach. Widzieć rozchylone, zarumienione wargi drgające w wyrazie nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Włosy rozrzucone pośród poduszek, nagie ciało pokryte potem i gęsią skórką. Opalone, złotobrązowe od letniego słońca, jednak wciąż kontrastujące z ciemną pościelą, na której niechybnie mieli pozostawić ślady. Zawsze wyglądała najlepiej otulona właśnie tymi kolorami. Jasne odcienie nie pasowały ani do niej, ani do niego. No, chyba że ten jeden jedyny. Wciąż pamiętał tamtą sukienkę (tak, to musiała być jedna sukienka; nie dopuszczał do siebie innych wyjaśnień) zakładaną przez nią z okazji Lithy. Tym razem był pewien, że zrobi to ponownie znacznie wcześniej. W zupełnie innym wydaniu. Nie wiedział kiedy, ale wiedział, że ten moment czeka ich prędzej aniżeli później. W końcu nie mogli wrócić do przeszłości. Wyrośli poza te ramy. Nie byli już tymi samymi ludźmi. Nie powinni powielać dawnych schematów, powracać do czegoś, co przestało działać. Zbliżała się jesień. Ta pora, o której mówili tyle razy wcześniej, snując swoje plany. Wpierw żartobliwe, później coraz częściej goszczące w jego głowie jako coś, co powinno się wydarzyć. W końcu oboje byli pewni tego, co ich łączy. Przeszli swoje perturbacje. Magiczna wojna trwała. Wcale nie zbliżała się ku końcowi. Mogło się zdawać, że wręcz przeciwnie. Należało brać to pod uwagę. Nie mogli ponownie zamknąć się w swojej nadmorskiej bańce. To zaś oznaczało zmiany. Nowe ustalenia i układy. Kompromisy, pertraktacje. Jeszcze nie wiedział, czego tak naprawdę może oczekiwać. Nie myślał o tym w tej chwili. Teraz poddawał się wszystkiemu, co się między nimi działo. Jednakże gdzieś tam w głębi duszy wiedział jedno. Skoro zamierzali być, trwać, zostać to czy nie należało uznać tego za najwłaściwszy moment, aby dać temu ujście również na zewnątrz? Nawet, jeśli przez lata nie potrzebowali tak naprawdę niczego takiego. Oficjalności, formalności. Tyle tylko, że to wcale nie oznaczało, że nie powinni tego mieć. Gwarancji, że cokolwiek ich połączyło, tym razem nie miało zostać zerwane. Była jego, miała być. Nikt inny nie doprowadzał go do tego stanu. Na sam skraj. Do momentu, w którym nie było już niczego innego. Tylko ona. Wyłącznie ich dwoje. Ten ostatni pocałunek. Jęk wydostający się spomiędzy warg Geraldine wprost w jego usta. Ostatnie pchnięcie bioder, pomruk, urwany oddech, gwałtowne zaczerpnięcie powietrza... ...nadeszło spełnienie. Głębokie i gwałtowne. Tak bardzo wyczekiwane, zasłużone, ich. Czując jak jego dziewczyna opada na poduszki, powoli opuścił jej nogi, nie do końca wiedząc, kiedy przeniósł na nie dłonie tak, żeby mogła opleść go nimi w pasie. Ale to nie miało znaczenia. Pozwolił jej ciału bezwładnie osunąć się w miękką pościel, samemu także znajdując ukojenie. Nie odsunął się. Nie zrobił nic, aby zupełnie rozdzielić ich ze sobą. Przesunął się wyłącznie na tyle, aby dłużej nie opadać całym ciężarem ciała na Rinę. Zsunąć się z niej trochę, lecz nie całkowicie, nadal otulając ją ramionami. Oparł głowę pomiędzy piersiami dziewczyny, z jej dłońmi wciąż na jego barkach i szyi, zamykając oczy. Pozwalając sobie na głębsze zaczerpnięcie powietrza. Na kilka powolnych oddechów i na nieświadomy uśmiech. To zdecydowanie była ich chwila. |