Secrets of London
[7.09.72] I'm Going Slightly Mad [Robert & Odysseus] - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [7.09.72] I'm Going Slightly Mad [Robert & Odysseus] (/showthread.php?tid=4696)

Strony: 1 2


RE: [7.09.72] I'm Going Slightly Mad [Robert & Odysseus] - Robert Albert Crouch - 11.05.2025

Robert zmrużył oczy. Próbował wypatrzeć w Fawleyu jakąś oznakę kłamstwa, ale tym razem mu nie wyszło. Jednak nadal psychiatra był podejrzany. Zachowywał się, jakby chował w sobie jakiś mrok. Robert sam wiedział, jakie to uczucie. Tyle, że z Odysseusem wyglądało to inaczej. Tak jakby ten jakoś godził się na tą ciemność.

— Dobrze, rozumiem. I proszę, pozostańmy przy działalności w granicach prawa — Robert z powrotem oparł się plecami o tył kanapy.

Cieszył się, że mimo wszystko, jego kompas moralny dalej działał. Sędzia Wizengamotu musiał mieć (poza wiedzą i sprawnością retoryczną) jedną ważną rzecz: zasady. Robert starał się ich przestrzegać, szczególnie ze swoim poczuciem, że stanowisko mu się wcale tak bardzo nie należało. A może po prostu wtedy, z starym sędzią Slughornem, przyspieszył tylko nieuniknione? Czy robiłoby to komukolwiek różnicę, gdyby zawał przyszedł dzień czy dwa później?

— Ojciec... To nie jest zły człowiek. Nie uważam go za taką osobę. Zawsze starał się dawać mi to, co najlepsze. Mówił o wielokrotnie o tym, że mam potencjał i poniekąd zmuszał mnie, żebym go realizował. Czasem... bywał ostry. Nie bił mnie ani nic takiego, po prostu... czułem, że jest mną zawiedziony. Myślę, że nadal to odczuwam. Za każdym razem, kiedy się spotykamy, zwraca mi na coś uwagę. Że nie wychowuję mojej córki tak, jak powinienem, że źle się uczesałem i inne rzeczy tego typu. Jednak wiem, że gdybym wpadł w tarapaty... pomógłby mi. Pamiętam jaką zrobił aferę w Hogwarcie, gdy profesor od starożytnych runów powiedział na tle klasy, że do niczego się nie nadaję. Chyba byłem pierwszym uczniem, którego nauczyciel oficjalnie przepraszał podczas lekcji. — Robert uśmiechnął się na to wspomnienie. Pamiętał też inne rzeczy: wspólne wakacje, te rzadkie momenty, gdy ojciec przestawał dawać przykład, a zaczynał dobrze się bawić. Wtedy był najlepszy: gdy przestawał czuć tą ciągłą wewnętrzną presję.

Może Robert się wcale tak bardzo od niego nie różnił?


RE: [7.09.72] I'm Going Slightly Mad [Robert & Odysseus] - Odysseus Fawley - 12.05.2025

Skąd on do cholery wytrzasnął do mnie kontakt?, pomyślał Odi, który z każdą sekundą i następnym słowem wzdychał w duchu. Na szczęście nie wypowiedział pytania na głos, bo odpowiedź byłaby zapewne irytująca, a Fawley wolał żyć w błogiej niewiedzy. Tylko sędzia mógłby poprosić o działalność w granicach prawa i analogicznie tylko student prawa potrafiłby z pełnym przekonaniem przypomnieć, że studiował prawo. I weź tu, chłopie, prowadź terapię bez popadania w cynizm. Przecież to nie Roberta wina, że urodził się ze stosem oczekiwań w walizce.

Faktem było z pewnością to, że siedział w tym momencie w jego gabinecie i opowiadał o czymś, co nawet nie z samego tonu ani treści, a raczej wspomnień, brzmiało znajomo. Ojciec Odysa też był surowy. Pamiętał chłód jak marmur płyty nagrobnej. Ostry profil w cieniu drzwi. Nie tyle obecność, co konieczność. Wszystko inne ginęło gdzieś w pustych korytarzach domu, który przypominał bardziej mauzoleum niż przestrzeń do życia. O ile Robert miał „afery” i „przeprosiny nauczyciela”, młodszy mężczyzna miał tylko milczenie, które nie kończyło się nigdy.

Być może właśnie dlatego pewna część Odysa — ta, która jeszcze nie została całkiem zniszczona przez pracę z cudzymi demonami, odczuwała trudną do stłumienia niechęć do ludzi takich jak Robert Crouch. Za czyste mankiety. Za ładne frazy. Za to, że ich traumy miały granice. Drugim powodem była zwyczajna ludzka zazdrość. Bo to musiało być wygodne: móc utyskiwać przez ojca, który miał wystarczająco wysoką pozycję, aby pogonić nauczyciela. Pokolenie szlachetnie zawiedzionych.
— Czasem wydaje nam się, że rozczarowaliśmy kogoś, ale to tylko echo naszych własnych oczekiwań — odpowiedział tylko. Może Odi mówił o sobie. — Może pański ojciec nie był zawiedziony panem, tylko sobą, kiedy patrzył na pana. Jak w lustro — wysłuchał go do końca, bo jeszcze umiał słuchać z cierpliwością, na którą każdy pacjent zasługiwał. Potem, żeby przywrócić naturalny porządek świata i nie pozwolić sobie na litość wobec klasy wyższej, która dostawała przeprosiny od nauczycieli, Fawley zrobił to, co potrafił najlepiej. Zrównał szanse i podał kwotę większą o trzysta procent. Jeśli miał już upaść moralnie, to przynajmniej na miękki dywanik bogatych z fakturką w bladej trupiej łapie.
Koniec sesji