Secrets of London
[noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it (/showthread.php?tid=4939)

Strony: 1 2 3


RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Prudence Fenwick - 30.06.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EkcSkNT.jpeg[/inny avek]

Romulus dostał już swoją uwagę. Jego zachowanie odbijało się na nastroju wszystkich innych tutaj obecnych, ale nie powinno rzutować na pozostały czas, który mieli tutaj spędzić. Nie dało się zupełnie tego zignorować, ale też szkoda było skupiać się przede wszystkim na tym. Skomentowali to, wiedzieli, że to było nie w porządku. To była wystarczająca reakcja. Nie musieli się na tym fiksować, bo to niczego nie zmieniało. Zrobił to, poniósł konsekwencje, tyle. Został gwiazdą wieczoru, grunt, że pozbyli się już problemu i nie musieli się martwić, że sięgnie po podobną zagrywkę dość szybko. Na pewno nie w tym miejscu, bo przecież zareagowali odpowiednio, nie zaakceptowali tego, co zrobił. Bletchley się w to nie mieszała, to nie był jej dom, to nie byli jej goście, ona tylko zupełnie przypadkiem została wmieszana w ten atak histerii, który im zademonstrował. Nie prosiła się o to, starała się trzymać z boku, nie zwracać na siebie uwagi - to nie wystarczyło, trudno. Jakoś to przetrawi, prędzej, czy później poukłada sobie to w głowie.

Bez sensu było pozwolenie na to, aby ta demonstracja niestabilnego Romulusa wpływała na resztą wieczoru, czy dni, które mieli tutaj spędzić. Każdy chciał wykorzystać ten czas jak najlepiej, bo panował tutaj wyjątkowy spokój, nie musieli się przejmować tym, co działo się w stolicy. Mogli zaczerpnąć oddech, skupiać się na błahostkach, doprowadzić się do względnego porządku nim przyjdzie się im zmierzyć z tym, co czekało na nich w rzeczywistości. Trochę tak to traktowała, jako oderwanie od tych nieprzyjemnych wydarzeń, które miały miejsce w Londynie. Odsunięcie się od tego na chwilę, nie skupianie się na tym, co było złe. Czasem dobrze było stanąć gdzieś z boku, zatrzymać się na moment, odetchnąć, by wrócić do teraźniejszości z czystą głową.

Faktycznie zamierzała skorzystać z tej resztki czasu, który jej został. Zresztą jak dotąd naprawdę doceniała to, że dostała w ogóle taką możliwość zaszycia się daleko od tego całego pierdolnika. Poza tymi dwoma incydentami związanymi z Potterem uważała, że było to naprawdę przyjemnym doświadczeniem. Czerpała z tego, zmieniała swój sposób myślenia, próbowała widzieć więcej, niż wcześniej. Dramatyczne wydarzenia miały to do siebie, że otwierały oczy, Prue była jedną z tych osób, u których spowodowało to analizowanie swojego dotychczasowego życia. Zachęcało ją do zmian, skoro możliwość pojawiła się sama, to starała się ją odpowiednio wykorzystać. Przestała zamykać się w swojej skorupie, wyszła do ludzi, dla niektórych może to było nic takiego, ale dla niej był to naprawdę dość duży krok. Czy warto było wrócić do starych nawyków przez to, że jedna osoba znowu spowodowała u niej chwilę zwątpienia? No nie, szczególnie, kiedy chodziło o kogoś takiego jak Potter, który od zawsze kojarzył jej się z osobą, która była zapatrzona w siebie, nie patrzyła na innych. Nie warto było się nim przejmować. Nie tym razem.

- Nie musisz sprawdzać, jeśli chodzi tylko o zasolenie, to są najbardziej słone miejsca. - Dość szybko sięgnęła po dane statystyczne. Bletchley przeczytała w swoim życiu naprawdę wiele ksiąg i praktycznie cała wiedza, która była na papierze teraz znajdowała się w jej głowie. Benjy nie musiał tego weryfikować.

- Tak, oficjalnie zostaje wykreślona z listy atrakcji, nie mogę być odpowiedzialna za Twoje zniknięcie, pewnie by mnie z tym połączyli i jeszcze poniosłabym jakieś konsekwencje. - Jakie? Nie miała pojęcia, ale wolałaby tego uniknąć.

- Na pewno uznanoby to za poetycki koniec, kolejna tragiczna historia, o której bardzo chętnie by czytano. Zostałbyś zapamiętany na lata, może nawet wieki. - Wbrew pozorom ludzie lubili czytać nie tylko o tych dobrych zakończeniach, a te bardziej dramatyczne historie również miały grono swoich odbiorców. Nie wydawało jej się jednak, aby Benjy'ego interesował ten rodzaj sławy, był ponad to.

- W przypadku Jordanii, to byłaby kąpiel w jeziorze, więc możnaby było nie usuwać tego z listy, jednak nie mamy, aż tyle czasu, aby się tam znaleźć, w takim wypadku musiałbyś ją zaliczyć sam. - Tak, rozmawiali o tym, że powinna spróbować życia gdzieś indziej, Ameryka Łacińska byłaby jej wyborem, jednak nie umieścili tego ani w czasie, ani w przestrzeni. Jezioro miało być częścią atrakcji, które odhaczą w ciągu tego tygodnia, to trochę komplikowało plany. Może faktycznie, kiedyś? W innym życiu, czy coś. Przyjemnie było rozważać takie możliwości, jednak Prue wiedziała, że szybko nie zdecyduje się na podjęcie jakichkolwiek kroków. Miała zbyt wiele spraw do ogarnięcia w Londynie, jej życie się wokół niego kręciło, nie byłaby w stanie tak po prostu porzucić tego wszystkiego, jednak dobrze było pomarzyć, pomyśleć, co jeśli nie to, co znała, co było dla niej normą, nawet jeśli wiedziała, że nic z tego nie będzie.

- W sumie to też prawda. Każdy ma coś takiego. - Jedni potrafili pojawiać się i znikać, inni byli wyjątkowo opanowani, ludzie byli pełni talentów, wystarczyło tylko nieco skupić się na tym, co siedziało w środku.

- To choroba, niekoniecznie talent, aczkolwiek też można z tego korzystać w odpowiedni sposób. - Wszystko zależało od chęci, od tego w jaki sposób chciało się z tym żyć. Nastawienie było ważne. W tym przypadku mogła to odwrócić na swoją korzyść, jednak nie zapominała, że to była przypadłość, która niosła ze sobą również inne konsekwencje. Jasne, zapamiętywanie wszystkiego było sporym plusem, ale przypominanie sobie o rzeczach, które przeczytała w nieodpowiednich momentach już nie do końca należało do zalet. Mroziło ją wtedy, była jak słup soli i nie do końca panowała nad tym, co działo się wokół niej, powodowało to trochę bezbronność i podatność na otoczenie.

Całkiem naturalnie przyszło jej zbliżenie się do niego. Czuła, że to jest właściwe, że zasługują na te chwilę bliskości. Każdy czasem potrzebował poczuć przy sobie obecność drugiej osoby, jej ciepło. Nawet Ci, którzy mogli się jawić jako najbardziej samotni. Dobrze było choć przez chwilę zaznać tego ponownie. Nawet jeśli ten układ miał się skończyć równie szybko, co się zaczął, to choć przez te kilka dni mogli sięgać po to, czego potrzebowali w danym momencie.

- Może pojutrze? Będę nad ranem w Londynie, więc można to podpiąć pod tę jedną wizytę. - Skoro miała mieć wtedy wolne, to mogliby się tym zająć, byłoby z głowy, lubiła załatwiać takie sprawy jak najszybciej, by później się nimi nie przejmować. Powinna była znaleźć się w swoim mieszkaniu już wcześniej, ale trochę odsuwała to w czasie. Nie tak łatwo było stawić czoła tym wszystkim zniszczeniom, do których doszło, przetrawić, że to faktycznie się wydarzyło, że miejsce, w którym żyła, które kojarzyło jej się z bezpieczną przystanią zostało zdemolowane. Przy okazji po prostu zostanie w stolicy po swoim dyżurze, nie będzie musiała się tam wracać, to było chyba całkiem logicznym posunięciem, żeby zajęli się tym wtedy. Później nie będzie musiała się tam wracać.

- Oczywiście, o ile będziesz miał wtedy chwilę. - Nie zamierzała sztywno narzucać tego terminu, bo brała pod uwagę to, że mógł mieć coś zaplanowane, wspomniał przecież o tym, że może nie rozwijał tu aktualnie swojej działalności, ale brał jakieś tam zlecenia, więc nie miała zamiaru psuć jego ewentualnych planów.

Pokiwała delikatnie głową, gdy usłyszała kolejne słowa padającego z jego ust. Rozumiała do czego zmierza. Benjy nie należał do osób, które były mile widziane pośród czystokrwistego środowiska, a w Londynie mieszkała duża część tych czarodziejów. Ktoś mógł go sobie przypomnieć, nie wszyscy byli do niego pozytywnie nastawieni, zresztą już też o tym rozmawiali. Były osoby, którym na pewno nie podobało sie to, że wzgardził ich zasadami. - Poczekam tam na Ciebie? - Tak było chyba najprościej, ewentualnie mógł pojawić się w mieszkaniu nad ranem pod osłoną nocy, wtedy mieliby pewność, że nikt tego nie zauważy. Tak było bezpieczniej, sama pewnie by o tym nie pomyślała, nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś z kimś jest blisko mógł znaleźć się na celowniku osób, którym zależało na tym, by przywrócić jakiś dawny porządek magicznego świata. Wiedziała, że sama jest raczej względnie bezpieczna, nie należała ani do elity, ani do tych, których uważali za najgorszy sort. - Możesz też poczekać tam na mnie, koło siódmej powinnam być wolna. - Tak właściwie to nie było większej różnicy kto pojawi się pierwszy. - Wiesz, gdzie mieszkam. - Stwierdziła jeszcze, bo przecież już kiedyś u niej był, nie sądziła, żeby zapomniał tę lokalizację, mimo, że w tamtym momencie pewnie sądził, że nigdy więcej tam nie wróci. Życie jednak potrafiło zaskakiwać, o czym ostatnio dość często się przekonywali.

- Musiałoby im bardzo zależeć na tym, żeby tego nie zauważyć, ale to chyba nie problem. - Znajdowali się przecież w bezpiecznym miejscu, nie wydawało jej się, by ktokolwiek z tutaj obecnych zamierzał się wtrącać w to, co oni robili w wolnym czasie. Tutaj nie musieli się niczym przejmować, ale stolica faktycznie nie była miejscem, w którym powinni pokazywać się razem. To nie tak, że przejmowała się tym, kim był, nie robiło to na niej żadnego wrażenia, bardziej chodziło o to, że mogło to nieść ze sobą konsekwencje, z którymi mimo swoich umiejętności mogła sobie nie poradzić. Kto właściwie wiedział, co śmierciożercy mieli w głowie, po pożarach można się było po nich spodziewać wszystkiego.

- Nie ma takiej reguły, to prawda, ale to jest moje, wiesz? Lubię mieć kontrolę. - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie zawsze było to możliwe, szczególnie po takich wydarzeniach. To było trochę jej wadą, stresowała się tym, że może nie poradzić sobie z tym, co zastanie na miejscu, że może ją to przerosnąć, więc może i dobrze, że pojawią się tam kilka dni wcześniej, przynajmniej nieco przygotuje się na to, co ją będzie później czekało.

- Skoro ekspert się wypowiedział, to faktycznie muszę się na to przygotować. - Przygotować na to, że nie może się przygotować, niezła abstrakcja, ale chyba miało to w sobie trochę sensu. Prędzej, czy później będzie musiała wrócić do dawnego życia, nie mogła od tego uciekać w nieskończoność, chociaż było to całkiem wygodne. Spodziewała się tego, że będzie musiała się dostosować, jakoś zaadaptować do tego, co zastanie, chociaż nie było to czymś, co  lubiła robić. Ceniła sobie stagnację i spokój, ale jak się okazywało nie zawsze mogła się ich spodziewać. Na niektóre rzeczy nie miała wpływu, były niezależne od niej i musiała się z tym pogodzić.




RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Benjy Fenwick - 11.07.2025

Prue oparła się o moje ramię z taką naturalnością, jakby robiła to od lat, a nie od kilku godzin, nie wiedziałem, czy to ona była tak spokojna, czy to ja po prostu łapałem się tej ciszy, jak ostatniej kotwicy po tym, co się wydarzyło. Chyba trochę jedno i drugie. Milczenie między nami nie ciążyło. W sumie to nawet pasowało, bo nie miałem już ochoty niczego analizować na głos. Wszystko, co trzeba było powiedzieć padło, a reszta nie miała większego znaczenia. Nie próbowałem nawet udawać, że Romulus nie zostawił po sobie śladu. Zrobił, co zrobił. Wymusił swoją obecność, jak zwykle. Skurwysyn dostał swoją porcję dramatyzmu i obracających się za nim głów, i chociaż próbowałem to z siebie zrzucić, to jednak jego cień jeszcze gdzieś tu był, ale to prawda - dostał, czego chciał. Tylko tyle, że niekoniecznie w sposób, w jaki chciał to dostać. Uzyskał reakcję - to pewne - wszyscy mu ją dali. Może nie taką, na jaką liczył, ale wystarczającą, by wiedział, że przesadził. Mógłbym powiedzieć, że to mnie nie ruszało, ale byłbym wtedy zwyczajnym kłamcą. Ruszało - nadal miałem to w sobie. Nie tyle samo zajście, co tę jego bezczelność, pewność, iż może to zrobić, że nikt nie zareaguje, a potem wszyscy się odsuną i znów mu się upiecze, bo zawsze tak było - już za gówniarza pozwalaliśmy mu na więcej. Tym razem tak nie było i nie chodziło nawet o konsekwencje, chodziło o to, że nikt w końcu się nie cofnął, nie dał mu pożywki. A teraz? Teraz mogłem przynajmniej uznać, że temat jest zamknięty, przynajmniej chwilowo. Bletchley miała rację - nie warto było tego ciągnąć, nie tutaj, nie teraz, nie razem.
Przez chwilę było mi wszystko jedno - czy kiedykolwiek jeszcze spotkam Romulusa na swojej drodze, ale potem przypomniałem sobie, ile energii kosztowało mnie trzymanie siebie w ryzach, i jak niewiele brakowało, żebym dzisiaj się po prostu złamał. Całe szczęście - nie zrobiłem tego. Potter dostał swoje pięć minut, odegrał rolę, zszedł ze sceny. Pozostało tylko otrzepać się z resztek popiołu po jego obecności, przełknąć niesmak, przypomnieć sobie, po co w ogóle tu byliśmy. Za długo pozwalałem mu wchodzić na moją scenę, za często oddawałem mu światło, na które nie zasługiwał. Zrobił swoje, rozwalił, co miał rozwalić, i zniknął. Może i z konsekwencjami, ale na pewno nie z moim poczuciem satysfakcji - to nie był ten rodzaj rozliczenia. Raczej ten, przy którym zostawało się ze ściśniętym gardłem, a potem uczyło się z tym funkcjonować. Na ogół samotnie, ale teraz… Teraz nie byłem sam, i nie musiałem być. Nie warto było fiksować się na nim dłużej. Nie warto było robić mu miejsca w głowie. Został odesłany - dosłownie i symbolicznie. Zasłużył na to, by już o nim nie mówić, więc tak zrobiłem.
Nabrałem do tego dystansu - może nie całkiem, jeszcze nie, ale na tyle, żeby nie krzywić się już za każdym razem, kiedy w głowie zaczynała mi się odtwarzać ta sytuacja. Wciąż nie rozumiałem, po co to zrobił, ale przestałem potrzebować wyjaśnień. Potrzebowałem spokoju - oboje tego potrzebowaliśmy. Prue lekko oparła się o moje ramię i pozwoliła sobie trwać w tym bez napięcia, bez tego sztucznego dystansu, który zazwyczaj dzieli obcych ludzi w jednym miejscu. Zresztą... Nie była obca. Może niewiele o niej wiedziałem, ale nie była obca. Z każdą minutą czułem to mocniej.
Nie należałem do szczególnie łagodnych typów. Zwykle, kiedy ktoś się potykał, patrzyłem, czy jeszcze oddycha i zostawiałem go, żeby się sam pozbierał. Nie byłem, co prawda, też z tych, którzy wycofują się, kiedy ktoś potrzebuje ciepła, nawet jeśli sam nie do końca wiedział, jak z nim postępować. Po prostu zawsze trzymałem dystans, ale nie dlatego, że lubiłem samotność, tylko nauczyłem się, że tak jest łatwiej, bezpieczniej - mniej komplikacji, mniej zmartwień, mniej miejsc, w które można uderzyć. Ale teraz? Nie odsunąłem się, nie działałem tak przy niej. Nie przy tym, co właśnie przechodziła. Co oboje przechodziliśmy. Nie przy tym, co od niej czułem - tym delikatnym niepokoju zmieszanym z cichym uporem i próbą odnalezienia się w nowym układzie. Nie znałem jej dobrze, ale znałem wystarczająco, by rozpoznać, że dla niej ten krok - to, że tu była,  otworzyła się, coś między nami w ogóle się wydarzyło - był większy, niż mogłoby się wydawać.
- No, okej, nie maltw szię, nie zniknę w szadnym zbiolniku wodnym, nawet jeśli byłoby to pięknie litelaskie. Wiem, sze byłoby ci głupio, jakbyś musiała tłumaczyś potem, sze to nie ty mnie tam wcisnęłaś. Poza tym, nie lubię tego lodzaju sławy. - Rzuciłem, wracając do wcześniejszej myśli, o tych wszystkich tragicznych historiach. - Nie klęsi mnie bycie poetyckim tlupem. Wolę byś szywym, ponulym dlaniem, któlego mosna jeszcze usadziś i zmusiś do wysłuchania monologu o zasoleniu jeziol. - Zerknąłem na nią kątem oka. - W tym akulat na pewno jesteś bezkonkulensyjna.
To był żart, ledwo dostrzegalny, ale zrobiłem go świadomie. Chciałem, żeby poczuła, że mimo wszystko mamy się jeszcze z czego śmiać - nie byliśmy całkiem rozwaleni, nie trzymaliśmy się tu kurczowo, jak rozbitkowie, w jakiejś przypadkowej konfiguracji - tylko, że naprawdę chciałem z nią być, choćby przez chwilę. Z nią - nie z Romulusem, który krzyczał o morderstwach, po czym sam był największym psycholem w towarzystwie. Zamilkłem na chwilę, pozwalając sobie po prostu siedzieć, pogrążyć się w tym, co było najważniejsze. W spokoju - dziwne uczucie - tym prawdziwym. Nie taki wyuczonym, wykalkulowanym, kiedy człowiek wiedział, że ma sekundę oddechu między jedną robotą a drugą, tylko takim, który pojawiał się… No, właśnie, kiedy? Może nigdy. Może raz na wiele lat. Wyciszała mnie - nie dało się tego ukryć - nie musiała nawet nic robić, po prostu… Była. Nie znałem jej dobrze, ale nie musiałem. Nie znałem szczegółów - nie wiedziałem, jaki ma stosunek do śniadań, czy gubi klucze, czy mówi do siebie, gdy zostaje sama w pokoju. Nie znałem tych drobnych rzeczy, które czynią człowieka znajomym, tak naprawdę, ala razie wystarczało mi to, co wiedziałem.
Szczególnie, że… No, właśnie. W ostatnim czasie widziałem, jak świat potrafił się rozpaść w ułamku sekundy. Widziałem, jak coś, co jeszcze rano wydawało się stabilne, wieczorem zamieniało się w popiół. Ostatnie dni były wystarczająco głośnym przypomnieniem. Można było zginąć z powodu nie swojej decyzji - albo przez czyjąś paranoję, albo po prostu dlatego, że się było w złym miejscu w złym czasie. Nie był to zresztą problem tylko naszych czasów, chociaż lata siedemdziesiąte od początku miały w sobie coś niedorzecznego. Były barwne, głośne, dzikie, a jednocześnie podszyte jakimś niepokojem. Nie było w tym wiele przewidywalności.
- Powiedz mi jedno... - Odezwałem się po chwili, lżejszym tonem, chociaż nie bez ukrytego sensu. - Kiedy tak naplawdę ostatni las byłaś na plawdziwym ulopie? - Odwróciłem się znów ku niej, tym razem wyraźniej, z uniesionymi brwiami, jakby pytanie było zupełnie niewinne, a przecież dobrze wiedziałem, że nie było - było prowokacyjne. - Nie mówię o wyjeśdzie słuszbowym, zamaskowanym jako weekend nad jeziolem, gdzie i tak siedzis s aktami na kolanach. Nie o odwiedzinach u ciotki w Kolnwalii, po któlych wlacas jeszcze balsiej spięta nisz wcześniej. Mówię o czymś plawdziwym, bezuszytecznym spędzaniu dni, zlobionym tylko dlatego, sze moszesz. - Uśmiechnąłem się kątem ust. - Mosze i nic s tego nie będzie. -  Powiedziałem spokojnie. - Ale jak jusz sobie o tym myślisz, o tej Joldanii, Amelyce Łacińskiej czy innych szyciach… To biesz mnie pod uwagę, co? - Wzruszyłem ramieniem. - Mosze nie znam szię na jeziolach, nie zapamiętuję wsystkiego, co pszeczytam, ale... Umiem nosiś tolby, zapewniaś bespieczeństwo dwadzieścia cztely na siedem, i nieśle gotuję, jak tszeba. Chyba jednak poczekam, asz kiedyś zmienisz zdanie.
Nie czułem potrzeby, żeby silić się na jakąś emocjonalną przemowę. To, co mówiliśmy, było lekkie, czasem ironiczne, ale pod spodem wybijało się coś poważniejszego - jakaś wspólna zgoda, że nie trzeba wszystkiego rozkładać na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, iż to ma sens, przynajmniej chwilowo.
- Kaszdy coś ma... - Powtórzyłem po niej. - Mosze to i choloba, jak mówisz, ale... Potlafisz nad tym panowaś, wykoszystujesz to, swój potencjał, a to więcej, nisz niektószy lobią ze swoimi zdlowymi, pszeciętnymi mózgami.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, żeby się odnieść albo nie - jak chciała, nie wszystko wymagało odpowiedzi, ale kiedy padło: „Może pojutrze?”, skinąłem głową bez wahania.
- Jasne. Pojutsze. Pasuje.
Nie musiałem się nad tym zastanawiać - jeśli miała być w Londynie, ja też mogłem, proste. Nie od razu spojrzałem na nią, patrzyłem przed siebie, w dal, gdzieś ponad horyzont. Było spokojnie... Tak cholernie spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, że zaledwie parę minut wcześniej miałem ochotę kogoś rozerwać na strzępy. Mógłbym się teraz oszukiwać, że jestem już po wszystkim, że mi przeszło, ale to byłaby bujda. Gniew nie znika ot tak, nawet jeśli udało mi się go chwilowo uciszyć.
- Wiem, gdzie mieszkasz. - Potwierdziłem, tym razem już bardziej miękko. - I nie zapomniałem. Poczekam tam na ciebie, chyba sze zmienisz zdanie, wtedy zmienimy układ.  - Rzuciłem cicho. - Londyn nad lanem mosze byś niepszyjasny, mogę podejść po ciebie kawałek, jeśli okasze szię, sze sytuacja jeszt niestabilna. Byle nie pod Ministelstwo. - Dodałem z przekąsem. - Bo to akulat miejsce, gdzie selio wolałbym szię nie pokazywaś, i to nie tylko pszes moje ulocze kontakty. Nie jestem asz tak bestloski, jak wyglądam. - Mówiąc to, nachyliłem się ku niej jeszcze bardziej, chociaż lekko. Nie oderwała się, nie cofnęła przez całą rozmowę, nie zrobiła nic, co świadczyłoby o niechęci, więc pozwoliłem sobie na ten jeden gest. Jeden, prosty, niewinny, ale cholernie dla mnie znaczący.
- No. - Westchnąłem w końcu, nieco rozluźniony - Skolo ktoś miał zauwaszyś, sze coś szię zmieniło, to mosze lepiej właśnie dzisiaj. Mosze to i lepiej, pszynajmniej nie musimy szię zachowywaś jak dzieci. - Uśmiechnąłem się lekko, nieco z przekąsem. - W końcu nie jesteśmy nastolatkami, moszemy szię jakoś dogadaś. - Wzruszyłem ramionami. - W lasie czego moszesz wklęcaś leszcie, sze nie masz pojęsia, kim jestem. - Kącik ust lekko mi drgnął. - I tylko dlatego ze mną losmawiasz. Wiesz, szeby zobaczyś, kto pielszy szię złamie i zacznie cię uświadamiaś. - Spojrzałem na nią kątem oka, porozumiewawczo, uśmiechnąłem się nieznacznie, bo naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś coś sobie pomyśli. Byle nie próbował się wtrącać. Nachyliłem się lekko, nie zmieniając pozycji, pozwalając jej dalej opierać się o moje ramię. Palcami odgarnąłem jej włosy za ucho - powoli, ostrożnie, z pewnym zawahaniem, którego sam bym u siebie nie podejrzewał jeszcze kilka tygodni temu - musnąłem przy tym policzek Prudence, tylko przez moment, opuszkami palców. Ciepła skóra, cichy oddech... To była całkiem miła odmiana od zdenerwowania i chłodu nadmorskiego wieczoru. Popatrzyłem na nią uważnie, bez pośpiechu, wyginając usta w uśmiechu.
- Elias... - Zawahałem się, ale tylko na sekundę. - Nie mam pojęcia, co zlobi, jak szię zolientuje. Mosliwe, sze utnie mi łeb. Mosliwe, sze tylko popatszy i stwieldzi, sze jestem idiotą. - Wzruszyłem ramieniem, ale ostrożnie, żeby jej nie przesunąć. - Tak czy siak, nawet jeśli Elias s tego powodu postanowi mi uciąś łeb… - Zawiesiłem głos, unosząc lekko brwi. - To powiem ci jedno - walto było. - Spojrzałem w bok, na jej profil, nadal będąc trochę pochylonym. Wyciągnąłem dłoń i odgarnąłem kolejne niesforne pasmo jej włosów znad skroni. Cicho, powoli, jak gdyby to miało mieć większe znaczenie, niż miało w rzeczywistości, i może miało, kurwa, bo nie robiłem takich rzeczy przypadkowo. Delikatnie przesunąłem palcami po jej policzku - już drugi raz, tym razem wolniej. Ciepła skóra. Żywa, obecna. Realna - w przeciwieństwie do niedawnych doznań.
Nie miałem pojęcia, jak mój przyjaciel na to zareaguje, i szczerze? Nie przejmowałem się tym teraz. Miałem swoje powody, żeby w końcu przestać trzymać się w cieniu, i chociaż zwykle wolałem zostawić ludzi z boku, nie pakować się w nic, co pachnie bliskością, to w tym wypadku zrobiłem wyjątek. Nie żałowałem.
- Wiesz, nie musisz mi tłumaczyś, czemu wolisz mieś kontlolę. - Gdy odezwałem się po chwili, głos miałem niższy, matowy. Wróciłem do jej słów sprzed chwili. Ciężar rozmowy powoli się rozmywał, lecz nadal był obecny. - Jasne, sze to twoje, znam to, mieś własne leguły, swój lytm... I wkulwiaś szię, kiedy coś wywlaca to wszystko do góly nogami, ale czasem… - Przerwałem, odetchnąłem wolno. - Ale czasem dobsze ją odpuściś. Wiesz... Żeby szię przekonaś, sze świat szię nie zawali. - Brzmiało to sucho, niemal obojętnie, ale dobrze wiedziałem, ile mnie kosztowało, żeby utrzymać ten ton, nie skrzywić się, nie odwrócić spojrzenia, nie przypomnieć sobie zbyt dokładnie tego, co się działo. Uderzenie różdżki w skórę. Zaskoczenie. Głos w głowie, który rozrywał mi myśli jeszcze przez kilkanaście minut po fakcie. Bletchley się w to nie mieszała, to nie była jej wojna, a oberwało się jej i tak. To chyba bolało mnie najbardziej. Ten moment, gdy stała pośrodku całego zamieszania, kompletnie niepotrzebnie, jakby była tylko rekwizytem w cudzym dramacie, a przecież wystarczyło, że była, gdy proszono ją o pomoc. Nie powinna musieć nic robić, żeby zasłużyć na spokój. Zacisnąłem lekko szczękę, nie z gniewu - to już przeszło - ale raczej ze zmęczenia. Byłem zmęczony ludźmi, którzy nie potrafili wytrzymać z samymi sobą i wciągali w to innych.
Spojrzałem przed siebie, w mrok, który otulał nas coraz głębiej. Z każdą minutą było ciszej. Czułem, jak napięcie, które od ogniska tkwiło mi między łopatkami, w końcu trochę się rozluźnia. Przez chwilę milczałem - nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, ale dlatego, że naprawdę musiałem przemyśleć to, o czym rozmawialiśmy. Spojrzałem na nią kątem oka - w taki sposób, który pozwalał mi ją obserwować, nie wchodząc zbyt nachalnie w jej przestrzeń, chociaż siedzieliśmy objęci. Nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował ratunku. Raczej na kogoś, kto wie, jak się ratować sam, tylko czasem ma już dość. Być może to właśnie mnie w niej przyciągało - to, że nie udawała innej, niż była. Ani silniejszej, ani słabszej. Miała swoje miejsce, własne tempo i powody. Miała rację... Cholernie często miała rację, co było jednocześnie pociągające i trochę irytujące, bo przecież nie lubiłem, kiedy ktoś potrafił tak łatwo trafiać w sedno spraw, o których sam wolałem nie myśleć zbyt dokładnie, ale to, że miała rację, nie oznaczało jeszcze, że wszystko było takie czarno-białe... Bo nie było...

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ccc7240dbb1eef477505caa8245ecd5/949442f9986ad81f-c0/s250x400/3a44c5a40d69ada03ae5240fcdb4492a508b5d31.png[/inny avek]


RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Prudence Fenwick - 14.07.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EkcSkNT.jpeg[/inny avek]

Bletchley miała w zwyczaju zamykać się w sobie, kiedy wokół niej robiło się zbyt intensywnie, kiedy nie radziła sobie z emocjami, czy rzeczywistością. Tym razem jednak nie została pozostawiona sama sobie, nie musiała uciekać w cztery ściany, w miejsce w którym mogła poczuć się bezpiecznie. Nie potrzebowała tego, jak się okazało mogło to być również związane z obecnością drugiej osoby, o czym właściwie nie miała jak dotąd pojęcia. Nigdy bowiem tego nie robiła, nie szukała ukojenia w kimś, może było to błędem. Okazało się bowiem, że  sama obecność kogoś przy kim czuła się dobrze, przy kim nie musiała udawać, dystansować się była wystarczająca. Wcale nie musiała stawiać wokół siebie murów, mogła wtulać się w ciepłe ciało i w ten sposób poczuć się pewniej, to było coś nowego - świadomość, że nie została porzucona.

Benjy nie wahał się nawet chwili, aby stanąć w jej obronie. Nie oczekiwała tego, a jednak okazało się to być naprawdę miłą odmianą. Nie miała pojęcia, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele to dla niej znaczyło. Raczej nikt nie reagował w ten sposób, była przyzwyczajona do wycofywania się, szukania swojego miejsca gdzieś w tle, tak by nikomu nie wadzić, nie rzucać się w oczy, by nie być czyimś problemem. W tym wypadku jednak było zupełnie inaczej i co najważniejsze nie wydawało jej się, aby faktycznie to ona była problemem. Narracja się zmieniła.

Nie miała w zwyczaju reagować gniewem, to nie było w jej stylu, nie można się było po Bletchley spodziewać wybuchów emocji, raczej dusiła wszystko w sobie, udawała, że jej to nie obchodzi, później kiedy nikogo nie było obok przesadnie analizowała, zrzucała wszystko na swoje niedostosowanie, teraz jednak dość szybko dotarło do niej to, że to nie była jej wina. Nie zamierzała wracać do tego, co się stało. Nie powinna ponosić odpowiedzialności za to, że ktoś lubił dramatyzować i znajdować się w centrum zainteresowania, do tego w tym przypadku robił to jej kosztem. Tak właściwie to nie tylko jej kosztem, bo oberwało się i Benjy'emu, który postanowił doprowadzić Romulusa do porządku. Dobrze było wiedzieć, że nikt nie zamierzał już mu odpuszczać i tolerować tych zagrywek. Zresztą nie umiała nawet skomentować tego, co zrobił. Postanowił sięgnąć po zaklęcie, które nigdy nie powinno być użyte w podobny sposób, szczególnie w gronie przyjaciół. Wiedziała, że to musiało uderzyć w Fenwicka, był to cios poniżej pasa, którego nie dało się zaakceptować. Postanowił odebrać mu własną wolę, tego nie dało się wybaczyć. Pamiętała, że przyjaźnili się od lat, być może Benjy miał rację z tymi rozważaniami na temat swojego miejsca w tym gronie po tak długiej nieobecności wśród nich. Nie wydawało jej się jednak, żeby pozostali przyjaciele byli w stanie zrobić mu coś podobnego. Potter chciał się popisać, ale mu nie wyszło.

Na szczęście nie miał wsparcia w nikim tutaj obecnym, wszyscy inni dojrzeli, potrafili się zachować i najwyraźniej przestali tolerować znęcanie się nad słabszymi. Nie miała problemu w tym przypadku, żeby czuć się jako słabsza, wiedziała, że znajdowała się w gorszej pozycji od niego, nie była częścią ich grupy, nie była z nimi, aż tak blisko, chociaż aktualnie czuła, że to też się zmieniło. Coraz bardziej docierało do niej, że nie była już pozostawiona sama sobie, nie musiała radzić sobie sama, miała wsparcie.

Nie zamierzała tego negować, rozkładać na części pierwsze. Benjy chciał być przy niej, chciał z nią teraz trwać, więc zamierzała im na to pozwolić. Okazało się, że dużo szybciej można było doprowadzić się do użyteczności w towarzystwie kogoś, kto stawał się coraz bardziej bliski. Może miało to być chwilowe, ale nie chciała tego odrzucać, nie chciała dłużej radzić sobie ze wszystkim sama, nie kiedy nie było ku temu powodu. Może nie wiedziała o nim wiele, może nie było im dane poznać się jakoś bardzo, ale to co jej do tej pory pokazywał wystarczyło aby mu ufała.

Całkiem naturalnie przyszło jej odnalezienie spokoju w jego ramionach, nie zamierzała skupiać się na tym co poszło nie tak, bo to nie miało większego sensu, zamiast tego po prostu cieszyła się tym czasem, który dostali. Najwyraźniej nawet nie zakładali, że mogą potrzebować bliskości drugiego człowieka, a w tym momencie to okazało się przynajmniej dla Prue kojące.

- Zrobiłbyś to dla mnie? To dobrze, bo nie jestem najlepsza w tłumaczeniu się, zapewne zostałoby to odebrane inaczej i zostałabym winna Twojemu rozpuszczeniu. - Bletchley nie umiała udawać, pewnie zupełnie przypadkiem już przy pierwszym przesłuchaniu zostałaby winna, a że nie należała do osób, które potrafiły szybko reagować to pewnie wyprowadziliby ją w magicznych kajdankach czy coś.

- Wspaniale, bo nie znam innego takiego drania, który byłby gotowy wysłuchiwać tych monologów, nie sądzę zresztą, że znalazłbym gdziekolwiek kogoś kto nadawałby się do tego bardziej od Ciebie. Tak naprawdę nie muszę Cię nawet do tego zmuszać. - Zapewne potrafiłaby to zrobić, bo znała różne metody, póki co jednak nie było to jej do niczego potrzebne, bo Benjy siedział z nią z własnej woli i nie wyglądał jakby bawił się źle, wręcz przeciwnie, wysłuchiwał tego, co miała mu do powidzenia z zainteresowaniem, nie wydawał się być znudzony. Tylko dlatego tak łatwo przychodziło jej mówienie, raczej miała w zwyczaju pozostawiać większość swoich przemyśleń dla siebie, aby nie zanudzać swoich rozmówców. Wiedziała, że żartuje i bawiło ją to, w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Dzięki temu zupełnie przestała przejmować się tym, co wydarzyło się wcześniej.

- To nie jedyna rzecz, w której jestem bezkonkurencyjna, dopiero się rozkręcam, może jeszcze będziesz miał szansę się o tym przekonać. - Niby nie mieli dużo czasu, ale całkiem szybko udało jej się zacząć przed nim otwierać, więc faktycznie istniała szansa, że pokaże mu jeszcze więcej z tej prawdziwej siebie, którą raczej ukrywała przed całym światem.

Chciała to zrobić, nie wiedzieć czemu naprawdę chciała, żeby widział ją taką, jaka była naprawdę, a nie tę kreację, którą układała sobie w głowie i prezentowała całemu światu, bo tak było prościej, niżeli tłumaczyć się z tego, jaka była naprawdę. Nie czuła, że w jego przypadku to było potrzebne, przez te kilka dni pokazał jej bowiem, że nie jest osobą, która ocenia, a próbuje zrozumieć. Akceptował póki co wszystko, co przed nim odsłoniła, a to nie zdarzało się często, dawno nie miała możliwości być sobą, okazało się to całkiem łatwe. Jak widać wystarczyło tylko odpowiednie towarzystwo, które pojawiło się zupełnie niespodziewanie, ale w idealnym momencie.

Ledwie kilka dni temu dotarło do niej przecież, że życie jest jeszcze bardziej kruche, niż może się wydawać, że bardzo łatwo jest przewrócić wszystko co znane do góry nogami, wystarczy znalezienie się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Chwila od której zależy więcej niż się może wydawać. Na szczęście jej to nie dotyczyło, bo miała wsparcie, które nadeszło znikąd. Postanowiła więc doceniać te nieliczne momenty nad którymi nie miała żadnej kontroli, dać szansę im jakoś wpłynąć na jej życie.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, kiedy zadał jej kolejne pytanie. Próbowała znaleźć w głowie odpowiedź, jednak to wcale nie było takie proste. Trudne się wylosowało. - Dawno. - Nie umiała sięgnąć po konkrety, co w jej przypadku było czymś raczej niespotykanym. Bardzo łatwo przychodziło jej bowiem wyciąganie dat, tyle, że działało to w przypadku tego o czym przeczytała, a nie jej samej. - Prawdziwy urlop brzmi jak coś, czego nigdy nie doświadczyłam. - Kolejna rzecz, której nie miała szansy przeżyć. Od zawsze skupiała się przede wszystkim na pracy. Staż w Mungu był wymagający, nie miała możliwości wyjechać gdzieś na dłużej, musiała bowiem poszerzać swoją wiedzę, później praca na oddziale, która również była wymagająca. Następnie nastąpił jej mały koniec świata, dramaty, które całkiem skutecznie doprowadziły do tego, że ponownie zatraciła się w pracy. Tak było prościej.

- Podejrzewam, że było to gdzieś po szkole, na tyle dawno, że nie umiem sobie tego przypomnieć. - Co w jej przypadku wcale nie było normalne. Docierało do niej, że raczej nie pozwalała sobie na takie drobne przyjemności, które przecież powinni mieć miejsce, bo nie samą pracą i obowiązkami żyje człowiek.

- Potrafisz bezużytecznie spędzać czas? - Uniosła delikatnie głowę, żeby mu się przyjrzeć. - Jeśli tak to z tą resztą zalet, które wymieniłeś nie mogłabym odrzucić Twojej propozycji, tylko miej świadomość, że trafił Ci się trudny przypadek. Będziesz musiał mnie tego nauczyć. - Ona sama raczej miała problem z odpoczywaniem, po prostu nigdy tego nie robiła, no w dużej mierze większość swojego wolnego czasu spędzała na czytaniu, często była to jednak dość specjalistyczna literatura, która miała ułatwiać jej pracę, więc czy właściwie można było to nazwać bezużytecznym spędzaniem czasu? No nie do końca.

- Tylko wtedy Ty wybierasz miejsce, podejrzewam, że zrobisz to celniej. - Benjy miał szansę zobaczyć sporo świata w przeciwieństwie do niej, na pewno potrafiłby wybrać idealnie urlopową destynację. Coraz bardziej wydawało jej się to być w zasięgu ręki - ucieczka chociaż na chwilę, zmiana nastawienia, ucieczka od przyzwyczajeń. Jakoś łatwo przychodziło jej takie gdybanie w jego towarzystwie.

- Czy potrafię? Nie wiem tak do końca, ale próbuję to robić, tak właściwie to chyba nie miałam innego wyboru. - Może i miała? Tyle, że Prue nie należała do osób, które nie tak łatwo się poddawały, jasne, że mogłaby po prostu przyjąć, że tak już ma, tłumaczyć sobie wszystko swoją chorobą, ale to nie było w jej stylu.

Dosyć łatwo przyszło im skupienie się na rozmowie, która nie dotyczyła tego, co działo się jeszcze przed chwilą. Zazwyczaj miała tendencje do analizowania sytuacji, szczególnie tych, które niosły ze sobą nie do końca pozytywne emocje. W tym wypadku jednak Bletchley przestała analizować to, co się wydarzyło. Zapewne wróci do tego kiedy będzie sama, nie miała w zwyczaju zupełnie ignorować podobnych przypadków, jednak chwilowo nie chciała do tego wracać.

- To jesteśmy umówieni. - Dodała z uśmiechem, jakby te słowa faktycznie miały jakąś wielką siłę i jeśli już padły, to były niepodważalne.

- Nie ma sensu, żebyś się tam pokazywał, nie kiedy to może Ci zaszkodzić. - Jakoś powinna poradzić sobie z tym sama. Nie chciała ryzykować, nie kiedy mogło to sprowadzić na niego niepotrzebne kłopoty, nie po tym co dla niej zrobił i robił. Jakoś sobie poradzi. Wbrew pozorom przecież nie była taka bezbronna na jaką wyglądała. Bywała w różnych miejscach, w towarzystwie różnych osób, jakoś zawsze udawało jej się przetrwać.

- Dam Ci klucze, to będziesz mógł poczekać w środku. - Wydawało jej się to całkiem rozsądnym rozwiązaniem, bo nikt nie powinien dzięki temu zauważyć, że kręci się tam ktoś obcy. Ta propozycja przyszła jej całkiem naturalnie, tak naprawdę nie do końca wiedziała, co zastaną na miejscu, bo od kilku dni nie była w domu, może nawet nieco bała się tego, że jej przytulne mieszkanie już nie do końca było jej. Pożary bowiem spowodowały, że straciła swój azyl, nie mogła się tam czuć bezpiecznie.

- Naprawdę myślisz, że będą w stanie uwierzyć, że nie wiem z kim się prowadzam? - Jasne, mogła przyjąć taką narrację, tyle, że nie wydawało jej się to potrzebne. Zresztą nie miała najmniejszego problemu z tym, że zmieniła zdanie na jego temat, mogłaby nawet przyznać się publicznie, że gdy była młodsza to nieco przesadzała. Skupiła się na czymś, co było zupełnie niepotrzebne, przez co nie dostrzegała tego, co kryło się pod powierzchnią. Dobrze, że z czasem nieco się zmieniła, że przestała ślepo podążać za jakimiś zupełnie niepotrzebnymi uprzedzeniami, bo mogła naprawdę wiele na tym tracić.

- Nie sądzę zresztą, żeby ktokolwiek z nich chciał mnie uświadamiać, mam wrażenie, że większą przyjemność sprawiłoby im obserwowanie tego jak sama odkrywam prawdę. Raczej nie ma tu osób, które dają odpowiedzi na tacy. - Co również miało swoje plusy. Nie wydawało się jednak Prue, aby ktokolwiek zamierzał się wtrącać w to, że postanowili się do siebie zbliżyć, byli dorośli - mogli robić to na co mieli ochotę, szczególnie, że nikogo przy tym nie krzywidzili, a najwyraźniej dokładnie tego potrzebowali.

Poczuła delikatne ciepło na policzku, kiedy Benjy przypadkiem musnął opuszkami palców jej twarz. Nie spodziewała się, że tak szybko podobne gesty będą jej się wydawały być całkiem naturalne. Siedziała otoczona jego ramionami i czuła się bezpiecznie, jak nigdy dotąd.

- Nie, na pewno nie uzna Cię za idiotę, prędzej stwierdzi, że coś Ci zrobiłam, i nie robisz tego z własnej woli. - Po tym po co sięgał Romulus nie zabrzmiało to najlepiej, jednak Elias wiedział, że mało kto przebywal w jej towarzystwie dlatego, że sprawiało mu to przyjemność. Nie ma się co oszukiwać, Bletchley raczej rzadko kiedy pokazywała swoje prawdziwe oblicze i dopuszczała do siebie kogokolwiek.

- Zresztą nie sądzę, że byłby w stanie zrobić Ci krzywdę, w końcu jesteś żywym, ponurym draniem, który potrafi sobie poradzić ze wszystkim. - Nie sądziła, żeby jej brat chciał mu grozić, zapewne wiedział, że nie miałby z nim szans. Benjy wyglądał na kogoś z kim się nie zadzierało, i nie było to związane tylko i wyłącznie z jego aparycją. Przeżył swoje, posiadał ogromne doświadczenie, a teraz siedział tutaj z nią, dawał jej spokój i bezpieczeństwo, którego potrzebowała. Opiekował się Bletchley z własnej, nieprzymuszonej woli. Czuła się wyjątkowo dobrze w jego ramionach, tak naprawdę nie wnikała w to dlaczego tak się działo. Po prostu odnaleźli nić porozumienia.

Uśmiechnęła się, gdy wspomniał o tym, że było warto, nie musiał tego mówić, ale jednak podzielił się z nią tym przemyśleniem, było to potwierdzeniem tego, że nie tylko ona czerpała przyjemność z tej nagłej bliskości, która się między nimi pojawiła. Ona również niczego nie żałowała, chociaż przecież spowodowało to już pewne komplikacje. Nieszczególnie jednak obchodziło ją to, co pomyśli sobie jej brat, czy reszta towarzystwa. To było ich, nikogo więcej, to oni mieli wyciągnąć z tego jak najwięcej.

Spoglądała na Benjy'ego kiedy ponownie dotknął jej twarzy, wpatrywała się w niego dość intensywnie, nie miała pojęcia, czym zasłużyła sobie na jego uwagę, ale doceniała to, że stało się to właśnie w tym momencie. Dzięki temu nie przeżywała tych wszystkich nieszczęść jakoś szczególnie, nie skupiała się na nich, w końcu poczuła bowiem, że jest w niej jeszcze coś więcej poza obojętnością, którą otaczała się od lat. Dla jednych był to koniec świata, dla innych początek drogi, ona znajdowała się w tej drugiej grupie ludzi, coś nowego się w niej obudziło, i miała świadomość, że było to spowodowane jego obecnością i bliskością.

- Wiem, mam wrażenie, że potrafisz to zrozumieć. - Nie musiała się z niczego tłumaczyć, wydawało jej się, że bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, czym jest to spowodowane, chociaż przecież prawie jej nie znał.

- Odpuszczanie nigdy nie przychodziło mi łatwo, ale to jest dobry moment, żeby sprawdzić, czy może zadziałać. - W końcu nie miała na to zbyt wielkiego wpływu. Nie mogła w żaden sposób kontrolować tego, co się wydarzyło, nie mogła się obwiniać, bo było to poza nią. Miał rację, był to moment, w którym lepiej było odpuścić, pozwolić, aby wszystko działo się samo, bo czemu nie?




RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Benjy Fenwick - 16.07.2025

Patrzyłem na horyzont, na linię morza, gdzie czerń wody i nieba stapiała się niemalże bezszelestnie, a gdzieś daleko od brzegu mignęło światło łodzi. Z Prudence było inaczej - sam się sobie dziwiłem, jak łatwo przychodziło mi siedzieć z nią i po prostu mówić. Nie musiałem się pilnować. Nie musiałem odliczać w głowie, ile jeszcze słów na mój temat mogło paść, zanim powinienem się zamknąć, by nie powiedzieć o sobie za dużo. Nie musiałem się zastanawiać, co jej wolno wiedzieć, a czego nie. Z nią to wszystko po prostu płynęło - czasem spokojnie, czasem rwącym nurtem. Mogliśmy odbić od bzdurnych żartów i wylądować na czymś cięższym, mogliśmy bez ostrzeżenia znowu odbić w stronę głupot, i nie miałem poczucia, że coś tracę albo zaraz będę tego żałował. Nie musiałem się zmuszać, nie musiałem rozważać, czy warto. Było w niej coś, co mnie cholernie ciągnęło do tej swobody, otwartości. Nie wiedziałem nawet, co dokładnie - może chodziło o jej zachowanie...
Właśnie taką ją lubiłem. Nie wyprasowaną i poprawną, tylko taką, jaka była teraz - z tym lekko figlarnym tonem, z tym ciepłem w oczach, ze wszystkim, co sprawiało, że chciałem tu siedzieć, zamiast szukać pretekstu, żeby zniknąć. Nawet jeśli wiedziałem, że różnimy się wszystkim, czym się da, i na dłuższą metę pewnie by nas to zjadło... Właśnie przez to chciałem więcej. Chciałem wiedzieć, co jeszcze tam ma, co mi pokaże, co przede mną schowała. Może dlatego nie miałem ochoty się odsuwać, nie wyciągałem żadnych swoich starych sztuczek na trzymanie dystansu. Może dlatego byłem tu, a nie pięćset mil dalej. Miała w oczach coś, co mówiło mi, że rozumie więcej, niż powinna, a jednak nie naciska.
Pozwoliłem sobie na chwilę ciszy, obserwując jak spokojny nastrój zapada między nami, a potem uniosłem brew i spojrzałem na nią z błyskiem w oku. Zachciało mi się parsknąć śmiechem, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili, zamiast tego tylko rozciągnąłem usta w półuśmiechu - nie do końca rozbawionym, nie do końca poważnym. Ot, w sam raz. Powietrze było chłodne, wilgotne, ale między nami panowało coś, co grzało bardziej niż letnie słońce - ciepło bliskości, które sprawiało, że każdy dotyk, gest wydawał się mieć znaczenie. Obejmowałem ją ramieniem, przyciągając do siebie tak, żeby znalazła się jak najbliżej, a ona nie protestowała, wręcz przeciwnie - czułem, jak opiera się lekko, jakby szukała tego kontaktu tak samo jak ja. Uśmiechnąłem się pod nosem i kiwnąłem głową - ten pomysł, żeby tu przyjść, był naprawdę dobry. To było inne niż wszystko, do czego byłem przyzwyczajony - zazwyczaj trzymam ludzi na dystans, pozwalam im zobaczyć kawałek, który sobie wybiorę, resztę chowam w cieniu i czekam, aż odpuszczą... Nie tym razem. Miałem wrażenie, że patrzenie w jej oczy było najzupełniej naturalne - może nie romantyczne czy przesadnie poetyckie, ale szczere, zwyczajne i odpowiednie. Między nami było ciepło, naprawdę przyjemnie, jak gdybyśmy na chwilę odcięli się od świata i wszystkich jego problemów, miejskich zgiełków... Siedząc tam, w ciszy, która nie domagała się słów, pozwoliłem sobie na ten spokój. Ta chwila miała coś z intymności, której dawno nie doświadczałem - nie było potrzeby nic mówić, tylko czuć, jak obecność drugiego człowieka koi i uspokaja.
- Zlobiłbym, zlobiłbym. - Mruknąłem leniwie, ledwie zauważalnie wzruszając ramionami, jakbym rozmawiał o czymś, co od zawsze było oczywiste. Przekrzywiłem głowę, patrząc na nią, kiedy mówiła o urlopie. Brzmiało to prawie zabawnie, a jednocześnie cholernie smutno. Nie miała pojęcia, jak się odpoczywa, w sumie, sam nie byłem w tym mistrzem, ale przynajmniej próbowałem.
- Wiesz, sze umiem. - Odpowiedziałem wreszcie spokojnie, a na ustach błąkał mi się półuśmiech, który mówił jej pewnie więcej niż wszystkie moje zdania. - Potlafię malnowaś czas tak, szeby był najbaldziej besploduktywny, jak tylko szię da. - Pokręciłem głową z rozbawieniem, bo wcale nie wątpiłem, że to będzie trudne - o, tak, Prudence Bletchley była trudnym przypadkiem, ale nie zamierzałem się na to skarżyć. - Znajdę doble miejsce, umowa to umowa. - Kiwnąłem głową z udawanym namaszczeniem, stukając palcem w wierzch jej dłoni, jakbym pieczętował kontrakt. - Słowo szię szekło, jak splóbujesz szię wymigaś, to cię znajdę i zaciągnę na ten piepszony urlop, choćbyś plotestowała.
Patrzyłem, jak się rozluźnia, pod tym wszystkim, co nosiła na barkach, zaczyna wyglądać na lekką. To było coś, czego chciałem - właśnie tego - nie silenia się na maski, nie tej jej wyuczonej, poważnej miny, tylko tej kobiety, która potrafi śmiać się z moich głupot i przerzucać się ripostami, jakbyśmy znali się sto lat.
Nie spodziewałem się, że Prudence tak łatwo zaufa mi, otworzy przede mną drzwi do swojego osobistego świata - do jej gotyckiego, uroczego mieszkania, które było dla niej czymś więcej, niż tylko przestrzenią. To było jej miejsce, jej gniazdko, i to pozwolenie, bym do niego wszedł, było naprawdę wielkim zaufaniem - większym, niż ktokolwiek inny okazywał mi od dawna. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiwając głową. Pomysł, który zaproponowała, był naprawdę dobry, chociaż nie spodziewałem się, że okaże mi aż takie zaufanie. Wpuścić kogoś do swojego miejsca… Cholera, znałem ludzi, którzy nie dopuszczali nikogo bliżej niż na metr. Znałem to z autopsji.
Patrzyłem jeszcze przez chwilę w horyzont, w ciemność, gdzie niebo zlewało się z morzem, i uśmiechałem się do siebie, rozbawiony słowem, którego użyła Prudence. Mogłem jej to wybaczyć, mógłbym zamknąć oko na jej nonszalancję, ale nie byłem z tych, którzy puszczają coś takiego płazem, no, tak - czasem po prostu musiałem coś palnąć. Pozwoliłem więc, by zapadła cisza, zanim uniosłem brew i przeniosłem wzrok na nią, patrząc z błyskiem w oku.
- Plowadzamy szię ze sobą, tak? - Powtórzyłem, rozbawiony, z tym spokojnym tonem, który wcale nie był taki spokojny, jeśli się go dobrze słuchało. - Wiesz, to brzmi powasznie. Baldziej nisz jakikolwiek pszelotny układ. Wiesz, zwykle tak mówią ludzie, któszy mają ze sobą coś więcej nisz chwilę, no nie? Powinienem chyba czuś plesję. - Uśmiechnąłem się szerzej. - Na szczęście jestem powasznym facetem i zamiast lobiś tszy kloki w tył, zamieszam wziąś odpowiedzialność, skolo jusz nie jestem tylko twoim pszyjacielem s zaglanisy, któly od czasu do czasu wyśle pocztówkę, zlobiłaś ze mnie swojego chłopaka... Chcesz tego czy nie, pielwsze słowo do dziennika... - Wpatrywałem się w nią uważnie, bez mrugnięcia, bez odwracania wzroku, bo było dla mnie zupełnie naturalne, że na siebie patrzymy. Wiedzieliśmy oboje, że nie tworzyliśmy podstaw do klasycznego związku - przyszłość nie była częścią tego, co teraz dzieliliśmy, ale nic nie przeszkadzało nam w prowadzaniu się ze sobą choćby przez chwilę. Zresztą bawiło mnie to całe zmieszanie, które chciałem w niej wywołać. Wystarczyło być bohaterem wieczoru, żeby zostać jej chłopakiem - cóż za świat.
- Nasz związek pszeskoczył o kilka stopni w pazeciągu kilku godzin, imponujące tempo. - Powiedziałem bezczelnie, puszczając do niej oko i pozwalając temu zdaniu opaść w ciszy. Zaśmiałem się cicho, bardziej pod nosem niż na głos, bo wiedziałem, że im ciszej się z niej droczę, tym bardziej to działa. Nie miałem wątpliwości, że Prue potrafiłaby mnie udusić, gdyby miała powód. Na szczęście - nie miała. Była dla mnie jak powiew chłodnego wiatru na rozgrzanej, pustej pustyni. Właśnie tak to opisałbym, gdyby ktoś mnie zmusił do gadania, lecz w tej chwili nie potrzebowałem o tym mówić. Wiedziała to, bo byłem obok - jeszcze nie wstałem, zamiast się zwinąć, pozwalałem sobie ją obejmować, czuć pod dłonią to ciepło, którego przez tyle lat udawałem, że wcale nie potrzebuję, i cholernie dobrze mi było, że mogę - mogłem ją objąć, rozmawiać z nią, słuchać, jak mówi o bzdurach i ważnych rzeczach, mogłem dorzucać swoje trzy grosze, czasem żartem, czasem półprawdą...
- Elias laszej powinien wiedzieś, sze zawsze robię wszystko dlatego, isz tego chcę. Baldzo tludno mieś na mnie wpływ, jeśli tego nie chcę, potlafię byś upalty. - Spojrzałem na Prudence i odparłem, z lekką perfidią w głosie. - Choś, plawdę mówiąs, twój brat wie tesz doskonale, że szię nie wiąszę, mosze więs byś tlochę podejszliwy. Mosze nawet uzna cię za manipulantkę, szczególnie sze, jako członek losiny, pewnie nie docenia w tobie tego samego, co ja. - Stwierdziłem. Nie dodawałem nic więcej, zostawiłem ją z tym, co mogła sobie wyobrazić, pozostawiając pole do domysłów. Pozostawiłem te słowa w zawieszeniu, nie dopowiadając nic więcej, dając jej pole do własnych domysłów.
Pozwoliłem sobie westchnąć teatralnie, udając, że cierpię od jej wyznań, odnośnie potrzeby kontroli, a jednocześnie przyciągnąłem ją odrobinę bliżej ramieniem, żeby nie było wątpliwości, że wcale nie zamierzam się odsuwać. Odwzajemniłem jej spojrzenie, nie uciekając wzrokiem, nie mrugając ani nie patrząc gdzie indziej. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, jakby to było najbardziej naturalne, co moglibyśmy w tym momencie robić. Ten sposób patrzenia wydawał mi się wręcz przyziemny, ale w gruncie rzeczy nie miał w tym nic złego. Byliśmy dorośli, ona była atrakcyjną kobietą, między nami istniał wyraźny pociąg, a nasza relacja, chociaż nieokreślona i nie nazwana, odpowiadała nam obojgu. Znałem jej nastawienie, widziałem, kim była, ona znała mnie z całym moim bagażem i niedoskonałościami. Mimo że znaliśmy się słabo, byliśmy świadomi różnic, które nas dzieliły - a te różnice były naprawdę znaczące. Nie wiedziałem, co w niej było, nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, nawet gdybym musiał, ale wiedziałem, że chcę tu siedzieć, chcę ją trzymać blisko, bo całkiem dobrze mi z tym wszystkim, co dawno wypchnąłem z siebie i zamknąłem na cztery spusty. Z Prudence to wracało. Czułem, jak to jest - w tym dobrym sensie - siedzieć z kimś i nie musieć się pilnować, jakie to jest dziwnie łatwe, kiedy siadam obok niej, obejmuję ją ramieniem i wiem, że nie muszę natychmiast wstać, wymigać się, rzucić żartu na odczepnego, odsunąć się na metr, żeby zachować ten idiotyczny margines bezpieczeństwa, który przez lata robił za barierę ochronną między mną a resztą świata. Z Prudence to działało inaczej. Nie wiedziałem, czy to kwestia tej jej cichej cierpliwości, czy może tej niepokojącej nuty w spojrzeniu, tej wiecznej gotowości, żeby rozłożyć coś na czynniki pierwsze i sprawdzić, co naprawdę ma w środku. Była w niej jakaś miękka surowość - paradoks, wiem - ale chyba właśnie to mnie kupowało. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym - bez wielkich deklaracji. Tak, jakby po latach dusznego, suchego powietrza ktoś otworzył okno i wpuścił wreszcie trochę tlenu...
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ccc7240dbb1eef477505caa8245ecd5/949442f9986ad81f-c0/s250x400/3a44c5a40d69ada03ae5240fcdb4492a508b5d31.png[/inny avek]


RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Prudence Fenwick - 16.07.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EkcSkNT.jpeg[/inny avek]

Prue nigdy nie odczuwała potrzeby, a przynajmniej tak sobie powtarzała, aby ktoś znajdował się blisko niej. Trawiła wszystko sama, wyciągała wnioski, analizowała, pracowała nad sobą. Było tak od zawsze, nawet kiedy z zewnątrz mogło się wydawać, że nie była samotna, że miała wsparcie. Nawet wtedy nie miała w zwyczaju dzielić się swoimi przemyśleniami, czy rozważaniami. Obawiała się, że może zostać potraktowana protekcjonalnie, bo nie do końca wpasowywała się w ramy, które spora część społeczeństwa traktowała jako normę. W przypadku Benjy'ego z lekkością przychodziło jej mówienie. Nie musiała zastanawiać się nad tym, czy uzna coś za głupie, nieodpowiednie, nie dał jej powodu ku temu, by mu nie ufała, wręcz przeciwnie - póki co okazywał dla niej ogromne zrozumienie, do którego nie była przyzwyczajona. Jak widać jednak łatwo było jej do tego przywyknąć, otwierała się coraz bardziej i wcale tego nie żałowała.

Być może było to związane z tym, że wiedziała, iż nie zostanie tu na zawsze. Nawet jeśli palnęłaby coś skrajnie głupiego, czy nie do końca zgodnego z tym, czego powinno się oczekiwać po kimś jak ona to nie ciągnęłoby się to za nią w przyszłości. Zresztą zaczęła chyba też zauważać, że nie do końca odpowiadało jej spełnianie czyichkolwiek oczekiwań, w końcu chciała zdjąć wszystkie maski i pokazać to, co kryło się pod nimi. Benjy powodował, że wydawało się to być najbardziej właściwym posunięciem, zresztą coś sprawiało, że  chciała, aby poznał ją taką, jaka była naprawdę, a nie tę oficjalną wersję, którą pokazywała całemu światu. Niby przywykła do grania, ale okazało się, że nie zawsze musiała to robić, wystarczyło odpowiednie towarzystwo by mogła być sobą. Pojawiło się zupełnie niespodziewanie, w jednym z najdziwniejszych momentów jej życia, ale może tak właśnie miało być? Nie było sensu z tym walczyć, wręcz przeciwnie, bez zbędnego analizowania postanowiła po prostu w to wejść i zobaczyć, czy przyniesie jej jakieś poważniejsze zmiany, chociaż tego również nie mogła być pewna, może tylko on miał ten dar, może miał to być wyłącznie ten jeden, jedyny raz kiedy zmiana przyzwyczajeń mogła okazać się być czymś dobrym. Wcale nie czuła się przez to bezbronna, bo to uczucie towarzyszyło jej zazwyczaj kiedy pokazywała więcej niż chciała, mogła być przy nim sobą tak po prostu. Nie miał w stosunku do niej żadnych oczekiwań, nie miał mieć, bo był to tylko moment wykradnięty rzeczywistości, i może ogromnie się różnili, może mieli skrajne doświadczenia, to jednak bardzo łatwo przyszło im znalezienie nici porozumienia. Stali się dla siebie tymczasowym azylem.

Cisza, która się między nimi pojawiła nie przynosiła niezręczności. Mogli ze sobą rozmawiać, milczeć, przychodziło im to tak po prostu, zwyczajnie, jakby robili to od lat, a nie ledwie od kilku dni. Nie mieli potrzeby nazywać tego, co się między nimi działo, nie pojawiały się za tymi gestami żadne deklaracje, po prostu korzystali z chwili, trwali przy sobie, bo w tym momencie to wydawało się być tym, czego potrzebowali.

Noc była całkiem przyjemna, mimo tego, że w powietrzu można było wyczuwać już jesień, która niosła ze sobą niższe temperatury i szarość. Fale głośno rozbijały się o klify, ten dźwięk jednak uspokajał, z czasem można było się do niego przyzwyczaić i brzmiał mniej intensywnie, jakby dochodził z daleka. Otoczona ramionami mężczyzny nie czuła chłodu, który przynosiła noc, tylko ciepło jego ciała.

- Oczywiście, że umiesz, nie zaproponowałbyś tego, gdybyś nie umiał, prawda? - Zdawała sobie z tego sprawę. Benjy miał sporo ukrytych umiejętności, których jeszcze nie miała szansy poznać. Tak właściwie to poznawanie go okazało się być naprawdę fascynującym zajęciem. Zastanawiała się ile jeszcze w sobie skrywał i jak wiele miał zamiar jej pokazać. Nie wątpiła w to, że jest bardzo interesującym człowiekiem.

Mieli umowę. Została potwierdzona tym drobnym gestem. Nie było już odwrotu, teraz będzie musiała rzucić wszystko i pozwolić mu się zabrać w nieznane, nieszczególnie jej to przeszkadzało. Czuła, że to może być naprawdę przyjemnie spędzony czas, mimo tego, że przecież miał być jak najbardziej bezproduktywny. - To groźba, czy obietnica? - Nie miała pojęcia, czy faktycznie kiedyś uda im się gdzieś razem uciec, dobrze było pozwolić sobie myśleć o czasie jaki mogliby razem spędzić, ale nie miała złudzeń, że faktycznie się to wydarzy, chociaż może, kiedyś? Może będzie miał ochotę znowu wyrwać się ze swojego życia na jakiś moment i przypomni sobie wtedy o niej. Nie mogła zakładać niczego, bo Benjy wydawał jej się być bardzo nieprzewidywalny w przeciwieństwie do niej. Na pewno będzie wiedział, gdzie ją znaleźć, to wcale nie było takie trudne, zwłaszcza, że nie zamierzała się też przed nim ukrywać.

Propozycja z którą wyszła przyszła jej całkiem naturalnie, chociaż raczej nie robiła podobnych rzeczy. Nie wpuszczała do swojego mieszkania kogo popadnie. Raczej niewiele osób wiedziało jak wygląda jej dom, strzegła tego miejsca, bo zbyt wiele o niej mówiło. Było jej azylem, tam mogła pozwolić sobie na bycie sobą. Zaprowadziła tam Benjy'ego przy ich pierwszym spotkaniu, chociaż nigdy nie spodziewała się, że pojawi się na jej drodze ponownie, już wtedy mu zaufała, chociaż nic o nim nie wiedziała. Czuła gdzieś podskórnie, że nie zrobi jej krzywdy, że jest dobrym człowiekiem, chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak ktoś kto mógłby ją zabić w kilka sekund.

Powinna się tego spodziewać, prawda? Sama wsunęła mu w dłoń sztylet i teraz mógł nim uderzyć w nią bardzo precyzyjnie, no nie był to sztylet, a słowa, a jednak również świetnie sobie z nimi radził. Tak właśnie kończyło się bycie za bardzo swobodnym. No nic, jakoś sobie z tym poradzi.

Poczuła ciepło które zaczęło palić jej policzki. Nie do końca o to jej chodziło, nie dosłownie, ale teraz nie bardzo jak miała z tym walczyć, bo przecież padło to z jej ust. - Chyba tak? - Nie wypadało, żeby teraz sobie sama zaprzeczała. - To znaczy tak. - Postanowiła brnąć w to dalej, bo co innego jej pozostawało?

- Jesteśmy inni od tych ludzi. - Nie miała pojęcia, jak to powinno wyglądać w teorii, ale nic nie przeszkadzało temu, aby przyjęli swoją własną wersję prowadzania się, czyż nie? Nie chciała, żeby pomyślał sobie, że miała jakieś konkretne oczekiwania które mogły kryć się pod słowem, które padło z jej ust. - Całkiem szybko poszło, spodziewałam się po Tobie większej asertywności, ale skoro tak... - Cóż, jej wina, czyż nie? Zresztą w ich przypadku nie miało to nieść ze sobą praktycznie żadnego ciężaru. Wiedzieli na co się piszą, nie oszukiwali się, nie deklarowali niczego, czego nie mogli spełnić. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby został jej tymczasowym chłopakiem, szczególnie, że najwyraźniej wcale nie przeszkadzało mu to nazewnictwo.

- Tylko nadal liczę na te pocztówki, mam nadzieję, że zostaną w pakiecie. - Nie mogła mu ich odpuścić, naprawdę miała nadzieję, że dostanie jedną, czy dwie kartki, że może tak szybko o niej nie zapomni, dobrze było bowiem mieć świadomość, że gdzieś tam, nawet jeśli bardzo daleko jest ktoś kto o Tobie pamięta.

- Szkoda marnować czas, przecież nie mamy go zbyt wiele, można pominąć więc niektóre stopnie. - Było to całkiem proste, zresztą Prue nie była szczególnie dobra w teorii, czy praktyce. Nie do końca wiedziała, jak powinna przebiegać ewolucja związku, a tak właściwie to jeszcze całkiem niedawno nawet nie wiedziała, że może on między nimi zaistnieć nawet na chwilę, chociaż, czy na pewno? Nie dało się ukryć, że coś ich do siebie przyciągało, zresztą widziała, że się z nią droczył, ale poszła w tę narrację, bo czemu by nie. Niczego nie traciła, a całkiem miła była wizja posiadania tymczasowego chłopaka. - Musisz być czujny, gdybym zaczęła przeskakiwać kolejne stopnie, kto wie w co jeszcze Cię wrobię. - W końcu to ona była odpowiedzialna za to całe zamieszanie, nie mógł jej pozwalać na zbyt wielką swobodę, bo nie wiadomo, jak mogło się to skończyć.

Nie wydawał się być jednak szczególnie przerażony tym jakże zabójczym tempem jakim galopowało to, co się między nimi działo. Prue dostrzegała uśmiech na twarzy mężczyzny, zresztą ona również nie przestawała się uśmiechać. Zupełnie przestała myśleć o tym, co spowodowało, że się tutaj znaleźli, cieszyła się kolejną chwilą, którą mogli razem spędzić.

- Na szczęście nie będzie to pierwszy raz, myślę, że jestem w stanie sobie poradzić z podobnymi epitetami. - Tak naprawdę niekoniecznie interesowało ją to, co pomyśli jej brat. Była dorosła, mogła robić to na co miała ochotę, nawet jeśli Elias zapewne nie spodziewał się tego, że kiedykolwiek mogłaby zainteresować się w taki sposób jego przyjacielem, zresztą ona sama nie wpadłaby na to, że coś podobnego może się wydarzyć, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że pojawiło się coś na co nie miała wpływu. Zapewne gdyby jej zależało to mogłaby udawać, że Benjy był jej obojętny, ale nie chciała tego robić. Była nową wersją siebie, która przestała analizować, czy kalkulować.

Benjy przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie, nie uciekł, nie zostawił jej samej pośród tej ciemnej, chłodnej nocy mimo tej dziwnej rozmowy, którą odbywali. Czy mogła chcieć więcej? Naprawdę nie potrzebowała wiele do szczęścia, okazywało się, że wystarczała jej jego obecność. Spoglądali na siebie dłuższą chwilę, nie próbowała wyczytać nic więcej z jego oczu, bo wszystko wydawało się być jasne. Chcieli tu być, chcieli znajdować się przy sobie, nic innego w tej chwili się nie liczyło. Wyjątkowo skupiała się na teraźniejszości, a nie przeszłości, czy przyszłości i to było całkiem przyjemnym uczuciem, bo nie musiała się niczym martwić, niczego dociekać, mogli tak sobie po prostu trwać. Tego najwyraźniej potrzebowali.




RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Benjy Fenwick - 16.07.2025

Prawda jest taka, że gdyby ktoś kilka tygodni temu powiedział mi, że będę tu siedział - z nią, w tym idiotycznym, metaforycznym korytarzu między wczoraj a jutrem - i dam się wrobić w cokolwiek, co przypomina chłopaka, wyśmiałbym go prosto w twarz. Nie pasowało to do mnie - do tej wersji mnie, którą sam sobie wyhodowałem. Wszystko, co miałem, trzymałem w garści - ludzi, układy, zamiary. Prue była inna - to było w niej cholernie niebezpieczne, bo ona wcale nie próbowała mnie trzymać, i nie musiała. Wystarczyło, że była, z tym rumieńcem, który sam w niej rozbudziłem, z tymi oczami, które jeszcze udawały, że potrafią patrzeć na mnie spokojnie. Powinna była wiedzieć, że takie rzeczy nie kończą się dobrze. Nie kończą się w ogóle - raczej rozwalają człowieka od środka, tak, że potem przez tydzień myślisz o tym jednym spojrzeniu. Oboje powinniśmy mieć to na uwadze. Z tym, że chyba nie mieliśmy.
- Oczywiście, sze umiem. - Nie zdziwiła mnie tym ani trochę, raczej rozbawiła, taki miała urok - mówiła to, co już oboje wiedzieliśmy, tylko z taką miną, jakby sama właśnie odkryła coś wielkiego. - Tylko... To wygląda, jakbym szię obijał, a tak naplawdę lobię to s pełnym zaangaszowaniem, więs... - Właśnie w tym momencie doszło do mnie to, że moje „bezproduktywne” wcale nie było takie bierne...
- Glośba czy obietnica? - Powtórzyłem za nią, przechylając głowę, jakbym się nad tym naprawdę zastanawiał. - Wies, sze w moim pszypadku jedno i dlugie znaczy to samo, plawda? - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, który obiecał jej wszystko i nic jednocześnie. - Jeśli jusz mi szię zachce cię gdzieś polwaś, to nie dam ci szię s tego wymigaś... - Miałem ochotę się zaśmiać, bo wiedziałem, że połowa tej groźby była tak naprawdę dla mnie samego. To ja bym musiał rzucić wszystko, żeby naprawdę ją gdzieś zabrać...
Oczywiście, że powinna się była tego spodziewać - tego, że jej własne słowa prędzej czy później staną się moją ulubioną bronią - a jeśli tego nie zrobiła, to tym lepiej dla mnie - tym milej mi było patrzeć, jak się rumieni, zaciska usta w półuśmiechu, próbuje się ratować tym swoim nieprzekonującym „Chyba tak.” przerobionym na „To znaczy tak.”. Ani przez chwilę nie zamierzałem jej ułatwiać. Nigdy nie słynąłem z tego, że puszczałem takie okazje mimo uszu. Zawsze byłem szybki, zawsze wiedziałem, kiedy wbić igłę i jak zrobić to tak, żeby zabolało tylko tam, gdzie miało. Zresztą… Nie robiłem tego, żeby zabolało. Robiłem to, bo w jej przypadku każde słowo, które wymknęło się spod kontroli, pachniało obietnicą, a ja bywałem jak pies spuszczony ze smyczy - jak już coś wpadło mi w zęby, to nie puszczałem. Zamrugałem, przechylając lekko głowę, jakbym naprawdę rozważał każdy jej wyraz twarzy i reakcję, chociaż z pewnością dobrze wiedziała, że rozbawiło mnie to na długo przed tym, nim zdążyła skończyć. Łatwo było się domyślić, że sama wpakowała się w pułapkę, i nie miałem ani krztyny współczucia, żeby ją z niej wyciągnąć. Była dorosła, znała mnie, wiedziała, co robi. Nachyliłem się jeszcze bliżej, żeby nie mogła mi uciec wzrokiem - nie, że próbowała - i parsknąłem krótkim, zadowolonym śmiechem, widząc, jak pali ją rumieniec. Cudowny widok.
Miała rację - byliśmy inni od tych wszystkich ludzi, których mijaliśmy każdego dnia. Oni udawali, kleili sobie te przyzwoite historyjki, podpisywali eleganckie umowy, szeptali słodkie kłamstwa w kuchniach o drugiej nad ranem, żeby jakoś wytrzymać obok kogoś, kto nie potrafił zaakceptować ich pełnej, prawdziwej natury - tej nie zawsze ładnej wersji.
- Spodziewałaś szię większej aseltywności? - Powtórzyłem, krzywiąc się w uśmiechu, który nie miał nic wspólnego z rozbrajającym chłopcem z sąsiedztwa - tym, co zawsze grzecznie mówił „Przepraszam za odwagę.” i całował po rękach. Ten uśmiech oznaczał kłopoty... Dla niej, dla mnie, dla wszystkiego, co mogłoby chcieć nas w jakikolwiek sposób zatrzymać przez te kilka dni. - Ja jestem cholelnie aseltywny. Tylko akulat w tej splawie… - Uniosłem brew, żeby zobaczyć, czy się skrzywi. Nie skrzywiła się. Dzielna dziewczyna. - Kompletnie mi nie zaleszy, szeby ci czegokolwiek odmawiaś. - Pozwoliłem, żeby moje palce przesunęły się wyżej, na wewnętrzną stronę jej przedramienia, powoli, leniwie. - No i, nie sądzę, by ktokolwiek mógł byś szczególnie aseltywny, kiedy ktoś go kusi w ten sposób... Poza tym... „Chyba tak” to nie jest to samo, co „tak”, wiesz? - Wywróciłem oczami, wzdychając ciężko nad moim marnym losem. Przechyliłem głowę, uśmiech rozlał mi się po twarzy z wolna, leniwie. - Dobsze, sze szię poplawiłaś. Nie lubię niedopowiedzeń.  - Nachyliłem się niżej, tak że prawie dotykałem ustami jej ucha.
Poruszyła się - krótko, cicho, bezszelestnie, tak, że w normalnych warunkach bym tego nie wychwycił, ale tu nie było normalnych warunków. Wszystko było inne, bardziej odczuwalne, nawet ta drobna, ledwie zauważalna reakcja, która mówiła mi, że mogę więcej. Nie musiała wiedzieć, że tylko ona potrafiła to zrobić tak łatwo - otrzymać tę deklarację, choćby żartobliwą. Wcześniej byłem mistrzem w stawianiu granic, przecinałem wszystko ostrym cięciem. Z nią nie chciałem niczego przecinać, nie teraz - tym bardziej, że nie robiła niczego perfidnie, z pewnością jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby jej do głowy, żeby mnie w coś wrobić. A teraz? Teraz miała mnie owiniętego wokół palca i z każdą minutą zaciskała mi pętlę na szyi, albo sobie na własnej... Może na obu. Tak czy siak - miała rację - szkoda czasu. Szkoda kroków, etapów, stopni i tego całego ścierwa, które normalnie rozkładało się na miesiące. Może kiedyś potrzebowałbym przestrzeni, ale nie teraz, nie z nią. Przestrzeń brzmiała jak żart, kiedy siedziała tak blisko, że mógłbym liczyć pieprzyki na jej szyi. Była ciepła. Zbyt ciepła, jak na tę noc, ale cholera, nie zamierzałem jej tego mówić. Nie cofnęła wzroku, to było coś, co mnie w niej uderzało od początku - patrzyła, nie spuszczała oczu, nawet kiedy powinna, kiedy większość wolałaby udawać, że tego wszystkiego nie ma. Ona nie, mierzyła się ze mną na spojrzenia, na półsłówka, na żarty, w które sama wpadała po kolana.
Pocztówki... Te pieprzone pocztówki... Wpakowała mi w głowę ten obrazek - jak siedzę gdzieś, może na ławce w mieście, którego nie potrafię wymówić, i skrobię do niej kilka zdań, żeby wiedziała, że jeszcze oddycham. Głupi, cholernie naiwny gest, ale oboje wiedzieliśmy, że zrobię to, po tym wszystkim już na pewno - to nie były puste deklaracje, jak wtedy podczas pożaru, już nie.
- Chcesz pocztówki? Dobsze. Będziesz miała pocztówki... S kaszdej speluny, w któlej szię zatszymam, a kaszdego zadymionego dwolca, s kaszdej pazeklętej dziuly... Niech będzie - dostaniesz całe stado pocztówek. Będą bszydkie, kszywo podpisane, mosze zaplamione piwem, ale będą. - Zapewniłem. - Ale nie obiecuję, sze wszystkie będą pszyjacielskie... Napiszę na nich wszystko, co mi pszyjdzie do głowy, a jak znajdziesz w kopelsie coś więcej nisz widok na Lazulowe Wybszesze, to wiesz, sze sama to sobie załatwiłaś... - Dodałem ciszej, z udawaną powagą, której nie było w moich oczach. - Więs uwaszaj, bo mosze szię okazaś, sze będziesz musiała je paliś... - Pieprzona satysfakcja... Może i byłem draniem, ale przy niej cholernie lubiłem być draniem, który coś znaczy, nawet jeśli tylko w tej jednej sekundzie. Siedzieliśmy bardzo blisko. Wiedziałem, że czuje, jak mi bije serce - nieprzyzwoicie szybko, jak na faceta, który ponoć zawsze ma wszystko pod kontrolą. No, cóż - pieprzyć kontrolę.
- Nie wiem, czy to jeszt deklalasja, któlej chciałabyś uszyś, kiedy tak szię na mnie patszysz. - Prychnąłem cicho, sam z siebie rozbawiony, bo to była prawda - każde kolejne jej słowo było jak pętla, którą sam zaciskałem sobie na karku. - Zobaczymy, czy faktycznie masz w sobie tyle odwagi, co słów, ale... Pamiętaj, Bletchley, ja tesz potlafię skakaś i mam tlochę dłuszse nogi. - Powinienem to rzucić z kpiną - powinienem roześmiać się i zbyć to głupim żartem, ale tego nie zrobiłem. Każdy, kto znał mnie chociaż trochę - a ona akurat zaczynała znać mnie w tym właśnie, najgorszym sensie - wiedział, że jak da mi się w dłoń broń, to jej nie odłożę grzecznie na bok. Nie, ja ją obrócę w palcach, wyważę i znajdę miejsce, w które mogę uderzyć najcelniej. W przypadku Prue tym miejscem była ta szczelina między jej ostrożnością a rozbrajającą szczerością. Dla mnie? Idealna szpara, żeby wetknąć tam palec, rozchylić i zajrzeć do środka.
Wpatrując się w Prudence, mierząc się z nią wzrokiem, który nie szukał niczego, bo wiedział już wszystko, czego potrzebowałem, ugryzłem się w policzek, bo jedna z myśli, które przyszła mi nagle do głowy, była zbyt przyjemna, zbyt niebezpieczna i trochę za bliska temu, czego obiecałem sobie nigdy nie robić na poważnie... Cholera.
- No, ploszę... - Mruknąłem w końcu, kiedy cisza między nami zaczynała być wystarczająco gęsta, żeby można ją było rozciągnąć między palcami, jak gumę balonową. - Ani myślę dziękowaś tamtemu dupkowi, ale cokolwiek zlobił, chyba tlochę mu nie wyszło... - Uśmiechnąłem się, bo już czułem, że znowu się podkładam.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ccc7240dbb1eef477505caa8245ecd5/949442f9986ad81f-c0/s250x400/3a44c5a40d69ada03ae5240fcdb4492a508b5d31.png[/inny avek]


RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Prudence Fenwick - 16.07.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EkcSkNT.jpeg[/inny avek]

Całkiem łatwo było przyjąć wersję, w której tak po prostu rozejdą się każde w swoją stronę po tych kilku dniach, które mieli spędzić razem. Wiedzieli na co się piszą, byli dorośli, niby nie mieli żadnych oczekiwań, tyle, że to nigdy nie było takie proste. Szczególnie, że zaczęli się przed sobą otwierać, pokazywać swoje prawdziwe oblicza. Bardzo łatwo było przyzwyczaić się do czyjeś obecności, zwłaszcza, że nie była ona w żaden sposób wymuszona. Chcieli tego, zaczęli się do siebie zbliżać, dosyć odważnie, niczym się właściwie nie przejmując. Zapewne dość szybko życie ich zweryfikuje, pokaże, że nie dało się tak zupełnie bezboleśnie rozejść każde w swoją stronę, tak, czy siak te kilka wspólnie spędzonych dni było warte tego, co miało nadejść, nawet jeśli pojawi się jakaś wyrwa w miejscu, w której pewnie by się jej nie spodziewała. Całkiem przyjemnie bowiem było znowu poczuć, że się żyje, a nie tylko egzystuje pośród tych wszystkich ludzi.

Zamiast myśleć o tym, co nadejdzie zamierzała skupiać się na tym czasie, który jeszcze był im dany, na tym co mieli razem przeżyć, czuła, że będzie miała co wspominać. Tym bardziej, że póki co, Benjy nie podał konkretnej daty, wiedziała, że wyjedzie, taka była jego natura, ale nie siedziała tutaj z nim po to aby ją zmieniać. Raczej chciała go poznać, zbliżyć się do niego, póki miała taką możliwość. Dobrze czuła się w jego towarzystwie, okazał się być wyjątkowo ciekawym rozmówcą, ale nie chodziło tylko o to, coś ją do niego przyciągało, pojawiła się pewna fascynacja, której nie spodziewała się raczej już odczuwać. Zamiast z tym walczyć postanowiła zobaczyć do czego ją to doprowadzi, tym bardziej, że on również nie był bierny, wyczuwała, że nie tylko ona tego chce, a więc skoro byli w tym razem nie było sensu stawiać oporu.

- więc to wcale nie jest takie bezproduktywne. - Pozwoliła sobie wejść mu w słowo, oczy jej błysnęły, bo wiedziała, że tym razem to ona trafiła całkiem celnie. - Coś mi się tu nie zgadza Benjy, jak to w końcu jest z tą bezproduktywnością? - Dodała jeszcze całkiem lekko, ale była zadowolona z tego, że udało jej się tym razem złapać go za słówko. Ona również korzystała z nadarzających się okazji, była czujna, no poza tymi momentami, gdy się zawieszała.

- Nie wiem, czy powinnam się bać, czy raczej z ekscytacją oczekiwać, kiedy pojawisz się przed moimi drzwiami, nie ułatwiasz mi tego. - Oczywiście, że nie określił tego jednoznacznie, tego również powinna się była spodziewać, Fenwick potrafił zamieszać, chyba powinna do tego przywyknąć, nie żeby jej to przeszkadzało. Całkiem dobrze było mieć świadomość, że w końcu trafiła na godnego siebie przeciwnika.

- Skoro tak, to mogę spać spokojnie. - Nie chciała go podpuszczać, chociaż właśnie to robiła. Nie wydawało jej się, aby zbyt szybko miał chęć rzucić wszystko i zabrać ją na urlop. Nie oszukujmy się, wiedziała, że jest raczej tylko chwilową przystanią w jego nomadzim życiu, takie osoby nie były szczególnie sentymentalne, na pewno będzie miał coś ciekawszego do robienia niżeli zabranie Prue na wakacje jej życia.

Dosyć szybko zorientowała się, że sama włożyła mu broń w rękę. Oczywiście, że oczekiwała tego iż skorzysta z okazji, bo przecież sama zrobiłaby to samo. Nie potrzebowała taryfy ulgowej, raczej wolała stawić czoła temu co miało nadejść, a wierzyła w to, że Benjy będzie umiał wykorzystać ten moment. Nie zawiodła się, zrobił to bardzo precyzyjnie, przez co zaczęła się rumienić, nie odrywała jednak wzroku od jego oczu, nie mogła tego zrobić. Była gotowa do tej konfrontacji, która wcale nie była taka bolesna. Wiedziała, że się z nią droczy i sprawdza na ile może sobie pozwolić, co ciekawe nawet podobało jej się to, kiedy rozmawiali ze sobą w ten sposób.

- Tak, chociaż odrobinę większej asertywności. - Nie zamierzała udawać, że było inaczej. Benjy na pewno potrafił stawiać granice, a w tym wypadku raczej tego nie robił. Pozwolił jej korzystać z numenklatury, która była raczej całkiem jasna, faktycznie brzmiała dość poważnie, chociaż ich przypadek nieco różnił się od tych typowych. Nie byli standardową parą, która miała tworzyć coś na dłużej, mógł uznać to nazewnictwo za zupełnie zbędne, a sam jej oświadczył, że zrobiła z niego swojego chłopaka i najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu. Skoro tak, to niech już nim pozostanie, nawet na tę krótką chwilę.

- Nie powinieneś mi tego mówić, jeszcze to wykorzystam w nieodpowiedni sposób. - Tak właściwie to nie pamiętała, czy kiedykolwiek ktoś podzielił się z nią podobnymi przemyśleniami. Było to dość odważne, oczywiście, że nie zamierzała wykorzystywać tego przeciwko niemu, ale świadomość, że nie chce jej niczego odmawiać nieco ją zaskoczyła.

Poczuła palce przesuwające się po jej przedramieniu, spojrzała na jego dłoń kątem oka, po czym wróciła do twarzy mężczyzny, całkiem skutecznie rozproszył ją na moment. Ta bliskość była dla niej czymś nowym, ale nie wydawała jej się niewłaściwa, wręcz przeciwnie przychodziła im całkiem naturalnie. Ich twarze znajdowały się coraz bliżej siebie, to również nie było do końca bezpieczne, bo wiedziała, że w końcu nie będzie potrafiła się opanować. Tyle, że skoro aktualnie był jej chłopakiem, to nie powinna się tym przejmować, czyż nie?

- Tak mi się właśnie wydawało, dlatego to sprostowałam. - To wcale nie było takie trudne, chociaż z początku wydawało jej się nie być na miejscu, jednak docierało do niej, że nie miał nic przeciwko temu, dzieli czemu poczuła się pewniej. Nie chciała bowiem w żaden sposób go osaczać, czy mu się narzucać, wręcz przeciwnie zdawała sobie sprawę, że może być osobą, która zupełnie tego nie potrzebowała, najwyraźniej źle go oceniła, a może faktycznie to była jej zasługa? Wydawał się być szczery w swoich wszystkich słowach, reagowali na siebie podobnie, bo ona również w tej chwili nie byłaby mu stanie odmówić czegokolwiek, tyle, że się z nim tym nie podzieliła.

- Nie muszą być ładne, ważne jest to, że będą. - Zdawała sobie sprawę, że na początku raczej nie zamierzał spełnić tej prośby, teraz jednak coś się zmieniło. Mówił o tym tak, jakby faktycznie mógł sobie siebie wyobrazić podczas pisania tych krótkich wiadomości. Cieszyło ją to, bo może nie była im pisana wspólna przyszłość, ale chciała wiedzieć, gdzie aktualnie przebywa i czy jakoś się miewa, czy jeszcze żyje. Nie był jej obojętny, nie po tym, co ostatnio razem przeżywali.

- Nie spalę żadnej, po prostu część wyląduje pod łóżkiem, skoro nie będzie się nadawała do powieszenia na lodówce. - Nie oczekiwała, że będzie do niej pisał same mile rzeczy, wręcz przeciwnie, liczyła na to, że będzie się z nią dzielił prawdą, że będzie potrafiła ocenić jak się czuje. W końcu zaczęli tę nowo - starą znajomość od bycia przyjaciółmi, nie zamierzała porzucać tej wizji mimo tego, że to co działo się między nimi w tej chwili już dawno minęło granicę przyjaźni.

- Tak, to znaczy jak? - Zapytała, jakby wcale nie wiedziała, co miał na myśli, jakby nie była się w stanie tego domyślić, uniosła głowę jeszcze wyżej, mógł to potraktować jako kolejne rzucone przez nią wyzwanie. Nie mrugała, po prostu na niego patrzyła.

- Sprawdź mnie. - Prowokowała go i robiła to całkiem świadomie, jakoś tak całkiem naturalne wydawało jej się reagowanie w ten sposób na jego zaczepki. Odwróciła się przy tym jeszcze bardziej w jego stronę, nie odrywając spojrzenia od twarzy mężczyzny i oparła swoją lewą dłoń na jego klatce piersiowej, chciała poczuć pod opuszkami palców bicie jego serca, bo albo jej się wydawało, albo również przyspieszyło swój rytm tak jak jej serce.

Nie musieli udawać przed sobą, że tego nie chcą, wręcz przeciwnie mogli sobie pozwalać na naprawdę wiele i sama była ciekawa dokąd ich to doprowadzi, bo ani Prue ani Benjy nie mieli w zwyczaju odpuszczać. Zresztą działo się to nawet wtedy kiedy byli dzieciakami, jak się okazywało można to było wykorzystać w zupełnie innych sytuacjach, że też przez tyle lat, gdy znajdowali się obok siebie na to nie wpadli.

Po raz kolejny sama wręczyła mu w dłoń broń, ale robiła to świadomie, gdyby tego nie chciała to na pewno nie użyłaby podobnych słów, w jego towarzystwie nie musiała się niczym przejmować, wręcz przeciwnie raczej chciała sięgać po to, co wcześniej nie wydawało się jej być odpowiednie. Zresztą dawno nie czuła takiej ekscytacji związanej z obecnością drugiego człowieka, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby przekraczać granice, które kiedyś były dla niej nieprzekraczalne.

- Najważniejsze, że nam wychodzi. - Nie było sensu skupiać się na tym, co było wcześniej, raczej wolała myśleć o pozytywach, a w tej chwili widziała ich naprawdę wiele. Jednym z nich była jego twarz znajdująca się tak blisko jej, szczególnie, że miała już szansę poznać smak jego ust i bardzo chętnie by go ponownie skosztowała.




RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Benjy Fenwick - 17.07.2025

Siedzieliśmy na tej skarpie tak długo, że chyba przestaliśmy słyszeć, jak morze uderza o skały. Szum stał się czymś więcej niż dźwiękiem, był częścią nas - tego, jak oboje milczeliśmy między jednym jej pytaniem a moją odpowiedzią, moim pytaniem a jej odpowiedzią, coraz bardziej rozluźnieni chłodem zupełnie innego powietrza niż to, którym oddychaliśmy jeszcze godzinę wcześniej. Wcale nie chciałem się zrywać stąd pierwszy, nie teraz, kiedy siedziała tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby poczuć, jak ciepło bije z niej na mnie. Oparłem łokieć o kolano, drugą rękę zacisnąłem lekko na jej talii, jakbym chciał ją przytrzymać na tym wąskim skrawku plaży, której kawałek ukradliśmy tej nocy tylko dla siebie. Była tak blisko, że czułem jej oddech na własnej szyi. Morze poniżej huczało spokojnie, ale ja miałem wrażenie, że najgłośniej było nie na zewnątrz, a pod skórą - wyczuwalne w pulsie, w napięciu, które rozlewało się po plecach i żołądku, jak coś niebezpiecznie znajomego. Zacząłem się uśmiechać, zanim jeszcze zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć - jej oczy błyszczały zbyt pewnie, żeby mogła udawać, że nie czuje satysfakcji z tego, iż mnie złapała. Zamrugałem, bo to, jak gładko i pewnie wbiła mi ten nóż między żebra, było wręcz godne podziwu - nie miałem nawet czasu wymyślić zgrabnej riposty, zanim zdążyła mnie złapać za słowo. Westchnąłem, udając ciężkie zrezygnowanie, ale palce dalej błądziły po jej skórze. Przesunąłem dłonią wzdłuż jej ramienia, aż do nadgarstka, i zatrzymałem ją na jej pulsie - czułem, jak bije szybciej. Dobrze. Nie byłem sam w tym, co we mnie narastało.
- Okej, tu mnie masz, mosze nie umiem byś zupełnie besploduktywny, ale pszynajmniej mam w tym j a k i e ś doświadczenie... - Bardzo lekko pokręciłem głową, podkreślając to jedno słowo, bo było ważne - ostatni argument, jaki jeszcze miałem w tym temacie.
Prue patrzyła mi w oczy i doskonale wiedziała, że za chwilę powiem coś, czego może nie powinna słyszeć, ale sama otworzyła tę furtkę. Zawsze wiedziała, jak mnie sprowokować. Jeszcze zanim zdążyłem zareagować słownie, już poczułem, jak moja dłoń samoistnie wędruje z powrotem na jej przedramię, a kciuk zatacza kółko na skórze. Złapałem jej spojrzenie, wpatrując się w nią intensywnie, ale ona nie odwróciła wzroku, chociaż oboje wiedzieliśmy, że powinna. W jej oczach tliło się coś, co zawsze prowokowało we mnie najgorsze i najlepsze rzeczy jednocześnie. To nie był strach - nigdy nie patrzyła na mnie ze strachem, tylko z tym swoim cholernym wyzwaniem, którego nie potrafiłem zignorować.
- Spaś spokojnie… - Prychnąłem cicho, bo z jej ust to brzmiało prawie jak kpina. - Zlobię wszystko, szebyś nie spała spokojnie, wiesz o tym, plawda? - Uśmiechnąłem się kątem ust i przesunąłem kciukiem po jej nadgarstku, czując, że ma równie przyspieszony puls jak ja.
- Naplawdę mówisz, sze potrzebuję tlochę więcej aseltywności w naszych stosunkach? - Spytałem spokojnie, głaszcząc jej przedramię tak, jakby to był zupełnie normalny gest, a nie coś, co oboje czuliśmy w kręgosłupie. Spojrzałem prosto w te jej brązowe oczy, które właśnie błyszczały z zadowolenia - i dobrze, niech błyszczą, zasłużyła. - To besczelne, wiesz dobsze, sze nie chodzi o to, sze nie umiem mówiś „nie”... Po plostu nie chcę tego mówić tobie, i chyba oboje wiemy, dlaczego... - Westchnąłem teatralnie.
To był idealny moment, żeby się cofnąć - dać jej złapać oddech, udawać, że mogę to wszystko puścić płazem, sobie i jej, ale ja nie zamierzałem odpuszczać. Nie przy niej, nie teraz, nie kiedy jeszcze przed chwilą sama podała mi obusieczną broń do ręki. Zbyt dużo czasu minęło, za dużo sobie powiedzieliśmy, żeby teraz odpuszczać, zwłaszcza, kiedy sama mi to dała.
- Skolo jusz mnie nazwałaś swoim chłopakiem. - Uniosłem brew, patrząc na nią zupełnie poważnie. - To, wiesz… Tlochę głupio byłoby byś ostatnim dupkiem dla samego bycia dupkiem. Oczywiście, jeśli chcesz, mogę ci pokazaś, jak wygląda moja aseltywnoś, ale nie sądzę, szebyś chciała ją telas oglądaś. - Nie zamierzałem udawać, że nie wiem, w co gramy, ani że nie zamierzam wygrać - zawsze mieliśmy mieć remis. Dawno powinienem spieprzać, zamknąć się gdzieś, gdzie nie mogłaby mnie złapać tym swoim „sprawdź mnie” - ale oczywiście, że tego nie zrobiłem. Zamiast tego siedziałem i patrzyłem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zapowiadał same kłopoty. Siedzieliśmy na tej skarpie już dłużej, niż planowałem, ale nie było nic, co mogłoby mnie stąd odciągnąć, odkąd jej palce znalazły się na mojej piersi. Morze pod nami szumiało idealnie w tle, wiedziało, że nie ma teraz znaczenia. Wiatr, chociaż ostry, również nie miał nic do gadania, bo całe ciepło, jakiego potrzebowałem, gromadziło się teraz w miejscach, w których Prudence dotykała mnie bez wahania. Jej oddech był gorący, kiedy znów uniosła głowę, jeszcze wyżej, jeszcze bliżej. Widziałem, jak jej źrenice rozszerzają się, kiedy wbijała we mnie ten swój spokojny, a jednak prowokujący wzrok. Miała rację - nie powinienem jej mówić, że nie chcę jej niczego odmawiać, ale nie kłamałem, nigdy - przynajmniej nie w tym. Pochyliłem głowę, żeby złapać jej wzrok znowu, gdy spytała: „Tak, to znaczy jak?” Cały spokój wyparował dokładnie w tym momencie, gdy oparła rękę na mojej piersi i zapytała, jak na mnie patrzy. Nie próbowałem się odsunąć. Nie było sensu udawać, że mnie to nie rusza. Nie było sensu wmawiać jej, że to wszystko - ta skarpa, te ciemności, ten zapach soli i jej głos tak blisko - jest obojętnym mi przypadkiem.
- Widzisz, Plue. - Zacząłem cicho, ledwie odrywając wzrok od jej oczu, bo właśnie w tym spojrzeniu miała całą przewagę. Przesunąłem dłonią wzdłuż jej ramienia, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy mieli całą noc - może i mieliśmy, kto by to teraz kalkulował. - Nie wszystko, co wydaje się logiczne, naplawdę takie jest. Ty i ja doskonale o tym wiemy. To, sze coś nie zostawia fizycznego śladu, nie znaczy, sze nie zostawia śladu tu... - Przesunąłem kciukiem po jej skroni, delikatnie, tak jakby wystarczyło muśnięcie, żeby przypomnieć jej, ile razy już tu byliśmy - w strefie myśli i założeń. - Cósz... Tak, jak patrzy na kogoś, kogo nie powinno się chcieć w ten sposób. Tak, jakby to, co planujesz, miało być jednocześnie najlepszą i najgorszą decyzją twojego życia. Tak, jakbyś wiedziała, że jest obiema na las...
Morze szumiało cicho, nie przeszkadzało w niczym, miałem wrażenie, że szumi dla nas, ciemność za plecami też jest teraz nasza. Nie byliśmy parą, która planowała wspólne śniadania i zakupy na niedzielę. Byliśmy czymś lepszym, czymś bardziej niebezpiecznym. Czymś, co w tej chwili w ciemnościach nad morzem było cholernie prawdziwe. Wiedziałem, że choćby jutro wszystko miało wrócić do stanu „przed”, dzisiaj, tu nad morzem, wszystko było dokładnie tak, jak miało być - właściwie niewłaściwe, nasze.
- Jeśli mam byś twoim chłopakiem… - Wypowiedziałem to słowo z tym samym rozbawieniem, z jakim pierwszy raz je wymówiłem. - To wiesz, że masz plawo wykoszystaś wszystko, co ci powiem... I vice versa.
Czułem, jak przyspiesza jej oddech, a mięśnie ramion drżą, kiedy wciąż opierała dłoń na mojej piersi. Siedzieliśmy na tej skarpie tak długo, że gdyby ktoś nas obserwował z oddali, pewnie pomyślałby, że zgubiliśmy gdzieś po drodze czas, może nawet zdrowy rozsądek. Morze falowało pod nami, spokojne, niemal leniwe, a ja oddychałem razem z nim, ale moje myśli nie miały w sobie nic z tego spokojnego szumu fal.
- Najwaszniejsze, sze nam wychodzi? - Powtórzyłem jej słowa, z ironicznym rozbawieniem w głosie. - Fakt, wychodzi nam wszystko. Nawet to, czego oboje mieliśmy nigdy nie lobiś...
Nasze usta dzielił jeden oddech. Mógłbym to przedłużać w nieskończoność, ale po co, skoro oboje wiedzieliśmy, że to już postanowione? Nie cofnąłem się ani o centymetr. Ba, sam zatarłem tę resztkę dystansu - wystarczyło jedno westchnienie, żeby poczuć jej usta znów tam, gdzie powinny być.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ccc7240dbb1eef477505caa8245ecd5/949442f9986ad81f-c0/s250x400/3a44c5a40d69ada03ae5240fcdb4492a508b5d31.png[/inny avek]


RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Prudence Fenwick - 17.07.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EkcSkNT.jpeg[/inny avek]

Świat wydawał się zatrzymać w miejscu, przestała słyszeć wszystkie odgłosy dochodzące z zewnątrz, które zazwyczaj przypominały jej o tym, że jest tylko jego małą częścią. Zamiast tego skupiała się na nim, a może chodziło po prostu o to, że to Benjy był w tej chwili wszystkim co się dla niej liczyło. Nie analizowała tego, po prostu się w niego wpatrywała, korzystała z tego, że był tak blisko, że otaczał ją swoimi ramionami, zapachem, nie potrzebowała w tej chwili niczego innego, nic nie było w stanie jej rozproszyć. Tak naprawdę wydawało jej się, że byli gdzieś obok, z dala od tego miejsca, trochę nierzeczywiści chociaż czuła na skórze jego dotyk, co potwierdzało, że to działo się naprawdę. Nie było snem, czy mrzonką. Siedzieli tutaj razem, ukryci przed tym, co czekało na nich tuż obok.

Rozmawiali, milczeli, poznawali się coraz bardziej, uczyli się siebie, przy okazji zdając sobie sprawę z tego, że nie byli w stanie przynajmniej jak na razie trzymać się od siebie z daleka, nawet jeśli mogło to być dla nich bezpieczniejszą opcją. Nie chciała już jednak obawiać się ryzyka, wręcz przeciwnie przy nim była gotowa tak po prostu dać się ponieść chwili, nie zważając na ewentualne konsekwencje, a w końcu każde czyny niosły za sobą jakieś skutki.

Będzie się tym martwić później, na pewno nie mogło to być jej zupełnie obojętne, nie kiedy pokazywała mu siebie, a on przyjmował wszystko z taką lekkością. Akceptował ją taką jaka była, co powodowało, że przestawała myśleć jasno, zamiast tego gotowa była brnąć w to dalej, aż w końcu ukaże mu całą siebie.

Zdawała sobie sprawę, że dość szybko musiał się zorientować, że uda jej się złapać go za słówko, tak jak Benjy nie miała problemu z tym aby łapać te okazje, które same się pojawiały. Zresztą nie ukrywała przed nim specjalnie swoich zamiarów, nie atakowała z zaskoczenia, mógł bez większego problemu dostrzec jej gotowość do tej słownej zaczepki. Nie siliła się na to, by się kamuflować, to nie była walka, którą zamierzała wygrać, raczej drobne urozmaicenie ich rozmowy.

- Nie da się ukryć, że jakieś brzmi lepiej niż żadne, chociaż może przyda nam się opinia eksperta? - Czy w ogóle istnieli specjaliści od bezużytecznego spędzania czasu? Raczej nie. Nie miała wątpliwości, że jeśli Fenwick by się uparł to na pewno bardzo szybko pokazałby jej, że to jego  jakieś jest wystarczające.

Prue była gotowa usłyszeć wszystko, co miał jej do powiedzenia, nie bez powodu ubierała swoje myśli właśnie w te słowa. Wyjątkowo lekko przychodziło jej prowokowanie Benjy'ego. Skupiała się na jego twarzy, żeby przypadkiem nie myśleć za bardzo o dłoniach, które błądziły po jej przedramieniu. Nie było to wcale takie łatwe, tym bardziej, że ciało odruchowo reagowało na ten gest, przyjemne ciepło zaczęło rozpływać się po jej wnętrzu.

- Rzucasz kolejną groźbo - obietnicę, ale jakoś jestem Ci w stanie uwierzyć, na słowo. Potrafisz być całkiem przekonujący. - Miał w spojrzeniu coś, co świadczyło o tym, że nie miałby problemu z tym, aby to zrobić. Zresztą miała szansę doświadczyć tego, że nie rzuca słów na wiatr. Sama go prowokowała do sięgania po podobne słowa, spodziewała się, że nie będzie bierny na jej zaczepki. Ta rozmowa robiła się coraz bardziej niebezpieczna, ale najwyraźniej im to odpowiadało, inaczej nie brnęli by w to z taką lekkością.

- Nie, nie naprawdę, tak się tylko z Tobą droczę. - Ale przecież to wiedział. Wyczuwała jego intencje, nie było w tym żadnej filozofii, bo przecież te jej były bardzo podobne. - Och tak, akurat Ty nie masz problemu ze stawianiem granic, kiedy jest to potrzebne. - Nie chciała tego podważać, bo  nie miało to najmniejszego sensu. Poznała go na tyle by wiedzieć, że to była prawda.

- Wolę chyba tę wersję, którą teraz prezentujesz. - Zresztą miała już w przeszłości przyjemność mieć doczynienia z jego odpowiednikiem dupka i zdecydowanie nie zamierzała do tego wracać. To, co jej teraz pokazywał dużo bardziej jej odpowiadało. Szczególnie, że nie spodziewała się tego, że kiedykolwiek będzie miała szansę zobaczyć go takiego. Tak właściwie to i ona przestała już zupełnie przejmować się tym, że chociaż nie powinni tego robić, to zaczynali brnąć coraz bardziej w to coś czego nie umiała jeszcze nazwać.

Dostrzegała jego uśmiech, mógł zwiastować wszystko i nic, chociaż podskórnie czuła, że sama pakowała się w jego ręce tymi komentarzami, już nie było odwrotu, ale dlaczego miałaby tego nie robić? To była całkiem miła odmiana od monotonii, która gościła w jej życiu. Nie spodziewała się, że tak bardzo będzie się ekscytować tym, że a końcu coś się zmieni. Tak długo brnęła w tę dziwną, ułożoną wersję siebie, że zdążyła zapomnieć o tym, jak dobrze jest być sobą, tą niekoniecznie najbardziej ułożoną wersją siebie.

Nie chciała się teraz odsuwać, wręcz przeciwnie, zamierzała się znaleźć jeszcze bliżej, chciała poczuć ciepło jego ciała pod swoimi palcami. Nie sądziła, że będzie mu to przeszkadzać, więc po prostu to zrobiła. Oparła dłoń na jego piersi rzucając mu przy okazji kolejne wyzwanie, którego pewnie nie zignoruje. Skoro już zaczęli w to brnąć to nie było odwrotu, rozsądek zostawili gdzieś daleko za sobą, tak samo jak cały świat.

Jej dłoń powoli przesuwała się w stronę mostku mężczyzny, tylko po to, by po chwili znowu wrócić na jego pierś, poruszała nią powoli, delikatnie, w miarowym tempie, który nie do końca pasował do tego, jak szybko biło jej serce. Nie przestała kiedy się odezwał, chociaż skupiła się teraz na tym, co miał jej do powiedzenia.

- Zawsze zostaje jakiś cień. - Wspomnienia, ślady, jak zwał tak zwał, akurat ona bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Nie tak łatwo było pozbyć się pewnych doświadczeń z pamięci, tylko, czy było w tym coś złego? Na pewno wiatr, który muskał ich co chwilę swoimi podmuchami również to zapamięta, że siedzieli tutaj razem, ona otoczona ramionami. Emocje pozostawiały po sobie echa. Każde czyny niosły za sobą konsekwencje, mniej lub bardziej bolesne i była na nie gotowa. Rozumiała do czego zmierza, nie musiał jej tego wyjaśniać.

Bardzo łatwo przychodziło im rozmawianie o jakichś momentach w przyszłości, które zapewne nigdy się nie wydarzą, ale może to właśnie przynosiło nieco normalności, jakby faktycznie kiedyś część z ich planów mogła się wydarzyć, raczej nie miała, ale nadzieja nie była niczym złym, mogła przynosić rozczarowanie, ale kto by się nim przejmował, kiedy w tej jednej chwili to wszystko wydawało się być na wyciągnięcie ręki.

- Całkiem nieźle czytasz z oczu. - Dodała jeszcze, bo nie musiała mówić wprost, że ma rację, że rozgryzł ją idealnie, zresztą nie utrudniała mu tego w żaden sposób. Była z m szczera, wszystkie reakcje były naturalne, już dawno zdjęła swoje maski.

Nadal nie do końca przywykła do tej myśli, że przed chwilą, zupełnie przypadkiem zrobiła go swoim chłopakiem i nie miał nic przeciwko temu. Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, gdy ponownie się tak nazwał, będzie musiała się z tym osłuchać, chociaż czy w ogóle nadarzy się do tego okazja? Ich wspólny czas był określony, to nie było coś co miało trwać długo.

- Myślałam, że już nim jesteś. - Nie mogła zignorować tego jeśli , skoro już w to brnęli to chciała mieć pewność, że są w tym samym miejscu, bo czemu by nie.

- Jasne, bede wykorzystywać wszystko, co mi powiesz, a może nawet i Ciebie, taka okazja nie zdarza się często. - i zupełnie nie przejmowała się tym, że miało to działać w dwie strony. Wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy, miała co do tego pewność.

- Przejmujesz się tym? Bo ja wcale. - Może i nigdy nie mieli tego robić, ale co z tego? Samo się stało, nie było sensu z tym walczyć, nie kiedy chcieli tego samego.

Dalsze słowa były zbędne, bo w końcu sięgnęli po to ku czemu zmierzali, w końcu ponownie poczuła smak jego ust, przymknęła oczy, by nie rozpraszać się zbytnio i zapamiętać go na przyszłość, kiedy Benjy'ego nie będzie już obok. Takie chwile nie zdarzały się jej często i była pewna, że to wspomnienie będzie jednym z przyjemniejszych jakie miała zapamiętać.




RE: [noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it - Benjy Fenwick - 22.07.2025

Przesunąłem dłonią niżej, aż po jej biodro, zahaczyłem kciukiem o kawałek materiału, jakbym chciał ją jeszcze mocniej przysunąć, chociaż i tak siedziała na wyciągnięcie wszystkiego - ramienia, dłoni, ust. Parsknąłem cicho, bardziej w jej włosy niż w powietrze.
- Ekspelta, mówisz? - Wychrypiałem, bardziej rozbawiony, niż zamierzałem. - Masz jakiegoś w zanadszu? Kogoś, kto szię zna na malnowaniu czasu? - Odchyliłem głowę, przypatrując jej się tak dokładnie, jakbym chciał się dokładnie przyjrzeć, czy naprawdę ma wątpliwości, chociaż wiedziałem, że ich nie miała. W moich oczach też nie było wątpliwości - ani grama. - Bo jak masz… To niech splóbuje mi wmówiś, sze moje „jakieś” nie wystalczy. - Bo byłem bardzo przekonany, że w zupełności miało wystarczyć - w tej chwili na pewno wystarczyło.
Nie umiałem powiedzieć, jak długo tam siedzieliśmy, rzeczywiście bezczynnie spędzając czas - minuty rozciągały się jak godziny, godziny kurczyły się do mgnienia oka. Każdy jej szept wbijał się pod skórę, zostawiał ślad, cień, ale to były te cienie, które chciałem w sobie nosić - te, których bym się nie pozbył, nawet gdyby ktoś mi zaoferował w zamian spokój. Przyjąłem to wszystko tak, jak przyjmowałem zmianę sytuacji między nami - bez kombinowania, bez zasłon, bez obrony. Nawet jeśli czasem na końcu języka miałem gotowy żart, ciętą ripostę, cyniczne „ależ oczywiście”, to... Te sidła, jakie zastawialiśmy na siebie nawzajem... Naprawdę w nie wlazłem - świadomie, z rozbawieniem, z cholernym uśmiechem i pewnością siebie, która pewnie kiedyś mnie zgubi, bo odkąd pamiętam, myślałem, że zawsze zdołam się wyślizgnąć w ostatniej chwili, ale siedząc tak blisko niej, z palcami, które już dawno przestały udawać, że nie chcą jej dotykać, sam nałożyłem sobie ten stryczek na kark, podłożyłem nogę we wnyki. Jeszcze się z tego śmiałem. Brzmiało to zbyt dobrze... Za dobrze... Gdybym miał choć odrobinę instynktu samozachowawczego, zamknąłbym usta i się odsunął, ale zamiast tego czułem, jak jej włosy łaskoczą mnie w palce i chciałem więcej - zdecydowanie więcej. Może ta pętla to było dokładnie to, czego potrzebowałem, żeby jeszcze przez chwilę czuć się cholernie żywy.
Kiwnąłem głową teatralnie, z rozbawieniem, z czymś, co pewnie wyglądało jak kpina, ale wcale kpiną nie było.
- No, widzisz… - Parsknąłem krótko, przysuwając się jeszcze o ten jeden, drażniący centymetr. - Nawet mnie nie stać na same obietnice. Taniej wychodzi glosiś i zlobiś, co mówię, nisz wyłącznie obiecywaś i potem szię tłumaczyś, sze jednak nie. - Mrugnąłem do niej, nie do końca niewinnie. Pogładziłem kciukiem linię jej szyi, zostawiając tam drobny ślad ciepła. Nie dlatego, że musiałem, tylko dlatego, że mogłem. Mogłem ją dotknąć, bez pytania i bez tłumaczenia się, i nie odsunęła się, więc czemu miałbym się ograniczać? Wsunąłem dłoń wyżej, na kark, pod plątaninę jej włosów. Gładziłem skórę w kółko, powoli, leniwie, jakbyśmy mieli na to całą noc. Nie potrafiłem się powstrzymać - nie chciałem się powstrzymać. Każdy ruch jej dłoni na mojej piersi, przesunięcie kciuka, muśnięcie wzdłuż żeber, wbijało się we mnie głębiej niż cokolwiek, co kiedykolwiek słyszałem na temat bliskości. Wciąż za dobrze pamiętałem, jak to jest, kiedy człowiek zostaje sam, ale dzisiaj, tu, teraz, nie było we mnie ani śladu tamtego chłopaka. Śmieszne, jak łatwo było go zgubić, wystarczyło, że jej palce rozgarnęły mi kosmyk włosów znad karku, a oddech zaplątał się między słowami, których nie wypowiadałem. Parsknąłem śmiechem, ale bez dystansu - to nie był ten mój standardowy śmiech, którym zbywałem ludzi, teraz brzmiał bardziej jak przyznanie jej racji.
- Wiem. - Odparłem. Nie musiałem tego tłumaczyć, ale skoro już mnie tak podpuszczała, to nie zamierzałem dać jej spokoju ani na chwilę. - I chociasz las mnie to cieszy. - Nie przeszkadzało mi to, ba, może właśnie na to czekałem - na kogoś, kto nie będzie udawał, że trzeba mnie obchodzić z daleka, kogo nie zrazi ten cały bałagan, który nosiłem w sobie od dawna. Prawie cicho się roześmiałem, przez zaciśnięte usta, bo nie potrzebowałem mówić, jak bardzo mi to odpowiada - ona i tak już wiedziała. Jej komentarz, że woli tę wersję mnie, której teraz doświadczała, mógłby mnie zaboleć, gdybym nie wiedział, że ma rację. Bywałem dupkiem - ba, byłem nim zawodowo, na pełen etat, z nadgodzinami, z premią za zimną krew i wyrachowanie.
- „Będziesz mnie wykoszystywaś”... - Powtórzyłem za nią, z uśmiechem, który nie miał w sobie nic niewinnego. - No i co teraz? Będziesz ze mną negocjowaś walunki tej i tamtej glośby… Czy chcesz ją pszetestowaś od lasu?[/b] - Odchyliłem głowę, żeby spojrzeć jej w oczy. - Splóbuj, jasne. Zobacz, jak daleko s tym zajdziesz. Masz szczęście, że jestem strasznie wyrozumiały i odpowiedzialny. - Mruknąłem, rozbawiony, ale nie odsunąłem się ani o milimetr. - Inaczej musiałabyś szię potem tłumaczyś s tego, se twój nowy chłopak ma złe nawyki. Jest nim, potem nim nie jest, potem jest... - Rzeczywiście, złapała mnie za słowo, ale to już nie miało znaczenia...
Świat faktycznie przestał istnieć, kiedy znowu ją pocałowałem. Nie dlatego, że chciałem, żeby przestała mówić - lubiłem jej głos, mogłem go słuchać godzinami, nawet jeśli gadała bzdury, albo próbowała mnie zagiąć, ale były momenty, kiedy słowa nie miały już żadnego sensu, wszystko mówił dotyk, ciepło, zęby ocierające się o wargę, wdech i wydech, który urywał się gdzieś pomiędzy naszymi ustami. Czułem, jak jej oddech miesza się z moim, ciepło ciała przenika przez skórę, i wiedziałem, że ta chwila zostanie gdzieś głęboko we mnie. Cholera, oboje wiedzieliśmy, że na końcu tego korytarza, tych dotknięć, całkiem nieudawanych uśmiechów nie czekało na nas nic łatwego...
Zacisnęła mocniej palce na moim karku, a ja nie próbowałem tego powstrzymać. Wsunąłem dłoń pod materiał jej swetra, dotykając nagiej skóry tuż nad paskiem spodni. Była ciepła, miękka, prawdziwa - ten jeden detal, który utwierdzał mnie, że to nie był sen, a ona nie wyślizgnie mi się zaraz z rąk. Morze mogło się wzburzyć, wiatr wyrwać garściami piasek z klifu, a ja i tak nie odsunąłbym się choćby na milimetr. Miałem ją tu, w tej jednej chwili, i nawet jeśli wiedziałem, że to nie będzie na zawsze, to co z tego? Przecież wcale nie chodziło o zawsze, chodziło o teraz. Nie wiedziałem, kiedy przestałem oddzielać od siebie kolejne minuty - nie wiedziałem, która jest godzina, nie wiedziałem, ile jeszcze mieliśmy tego ukradzionego czasu, ale przestało mnie to obchodzić. Na pewno za chwilę znowu miało nas wessać to wszystko, co zostało za drzwiami, ale teraz nie miało do nas dostępu. Nie miałem pojęcia, co czekało nas dalej, ale nawet przez ułamek sekundy nie chciałem się tym przejmować - nie teraz - nie, kiedy czułem, jak jej serce bije przez cienki materiał między nami, jakby chciało wydostać się na zewnątrz. Zabawne, jak łatwo było zapomnieć o wszystkim, co do tej pory mnie trzymało w ryzach. O tym, że rozsądek podpowiadał, żeby się nie wplątywać, nie dotykać za dużo, nie pozwalać sobie na takie rzeczy. Cholerne „za dużo”... Ono już nie istniało.
Oderwałem się dopiero wtedy, kiedy wiedziałem, że muszę, inaczej bym nie przestał. Odchyliłem głowę, żeby spojrzeć jej w oczy. Zamglone, szerokie, piękne.
- Nie, wcale. - Dotknąłem czołem jej czoła, rozbawiony i rozpalony jednocześnie. Morze szumiało poniżej, wiatr szarpał nam włosy, ale dla mnie nie istniało nic poza tym skrawkiem skóry między jej szyją a obojczykiem. Zsunąłem tam usta, zostawiając ciepły, niecierpliwy ślad. Nie było między nami niczego ukrytego, nie w tej chwili - Prue grała otwartymi kartami, ja też. Chwilę później znów oparłem się czołem o jej skroń, patrząc kątem oka w ciemniejący horyzont - w tej jednej sekundzie świat naprawdę nie istniał - ani wiatr, ani morze, ani ludzie, którzy kiedyś, w jakiś sposób na pewno mieli przypomnieć nam, że mieliśmy się pilnować. Nie obchodziło mnie to.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/6ccc7240dbb1eef477505caa8245ecd5/949442f9986ad81f-c0/s250x400/3a44c5a40d69ada03ae5240fcdb4492a508b5d31.png[/inny avek]