• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it

[noc 12-13/09/1972] Fake it till you make it
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
27.06.2025, 20:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:01 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


noc z 12 na 13/09/1972, plaża w Exmoor - B.F, P.B., A.G., G.Y., C.L.

Było późno, naprawdę późno - to był ten rodzaj późna, który nie daje już żadnych wskazówek, do czego należy - do końca wczoraj czy do początku dzisiaj. Nie było jeszcze zupełnie ciemno, ale dzień dawno się skończył, słońce schowało się za horyzontem, księżyc wzszedł na niebo. Wszystko pogrążyło się w ciszy - tej głębokiej i sennej. Nie takiej, jaka panowała w środku tygodnia, na chwilę przed północą w centrum miasta, kiedy zagubiony przechodzień zerkał na zegarek, czy zdąży na ostatni pociąg, tylko w tej zupełnej.  Takiej, jaka ma miejsce w samym środku nocy, gdy nikt już nigdzie się nie śpieszy, bo wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. A wydarzyło się... Wiele. Ostatnie odgłosy cywilizacji zdążyły przycichnąć, zresztą i tak nigdy nie było ich tu zbyt wiele - tylko cichy, powtarzalny szum fal, które nieśpiesznie rozlewały się po brzegu, potem się cofały, by zaraz znów wrócić. Niebo było częściowo zasnute chmurami - ciężkimi, postrzępionymi, ale nie na tyle, żeby zakryć wszystko, gdzieniegdzie rozstępowały się, odsłaniając bladą tarczę księżyca i pojedyncze, nieśmiało mrugające gwiazdy. Piasek niżej połyskiwał wilgocią w miejscach, gdzie księżyc zdołał przebić się przez pokrywę chmur.
Siedzieliśmy na skarpie - tam, gdzie trawa przechodziła w piach, a piach w coraz niższe strefy wilgoci. Oparłem się na jednym łokciu, drugą ręką objąłem ją tak naturalnie, że dopiero po chwili zorientowałem się, co robię, ale nie poprawiłem się, nie cofnąłem ramienia. Wtuliłem ją w siebie bez głębszego namysłu - moje ciało pamiętało, jak się to robi, nawet jeśli myśli dryfowały gdzieś daleko, wciąż jeszcze ciężkie od wspomnień z ogniska. Nie byłem pewien, jak długo siedzieliśmy w tej pozycji. Minuty mogły być godzinami. Nie mówiłem ani słowa, odkąd usiedliśmy - zresztą, nie miałem do powiedzenia nic, co nie brzmiałoby albo głupio, albo na zbyt wiele. Milczenie było prostsze, uczciwsze, w tej ciszy mieściło się wszystko - to, co się stało, czego nie powiedzieliśmy, i co każde z nas udawało, że wcale się nie wydarzyło, bo musieliśmy to przetrawić. Powietrze wokół nas było rześkie, pachniało nocą, jodem i czymś lekko nostalgicznym, przynajmniej dla mnie, co przypominało koniec sezonu nad morzem, który nieuchronnie się zbliżał.
- To była pielwsza i osztatnia taka sytuacja. - Odezwałem się, chrapliwie, przez zaciśnięte gardło - nie próbowałem brzmieć dobrze, ani jak ktoś, kto wie, co robi, słowa wypłynęły z moich ust powoli. - Nie powtószy szię.
Ciemny pukiel uderzył mnie w szyję, był splątany od wiatru, lekko pachnący dymem. Owinąłem go sobie wokół palca, powoli, czując delikatny opór pasma, więc je z niego zsunąłem. Nim się obejrzałem, to stało się powtarzalnym ruchem - puszczałem i znowu chwytałem, kręciłem loczek, puszczałem, znowu... Ten ruch był mechaniczny, powtarzalny - nie miał znaczenia, a może miał więcej, niż cokolwiek innego, co mogłem teraz zrobić. Uspokajał mnie - zakotwiczał w tym momencie, gdy myśli - moje, tym razem na pewno moje, ale rozbiegane, jak nigdy, myśli - odlatywały gdzieś dalej, w inne noce, w innych ludzi, w inne obietnice, których nie złożyłem, a i tak złamałem. Znowu owinąłem sobie pukiel jej włosów wokół palca, tylko po to, żeby zaraz puścić. Mógłbym tak godzinami, w tym geście było coś z czułości i coś z ucieczki, jakby jedno nie mogło istnieć bez drugiego. Nie musiałem nic dodawać. Zresztą, nie sądziłem, że mam coś więcej do powiedzenia. Nie powiedziałem, że obiecuję, nie użyłem żadnego wielkiego słowa, ale to było właśnie to - obietnica złożona w ciszy, której nie miałem zamiaru łamać, chociaż nie wiedziałem jeszcze, jak ją utrzymać. Byłem świadomy tego, co mówię i jak to brzmi, nawet jeśli nie wiedziałem jeszcze, ile mnie to będzie kosztować. Dryfowałem myślami - to prawda, ale nawet dryfując, nie przestawałem pamiętać o tym, że nie tylko mój wieczór został zakłócony. Miałem wpływ przynajmniej na to, by jedna z tych wszystkich osób poczuła się lepiej.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
27.06.2025, 23:02  ✶  

Noc zdążyła już otoczyć okolicę niczym ciemny całun. Było cicho, przyjemnie cicho, gdzieś w tle usłyszeć można jedynie dźwięk fal, które rozbijały się o brzeg, ten dźwięk był całkiem uspokajający z początku bardzo wyraźny, z czasem zdawał się być coraz cichszy, a może po prostu zaczęła go ignorować. Nie czuła upływu czasu, nie miała pojęcia, ile właściwie siedzieli w tej ciemności, to nie było ważne. Potrzebowali tego, musieli zebrać myśli, nie dało się nie dostrzec tego, iż poruszyła ich sytuacja, która miała miejsce przed chwilą. Zapewne każde w inny sposób, jednak dotknęło to i Prue i Benjy'ego. Oddalenie się  od miejsca ogniska okazało się być doskonałym pomysłem, może trochę jej było głupio, że nie zaangażowała się w ratowanie sytuacji, ale chyba nie było czego już ratować. Zresztą nie wydawało się jej, aby mogła się tam na coś przydać, była rozbita, odrobinę, wypadało, aby jak najprędzej pozbierała się do kupy. Przez chwilę poczuła się jak dawniej, w przeszłości, a zdecydowanie nie chciała wracać do tego momentu, gdy wydawało jej się, że jest intruzem, czy niszczycielem dobrej zabawy, szczególnie, że przecież nie zrobiła nic, aby zwracać na siebie uwagę, nie prosiła się o to wszystko, a jednak i tak miała tendencje do pakowania się w podobne sytuacje, przyciągała je do siebie, chociaż chciała jedynie świętego spokoju.

Milczenie jej nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, aktualnie chyba wyrażało więcej niż wszystkie słowa, które mogłaby powiedzieć. Sporo myśli kłębiło się jej w głowie, nie wszystkie były przyjemne, potrzebowała chwili, aby wyrwać się z tego letargu. Niby nic takiego się nie stało, nie był to jej pierwszy raz, a jednak trochę się zmieniło. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś stawał po jej stronie, głośno zwracał uwagę na coś, co było niestosowne, to również musiała sobie przetrawić. Nadarzyła się ku temu okazja, mieli szansę po prostu trwać, mijający czas uspokajał emocje, tak samo jak ten dźwięk szumu fal gdzieś w tle.

Czuła ciepło, które zaczęło ją otaczać, gdy Benjy objął ją ramieniem, to było przyjemne, przynosiło ukojenie, upragniony spokój, bezpieczeństwo, wiedziała, że przy nim nikt nie zrobi jej krzywdy. W tej chwili to było dość istotne. Mimo tego, że nie uważała się za słabą, czy nieporadną, jeszcze chwilę temu trochę spanikowała i nie do końca wiedziała, co powinna robić. Teraz było zupełnie inaczej. Znalazła się we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwą osoba, tak miała co do tego pewność.

Wiatr całkiem przyjemnie muskał jej twarz, plątał włosy, pozwoliła sobie przymknąć powieki i po prostu być. Wiedziała, że nie musiała już niczego się obawiać. W końcu było miło, mimo tego, co spowodowało to, że w ogóle się tutaj znaleźli.

- Nie ma po co do tego wracać. - Powiedziała cicho, wolałaby się skupić na czymś innym, chociaż samo zapewnienie, że nic podobnego jej się nie przytrafi było całkiem przyjemną wizją. Wolałaby nie musieć przeżywać podobnych chwil w przyszłości, tyle, że przecież Benjy wspominał o tym, że niedługo stąd zniknie. - Nie musisz się tym przejmować. - Nie chciała, żeby obiecywał jej coś, czego nie może spełnić, nie chciała być niczyim ciężarem. Wspominał jej przecież o swoich planach. Zawsze jakoś sobie radziła, zapewne tak samo miało wydarzyć się w ewentualnej przyszłości. To nie powinien być jego problem. Zbyt wiele razy ostatnio ratował ją z gównianych sytuacji.

Poczuła palce zaciskające się na paśmie jej włosów, później po raz kolejny, i kolejny, raz za razem, to również zaczęło przynosić spokój i pewną stałość, której jej brakowało. Takie mechaniczne gesty przynosiły spokój, tak właściwie to powoli przestawała myśleć o tym, co się wydarzyło, to nie miało najmniejszego sensu, rozdrapywanie ran, które nie wnosiło nic nowego. Wolała się skupić na tej bliskości, która była tego zupełnym przeciwieństwem. Dawno nie czuła się tak dobrze, w czyimś towarzystwie i miała zamiar z tego korzystać, póki miała go obok siebie, bo wiedziała, że to też się kiedyś skończy, ale póki trwało, to warto byłoby się tym nacieszyć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
28.06.2025, 14:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 14:20 przez Benjy Fenwick.)  
Przez dłuższą chwilę patrzyłem w morze, gdzie linia horyzontu znikała co jakiś czas w mglistym pasie chmur, które zakrywały fragmenty nieba, ale pomiędzy nimi wciąż prześwitywał księżyc. Przeniosłem wzrok na Prudence, kiedy się odezwała. Patrzyłem na nią chwilę z miną, której sam nie potrafiłbym do końca nazwać - to było coś pomiędzy zaciętą czułością a cichym sprzeciwem, chociaż wyrażanym bez jednego słowa i bez grymasu - pozwoliłem sobie przez moment patrzeć jej w oczy i nie komentować, zanim lekko pokręciłem głową. Nie dlatego, że miałem coś jeszcze do dodania albo zamierzałem ciągnąć temat - wręcz przeciwnie - nie chciałem w nim tkwić, ale nie zgadzałem się z nią - po prostu się nie zgadzałem.
- Mam szię nie pszejmowaś, jasne... - Mruknąłem w końcu, niemal pod nosem. Wolała, żebym się tym nie przejmował, ale właśnie to mnie drażniło - że miała w sobie tak naturalne, odruchowe przekonanie, iż z czymś takim powinna radzić sobie sama. Znowu powoli, niemal niedostrzegalnie, pokręciłem głową - nie, nie zgadzałem się z tym, co powiedziała, nawet jeśli byłoby mi łatwiej kiwnąć i wrócić do tej komfortowej iluzji, że wszyscy mamy się dobrze i nikt nie myśli o tym, co się wydarzyło, skoro to przecież była moja specjalność - udawać, że wszystko gra. Tak robiłem przez większość życia. Nigdy nie lubiłem się wdawać w emocjonalne rozmowy, które ciągnęły się w nieskończoność i nie wnosiły nic poza wzajemnym rozdrapywaniem ran, jednak kiedy już się za coś zabierałem, robiłem to do końca - bez zostawiania półsłówek, niedopowiedzeń. Nachyliłem się odrobinę bliżej, żeby nie musieć mówić głośno. Fale szumiały jednostajnie gdzieś pod nami. Późny wieczór przechodził w noc - albo to późna noc przechodziła w dzień? - wilgotną, pachnącą jodem, algami i odległym ogniskiem, które już pewnie dogasało albo ktoś je wygasił. W tle cykały owady, jakieś nocne ptaki krążyły gdzieś nisko nad wrzosowiskiem za naszymi plecami.
- Colnelius na pewno tak tego nie zostawi. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o pogodzie -  to było po prostu coś, co nastąpi, bo tak trzeba, jak przypływ i odpływ. Nie byłem zły, nie byłem rozczarowany - nie miałem słowa na to, co czułem - ale coś mi się zacisnęło na wysokości żeber. Coś zadrgało na twarzy, pewnie ledwie dostrzegalnie - może brwi, może kąciki ust, może tylko wzrok. Patrzyłem na nią z jakąś trudną do zdefiniowania miną, i przez moment sam nie byłem pewien, co właściwie w tym było. - Wypieldoli Lomulusa s domu, gwalantuję ci,  więs lasej szadne s nas nie będzie musiało jusz go tu oglądaś. - Wzruszyłem ramionami - to miało być ostatnie zdanie w tym temacie, nie kontynuowałem, nie rozwijałem, nie wbijałem szpilek w Pottera, mówiąc coś na temat jego zachowania - to była konkluzja, nie wymagała komentarza, nie potrzebowała łagodzenia. Nie powiedziałem nic więcej, bo nie chodziło też o przekonywanie Prudence o tym, że już będzie zupełnie dobrze. Nie chciałem wyciągać z niej niezdrowego optymizmu, nie robiłem tego - nigdy, ale to, iż nie drążyłem i nie kontynuowałem, nie znaczyło, że brałem to za dobrą monetę.
A potem, po chwili ciszy, bez żadnego większego przygotowania, zmieniłem ton - zupełnie, tak, jakbyśmy właśnie siedzieli tu po prostu dla samego siedzenia, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło. Zaczerpnąłem powietrza, tym razem płycej, spokojniej, i celowo, chociaż może odrobinę sztucznie, poruszyłem inny temat.
- Jak wygląda twój glafik w tym tygodniu? - Przeniosłem wzrok znów przed siebie, przez moment patrząc w morze, zanim odwróciłem głowę w jej stronę, i zapytałem tonem, który był... Prawie pogodny - jakbyśmy siedzieli przy stole w kuchni, robiąc plany, a nie łapali oddech po taplaniu się w bagnie, w które próbował nas wrzucić były towarzysz.


!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
28.06.2025, 20:52  ✶  

Nie do końca chyba chciała się na tym skupiać, stawiać się w roli ofiary. Nie znosiła współczucia, Romulus przegiął - nie dało się tego nie zauważyć, popisał się tak, jak nigdy wcześniej. Mieli ze sobą niezbyt przyjemną relację, ale nie dało się przepadać za każdym, lubić każdego, to nie było nadzwyczajne. Taka jednak była jego fiksacja na punkcie jej osoby po tej nocy, którą spędzili razem w lesie. Nie wydawało jej się, aby doszło tam do niewiadomo jak wielkiego incydentu, przez który mógł ucierpieć, właściwie, to nic takiego się tam nie stało żadnemu z nich, miała wrażenie, że w sporej mierze dzięki niej, bo on nie dawał z siebie zbyt wiele. Ktoś się nimi bawił przez chwilę, powodując te różne iluzje. To tyle, też nie była z tego powodu zadowolona, bo nie znosiła gdy ktoś, lub coś mieszało jej a głowie, a ten idiota dzisiaj chciał zrobić to samo, całkiem świadomie, swojemu przyjacielowi, którego znał od dziecka. Potter tego nie spierdolił. Nie do końca chyba była w stanie wyobrazić sobie jak Benjy się z tym poczuł, to była naprawdę ogromna wyrwa na zaufaniu, zdrada, której pewnie się nie spodziewał.

Oberwało jej się przy tym dość mocno, ale na pewno będzie w stanie to przetrawić. Szczególnie, że wydawał się być odosobniony w swojej opinii. Może jego słowa cięły niczym najostrzejsze sztylety, jednak nie chciała się na tym skupiać, to nie było potrzebne. Wcale nie była tu niemile widziana, wręcz przeciwnie, czuła się całkiem miło, gdy siedziała teraz wtulona w Benjy'ego.

Dostrzegła to niemalże niewidzialne zaprzeczenie jej słowom. Faktycznie naturalnie przychodziło jej radzenie sobie ze swoimi własnymi problemami, tyle, że z drugiej strony ta sytuacja tak eskalowała, że ciężko byłoby, by inni obecni tutaj nie zareagowali. Może powinna po prostu zaakceptować, że tak już jest jak się przebywa w grupie, występowała jakaś zbiorowa odpowiedzilaność - to też było dla niej nowe.

- Wiem. - Spodziewała się tego, że Cornelius zareaguje. Znała go przecież, spędzali ze sobą sporo czasu, może w większości w pracy, jednak to niczego nie zmieniała. Wiedziała, że istniały pewne granice, których nie powinno się przekraczać, szczególnie, kiedy były jasno postawione. Lestrange bardzo czytelnie je określił, a zostały zignorowane. Miała świadomość, w przeciwieństwie do Romulusa, że to nie skończy się dobrze.

- To dobrze, wolałabym się skupić na czymś innym niż przejmowanie się tym, że znowu może dojść do podobnej eskalacji, myślę, że nie tylko ja. - Był to czas, który mieli spędzić na chwilowym łapaniu oddechu, wyrwali się w końcu od Londynu, który został strawiony przez ogień, wszyscy tu obecni zasługiwali na nieco spokoju.

Nie dało się zupełnie zignorować tego, co się wydarzyło, jednak nie odczuwała też potrzeby wałkowania tego bez końca. Zdawali sobie sprawę, jak to wyglądało, jak zostało to odebrane, wiedzieli, że to było niewłaściwe. Tyle wystarczyło. Fenwick jednak całkiem zgrabnie zmienił temat rozmowy, najwyraźniej i on nie widział potrzeby, by dalej o tym dyskutować.

- Jutro wieczorem muszę być w pracy, pojutrze mam wolne, później idę na rano, dalej jakiś krótki dyżur. - Pewnie mogłaby wyrecytować cały grafik do końca miesiąca, jednak tydzień powoli się kończył, więc chodziło o kilka tych kolejnych dni, które mieli razem spędzić.

- Ty pewnie masz dużo zleceń, podejrzewam, że aktualnie klątwołamacze są rozchwytywani, szczególnie tacy wprawieni. - Rzuciła jeszcze lekko. Wiadomo, że po takich wydarzeniach dużo osób chciało sprawdzić, czy nie zostały rzucone na nich jakieś nie do końca mile widziane rytuały, czy zaklęcia.

Na pewno miłoby było spędzić razem jeszcze nieco czasu, właściwie trochę liczyła na to, że nadarzy się kolejna okazja, jeśli jednak będzie inaczej, to to zrozumie, wiedziała, że każdy miał swoje priorytety, niektóre zawody niosły ze sobą nie do końca przewidywalne godziny, czy nawet dni pracy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
28.06.2025, 22:58  ✶  
Nie przerywałem jej, gdy mówiła. Po prostu słuchałem, nadal owijając pasmo jej włosów wokół palca, puszczając i łapiąc znowu. Gdzieś w tym był spokój - coś, co mnie trzymało w teraźniejszości, nie pozwalało mi się rozlecieć, pogrążyć w niepotrzebnym gniewie albo ironii. Nie tym razem. Chociaż miałem jeszcze parę rzeczy do powiedzenia na temat tego, co Romulus odpierdolił - nie powiedziałem ich. Bo co by to dało? Wszyscy widzieli, wszyscy słyszeli - każdy z nas wiedział, jak to wyglądało i jak zostało odebrane, a wbrew temu, co zwykle robiłem - nie zamierzałem niczego zagłuszać, obracać w żart, minimalizować. Tym razem nie - każdy, kto miał oczy, wyciągnie sobie własne wnioski. I ona, i ja, i wszyscy pozostali.
- Tak, kaszdy chce spokoju. - Powiedziałem cicho, nie patrząc już na nią, tylko gdzieś w przestrzeń przed sobą. Mieliśmy tu być właśnie po to - żeby od tego odpocząć, a nie, by znowu się w tym taplać. Pożar w Londynie, cała seria obrzydliwych spraw, ten wieczór nad jeziorem. Nieprzyjemne rzeczy zdarzały się nawet wtedy, gdy człowiek planował wyjazd, jako czyste wytchnienie, tak to już było, ale nie oznaczało to, że trzeba się im w nieskończoność poddawać. Oboje wiedzieliśmy, że Romulus przekroczył granice, nie było potrzeby rozrysowywać tego kredą na tablicy. Potter przegiął - to było oczywiste. Uderzyło to nie tylko w Prudence, wobec której kierował swój irracjonalny gniew i wyrzut, lecz we wszystkich pozostałych na ognisku. Dla mnie to też było przekroczenie granicy, i nie zamierzałem się z tym pieścić. Niezależnie od jego chorych przekonań, obsesji, zranionej dumy - nic nie usprawiedliwiało tego, co próbował zrobić - nie jego problem ze sobą, nie zazdrość, nie ta noc w lesie, którą z jakiegoś powodu uznał za punkt zwrotny w historii świata. Nie był w tym sam, nie był jedyną ofiarą wydarzeń, ktoś wtedy mieszał, coś się zadziało, coś ich złapało - ba, nawet wiedziałem, co, ale on nie raczył się tym zainteresować - lecz to nie dawało mu prawa do wyciągania rąk w stronę drugiego człowieka, a już zwłaszcza nie do takich sztuczek. Nie było sensu dalej tego analizować - każde z nas wiedziało, co się wydarzyło, co było niewłaściwe, co się skończyło, i czego nie trzeba będzie powtarzać.
Kiedy podała mi swój grafik, spojrzałem na nią nieco uważniej. Nie zaskoczyło mnie to, że potrafiła wymienić każdy dzień - była zorganizowana, lubiła mieć kontrolę, a może po prostu potrzebowała tej struktury, żeby nie dać się chaosowi.
- To nie wygląda źle. - Powiedziałem cicho, gdy opowiedziała o grafiku. - Pewnie da szię jeszcze gdzieś upchnąś spacel o zmieszchu, jeśli nie będzie padaś.
Parsknąłem półgębkiem, słysząc jej uwagę o klątwołamaczach. Coś we mnie lekko się rozluźniło. Spojrzałem w niebo, w księżyc, który był nadal ledwo widoczny przez pasma chmur, i wróciłem wzrokiem do niej.
- Mhm. Mosze i loschwytywani. - Mruknąłem, wzruszając lekko ramieniem - tak, żeby nie zrzucić jej z siebie. - Mógłbym tak powiedzieś. Mógłbym szię pochwaliś, sze nie wylabiam z lobotą i loslywają mnie na stszępy. - Mruknąłem półgłosem. Zazwyczaj nie siliłem się na fałszywą skromność, nie udawałem - po prostu mówiłem, jak jest. Miałem kilka zleceń, oczywiście, zawsze coś się znalazło, ale nie pracowałem teraz na pełnych obrotach, nie musiałem, i to nie dlatego, że siedziałem na galeonach. Po prostu... Nie musiałem - miałem trochę oszczędności, nic spektakularnego, ale wystarczało. Po Londynie i po tym wszystkim nie miałem nawet w sobie tyle energii, żeby biegać po mieście i łapać każdą robotę, która spadnie z nieba. Nie budowałem siatki kontaktów, nie zbierałem poleceń. Bo i po co, skoro i tak stąd znikam? - Ale tak naplawdę, mam tlochę pracy, to fakt, ale nie asz tyle, szeby lobiś s siebie gwiazdę blanszy. Nie jestem stąd. Nie siedzę tu wystalszająco długo, szeby mieś kolejki klientów, nie buduję sobie bazy, nie ma, po co, skolo zalas i tak mnie tu nie będzie. - To zabrzmiało nieco sucho, może nawet zbyt rzeczowo, ale nie zamierzałem w tym tonąć. To był fakt - rzeczywistość, która nie bolała, jeśli nie próbowało się robić z niej czegoś więcej. Nie skłamałem - miałem co robić, ale nie byłem stąd, nie łapałem klientów na ślepo, nie miałem potrzeby budować sieci znajomości, chociaż nie chodziło tylko o to, że wiedziałem, że wyjadę. Chodziło o to, że nie bardzo miałem już dla kogo zostawać - nie tutaj, gdziekolwiek, a to znacznie zmieniało podejście do budowania bazy pomniejszych kontaktów, takich jak pośród pogorzelców, ofiar klątw po pożarach. Nie musiałem łapać każdego zlecenia, które się napatoczy - czasem pracowałem dlatego, że nie bardzo miałem inne zajęcia, bo to jedyne, co potrafiłem, to była jedyna struktura, którą miałem w życiu, ale tego nie powiedziałem. Nie trzeba było. Nie tłumaczyłem tego wszystkiego - nie musiałem, ale dałem jej znać, tyle, ile trzeba. Potrzebowała pogody ducha, by się pozbierać, nie gadania o cudzych perspektywach zawodowych i ich korelacji z życiem prywatnym albo jego brakiem.
- Gdybyś miała ochotę... - Powiedziałem po chwili - Mosemy podskoczyś lasem do Londynu, jak Elias skończy s oknami, mogę ci pomóc zabespieczyś mieszkanie... Dodatkowe ślodki ostloszności nie zaszkodzą, zwłaszcza po ostatnich tygodniach. - Te słowa zabrzmiały lekko i niezobowiązująco. Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem. Brzmiałem jak ktoś rzucający zwykłą propozycję, prostą i praktyczną, jakbyśmy mówili o czymś zwyczajnym - jak to, że po intensywnej burzy czasem sprawdza się dach - ale było w tym coś więcej. Po prostu... Nie chciałem, żeby znowu czuła się sama z tym wszystkim - nie po tym, co miało miejsce dziś i wtedy w Londynie z grupą chuliganów. Spojrzałem na nią jeszcze raz - nie wymagałem natychmiastowej odpowiedzi, to była propozycja do rozważenia na spokojnie, z perspektywy czasu. To nie była wielka sprawa, nie mówiłem tego tonem rycerza zakładającego zbroję. To był raczej rodzaj oferty, jak pomoc z meblami albo zaklęcie przeciwko ludzkim szkodnikom, zupełnie jakbym mówił: „Jeśli chcesz, mogę, ale nie muszę...”, ale pod skórą wydawało mi się, iż oboje wiedzieliśmy, że chodziło o coś więcej.


!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#6
28.06.2025, 22:58  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
29.06.2025, 00:12  ✶  

Nie było chyba potrzeby zbytnio się produkować na temat tego, co miało miejsce. Nie zignorowali tego, każdy wyciągnął własne wnioski, byli myślącymi ludźmi, miała wrażenie, że ich reakcje były podobne. Przynajmniej wszystko o tym świadczyło. Romulus zrobił przedstawienie, został gwiazdą wieczoru, tak właściwie to nawet spadającą gwiazdą. Nie spodziewała się, że zostanie mu to szybko zapomniane. Nie tylko przez nią, jak wiadomo Prue pamiętała wszystko zawsze bardzo dokładnie, ale bywały sytuacje, które zapadały w pamięć wszystkim wokół i to chyba miała być jedna z nich. Próba zaatakowania swoich bliskich magią mentalną, przekroczenie granicy, która nigdy nie powinna być przekroczona. Mogło to być demonstracją desperacji, albo jeszcze czymś innym, niekoniecznie zamierzała dochodzić do tego, czym kierował się Potter. Nie była osobą, która powinna szukać dla niego usprawiedliwienia, zresztą nie wydawało jej się, aby jakieś znaleźli. Odkleił się, przy wszystkich, może to i dobrze, że mieli szansę zobaczyć, jaki jest naprawdę.

- Trochę za dużo złego się ostatnio wydarzyło. - Dodała jeszcze, chociaż pewnie nie musiała o tym wspominać. Benjy tak jak ona widział to wszystko na własne oczy, znajdował się w samym centrum tych okropnych zdarzeń, z czego zdawała sobie przecież sprawę, bo byli tam razem.

Nawet Prue, która zazwyczaj próbowała przetrawiać takie rzeczy w samotności tym razem wybrała zupełnie inną drogę, pozwoliła sobie opuścić Londyn, zaszyć się tutaj, licząc na to, że faktycznie zazna nieco spokoju. Życie oczywiście dość szybko zweryfikowało te wcale niezbyt mocno skomplikowane plany, ale powinna się tego spodziewać. Nie mogło być zbyt dobrze, zawsze coś musiało się spierdolić. Do tego też wypadało się przyzwyczaić, aczkolwiek nie zamierzała się na punkcie tego fiksować, nie chciała, by Potter zabrał jej możliwość korzystania z tych chwil spędzonych poza stolicą. Nie mogła się skupiać na tym, co ją bolało, bo to nie miało sensu, mogłaby rozgrzebywać to wszystko, zamknąć się w sobie, wrócić do domu, z początku była całkiem bliska podjęcia takiej decyzji. Zmieniło się to jednak, kiedy dostrzegła, że jej obecność faktycznie jest tutaj chciana, nie została poproszona o to, by opuścić to miejsce, wręcz przeciwnie.

- Boisz się deszczu? - Spojrzała na niego zaczepnie, kącik ust unosił jej się w uśmiechu. Nie spodziewała się, że ewentualny deszcz, może go zniechęcić do spacerowania. Jasne, zapewne nie chodziło o niego, pewnie poradziłby sobie w każdych warunkach, ale nie mogła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.

Spacer brzmiał dobrze, nie miała nic przeciwko temu, żeby spędzić z nim więcej czasu, tak naprawdę to ucieszyła się na tę propozycję, lubiła jego towarzystwo i cieszyła się z ich każdej, możliwej interakcji.

Mógłby, ale tego nie zrobił. Bletchley doceniała szczerość. Miała świadomość, że gdyby zależało mu na zakotwiczeniu się w Wielkiej Brytanii, to pewnie ten moment, mógłby być co do tego dobrym początkiem. Może nie była z branży, ale wnioski nasuwały się same. Ludzie potrzebowali pomocy, niekoniecznie sięgali po sprawdzone osoby, bo tych nie było zbyt wiele. Łapali się wszystkich możliwości, byleby tylko jakoś poradzić sobie z tym, co przyniosła spalona noc.

- Faktycznie to nie miałoby żadnego sensu, jeszcze przyzwyczailiby się do tego, że mają pod ręką kogoś, kto zna się na rzeczy. Podejrzewam, że Twoje zniknięcie przyniosłoby im ogromne rozczarowanie. - Nie do końca o to mu chodziło, ale trochę odwróciła narrację. Rozumiała jednak to, co miał jej do przekazania. Bez sensu było angażować się w lokalne sprawy, pewnie niektóre z nich mogły być bardzo czasochłonne, nie dałby rady ich doprowadzić do końca bez odpowiedniej ilości poświęconego czasu, skoro niedługo miał wyjechać, to nie wydawało się logiczne branie zbyt wielu zleceń.

Propozycja, którą jej przedstawił była interesująca. Wyszedł z nią dosyć niespodziewanie. Raczej nikt, nigdy nie przejmował się tym, czy jakoś sobie poradzi. Nikt nie wyciągał do niej pomocnej dłoni, no nie w takich okolicznościach. Była skazana na swoje własne umiejętności, które może nie należały do tych najgorszych, ale jednak nie były też jakoś bardzo rozbudowane. Warto było się nad tym zastanowić, bo nie mogła przecież zakładać, że coś podobnego nie wydarzy się ponownie. Chcąc nie chcąc wróciła myślami do spalonej nocy, przed jej oczami pojawiła się twarz tego gówniarza, który na nią spoglądał, kiedy przyłapała go na gorącym uczynku. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, zupełnie bezwiednie się poruszyła, jakby chciała z siebie strząsnąć to dziwne uczucie.

- Jeśli nie jest to dla Ciebie problemem... - Nie powinna zakładać, że jest, bo przecież sam jej to zaproponował, miała jednak tendencje do podobnych zachowań. Nie lubiła być niczyim ciężarem, raczej starała się unikać sytuacji, w których ktoś mógł poczuć, że przesadza z jego dobrymi chęciami.

- to nie widzę żadnych przeciwwskazań. - Nie chciała odrzucać tej propozycji, bo naprawdę doceniała to, że o tym pomyślał. Mało kto przejmował się jej losem. Nie do końca wiedziała co to może oznaczać, ale całkiem przyjemnie było mieć świadomość, że ktoś postanowił się zainteresować tym, czy będzie bezpieczna. To było dla niej nowe i wyjątkowe. Nie wątpiła w umiejętności Benjy'ego, jeśli chciał zająć się jej mieszkaniem, to mogli się tam pojawić, tak właściwie to przecież miała tutaj być jeszcze tylko kilka dni. Powinna się zainteresować miejscem, do którego miała wrócić. Póki co jednak o tym nie pomyślała, jak widać Fenwick okazał się być bardziej odpowiedzialny od niej.

- Nie myślałam jeszcze o tym. - O czym? O tym, co będzie, jak wróci. Nie do końca miała świadomość tego, jak aktualnie wyglądało życie w Londynie. Nie wiedziała, czy w stolicy jest bezpiecznie, czy dochodziło do zamieszek, czy Voldemort spowodował, że ludzie zaczęli panikować, przez co mogli podejmować jakieś irracjonalne decyzje. Uciekła stamtąd tutaj, co było całkiem niezłym sposobem na to, by chwilowo nie przejmować się problemem, który na pewno istniał.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
29.06.2025, 16:19  ✶  
Zareagowałem na jej słowa skinieniem głowy, powolnym, lecz zdecydowanie. Nie zamierzałem się z nią spierać - miała rację - trochę za dużo złego się wydarzyło, i to nie były tylko ogólne stwierdzenia, to były zdania wypowiedziane przez kogoś, kto naprawdę tam był, widział to wszystko z bliska. Byliśmy w samym środku tego chaosu, tego, co się rozpadało. Potrzebowaliśmy odpoczynku, nie kolejnego przedstawienia. Oboje widzieliśmy to samo, oboje rozumieliśmy - wystarczyło jedno spojrzenie, kilka słów. Romulus miał swoje pięć minut, a Prue zasługiwała na więcej niż oglądanie tego, jak ludzie z otoczenia mającego być bezpieczną przystanią przekraczają granice, które nigdy nie powinny zostać naruszone. Zwłaszcza tak świadomie - nawet jeśli to była desperacja, jeśli to był krzyk o pomoc w walce ze sobą, to już nie miało znaczenia. Nie dla niej, nie dla mnie, a prawdopodobnie też nie dla pozostałych. Była późna, naprawdę późna godzina, zbyt późna na analizowanie zdarzeń, a jednak - oczywiście - wiedzieliśmy, że oboje o nich myślimy. To nie tak powinien wyglądać ten czas...
- Dlatego nikt nie zamiesza dłuszej znosiś niepotszebnych dlamatów. - Powiedziałem cicho, z nutą czegoś, czego nie nazwałbym litością. Spadająca gwiazda, nazwałbym go w ten sposób - tak - tyle, że nie ta, na której widok wypowiadało się życzenie, licząc, iż się spełni. To określenie brzmiało efektownie, ale w rzeczywistości to był tylko kawałek skały, który spala się w atmosferze. To było coś, co leciało w dół, płonąc, aż do całkowitego zniknięcia z zasięgu wzroku, a tym samym z pamięci. Szkoda, że niektórym wydawało się, że błysk wystarczy, żeby coś po nich zostało... Nie było we mnie litości dla tego, co się wydarzyło - nie dla niego, Romulusa, może tylko dla nas, dla tego, co zostało. Trochę zawodu, trochę pustki, ale żadnych złudzeń. Nie powinniśmy byli wracać do tego tematu, zresztą nie wróciliśmy - zmieniliśmy go na coś, co było łatwiejsze.
Uśmiechnąłem się pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem nad tym zapanować, a potem odruchowo spróbowałem ten uśmiech stłumić,  jakby nagle coś we mnie uznało, że nie wypada, że to nie czas, żeby się śmiać. Nie dlatego, że nie było w tym nic zabawnego - przeciwnie. Spróbowałem przez chwilę zagrać poważniejszego niż byłem, zmrużyłem lekko oczy, spojrzałem na nią, potem rozejrzałem się teatralnie po okolicy, jakby to, co zaraz powiem, miało mieć jakąś wagę. Wyprostowałem się trochę, ściągnąłem brwi, jak gdybym właśnie usłyszał coś, co autentycznie mnie zaniepokoiło, i odchrząknąłem, przysuwając się nieco bliżej. Westchnąłem przy tym cicho i teatralnie zniżyłem głos, udając śmiertelną powagę.
- W szeczywistości jestem s soli, jak wsyscy moi klewniasy, dlatego kaszdy s tego lodu jeszt taki wledny, celowo wywołujemy łzy, szeby losnąś w siłę. - Powiedziałem wreszcie, ledwo powstrzymując rozbawienie. - Nie lubię deszczu, ale mogę szię kąpaś w moszach i oceanach, jeśli tylko stęszenie zasolenia jeszt właściwe. Zbyt słodka woda lobi mi kszywdę. - Utrzymałem przez chwilę spojrzenie.
Po chwili znów umilkłem, patrząc gdzieś w morski horyzont, który tej nocy był ledwie cieniem samego siebie - rozmazanym, rozświetlonym tylko blaskiem księżyca wychylającego się zza chmur i kilku bladych gwiazd. Kąciki ust zadrżały mi znowu, nie mogłem się powstrzymać, ale nie powiedziałem już nic więcej. Tylko spojrzałem na nią kątem oka, po czym dodałem znacznie ciszej, łagodniej:
- Znikam dokładnie tak, jak szię pojawiam. - Mruknąłem, przesuwając wzrok z powrotem na linię horyzontu, której nie było prawie widać. - Laszej niezauwaszalnie, bez wielkiej stlaty dla otoszenia, gdyby ktoś był tym losczalowany, to byłoby jusz osiągnięcie. - To był już inny ton - spokojny, nieco surowszy, ale bez goryczy - nie mówiłem tego, by ją przygotować, ani po to, by się odsuwać. Po prostu taka była prawda - nie zawsze chciałem zostawać, nie zawsze mogłem, nie zostawałem nigdzie wystarczająco długo, by to zaczynało być problemem. Ani dla kogoś, ani dla mnie. Wcale nie żartowałem - to było we mnie zakorzenione głębiej, niż bym chciał przyznać. Może i nie umiałem być gwiazdą wieczoru, prawdziwą ani taką jak Romulus, nie miałem takiego daru do spektakli, ale miałem za to dar do znikania bez huku, bez śladu, cicho. Nawet jeśli ktoś się orientował, że mnie nie ma, zazwyczaj było już za późno, żeby pytać, dokąd poszedłem.
Wciąż ją obejmowałem, zupełnie naturalnie, bez zastanowienia, bez wysiłku. Była blisko, przy moim boku, wtulona. Moja ręka spoczywała swobodnie na jej ramieniu, ale kiedy poczułem, jak się wzdryga, jakby coś zimnego przebiegło jej po karku - zacisnąłem dłoń mocniej. Przyciągnąłem ją do siebie, nie mówiąc nic, nie komentując - nie pytałem, nie analizowałem. Zamiast tego przesunąłem się też nieznacznie po trawie, przesuwając biodro i nogę, żeby osłonić ją lepiej od tyłu. Nie chodziło o to, że miało jej być zimno albo coś mogło nas podejść od tyłu - to był odruch, stary nawyk, chociaż wcześniej zdawałoby się, że długo wypierany, ale w tych okolicznościach - naturalny.
To była pora, którą lubiłem najbardziej - późna noc, gdy wszystko cichło, a rzeczywistość robiła się trochę nienamacalna, bardziej rozmyta, jakby chwilowo mniej zobowiązująca, nie było w niej hałasu, ani światła, które obnażało zbyt wiele. W nocy człowiek był bardziej sobą, albo kimś, kim nigdy nie miał odwagi być za dnia. Byliśmy tu tylko my - samotna skarpa, noc, morze poniżej, rytmiczne uderzenia fal - zbyt ciche, by zakłócać ciszę, ale wystarczająco głośne, by stworzyć tło.
- Nie jest to dla mnie ploblemem. -  Odpowiedziałem cicho, zupełnie spokojnie. Nie musiałem mówić, że naprawdę chciałem jej pomóc z mieszkaniem - to nie była żadna misja, heroiczny gest. Po prostu... Chciałem, nie dlatego, że sądziłem, iż sobie nie poradzi, ani też nie dlatego, że myślałem o niej w kategorii „mojej kobiety” - to nie była taka relacja. Nawet jeśli przekroczyliśmy pewne granice - a przecież oboje wiedzieliśmy, że tak i nie da się o tym zapomnieć- nie próbowaliśmy z tego nic budować, nie snuliśmy planów, byliśmy tu i teraz... Może coś w tym było - nie tyle w samej świadomości tymczasowości tej relacji, ile w tym, co było pod nią. W tej prawdzie, że każda stabilizacja, przywiązanie, to już krok w coś, czego nie da się szybko i bezboleśnie opuścić.
Słysząc jej „nie myślałam jeszcze o tym”, nie musiałem pytać, o czym - wiedziałem - o tym, co będzie, kiedy wróci, co ją czeka w Londynie, jak będzie wyglądało życie po wszystkim. Prawdę mówiąc, sam nie wiedziałem, jak będzie wyglądało. Stolica miała teraz wiele twarzy, i żadna z nich nie była szczególnie zachęcająca.
- Nie musisz jeszcze o tym myśleś. - Powiedziałem. - Masz palę dni, Londyn nie ucieknie, niestety. - Westchnąłem cicho, czując, jak chłód wciska się między materiał mojej koszuli a skórę. Przesunąłem lekko kciukiem po jej ramieniu, powoli, jednostajnie.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
29.06.2025, 20:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2025, 20:57 przez Prudence Fenwick.)  

Napatrzyli się na to, co się działo. Nie było to tylko czcze gadanie o czymś co usłyszeli. Znaleźli się zupełnie przypadkowo w samym centrum tych wydarzeń. Zresztą później miała szansę też być świadkiem gniewu ludzi, którzy reagowali niezbyt optymistycznie na to całe zamieszanie. Czuła, że spokój nie nadejdzie szybko, raczej wydawało jej się, że jeszcze przez sporo czasu będzie się za nimi ciągnęło pokłosie pożarów. Mieli szansę nieco od tego odetchnąć, odpocząć, tak naprawdę to nawet zapomnieć o tym całym zamieszaniu, tyle, że i to dość szybko zostało pogrzebane. Pojawił się ktoś, kto chciał popsuć ten czas, który mieli wyrwać szarej i smutnej rzeczywistości. Wolałaby do tego nie wracać, jednak nie tak łatwo było ignorować zaistniałą sytuację. Naprawdę starała się to robić, ale skłamałaby, gdyby stwierdziła, że zupełnie ją to obeszło. Wbrew pozorom Prue mimo tego swojego całego zdystansowania należała do osób, które przejmowały się słowami, które były kierowane ku jej osobie. Nawet jeśli, jak teraz wiedziała, że nie miały najmniejszego sensu. Pod tą chłodną otoczką skrywała się bowiem całkiem wrażliwa osoba.

Kiwnęła jedynie głową na znak, że zrozumiała. Widziała ich reakcję, dość łatwo było jej więc wysunąć wnioski na podstawie tego, co zobaczyła. Nie akceptowali takiego zachowania, zareagowali szybko, nie pozwolili na to, by to jeszcze bardziej eskalowało. Była im za to wdzięczna, zresztą nie dziwiło jej to wcale, nie sądziła by ktokolwiek dopuścił do tego, żeby Romulus bez konsekwencji straszył ludzi swoim wahadełkiem. Ludzi... to nie byli tylko obcy ludzie, a jego przyjaciele. To na pewno zabolało, nie sądziła, żeby ktokolwiek był zadowolony z takiego rozwoju sytuacji, a kiedy spotykała go ze strony kogoś bliskiego? Na pewno uderzało jeszcze bardziej. Szkoda, że nie wszyscy byli w stanie to dostrzec. Każdy miał jakieś swoje traumy, takie postępowanie mogło potęgować brak zaufania, bo jeśli nie można było ufać swoim przyjaciołom, to czy komukolwiek innemu można było?

Wiedziała, że ten komentarz o deszczu skłoni go do jakiejś chwytliwej odpowiedzi. Oczywiście, że się nie zawiodła, prowokacja została zakończona sukcesem. Benjy gdy się odezwał był okropnie poważny, podziwiała go nawet nieco za to, że potrafi powstrzymywać się od śmiechu, widać było u niego wiele lat aktorskiego doświadczenia. Kto wie, co musiał mówić, czego wysłuchiwać podczas swoich podróży, na pewno dzięki temu nauczył się reagować w odpowiedni sposób.

Grała w to dalej, bo dlaczego by nie. Skoro już dzięki niej przedstawił jej tę ciekawą tezę, to mogła w to brnąć. Dzięki temu mogli odsunąć od siebie przemyślenia na temat tego, co się przed chwilą wydarzyło.

- Morze Czerwone, Zatoka Perska, to chyba lepsze od tych łez, powinieneś od razu znaleźć się w swojej szczytowej formie po kąpieli tam. - Korzystanie z łez wydawało się być bardzo czasochłonne. Jasne, niosło ze sobą dodatkową zabawę, bo mógł przy tym doprowadzić do granicy kilka osób, ale dlaczego by nie wybrać dużo prostszej możliwości. - Czyli kąpiel w jeziorze nie wchodzi w grę, zanotowane. - Nie śmiałaby nie daj Merlinie spowodować, żeby jej się tutaj rozpuścił w wodzie. - Teraz to wszystko wydaje się takie bardziej logiczne. - Ta cała otoczka wokół Rookwoodów, oczywiście, że musieli mieć jakiś powód, przez który zachowywali się tak, a nie inaczej.

Bletchley mówiła całkiem poważnym tonem, chociaż rozmowa stawała się coraz bardziej abstrakcyjna, zupełnie jej to nie przeszkadzało, czasem jednak warto było przesunąć ją na taki tor, szczególnie podczas dość kryzysowych sytuacji.

- To też dość nietypowa umiejętność. - Nie miała pojęcia co było tego dokładną przyczyną, chociaż może trochę? Zaczynała go rozumieć, pojawiał się i znikał, ruszał dalej, nie szukał miejsca, w którym mógłby się zatrzymać na dłużej, nie potrzebował wokół siebie nikogo, kto zauważyłby, że zniknął. Nie chciał się przywiązywać, co zresztą również miało sens. Pozostawił za sobą całe swoje życie dla kogoś, wszedł w coś bardzo głęboko, poświęcił wszystko co miał i co mu po tym pozostało? Całkiem normalne w oczach Bletchley było to, że nie chciał powtórki z rozrywki, nie chciał, żeby spotkała go kolejna zdrada, a całkiem prostą opcją wydawało się pozostawanie w drodze, to powodowało, że ryzyko znikało. Nie musiał się martwić tym, że przyzwyczaiłby się do czyjej obecności, albo ktoś do jego, co wiązało się z tym, że nie przeżywał kolejnych rozczarowań.

Zauważył, że się poruszyła, oczywiście, że musiał to dostrzec. Benjy był uważny, nic mu nie umykało. Nie skomentował tego jednak, zamiast tego przysunął się jeszcze bliżej niej, zacisnął mocniej dłoń na jej ramieniu. To pomogło, jego obecność przynosiła spokój, sprawiał, że czuła się bezpieczniej, chociaż była zupełnie niespodziewana i jeszcze kilka dni temu nie zakładałby w ogóle możliwości, że będzie się czuła przy kimś kogo znała ledwie kilka godzin tak swobodnie. Nie musiała udawać, hamować się, mogła być po prostu sobą i jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało. Nie ciągnął jej za język, gdy pojawiały się te reakcje nad którymi nie panowała, związane z tym, że jej mózg czasem podążał za tylko sobie znanym rytmem i przywoływał znienacka obrazy, które mogły wzbudzać różne emocje. Pozwoliła sobie odetchnąć z ulgą, a przy okazji oprzeć głowę o ramię mężczyzny, przyszło jej to całkiem naturalnie, jakby już nie raz tak robiła, jakby oni nie pierwszy raz znajdowali się w podobnej sytuacji.

- To dobrze. W takim wypadku czeka nas wycieczka do Londynu. - Skoro chciał to dla niej zrobić, a ona nie miała wobec tego żadnych zastrzeżeń, to będą musieli znaleźć się razem w stolicy, w jej mieszkaniu. Faktycznie było to całkiem rozsądnym podejściem. Nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać, o czym zresztą mieli się szanse przekonać osobiście. Skoro mogła skorzystać z wyciągniętej ręki, to zamierzała to zrobić. Była to kolejna rzecz, której powoli się uczyła - nieodrzucanie pomocy.

Nie dopisywała do tego żadnych insynuacji, nie spodziewała się, że ten gest niesie za sobą coś więcej. Ustalili zresztą, że dają sobie ten tydzień, bo coś ich do siebie ciągnęło, chcieli zobaczyć czym to było, a później miał nadejść koniec, zasady były znane od samego początku, dzięki czemu żadne z nich nie miało się rozczarować, to było sprawiedliwe, wiedzieli na co się piszą. Nie mogła jednak zaprzeczyć przed samą sobą, że całkiem miło było, gdy ktoś widział coś więcej niż czubek swojego własnego nosa, dostrzegał również to, co mogło być jej przydatne, jakby faktycznie miała dla niego jakieś znaczenie.

- Niby tak, ale wypadałoby się jakoś przygotować do powrotu. - To, że jeszcze tego nie zrobiła i tak było dosyć mocno kontrowersyjne, przynajmniej dla samej Prudence. Lubiła mieć gotowy plan na wszystko, najlepiej kilka tygodni przed tym, gdy miała go zrealizować, w tym wypadku oczywiście ciężko było mówić o tygodniach, bo do pożarów doszło ledwie kilka dni temu, ale jakoś trudno jej się było skupić na tym, by powrócić do tej rzeczywistości. Zapewne przez to, że nie do końca wiedziała, co zastanie na miejscu i jak powinna do tego podejść.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
30.06.2025, 08:12  ✶  
Pokręciłem lekko głową z cichym westchnieniem, które uleciało z moich ust niemal niedosłyszalnie - nie jako wyraz zmęczenia czy ciężaru, który nadal czułem wewnątrz piersi, lecz jak coś, co próbując stłumić, wreszcie i tak musiałem wypuścić z siebie, bo już nie było sensu tego dłużej powstrzymywać. Może był to ślad po złości, może po zmęczeniu. Nie rozgadywałem się na temat Romulusa - nie teraz - ale jego wybryk, niezależnie od tego, co go popchnęło do takich działań, wciąż drażnił mnie pod skórą. Można było być zagubionym, mieć poprzestawiane w głowie - sam nie byłem od tego wolny - ale pewnych granic się nie przekraczało, szczególnie wobec ludzi, których nazywało się przyjaciółmi. Doskonale znałem ten mechanizm - próby skradzenia komuś nawet drobnych okruchów spokoju, bo: „Jak śmiesz czuć się dobrze, kiedy mój świat płonie?!” Był obrzydliwy, odstręczający, żałosny - trudno mi było uwierzyć w to, że Potter wyrósł na takiego człowieka, ale najwidoczniej w listach nie dało się wyczytać wszystkiego, tamta rzeczywistość na papierze była w tym wypadku wyjątkowo przekłamana.
Siedziałem przy Prue, nie mówiąc o tym więcej, z pozornym spokojem - tak jakbym rzeczywiście umiał się już całkowicie wyciszyć, zostawić to za sobą, ale ja nigdy niczego naprawdę nie zostawiałem - prawda była taka, że tylko nauczyłem się nosić pewne rzeczy głębiej. Cisza między nami była dobra, by to zrobić - skorzystać z tych schematów, stłumić emocje. Nie musieliśmy niczego przegadywać po raz setny. Wewnętrznie liczyłem, iż również nie tego, że naprawdę powinna uwierzyć w moje słowa. Może nie od razu, ale z czasem, po chwili namysłu. Prudence widziała wszystkie reakcje, na pewno je zauważyła, była cholernie spostrzegawcza. Widziała, jak szybko reszta - w tym ja - stanęliśmy między nim a nią, i jeśli miała wątpliwości, czy to coś znaczyło, to wystarczyło, że spojrzała, jak bardzo nie musieliśmy się nad tym zastanawiać.
Potter... Cóż. Wciąż nie do końca wiedziałem, jak to sobie uporządkować w głowie. Byli tacy, którzy się załamują, gdy uświadamiają sobie zdradę tego typu, przemianę przyjaciela we wroga. Inni stają się ostrzejsi, zimniejsi, bardziej cięci. W moim odczuciu żadna z tych opcji nie była zupełnie właściwa, ale przekroczenie tej granicy - granicy zaufania, przywiązania, tej, która powinna być nieprzekraczalna - było dla mnie czymś, czego nie dało się odwrócić. Jeśli zrobił to raz, zrobi to znowu - nie obchodziło mnie, czy był zdesperowany, przerażony, wściekły. Wybaczanie zdrady zawsze było luksusem, na który nie było mnie stać. Wydawało mi się, że Prudence także nie powinna tego robić, chociaż nie zamierzałem jej pytać o to, co zamierza zrobić, gdy - prędzej czy później - znów spotka Romulusa.
Nie musiała mówić wprost, że ją to wyjątkowo mocno obeszło - widziałem to, czułem. Nawet przez tę całą jej chłodną powłokę - to, co starannie wykuwała w sobie w zbroję. Nie trzeba było być telepatą ani nikim nadzwyczajnym. Wystarczyło znać ten ton, tę mimikę, to jedno spojrzenie, którym człowiek przypadkiem zdradza coś, co wolałby zachować dla siebie, i właśnie to... Właśnie to miało znaczenie.
Spojrzałem przed siebie - czerń morza prawie nie odznaczała się od czerni nieba, tylko linia horyzontu pozwalała jeszcze wierzyć, że gdzieś tam kończy się jedno, a zaczyna drugie. Potem, kiedy przeszliśmy w bardziej absurdalne rejony, pozwoliłem sobie na lekki, niewymuszony śmiech, głęboki i cichy.
- Mosze Czelwone, Zatoka Pelska... - Powtórzyłem zamyślony, jakbym naprawdę analizował dane statystyczne. Ten komentarz mnie rozbawił, ale to było dostrzegalne tylko przez ułamek sekundy, potem spoważniałem, chociaż nie zamierzałem pogrążać nas znów w ciemnych myślach, tylko zachować pozory mówienia na serio. - Wies, musiałbym splawdziś ich skład minelalny, ale bszmi kusząso. - Uśmiechnąłem się znowu - nieco łagodniej, cieplej niż wcześniej. Kiedy Prue przeszła do tematu jezior i mórz, przekomarzała się, z tą swoją charakterystyczną, nieoczywistą lekkością, która nie była lekkomyślna, tylko przemyślana, pełna wyczucia - jak wszystko w niej - nie potrafiłem nie poczuć tego wewnętrznego ciepła. - Łzy szą efektowne. - Odmruknąłem. - Ale mas lasję, cholelnie czasochłonne, a ja s wiekiem lobię szię colas balsiej leniwy. Zatoka to lepsza opcja, a co do kąpieli w jeziosze... To chyba powinna zostaś oficjalnie skleślona s listy atlakcji. - Przytaknąłem z udawaną powagą. - Dobsze, sze to odnotowałaś, bo... Wiesz, nie to, szeby coś, ale nie chciałbym szię lospuściś pszy tobie w ten sposób, chociasz… S dlugiej stlony, mosze to i byłoby całkiem poetyckie zakończenie. A s tszesiej, chyba zszynka s jednej s tych niepokojąsych bajek dla dzieci, co nie? - Oparłem się nieco wygodniej, nadal trzymając dłoń na jej ramieniu. Czułem, jak oddycha - regularnie, miarowo. Chyba udało mi się pomóc jej chociaż odrobinę wyciszyć. A może to ona wyciszała mnie? Cholera wiedziała. Oboje po prostu potrzebowaliśmy czegoś stałego na te kilka chwil, nawet jeśli miało to być tylko siedzenie na skarpie i gadanie o głupotach.
- Dobla, jeśli szeszywiście jestem solnym księciem, to mosze powinniśmy loswaszyś wycieczkę do Joldanii, zamiast do Amelyki Łacińskiej. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmiechu, próbując podtrzymać tę abstrakcyjną, lżejszą linię rozmowy, którą zaczęliśmy. - Tam ponoś mosna szię położyś na wodzie i czytaś ksiąszkę bez najmniejszego wysiłku.
Wzruszyłem ramionami, może trochę zbyt nonszalancko, jak na to, co naprawdę czułem, ale nie lubiłem się nad sobą rozczulać, ani rozwodzić - nie miało to sensu.
- Mosze i nietypowa... - Mruknąłem, lekko przekręcając głowę, żeby na nią spojrzeć. - Ale nie jakaś wyjątkowa. Umiejętność jak kaszda inna. Kaszdy ma coś, w czym jest dobly, plawda? Ja akurat jestem zajebisty w pojawianiu szię i w znikaniu. - Mruknąłem z półuśmiechem. Nie trzeba się za bardzo starać, jak się ćwiczy przez parędzieści lat. Bywali tacy, którzy potrzebowali mieć swoje miejsce, i byli tacy, którzy po prostu woleli wiedzieć, gdzie są drzwi. Ja zawsze wolałem drzwi. Była w tym wszystkim nuta przyzwyczajenia. Takiej znajomej, cichej akceptacji, z jaką patrzy się na płonący nieużytek - na kawał łąki, który ktoś celowo corocznie podpala - bez zdziwienia, bez krzyku, bo przecież zna się już ten zapach, zna się konsekwencje i wie się, że po wszystkim zostaje tylko osmolona ziemia i konieczność zaczęcia na nowo. - To nie tak olyginalne, jak znakomita pamięś do szczegółów i zajebiście mądla głowa. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o czymś oczywistym. Nie kryło się za tym specjalne znaczenie - przynajmniej nie teraz - ot, fakt z życiorysu. Mojego i Prudence. Zamilkłem, pozwalając, by te słowa wybrzmiały tak, jak powinny. Nie szukałem potwierdzenia, nie oczekiwałem zaprzeczenia. Mówiłem prosto, może zbyt szczerze, ale nie czułem, by miało to cokolwiek zmienić między nami. Ona i tak już widziała więcej, niż większość ludzi, których spotkałem w ciągu ostatnich miesięcy.
Oparła głowę o moje ramię, jakby to było zupełnie naturalne, i... W zasadzie takie było, a przynajmniej tak to czułem - nie musieliśmy sobie nic wyjaśniać. Siedziała blisko, przy mnie, i w tej jednej chwili świat wyglądał jak coś, co można jeszcze jakoś zrozumieć. Zasłyszane „to dobrze” przyjąłem z cichym skinieniem, którego pewnie nawet nie zauważyła. Cieszyło mnie, że ona też nie próbowała nadawać temu innego znaczenia, wszystko mieliśmy przecież ustalone. Ten tydzień - tyle, nic ponadto, ale to nie wykluczało troski, nie wykluczało chęci. Czasem to, że coś było z góry określone, jako skończone, dawało większą wolność niż jakiekolwiek zobowiązania. Poprawiłem się na trawie, nie poruszając się zanadto, żeby nie przerwać tej chwili.
- Jasne, daj mi znaś, wybieszemy szię, kiedy będziesz gotowa. Nie będę cię poganiał. - Zabrzmiało to jak banał, ale nie przeprosiłem za to - chyba nie musiałem. Nie wyglądała na kogoś, kto oczekuje ode mnie wygłaszania głębokich manifestów. Nie dodałem: „To twoje miejsce.”, ale to było oczywiste - ona miała tam mieszkanie, przeszłość, przyszłość, rodzinę, znajomych - ja miałem tam tylko stare nazwisko i parę głupich błędów, które wciąż mogły mieć długie cienie.
Zamilkłem na moment, bo to, co miałem dodać, nie brzmiało najlepiej. A mimo to, cicho dopowiedziałem kolejne słowa, robiąc to prawie bezbarwnie:
- Tylko... W Londynie tszeba będzie uwaszaś, to nie wszosowiska i klify. To, co tutaj uchodzi nam płazem, tam mosze przyciągaś uwagę. Nie chcę ci ściągaś kłopotów na głowę. Nie do końca wiem, kto mnie tam jeszcze lubi, a kto jusz niekoniecznie, i nie chcę, szebyś obelwała lykoszetem, nie po tym wszystkim. - Mówiłem to spokojnie, nawet z odrobiną dystansu, ale byłem świadomy zagrożenia. Tamte ulice miały swoje zasady, tam nie byliśmy już wśród wrzosowisk, a ja nie byłem takim gościem, którego się zapraszało na herbatkę. No, chyba że taką, o której kiedyś mówiliśmy - tą ze Śmierciożercami. - Nie jestem pewien, czy powinniśmy szię tam pokasywaś lasem. Nie wiem, kto mnie widział, kto szię domyślił, kto jeszcze mosze szię domyśliś. Ty masz swoje szysie. Nie chcę ci go skomplikowaś tylko dlatego, sze chwilowo... - Urwałem, bo nie wiedziałem, jak to zakończyć - że chwilowo się przy mnie lepiej czuje? Że chwilowo jesteśmy sobie bliscy? Że chwilowo... Jestem potrzebny jej a ona mi? - Zlesztą niewaszne. - Rzuciłem krótko. - Po plostu nie chcę, szeby pszese mnie coś ci szię zwaliło na głowę. Coś golszego od tego, sze chyba jusz szlag tlafił nasze plany bycia incognito pszed pozostałymi. - Powiedziałem to bez dramatyzmu, bez tego tonu, który miałby sugerować, że jestem chodzącym problemem. Nie musiałem sugerować - po prostu taki był fakt. Wolałem, żeby była świadoma.
Pokiwałem lekko głową, kiedy mówiła o powrocie do miasta - nie tylko dla potwierdzenia, że słyszę, ale też z jakimś cichym, trudnym do zdefiniowania zrozumieniem. Nie musiała mi tłumaczyć, jak to wyglądało, co czuła, co widziała - wiedziałem, domyślałem się. Byliśmy tam razem. Nie komentowałem tego, że wciąż się zbierała do powrotu. Nie zdziwiło mnie to - ktokolwiek próbowałby wcisnąć mi kit, że z łatwością miał wbić się z powrotem w rytm po czymś takim, byłby albo idiotą, albo kłamcą. Londyn po pożarach nie był tym samym miejscem, a ona miała pełne prawo nie chcieć się z nim konfrontować bez przygotowania i siły.
- Wiem. - Mruknąłem. - Sze wypada, ale nikt ci nie kasze wlacaś jusz dziś... Albo jutro. Nie ma tesz leguły, któla mówi, sze musisz mieś plan na wszystko od lasu. - Zapewniłem, wzruszając lekko ramieniem. - Poza tym... Niewaszne, jak dobsze zaplanujesz powlót, i tak coś szię zmieni, zanim postawisz nogę w progu. Uwiesz mi, słuchasz ekspelta. Lepiej po plostu wróciś i zobaczyś, co szię stało. Nawet jeśli ktoś będzie czegoś od ciebie oczekiwał, to co s tego? To twój dom, twój powlót, lób to po swojemu.
Nie byłem przeciwnikiem planów, ale wiedziałem, że nie da się przewidzieć wszystkiego - zwłaszcza po tym, co widzieliśmy. Pożary zmieniły więcej niż tylko układ ulic - zmieniły ludzi, układ sił, napięcie w powietrzu. Wszystko. Zresztą… Trudno było planować powrót do rzeczywistości, której jeszcze nie znało się w nowej wersji. Niby ta sama ulica, ten sam adres, ale już nie to samo miejsce -  nie ten sam Londyn. Nie to samo miasto, nie ci sami ludzie. Nagle okazuje się, że niektórzy potrafią cię zdradzić szybciej niż mrugniesz, innym niespodziewanie zaufasz prędzej niż komukolwiek, a inni znikają, zanim zdążysz zapamiętać ich głos.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13107), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (13121)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa