Secrets of London
[Lato 1963 Ceolsige & Urd] Jakże często zda mi się, że łowie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Lato 1963 Ceolsige & Urd] Jakże często zda mi się, że łowie (/showthread.php?tid=5164)

Strony: 1 2


RE: [Lato 1963 Ceolsige & Urd] Jakże często zda mi się, że łowie - Urd Nordgesim - 04.01.2026

Ten wieczór zdawał się być dość nieoczekiwanie barwnym kalejdoskopem. Kołowrotkiem kryształów, emocjonalnych stanów, które z zaskakującym brakiem jakiegokolwiek pulsu przemieniały się w oczach obserwujących, kusząc i hipnotyzując.

Duszna atmosfera, napięta atmosfera, szorstka a teraz taka... rozbełtana
...

– poetyckość myśli egzorcystki, która obecnie raczej zajmowała się żywymi duszami, a nie martwymi, skończyła się w tym konkretnym miejscu, gdy z za barku obserwowała mówiącą Ceolsige, widząc ją w nowym, czy może właśnie starym świetle.

Parsknęła na wzmiankę o sentymencie:
– Błagam Cię... ile Ty masz lat 120, żeby używać takich słów? – w jej tonie odnalazło się jednak nieco więcej ciepła niż przed chwilą, widać było, że nieco udobruchały ją te wspominki. Ostatecznie, angielskie rodziny nie były świadkami i prowodyrami jej bardzo niemiłego dzieciństwa, nie powinna się więc na nich nazbyt odgrywać. Zwłaszcza mała kuzyneczka, która wyrosła na całkiem przyjemną dla oka, wyrywną... złodziejkę.

– Te domy aukcyjne... kto je w ogóle wymyślił... – komentowała dalej, wplatając swoje kilka słów kontrapunktu, w melodię głosu nie-do-końca-kuzynki. Zamoczyła usta w nowym napitku, wiedząc, że ta chaotyczna noc, kalejdoskopowa noc i tak nie pójdzie torem, którym sobie umyśliła wcześniej. Tak bywało w jej życiu zbyt często, żeby przyjmowała się bezładnością losu. Ostatecznie też były... na morzu. To normalne, że bujało.

– Powiedziałabym nawet, że owe granice są o wiele trwalsze niż dwie minuty temu. – w końcu na twarzy Urd pojawił się uśmiech, o wiele szerszy, o wiele uczciwszy niż cokolwiek reprezentowała sobą wcześniej. – Ale dla dobra naszych obu interesów, najlepiej będzie, jeśli ja stąd ostentacyjnie wyjdę, śmiejąc się z pomyłki, a Ty ustawisz jakiś...hałas z opóźnieniem kiedy obie będziemy widziane na pokładzie głównym. To brzmi jak... jak dobry plan? – Nie była pewna. Zdaje się, że przeczytała to ostatnio w jakiejś książce. Fakt, że nagle stała się bohaterką podobnej historii nie dziwił jej zbytnio. W głowie nawet rozbrzmiała charakterystyczna muzyczka rag-time'owa, adekwatna do tego babskiego knucia.

– A potem, później.. może spotkamy się dziobie w tej siatce i popatrzymy w niebo? Tutaj, z dala od miasta, widać wszystkie gwiazdy o wiele lepiej niż w tym Twoim... Londynie. Szkoda przegapić taką okazję. – Szklanka, która była przed momentem pełna, nagle okazała się już całkiem pusta, i Urd nie mogła sobie przypomnieć kiedy właściwie ją opróżniła. Przez moment nawet zmartwiła się, że Ceo jest jednak majakiem, a nie realnym spotkaniem. – Będę musiała potem do Ciebie napisać kilka słów... – mruknęła pod nosem, nie zauważając, że własne myśli wypływają przez wargi. Potrząsnęła głową czując, oceniając stan własnych nóg na "zbyt miękkie".

– Przedstawienie czas zacząć. Baw się dobrze rybeńko – rzuciła docierając do drzwi, a potem nieoczekiwanie wybuchając perlistym śmiechem, gdy zamaszyście pokój wypluł ją na drugą stronę. – Dlaczego te wszystkie drzwi wyglądają tak samo? – śmiała się serdecznie, najprawdopodobniej uwieszając się na kimś innym. – Pamiętasz które prowadzą do mojej kajuty, mam tam lekarstwo, które miałam zażyć przed północą, myślisz, że jeszcze zdążę? – wybrzmiewały niknące w tłumie słowa.


RE: [Lato 1963 Ceolsige & Urd] Jakże często zda mi się, że łowie - Ceolsige Burke - 04.01.2026

Później tej nocy.

Ciepła, śródziemnomorska bryza szumiałam ponad pokładem jachtu. Jej harmonijne powiewy wprawiały plątaninę sznurków dziobowej szarki w melodyjny, wibrujący szelest. Delikatny szum przywodził na myśl świerszcze w letni wieczór pośród złotych pól.

Gdzieś pod kojącym szelestem brzmiała zdecydowanie bardziej rozrywkowa nuta. W innym rytmie wprawiająca w wibracje pokład od kroków, tańców i szaleństw dekadenckiej imprezy. Imprezy, która zdecydowanie trwałą już zbyt długo by ktokolwiek z jej uczestników rejestrował jakikolwiek aspekt rzeczywistości. Rzeczywistość balujących definiowana byłą obecnie już tylko przez ułudę trucizn jakie zażyli by zataczać kolejne piruety w tańcu. Szaleństwa jednak powoli dogasały i co rusz czyjś pijacki rechot grzęzł w dźwiękach chrapania.

Ponad jachtem, nad spokojnym morzem śródziemnym rozpościerał się bezmiar nieba. Na atłasowej czerni perliście lśniły rzędy gwiazd w jedwabnej, skrzącej poświacie drogi mlecznej. Teraz, kiedy większość świateł na pokładzie byłą wygaszona, niebo uchylało czarny płaszcz odsłaniając wdzięki nocy, do tej pory skryte, zawstydzone sztucznym światłem ludzkiej ignorancji.

Ceolsige kołysała się leniwe rozpostarta na siatce ponad pokładem. W spokoju przyjęły swoje ograniczenia, zadowolona, że udało się jej zająć wygodną pozycję na linkach. Nieco wygiętą do tyłu z ręką wyciągniętą nad głowę. Asekuracyjna tylko nieco wymuszona poza, nie chciała by biodra osunęły się pomiędzy siatki. Już czuła się wystarczająco omotana siecią, o którą zaparła się jedną nogą, drugą podkurczając w kolanie.

Spoglądała na migoczący nad głową nieboskłon. Wysoko nad nią feeria srebrzystych odcieni zdobiła płótno granatowych odcieni. Zaśmiała się w duchu rozbawiona swoim, niemal poetyckim nastrojem. Nie mogła jednak odmówić pięknu nieba nad spokojnym morzem, z dala od zgiełku miast. Jeden jaśniejszy punkt tuż ponad jej polem widzenia przykuł jej uwagę. Odruchowo zadarła głowę, czego od razu pożałowała. Gwałtowny ruch sprawił, że kilka linek przeskoczyło pod jej ciałem.

Zjechała kawałek w dół, jeszcze bardziej podkurczając kolano. Zachichotała z własnej niezdarności. Z tego typu zadaniami zazwyczaj radzi sobie magią, jak każdy cywilizowany czarodziej. Jednak w tej sytuacji był pewien młodzieńczy urok, który skusił ją do wspięcia się tak wysoko na siatkę. Spojrzała rozbawiona na towarzyszkę.

- Zdradzieckie te sznurki. - Niby się tłumaczyła, ale tak naprawdę wypowiedź była tylko kontynuacją chichotu. Miała dobry humor. Łup jest tam gdzie być powinien, a niespodziewane towarzystwo okazało się nader przyjemne. Podciągnęła się trochę na poprzednią pozycję ponownie zadzierając głowę, odsłaniając smukłą szyję by spojrzeć, niemal za siebie, w poszukiwaniu blasku. Jej oczy skoncentrowały się na blasku, który teraz odbił się w jej źrenicach. Była tam. Piękna, jaśniejąca gwiazda. Największa i najjaśniejsza, trochę na wschód od centrum nieba. Pod nią zwężająca się wstęga jej mniejszych sióstr, których blask atmosfera planety zamieniała w kuszące migotanie.

- Niczym oko nieba roniące srebrzyste łzy. - Przemknęło jej przez myśl. Dopiero kiedy echo jej słów dotarło do jej uszu uświadomiła sobie, że myśl cichym szeptem wyrwała się spomiędzy warg. Nie ruszając głową skierowała spojrzenie na towarzyszkę. - Miałaś okazją ją oglądać? Mam wrażenie, że pojawiła się po raz pierwszy.


RE: [Lato 1963 Ceolsige & Urd] Jakże często zda mi się, że łowie - Urd Nordgesim - 07.01.2026

Rybka w sieci.

Głowa nieco przestała, nieco się uspokoiła. Sprawy zostały załatwione, zamiecione, odpowiednio przykryte. Obie miały ręce czyste. Obie mogły chwilę poleżeć i popatrzeć w gwiazdy.

Czemu w ogóle to zaproponowała? Ich spotkanie było napięte, ale gdy szum adrenaliny przeminął, a eliksir przyspieszający trzeźwienie w połączeniu z lodowatym prysznicem porobił swoje, Urd miała trochę troszczuńkę wyrzutów sumienia, że tak szorstko powitała swoją słodką kuzyneczkę. Może nie łączyły ich więzy krwi, ale lubiła Ceolsige kiedyś i... co bardzo prawdopodobne... polubiłaby ją i teraz.

Czy czasem nie było warto mieć w okolicy kogoś, kogo wartości nie liczyło się złotem?

Foka w sieci

– Zajebista... – powędrowała wzrokiem za wskazaną przez Burke gwiazdę, tę największą, tę najwspanialszą, najjaśniejszą. – Myślisz, że gwiazdy śpiewają? Że tam gdzieś na niebie trwa boska harmonia, układająca się w sposób doskonały i absolutny, a to tylko my tu na dole robimy chaos i niepotrzebne zamieszanie? – Zapytała miękko, o wiele cieplej i szczerzej wobec minionego już kalejdoskopu. Była gotowa zasnąć w tej sieci, otoczona gwiazdami, zahipnotyzowana przez tą jedną, skuszona marzeniem o prostocie i pięknie tejże prostoty. Nigdy jej to zbytnio nie ciągnęło, jak ćma podążała zwykle do ognia świecy, chcąc czuć świat, smakować go, chcąc słyszeć jego huk i skowyt. Ale tej nocy, tej jednej nocy, wyobraziła sobie, że jest inaczej. – Powinnyśmy częściej się widywać. Rzadko jestem w Anglii, zwłaszcza teraz, gdy matka nie ciągnie mnie na rodzinne wydarzenia. Ale może, jeśli jakoś tak by się złożyło... Będę mogła zatrzymać się u Ciebie rybko? Nie przez wzgląd na stare czasy, ale wszystkie te, które dopiero mogą nadejść. – i mówiąc to patrzyła na gwiazdę, a w kącie widzenia uciekła jej inna, spadająca. I wyszło tak, że te słowa stały się życzeniem, ale Urd nie traktowała tego jako życzenie zmarnowane. Wręcz przeciwnie. Było to życzenie którego spełnienia wypatrywała. Teraz. I kiedyś. Kiedykolwiek znów.

Koniec sesji