![]() |
|
[07.10.1972, Maida Vale] Melodia mgieł - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [07.10.1972, Maida Vale] Melodia mgieł (/showthread.php?tid=5600) |
RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Victoria Lestrange - 16.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Na szczęście nie byłoby to nic trwałego. Pewnie bym się wściekła, a później uwarzyłabym eliksir na porost włosów… – w odruchu złapała za pukiel włosów, który przelał jej się przez plecy do przodu i przeczesała długie już teraz włosy palcami. Kiedyś, jeszcze w czasie szkoły, trzymała włosy nieco krótsze, do połowy pleców, ale w ciągu ostatnich dwóch lat pozwoliła im się zapuścić i teraz sięgały kobiecie do pasa. Mogłaby się posłużyć eliksirami, gdyby chciała je zapuścić szybko, lecz nie czuła takiej potrzeby, jeśli można to samo było osiągnąć naturalnie i zresztą nie była nawet pewna, czy będzie się sobie podobać w dłuższym wydaniu. Teraz całkiem te włosy lubiła. Dotyk Christophera na jej włosach był przyjemny i z zaskoczeniem przyjęła, że nie był przez nią niechciany, dlatego też nie wyrwała mu się, nie odsunęła ani też nie rzuciła na ten temat żadnego komentarza. Sama nie wiedziała do końca jak powinna się zachować, ani, co najważniejsze, co myślał sobie Rosier i ile wiedział, a ile nie wiedział o jej życiu miłosnym, albo czy go to w ogóle obchodziło, czy miało to dla niego znaczenie, czy sam na coś liczył, czy absolutnie nie. Fakt, zaprosił ją, żeby poszli razem, a ona się zgodziła, bo dlaczego nie? Mogła przyjść sama, ale nie miała nic przeciwko towarzystwu Chrisa, lubiła go przecież i był niczego sobie, a poza tym to nie tak, że nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Mogłaby mu powiedzieć, że pozory mylą, bo był czas, że sama miała wrażenie, że traci rozum i że jej własny umysł wymyka jej się z uścisku i spod kontroli, nie mówiąc już o tym, że przez ostatnie pół roku mnóstwo sytuacji udowodniło jej, że pomimo tego, że opanowała oklumencję, to i tak były sytuacje, gdy ta obrona okazywała się całkowicie bezużyteczna. Zamiast tego jednak uśmiechnęła się do niego po prostu. – Nie, żadnego prowadzenia armii i widzenia aniołów – stwierdziła, i choć nie mogła potwierdzić, że słyszała głosy regularnie, to jednak był czas, że je słyszała… tak jakby, choć chyba to nie było do końca tak, bo po prostu przypominały jej się… wspomnienia i rozgrywały się one z pierwszej osoby, przypominały jej się myśli, które nie były jej myślami i słowa, których nigdy nie wypowiedziała. – Ani ataków agresji – dodała, choć przy tych zanikach pamięci zawahała się odrobinę. – Być może trochę zaników pamięci – powiedziała w końcu i uśmiechnęła się przepraszająco. – Ale to było dawno, kilka miesięcy temu. Niedługo po mojej epickiej wycieczce za zasłonę – to raczej nie brzmiało groźne, bo kto po takim doświadczeniu by nie ucierpiał…? Choć społeczeństwo nie miało pojęcia, że sytuacja była niebezpieczna. – Chyba by mnie skręciło z żenady. Nie śledzę byłego i nie przeku… – urwała, unosząc spojrzenie na Christophera. Pytające spojrzenie. – Naprawdę? To też robiła? – Nie wiem czemu nagle zachciało mi się wyjść, dopiero co wróciliśmy – przyznała w końcu. – Po prostu jak następnym razem znowu tak nagle i bez sensu uznam, że muszę się przewietrzyć, to mnie zatrzymaj – miała już takie akcje, na Nokturn, co ją martwiło i faktycznie mogła wyglądać na nieco zdezorientowaną, lecz bardziej chyba po prostu na zirytowaną. – I nie myśl, że ci odpuszczę taniec. Jeszcze będziesz błagać, żeby odpocząć – zażartowała sobie… a może wcale nie? – Ale tutaj też możemy zatańczyć, jeśli nie chcesz widowni… RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Christopher Rosier - 17.01.2026 Christopher nie nawykł do analizowania nadmiernie czegokolwiek, chyba że chodziło o kolejność modelek na pokazie albo dobór dodatków do sukni. Poza pracą żył raczej chwilą i kierował się bardziej instynktem czy zachciankami niż chłodną kalkulacją, na co – jak mógł się domyśleć – Victoria przez większość życia przynajmniej nie mogła sobie pozwolić. Nie zastanawiał się więc przesadnie nad tym, czego chce i co będzie dalej, w myśl hasła carpe noctem zamierzając cieszyć się tą nocą, choć i miał i tę odrobinę przyzwoitości, i dość szacunku do Victorii, by starać się, aby nie poczuła się niekomfortowo. Pewnie nie sięgnąłby do jej włosów sam z siebie, ale elf stworzył ku temu wręcz idealną okazję. Kiwnął głową z powagą, gdy oświadczyła, że nie widuje aniołów i nie ma ataków agresji, choć jego wyraz twarzy złagodniał nieco, gdy wspomniała o tym, że wycieczka za zasłonę mogła odcisnąć jakieś piętno. Z pewną premedytacją po Beltane rzucił się w wir pracy, zamykając oczy i uszy na to, co działo się w Anglii, i dopiero Spalona Noc udowodniła mu, że takie odcięcie się nie jest możliwe. I jak w myślach przeklinał śmierciożerców za stan swojego mieszkania, tak teraz pomyślał że nie lubi Voldemorta i za te przełamywania granic między światami i wciągania Victorii w jakieś dziwne wycieczki. – Myślę, że póki nie jest to regularne, to nic zaskakującego, bo okazjonalne zaniki pamięci zdarzają się większości ludzi… zwykle gdy nadużyją ognistej whiskey, ale wizyta w zaświatach i powrót do świata żywych brzmią jak jeszcze lepsze usprawiedliwienie – powiedział. – Podobno po Spalonej Nocy niektórzy też miewali takie problemy, ale trudno się dziwić, patrząc po tym, jak przeklęli budynek, w którym mieszkam… Jedna z ich pracownic choćby, niestety, nie nadawała się do pracy, i Christopher nie był pewny, czy to trauma wywołana tym, że dziewczyna omal nie zginęła, czy halucynacje przywołała jakaś klątwa. W tej chwili był gotów uwierzyć już w niemal wszystko. – Widzisz? To najważniejsze i w takim razie nie myślę, że jesteś szalona – roześmiał się na te zapewnienia o wykręcenie z żenady. – Teraz ta historia zdaje mi się zabawna, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Przekupiła pracownicę, by ukryła suknię, a chociaż to może brzmieć jak banał… chodziło o suknię ślubną dla najbogatszej klientki, jaką kiedykolwiek miałem, niecałe trzy dni przed weselem – wyjaśnił, na razie po krótce. Dziedziczka bogatego, włoskiego rodu, wypieszczone dziecko arystokracji, poślubiająca też całkiem majętnego dziedzica Selwynów. Pomijając ogromną stratę materialną, byłby to cios w reputację Domu Mody, a karierę Rosiera mógł zniszczyć. Ujął dłoń Victorii, drugą rękę układając na jej talii, przyjmując postawę właściwą do tańca. – Powiedziałbym że widownia mi nie przeszkadza, ale skoro rzucasz takie wyzwanie, faktycznie możemy zacząć już teraz – oświadczył z błyskiem w oko, bo faktycznie potraktował to jako wyzwanie, i lepiej żeby Victoria tego wieczora wybrała bardzo wygodne buty, bo nie zamierzał szybko wypuścić jej z ramion. A że sam się mógł trochę zmęczyć po tej chorobie płuc ze Spalonej Nocy? Co tam, jutro odpocznie, a uzdrowiciele zalecali mu regularnie ćwiczenia... [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Victoria Lestrange - 17.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] To nawet nie tyle, że nie mogła sobie pozwolić na podążanie za instynktem i zachciankami, co zwyczajnie nie chciała – miała zupełnie inny charakter, była poukładana, może z pozoru chłodna (i nie chodziło o temperaturę jej ciała) i spędzała dużo czasu na analizę sytuacji. Na wymyślaniu planów działania. Na łączeniu kropek. I lubiła ten poukładany świat, złościła się czasem, gdy coś nie szło po jej myśli, albo coś zupełnie ją zaskakiwało w ten negatywny sposób (a potem i tak analizowała co do tego doprowadziło i jak można to przekuć w coś dobrego). Być może dlatego tak kochała warzyć eliksiry, w końcu była to bardzo ścisła nauka, w której każde odstępstwo od zasad mogło spowodować, że mikstura nie będzie odpowiednio mocna, albo że straci swoje właściwości (co innego było przy eksperymentowaniu, tam mogła poszaleć). Dopiero uczyła się tej swobody, pewnej elastyczności w stosunku do drugiego człowieka, dawania się zaskoczyć i płynięcia z prądem. – Fakt, to świetna wymówka – odparła i uśmiechnęła się pod nosem. – Zazwyczaj po niej druga strona kiwa głową i przestaje zadawać pytania, bo boi się przywołać jakieś mityczne złe wspomnienia – uśmiech dosięgnął jej oczu, które przymrużyła rozbawiona. Nie mówiła do końca na serio… ale było w jej słowach trochę prawdy. Mało kto pytał ją o Limbo, o to, co tam przeżyła, albo biorąc wywiad, jaki dała, za pełną historię, albo bojąc się sprawić jej dyskomfort. Ale to nie było żadne tabu, nic z tych rzeczy. Nie traktowała tego w kategorii jakiejś traumy, bardziej próbowała zrozumieć co się tam w ogóle wydarzyło… – Tak, słyszałam o tym. O tych problemach znaczy się, chociaż nie wiem czy to akurat było przez tych pajaców w szlafrokach zamierzone, czy to po prostu skutek… uboczny – dokładnie tyle uważała o tych ich szmatach, za którymi się skrywali, a potem skrzywiła się lekko. Skutek uboczny, cóż za piękne niedopowiedzenie. – Nadal nie udało się nic zdziałać w związku z twoim mieszkaniem? – podpytała jeszcze, zastanawiając się czy te zasrane bębny dudniące z jej mieszkania nie miały jakiegoś związku właśnie ze Spaloną Nocą, myślała nad tym już kiedyś, ale odrzuciła ten pomysł ze względu na czas, w którym to usłyszały razem z Brenną. Ale może nie powinna skreślać tego pomysłu, ostatecznie jej dom rodzinny poszedł z dymem do zera i niby nic wielkiego nie stało się z jej kamienicą prócz nadpalonej elewacji i drzwi wejściowych, ale może nie było to takie oczywiste na pierwszy rzut oka… Jak to dobrze, że była na dobrej drodze by na dniach się stamtąd wynieść całkowicie. Oczy Victorii, gdy tak patrzyła na Christophera i słuchała co mówi, zrobiły się niemalże okrągłe jak spodki, a wszystko to ze zdziwienia. Wydawało się wręcz absurdalne, że jedna kobieta miała w sobie takie pokłady złości i zawiści, by zamiast machnąć ręką na nieudany związek, chciało jej się robić takie podchody i podkładać świnie Rosierowi. Bo to już nie było byle co, tylko ingerowanie w jego pracę, pracowników… – Jakakolwiek suknia by to nie była, to jest… – Victoria aż zamilkła na moment, szukając odpowiednich słów. – Niedorzeczne. Bezczelne. Zupełnie nie zabawne – powiedziała w końcu. – Udało się tę suknię chociaż znaleźć na czas? Rzuciła niemal wyzywające spojrzenie Chrisowi, gdy zgodnie ze sztuką ułożyła wolną dłoń na jego ramieniu, gotowa poprowadzić lub poddać się jemu w tych krokach na żwirowej ścieżce przy lekko stłumionej muzyce dobiegającej z sali balowej. Jeden krok, drugi, obrót… RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Christopher Rosier - 18.01.2026 – Naprawdę? Myślałem, że ludzie w takich chwilach jeszcze chętniej zadają niedyskretne pytania. Maniery. Maniery były istotne, gdy przebywałeś na balu albo rozmawiałeś z kimś, z kim kontaktu musiały wyglądać w określony sposób – bo był klientem albo w jakiś sposób współpracował z tobą w biznesie. Ale tak często były jedynie gierką, za którą nie kryły się prawdziwe kurtuazja, szacunek czy autentyczna troska o granice drugiej osoby. Christoper szczerze zastanawiał się, ile osób na tym balu faktycznie nie zadałoby pytań Victorii, bo nie chciałoby przywołać złych wspomnień. A może chodziło po prostu o jej bliskich? – Może twój wywiad sprawił, że przestali być ciekawi, bo dostali odpowiedzi… a może wydarzyło się wtedy tak wiele, że to już nie miało znaczenia – powiedział, bo tamtej nocy wiele osób kogoś straciło. W lesie grasowały ponoć potwory, huragan zranił mnóstwo czarodziejów, działy się rzeczy przedziwne, nie działała teleportacja. W historię o limbo i o Zimnych niektórzy mogli po prostu nie wierzyć. Albo traktowali ją jak jeden element wszystkiego, do czego tam doszło tamtej nocy – pojawienia się widm, szaleństwa z roślinami, które ogarnęło Dolinę, dziwnego tornada. I choć rozmawiali na tematy wyjątkowo poważne, nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy wspomniała o tych szlafrokach. Christopher podejrzewał, że szaty śmierciożerców są zaklęte i że pewnie mógłby podziwiać kunszt tych zaklęć, ale… po prostu nie mógł powstrzymać kręcenia głową na te szaty, maski i cały mroczny znak. Nie znał historii Voldemorta, a i nie był psychologiem, nie mógł więc odgadnąć, że zapewne w dużej mierze korzenie tego wszystkiego leżały w dzieciństwie Toma Riddle’a… ale uważał, że mogli zaprojektować te stroje zdecydowanie lepiej. – Nie wiem, jak z problemami niektórych, ale moje mieszkanie z pewnością zostało przeklęte. Niezbyt wierzę, że mogli zrobić to jacyś zazdrośni sąsiedzi, bo zdaje mi się, że takich klątw nie rzucisz na jedno machnięcie różdżką – stwierdził. Słyszał wprawdzie o atakach mugolaków na czarodziejów czystej krwi, choćby od Astorii, ale i nie poświęcał temu wiele wagi, może bo go nie dotyczyło: zakładał, że to całkiem prawdopodobne, że ktoś chciał wykorzystać zamieszanie albo oszalał z żalu, choć i nie dowierzał po prostu, że mogło być to zjawisko na dużą skalę. W końcu gdy wiesz, że polują na ciebie śmierciożercy, a twój dom płonie, chyba rzadko biegniesz napaść sąsiada. A to co zrobiono w jego mieszkaniu… to nie wydawało mu się byle jaką magią, i choć święcie wierzył, że byli ludzie nie w maskach, którzy mogliby jego dom chcieć przekląć, to już nie w to, że udało się im to zrobić ot tak, przy okazji albo akurat w tej dacie. – Mieliśmy szczęście, że Dom Mody ocalał. Czy mieli szczęście? To pytanie Christopher raz czy dwa obracał w głowie, a potem je od siebie odsuwał: nie chciał wiedzieć. Ale uważał na słowa, które wypowiadał przy krewnych i współpracownikach. Bo może to nie było szczęście. Może tkwiło w tym coś więcej. I chyba do pewnego stopnia cieszył się, gdy Victoria mówiła o tych pajacach w szlafrokach, bo chociaż do niedawna miał naprawdę w nosie, czy ktoś z jego kuzynów albo kolegów chowa pod rękawem mroczny znak, to jednak wolałby chyba nie odkryć, że zaprosił na bal kogoś, kto przeklął mu mieszkanie albo zabił jego ulubioną modelkę. Nawet przypadkiem. – Mogło skończyć się paroma zwolnieniami i dużym stresem dla panny młodej – zgodził się, choć sam tutaj myślał po prawdzie bardziej o stratach Domu Mody niż innych osobach, ale wiedział, że wspomnienie o daleko idących konsekwencjach stawiało pannę Avery w gorszym świetle. – To był zaklęty, duży projekt. Niemożliwy do transmutacji, niełatwy do wyniesienia, zniszczenie zostawiłoby jakieś ślady… a może pracownica bała się zniszczyć suknię wartą tak duże pieniądze. Okazało się, że ukryto go w pomieszczeniu, do którego trafiają moje niedokończone projekty, takie, z których zrezygnowałem lub odwlekłem w czasie, ale nie chciałem się ich pozbywać. Na szczęście znaleźliśmy go na czas. Victoria była uparta. On nie umiał odpuszczać. Dlatego to wyzywające spojrzenie tylko podsyciło postanowienie, że tej nocy zatańczą naprawdę, naprawdę bardzo wiele razy. Poprowadził ją w takt muzyki, a gdy złapali wspólny rytm obrócił, wciąż do rytmu, niezbyt przejęty, że tańczą na środku ścieżki, wiodącej w głąb ogrodów. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Victoria Lestrange - 19.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Był jeden taki typ cholernie zafascynowany Limbo, dorwał mnie w ministerialnej stołówce i nie chciał się odczepić, nie mogłam sobie nawet spokojnie zjeść – przyznała po chwili zastanowienia. – Ale reszta nie… Nie bardzo – nawet jej wtedy-narzeczony nie zadał takiego pytania, jakby nie interesowało go to, przez co przeszła i co się z nią działo. Ani nawet, czy ona chce o tym porozmawiać, albo czy w ogóle tego potrzebuje. Nic. Jakby nie było tematu. A gdy ona sama zagajała, to to zbywał. Reszta rodziny… Też nie bardzo pytała, może tylko Rodolphus próbował jej pomóc zrozumieć to, co zadziało się na samej Polanie Ognisk. – Być może. Poniekąd po trochę też dlatego udzieliłam tego wywiadu, żeby ludzie mi dali spokój, bo pierwszy tydzień po powrocie do pracy był… trudny – i to nie tylko dlatego, że była nadal wyczerpana fizycznie, że poprosiła o pracę biurową, której było tak wiele, że nikt nie robił o to problemu, ale wycieczki do biura aurorów pamiętała bardzo dobrze. Albo pokazywanie ją palcami na korytarzach, w windzie, na stołówce… Cain trochę ją wtedy ratował i czasami przynosił jej jedzenie do biurka. A Victoria jakoś starała się z godnością znosić, że jest ciągle słaba, że trzęsie się z zimna, że ma jakieś dziwne zwidy, że ludzie szepczą, że jest zimna jak trup i że się gapią. Bardzo. Teraz przestała już na to zwracać taką uwagę. – Na wielu wymiarach trudny – doprecyzowała i uśmiechnęła się, pomimo poważnego tematu. Nie wahała się przed nazywaniem śmierciożerców pajacami w szlafrokach, bo dokładnie tyle o tym myślała. Za każdym cholernym razem, nie potrafiła wziąć tego ich stroju na poważnie. – Wiesz co… Jak tak sobie myślę, to pewnie masz rację. Wiem o linczu na czarodziejach czystej krwi, mojego kuzyna próbowali tak załatwić, sam ratował jakąś czarownicę przed wkurzonymi sąsiadami tylko dlatego, że mają takie nazwiska jakie mają, no ale to działo się na ulicy… – chwilę po takiej sytuacji złapała Aidana na ulicy, ale też szukała go po informacji od Atreusa, że jej kuzyn umiera. Nie umierał, całe szczęście, ale powiedział jej co się działo. – To dobrze. Ogólnie… mam wrażenie, że ucierpiały głównie domy i kamienice, miejsca pracy jakoś mniej – choć i niektóre domy miały się dobrze. Jak choćby przetrwało Maida Vale – ogród miał się dobrze, a rozwalone bramki i murki ogrodzenia już zdążono naprawić. Większość mieszkań jej rodziny też jako tako stała, trochę nadpalone, ale zdatne do zamieszkania… Oprócz jej rodzinnego domu, który spłonął doszczętnie. Znając poglądy swojej rodziny, podejrzewała, że ktoś spod jej nazwiska kłaniał się Voldemortowi, tylko kto? Bo jakoś w aż taki przypadek nie wierzyła. I chyba sama nie chciała wiedzieć tak do końca. Już i tak wystarczająco mocno ciążyła jej tajemnica Sauriela, o której wolała zapominać, inaczej musiałaby go aresztować już dawno temu, choć ten problem niejako rozwiązał się sam. – Myślę, że nie tylko dużym stresem… – mruknęła pod nosem, próbując sobie wyobrazić, jaka to by była katastrofa, gdyby panna młoda nie miała swojej sukni ślubnej. Dobre imię Domu Mody byłoby po czymś takim co najmniej zszargane, nie mówiąc o tych zwolnieniach, o których wspomniał Chris. – No, gdyby tej pracownicy udowodnić zniszczenie, to nie wypłaciłaby się ze szkód pewnie do końca życia – stwierdziła już po tych wyliczeniach blondyna, bo Victoria mogła sobie tylko wyobrazić ile to musiało kosztować. Sama wiedziała ile płaciła za swoje sukienki, a Chris mówił o najbogatszej klientce jaką kiedykolwiek miał, więc tu spodziewała się czegoś ekstra, zwłaszcza na ślub. – Niesamowita ta twoja Avery, obsesyjna wręcz. Teraz już rozumiem czemu to ona ci wcześniej przyszła do głowy. Fakt, była uparta, nawet bardzo. Na całe szczęście potrafiła czasami odpuszczać, choć na ten moment było na to nieco za wcześnie, więc dała się porwać do tego tańca, nie przejmując się tym, że w każdej chwili ktoś mógł wyjść z budynku i trafić prosto na nich. Ani tym, że mogliby po prostu wrócić na salę. Po co, skoro tu też było zabawnie, a uśmiech rozświetlił jej twarz? Dotańczą do końca utworu i wtedy wrócą… Bo trochę bała się, że Rosierowi może być tu jednak nieco za zimno, a nie chciała, żeby się rozchorował od tańca z nią. RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Christopher Rosier - 19.01.2026 Christopher przypatrywał się Victorii w pewnym zdziwieniu, bo wprawdzie on i jego rodzice nie mieli jakichś niesamowicie ciepłych relacji – to była jednak rzadkość – ale byli dumni z syna, dzielili pasje i raczej nie wyobrażał sobie, aby nie spytali go, co się stało, jeśli wpadłby do dziury między światami. Jej siostry? Kuzyni? Narzeczony? Przyjaciele? Przez ułamek sekundy nawet zaczął się zastanawiać, czy jakby nie wypadało iść spytać Atreusa, ale zaraz uznał, że niemożliwe, by rodzina go nie męczyła, i jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie, aby ich dwóch nagle usiadło i zaczęło rozmawiać o uczuciach (ale spytanie go „co wiesz o Saurielu Rookwoodzie?” wydało mu się świetną ideą). – Na jakich wymiarach? – spytał więc zamiast tego. – Chyba że nie chcesz odpowiadać z powodu mitycznych, złych wspomnień – zastrzegł po prostu. – To zaskakujące. Przyznaję, że lincz na jednej czy dwóch osobach by mnie nie zdziwił, a już na pewno nie skorzystanie z okazji do napaści albo kradzieży… ale też znam kilka takich historii. Zwykle kiedy twój dom płonie albo bliscy giną, próbujesz coś ratować i uciekać, a potem szukać winnych, nie atakować od razu – powiedział, z pewnym zamyśleniem. Chyba nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska, bo on miał problemy innej natury: duszące czarnomagiczne zaklęcie, klątwa na kamienicy, próba przedostania się do pracowni, by poszukać reszty rodziny, gdy wokół wszystko płonęło. – Zastanawiam się czy nie zaplanowano paru prowokacji? – rzucił, chociaż nie, do tej pory się nad tym nie zastanawiał i przyszło mu to do głowy dopiero teraz. Victoria trochę zmuszała go myślenia na tematy, które zwykle od siebie odsuwał, czy to dlatego, że go nie interesowały, czy z premedytacją. – Cóż, może pominięcie miejsc pracy było celowe. Myślę, że gdyby Dom Mody spłonął, moja matka osobiście jutro wymalowywałaby plakaty domagające się obwołania na stanowisko Ministra kogoś mugolskiego pochodzenia, bo taki na pewno nie będzie sprzyjał śmierciożercom – parsknął Christopher. A jego matka naprawdę nie była fanką mugolaków i uważała, że oni z zasady nie mają stylu, co w jej ustach stanowiło najgorszą obelgę. Ale to miejsce… to miejsce było bijącym sercem rodziny Rosierów, źródłem ich bogactwa, dziedzictwem i jednocześnie tym, co większość z nich szczerze kochała. – Mam od tamtej pory lekki uraz do rodziny Avery – przyznał chwilę później, a potem chwycił lekko Victorię, unosząc ją w kolejnym obrocie. Taniec był w końcu czymś, co tacy jak oni robili wielokrotnie, i może i nie mogli dać tu występu rodem z desek teatru Selwynów, ale póki co radzili sobie całkiem przyzwoicie. – Gdyby ją zniszczyła, niczego by jej nie udowodnili, ja za to pewnie siedziałbym w Azkabanie, bo prawdopodobnie zamordowałbym ją w afekcie – stwierdził, bo to była naprawdę, naprawdę wspaniała suknia. Uważał ją do tej pory za swoje największe dzieło zresztą. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Victoria Lestrange - 19.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] Relacja Victorii z matką była… trudna. Jeśli Isabella czuła coś ciepłego do swojej córki, to okazywała to na swój surowy sposób (potrafiła się nią jednak chwalić), choć gdy wróciła tamtego dnia do domu, jej matka była autentycznie przestraszona. Ojciec lepiej okazywał te uczucia, zresztą zawsze pod tym względem mieli ze sobą lepszy kontakt, i przynajmniej zbadał córkę, przepisał jej leki i nakazał odpoczynek – dokładnie to więc wtedy robiła. Siostry… jedna była daleko bo w Francji, mogły się porozumieć tylko listownie, to nie było to samo, jedna była co prawda w domu, ale chyba nie wiedziała jak się zachowywać w tej sytuacji więc unikała tematu Beltane, widząc jak słaba jest Victoria, a trzecia z sióstr była wtedy w Hogwarcie, kończąc pierwszy rok i to Victoria pisała do niej list, by się o nią nie martwiła. Kuzynostwo było zajęte sobą, narzeczony zachowywał się jakby nic się nie stało, a przyjaciele – oni akurat stanęli na wysokości zadania na tyle, ile mieli czasu i siły na to wszystko, a Victoria zresztą niczego nie oczekiwała, bo mieli swoje własne problemy: pogrzeb, zamieszanie w pracy i tak dalej… – Bez przesady, to nie było traumatyczne. A przynajmniej nie potrafię tak na to spojrzeć – nie do tego stopnia by drżała na samą myśl i miała wpadać w jakąś panikę, nawet pomimo rozdzierającego bólu, którego widmo potrafiła czuć do dzisiaj. – Byłam zupełnie nieprzygotowana na rozgłos, czułam się trochę jak takie zwierzątko w cyrku, które każdy chce zobaczyć i czeka na jakąś sztuczkę, a jeszcze wtedy nie do końca docierało do mnie co się stało. Trochę za szybko wróciłam do pracy, tak teraz myślę. Powinnam była siedzieć w domu dłużej – to byłoby bardzo mądre, ale ona nie potrafiła wtedy usiedzieć w domu też że względu na to dziwaczne poczucie związane z Rookwoodem, a które było wynikiem rytuału miłosnego na Beltane. – Wszyscy się gapili. Absolutnie wszędzie. Nie byłam w stanie spokojnie przejechać windą, albo przejść korytarzem. Nagle każdy wiedział jak się nazywam i kim jestem, i co się wydarzyło… No a poza tym kompletnie nie nadawałam się do pracy w terenie – to była ta kolejna trudność. – W sensie byłam bardzo słaba, szybko się męczyłam, trzęsłam się z zimna i tak dalej, tylko bym zawadzała wszystkim – wzruszyła przy tym ramionami. – Tak. A jednak znaleźli czas na mieszanie z błotem czarodziejów czystej krwi, którzy nie mieli z tym wszystkim nic wspólnego. Aidan nie był wtedy w mundurze, wzięli go na cel… ale mnie nikt nie ośmielił się zaczepiać w ten sposób, może właśnie dlatego, że z daleka było widać, że jestem na służbie? – zastanawiała się teraz na głos, bo nie wiedziała. Aidan później dołączył do ekipy, po prostu kiedy to wszystko się zaczęło miał wolne i był też niezłym celem, bo skąd mogli wiedzieć że atakują brygadzistę… – Może. Nie myślałam o tym wcześniej – przyznała po chwili, zastanawiając się na ile to możliwe, że urządzono taką prowokację. Biorąc pod uwagę przeszłe doświadczenia chociażby z Marszu Charłaków i jego kontrmarszu… istniała taka szansa. Podczas Spalonej Nocy było to o tyle utrudnione, że ta zaskoczyła… wszystkich. – Ano mogło tak być. Ministerstwo też miało się dobrze, tak jak szpital i kilka innych placówek, więc myślę że może chcieli zasiać zamieszanie tam, gdzie zaboli najbardziej, więc w domach… – to była oczywiście tylko teoria i może się bardzo myliła, bo nie miała zielonego pojęcia jakim kluczem to wszystko szło. – Myślę, że po tym co się stało, więcej ludzi zainwestuje w ochronę budynków przed ogniem – stwierdziła jeszcze, ciesząc się w duchu, że przynajmniej taka skarbnica wiedzy, jaką niewątpliwie była biblioteka Maeve należąca do jej rodziny od strony matki, już dawno była zabezpieczona i w trakcie pożarów to miejsce było chronione. I niektórzy co sprytniejsi i tam się skryli przed ogniem. – Nie dziwię ci się. Na twoim miejscu też bym miała – mruknęła pod nosem, przy kolejnym obrocie, zaraz na powrót kładąc dłoń na jego ramieniu – fakt, tańczyła wielokrotnie i wiedziała jak to się robi, a teraz pozwalała prowadzić Chrisowi. – Jeśli cię to pocieszy, my mamy lekki uraz do rodziny Mulciber, po serii paskudnych plotek w sierpniu – być może o nich słyszał, a może wcale nie – ale temat Loretty był mu znany, jak wynikało z ich wcześniejszej, przerwanej rozmowy. – Skoda wolności na taką kobietę. A takich momentach zawsze można się zgłosić do jakiegoś widmowidza i w ten sposób pociągnąć sprawę – podsunęła, jak gdyby nigdy nic, jakby wcale przyznał się jej do tego, że mógłby kogoś zabić i jak gdyby ona wcale nie była aurorem. RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Christopher Rosier - 20.01.2026 – Sztuczkę? Jestem ciekaw, na co liczyli: że zrobisz salto czy może rzucisz się pożreć czyjś mózg? – zastanowił się Christopher. Może był ignorantem, może chciał niektórych rzeczy nie widzieć, bo sam chyba po prostu nie do końca dopuszczał do siebie świadomość, że Zimni mogli być rodzajem nieumarłych: Victoria wciąż była Victorią, ot jej skóra stała się wyjątkowo zimna, ale dało się to przeżyć. Choć jej ewidentnie to przeszkadzało, skoro wspominała, że cały czas odczuwa chłód. A przecież lato ledwo przeminęło i nieodczuwanie ciepła słońca czy ognia w kominku zdawało się mu czymś… trudnym. – Teraz to pewnie już minęło? Napisano o nich parę artykułów. Ukazał się wywiad. I wreszcie uwagę wszystkich przyciągnęła Spalona Noc: ludzi pochłaniały straty, cierpienia… albo triumf. Dla niektórych z nich to była pora triumfu. Zmarszczył pod maską jasne brwi, gdy wspomniała o ataku na Aidana. – Mugolaki to często zazdrośni ludzie – stwierdził, zgodnie z własnymi przekonaniami zresztą. Nie patrzył na nich jak na dyskryminowaną mniejszość, która do tej zazdrości ma prawo: raczej uważał, że ci, którzy naprawdę chcą mogą, a do reszty odczuwał niechęć, i nie dostrzegał wielu piętrzących się przed nimi przeszkód. – I pojedyncze ataki mnie nie zaskakują… ale jeśli było tego tak wiele, to naprawdę wygląda na jakąś prowokację. Może użyto zauroczenia? Albo to co sprawiło, że moja pracownia szaleje na widok ognia, jakoś wzbudzało i agresję? – powiedział, choć tak naprawdę nie był pewny, czy w ogóle chce się nad tym zastanawiać. – Udało się ich aresztować? Czy byli pod wpływem zauroczenia, czy nie, aresztowani zostać powinni. I jeśli należeli do grupy robiącej takie rzeczy z własnej woli: zostać ukarani, nieważne, czy doprowadziła ich do takiego postępowania zazdrość czy rozpacz. – Ministerstwo leży pod ziemią, a zdaje mi się, że pożary w większości rozpoczynały się od tego popiołu… wdarł się i do mojego mieszkania i mam wrażenie, że to on zostawił po sobie tę klątwę. Obracali się w tańcu, niezbyt szybko, i ze względu na melodię, i bo różnica wzrostu zmuszała Christophera do pewnej ostrożności. Trzymał jej dłoń przez rękawiczkę, nie wyczuwał więc chłodu jej ciała, spoglądając w dół, by widzieć oczy. Kącik ust drgnął mu, kiedy wspomniała o Mulciberach. [b] – Chodzi o to, że był na pojedynku z Lorettą? – spytał, bo akurat pojedynek trochę go bawił, trochę interesował, ze względu na to, że zamieszani w niego byli jego znajomi. – Nie przejmowałbym się specjalnie, skoro Loretta wyjechała. Od ładnych paru lat kręcili się wokół siebie, a Mulciberów większość i tak kojarzy głównie z interesami na Nokturnie. Kiwnął jedynie głową na jej słowa: na szczęście wtedy nie było to konieczne, suknię odnaleziono, ale Cressida osiągnęła swój cel o tyle, że Rosier nie był w stanie jej wypchnąć z pamięci. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Victoria Lestrange - 20.01.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Może oba na raz, najlepiej w tym samym momencie – stwierdziła z pewną dozą ironii i może co prawda nie podejrzewała, że ludzie chcą zobaczyć, jak wyżera komuś mózg, to jednak miała wrażenie, że przynajmniej część chciała potwierdzenia, że przejawia iście trupie zachowania: głód krwi albo mięsa, nieoddychanie i tak dalej. Nic z tego jednak nigdy się nie stało, nie miała większej ochoty na krwiste steki, nie stała się agresywna, nie uległ zmianie jej charakter, jedynie bardzo brakowało jej ciepła. – Nadal zwracają na mnie uwagę, ale przynajmniej w pracy już przywykli i nie słyszę na każdym kroku, że to ta zimna jak trup – na ulicy czasami ktoś się odwrócił, czasami coś słyszała, ale dużo rzadziej niż w maju czy czerwcu, a nawet w lipcu. Zimni jednak nie okazali się krwiożerczymi bestiami z opóźnionym zapłonem, to i ludzie przestali się tym aż tak mocno ekscytować, a przynajmniej tak z grubsza. – I niezdecydowani – dodała do tego, bo sama miała o mugolakach zdanie jakie miała, a ono nie wzięło się z powietrza i choć niektórzy powiedzieliby, ze wyssała je wraz z mlekiem matki, to prawda była taka, że pewne rzeczy tylko się potwierdziły, gdy pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. – Kilka osób aresztowano, ja nie byłam przy żadnej takiej sytuacji, a zamieszanie na ulicach było takie, że wiesz… Mugolacy to był najmniejszy problem – na przykład z Aidanem wyciągali z płonącego, zawalającego się budynku mężczyznę, który tam utknął. W tamtej chwili to było ważniejsze, niż zamieszki na ulicach, które i tak w ogólnej panice szybko się rozmywały i kończyły, i chyba nie były problemem globalnym. – Tak, Ministerstwo tak, ale choćby szpital? Teatr? No i dużo innych miejsc… – to były spore budynki i teoretycznie powinny mieć większą szansę na to, by złapać ogień i spłonąć, prawda? A jednak… A jednak stały niemal nietknięte. Można było to zwalić na to, że było tam więcej czarodziejów, którzy mogliby z tym ogniem walczyć i go zgasić, a jednak nie tłumaczyło innych rzeczy: braku smrodu, dymu i pyłu, który krążył po budynku, dziwnych run i innych. Wzrost wzrostem, ale podłoże nie będące parkietem, a żwirowaną ścieżką nie było najlepszym do tańca, Victoria nie miała więc nic przeciwko, że tutaj nie narzucili jakiegoś mocniejszego tempa tańca (do czego totalnie była zdolna, a Atreus jej świadkiem), zresztą w ten sposób łatwiej się rozmawiało. – Nie. Chodzi o to, że ponoć wzięli ślub w jakimś cygańskim obrządku, o którym nikt nie wiedział. Rodzina się wściekła, jak się dowiedzieli po ślubie u Blacków i nie uznała tego… cokolwiek to było, bo nie ma na to nawet żadnych papierów – zresztą jak to tak, co to za jakieś nieformalne zawieranie „małżeństw” czy czego w zasadzie. – No i jeszcze było wyciąganie brudów na mojego kuzyna Williama i jego żonę w gazecie… gdzie dali zdjęcie tego samego Mulcibera i Eden i podpisali, że to William – Victoria westchnęła i pokręciła głową. Na tym etapie chyba nikt już nie pamiętał (albo było to mniej ważne) o pojedynku o honor Loretty, na którym się pojawiła i potem wynikła z tego jakaś bójka. – Takie tam ploteczki – dodała i uśmiechnęła się lekko, ale chyba te ploteczki dobrze tłumaczyły niechęć. RE: [07.10.1972] Melodia mgieł - Christopher Rosier - 21.01.2026 – Jak królowa śniegu – sprostował Christopher, bo nie mógł zaprzeczyć, że ciało Victorii stało się zimne, choć teraz nosiła rękawiczki, to nawet przy zwykłym powitaniu czy przypadkowym dotyku dało się to wyczuć. Było tak, jakby ledwo wchodziła do pomieszczenia po pobycie na zewnątrz w zimową noc. Ale królowa śniegu brzmiała jednak lepiej niż trup, a Victoria nie była trupem: była żywa jak zawsze. – Albo jak Śnieżka, z włosami czarnymi jak heban, skórą białą jak śnieg… i zimną jak lód. Poprawił chwyt na jej dłoni. Materiał chronił przed chłodem, ale nie czuł ciepła, jakie zwykle odczuwałeś, gdy trzymałeś kogoś za rękę. – Da się na to coś poradzić? – spytał w końcu. Może dlatego, że wspomniała, że niewiele osób pytało: może bo zdawało się, że ten chłód ją męczy. I nie mógł się temu dziwić, jeśli faktycznie wciąż odczuwała zimno, a ciepło nie mogło jej ogrzać. W milczeniu przyjął jej odpowiedź odnośnie aresztowań, kiwając tylko lekko głową. Po prawdzie zresztą nie interesowało go specjalnie czy udało się dopaść innych mugolaków – raczej tych, którzy sprawiali problemy Aidanowi. Mimo wszystko nie potrafił widzieć w nich zagrożenia dla siebie, choć być może powinien. Nie nawykł jednak przejmować się na zapas – gdyby tak było, musiałby chyba za każdym rogiem teraz dopatrywać się niebezpieczeństwa. – Może ktoś nie chciał, by te miejsca ucierpiały – powiedział jednak na kolejne słowa, z pewną rezygnacją wypowiadając wreszcie to, co cały czas chodziło mu po głowie odnośnie Domu Rosierów, ale o czym milczał, i w rozmowach z obcymi, i z pracownikami, i z rodziną. Ordynatorką szpitala była Lestrange. W The Globe pracowało kilku czystokrwistych artystów. Być może ktoś z nich chciał dalej błyszczeć na scenie. Ten moment powagi szybko przeminął, gdy słowa o cygańskim obrządku wywołały w nim najpierw niedowierzanie, a potem rozbawienie. Najpierw pomyślał, że Louvain musiał się wściec i że chciałby zobaczyć jego minę. Potem poczuł wobec niego jakąś dozę współczucia, bo jednak Christopher nie byłby szczęśliwy, gdyby to jego rodzeństwo wywinęło taki numer. – Po nim bym się spodziewał, jedyne co o nim wiem, to jakieś plotki o cygańskiej matce i używkach… – Nie znał Mulcibera, ot mógł powiedzieć to, z czego rozpoznawali go wszyscy, a że sam bywał we Francji dość często, to na słowa o cyganach tylko przewracał oczyma. – Po niej… dobrze. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Ale chyba razem nie zamieszkali? To trudno byłoby ukryć – rzucił, a potem przystanął, kiedy muzyka dobiegająca z pomieszczenia umilkła pomiędzy utworami. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] |