![]() |
|
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=5603) Strony:
1
2
|
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 18.01.2026 Wyciągnąłem rękę po butelkę, jeszcze zanim Prudence skończyła mówić, zapewniając mnie o tym wszystkim, co powinno było przynieść mi ulgę, ale wcale tego nie zrobiło, co samo w sobie brzmiało dokładnie tak źle, jak czułem się z tą sytuacją - pękanie nie było w moim stylu, nie należało do mojego repertuaru. Nawet na nią nie spojrzałem, zanim nie pokręciłem głową, zamykając sobie usta nalewką, nim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle chcę coś jeszcze mówić. Nie dlatego, że chciałem całkowicie wycofać się z tej rozmowy, tylko dlatego, że nie wiedziałem, co z tym zrobić - z tym wszystkim - z tym, co powiedziała, z tym, że mówiła to tak… Prosto, jakby to naprawdę było takie proste. Pociągnąłem łyk, za długi, taki, który palił gardło, potem drugi, trzeci, alkohol spłynął mi po brodzie, otarłem ją niedbale dłonią, oblizałem wargę z ciemnych, słodko-gorzkich kropli i prychnąłem krótko, bez śmiechu. - Nie. - Powiedziałem w końcu, nisko, głucho. - Nie, Pluey. Tu się, kulwa, nie zgadzamy. - Zacisnąłem palce na szyjce butelki. - Wybacz mi, naplawdę, ale ja nie kupuję tej welsji, sze „to nolmalne” i powinienem wylewaś na ciebie mój syf, bo „telas jest nas dwoje” i jusz, tak się nie da, to nie jest… Pszełącznik–pstlyk–wsystko gla. - Pociągnąłem solidny haust, za długi, za łapczywy. - To tak nie działa. Pszynajmniej nie w mojej głowie. - Butelka stuknęła o podłogę, kiedy ją odstawiłem. - Ja bym balso chciał w to wieszyś, ale… - Urwałem, wciągnąłem powietrze. - Ale nie potlafię. Nie potszebuję, szebyś mnie chloniła pszed plawdą. - Oparłem się ciężej o kanapę. - A plawda jest taka, sze zjebałem, nie mówiąc ci o wszystkim, nadal, kulwa, nie wiedząc, jak o tym mówiś, by to… Nie bszmiało… Tak. I nie wieszę, sze mosemy tak po plostu pszejść nad tym do posządku dziennego. Nie wieszę w to. Mose to ze mną jest coś nie tak, ale ja nie umiem udawaś pszed tobą, sze takie szeszy się nie liczą. - Oparłem łokcie o kolana i pochyliłem się do przodu, chociaż plecy miałem napięte, jakby w każdej chwili ktoś miał mnie uderzyć. - Mam do siebie wyszuty. Cały czas. I nienawidzę tego. Nienawidzę tego cięszalu, nawet jeśli ty mówisz, sze to nie jest cięszal. Dla mnie jest. Szczególnie telas. - Przejechałem dłonią po karku, czując napięcie w mięśniach. Czułem własny oddech, brzmiał mi w uszach za głośno, serce waliło mi w klatce piersiowej w sposób kompletnie nieadekwatny do sytuacji, jakbym właśnie biegł, a nie siedział na cholernym dywanie we własnym domu. „Dom” - znowu to słowo. - Po tym, co powiedział John. Po tym domu. - Słowo „dom” zabrzmiało w moich ustach obco. - To duszy dom. Za duszy. Taki, któly wygląda, jakby był zaplojektowany pod coś więcej nisz my. Jakby miał jusz s góly wpisane pszeznaczenie. - To było kolejne słowo, które wypowiedziałem tak, jakby pochodziło z obcego języka, bo przecież nie wierzyłem w ten koncept, sam zamysł czegoś z góry określonego przez jakąś mityczną siłę był dla mnie marną wymówką dla ludzi, którzy nie chcieli brać odpowiedzialności za podejmowane decyzje, ale - no, właśnie - w tym wypadku nie było lepszego określenia na to, czym było to miejsce. - Co, jeśli telas mówisz jedno, bo naplawdę jesteś tego pewna, ale za pięś, dziesięś lat coś w tobie pęknie? Co, jeśli będziesz słysześ pytania? Od ludzi. Od lodziny. Od siebie samej. Co będzie za piętnaście, dwadzieścia lat, kiedy to wszystko wlóci jak bumelang. Co, jeśli któlegoś dnia spojszysz na mnie i pomyślisz, sze coś ci odeblałem? - Wypaliłem to, zanim zdążyłem się zatrzymać, znowu sięgnąłem po butelkę, ale tym razem tylko ją ścisnąłem w dłoni, wpatrując się w ciemną zawartość. - Bo wiesz… - Odchrząknąłem. - Ludzie nie zaczynają nienawidziś od lasu. Najpielw jest cisza. Potem szal. A potem jusz za późno. - Pokiwałem głową, jakbym sam sobie przyznawał rację, przez chwilę słuchałem tylko własnego oddechu - zbyt głośnego, zbyt nierównego. Złapałem się na tym, że znowu nabieram powietrza, jakbym miał wygłosić mowę obrończą, chociaż nikt mnie nie oskarżał, z gardła wyszedł mi ten cichy dźwięk, coś jak krótkie „tss”, sygnalizujące, że to zdecydowanie był ten moment, w którym ciało robiło swoje szybciej niż głowa - barki miałem lekko uniesione, szczękę napiętą, ręce trzymane sztywno. Poczułem, że mi drży szczęka, więc zacisnąłem zęby, głowa sama mi się lekko przechyliła na bok, potem wróciła do pierwotnego ułożenia, potem znów się poruszyła - to były drobne, nerwowe ruchy, które robiłem zawsze wtedy, kiedy coś było za duże, żeby to od razu unieść. Oparłem się ciężej o dywan, dłonią potarłem twarz, jakbym chciał zebrać myśli, ale tak naprawdę tylko przeciągałem moment. - To nie jest tak, sze ja wątpię w ciebie. - Znów pokręciłem głową, tym razem wolniej. - Ja wątpię w… W to, sze coś mose się nie wyłoszyś tylko dlatego, sze ja to… Dotknąłem… W nieodpowiedni sposób. - Parsknąłem pod nosem, bez uśmiechu, to nie próbowało być śmieszne, nawet jeśli brzmiało absurdalnie. - To bszmi, jakbym był pszeklęty albo coś. Nie chodzi o fatum. Laczej o nawyk. Nawyki… No, właśnie - wszystko opierało się o nie, to gadulstwo, te wylewające się słowa, one nie były normalne, to było pękanie - zorientowałem się, że znowu mówię inaczej, niż to sobie założyłem, jasne, ale dopiero wtedy, kiedy własny głos zaczął mnie męczyć, to było to charakterystyczne zmęczenie sobą - nie nią, sobą - jakby każde kolejne zdanie było tylko inną wersją tego samego uniku. Całe życie funkcjonowałem w trybie „udowodnij, zasłuż, nie przesadzaj, nie przyzwyczajaj się”, nie wydawało mi się niczym wartym analizowania, że w pewnym momencie zacząłem trzymać się prostych reguł - „jak jest za dobrze, to znaczy, że ktoś czegoś chce”, „jak ktoś zostaje, to znaczy, że zaraz policzy rachunek”, „jak nie ma ceny od razu, to pojawi się później, z odsetkami” - teraz to zaczynało brzmieć tak, jakbym się ich uczepił, a to było niewygodne, dezorientowało mnie, bo nie grało z moją życiową filozofią, w której ta matematyka miała sens. To, co mówiła, ten spokój towarzyszący słowom, rozstrajał mnie bardziej niż awantura, bo z awanturą wiedziałem, co zrobić, a z tym… Z tym coraz bardziej czułem się, jak jak idiota, który próbował sprawdzić, czy krzesło nadal stoi, więc co chwilę na nim podskakiwał, chociaż wcale nie chciał testować jego wytrzymałości - nie chciałem niczego psuć, po prostu nie do końca wiedziałem, jak postąpić w sytuacji, w której coś, co powinno było przynieść mi ulgę, tylko jeszcze bardziej mieszało w mojej głowie. Osunąłem się odrobinę, poprawiając ułożenie pleców względem kanapy, jakbym tym gestem chciał przykryć to, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić z rękami - jedną oparłem o kolano, drugą odruchowo schowałem pod udo, jakby mogła mi uciec za bardzo w bok i narobić szkód. Przesunąłem kciukiem po krawędzi obrączki, nie zdejmując jej, raczej sprawdzając, czy dalej tam jest - była, oczywiście, że była, jak wszystko inne, co mimo to wydawało się nieprawdopodobne. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, bez słowa, z tym zmęczonym, pijackim skupieniem, które nie bierze się z braku myśli, tylko z ich nadmiaru. Potem westchnąłem ciężko, krótko, przez nos. - Melinie, dziewczyno… - Powiedziałem, chociaż była moją żoną, a nie żadną „dziewczyną”, nie „kobietą, z którą jestem”, nie „kimś, z kim mi wyszło”, tylko żoną - nazywanie jej w ten sposób brzmiało dosyć irracjonalnie, i oboje o tym doskonale wiedzieliśmy, ale w tym wypadku samo cisnęło mi się na usta. - Miałaś plawo się baś. - Powiedziałem w końcu, nisko, bez udawania lekkości. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, pokręciłem głową, odchrząknąłem pod nosem, jakbym próbował wypluć z siebie coś, co od dawna siedziało mi w gardle. Alkohol robił ze mną, co chciał, ale akurat w tym jednym był uczciwy - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, jeszcze raz pokręciłem głową i westchnąłem pod nosem, zanim w ogóle na nią spojrzałem. - Selio. Gdybyś się nie bała, to by było… Dziwne. Ja tesz się bałem, tylko udawałem, sze nie. - Zerknąłem na nią z ukosa, potem znowu przed siebie, po czym podniosłem ręce w geście półpoddania. Przejechałem dłonią po karku, odwróciłem na moment wzrok, potem znów na nią spojrzałem. Parę słów zgubiło mi się po drodze, ale nie poprawiałem ich na siłę. - Chodzi o to, sze mój mózg lubi sobie splawdzaś, czy coś nie zostało przeoczone. Czy gdzieś nie ma dlugiego dna. Albo tszeciego. Albo zapadni. - Urwałem, machnąłem ręką, jakby reszta zdania była zbyt oczywista albo zbyt głupia, żeby ją kończyć. To było… Szczere, nawet bardzo, ten rodzaj szczerości, która pojawiała się wraz z ustępującym filtrem na słowa. Parsknąłem znowu, bez humoru, bardziej tak, jakby mi coś stanęło w gardle, i pokręciłem głową, patrząc kątem oka w kierunku Prudence, ostrożnie, z lekkim zmrużeniem powiek - tak, jak się patrzy na zjawiska pogodowe, które nie mają prawa się wydarzyć w tej szerokości geograficznej. Nie dlatego, że była ładna - była piękna, ale to było zbyt proste w kontekście, w którym się znaleźliśmy - tylko przez sposób, w jaki reagowała. A robiła to spokojnie, bez tego całego napięcia, jakby to wszystko nie było wykolejeniem, tylko… Rozmową. Była nierealna - nie pasowała do moich doświadczeń, statystyki, rachunku strat i zysków, który prowadziłem w głowie od lat. Nic się tu nie zgadzało, a jednak siedziała przede mną, spokojna, pewna, jakby to wszystko było oczywiste. - Oklęciłaś mnie sobie wokół palca. Od pielwszego piepszonego lasu. To było… Pszytłaczające. - Powiedziałem, krzywiąc się, jakbym właśnie przyznał się do jakiejś osobistej porażki, trochę pijacko, trochę jakby to był żart, a trochę jakby wcale nim nie był. - Nie jestem specjalnie empatyczny i, kulwa, nie lobię szeszy bezintelesownie. Zwykle wszystko u mnie jest ploste - chcę czegoś, biolę to albo nie, i idę dalej. - Zrobiłem nieokreślony gest dłonią, przeciągnąłem dłonią po twarzy, zahaczając kciukiem o wargę. - Mosesz mi wieszyś na słowo, nie jestem typem, któly lata s wywieszonym jęsolem, s kwiatami i całą lestą. To nie był mój lepeltual. - Oparłem się ciężej, jakbym nagle ważył więcej, przesunąłem dłonią po karku, czując napięcie w barkach. Byłem pijany na tyle, żeby nie bawić się w filtry, i wystarczająco trzeźwy, żeby pamiętać wszystko, co mnie wkurwiało. Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi. - W twoim pszypadku naplawdę nie myślałem tylko penisem. - Spojrzałem na nią, krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy, ale szybko zniknął. - To nie znaczy, sze nie myślałem o tym wcale, bo jasne, sze myślałem, i nadal myślę. I to jest, swoją dlogą, całkiem zdlowe podejście. - Pokręciłem głową, mając świadomość, że to był kolejny raz, gdy próbowałem uciekać w znane mi schematy, ale zupełnie mi to nie wychodziło. - Ale to nie było jedyne, co mnie obchodziło. - To już było poważne, nawet aż za bardzo. Zamilkłem na moment, jakbym się zastanawiał, czy iść dalej, potem westchnąłem ciężko. Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek, pijacko, trochę krzywo, jakbym sam sobie nie wierzył w to, co zamierzałem powiedzieć. - To nie było jedyne, co mnie napędzało. - Zawahałem się na sekundę, jakbym właśnie zdecydował się na coś, czego zwykle nie robiłem. - Pszede wszystkim chciałem, szeby było między nami dobsze. - Wypuściłem powietrze nosem. „Chciałem, żeby było między nami dobrze”, bez gry, bez udawania, bez tego całego „zaraz, poczekajmy, zobaczmy, kto pierwszy mrugnie”, rzeczywiście - to nie było „och, hormony, emocje, zobaczymy za tydzień”. Nie istniał scenariusz, w którym bym w to wszedł, gdyby to było „tylko” - tylko chemia, tylko napięcie, tylko wspomnienia z bardzo odległego okresu szczenięctwa, które dobrze się sprzedają przy alkoholu i prowadzą do spontanicznych obściskiwanek, gdyby to było tylko to, odpuściłbym. Albo zrobiłbym to, co robiłem zawsze - obrócił wszystko w żart, w niedopowiedzenie, zostawiłbym sobie furtkę - tu żadnej furtki nie było. Zorientowałem się w tym za późno, oczywiście, najpierw był ten moment, kiedy pomyślałem, że to głupie, potem, że ryzykowne, a dopiero na końcu dotarło do mnie, że to już nie jest decyzja, tylko fakt - już jestem po uszy, nawet jeśli jeszcze próbuję udawać, że stoję na brzegu, bo nie ryzykowałem tylko relacji z Eliasem, to byłoby zbyt proste, ryzykowałem całą sieć rzeczy, które trzymały mnie w jakiejś równowadze - ludzi, przyzwyczajenia, reputację, ten cholerny komfort bycia „tym, który zawsze sobie radzi samodzielnie, sam dla siebie”. Ryzykowałem to, że ktoś zobaczy mnie dokładnie tam, gdzie jestem najbardziej odsłonięty, i zrobiłem to świadomie, no - półświadomie, w jakimś stopniu świadomości człowieka, który też mógł porównać się do zadurzonego nastolatka, mimo że oboje już nimi nie byliśmy i niepotrzebnie wszystko sobie komplikowaliśmy. - Pszy tobie zachowywałem się zupełnie inaczej nisz pszy ludziach, na któlych mi nie zaleszy. Nie jestem od landek i szalotek s lodami. - Prychnąłem, krótko, jakby to było zabawne, chociaż nie było, miałem krótki lont i długą listę powodów, żeby nie ufać ludziom, odsłanianie się aż tak w ostatnim z miejsc, w których w ogóle powinienem był się pojawiać, to nie było rozsądne, z żadnej perspektywy. - Gdyby mi nie zaleszało, to nawet bym do ciebie nie podbijał. Nie chciałbym sobie psuś lelacji s Eliasem. Byłoby tlochę dziwnie, jasne, bo pszeciesz wiesz, jak na mnie działasz, ale pewnie bym cię po plostu unikał. Lozładowałbym flustlację gdzie indziej, na setki sposobów, jak zawsze. Na pewno nie chciałbym s tobą „lomansowaś”, to tesz było szczeniackie, to była głupia wymówka. - Parsknąłem krótko. Absurdalne było to, ile energii zużyliśmy na deprecjonowanie tego, co się działo, jakbyśmy oboje bali się powiedzieć na głos, że to nie jest banalne, to nie jest coś, co da się zamknąć w „zobaczymy”. A mogła mi wierzyć - gdyby mi nie zależało, nie byłoby żadnych głębszych interakcji, balansowania na granicy, stawiania relacji z jej bratem na ostrzu noża, żadnego zastanawiania się, czy właśnie nie niszczę czegoś ważnego - gdyby mi nie zależało, unikałbym jej, odbiłbym napięcie gdzie indziej, szybciej, prościej, bez konsekwencji, nie „romansowałbym”, nie komplikowałbym, zdecydowanie nie pakowałbym się w coś, co wymagało ode mnie myślenia czymkolwiek więcej niż instynktem, nawet jeśli przecież instynkt też tam był - oczywiście, że był - chciałem jej, chciałem jej bliskości, ciała, reakcji, chciałem jej intensywnie i bez wstydu, ale to nigdy nie było jedyne, co mnie prowadziło. Gdyby tak było, wszystko byłoby prostsze, krótsze, płytsze i… Zupełnie nie nasze, bo przecież z nami nigdy nie było prosto, prawda? Najbardziej irytujące - i najbardziej prawdziwe - było to, że od samego początku zachowywałem się inaczej. Każdy, kto znał mnie naprawdę, pewnie zauważył to od razu - ten brak nonszalancji, to uważanie na słowa, cofanie się o krok tam, gdzie zwykle parłbym do przodu - tego tam nie było, nie miało być, nigdy, nie w naszym przypadku, tyle tylko, że to wciąż nie oznaczało łatwości w dzieleniu się przemyśleniami. Przynajmniej z mojej strony, co by być może miało sprawić, że te następne słowa brzmiały jak hipokryzja, ale jednocześnie zdecydowanie musiały paść. - Słuchaj… - Przetarłem twarz dłonią, ciężko, aż poczułem szorstkość skóry, dopiero wtedy biorąc oddech, całkiem głęboki. - To jest jusz jasne, tak? - Spojrzałem na nią uważnie, patrzyłem na nią dłuższą chwilę, odrobinę za długo, jak na przerwę między słowami, jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół, bo alkohol robił ze mną, co chciał, a ja nie ufałem własnej głowie. - Wiesz, sze mosesz mi powiedzieś wszystko? - Nie czekałem na odpowiedź, słowa poleciały dalej. - Pomysły. Plagnienia. Obawy. Plany, któle jeszcze nie mają kształtu. Myśli, któlych nolmalnie się nie mówi na głos. Kulwa, jesteśmy małszeństwem, ale… - Zawahałem się, szukając równowagi. Poruszyłem się na dywanie, niespokojnie, jakbym nie mógł znaleźć pozycji. - Naplawdę wszystko. Nawet te szeszy, któle bszmią głupio. Albo ilasjonalnie. Albo za cięszko. Te, któle nolmalnie filtlujesz, bo „nie wypada”, albo „to nie ten moment”. Nawet takie, po któlych ktoś inny by się spiął albo uciekł. - Machnąłem ręką w powietrzu, jakbym coś odganiał. - Nie jestem delikatny w ładny sposób, ale… - Wzruszyłem ramionami. - Zawsze masz mnie po swojej stlonie. - Głos mi się obniżył. - Zawsze. - Przesunąłem się odrobinę bliżej, chwiejnie, przestawiłem ciężar ciała, oparłem się mocniej plecami o kanapę, zwracając uwagę na to, że dłonie miałem zaparte tak mocno, aż zbielały mi knykcie, chociaż zupełnie nie pamiętałem, kiedy je tak ścisnąłem. - To jest w sumie jedyne, co mam do zaofelowania. Mam cholelnie duszą tolelancję na „za duszo”. Na chaos. Selio. Widziałem jusz spolo, pszeszyłem swoje, i jeśli coś mnie… No, wiesz, to nie twoje myśli, tylko to, sze mógłbym ich nie usłysześ. - Pokręciłem głową, długo, ciężko, jakbym próbował z niej coś wytrząsnąć, a potem tylko wypuściłem powietrze nosem. Tu był pies pogrzebany, po części - tak? Każdy ruch ze strony Prudence rejestrowałem automatycznie, nawet kiedy nie patrzyłem bezpośrednio na nią - zmiana ciężaru ciała, przesunięcie dłoni, szelest materiału - mój organizm reagował szybciej niż myśl - spięciem, przyspieszonym oddechem, lekkim drżeniem w dłoniach, coś we mnie cały czas było gotowe na uderzenie, chociaż teoretycznie, słuchając jej słów, wiedziałem, że ono nie nadejdzie - to była jednak stara reakcja, głęboko zakorzeniona, nie mająca wiele wspólnego z teraźniejszością, czułem się rozdarty w bardzo fizyczny sposób, jakby jedna część mnie chciała się do niej przysunąć, oprzeć czoło o jej ramię, schować twarz gdzieś bezpiecznie i wreszcie przestać myśleć, druga część trzymała mnie w miejscu, sztywnego, czujnego, gotowego do wycofania się przy pierwszym sygnale zagrożenia - te dwie siły ciągnęły w przeciwnych kierunkach, a ja byłem pomiędzy nimi, nieruchomy. - Masz pełne prawo mnie opierdoliś. Za wszystko. Za to, co zlobiłem, czego nie zlobiłem, co spieldoliłem, co pszemilczałem. Za to, sze nie byłem fail. Masz do tego plawo i ja nie chcę, szebyś udawała, sze go nie masz. - Pokręciłem głową, powoli, jakby każde „nie” miało osobną wagę, brzmiało to gorzej, niż chciałem - gorzko, zbyt ostro. Nienawidziłem tego stanu, tego zawieszenia, poczucia, że cokolwiek zrobię - zostanę albo się wycofam - i tak coś stracę. Najgorsze było to, że moje ciało pamiętało rzeczy, o których wolałbym zapomnieć. - Bo ja pamiętam, kim byłem, wiesz, nie musisz mnie usplawiedliwiaś. - Rzuciłem w końcu, wbijając wzrok w jej dłoń, a potem kręcąc głową, znowu. Myśli wracały mi do tego samego punktu, uparcie, jakby nie było innych ścieżek - do pytania wibrującego mi w głowie, echa słów, które nie chciało się zamknąć, do przyszłości, która nagle przestała być abstrakcyjna - była zbyt konkretna, zbyt realna, zbyt blisko - do przeszłości, pamięci o tym, jak to jest być młodszym, pewniejszym, prostszym, jak to jest nie kalkulować każdego kroku, nie sprawdzać w myślach wszystkich możliwych scenariuszy. - Ja to wszystko doskonale pamiętam. I to mnie dobija balsiej nisz cokolwiek innego. Czułem ciężar w brzuchu, znajome ssanie, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy coś zaczynało być ważne, stawka rosła, kiedy nie było już mowy o wycofaniu się bez konsekwencji. Czułem wstyd - głęboki, cichy - za to, że nie potrafiłem po prostu przyjąć tego, co mi dawała, że zamiast wdzięczności pojawiała się u mnie kalkulacja, że miłość nie uspokajała mnie tak, jak powinna, tylko obnażała wszystkie słabe miejsca naraz. - Nie zostałem wmanipulowany w podejmowanie chujowych decyzji. Jasne, nie były świadome, ale nie były tesz zupełnie impulsywne. - Przetarłem dłonie o spodnie, czując potrzebę, by powiedzieć to na głos. - Paladoks polega na tym, sze mimo to, mam wszystko, czego mógłbym chcieś. Więcej nisz mógłbym chcieś. Najlepszą kobietę, jaką mógłbym sobie wyoblaziś. Duszy dom. Stabilność. A ja siedzę i myślę o tym, sze to właśnie to wszystko mogę spiepszyś, bo nie umiem inaczej. Wystalczyło kilka słów i mam w głowie wszystko, czego nie chcę tam mieś. I nawet nie wiem, jak zacząś ci to tłumaczyś. - Pokręciłem głową, niemal niedostrzegalnie. - Ty mówisz „będę przy tobie”. - Kontynuowałem, mimo wszystko, głos miałem chropowaty. - A ja całe szycie słyszałem, sze to się kończy. - Nie powiedziałem tego cicho, powiedziałem to wprost, jakby wyciągnięcie tego słowa na światło miało je osłabić. - To nie tak, sze ja zawsze miałem ten ploblem. Nie jestem gościem, któly s załoszenia nie chce niczego na selio. To nie tak. To nigdy nie było tak. I to jest w tym wszystkim najbalsiej pojebane. - Przełknąłem ślinę, zbyt wolno, język miałem suchy, lepki, mimo że chwilę wcześniej piłem - czułem smak nalewki z tyłu gardła, ciężki, słodkawy, nachalny. Przestawiłem się trochę na dywanie, bo noga mi zdrętwiała, ale zignorowałem to, praktycznie do ostatniej chwili. Kolano podskoczyło mi nerwowo, zanim zdążyłem to zatrzymać, przycisnąłem je więc dłonią, mocniej niż trzeba - ból był prosty, czytelny, pomagał na moment. - Młodszy ja… Spszed tego całego gówna… Złapałby cię na lęce, pszeniósł przez plóg, wyszczeszył zęby i oznajmił „będziemy tu szczęśliwi”. Bez wahania. Chciałem byś ojcem, kiedyś, naplawdę, nawet jeśli s zewnątsz wyglądałem jak ostatni kandydat do tego, by się ustatkowaś. - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech, bardziej tik. Zorientowałem się, że od dłuższej chwili zaciskam szczękę dopiero wtedy, gdy coś w niej strzyknęło, ostro, nieprzyjemnie, puściłem ją, ale napięcie nie zeszło, tylko zmieniło miejsce, spłynęło w kark, w ramiona, w dół kręgosłupa. - Ludzie widzieli mnie w szkole, na kolytaszach, na weekendy w wakacje, i myśleli, sze jestem nieodpowiedzialnym debilem. Byłem, bo mogłem być. To nie było całe moje szycie. - Zamknąłem oczy tylko na sekundę, ale zobaczyłem za dużo - dom pełen ciszy, dom pełen pretensji, dom pełen „a co by było, gdyby” - to znowu był ten moment, kiedy wszystko chciało wyjść naraz, a ja nie wiedziałem, od czego zacząć. - Gdyby ktoś kiedyś, lata temu obstawiał, kto s naszej paczki będzie „tym pielwszym”, to wszyscy postawiliby na mnie. Selio. Nawet ja bym na siebie postawił. - Spojrzałem na nią, ale zaledwie kątem oka - tak, jakby patrzenie bolało, jakbym się na siebie wkurwił za sam fakt, że w ogóle tu siedzę i mówię. Siedziałem tak, jakby ktoś mi kazał zostać dokładnie w tym miejscu, w tej pozycji, i zapomniał dodać, że wolno oddychać normalnie, ramiona zaczęły mi ciążyć, jakby ktoś zawiesił na nich dodatkowy ciężar, oparłem dłonie na kolanach, palce miałem lekko rozstawione, sztywne, jeden z nich drżał niemal niezauważalnie. Skupiłem się na tym drżeniu, jakby mogło mnie zakotwiczyć w chwili obecnej - tu i teraz, dywan, kanapa, jej oddech, mój własny, nierówny. - Nawet pszy tym gównie, któle miałem w domu, nie byłem upszedzony do idei losiny. Nie byłem jakimś… Kulwa, wyjałowionym emocjonalnie tlupem. To nie było „nigdy, chuj, koniec tematu”. Nie jestem typem „wolność ponad wszystko”, nie w tym sensie, ja swoją wolność wyblałem na długo pszed… Tym wszystkim. To nie tak, sze nie musiałbym zupełnie zmieniś swoich nawyków, nadal bym to zlobił, jasne, okoliczności by się zmieniły, ale… - Głowa sama opadła na chwilę niżej, spojrzenie utknęło gdzieś w podłodze, w szczelinach między deskami - to, co powiedziała, nie odbiło się ode mnie, wręcz przeciwnie, wbiło się głęboko, zostawiło po sobie ten nieprzyjemny ucisk pod żebrami, znajomy aż za bardzo. Przełknąłem ślinę, raz, drugi - bezskutecznie - było we mnie jednocześnie za dużo i za mało - za dużo lęku, za dużo przeszłości, przyszłości, za mało pewności, za mało wiary, że rzeczy mogą nie eksplodować, każdy scenariusz w mojej głowie kończył się pytaniem „a co, jeśli”, a żaden nie dawał odpowiedzi, która byłaby zupełnie czysta. - Ja nigdy… - Zacząłem, ale urwałem, bo zdanie nie chciało się ułożyć w nic sensownego, więc wypuściłem powietrze przez nos, wolno, i zacząłem od nowa. - Ja nigdy nie myślałem o tym w tych kategoliach. - Powiedziałem w końcu, lekko kręcąc głową. - To znaczy… Nie tak, jak ty to telas mówisz. - Westchnąłem, długim, zmęczonym wydechem. - To było spektakularne poświęcenie s mojej stlony, wiesz, balsiej… „Tak się lobi”. - Stwierdziłem bez grymasu, bo to akurat była ta część prawdy, która wyglądała tak samo, niezależnie od sytuacji, przez większość nastoletniego życia czułem się tak, jakby ktoś wręczył mi checklistę i powiedział „odhaczaj”, bez miejsca na pytanie, czy ja w ogóle chcę wiedzieć, co jest na końcu tej listy - to była specyfika mojego świata, gotowe plany na życie, nie do końca zgodne z marzeniami. Byłem młody, tu mieliśmy zgodność punktów widzenia, cholernie młody, nie w takim romantycznym sensie, tylko w tym najgorszym - takim, gdy wydaje ci się, że jak się postarasz, będziesz wystarczająco dorosły, to świat cię nie dojedzie. Wystarczy się dostosować, zrezygnować z paru rzeczy, przestawić myślenie, wziąć odpowiedzialność… I „jakoś to będzie”. - Ja… - Zacząłem i urwałem. Zamilkłem znowu, nie dlatego, że nie miałem więcej do powiedzenia, tylko dlatego, że po raz pierwszy ktoś siedział obok i nie próbował tego uprościć, nie próbował mnie poprawić, nie mówił, że „tak musiało być”, bo to nie było tak, że dziecko „się nie wydarzyło”, to było tak, że przez chwilę było całym planem, całą przyszłością, którą próbowałem sobie poukładać, wbrew sobie, wbrew temu, kim byłem, i - owszem - pierdolnęło mnie to wtedy. Bałem się, byłem wściekły, zdezorientowany, ale gdzieś pod tym wszystkim zacząłem się do tej myśli przyzwyczajać - do tego, że będę ojcem, zrobię coś inaczej niż mój własny, może to mnie naprawi, albo chociaż nada sens temu, co i tak się już rozsypywało - to było to „a potem”, którego nigdy nie potrafiłem powiedzieć jednym zdaniem. Odchrząknąłem. Nie wracałem do tego często, właściwie prawie wcale, to nie było coś, co dało się opowiadać bezpiecznie, bez ryzyka, że nagle zabraknie słów albo powietrza. Przez lata nauczyłem się myśleć o tym jak o fakcie, nie jak o czymś, co miało ciężar - decyzja, potem brak decyzji, ciąg zdarzeń. - Ja naplawdę się na to nastawiłem. - To zdanie kosztowało mnie więcej, niż chciałem przyznać. - Nie od lasu. - Dodałem szybko, jakbym musiał to doprecyzować, usprawiedliwić samego siebie, ale nie w tym pozytywnym sensie, bo nie byłem ani męczennikiem, ani bohaterem. Na początku to był szok. Taki… Pusty, ale potem… Potem zacząłem się w tym widzieć. Przełknąłem ślinę. - Myślałem, sze mose… Da się s tego zlobiś coś sensownego. Cokolwiek zlobię, będę lepszy nisz mój staly, to mnie ustawi. - Parsknąłem krótko. - Głupie, wiem. - Poruszyłem dłonią, jakbym chciał coś zetrzeć z kolana. To było myślenie życzeniowe durnego dzieciaka, ale przez chwilę to naprawdę wyglądało, jakby mogło zadziałać. - Ale… - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy - jakby całe moje życie było jednym długim „ale”, westchnąłem cicho i opuściłem wzrok na chwilę, jakbym musiał zebrać myśli, chociaż one i tak były w rozsypce. Oparłem się mocniej, przymknąłem na chwilę oczy, jakbym próbował cofnąć się do tych momentów, które wtedy wydawały się tylko dziwne, a z perspektywy czasu wyglądały jak oczywiste znaki. Po tylu latach człowiek się spodziewa, że uczucia będą toporne, ostrożne, z hamulcem ręcznym. Pokręciłem głową, raz, drugi, bardziej odruchowo niż z czymkolwiek, co dałoby się nazwać decyzją, a potem wyplułem to jednym tchem. - Boję się, Pluey, boję się, ja się boję, sze jeśli telas coś źle postawimy, to wszystko się lozsypie. Boję się, sze jeśli splóbujemy ułoszyś sobie szycie na komplomisach, któle „powinny działaś”, a potem się okasze, sze jednak nie, to cię stlacę. A ja nie chcę cię stlaciś. - Otarłem twarz dłońmi. - I jednocześnie boję się, sze kiedyś spojszysz na mnie i pomyślisz „mogłam. Mogłam mieś wszystko. A telas jest za późno.” I będziesz mnie za to nienawidziś. - Urwałem, jakby sam dźwięk tych słów mnie irytował, zamilkłem na chwilę, jakby to, co chciałem powiedzieć dalej, było zbyt ciężkie, a przecież poprzednie słowa też wcale nie należały do najlżejszych. - Mose to tchószostwo, mose to egoizm, mose jedno i dlugie, ale to jest plawda. - Zrobiłem gest ręką, jakbym chciał objąć wszystko dookoła. Znowu spojrzałem na nią - tym razem dłużej, może nawet odrobinę zbyt długo - jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół jej twarzy na wypadek, gdyby to był moment, w którym coś się nieodwracalnie zmienia. - Ja nie boję się wieszyś w to, co mówisz. - Powiedziałem twardo. - Boję się tego, sze cię skszywdzę, albo sze pozwolę, szebyś sama się skszywdziła, bo będziesz chciała byś dzielna. Bo będziesz chciała „byś opalciem”. - Uniosłem brew, gorzko. - Nienawidzę tej myśli. - Opuściłem wzrok na swoje dłonie, drżały lekko, zauważyłem to i jeszcze bardziej się w sobie spiąłem. - Ja… Nie chcę, szebyś płaciła za moje decyzje spszed lat. Ani telas. Ani później. Ja… Nie chcę byś powodem, dla któlego za piętnaście lat będziesz siedziała sama w kuchni i zastanawiała się, jakby to było, gdybyś wtedy powiedziała coś inaczej. Nie chcę obudziś się któlegoś dnia i zobaczyś, sze cię w tym domu jusz nie ma. - Zamilkłem na chwilę, wpatrując się w ręcznie napisaną etykietę butelki, to zdanie wyszło ze mnie samo, jakby było gotowe od dawna i tylko czekało, aż przestanę się przed nim bronić. Oparłem łokieć o kolano, schowałem twarz w dłoni na sekundę, może dwie - czułem pod palcami zarost, napiętą szczękę, wszystko to, co zwykle trzymałem pod kontrolą. - Ja nie mam klyształowej kuli, Pluey. Nie chcę byś tym gościem, któly mówi „zobaczymy”, bo jak coś pójdzie nie tak, to ja s tym będę musiał szyś. A ty lasem ze mną. - Przejechałem dłonią po twarzy, po ustach, jakbym chciał zetrzeć z nich gorzko-słony smak wszystkiego, co właśnie powiedziałem, ale czy się dało? N i e. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 24.01.2026 Nie było w tym nic skomplikowanego, przynajmniej w jej opinii, naprawdę czuła, że to, w jaki sposób podeszła do problemu było właściwe. Każdy miał swoją przeszłość, każdy popełniał błędy, jedni większe, inni mniejsze, ale byli tylko ludźmi, żyli po raz pierwszy, nie było żadnej instrukcji obsługi do tego, jak postępować, aby zawsze było dobrze. Nie dało się być krystalicznie czystym, pewnym wszystkich wyborów, bo tak nie wyglądało życie. Każdy miał coś za uszami. Jasne, mógł jej o tym wszystkim powiedzieć wcześniej, ale czy naprawdę znalazła się ku temu okazja? Czy mieli czas na to, aby usiąść i wszystko przegadać? No nie do końca. Prue nigdy nie brakowało wyrozumiałości, miała całkiem rozsądne podejście do życia, starała się patrzeć szeroko, widzieć więcej. - Nawet jeśli Twoim zdaniem coś popsułeś nie mówiąc mi wszystkiego, nie zamierzam tego rozdmuchiwać, nie jestem taka Benjy, powinieneś to wiedzieć, nie zamierzam obwiniać Cię o coś na co nie do końca miałeś wpływ, jak sam zauważyłeś nie było na to czasu, nie da się ukryć, że wszystko, co robiliśmy było dość spontaniczne, okropnie spontaniczne, pewnie gdybyśmy działali nieco wolniej to byś mi o tym powiedział, nadarzyłaby się okazja, zresztą mówisz mi o tym teraz, to też świadczy samo za siebie. Nie trzymałeś tego w tajemnicy przez lata, nie ukrywałeś prawdy. - Starała się sięgać po racjonalne argumenty, jednak wiedziała, że miał swoje zdanie i nie potrafił przyjąć w tej chwili tego, że nie widziała w tym niczego złego, że nie miała problemu z tym, aby to był ich wspólny ciężar, musiał się do tego przyzwyczaić, a to wymagało czasu, być może kiedyś zrozumie, że to było całkiem naturalne, naprawdę miała taką nadzieję. Nie chciała, żeby dusił to w sobie, obwiniał się, nie tędy prowadziła droga. - Mój ojciec zachował się dzisiaj jak buc, nie spodobało mu się to, że jestem dorosła i mam prawo do podejmowania własnych decyzji, oberwałeś za to, że pozwoliłam sobie żyć tak jak chcę, nie powinieneś się nim przejmować. - Wydawało jej się, że już to sobie wyjaśnili. John nie powinien się w to wtrącać, gadać głupot, bo nie miał pojęcia o tym, jak wyglądała ich relacja, niczego nie wiedział, kierował się swoimi uprzedzeniami, a to nie było zdrowe. - Wiesz, że to jest nasz dom, to my decydujemy o jego przeznaczeniu, a nie on o naszym? - Dziwne wydawało jej się to, że musiała mu to powiedzieć, bo raczej myśleli odwrotnie. To raczej Benjy podchodził do wszystkiego racjonalnie, a Prue zdarzało się doszukiwać w tym, co działo się w jej życiu obecności jakiejś siły wyższej, przeznaczenia, losu, sama nie zawsze wiedziała kogo lub czego. Dom faktycznie był duży, można było myśleć o tym, że kiedyś mogło w nim zamieszkać więcej osób, mogłyby pojawić się dzieci, ale jeśli nie byli tego pewni, jeśli tego nie chciał, to przecież wcale nie musiało się tak zdarzyć. Nigdy nie marzyła o tym, żeby zostać matką, zakładać rodzinę, to nie leżało na liście jej priorytetów, a nie była już całkiem młoda, miała swoje lata, więc raczej wiedziała, czego chce od życia. Nie zamierzała zmieniać zdania w zależności od tego, jak wiatr zawieje. - Dlaczego miałoby coś we mnie pęknąć? Dlaczego nie potrafisz przyjąć tego, że to może być to, czego chcę? Mam gdzieś pytania ludzi, mam gdzieś to, co może mówić rodzina, zresztą Benjy, teraz to Ty jesteś moją rodziną, tylko Ty się dla mnie liczysz, nikt inny. - Musiała mu o tym przypomnieć, on stał się jej rodziną, on był jej najbliższy, nie było nikogo ponad, nie zamierzała odpowiadać na niewygodne pytania, czy się nimi przejmować, już nie. W końcu mogła żyć po swojemu, wzbraniała się przed tym od lat. - Skończyłam z uszczęśliwianiem innych swoim kosztem. - Większość jej życia wyglądała przecież właśnie tak, starała się podejmować jak najbardziej oczywiste decyzje tylko dlatego, żeby wszyscy wokół byli zadowoleni, nie myślała o sobie, raczej robiła to, czego od niej wymagano. - Nie pomyślę, że coś mi odebrałeś, bo to będzie nasza wspólna decyzja. - Nie mógł brać tego tylko na siebie, nie miała zamiaru mu na to pozwolić. Doszli do porozumienia, co wcale nie było dla niej takie trudne, bo sama nigdy nawet nie pomyślała o tym, że mogłaby zostać czyjąś matką, nie miała w planach potomstwa, nie było tego na jej liście priorytetów, nigdy. Niby dlaczego nagle miało się to zmienić. - Nie będzie ciszy, nigdy nie będzie ciszy, zobaczysz. - A więc również nie będzie początku drogi do nienawiści, wydawała się być o tym naprawdę przekonana. Kochała go do szaleństwa, nie zamierzała pozwolić na to, żeby kiedykolwiek odebrali sobie tę wyjątkowość, popsuli to, co ich łączyło. - Dlaczego od razu zakładasz, że możesz czegokolwiek dotknąć w nieodpowiedni sposób? Nie zrobisz tego, jestem o tym przekonana, samo to, że o tym myślisz, że Cię to martwi świadczy o tym, że się przejmujesz, musisz tylko sobie zaufać Benjy, ja Ci ufam, wierzę, że nic się nie wyłoży, na pewno nie przez Ciebie. - Na pewno jej podejście nie było dla niego oczywiste, już to wiedziała. Nie przywykł do wyrozumiałości, ciepła, normalności, zamierzała mu pokazać, że tak właśnie będzie wyglądało życie z nią. Nie zamierzała go o nic obwiniać, oskarżać, wiedziała, że kij miał dwa końce, jeśli razem będą dbali o swoje wspólne życie, to na pewno będzie szczęśliwe, tylko musieli się odrobinę o to postarać. Rozmawiać, mówić sobie o wszystkich troskach i problemach, prawda powodowało, że nie było miejsca na niedopowiedzenia, które mogły ich poróżnić. Prue sięgnęła po butelkę, nie do końca wydawało jej się, że powinna jeszcze pić, ale potrzebowała alkoholu, ta rozmowa była bardzo emocjonalna, otwierali się przed sobą bardzo, a nalewki to łagodziły, łatwiej było jej mówić, kiedy utrzymywała ten stan upojenia, no delikatnego upojenia, jeszcze była w stanie zebrać myśli i mówić w miarę składnie, więc nie było z nią wcale tak najgorzej, póki co na szczęście nie musiała próbować wstać, bo podejrzewała, że wtedy może się okazać, że jej stan był nieco gorszy od tego, co jej się wydawało. Upiła spory łyk alkoholu, nie odstawiła jednak butelki, trzymała ją za szyjkę, a jedną z dłoni zaczęła zrywać paznokciami etykietę z opisem. Musiała czymś zająć dłonie. - Najwyraźniej baliśmy się tego razem, dobrze, że to już za nami. - Obawiali się czuć, to było na swój sposób strasznie przykre, że mieli takie doświadczenia z przeszłości, że zamiast zakładać, że wszystko będzie w porządku, to obawiali się tego uczucia. Na szczęście udało im się dojść do tego, że te uczucia nie były jednostronne, ogólnie sporo przeszli w ostatnim czasie, sporo sobie wytłumaczyli, jednak nadal była przed nimi długa droga, musieli nauczyć się siebie, bo nadal niektóre rzeczy nie były do końca jasne, ale wszystko miało przyjść z czasem. - Jak zawsze przygotowany na najgorsze. - Drugie, trzecie dno, czy zapadnia. To mówiło o tym, że szukał dziury w całym dopóki jej nie znalazł, i ciężko mu było uwierzyć w to, że mogło być inaczej, prościej, łagodniej. Nie brało się to znikąd, musiała dać mu czas na to, aby zrozumiał, że nie zawsze trzeba było być, aż tak ostrożnym, a intencje mogły być naprawdę jasne, bez żadnych innych podtekstów. Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia, uniosła nieco głowę, nie robiła tego jednak wprost, a przyglądała mu się kątem oka. Tak właściwie to nie zakładała, że dla niego to było normalne, bo ona czuła się podobnie, bardzo szybko wpadła, bardzo szybko zdała sobie sprawę z tego, że to, co ich łączy jest wyjątkowe. Nie miała w zwyczaju zbliżać się do ludzi, nie w ten sposób, nie opowiadała o sobie, o swoich dziwactwach, a jemu pokazywała całą siebie od samego początku. Czuła się przy nim bezpiecznie, wiedziała, że nie wykorzysta tego przeciwko niej, nie skrzywdzi jej, a raczej nie ufała ludziom w ten sposób, bo przeszłość robiła swoje. Parsknęła, gdy wspomniał o myśleniu, a raczej niemyśleniu penisem, nie potrafiła się powstrzymać, Benjy nie cackał się ze słowami, nazywał wszystko po imieniu, to też w nim kochała, bo ułatwiało komunikację. - To wszystko było, aż nienaturalne, trudno było uwierzyć w to, że jest prawdziwe, bo takie rzeczy się raczej nie zdarzają, mnie się nie zdarzały, nikt nigdy nie traktował mnie w ten sposób, przy nikim się tak nie czułam, strasznie łatwo było mi się w Tobie zakochać. - To przyszło samo, zupełnie znienacka, nie spodziewała się, że w ogóle kiedyś będzie w stanie poczuć coś takiego, tak zatracić się w drugim człowieku, to było nieco przerażające, ale też piękne, bo przecież słyszała opowieści o tym, że taka miłość istnieje, ale dopiero przy nim mogła przekonać się na własnej skórze, jak to jest, a teraz nie wyobrażała sobie tego, że mogłoby być inaczej, że mogłoby go przy niej zabraknąć. - Było, jest i będzie dobrze. - Dodała jeszcze, bo w ogóle nie brała pod uwagę innej ewentualności, nie pozwoli sobie tego spieprzyć. - Wiem o tym, wiem o tym, że mogę Ci powiedzieć wszystko. - To było całkiem jasne, proste, przynajmniej z pozoru, jednak też musiała nieco popracować nad swoją otwartością, bo miała tendencje do zamykania się w sobie, do gubienia się w swoich myślach. Zazwyczaj była skazana tylko i wyłącznie na siebie, swoje osądy, swoje zdanie. Przez lata nauczyła się tego, że nie wszyscy potrafią patrzeć szerzej, to spowodowało, że zaczęła się wycofywać. Miała już szansę zobaczyć, że on był inny, jednak pewnie trochę minie, kiedy do tego przywyknie, miała jednak zamiar nauczyć się nowego podejścia, dał jej ku temu powody, kilka razy pokazał swoją cierpliwość i zrozumienie, miała podstawy, aby wierzyć w każde jego słowo. - Moje myśli bywają często mocno przytłaczające, ale to wiesz, postaram się Ci je pokazywać, wydaje mi się, że to jest najważniejsze, żebyśmy mogli powiedzieć sobie wszystko. - Zamierzała podkreślić to, że miało to działać w obie strony. Nie wyobrażała sobie tego, żeby było inaczej. - Uwierz mi, że to nie jest jedyne, co masz mi do zaoferowania i już mi to pokazałeś, dałeś mi więcej niż ktokolwiek inny. - Nie podobało jej się to, że tak sobie umniejszał, że nie widział tego, jakim był człowiekiem. Żałowała, że nie mógł spojrzeć na siebie jej oczami, może wtedy nieco bardziej zacząłby się cenić. Miała zamiar mu to pokazać, chciała, żeby zaczął się doceniać, naprawdę jej na tym zależało. - Wiem, że mam do tego prawo, to nie tak, że nie wiem, tylko nie odczuwam takiej potrzeby. - Miała wrażenie, że wręcz czekał na to, aż na niego nakrzyczy, wyrzuci mu coś, to jednak nie miało się zdarzyć. Nie była takim człowiekiem, ton jej głosu nadal był spokojny, tak samo jak i ona. W końcu tylko rozmawiali, wyjaśniali sobie pewne niedopowiedzenia, to nie było coś o co miałaby się wściekać. - Nie doczekasz się tego Skarbie, nie tym razem. - Być może musiała mu to powiedzieć wprost, więc to zrobiła. Nie było w ogóle takiej opcji, żeby teraz zaczęła go opierdalać. Nie zachowywała się w ten sposób. - Nie chodzi o to, żebyś zapomniał o tym kim byłeś, to wszystko Cię ukształtowało, spowodowało, że teraz jesteś taki, a nie inny. Nie masz wypierać tego z pamięci, nie tędy droga, musisz po prostu pogodzić się ze swoją przeszłością, inaczej ciągle będziesz się obwiniał, nie zaznasz spokoju. - Być może mówiła od rzeczy, nadal nie wiedziała wszystkiego, ale wydawało jej się, że powinien nadejść taki moment, w którym należy sobie wybaczyć. - Nie spieprzysz tego, nie możesz się skupiać na tym, że coś może się nie udać, to ja tutaj jestem czarnowidzką, nie odbieraj mi mojej roli. - Nie, żeby w tym przypadku zakładała, że może się wydarzyć coś, co spowoduje, że wszystko legnie w gruzach, wręcz przeciwnie. Wyjątkowo - jak na siebie miała wrażenie, że wszystko się ułoży, bo zasługiwali na to, żeby tak było. Wycierpieli swoje, teraz mogło być tylko lepiej i tej myśli zamierzała się trzymać. - Daj sobie szansę, zaufaj sobie, gwarantuję Ci, że będzie dobrze. - Miała wrażenie, że miała do niego więcej zaufania, niż on sam miał do siebie. Musiał uwierzyć, to było całkiem proste, dzięki temu będzie spokojniejszy, nie będzie zapętlał się na tych nieprzyjemnych przemyśleniach. - Musisz przywyknąć do tej nowej rzeczywistości, bo to jest dopiero początek i jeśli trzeba będzie, to będę Ci powtarzać każdego dnia, kilkanaście razy dziennie, że zawsze będę przy Tobie, aż w końcu uznasz, że faktycznie tak będzie, że to jest prawda. - Będzie to nieco monotematyczne, ale jeśli tego właśnie potrzebował to mogła to zrobić. - Twoje doświadczenie spowodowało, że masz takie podejście, a nie inne, przecież wiesz, że nasze przeżycia nas kształtują, powodują, że wiemy, czego chcemy, a czego nie chcemy. Z tego co usłyszałam wcale mnie nie dziwi, że tak to u Ciebie wygląda. Twoja była żona cóż, gdybym tylko mogła to chętnie pokazałabym jej co o niej myślę. - Od niej się zaczęło, ona nie potrafiła pokazać mu tego, jak powinno wyglądać życie we dwójkę, miał prawo się bać tego, że to zawsze wygląda w ten sposób, szczególnie, że to było jednym czego zaznał, no dodatkowo to, w jaki sposób zachowywał się jego ojciec, miał prawo się bać, miał prawo uciekać przed stabilizacją, stałością, nie kojarzyła mu się ona z niczym przyjemnym. Wolność przynosiła mu spokój, którego nie zaznał w żadnym ze swoich domów. - Zasługiwałeś na kogoś, kto pokazałby Ci, jak faktycznie może wyglądać rodzina, niestety nie trafiłeś dobrze, gdyby to były inne okoliczności, inni ludzie, na pewno byś się w tym odnalazł, jestem sobie w stanie to nawet wyobrazić. Nie zmienisz jednak swojej przeszłości, nie zmienisz tego, jak to teraz wygląda, musisz nauczyć się z tym żyć, ja to akceptuję, przyjmuję, nie chcę Cię zmieniać, kocham Cię takim, jakim jesteś. - Musiała mu to powiedzieć. Miała wrażenie, że nadal próbował się obwiniać, to nie było potrzebne. Akceptowała jego podejście, rozumiała je. - Nie wydaje mi się, żeby większość osób miała podobne podejście, mało kto wziąłby na siebie taką odpowiedzialność. Zachowałeś się odpowiednio, to, że nie wyszło nie jest Twoją winą, czasem się nie układa, czasem wszystko się sypie. - Był naprawdę młody, kiedy podejmował decyzje, które miały wpłynąć na jego całe życie. - Na pewno byłbyś lepszy, zawsze byłeś od niego lepszy i będziesz od niego lepszy. - To było dla niej oczywiste, nie wątpiła w to, że gdyby był ojcem sprawdziłby się w tej roli znakomicie, nie stało się tak jednak, życie potoczyło się inaczej, z tym też się musiał pogodzić. Plany czasem się komplikowały, sypały, jakoś trzeba było sobie z tym radzić. - Nie ma nic złego w strachu, jest oznaką, że Ci zależy. Nie wiem, w jaki sposób mogę Cię zapewnić, że mnie nie stracisz, że zawsze będę przy Tobie, ale naprawdę nigdzie się nie wybieram, teraz i nigdy, nigdy, musisz mi zaufać. - Mówiła cicho, nie do końca wiedziała w jaki sposób powinna ubrać myśli w słowa, nie miała pojęcia, czy te zapewnienia mu wystarczą - pewnie nie, to były tylko słowa, chociaż płynęły prosto z jej serca. - Ja mam dzięki Tobie wszystko, wszystko, o czym nawet nigdy nie marzyłam, nie potrzebuję niczego więcej, jak mogę chcieć więcej, jeśli mam wszystko? Naprawdę nie masz świadomości, przez lata egzystowałam, włóczyłam się po świecie i dopiero ostatnio zobaczyłam, jak to jest być żywym, dzięki Tobie, Ty to spowodowałeś. - Nie przestawała na niego spoglądać, nadal jednak robiła to tylko kątem oka. - Jestem odpowiedzialna za swoje słowa, za swoje decyzje, nie zamierzam Cię za nie obwiniać, to się nie wydarzy, za piętnaście lat, czy trzydzieści, nadal będę kochać Cię tak samo, przestań obawiać się czegoś, co się nie wydarzy, uwierz we mnie, uwierz w siebie, uwierz w nas, pozwól nam na szczęście. - To nie było takie proste, jego obawy miały sens, mógł martwić się tym, co zdarzy się, jeśli jej się coś odwidzi, jeśli nagle stwierdzi, że to nie było tym, czego chciała, tyle, że Prue była naprawdę pewna swoich decyzji. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 26.01.2026 Patrzyłem w podłogę jeszcze dłużej, niż było to potrzebne, dywan miał jakiś idiotyczny wzór, którego nigdy wcześniej nie zauważałem, a teraz śledziłem go wzrokiem, jakby był mapą ewakuacyjną. Wciągnąłem powietrze nosem i wypuściłem je powoli, próbując uspokoić coś, co dawno wymknęło się spod kontroli, a nie skupiać się na buzujących we mnie niepoukładanych emocjach. Nie nakręcając się, tylko obserwując podłogę, linię styku dywanu z klepkami podłogowymi, to jedno miejsce, które akurat było wystarczająco nijakie, żeby nie prowokować kolejnych myśli. Moje palce same znalazły szyjkę butelki - podniosłem ją, pociągnąłem łyk, może dwa - domowa nalewka paliła gardło, rozlewała się ciężko w żołądku, otarłem usta wierzchem dłoni, odstawiłem alkohol. - Pluey… - Zacząłem nisko, chrapliwie, a potem urwałem, bo zabrakło mi właściwego ciągu dalszego. Nie przeniosłem wzroku od razu w kierunku żony, tylko zdusiłem westchnienie, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Wierzyłem Prudence, chciałem jej wierzyć, naprawdę, ale miałem w sobie tyle syfu, że nie miałem pojęcia, od której strony to ruszyć. Uniosłem głowę tylko na moment, jakbym sprawdzał, czy wciąż tu jest - była, nie ruszyła się ani o centymetr, chociaż mógłbym przysiąc, że zamiast odczuć ulgę z tego powodu, wszystko we mnie pytało „dlaczego?” i zupełnie nie mogło znaleźć odpowiedzi na to pytanie - po czym znowu spuściłem wzrok. Jedyna osoba, z którą kiedykolwiek byłem naprawdę blisko w tym sensie, o jakim teraz rozmawialiśmy, siedziała obok, a jednak nie mogłem wyzbyć się myśli, że wtedy, kiedy byłem z nią blisko po raz pierwszy w życiu, zjebałem, potem zjebałem jeszcze bardziej, i jeszcze, i jeszcze, aż było za późno - ta myśl wracała do mnie jak echo - krążyła, nie chciała się zatrzymać, prowokując kolejne i kolejne niechciane wnioski. Wszystkie zahaczały o jedno i to samo miejsce, które znałem aż za dobrze - o przeszłość, jedyną rzecz, której naprawdę nie umiałem sprzedać sobie dzisiaj jako „zamkniętej”. To nie była historia, którą się opowiadało przy stole, to nie była anegdota, to był ciężar, który nosiłem latami, aż stał się częścią postawy, sposobu chodzenia, reagowania. Było mi ciężko, nie metaforycznie, fizycznie, jakby ktoś położył mi coś masywnego na klatce piersiowej. Oddychałem, ale każdy wdech był zbyt krótki, a każdy wydech rwał się w połowie. Czułem napięcie w barkach, w karku, w szczęce, zęby miałem zaciśnięte tak mocno, że bolały, moje ręce leżały bezwładnie na udach, ciężkie, obce, drżące. Alkohol krążył mi we krwi, ale nie przynosił ulgi, raczej zdejmował kolejne warstwy skóry. Znów napiłem się nalewki, już bez przyjemności - zupełnie tak, jakby to był lek, który trzeba było połknąć, choć się go nie znosiło. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, czując słodką lepkość, i znów sięgnąłem po butelkę, tym razem tylko zwilżyłem usta. Wziąłem głęboki oddech, który utknął mi w połowie drogi, więc wypuściłem powietrze przez nos, powoli. Zrobiło mi się dziwnie sucho w ustach, nie od odwodnienia, to wiedziałem bardzo jasno, tylko od świadomości, że przekraczałem jakąś granicę, którą sam sobie postawiłem dawno temu - granicę pod tytułem „to zostaje we mnie”. Przez lata nauczyłem się, że jak się nie mówi, to przynajmniej nie trzeba słuchać własnego głosu, milczenie jest bezpieczniejsze niż słowa, które mogą się odbić, wrócić, uderzyć, a teraz usiłowałem postąpić zupełnie przeciwnie do tych wszystkich zasad, by nie ranić jedynej osoby, na której tak bardzo mi zależało, że mogłem spróbować to zmienić - i próbowałem, naprawdę. Wpatrywałem się w dywan i podłogę tak długo, aż przestałem widzieć wzór, a zacząłem widzieć tylko kolory - brąz przechodził w coś ciemniejszego, linie się rozmywały. To było łatwiejsze niż patrzenie w górę, łatwiejsze niż mierzenie się z tym, że ukochana osoba siedzi obok, słucha, naprawdę słucha, a ja nie mogę już udawać, że to wszystko da się upchnąć pod dywan razem z kurzem. W końcu coś we mnie puściło - nie było dramatycznego momentu, żadnego wielkiego gestu, po prostu zabrakło mi siły, żeby dalej trzymać to w środku. Przeciągnąłem dłonią po karku, wolno, z tym tępym, zmęczonym gestem, który pojawiał się zawsze, gdy nie wiedziałem, od czego zacząć. - Ten dom… - Urwałem, zacisnąłem szczękę. - Dziś wydał mi się za duszy. - Za duży, za cichy, za pusty. Dom dla rodziny - dom, który aż prosił się o życie, o hałas, o coś więcej. Słowa Johna uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać, jakby ktoś nagle zapalił światło w miejscu, którego wolałem nie oglądać. - To nie jest tak, sze nigdy nie widziałem szczęśliwych losin. - Odezwałem się po chwili, wolniej, by sprostować słowa Prue odnośnie konceptu „rodziny”, jako czegoś, co nie brzmiało jak kiepski żart. - Widziałem. Selio. - Przełknąłem ślinę, myśli zaczęły się układać w ciąg, nieco chaotyczny, ale prawdziwy. - Tylko… W pewnym momencie miałem wlaszenie, sze chyba jedyni nolmalni to byli wasi staszy. - Zawahałem się. - Twoi i Eliasa. - To zdanie zabrzmiało w moich uszach niemal naiwnie. Słowo „normalni” ułożyło mi się w ustach jak coś egzotycznego. Szybko dodałem: - Pszynajmniej s boku. Pszynajmniej pszes chwilę. - Zacisnąłem usta, jakby coś mnie ugryzło od środka. - A potem twój staly był dla mnie… Cósz. - Nie musiałem rozwijać, po dzisiejszym dniu, po jego słowach, to zdanie niosło wystarczająco dużo. - Nie zlosum mnie źle. Wiem, skąd to się wzięło, nie jestem ślepy, tym balsiej, sze w stosunku do leszty zachowywał się folmalnie, ale… No, inaczej. Właściwie, to nie dziwne, telas, po tym wszystkim… - Mruknąłem, przesuwając dłonią po twarzy. - No, cósz. - Wzruszyłem ramionami, zmęczony własnym głosem. Zapadła krótka cisza, którą wypełniłem kolejnym łykiem alkoholu, butelka była coraz lżejsza. Reszta? Reszta chłopaków miała przejebane, każdy na swój sposób, może nie w takim stylu, jak to, co ja wyniosłem z domu, ale jednak. Pęknięcia, napięcia, rzeczy zamiatane pod dywan, wzorce, które bardziej uczyły, czego nie robić, niż jak żyć. - Chodzi o to, sze mimo wszystko, chciałem byś… Względnie nolmalny. Nawet jeśli to, co się stało było dalekie od nolmalności. - Skrzywiłem się. - Ale… Wiesz… Odpowiedzialność i te splawy. Nie tszeba mieś wzolców, szeby ogalnąś podstawy. - Parsknąłem krótko, bez wesołości, to było bardziej prychniecie kogoś, kto nagle widzi, jak bardzo poważnie kiedyś traktował coś, co dziś jest już martwe. Siedziałem tak chwilę, bardzo wyraźnie czując, że napięcie nie chciało zejść, moje ciało nadal trzymało dystans - odruchowo odsunąłem rękę jeszcze odrobinę, jak duży dzieciak, który nie wie, co zrobić z bliskością, więc robi krok w tył. Podniosłem butelkę, ale tym razem głównie tylko nią zakręciłem, trunek zawirował, ciemny, gęsty - patrzyłem na to przez chwilę, jak zahipnotyzowany. Cisza w pomieszczeniu też była gęsta, przerywana tylko moim oddechem i tym cichym, irytującym dźwiękiem płynu przesuwającego się w butelce, kiedy nieświadomie ją przechylałem w dłoni. Domowa nalewka była mętna, gęsta, pachniała owocami i alkoholem, pociągnąłem łyk, nie za duży, bardziej odruchowo niż z potrzeby, rozlał się po języku, ciepły, trochę za słodki. Przełknąłem, czując jak pali przełyk, to była chwilowa ulga, tylko chwilowa, alkohol był jak pauza w rozmowie, której nie umiałem prowadzić. Pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach, moja głowa opadła. Przez chwilę patrzyłem na swoje buty, jakby były czymś nowym, oddychałem ciężko. Wzrok zawieszał się na na drobnych nierównościach, na czymkolwiek, co nie było myślami. Przesunąłem językiem po zębach, czując kwaśny posmak nalewki, i dopiero wtedy zrozumiałem, że jeśli tego teraz nie powiem, to już nie powiem nigdy. - Nie chciałem byś jak oni. - Mruknąłem. - Nie chciałem powielaś tego gówna. Paladoks w tym, sze wyszedł s tego inny dlamat. Olyginalny. - Słowo „oni” nie potrzebowało imienia ani żadnego głębszego nazewnictwa, wystarczyło, żebym instynktownie zacisnął szczękę. Mięśnie bolały, alkohol zaczynał działać, ale zamiast rozluźnienia przynosił chaos, myśli skakały. Nie było w tym kokieterii ani samobiczowania, tylko suchy fakt. To zdanie miało wagę, siedziało we mnie latami, zmieniało kształt, dopasowywało się do nowych okoliczności, ale nie znikało. Nie próbowałem się wybielić, nie chciałem - byłem winny, zmęczony, byłem młody i głupi w ten sposób, który wydaje się rozsądny tylko wtedy, gdy nie ma się jeszcze porównań. W pewnym momencie wszystko było walką - o przestrzeń, o rację, o ciszę, o to, żeby nie wracać do domu z poczuciem, że zaraz znów będzie źle. Nie chciałem iść w schematy z domu, kurwa mać, naprawdę nie chciałem. Nie chciałem być tym typem człowieka, przemocowym, sadystycznym, takim, którego najbliżsi się boją. Widziałem to wcześniej, wiedziałem, jak to wygląda, więc stosunkowo wcześnie w życiu obiecałem sobie, że nigdy - w jakimś wypaczonym sensie dotrzymałem tej obietnicy - ani razu nie podniosłem ręki w kłótni małżeńskiej, nawet najbardziej zaognionej, nie wpadłem w furię pozbawioną kontroli nad własnym ciałem, nie zrobiłem nic, co fizycznie mogłoby przekroczyć granicę, jaką kiedyś ustawiłem. Zamiast tego najpierw żarłem się z byłą, próbowałem udowadniać moje racje, a potem uciekałem, izolowałem się, odcinałem, byłem chłodny, niedostępny, znikałem, nawet siedząc obok. Nie zawsze, rzecz jasna, na początku naprawdę starałem się być kimś słusznym, lepszym, ale z czasem byłem coraz bardziej zmęczony, wykończony, każdy dzień był walką z oczekiwaniami, z lękiem, z poczuciem, że cokolwiek zrobię, będzie źle. Alkohol i inne używki albo fizyczne wyładowanie emocji, adrenalina, ryzyko - one pomagały, jasne, ale wyłącznie na chwilę, potem zostawiały tylko więcej ciszy. Wbiłem wzrok w podłogę, w miejsce, gdzie dywan był już trochę wytarty, jakby ktoś przez lata chodził tam w kółko. Czułem ciężar w klatce piersiowej, ten znajomy, lepki ucisk, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy myśli zaczynały iść w złym kierunku. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, po czym sięgnąłem po butelkę i pociągnąłem łyk, za długi jak na rozsądek, ale to było akurat w porządku. - Nie spotkasz jej. - Powiedziałem w końcu, bez wstępu, jakby to była pierwsza i najważniejsza rzecz do wyłożenia na stół. - Nigdy. - Uniosłem butelkę, pociągnąłem łyk, zbyt duży, alkohol zapiekł mnie w gardle. - Nawet nie ma takiej opcji. To nie jest osoba, któla bywa w tych samych miejscach co my. I szczesze? Nie ma tam czego szukaś. - Burknąłem. - Wyjebała bardzo daleko. Nie wiem nawet gdzie dokładnie, i tak na selio? Nie obchodzi mnie to. - Wzruszyłem ramionami, oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, kciukiem pocierałem kostkę palca, aż skóra zrobiła się ciepła. Inny kontynent, inne życie, inne pieprzone konstelacje, inne wszystko, od samego początku to powinno zamknąć się na różnicach, jakie nas dzieliły, niestety - tak się nie stało. - Zmyła się za swoją kolejną fascynacją, pasją, obsesją, chuj wie czym, jak to u niej bywało. I dobsze. - Wzruszyłem ramionami, bardziej z niedowierzaniem niż złością, jakby chodziło o czyjeś cudze życie. - Ostatni las widzieliśmy się w Chicago. I to tesz nie było szadne wielkie spotkanie. Koniec, klopka. - Zrobiłem krótką pauzę, jakbym sprawdzał w pamięci daty. - To było dekadę temu, Sunny. Dwanaście lat. To naplawdę dawno. Od tamtej poly odezwała się do mnie… Tszy lasy. - Przesunąłem dłonią po brodzie, jakbym ścierał z niej resztki czegoś lepkiego, licząc w myślach, i uniosłem dwa palce, potem trzeci, jakbym musiał to sobie policzyć nie tylko na głos. - Tszy. I za kaszdym lasem to było jakieś dziwne, odelwane od szeczywistości gówno. Jakieś „musiałam”, „poczułam”, „powinnam cię ostszec”. Katastlofy na holyzoncie. „Miałam sen”, jakbym czytał jebanego Luthela Kinga. Co jest, swoją dlogą, wybitnie w jej stylu. Szukanie atencji wszędzie, u kaszdego. Nawet od ostatnich ludzi, któlych powinna w ogóle zaczepiaś. - Pokręciłem głową, to brzmiało absurdalnie nawet w moich własnych uszach. - Kaszdy las olałem. - Uniosłem wzrok tylko na sekundę, jakbym chciał sprawdzić, czy to docierało do Prue w takiej formie, w jakiej chciałem to ująć, po czym znowu spuściłem go w dół. - Nie po to podpisałem wszystko, co mi podsunęła, nie po to zamknąłem tamten temat, szeby potem bawiś się w jakieś gielki. - Nie byłem ugodowy bez powodu, nie odpuszczałem bez przyczyny, ale w tym wypadku zamierzałem to podkreślić, bo była dostała ode mnie więcej, niż powinna, zdecydowanie więcej, na tym to się powinno skończyć, nie żałowałem decyzji o odcięciu się od niej majątkowo i emocjonalnie. Zacząłem mówić wolniej, bardziej mechanicznie, jakbym relacjonował coś, co już dawno przestało mnie dotykać emocjonalnie. - Alice. - Imię zabrzmiało obco, jakby należało do kogoś, kogo znałem w innym życiu. Przez chwilę milczałem, bo samo wypowiedzenie go było jak potrącenie starego mebla w ciemnym pokoju. Nie bolało, pyło po prostu… Tam. Wyszło ze mnie płasko, bez emocji, jak fakt, nazwa ulicy, przy której kiedyś mieszkałem, a teraz już nawet nie pamiętałem numeru. To było dziwne, jak bardzo nic ze mną nie robiło - przestało być osobą, stało się faktem z biografii - żadnej złości, żadnej nostalgii, wyłącznie pustka, czysta, chłodna obojętność, jak po czymś, co dawno wygasło i nie zostawiło po sobie nawet dymu. Nie niosło już ze sobą niczego szczególnego, a przecież kiedyś wystarczało, żeby ścisnęło żołądek albo wywołało irytację. Teraz było po prostu dźwiękiem, jak nazwisko na liście, jak podpis pod dokumentem sprzed lat. - Adelais. - Poprawiłem się po chwili, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby precyzji - pełne imię brzmiało ciężej, poważniej, jakby należało do kogoś, kim ona zawsze chciała być. - Niewaszne… - Skrzywiłem się lekko. - Wiesz, o kim mówię. Wiesz, jaka była. Zawsze taka była i dokładnie taka została. - Nie musiałem tłumaczyć, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo z góry założyłem, że Prue już to od kogoś słyszała albo była w stanie sama połączyć fakty, w końcu znała ją jeszcze ze szkoły. Wiedziała też, jak bardzo Alice potrafiła być paskudna, zwłaszcza wobec niej, i to było coś, co w tamtej chwili uderzyło mnie z nową jasnością - wszystko, co należało powiedzieć o tym związku, zostało już powiedziane dawno temu, między mną a moją byłą, w ciszy, w krzykach, w tych wszystkich momentach, które doprowadziły do końca. Jednego, drugiego, trzeciego, setek małych, aż wreszcie do apokalipsy. Darzyłem ją obojętnością, głęboką - to nie była nienawiść, to było coś po niej, wypalenie, jak popiół po pożarze, bez emocji, bez potrzeby wracania. Nie myślałem o niej, nie tęskniłem, nie wracałem, ale wiedziałem, że to tam się nauczyłem się, że dystans boli mniej niż bliskość, która rani. Pamiętałem te spojrzenia, komentarze, drobne okrucieństwa, które wtedy wydawały się głupimi zagrywkami, a teraz układały się w brzydki obraz. Nie w sensie tajemniczej głębi czy skomplikowanej osobowości, tylko w tym męczącym, wyjaławiającym stylu. To był związek, który mnie nauczył, że „razem” potrafi być gorsze niż „sam”, można chcieć dobrze, a robić źle, w kółko i w kółko, i w kółko. Budziłem się zmęczony i kładłem się zmęczony, myślałem, że to minie, że jak jeszcze trochę wytrzymam, to się ułoży - nie ułożyło się, po prostu wybuchło i zgasło, to też znaczyło, że tamten rozdział naprawdę się skończył, bez katharsis, ale też bez braku domknięcia. - Ona nie potszebuje jusz szadnych lozliczeń. Ja ich nie potszebuję. Dostała ode mnie więcej, nisz powinna, dokładnie tyle, by to zamknąś. I tyle. - Ciągnąłem, patrząc wciąż w podłogę. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, od czoła po szczękę, jakbym próbował zetrzeć z siebie resztki tamtych lat. - Poza tym… - Dorzuciłem, uciekając w pół-żart. - Oboje wiemy, sze sama twoja obecność doprowadzała ją do kulwicy. Myślę, sze wystalczyłoby, sze po plostu by się dowiedziała, sze jesteśmy lasem. To balsiej wymowne nisz nagadanie. - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech, raczej tik. To już zabrzmiało prawie lekko, choć w środku wcale takie nie było, to była prawda, czysta i prosta - Prudence nie robiła nic specjalnego, nigdy nie musiała robić, wystarczała sama jej obecność, jej spokój, jej pewność siebie, którą okazywała w naszych małych starciach, jej obojętność na gry, które dla Alice były sensem istnienia. Ona po prostu musiała być obiektem adoracji każdego, zawsze, bez wyjątku, jak ktoś nie patrzył - to znaczyło, że patrzy źle. Jak ktoś patrzył na kogoś innego… No, cóż. To ją doprowadzało do szału. Po prostu… To był schemat. Ciągłe podejrzenia, ciągłe oskarżenia, ciągłe sprawdzanie, czy nadal jest w centrum. Parsknąłem, tym razem wyraźniej. - Nie dlatego, sze chodziłoby o mnie. - Poruszyłem szczęką, jakbym chciał coś przeżuć, ale nie było czego - nie chodziło o mnie, nigdy nie chodziło, tylko o to, że ktoś, kto powinien być „jej” nie był już „jej”. - Musiała byś czyjąś jedyną obsesją. Na zawsze. Bez konkulencji. Bez cieni. - Przez chwilę milczałem, jakby to zdanie potrzebowało czasu, żeby opaść. - S pelspektywy czasu to było, kulwa, oczywiste. Wiesz, ona lobiła mi jazdy o wszystko. - Powiedziałem w końcu, beznamiętnie, to był ciągły, wyczerpujący jazgot. Fakty nie miały znaczenia, liczyło się to, co sobie ułożyła w głowie, a jak już coś tam się ułożyło, to nie było opcji, żeby to ruszyć. Wystarczyło, że ktoś się do mnie odezwał za długo, że ktoś się zaśmiał w mojej obecności, że spojrzał nie tak - już była narracja, był dramat, już byłem winny, ale gdy ona sama robiła coś, na co miała ochotę, wszystko było w całkowitym porządku. Młodszy ja patrzył na to jednak zupełnie inaczej niż w tej chwili - irytował się, rzecz jasna, był wkurwiony, ale uważał to za więź, intensywność, dowód uczuć, które przecież nigdy nie były proste, za „normalność”. - Tylko dlatego, sze nie mogła znieść moszliwości, sze nie byłaby jusz jedyną. Nigdy nie była w stanie tego znieść. - Zamilkłem na chwilę, gdzieś w tle tykał zegar, irytująco głośno, znowu napiłem się nalewki, wolniej. - Potszebowała uwagi, a jak jej jej blakowało, to ją sobie… Dolabiała. - Pokręciłem głową, bardziej z niedowierzaniem niż złością. U niej zawsze chodziło o kontrolę - o to, żeby mieć wszystkich na smyczy, by wiedzieć, że jest w centrum, każdy się kręci wokół niej. Jak nie dostawała uwagi, to ją sobie produkowała. - I, patsząc s pelspektywy czasu… Cholelnie jasna wlószba na pszyszłość. Tylko sze, no… Nie ja byłem jasnowidzem w tym układzie. Ja byłem debilem. - Znowu parsknąłem, tym razem krócej, sucho, oparłem łokcie o kolana, pochylając się do przodu, jakbym próbował zmniejszyć własne gabaryty. Potarłem dłonią twarz, czując pod palcami szorstkość zarostu. Znów prychnąłem, krótkim, bezradnym dźwiękiem, żart był cienki, ale łatwiej było się za nim schować niż powiedzieć wprost, jak bardzo wtedy nie widziałem rzeczy, które dziś wydawały się oczywiste. To był mój jedyny związek przez lata. Po nim… Nie było związków, były ciała, były noce, były rozmowy urwane w pół zdania, ale nie było nic, co bym nazwał „byciem razem”. Po niej już nie wchodziłem w żadne „my”, nie przewidywałem żadnych zmian tego stanu, a teraz byłem żonaty, ta myśl wciąż mnie zaskakiwała - siedziałem w dużym domu, w którym echo niosło się za daleko, i byłem czyimś mężem. Samo w sobie brzmiało absurdalnie, jeśli zestawić to z tym, jak długo po tamtym wszystkim funkcjonowałem w trybie „sam sobie”. Odstawiłem butelkę na podłogę, może trochę zbyt gwałtownie, dźwięk szkła zabrzmiał głośniej, niż powinien. Oparłem się plecami o kanapę, zamknąłem oczy na chwilę. Czułem wyczerpanie, szum w głowie, zmęczenie, które nie miało nic wspólnego ze snem, jak po zbyt długim dniu, tylko że ten dzień trwał latami. W klatce piersiowej zalegał mi ciężar, tępy, stały, taki, który nie narasta nagle, tylko leży i miażdży powoli. Było mi cholernie ciężko, nie dramatycznie, nie widowiskowo - po prostu źle, zwyczajnie źle, w ten sposób, w którym nie ma gdzie uciec. Za każdym razem, kiedy próbowałem to sobie w głowie uprościć, wychodziło mi, że jest problem. Jeden. Jedyny. Wystarczający, żeby mnie kompletnie rozregulować. - Mose… - Burknąłem w końcu, bardziej do siebie niż do niej, przesunąłem językiem po dolnej wardze, czując narastającą frustrację. - Wiesz… - Zacząłem i urwałem, bo nagle poczułem, że to „wiesz” jest cholernie nieprecyzyjne. Wbiłem wzrok w podłogę, w ten cholerny wzór na dywanie, jakby miał mi zaraz coś powiedzieć. Palce same znalazły szyjkę butelki - znajomy ruch, automatyczny - pociągnąłem łyk, za duży, piekący, przełknąłem z wysiłkiem. Patrzyłem gdzieś obok niej, nie w oczy żony - na krawędź stolika, na smugę światła na ścianie, na cokolwiek, co nie wymagało utrzymywania kontaktu wzrokowego. Ramiona miałem napięte, jakbym cały czas szykował się na cios, chociaż przecież nikt mnie tu nie atakował, to było głupie, wiedziałem o tym, a jednak ciało reagowało szybciej niż głowa. Spojrzałem w bok, w jej stronę, tylko na moment. - Powiedz mi po plostu. - Wyrzuciłem z siebie prosto z mostu. - Jakie ty masz wobec mnie oczekiwania? - Zmarszczyłem brwi. - Jak mam to uglyźć, Pluey? Mam ci to powiedzieś? Mam ci to pokazaś? Jedno i dlugie? - Rozłożyłem dłonie w bezradnym geście. Krótki, nerwowy śmiech wyrwał mi się z gardła. - To głupie? - Przetarłem twarz dłońmi, przeciągając palcami po powiekach. - Kulwa, nie mam ploblemu spytaś kogoś, czy ma jakiś jebany ploblem. - Krzywy uśmiech przemknął mi przez twarz i zniknął. - A s tym… - Wskazałem nieokreślonym gestem przestrzeń między nami. Westchnąłem długo. Nie widziałem rozwiązania. Wiedziałem tylko, że próbowałem - raz, dawno temu - i trafiłem na złą osobę, byłem świadomy różnicy, tyle że od tamtej pory nie umiałem już mówić o rzeczach, które naprawdę bolały. Chciałem dać jej wszystko, naprawdę, bez gwiazdek, bez „ale”, tylko że nie wiedziałem, jak to zrobić, nie rozwalając przy tym czegoś po drodze, bałem się, że któregoś dnia ona spojrzy wstecz i pomyśli, że mogła mieć coś więcej, a ja byłem tym, który ją zatrzymał. Ten strach nie dawał mi spokoju. Byłem zmęczony samym faktem, że to wszystko wciąż we mnie siedziało, tym okazjonalnym wracaniem myślami do czegoś, co powinno było dawno zgnić albo rozsypać się w proch. Czułem wstyd - nie taki, który paraliżował, tylko ten cichy, podskórny - za to, że tyle rzeczy we mnie wciąż reagowało jak wtedy, czasem wolałem się wycofać, niż sprawdzić, czy tym razem będzie inaczej. Za to, że łatwiej było mi założyć najgorsze, niż uwierzyć w coś dobrego. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 26.01.2026 Naprawdę próbowała mu pokazać, że nie musiał się martwić, że to, co kiedyś było dla niego normalnością już nie wróci, że będzie tylko lepiej. Nie było to jednak takie proste, nie kiedy ktoś miał zupełnie inne doświadczenie, kiedy już miał szansę wejść w coś podobnego, liczył, że to zadziała, a stało się wręcz przeciwnie. Wiedziała, że przeszłość może namieszać, to co się wydarzyło miało ogromny wpływ na ludzi, powodowało, że byli ostrożniejsi, bardziej uważni, wątpili w to, co miało się zdarzyć. Nie zamierzała się jednak poddawać, musiała oswajać go z tą nową rzeczywistością powoli, nie od razu, nie wymagała też, że zaufa w jej każde słowo tak po prostu. To wymagało pracy, i była na to gotowa. Prudence miała w sobie ogrom spokoju i cierpliwości, jej przeszłość również nie była szczególnie kolorowa, jednak nie przeżyła w swoim życiu tak wiele jak jej mąż. Widziała, że nie do końca rozumie jej podejście, że ma z tym problem. Najwyraźniej zabrakło mu słów, zresztą i tak wypowiedział dziś ich naprawdę dużo, otworzył się przed nią, naprawdę to doceniała, bo musiało być trudne dla niego mówienie o tym wszystkim. Zdawała sobie sprawę, że nie było w tym wielu szczegółów, nie chciała o nie wypytywać, bo na pewno były bardzo bolesne. Jak na siebie to i tak opowiedział jej bardzo wiele, doceniała to, bo nie było to dla niego łatwe. - Jeśli wielkość tego domu Ci przeszkadza, jeśli ten dom jest nieodpowiedni, to możemy znaleźć inny, mniejszy, taki który nie będzie powodował dyskomfortu. - Miała świadomość, że to miejsce było duże, nie do końca potrzebowali, aż takiej przestrzeni. Jeśli to było problemem, to mogli przecież coś z tym zrobić. Zazwyczaj działała właśnie w ten sposób, jeśli pojawiał się problem, to szukała rozwiązań, można to było obejść w inny sposób, nie musieli tu zostawać skoro czuł się tu nieswojo, skoro zadawał sobie pytania, skoro jego myśli wracały przez to tam, gdzie nie powinny. Niby zdawała sobie sprawę, że nie chodziło tylko o dom jako o budynek, chodziło o coś więcej, jednak w ten sposób mogliby trochę to od siebie odsunąć. - Świat z którego pochodzisz ciężko uznać za normalny, nie oszukujmy się, tam tworzy się rodziny tylko po to, aby coś na tym zyskać. Nie dziwi mnie to, że trudno Ci było znaleźć wokół siebie przykłady, które mogłeś uznać za właściwe. - Być może sama Prue nie przebywała w takich kręgach, ale miała świadomość, jak działał ten świat, jak to wyglądało. Liczyły się pieniądze, władza, to co można było ugrać na małżeństwach, nikt nie martwił się o to, czy dzieci będą szczęśliwe, czy to jest to, czego chcą, nikt nie liczył się z ich uczuciami. Musieli spełniać oczekiwania starszych członków rodzin, nikt nie pytał ich o zdanie, rzadko kiedy można było na tym zbudować coś dobrego. Podejrzewała, że w większości tych rodzin ci nieszczęśnicy nawet za sobą nie przepadali. Nie dziwiły więc jej jego słowa. Ci ludzie byli nieszczęśliwi, sfrustrowani, jedyne co im pozostawało to jakieś chore ambicje. Naprawdę nie miała pojęcia dlaczego tak usilnie trzymali się tych tradycji. Świat był popierdolony, i to bardzo. - Tak naprawdę nie mogłam narzekać, u nas było całkiem w porządku, dzisiaj zobaczyłam, że ojciec wcale nie jest inny, że też ma swoje za uszami, najwyraźniej trudno jest znaleźć normalnych ludzi. - John pokazał się z najgorszej strony, zresztą wszystko było w porządku dopóki ona się dostosowywała, dopóki robiła to, czego od niej oczekiwano, jak widać i w jej świecie wystarczyło raz zrobić coś po swojemu, aby ojciec mógł się do czegoś przyczepić. Nie sądziła jednak, że warto się tym przejmować, nie byli swoimi rodzicami, byli inni, zupełnie inni, mogli tworzyć swój świat tak jak chcieli, nie korzystać z tych niezbyt odpowiednich wzorców. - Rozumiem, że chciałeś dla siebie czegoś zupełnie innego, na pewno starałeś się nie powielać tych błędów, ale nie możesz mieć do siebie pretensji o to, że nie wyszło, żeby to działało potrzebna jest wzajemność, sam nie mogłeś zbudować, czegoś względnie normalnego. - Po tym co jej powiedział mogła już stwierdzić, że jego ówczesna żona okazała się być parszywą osobą, z którą nie dało się zrobić zbyt wiele. Raniła go, spowodowała te problemy z zaufaniem, które miał. Doprowadziła go do naprawdę okropnego stanu. - Nie, nie trzeba mieć wzorców, mimo wszystko branie na siebie odpowiedzialności nie dla wszystkich jest takie oczywiste. - Nadal zamierzała podkreślić to, że jej zdaniem było to na swój sposób wyjątkowe. Mało kto o jego statusie zachowałby się w ten sposób, w tym wieku, miała wrażenie, że nie do końca to widział. - Cóż, czyli udało Ci się spełnić swoje założenia, nie powielałeś ich błędów, byłeś inny, a, że coś przy tym poszło nie tak, że pojawiły się inne problemy, to nie do końca była Twoja wina, zawsze coś może się nie udać. Jeśli próbujesz, działasz, to jest możliwość, że się posypie, tak to już wygląda. - Prue uniosła swoją butelkę, upiła z niej niewielki łyk, czuła, że potrzebuje utrzymywać ten stan, bo dzięki temu łatwiej było jej zebrać myśli, łatwiej jej było ułożyć sobie w głowie to wszystko. Widziała, że odsuwał się od niej coraz bardziej, niby dalej siedzieli na tym samym dywanie, ale chyba nie do końca wiedział co zrobić z rękoma, nie spoglądał też jej w oczy, trochę to rozumiała, wiedziała, że trudno było mówić o takich rzeczach, one były bardzo bolesne. To nie tak, że nie była ciekawa, kim była tamta kobieta. Nie zamierzała go jednak o to pytać, bo to było niewygodne, nie musiała tego wiedzieć, mogła spać spokojnie bez tych informacji, tyle, że tym razem sam zaczął mówić. Uniosła więc spojrzenie, przyglądała się mu uważnie, kiedy opowiadał. Wydawał się być pewien, że nie ma szans na to, aby ona pojawiła się w Wielkiej Brytanii, może to i lepiej, bo miała wrażenie, że gdyby kiedyś ich drogi się splotły to mogłaby mieć na sumieniu człowieka. Naprawdę nie wiedziała, jaką osobą trzeba być, żeby doprowadzić kogoś na skraj, żeby tak ją zranić. Ufała Benjy'emu, znała go, wiedziała jaki był i łatwo jej było wyciągnąć swoje wnioski. Musiał trafić na naprawdę parszywą osobę, niegodną jego obecności. Zostawiła go po tym wszystkim, co dla niej zrobił. Zostawiła go po tym, jak porzucił to co znał, żeby zbudować z nią nowe życie. Miała gdzieś jego poświęcenie, to mówiło samo za siebie. Zdecydowanie lepiej, że Prudence miała nigdy jej nie spotkać, mogłaby mieć problem, aby zapanować nad swoim zachowaniem, co nie zdarzało się często, ale bywały sytuacje, które naprawdę potrafiły wyprowadzić ją z równowagi, a kiedy już się to działo... to lepiej nie być gdzieś obok. Później padło imię, zmrużyła oczy. Nie spodziewała się tego. Zupełnie nie. Zawiesiła się na moment, wracały do niej wspomnienia z przeszłości. Adelais jej nie lubiła, właściwie nie była wyjątkiem, nie lubiła chyba nikogo. Pamiętała, że kręciła się wokół Aloysius'a ze swoimi koleżankami, przypominała sobie różne sytuacje z czasów nauki w Hogwarcie. Wtedy tego nie widziała, nie dostrzegała, że ta nienawiść w jej przypadku mogła nieść ze sobą coś więcej. Pamiętała dzień, w którym skręciła kostkę, pamiętała, jak Wish zrugał wtedy Alice, i zajął się nią. Dopiero teraz to wszystko zaczęło być dla niej oczywiste, zaczęło się układać w całość. Po chwili trafiła na kolejne wspomnienie, to sprzed dwóch tygodni. Wpadła na nią niby przypadkiem, zagadywała, próbowała się z nią zaprzyjaźnić, teraz docierało do niej, czym to było spowodowane, dlaczego napisała do niej ten ckliwy list, o tym, że chce się pogodzić. Miała świadomość, że musiała być jakaś przyczyna, teraz ją poznała i wcale jej się nie podobało to, że zaczęła się tu kręcić, przecież nie powinna tu być, dlaczego wróciła? Chciała mieszać w ich życiu? Był to chyba moment, w którym musiała nieco uświadomić go, że nie do końca wszystko wyglądało tak jak zakładał. - Ona tu jest. - Zaczęła mówić bardzo cicho. Nie miała pojęcia, że to było istotne, nie wspomniała mu o spotkaniu, ani o liście, bo czasem tak się działo, że ktoś z przeszłości się kontaktował. Nie miała pojęcia o tym, że łączyła ich taka relacja, że była jego żoną. Odetchnęła głęboko, ciężko. - Ona do mnie pisała. - Zamierzała wspomnieć mu o wszystkim, czuła, że powinien o tym wiedzieć. - Chciała się ze mną spotkać, wspominała coś o tym, że przez pożary poczuła potrzebę wyjaśnienia tego, co było w przeszłości. Spławiłam ją. - Dodała jeszcze, bo to mogło być niezbyt oczywiste, chociaż może nie. Prue nie należała do osób, które potrzebowały wracać do przeszłości, nie widziała potrzeby spotykania się z kimś, kto wyjątkowo jej nie lubił, utrudniał jej życie. Nie uważała tego za potrzebne, miała swoje zdanie na ten temat, ludzie nie zmieniali się w ten sposób, nie przeżywali nagłego obudzenia, nie zauważali swoich błędów. - Tyle, że później na mnie wpadła, zupełnie przypadkiem, rozpoznała mnie, znowu liczyła na rozmowę, ale nie chciałam z nią gadać, więc sobie poszłam. - To by było na tyle z ich interakcji, przynajmniej tak się jej wydawało do tej pory. Teraz jednak, teraz jednak coś zaczęło do niej docierać. Jeśli faktycznie była taka, nie, musiała być taka jak mówił o niej Benjy to to co się wydarzyło zaczęło nabierać sensu. Olśniło ją, raptownie, zaczęła łączyć kropki, bardzo szybko, brakowało jej prostych danych do tego, aby wcześniej sobie to ułożyć. - Moje mieszkanie... - Zaczęła, teraz mogła założyć kto był za to odpowiedzialny, komu mogło zależeć na tym, żeby zrobić jej pod górę, aby zniszczyć jej świat. - Myślę, że jakoś się już dowiedziała, że jesteśmy razem i chyba jej to nie wystarczyło. - Uniosła w górę butelkę, upiła z niej spory łyk, musiała się chyba jednak nieco bardziej upić, żeby jakoś to przetrawić. Nie spodziewała się, że to właśnie Alice była wybranką Benjy'ego. Naprawdę nie sądziła, że trafił, aż tak fatalnie. Tamta dziewczyna była okropna, naprawdę okropna, nie sądziła, żeby zmieniła się zbytnio w dorosłym życiu. Manipulowała ludźmi, aby dostać to czego chciała, dlatego Prue trzymała się od niej z daleka, tylko, że to nie wystarczało, ona uwielbiała udowodniać swoją wyższość, znęcać się nad innymi, była po prostu parszywym człowiekiem. - Jeśli mam być szczera, to naprawdę byłeś debilem, przepraszam, zrozumiałabym wszystko, ale ona? Naprawdę? Gdzie Ty miałeś oczy. - Nie mogła sobie odmówić komentarza na ten temat, nie, że chciała mu za bardzo dokładać, ale nie mogłaby się o tym nie wypowiedzieć. Widać było przecież na pierwszy rzut oka, jakim była człowiekiem, jasne był młody, młody i głupi, ale aż tak bardzo? Odetchnęła głęboko, nie powinna do dobijać. - Przepraszam, w stosunku do Ciebie mogła się zachowywać inaczej, to mogło nie być takie oczywiste. - Dość szybko zebrała się w sobie, nie powinna go oceniać, nie widziała całej sytuacji, nie wiedziała dokładnie jak to wyglądało, nie mogła zachowywać się w ten sposób. - Skarbie, nie wiem, jak Ci to wyjaśnić, ale ja nie mam co do Ciebie żadnych oczekiwań, to nie jest umowa, nie ma listy, którą masz odhaczać. - Mimo, że naprawdę kochała listy, to w tej sytuacji to raczej nie miało racji bytu. - Po prostu chcę, żebyś był ze mną, tak jak ja jestem z Tobą, nic więcej, chcę żebyśmy sobie ufali, żadnych ukrytych kruczków, żadnych roszczeń, czy życzeń, nie na tym to polega, chyba? Też nie jestem specjalistką od takich rzeczy. - Miała narzeczonego, jednak wtedy to wszystko wyglądało zupełnie inaczej, musiała się kryć ze swoimi myślami, planami, ze wszystkim, bo nie do końca akceptował to, jakim była człowiekiem, tutaj wszystko było inne, zupełnie inne i wiedziała, że może być tylko lepiej, najlepiej. - Bądźmy ze sobą szczerzy, co by się nie działo, to jest najważniejsze, nie uciekajmy przed sobą. - To niby było dość oczywiste, ale w ich przypadku dość prawdopodobne było to, że jeśli coś pójdzie nie tak, to zaczną błądzić w swoich myślach, zawsze tak mieli, więc warto było wspomnieć o tym, że to nie mogło działać w ten sposób. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 28.01.2026 Siedziałem przez cały czas dokładnie w tym samym miejscu, nie przesuwając się ani trochę, jakbym wrośnięty był w deski pod spodem dywanu, na którym siedzieliśmy już od dłuższej chwili. Jak długiej? Trudno było stwierdzić, chociaż stary zegar na ścianie głośno odmierzał czas, licząc kolejne minuty spędzone nie tak jak powinniśmy byli spędzać nasze pierwsze popołudnie w nowym domu. Słowa Prudence krążyły mi w głowie jeszcze długo po tym, jak przestała mówić, dając mi chwilę na odpowiedź. Ten spokój, z jakim to wszystko wypowiadała, był dla mnie czymś obcym, nienaturalnym, co zamiast być uspokajające, zupełnie mnie petryfikowało. Usiadłem ciężej, poprawiając pozycję względem kanapy, jakbym nagle przypomniał sobie, że mam ciało. Jednocześnie przesunąłem dłonią po podłodze - dywan pod nami był miękki, za miękki jak na to, co miałem w głowie. A może to ja byłem zatwardziały? Prue przedstawiała swój punkt widzenia spokojnie, metodycznie, jakby układała cegły jedna po drugiej, próbując zbudować coś stabilnego na gruzach, które ja znałem aż za dobrze, a ona właśnie poznawała - to nie były solidne fundamenty, nie chciałem się łudzić, że jest inaczej, nawet jeśli moja żona brzmiała tak, jakby w to wierzyła. Słuchałem, naprawdę słuchałem, tylko że we mnie to wszystko przechodziło przez filtr, przez inne ściany, inne korytarze. Część mnie była już gdzie indziej, zawsze tak miałem, kiedy ktoś mówił spokojnie, rozsądnie o czymś takim, kiedy próbował układać świat w logiczne klocki, we mnie otwierały się drzwi prowadzące wstecz. Nie trzaskały, one się po prostu uchylały, a ja znowu czułem zapach wosku do podłóg, starego papieru i pieniędzy, które nie miały jednej konkretnej woni, ale ich lekko metaliczna nuta zawsze wisiała w powietrzu. Pruey naprawdę próbowała, to było widać, każde zdanie było jak wyciągnięta dłoń, spokojna, nie nachalna, cierpliwa aż do bólu, dobra, łagodna, kochająca. Usiłowała mi pokazać, że nie musiałem się martwić, wiedziałem, że mówiła to szczerze, nie grała, nie próbowała mnie do niczego zmusić. To wszystko brzmiało rozsądnie, logicznie, jak coś, co dało się poukładać w punktach, w listach, w schematach, dokładnie w jej stylu, tyle że ja nigdy nie byłem dobry w wierzenie w „lepiej”, a już zdecydowanie nie wtedy, kiedy już wiele razy myślałem, że gorzej być nie może, a jednak było. Nie chodziło o to, że nie chciałem przyjąć do wiadomości tego, w jaki sposób miała od teraz wyglądać nasza przyszłość - inaczej nie decydowałbym się spróbować, prawda? Po prostu to, co się dziś wydarzyło, poruszyło mnie od środka. Mogłem mieć grubą skórę, być przygotowany na zbieranie obelg od ludzi, których zdanie nie powinno było wiele mnie obchodzić, jednakże w tym wszystkim pojawiła się dziś inna zmienna - zupełny brak kontrastu pomiędzy tym, co usłyszałem ja, a co musiała znieść moja ukochana. Dom był duży, za duży, przestrzeń rozlewała się wokół nas jak woda w nieckach, których nie dało się wypełnić. I to było ironiczne. Kurwa, jak bardzo ironiczne. Zaciągnąłem się powietrzem, jakbym palił papierosa, chociaż dawno żadnego nie miałem w ustach, mimo to nie sięgnąłem po paczkę - znowu zająłem usta szyjką butelki, wsłuchując się w padające słowa o domu, rozwiązaniach, o tym, że „możemy znaleźć mniejszy” - trafiały we mnie wolno, jakby musiały przebić się przez warstwę czegoś starego i twardego - przez przyzwyczajenie do tego, że rzeczy się znosi, a nie naprawia, to było dziwne uczucie, prawie obce - ktoś mówił „jeśli to cię rani, zmieńmy to”, a nie „przyzwyczaj się” albo „przesadzasz”. - Ten dom… - Odezwałem się w końcu, głosem niskim, trochę zachrypniętym, przerywając jej, zanim zdążyła zaproponować kolejne rozwiązanie, głos miałem niski, chropowaty. - To nie jest kwestia metlaszu. - Przesuwnąłem kciukiem po knykciach, raz i drugi, bez sensu. To było kłamstwo techniczne, wiedziałem o tym, ale w porównaniu z tym, z czego przyszedłem, ten dom był… Rozsądny. Uniosłem butelkę, obróciłem ją powoli w dłoni, obserwując, jak światło lampy łamie się w szkle. Piłem więcej, niż powinienem, ale potrzebowałem tego szumu w głowie, żeby nie zacząć liczyć scenariuszy. Zaczęliśmy mówić o świecie, z którego pochodzę, o rodzinach budowanych dla zysku, o pieniądzach, władzy, o braku przykładów. Reagowałem całkiem uważnie, jak na narastający stan upojenia, ale to nie było to uważne słuchanie, które polegało na wychwytywaniu każdego słowa, to było raczej pozwalanie, żeby sens naszych wypowiedzi przesuwał się we mnie jak coś, co nie wymagało natychmiastowego analizowania. W dalszym ciągu nie spoglądałem bezpośrednio na Prudence. Miała rację, wkurwiało mnie to, że miała rację, nawet jeśli jednocześnie przecież chciałem, by to wszystko rozumiała, więc powinienem czuć ulgę z powodu tego zrozumienia. Teoretycznie rozumiałem sens tego wszystkiego, punkt odniesienia, podejście mojej żony, tylko że w moim życiu sens i doświadczenie rzadko szły w parze, szczególnie gdy przez pół życia żyłem na listach, niewidzialnych, odhaczanych cudzym palcem. „Jeśli zrobiłeś A - byłeś dobry, jeśli zrobiłeś B - byłeś problemem”. - Wiesz, co jest najgłupsze? - Zawahałem się na moment, jakbym sprawdzał, czy naprawdę chcę to powiedzieć - nie chciałem, ale musiałem, powinienem przynajmniej - przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i spojrzałem w górę, na sufit - wysoki, jasny, niezbyt czysty, jakby ktoś palił tu przez dekady, nieczęsto kłopocząc się otwieraniem okna. - Wiesz, co jest zabawne? - Tym razem od razu odpowiedziałem sobie sam, bo tak było łatwiej. - Sze ten dom… On i tak jest mały. - Uniosłem wzrok, nie do jej twarzy, tylko gdzieś ponad nią, w głąb salonu, jakbym widział coś zupełnie innego niż ściany, meble, lampy. - Znaczy, jest duszy. Losądnie duszy. Nolmalnie duszy. - Krótki, suchy śmiech wyrwał mi się z gardła. - Po plostu mój punkt odniesienia jest kompletnie spieldolony. - Oparłem łokieć o kolano, palcami drugiej dłoni mimowolnie zaczepiłem o rzemyki na nadgarstku, splątane, stare, różne - skóra, sznurek, coś, co kiedyś było nitką określonego koloru, teraz zostało już tylko wyblakłym wspomnieniem, a pod spodem - cienka, niemal niewidoczna bransoletka z kamyczków. - To jest… Nolmalny dom. Duszy, jasne. Za duszy dla dwóch osób. Ale nolmalny. - Powtórzyłem trochę mniej - a może bardziej - chaotycznie I przełknąłem łyk alkoholu. W porównaniu z tym, z czego wyszedłem… Słowa zaczęły płynąć same, chociaż ton miałem suchy, niemal techniczny. - Wychowałem się w posiadłości. - Powiedziałem, przełykając nalewkę, chociaż Prue doskonale to wiedziała. - Nie w „duszym domu”. Nie w „ładnym dworku na wsi”. W posiadłości, takiej na wzgószu, któlą ludzie oglądają s dlogi i myślą „kto tam, kulwa, mieszka”. - Przesunąłem palcami po kolanie, miałem wrażenie, że siedzimy w środku jakiegoś paradoksu, ale mówiłem, choćby nawet powoli, byleby tylko nie przestać. - Oficjalnie cztely kondygnacje, nieoficjalnie pięś, jeśli liczyś podziemia. - Oparłem plecy o dół kanapy i spojrzałem w sufit - tynk nie był idealnie gładki, i dobrze, w moim rodzinnym domu sufit w jednym ze skrzydeł miał freski, prawdziwe, nie jakieś dekoracyjne gówno będące tak naprawdę tapetą albo wzorem z szablonu. - Tszy skszydła. Główne i dwa boczne. Kaszde s nich zdecydowanie większe nisz ten dom. Pszestszeń, w któlej można było zgubić dziecko. - Krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, bez humoru. Pamiętałem zapach starego drewna, chłód ciągnący się od podłóg, echo kroków, które zawsze było o sekundę spóźnione. - Co akulat się zdaszało, bo kaszde skszydło miało osobną klatkę schodową i kolytasze dla osób, któlych nie powinniśmy widzieś, s lósznych powodów. - Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać, przesunąłem butelkę z jednej dłoni do drugiej, jakbym sprawdzał jej ciężar. - Jak się dobsze skitlałaś, nie musiałaś nikogo widzieś, dopóki tego nie wymagał. - Uśmiechnąłem się krótko, nie musząc wiele wyjaśniać, w takim świecie dzieci nie są dziećmi, są inwestycją, albo problemem logistycznym, niczym innym. - Główne skszydło miało… - Zamknąłem oczy na moment, licząc w myślach. - Dwadzieścia siedem pomieszczeń. Na oko. Oficjalnie. Nieoficjalnie więcej, bo niektóle pokoje pszelabiano, dzielono, łączono. - Oparłem łokieć o kolano, przetarłem dłonią twarz. - Gabinety, sale, jadalnie. Jedna była tylko na wielkie okazje. Uszywana mose pięś lasy w loku. - Zamilkłem na moment, bo nagle przypomniałem sobie długi stół, przy którym siedzieliśmy w absolutnej ciszy, służba stojąca pod ścianami, ojciec na czele, matka z kamienną twarzą. - Pokoje plywatne zamykane na klucz, bo „nie wszystko jest dla wszystkich”. Dwie biblioteki. Jedna „leplezentacyjna”, dluga plywatna, taka, do któlej dzieci nie miały wstępu, bo były tam szeszy, któlych dzieci widzieś nie powinny. Coś jak dział ksiąg zakazanych, tylko… Balsiej. - Nie musiałem tego doprecyzowywać, więc nie zrobiłem tego. Ojciec miał obsesję na punkcie „tresury”, zamiast posłuszeństwa, tego słowa używał, jakby mówił o psach, nie o dzieciach. Tresura, dyscyplina, konfrontacja, zawsze to samo pierdolenie, tam nikt nie pytał młodszych pokoleń, czy są szczęśliwe, czy czegoś chcą, czy coś im przeszkadza, pytało się, czy „spełniają”, a ja całe życie próbowałem nie spełniać cudzych oczekiwań, tylko… Żyć. W tej drugiej z bibliotek parkiet był zaczarowany tak, żeby nigdy się nie rysował, sprowadzany z Francji, bo „angielski był zbyt pospolity”, nadal pamiętałem, że ojczym strasznie się tym jarał. Pokazywał to każdemu, kto miał wystarczająco drogie nazwisko, by spędzać z nim czas w jego prywatnych pomieszczeniach. Oficjalnie nie było nas wielu mieszkańców, nieoficjalnie tamten dom był pełen ludzi, którzy przychodzili i znikali - krewni, pół-krewni, goście, pasożyty, ambitni przyjaciele rodziny, protegowani, kochanki, kuzyni z trzeciej linii, osoby, które „tymczasowo” mieszkały, a potem już nikt o nich nie mówił. Członkowie rodziny z zagranicy, których nikt nie potrafił przypisać do konkretnej gałęzi drzewa. Kobiety, które znikały po kilku miesiącach. Mężczyźni, którzy zostawali na lata. Wychodzili i wchodzili, jakby to był dworzec. Spojrzałem na Prudence kątem oka. - Basen klyty. Basen odklyty. Stajnie. Olanszelie. Oglód, w któlym mosna było się zgubiś. Palk, któly ciągnął się dalej nisz wzlok. Liczyło się to, sze mosna było iść dluszej nisz piętnaście minut i wciąsz byś „w domu”. - Powiedziałem, jakby to było najważniejsze techniczne wyjaśnienie świata, uniosłem butelkę i napiłem się. - Ojciec inwestował w nieluchomości i glunty. - Uniosłem ramiona w krótkim, obojętnym geście. - Taki spolt. - Powiedziałem to sucho, bez emocji, jak fakt z encyklopedii. - Część dla siebie, część na wynajem, część dla pszyjaciół…ek. Jedna miała dom w Londynie. Oficjalnie „lesydencja dla dalekiej kuzynki”. Dlugiej kupił dom nad moszem, tszymał go „dla zdlowotności”. Jeszcze inna pojawiała się tylko na bale, ale mieszkała plaktycznie na jego gluntach. - Przesunąłem językiem po zębach. Trzecia, czwarta… Chuj wie, przestawałem liczyć, zanim nauczyłem się dobrze liczyć. - Bale. - Powtórzyłem to słowo, jakby było obleśne, po czym odwróciłem głowę w bok, jakby obraz tamtego domu nagle stanął mi przed oczami. Bale były regularnie - oficjalne, półoficjalne, zupełnie nieoficjalne, Ministerstwo, Mung, Wizengamot, wszyscy się tam przewijali. Wielkie schody, kryształowe żyrandole, muzyka, ludzie w maskach albo bez, zależnie od okazji. Setki osób, politycy, uzdrowiciele, dyplomaci, rodziny, które znały się od pokoleń i nienawidziły się równie długo. Teoretycznie wszyscy byli elitą, ale nawet w elicie są poziomy, prawda? To był ten wyjątkowo… Pożądany. W praktyce… To była tylko inna liga tego samego syfu. Ojczym nie musiał pracować, nigdy, co z perspektywy czasu z pewnością musiało irytować wielu ludzi. „Budował kontakty”, to była jego praca, zajmował stanowiska, bo miał kaprys, bo chciał sprawdzić, jak to jest, ukończył akademię, by zaznać londyńskiego życia, poszedł do Munga, bo tak, został ordynatorem, bo mógł, bo znał odpowiednich ludzi, bo ktoś mu to zaproponował przy koniaku, bo miał odpowiednie nazwisko, które było wystarczającą kwalifikacją, i pieniądze, więc w wielu oczach zasługiwał praktycznie na wszystko, zanim ktokolwiek zdążył zapytać „dlaczego”… Otwierano przed nim drzwi, zanim jeszcze zdążył zapukać, a nawet jeśli nie, to ostatecznie i tak się tam znajdował, patrząc na wszystkich z góry. - Olganizowaliśmy bale. Wielkie, długie, wystawne, s muzyką na szywo, odpowiednio losmieszczonym światłem, ludźmi, któszy udawali, sze są kimś lepszym, niż byli. A potem, kiedy wszyscy jusz byli wystalczająco pijani albo wystarczająco znudzeni, mój ojczym znikał… - Uniosłem brew. - Zazwyczaj s kimś, kto nie był moją matką. - Urwałem, parskając krótko, głos miałem niski, spokojny, zbyt spokojny jak na to, co kotłowało się pod skórą. Tak, po balach mój ojczym rżnął kochanki w skrzydle zachodnim, a matka udawała, że tego nie słyszy. Czasem robił to dyskretnie, czasami po prostu w pokoju, który jeszcze kilka godzin wcześniej był „salą rozmów”. Zawsze ktoś nocował, zawsze ktoś zostawał dłużej, niż powinien, zawsze przymykano na to oko. Zerknąłem w bok, potem znowu przed siebie, jednocześnie czułem, jak coś we mnie się cofa, jakbym odruchowo robił krok w tył, mimo że fizycznie nie było już gdzie. - Ojciec… - Mruknąłem. - Gdy szył, nie był lepszy. Lósznił się stylem, nie tleścią. Tesz znikał. Tesz miał swoje seklety. Kij wie, czy po nim tesz nie zostało coś, co kiedyś wypłynie. Mose jusz nawet wypłynęło. Nie wiem, ale losumiesz schemat, plawda? - Odchyliłem głowę i spojrzałem w sufit. Przesunąłem się lekko, czując, jak ten obecny dom, ten spokojniejszy, naciska mi na plecy, na barki, na czubek głowy, albo raczej - odczuwając wagę wszystkiego, co właśnie zaczęło wypływać na wierzch, bez pytania o pozwolenie. Bo przecież ten budynek był duży, przestronny, pełen powietrza, przestrzeni, ale jednocześnie nieograniczonych możliwości, nasz własny, nie cudzy, mogliśmy zrobić z nim wszystko, czego tylko chcieliśmy. - Czy to ironia, sze dolastałem w pałacu, a telas duszę się w duszym domu, chociasz mam tu więcej pszestszeni? - Prychnąłem. - Pewnie tak. - Parsknąłem krótko, sucho, bez śmiechu, bardziej tak, jakby mi coś utkwiło w gardle, niż jakbym faktycznie się rozbawił. - Czy to czyni mnie niewdzięcznym? - Zapytałem, ale nie czekałem. - Nie wiem. - Wypowiedzenie tego na głos miało w sobie coś brutalnie prostego. - Czy uciekam przed czymś, co znam asz za dobsze? - Wzruszyłem ramionami. - Plawdopodobnie. - Westchnąłem ciężko. - Czy to ma sens? - Zapytałem, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, pokręciłem głową. - Niewaszne. W pokoju było cicho, tylko zegar gdzieś w tle tykał głucho. - Czy to dlatego ten dom mnie uwiela? - Kolejne pytanie. - Mose. - Kiwnąłem raz, potem drugi, powoli, patrząc gdzieś obok niej, na ścianę, na nic konkretnego, nawet nie podniosłem na nią wzroku od razu. Uwierzyć w siebie, uwierzyć w nas, uwierzyć w to, że miejsce, w którym się znaleźliśmy, mogło być w zupełności nasze, bez niczyjego wpływu, bez duchów przeszłości i widm przyszłości, która nigdy nie nadeszła - nie było to proste, nie wtedy, kiedy człowiek raz już uwierzył, że coś może być inne - gdy już raz wszedł w coś, co wyglądało jak normalność, pachniało jak normalność, a potem okazało się dokładnie tym samym pieprzonym schematem, tylko w innym opakowaniu. - Wiesz, co jest najgolse? - Spojrzałem na nią. To było pytanie po części retoryczne, bo przecież wiedziała, że przeszłość miesza, mówiła o tym wprost - o tym, że to, co się wydarzyło, zostawiało ślady, że ludzie po takich sytuacjach zazwyczaj stają się ostrożniejsi, że zaczynają wątpić. Poruszyłem głową, lekko się uśmiechając, chociaż w środku miałem ochotę powiedzieć jej, że to nie jest kwestia ostrożności, tylko kwestia tego, że pewnych rzeczy już się nie rozplącze, i jak raz nauczysz się spać z jednym okiem otwartym, to potem nawet cisza potrafi być podejrzana. - Mój dom lodzinny był pełen ludzi. - Zawiesiłem głos. - I jednocześnie był kompletnie pusty. Pszewijali się jak duchy, za szycia. - Oparłem łokcie o kolana. - Zawsze ktoś kląszył. Zawsze ktoś podsłuchiwał. Zawsze ktoś patszył. - Zsunąłem wzrok na swoje dłonie. - Ilekloś widzę dusze pszestrzenie, myślę tylko o tym, ile szeszy mose się w nich wydaszyś po cichu. - To było ciężkie, wypowiedziane na głos ledwo przechodziło mi przez gardło, ale właśnie taką była prawda - nie lubiłem dużych przestrzeni, nie w domach, na zewnątrz to była zupełnie inna bajka, ale przestronne pokoje zawsze wprawiały mnie w dyskomfort, nawet jeśli z zewnątrz nikt by tego nie powiedział. Maskowałem się, przynajmniej zazwyczaj, to była mieszanka starych i nowych nawyków, jednego i drugiego życia. Kiedyś zawsze była lista, niewypowiedziana, ale obecna - jak się zachowywać, co mówić, kogo znać, kogo ignorować, kogo poślubić, ale w gruncie rzeczy tak naprawdę całe życie funkcjonowałem na zasadzie umów, których nikt mi nie pokazywał na papierze, zasad, które zmieniały się w trakcie, kar za coś, czego nie zrobiłem albo co zrobiłem, bo po prostu nie chciałem się podporządkować albo coś przeoczyłem. To było zatrważająco naturalne. Milczałem dłużej, niż było wygodnie, patrzyłem na własne dłonie, na knykcie, na blizny, które znałem aż za dobrze, czułem, jak pod skórą narasta mi to napięcie, to stare, znajome, które zaczynało się w karku i schodziło w dół kręgosłupa, aż wreszcie znowu się odezwałem. - Dlatego to nie jest kwestia metlaszu, Pluey. - Stwierdziłem spokojnie, podczas gdy moje palce znów zacisnęły się na nadgarstku, na kamyczkach, na czymś, co było śmiesznie małe w porównaniu do wszystkiego, co miałem za sobą. Na myśl o Johnie poczułem krótkie, gorzkie ukłucie ironii - normalność zawsze pękała przy bliższym spojrzeniu, jakby była tylko cienką warstwą lakieru, pod którą i tak zawsze było coś gnijącego - chciałem powiedzieć, że właśnie to mnie najbardziej przerażało, nie potwory, nie wojny, nie klątwy, tylko to, że nigdy nie wiesz, kiedy coś, co wygląda stabilnie, nagle pokaże zęby. Zamiast tego pokręciłem jednak głową, powoli, ciężko, jakby każde „tak” i „nie” ważyło po kilka kilo, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Rozumiałem sens każdego zdania, problem polegał na tym, że sens i doświadczenie rzadko idą tym samym korytarzem, to nie było takie proste, nigdy nie było, miała rację - przeszłość potrafiła namieszać, tylko w moim przypadku ona nie mieszała w sposób, który dał się tak prosto odkręcić, ona była fundamentem, betonem wylanym pod całe życie, czymś, na czym wszystko stało, nawet jeśli bardzo bym chciał udawać, że to tylko kurz, który dało się zdmuchnąć. - To właśnie jest iloniczne. - Dodałem. - W domu, gdzie dzieci były walutą, ja dolosłem do tego, szeby nie chcieś szadnego. W domu, w któlym dzieci były wartością samą w sobie, ty… - Urywając, przesunąłem się nieznacznie, jakbym szukał stabilniejszego miejsca na podłodze, chociaż jednocześnie miałem wrażenie, że część mnie stoi gdzieś obok i patrzy na to z dystansu - jak zwykle, kiedy rozmowa schodziła na rzeczy, których nie dało się cofnąć, na to, co człowiek nosił w sobie, nawet jeśli zmienił adres. Tamten dom nigdy nie był pusty, a i tak był martwy - ten dom był pusty, ale nie musiał być martwy, po prostu trafił na niewłaściwego lokatora. Zamilkłem na chwilę, bo poczułem znajome uciskanie w klatce piersiowej. Dom, w którym dorastałem, wcale mnie nie przygotował na „lepsze życie”, przygotował mnie na przetrwanie w gównie. Przez pewien czas z kimś, później samotnie, a teraz… Chciałem wierzyć, że będzie lepiej - naprawdę, tylko… Jak? Przypomniałem sobie trawnik, słońce, szkolne błonia - trawa była wtedy miękka, ale dzika, wybujała, nie przycięta idealnie, jakby ktoś ją mierzył linijką. Siedziałem obok niej, a ona wiązała mi na nadgarstku bransoletkę z kamyczków, palce miała zimne, śmiała się z czegoś głupiego, co powiedziałem. Do tej pory to był jeden z najbardziej wartościowych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałem, nawet jeśli w tamtym czasie na przeciwległej ręce nosiłem zegarek warty absurdalnie dużo galeonów. Gdybym miał coś zgubić, która strata bardziej by mnie zabolała? Która zabolała mnie, gdy rzeczywiście się wydarzyła, nawet jeśli metaforycznie? - Zastanawiałaś się kiedyś - odezwałem się znowu, po chwili, wpatrując się w okno, jakby to była tylko dygresja - s kim właściwie wtedy siedziałaś? Dlaczego dzieci s „doblych domów” potlafią byś tak oklutne? - Nie czekałem na odpowiedź, potarłem palcem miejsce, gdzie wciąż był „nasz” dowód przyjaźni, schowany pod resztą. - Czy myślałaś o tym, kiedy plowokowałem cię tekstami o byciu ponad wsystko? Kiedy mówiłem, sze świat działa tak, a nie inaczej? Czy pszyszło ci do głowy, sze mówię to nie s pozycji pewności, tylko s pozycji tlesuly? - Pokręciłem głową. - Ja byłem łatwym celem. Samotny jak pies, Pluey, nawet otaczając się wiecznym wianuszkiem towaszystwa, nawet mając obok siebie chłopaków, twojego blata… - Zacisnąłem szczękę, głos miałem niski, trochę ochrypły od alkoholu i od mówienia rzeczy, których zazwyczaj nie mówiłem. Alice była dobra w robieniu z siebie ofiary, jeszcze lepsza w karaniu ludzi, którzy próbowali jej nie dać tego, czego chciała. Z zewnątrz nikt nie połapałby się, że Adelais była z biedy, nie z tej romantycznej biedy, o której się opowiadało historie, z prawdziwej, brudnej, takiej, w której człowiek uczył się, że trzeba brać, zanim ktoś inny zabierze. W moim świecie ludzie tacy jak ona byli albo narzędziami, albo zagrożeniem, a ja byłem wystarczająco głupi, żeby uznać ją za wybór. Kurewsko bogaty chłopak z przemocowego domu, z emocjonalnie martwą matką i ojczymem, który traktował ludzi jak przedmioty, byłem dla niej szansą, przepustką, zabezpieczeniem, a kiedy przestałem spełniać rolę, kiedy nie chciałem być dokładnie tym, czego ode mnie oczekiwała… Cóż, wyrzuciła bezwartościowy papier do kosza, uznając, że to już się jej nie przyda. A przynajmniej tak chciałem myśleć, uznając to za zakończony epizod - kolejka odjechała, bilet był w jedną stronę, podróż się zakończyła. Byłem pewien, że nie ma jej w Wielkiej Brytanii, nawet znając jej podejście, nie zakładałem, że mogłaby być aż tak oderwana od rzeczywistości, dlatego kiedy Prudence zmrużyła oczy i powiedziała cicho, że ona tu była, przez chwilę nie zrozumiałem. Zastygłem - najpierw dosłownie, fizycznie - moje barki zesztywniały, palce zacisnęły się na butelce tak mocno, że aż poczułem mikroskopijne nierówności szkła pod opuszkami. Oparłem łokcie o kolana, splecione dłonie zwisały mi między nimi ciężko, jakby nagle ważyły za dużo, wpatrywałem się w nie przez chwilę, w skórę na kostkach, w stare zadrapania, w drobne blizny, które zawsze tam były, nawet kiedy próbowałem udawać, że przeszłość to coś, co da się zostawić za drzwiami. Przez ułamek sekundy nie mrugnąłem nawet raz, słowa dotarły do mnie, ale mózg potrzebował chwili, żeby je przetrawić, jakby ktoś wrzucił kamień w tryby. Coś we mnie drgnęło, nie gwałtownie - jeszcze nie - raczej jak przy pierwszym, ledwo wyczuwalnym wstrząsie, który zapowiadał trzęsienie ziemi. - …co? - Wydusiłem w końcu głupio, bo mózg potrzebował jeszcze sekundy, żeby nadążyć, głosem niższym, twardszym, zupełnie innym niż wcześniej. Alkohol nadal krążył mi we krwi, ale to nie on sprawił, że nagle zrobiło mi się gorąco, to był instynkt, ten sam, który kiedyś kazał mi się odsunąć, nawet jeśli o pół kroku za późno. Odstawiłem butelkę na podłogę z większą siłą, niż było trzeba, nalewka chlupnęła, ale miałem to gdzieś. - Kulwa… - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem to powstrzymać. To nie było przekleństwo rzucone w przestrzeń, to było stwierdzenie faktu - to był ten moment, w którym coś, co było zamknięte, opisane w głowie jako dawne i martwe, nagle dostało kontur teraźniejszości, stanowczo zbyt wyraźny. W głowie zaczęły mi się przewijać kolejne obrazy - sceny, które kiedyś ignorowałem albo racjonalizowałem, kontrola podszyta „troską”, zazdrość ubrana w miłość, przekraczanie granic jako dowód zaangażowania. Każde kolejne zdanie dokładało cegiełkę do wzoru, którego wcale nie chciałem oglądać, ale który - z brutalną precyzją - zaczynał się składać w jedną całość. List, przypadkowe spotkanie, próba „pogodzenia się”, pożary jako pretekst - objawienie, katharsis, potrzeba zamykania rozdziałów - klasyczne, do bólu klasyczne. Zawsze ten sam schemat - znaleźć szczelinę, wejść, sprawdzić, czy wciąż da się coś poruszyć. Adelais zawsze taka była, zawsze, nawet kiedy jeszcze próbowałem wmówić sobie, że „to skomplikowane”, „ona ma trudny charakter”, „to kwestia temperamentu”, gówno prawda, ona po prostu potrzebowała kontroli. Potrzebowała wiedzieć, że ma wpływ, potrafi wejść komuś do głowy, do życia, rozjebać je i wyjść bez zadrapania, to nie była przeszłość, która pukała do drzwi z sentymentu, to był ktoś, kto nie znosił, kiedy drzwi są zamknięte. Odchyliłem się mocniej, wbijając wzrok w sufit, biorąc kilka głębokich oddechów, ale to nie przyniosło ulgi, w środku aż mnie skręcało. Potarłem kark, ignorując chrupnięcie, gdy zbyt mocno nim poruszyłem, ale zdecydowanie zbyt wyraźnie czując, jak napięcie zbiera mi się u podstawy czaszki. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się ta stara, dobrze znana reakcja - instynkt, automatyzm, ale tym razem nie mogłem, nie chciałem, postąpić impulsywnie. - Nie - powiedziałem natychmiast - to nie jest „chyba”. - Czułem, że jeśli tego nie nazwę wprost, pozwolę, żeby to zabrzmiało jak „szkolne animozje” albo „była złośliwa”, to stanie się dokładnie to, czego najbardziej nie chciałem - zbagatelizujemy coś, czego bagatelizować nie wolno. Przeciągnąłem dłonią po karku, a potem, zupełnie odruchowo, pojechałem palcami niżej, do miejsca tuż pod obojczykiem, gdzie skóra była nierówna, blizna była stara, jasna, ale nadal wyczuwalna pod skórą. - Widzisz to? - Zapytałem, odsuwając koszulę na tyle, żeby było ją widać - nie była wielka, poszarpana linia, jak po złym cięciu. - Naplawdę nie wiem, o co jej chodzi - dodałem ciszej, ale to ciszej wcale nie było spokojniejsze - nie wiem, co ona sobie telas wklęsiła. Nie wiem, czego chce. - Przyznałem wprost. - Nie mamy ze sobą nic wspólnego od ponad dekady, Pluey, nic. - Zaznaczyłem. - Zelo kontaktu, zelo jakichkolwiek powiązań. Podpisałem papiely, zamknąłem temat, wyciąłem ją z szycia tak dokładnie, jak tylko się dało. - Pokręciłem głową, wolno, ciężko, jakbym próbował strząsnąć z niej czyjeś ręce - ten typ złości we mnie nie był krzykliwy, nie był teatralny, to było to skupione wkurwienie, które pojawia się wtedy, kiedy coś przestaje być wspomnieniem, a zaczyna być zagrożeniem. „Ona tu jest” - to zdanie odbijało się we mnie echem. Nie dlatego, że było głośne - wręcz przeciwnie - tylko dlatego, że było całkowicie sprzeczne z tym, co sobie poukładałem. Z tym, co uznałem za zamknięte. Z tym, co przez lata trzymałem w szufladzie z napisem „nie dotykać, bo nie trzeba”. Tak, jakby ktoś znów próbował wciągnąć mnie w rozmowę, z której wyszedłem lata temu, świadomie, z premedytacją, zamykając za sobą drzwi i zasuwając wszelkie możliwe zasuwki. Zrobiło mi się lodowato w karku, tak nagle, jakby ktoś otworzył okno w środku zimy. Wpatrywałem się w butelkę w mojej dłoni, w ciemny płyn, który nagle wydał mi się zbyt klarowny, zbyt spokojny jak na to, co właśnie zaczynało się we mnie osadzać. Przesunąłem dłonią po udzie, nerwowo, sprawdzając, czy nadal jestem na miejscu, w tym pokoju, w tym domu, a nie gdzieś indziej, w innym czasie. Patrzyłem przed siebie, ale przestałem widzieć dywan, zamiast tego pojawiły się obrazy, krótkie, niechciane, jak migawki z aparatu - Chicago, chłodne światło, wyraz twarzy tej kobiety, ten specyficzny sposób, w jaki potrafiła mówić rzeczy pozornie spokojnie, a jednak tak, żeby pod spodem zawsze było napięcie, kontrola, zawłaszczanie. Widziałem mokry, śliski chodnik, ale to, co przyszło zaraz po nim, gdy znowu mrugnąłem i wróciłem do chwili obecnej, było zaskakująco puste - żadnego skoku serca, żadnego impulsu, tylko nadal tamto głuche, ciężkie „kurwa”. - Ona cię nie skszywdzi. - Powiedziałem wreszcie, twardo. - Nigdy więcej. - Nie była to obietnica rzucana na wiatr, to było stwierdzenie faktu, jeszcze zanim fakt się wydarzył. - Jeśli myśli, sze pozwolę jej kręcić się wokół nas, pisaś listy, demolowaś mieszkania i udawaś, sze to wszystko przez emocje… - Urwałem, parskając krótko. - To się, kulwa, myli. - Przełknąłem ślinę, ręka, którą trzymałem na kolanie, zacisnęła się w pięść, paznokcie wbiły mi się w skórę, zauważyłem to dopiero po chwili. Czułem wstyd i gniew, ten specyficzny, lepki rodzaj, który pojawia się, gdy orientujesz się, że twoja przeszłość wyciągnęła po kogoś ręce, zanim zdążyłeś ją uprzedzić - coś, co było twoje, twoim błędem, twoim syfem, przeszło obok osoby, którą chcesz chronić. Przejechałem dłonią po twarzy, mocno, aż skóra zapiekła, potem po włosach, roztrzepując je jeszcze bardziej, odchyliłem podbródek i zamknąłem na moment oczy, wypuściłem powietrze nosem, długo, ciężko. Przez chwilę tylko kręciłem głową, powoli, ciężko, jak ktoś, kto wiedział, że odpowiedź nie będzie ani ładna, ani mądra. Alkohol, który wcześniej pomagał rozplątywać język, teraz tylko rozgrzewał krew, przyspieszał puls, sięgnąłem po butelkę i napiłem się bez ceremonii, długim łykiem, jakby to mogło coś wypalić od środka. - Widzisz. - Mruknąłem, świadomy tego, że też bym sobie teraz chętnie dał w mordę, ale to by niewiele zmieniło. - Debil. - Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem - coś stanęło mi w gardle i nie wiedziało, czy ma wyjść dźwiękiem, czy przekleństwem - to nie było oburzenie ani urażona duma, raczej zmęczone przyznanie racji, z tym specyficznym posmakiem goryczy, kiedy wiesz, że ktoś mówi prawdę, ale ta prawda jest spóźniona o dekadę. Słowo nawet mnie nie ubodło - było zbyt celne, żeby się z nim kłócić, ono po prostu opisywało stan faktyczny, tylko że bardzo skrótowo. Opuściłem wzrok, znowu na dywan, na bezsensowny wzór, który nagle wydał mi się strasznie absorbujący, łatwiej było patrzeć tam niż na nią, kiedy wiedziałem, że miała rację. Nie w całości, ale w wystarczającym stopniu. - Byłem debilem. - Powiedziałem w końcu jeszcze raz, inaczej niż wcześniej, bez emfazy, bez żadnej finezji, bardziej jak stwierdzenie faktu niż samobiczowanie. - Naplawdę. Selio. Nie ma tu co pudlowaś. - Przetarłem dłonią kark, aż skóra mnie zapiekła. - Nie pseplasaj mnie. Nie potszebuję, szebyś mnie głaskała po głowie. - Dodałem, zanim zdążyła się cofnąć w tym swoim odruchu łagodzenia wszystkiego. - Selio. Mówiłem, sze chcę usłysześ, co naplawdę myślisz. - Oparłem dłonie o kolana, palce rozjechały mi się bez sensu, jakby nie wiedziały, gdzie mają się zaczepić. Zawiesiłem głos, bo w głowie odezwało się coś starego, znajomego. - To nie było tak, sze nie widziałem. - Powiedziałem po chwili, wolniej, czułem, że jeśli zaraz nie powiem tego jasno, to sam zacznę to trywializować, a na to nie było miejsca. - Widziałem. Widziałem wszystko to, co ty widziałaś, co widzieli inni. Tylko… - Urwałem, szukając słów, które nie brzmiałyby jak tanie usprawiedliwienie. Patrzyłem w podłogę, jakby mogła mi coś podpowiedzieć, ale oczywiście nie podpowiadała niczego. - Wtedy to nie miało dla mnie takiego znaczenia. - Przełknąłem ślinę. - Wiesz… - Wypuściłem powietrze nosem. - To nie było tak, sze ja wtedy oceniałem ludzi w kategoliach „dobly–zły”. Ja oceniałem ich w kategoliach „zostaje–ucieka”. - Uniosłem kącik ust w czymś, co nawet nie próbowało być uśmiechem. - Ona była. - Westchnąłem ciężko, jakby to jedno zdanie ciągnęło za sobą całą resztę, której nigdy nie chciałem mówić na głos. - Była. - Ująłem to krótko, jak fakt, jak coś oczywistego. Na tamtym etapie naprawdę potrzebowałem kogoś, kto by się nie spłoszył, kto by powiedział „zostaję” i faktycznie został, nawet wtedy, gdy wypychałem go przez drzwi. - I to wystalczyło. Miało wszystkie te elementy, któle ludzie potem opisują jako „buszliwe początki”. - Podniosłem butelkę, upiłem łyk, skrzywiłem się lekko, przesunąłem językiem po dolnej wardze. W tamtym czasie nie umiałem odróżnić „nie cofa się” od „przekracza granice”, nie widziałem, że dla niej to nigdy nie było „zostaję, bo cię kocham”, tylko „zostaję, bo cię mam”. - Nie byłem ugodowy, nie „biedny chłopiec do uratowania”. Byłem wledny, aglesywny, plowokujący, sama wiesz. Pchałem ludzi do ściany, żeby splawdzić, czy pękną. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując szorstkość zarostu, i spojrzałem na Prue uważnie, jakbym chciał się upewnić, że naprawdę mnie słuchała. To nie było coś, z czego byłbym kiedykolwiek dumny, to nie było tak, że ja tam byłem ofiarą, a Alice katem, to był syf w obie strony. Presja, konfrontacja, „robimy z ciebie lepszą wersję, czy chcesz czy nie” - znałem to aż za dobrze, to pachniało jak związek, smakowało jak związek, to całe „my przeciwko światu”, to, że „jesteśmy jedynymi, którzy się naprawdę rozumieją, że reszta jest głupia albo słaba” - to jest cholernie kuszące, kiedy jesteś młody i pogubiony, a nikt ci wcześniej nie powiedział, że można być razem i nie żyć w stanie ciągłego oblężenia. Wtedy myślałem, że tak to właśnie wygląda, związek musi boleć, musi być intensywny, musi być walką, bo inaczej to nie jest „prawdziwe”. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegłem, że to było po prostu powielenie znanych wzorców, tyle że ja nie byłem dzieciakiem w domu, tylko dorosłym chłopakiem, który wszedł w coś, co wyglądało jak wybawienie, a było tylko inną wersją tego samego gówna. - Mogliśmy się pokłóciś, mogłem spieldoliś coś konceltowo, mogło byś źle… A ona wlacała. Stała w kolytaszu, pisała, szukała mnie, jakby nic się nie stało. - Pokręciłem głową. - Więc ja lobiłem to samo. - Nie było w tych słowach nic łagodzącego okoliczności, sama prawda. Im bardziej ją odpychałem, tym mocniej wracała, wchodziła we mnie jak taran, zadawała pytania, których nienawidziłem, wytykała mi rzeczy, których nie chciałem widzieć. Wyciągała tematy, których nie chciałem dotykać, a potem była, i ja to uznałem za coś w rodzaju lojalności, którą należało odwzajemnić. Byłem tak cholernie zmęczony ciągłym znikaniem ludzi, że nie potrafiłem odróżnić „zostaję” od „wiążę cię na krótkiej smyczy”. Krzyk, nacisk, emocjonalny szantaż, mieszanie czułości z atakiem… To była ta sama melodia, ta znana, wyciągnięta z domu, chociaż obrócona rolami, prawda była taka, że dalej funkcjonowałem w tym samym schemacie, tylko ładniej opakowanym i bardziej osobistym. - Wtedy… - Zacząłem i urwałem, bo to „wtedy” było jak studnia bez dna. Wziąłem łyk nalewki, alkohol palił, ale potrzebowałem tego oparcia, tej sekundy ciszy. - To nie było tak, sze ja patszyłem i widziałem „o, idealna kandydatka na szonę”. - Zaśmiałem się krótko, gorzko. Wzruszyłem ramionami, ale to był pusty gest, bez lekkości. - Mój staly całe szycie pieldolił, sze jestem za miękki, potszebuję twaldej lęki. - Zaciągnąłem się powietrzem, szczęka mi stwardniała. - Tszeba mnie „ufolmowaś”, „ułoszyś”, dotlesowaś, docisnąś kolanem do ziemi, asz pszestanę fikaś. Bes tego nic ze mnie nie będzie. Jak mnie nikt nie ustawi do pionu, to się losleję jak gówno po chodniku. - Te słowa nie bolały, przychodziły najbardziej gładko ze wszystkiego, co dziś padło. I nagle pojawia się ktoś, kto się nie cofa, kto cię dociska do ściany, kto nie odpuszcza nawet wtedy, kiedy jesteś nie do zniesienia, kto mówi ci prosto w twarz, że jesteś chujem… I zostaje. - Mogłem ją odepchnąś. Mogłem byś chamski, zamknięty, nieobecny, mogłem lobiś wsystko to, co lobiłem najlepiej, kiedy nie wiedziałem, co zlobiś s dlugim człowiekiem… A ostatecznie i tak „potlafiliśmy się zlozumieś”. Kłótnia? Awantula? Cisza pszes tydzień? Tszy miesiące pszelwy? - Zamilkłem na moment, jakbym sam sobie to jeszcze raz układał w głowie, chociaż wcale nie potrzebowałem tego robić. Wszystko doskonale pamiętałem, nawet jeśli nie miało dla mnie już żadnego realnego znaczenia w kontekście tamtej osoby. „Ja wiem lepiej, czego ci trzeba, by się ogarnąć”, jakby mówiła tym samym językiem, tylko innym głosem, niż znałem na poziomie fundamentalnym. Punktowała mnie, opierdalała, zadawała te swoje chore, wkurwiające pytania, a potem zostawała, a ja byłem tak przyzwyczajony do tego, że ludzie odchodzą, że samo „zostaję” wystarczało, żebym przestał zadawać resztę pytań. Nie myślałem wtedy „o, ale to chore”, myślałem „aha, tak to działa”, ktoś zostaje, nawet jak jesteś nie do zniesienia, ktoś cię nie puszcza, nawet jak warczysz, żeby dał spokój. Była dowodem na coś przeciwnego niż to, co sobie przyjąłem - fałszywym, pojebanym dowodem, ale jedynym, jaki miałem, jedyną osobą, poza chłopakami, która nie zniknęła, jedyną dziewczyną, która słyszała „odejdź” i odpowiadała „nie”. Przesunąłem kciukiem po ręcznie napisanej etykiecie, odklejającej się w jednym rogu, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymagała teraz mojej uwagi. Problem polegał wtedy na tym, że jak wychowujesz się w przemocy, to twój kompas jest rozjebany - myli ci się intensywność z bliskością, kontrola z troską, zazdrość z miłością. Bałem się zrobić cokolwiek „na serio”, bo jedyne, co znałem z domu, to było, że bliskość kończy się przemocą albo ciszą tak gęstą, że można się w niej udusić, to było myślenie dzieciaka, który pierwszy raz w życiu widzi, że ktoś go nie puszcza, nawet kiedy on sam próbuje się wypchnąć za drzwi. Zawsze, kiedy to sobie przypominałem, miałem wrażenie, że to był powrót do jakiegoś pierwotnego, zwierzęcego mechanizmu przetrwania. Nie myślałem wtedy kategoriami „czy to dobre”, „czy to zdrowe”, „czy to normalne”, myślałem tylko „zostaje czy zostawia”. Nie widziałem tego, co później zobaczyłem absurdalnie jasno - tego, że to nie było „chcę ciebie”, tylko „nie pozwolę ci odejść”, chodziło o to, żeby ktoś był jej na zawsze - wtedy wydawało mi się to… Czymś dobrym, dowodem, potwierdzeniem, że jednak nie jestem do wyrzucenia. Jedna z najważniejszych dla mnie osób w pewnym momencie odpuściła, wiedziałem dokładnie, dlaczego. Znałem każdy powód, każdą konsekwencję, każdą decyzję, którą wtedy podjęła, bo zachowałem się tak, nie inaczej, ale nie zmieniało to faktu, że kiedy się wycofała, coś we mnie pękło. Została dziura, której nie umiałem nazwać, a tym bardziej załatać. Próbowałem jeszcze wtedy pisać te pieprzone listy, głupie, chaotyczne, pełne rzeczy, ale niczego istotnego, nadal bez tych, których nie umiałem powiedzieć na głos - to była moja wina, bezsprzecznie, ale byłem zagubiony, tęskniłem, jednocześnie bałem się jak cholera, że ją skrzywdzę, zrobię coś źle, powtórzę schematy z domu, nawet nie zauważając, kiedy to się stanie. A kiedy ona się zdystansowała, mój mózg zrobił to, co robił zawsze - uznał to za dowód, że „ktoś na zawsze” nie jest dla mnie, bliskość kończy się zawsze tak samo. Dla mnie to nie było „ona dba o siebie”, tylko „widzisz, nawet ona nie daje rady”. I wtedy była Alice. Adelais. Nie jako nagroda pocieszenia, tylko jako jedyna dziewczyna - jedyna osoba, poza moimi przyjaciółmi - która nie odsunęła się nawet wtedy, gdy dosłownie kazałem jej się odpierdolić. Raz. Drugi. Setny. Wracała, konfrontowała się, patrzyła mi w oczy i mówiła „nie”. Nie chodziło o seks, nie chodziło o pożądanie - byłem młody, jasne, pełen hormonów, ale to nie było to - chodziło o to, że nie zostawiła mnie w spokoju, nie dała mi tego komfortowego potwierdzenia, że jednak wszyscy w końcu odchodzą. - W mojej głowie to znaczyło, sze jej zaleszy. - Prychnąłem cicho, podniosłem butelkę, ale tylko ją obróciłem w dłoniach, nie pijąc. - A ja byłem tak kulewsko pszyzwyczajony do tego, sze ludzie znikają albo lobią się zimni, sze sama obecność wydawała się… Właściwa. - Byłem debilem, nie zaprzeczałem, ale to nie było „oślepienie urodą”. Nie ruszyłem się nawet o centymetr, chociaż moje ciało samo chciało odsunąć się dalej, znaleźć więcej przestrzeni, jakby metr dystansu mógł coś zmienić. Opierałem plecy o kanapę, czując jej krawędź między łopatkami - była twarda, stabilna, co było ironiczne w tym momencie - lubiłem rzeczy, które się nie uginały. Kiedy trafiłem na kogoś, kto się ze mną konfrontował, kto nie ustępował, kto wchodził ze mną w zwarcie… Mózg zrobił skrót. Nie byłem ugodowy, byłem trudny, straszny momentami, pchałem ludzi, testowałem ich, sprawdzałem, ile wytrzymają, ona… Odpowiadała tym samym językiem. Krzyk na warkot. Presja na presję. Kontrola na kontrolę. To było chore, ale jednocześnie… Znajome, znałem ten schemat, wiedziałem, jak się w nim poruszać, tyle że wygodnie pomijałem fakt, iż przez większość czasu to nie było „stawianie granic”, to było przepychanie się o władzę. A ja, wychowany na tym, że jak ktoś cię dociska, to znaczy, że mu zależy… Uznałem to za coś normalnego. Przypomniałem sobie tamto lato, jedno z wielu, po których wracałem do szkoły jak ktoś, kto ledwo trzyma się w całości, to właśnie wtedy wydarzyła się tamta sytuacja, jedna z tych, które pamiętało się całe życie, nawet jeśli bardzo by się chciało je wymazać. Machnąłem jednak ręką - nie odwołując się do niczego, nawet jeśli przez moją twarz z pewnością przebiegł grymas - jakby to było coś drugorzędnego. A to przecież właśnie to przesądziło o wszystkim - zobaczyła coś więcej niż tylko wkurwionego, aroganckiego gówniarza, zobaczyła mój stan, mimo to… Nie puściła. W końcu wszystko jej wyrzygałem, cały syf, każdy fragment, którego wcześniej nikomu nie powiedziałem, a ona została. Chuj, że później grała tym przeciwko mnie, wtedy myślałem, że potrzebuję konfrontacji, kogoś, kto się nie spłoszy, nawet gdy jest brzydko, nawet gdy wszystko jest źle, bo sam też ma grubą skórę, więc tak - byłem debilem, gnojkiem, kawałem kutasa, ale byłem też przerażonym dzieciakiem, który bardzo potrzebował, żeby ktoś powiedział „zostanę” i rzeczywiście został, chciałem tego, naprawdę tego chciałem. Dlatego, kiedy Prue zaczęła mówić o domu, o możliwości zmiany, o rozwiązaniach - słuchałem, ale jednocześnie miałem wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Wiedziałem, że nie chodziło tylko o metry kwadratowe, o ściany, o przestrzeń. Chodziło o to, co ten dom symbolizował - o pytania, które zadawał samą swoją obecnością. Dom dla rodziny. Dom, który mógłby być pełen życia. Dom, który dziś wydał się za duży. Wierzyłem Prue, chciałem jej wierzyć, ale miałem w sobie za dużo syfu, żeby udawać, że to proste. Kiedy mówiła o świecie, z którego pochodzę, o układach, o rodzinach tworzonych dla zysku - nie zaprzeczałem - miała rację, widziałem to na własne oczy. Widziałem dzieci wychowywane jak projekty, nie jak ludzi. Widziałem małżeństwa, które były kontraktami, widziałem frustrację, przemoc, ambicje, które zjadały wszystko dookoła. Chciałem być inny, naprawdę chciałem, nie powielać ich błędów - nie być ojcem jak mój ojciec, nie być mężem jak mężowie, których znałem, nawet jeśli miałoby się okazać, że to wszystko to jedna wielka życiowa pomyłka. Przez moment siedziałem w ciszy, słuchając słów o braku oczekiwań, z tym specyficznym napięciem pod skórą, jakby każde z nich musiało się najpierw przebić przez warstwę starych odruchów, zanim w ogóle do mnie dotrze. Nie prostowałem jej, nie przerywałem. Nie miałem w sobie potrzeby kontrargumentów, list, warunków brzegowych. Raczej coś odwrotnego - dziwne, niekomfortowe uczucie, że ktoś właśnie nie stawia mi zadania, a ja i tak stoję jak przed egzaminem. Czułem się jak ktoś, kto potrafił łamać klątwy, zabijać bestie i stawiać pieczęcie, ale kompletnie nie ogarniał, jak być z kimś, kto nie chce go ani kontrolować, ani porzucić. - Nie musisz… - Zacząłem, ale urwałem, nie wiedziałem, co właściwie chcę powiedzieć - że nie musiała się tak starać? Jakby to zależało ode mnie, nie od jej charakteru, bycia dobrym człowiekiem, intuicji i instynktu - yhy, jasne, ta. Mówiła o cierpliwości, a ja czułem lekkie ukłucie w piersi. Ona miała jej w sobie za dużo. Ja - zdecydowanie za mało. A jednak była gotowa pracować nad czymś, czego nie rozumiała do końca, tylko dlatego, że mnie kochała. To było… Obce. Zupełnie tak jak ten dom, który był cichy w sposób działający mi na nerwy, bo cisza potrafiła być gorsza niż hałas, w ciszy słychać było własne myśli. Oddychałem wolniej, świadomie, czułem ciężar w ramionach, w karku, to znane zmęczenie, które pojawiało się zawsze, gdy rozmowa dotykała czegoś prawdziwego. Palce lewej dłoni zacisnęły się odruchowo na kolanie, jakby szukały oparcia. Prawą trzymałem luźno, zawieszoną w powietrzu, jeszcze niepewną. Słowa o szczerości nie przyniosły ulgi, nawet jeżeli zamierzałem być szczery, przyniosły… Dezorientację. Poczułem ciężar w klatce piersiowej, ten sam, który czułem jako dzieciak, kiedy ojciec mówił „porozmawiajmy”. Przeszłość zawsze mieszała, czasem po cichu, czasem brutalnie, uczyła ludzi patrzeć dwa razy, słuchać uważniej, nie ufać od razu, wątpić, zanim jeszcze coś zdążyło się wydarzyć. „Nie mam oczekiwań” brzmiało podejrzanie, gdy przez większość czasu słyszało się „zrób to źle, a wylecisz”, „nie spełnisz, to zostaniesz sam”. Przełknąłem ślinę, cicho, prawie niezauważalnie, dopiero wtedy pozwoliłem sobie na ruch. Powoli, naprawdę powoli, uniosłem ramię - bez gwałtowności, bez gestu „chodź tu”, bez nacisku - otwartą dłoń trzymając wnętrzem do góry. Zanim to zrobiłem, spojrzałem na nią krótko, kątem oka, próbując zapamiętać ten moment - to, że ktoś mówił do mnie w ten sposób, bez warunków, bez listy punktów do zaliczenia, bez „jeśli” i „ale”. Później znowu odwróciłem wzrok, wgapiając się w podłogę. W drewnianych deskach była rysa, której wcześniej nie zauważyłem - długa, cienka, jakby ktoś przeciągnął po niej ostrzem - skupiłem się na niej, bo łatwiej było patrzeć na coś martwego niż na kobietę, która właśnie została wmieszana w coś, co nigdy nie powinno było się wydarzyć. Moje ramię zatrzymało się w pół drogi, stabilne, ale nienachalne. To było bardziej zaproszenie niż decyzja, jakby w każdej chwili mogła się wycofać, a ja musiałbym to przyjąć. Odruchowo rozluźniłem palce - nie patrzyłem jej w oczy, kiedy to robiłem, wpatrywałem się gdzieś obok, w przestrzeń między nami, jakby to było bezpieczniejsze, jakbym nie chciał jej stawiać w sytuacji, w której musiała odpowiedzieć od razu. Nie powiedziałem ani słowa, nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia - tylko dlatego, że pierwszy raz od bardzo dawna nie chciałem niczego dopowiadać. Jeśli zechciała, mogła się wsunąć pod to ramię, jeśli nie - też w porządku - to był cały sens tego gestu. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 29.01.2026 Prue jak zawsze starała się podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Znaleźć jakieś rozwiązanie, które byłoby odpowiednie dla wszystkich. Nie szukała dziury w całym, nie obwiniała go za to, że jego przeszłość wyglądała tak, a nie inaczej. W jej opinii każdy miał prawo do popełniania błędów, zresztą to było kiedyś, to nie miało dla niej w tej chwili żadnego znaczenia, bo mieli być szczęśliwi, a żeby tak się stało wypadało poukładać to, co mogło mieć wpływ na teraźniejszość. Nie oceniała, nie osądzała, po prostu tutaj była, aby go wysłuchać, pomóc mu wrócić do przeszłości. Nie planowali tej rozmowy, nie spodziewała się, że spędzą ten wieczór w taki sposób, aczkolwiek uważała, że dobrze stało się, iż doszło do tej rozmowy, kiedyś musieliby przez to przejść, a dzięki temu, że stało się to dość szybko, to mogła sobie jakoś poukładać wszystko w głowie i wymyślić, co powinna zrobić, w jaki sposób działać. Zależało jej na tym, aby czuł się przy niej dobrze, by nie czuł presji, bo nie na tym to polegało. Prudence była wyrozumiała, miała w sobie ogrom cierpliwości, nie należała zresztą nigdy do osób, które naciskały, czy coś wymuszał, raczej starała się po prostu zrozumieć podejście drugiej osoby, w tym wypadku chodziło o jej męża, więc musiała jeszcze bardziej uważać. Troszczyła się o niego i naprawdę zależało jej na tym, aby czuł się przy niej dobrze, by nie przepraszał za to na co nie miał wpływu, nie obwiniał się o to, co się wydarzyło, bo to nie miało większego sensu. Mieli czystą kartkę, zaczynali nowe życie, razem, mogli je sobie ułożyć tak jak chcieli, tylko to było ważne. To nie było proste, bo przeżyli swoje, każde z nich miało swoje doświadczenia związane z innymi ludźmi, z którymi przyszło im kiedyś być blisko, to wszystko odciskało na nich swoje piętno, jednak warto było nieco się otworzyć, zmienić przyzwyczajenia, zobaczyć, że może być zupełnie inaczej, lepiej. Ciągle siedziała na tym dywanie, nie wypuszczała butelki ze swojej dłoni, słuchała tego, co miał jej do powiedzenia, analizowała je, układała sobie w głowie, aby ułożyć z tego jeden spójny obraz. Starała się jak mogła sprawić, aby jej zaufał, chciała aby zrozumiał, że miał wpływ na wszystko, była w stanie dostosować się do niego, podejmować decyzje, które mogłyby im ułatwić odnalezienie się w tej rzeczywistości. Nie miała z tym najmniejszego problemu, wolała szukać innych opcji, niżeli pozostawać przy tym, co mu nie odpowiadało, nie czuła, że to jest niewłaściwe, przecież chciała ich szczęścia, a nie będą szczęśliwi, jeśli coś mu nie odpowiadało, jeżeli coś w otoczeniu będzie go gryzło, sprawiało, że zacznie wracać do przeszłości, która nie oszukujmy się nie niosła ze sobą zbyt przyjemnych wspomnień, to byłoby jak rozdrapywanie ciągle tej samej rany, niepozwolenie jej się zabliźnić, mogło to być okropnie wyczerpujące. Zaproponowała więc to, co wydawało jej się słuszne. Nie czuł się dobrze w tym domu, przytłaczał go, to warto było pomyśleć o zmianie. W końcu nie musieli tutaj zostawać na siłę, mogli zmienić lokum, to nie było nic wielkiego. Rozumiała do czego zmierzał, to miejsce prosiło się o to, aby kiedyś wypełnić się stukotem małych stópek biegających po schodach, puste pomieszczenia prosiły się o nowych mieszkańców, jednak wcale nie musieli tego chcieć. Nie myślała o tym wcześniej, nie uważała więc tego za swojego priorytetu, tak właściwie to nigdy nie było dla niej istotne. Było wiele rzeczy, które dawały jej szczęście, niekoniecznie szukała go w zakładaniu rodziny, nie wydawało się jej aby była do tego stworzona, być może też wcześniej nie trafiła na odpowiednią osobę, więc dlatego jej myśli nigdy nie wędrowały w tym kierunku, jednak skoro jasno określił swoje podejście, to nie widziała sensu w tym, aby weryfikować swoje poglądy. To nie było jej potrzebne. Mogli się przenieść, znaleźć miejsce, które nie będzie się wydawało opuszczone, które nie będzie sugerowało samą swoją wielkością zmian na które nie byli gotowi, których nie potrzebowali. To nie wydawało się jej być nieosiągalne, nie chciał tu mieszkać, to mogli zamieszkać gdzie indziej. To było całkiem prostym i logicznym rozwiązaniem, pierwsze nasunęło jej się na myśl, więc się tym podzieliła. - Wiem, że nie chodzi Ci o metraż. - Zdawała sobie z tego sprawę, że kryło się pod tym coś więcej, doskonale rozumiała do czego zmierzał, no, a przynajmniej tak się jej wydawało. Odnajdywała sens w tym, co do niej mówił, analizowała słowa, które padały z jego ust. Szukała rozwiązań, szukała opcji, które pomogłyby im jakoś sobie to ułożyć. Tak już miała, nie zamierzała upierać się na tym, że chce zamieszkać tu i chuj, koniec i kropka, musieli szukać kompromisów, dzięki którym czuliby się dobrze w miejscu, które miało stać się ich domem, to było dla niej zrozumiałe. Być może wychowywała się w zupełnie innej rodzinie, w innym świecie, co nie oznaczało, że nie rozumiała jak to prezentowało się u niego. Prudence zdawała sobie sprawę, jak mogło to wyglądać u innych, jak wyglądało to w większości przypadków. Szczególnie tych lepiej urodzonych, którzy mieli znaczenie dla ich świata. Nigdy nie żałowała, że nie jest jedną z nich, nie zazdrościła bo niby mieli wszystko - władzę, pieniądze, a jednak było zupełnie inaczej. Liczyły się tylko i wyłącznie koneksje, dzieci były przygotowywane do dorosłego życia, do ról, które miały pełnić, nie było w tym miejsca na chociażby odrobinę ciepła, czy bliskości. Może nie w każdym przypadku, ale w większości, inaczej nie dbaliby tak bardzo o to co powinni, co wypada, nie usiłowali utrzymywać swojej pozycji bez względu na wszystko. Naprawdę rozumiała co mogło nieść ze sobą jego pochodzenie, mimo, że już dawno nie był jednym z nich, to jednak miało to wpływ na to kim się stał. Przez wiele lat przecież tkwił w tym świecie, napatrzył się na to, cierpiał przez to, w jakiej rodzinie się urodził. To nie było w porządku, nie miał na to wpływu, nie mógł nic z tym zrobić, w tamtym momencie po prostu walczył o przetrwanie, próbował odnaleźć się w tym, w czym przyszło mu żyć. To na pewno nie było dla niego łatwe, udało mu się wyrwać, jednak to nie oznaczało, że zapomniał, wyparł to z pamięci, wręcz przeciwnie. Prue naprawdę rozumiała jakie mogło to nieść ze sobą piętno, jak bardzo mogło go skrzywdzić. - To zwyczajny dom, to prawda, nic szczególnego. - W porównaniu do jej mieszkania było tu naprawdę wiele przestrzeni, jednak wiedziała, że to miejsce nie było jakieś ogromne. Być może dwie osoby nie potrzebowały, aż tyle miejsca, jednak Ellie bardzo długo mieszkała tu w pojedynkę, wykorzystała okazję, aby to zmienić. Wcześniej nie było ku temu szczególnego powodu, teraz chciała zapewnić im odpowiednie miejsce do życia. Nie, żeby tego potrzebowali, jednak skoro wyszła z inicjatywą, to Prue nie wydawało się, że powinni odrzucić propozycję. Teraz rozumiała, że mógł nieco przytłaczać, przynajmniej na początku, bo prosił się o to, aby stać się domem dla większej ilości osób, jednak przecież wcale nie musieli tak do tego podchodzić. Nigdy jakoś szczególnie nie opowiadał jej o swoim domu, o miejscu, w którym mieszkał, kiedy był dzieckiem. Nie ciągnęła go za język, dla niej zawsze był tylko Wish’em, jej przyjacielem. Nie miała świadomości, przynajmniej nie do końca o tym, jak bardzo zamożna była jego rodzina. Jasne, zdawała sobie sprawę z tego, że ich status majątkowy był dużo wyższy od tego jej, jednak nie skupiała się na tym jakoś szczególnie, to jej nie obchodziło. Być może właśnie dlatego teraz dopiero to do niej dotarło, gdy o tym opowiadał, dopiero teraz zaczęła wyobrażać sobie tą wielką posiadłość, w której spędził dzieciństwo, puste korytarze, puste pokoje, bogactwo, które nie niosło za sobą niczego, kolejne pokolenia, które miały kontynuować tradycję, nie mieściło się to jej w głowie, że tak po prostu na to przystawano, nikt nie przejmował się dziećmi, ich pragnieniami, oczekiwaniami, marzeniami, pojawiały się na tym świecie tylko po to, aby kontynuować to wszystko. Przystosowywano je do przejęcia władzy, jakby to było najistotniejsze, jakby nic więcej się nie liczyło. - Wiesz, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to tak wyglądało? Jasne, wiedziałam, że pochodziłeś z majętnej rodziny, ale nie aż tak. - Gdy o tym opowiadał to wydawało się naprawdę bardzo różne od tego, gdzie ona została wychowana. Niewielki domek na przedmieściach, spotkania rodzinne od czasu do czasu, w raczej wąskim gronie. U nich nikt nie organizował wielkich przyjęć, czy bali. Nie spotykała w swoim domu obcych ludzi, którzy pojawiali się tam, żeby się pokazać, czy dopełnić jakichś umów. To było dla niej niepojęte, naprawdę próbowała to zrozumieć, ale zdecydowanie leżało to poza nią. Nie sądziła, aby była w stanie tak do końca zdawać sobie sprawę z tego, w jaki sposób wyglądało jego wcześniejsze życie. Wiedziała jednak, że niosło to za sobą odpowiedzialność za to przed czym uciekał. - Strasznie mi przykro, że musiałeś na to patrzeć, w tym uczestniczyć. - Nie miał wpływu na to, co robił jego ojczym, czy ojciec. Nie mógł reagować, nie mógł nic z tym zrobić, zdawał sobie sprawę ze wszystkiego, to musiało być okropne. Trudno jej było sobie wyobrazić, co wtedy przeżywał. Łatwo było stracić szacunek do kogoś takiego. Nie dziwiła się wcale, że mógł w siebie wątpić, nie miał najlepszych wzorców, to było to, co znał, z drugiej strony był zupełnie innym człowiekiem, od zawsze nie pasował do tamtego świata. - Dom nie powinien być miejscem w którym czujesz się niepewnie, w którym uważasz, co mówisz i komu mówisz, zastanawiasz się, czy ściany mają uszy. To strasznie przykre, że nie mogłeś tam się czuć bezpiecznie, nie dziwi mnie, że dusisz się w takich miejscach, że trudno jest Ci się wpasować w inny, bo nie masz dobrych wspomnień z miejscem, które powinno być Twoim azylem. - Nie widziała w tym ironii, nie do końca. Natura Benjy’ego nie do końca pozwalała mu zaakceptować istnienie domu jako koncepcji, przynajmniej tak się jej wydawało, skoro jego rodzinny dom nie kojarzył mu się z niczym dobrym, później też nie udało mu się stworzyć dla siebie bezpiecznej przestrzeni, to trudno, aby było inaczej. Miał prawo wątpić w sens tego, co dla niektórych wydawało się oczywiste. Nie do końca wiedziała, co z tym zrobić, jak sobie z tym poradzić, bo było to dość mocno skomplikowane. Potrzebowała czasu, nie da się bowiem zmienić tego podejścia w chwilę, będzie musiała pokazać mu, jak może to wyglądać, wierzyła w to, że uda jej się nieco zmienić jego podejście. - To ma być nasz dom, nie możemy patrzeć na to, czego chcieli inni, czy jak wyglądało to u innych, nie musimy powtarzać żadnych schematów, możemy zrobić to po swojemu, musimy to zrobić po swojemu, jeżeli chcemy być szczęśliwi. - Nie potrzebowali do tego dzieci, zresztą miała pewność, że jeśliby jakieś mieli to na pewno nie zamierzali powtarzać błędów swoich rodziców, nie byli takimi ludźmi, była o tym przekonana, chociaż nigdy nie mieli tego sprawdzić, co też już ustalili. Przyjęła to, zaakceptowała, nie było to dla niej niczym szczególnym, nie miała z tym najmniejszego problemu, to nigdy nie były jej ambicje, zresztą jeszcze miesiąc wcześniej w ogóle nie zakładała, że mogłaby kiedykolwiek zostać czyjąś żoną. To było dla niej naprawdę dużo, nie potrzebowała niczego więcej. - Przez wiele lat się nad tym zastanawiałam. - Nie spoglądała mu w oczy, skupiona była na papierowym emblemacie, który nadal uparcie zdrapywała swoimi paznokciami. Zastanawiała się nad tym, oczywiście, że się zastanawiała. Szczególnie, że miała szansę wiedzieć, że mogło być inaczej. Po czasie dowiedziała się wszystkiego, zobaczyła szerszy obraz, jednak gdy była dzieckiem nie było to dla niej takie oczywiste. Czuła się gorsza, miała wrażenie, że zrobiła coś nie tak, zwłaszcza, że jego podejście do jej osoby zmieniło się całkowicie, zupełnie nagle. Wydawało jej się jak zawsze, że to ona ponosi za to odpowiedzialność, że jest wybrakowana i w końcu to zauważył. Nie ma się co oszukiwać, to on miał wtedy wokół siebie wianuszek przyjaciół, ona nie otaczała się ludźmi, trudno było jej dopuścić ich do siebie. Po tym jak postanowił ją ignorować nie zbliżyła się już do nikogo, aż tak, bo nie lubiła popełniać tych samych błędów kilka razy. - Nie przyszło mi to na myśl, raczej szukałam innych przyczyn, musisz mi to wybaczyć, ale nie byłam szczególnie obiektywna, bo mnie wtedy zraniłeś. Zresztą dobrze się kamuflowałeś, musisz to przyznać. - Nie sądziła, że to nie było jego decyzją, że ktoś inny spowodował to, że ich znajomość ewoluowała w tę, a nie w inną stronę. Być może powinna bardziej wtedy drążyć, szukać przyczyny, postarać się mocniej, ale naprawdę zabolało ją to, co się wtedy wydarzyło, była tylko dzieciakiem, od którego odwrócił się najlepszy przyjaciel, miała wrażenie, że takie rzeczy się zdarzają, nie szukała w tym głębszego dna. Wiele ich przecież różniło, nie zadawał się z podobnymi do niej, no, może tylko z Eliasem, ale był wyjątkiem, jego szkolni przyjaciele tak samo jak on pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin czystokrwistych. Nie bez powodu myślała sobie wtedy swoje. Prawdziwą rewelacją była dla niej informacja o tym, kto okazał się być jego pierwszą żoną. Nie spodziewała się tego, to było zaskakujące, naprawdę próbowała to zrozumieć, ale średnio jej to wychodziło. Alice była paskudna, przynajmniej dla niej, nie miała o niej najlepszej opinii, nie - miała fatalną, pamiętała jaka była dla niej okropna, pamiętała, że w Hogwarcie co chwilę starała się udowodnić, że jest lepsza od niej, że Prue nie ma czego szukać w szkole, próbowała okazywać swoją dominację, mimo tego, że ona raczej trzymała się z boku. Lubiła znajdować sobie ofiary i je męczyć, pastwienie się nad innymi sprawiało jej przyjemność. W sumie Benjy przecież nie musiał tego wiedzieć, nie przyjaźnili się wtedy, pewnie zresztą przed nim pokazywała swoją inną stronę, tę gorszą zademonstrowała mu później. Potrafiła grać i mamić, potrafiła udawać kogoś kim nie była. Nie znosiła tej dziewczyny, po tym wszystkim, czego się dzisiaj dowiedziała naprawdę żałowała, że wtedy odwróciła się na pięcie nie doprowadzając do konfrontacji. Westchnęła ciężko, przeniosła wzrok na Benjy'ego, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, najwyraźniej nie mógł uwierzyć w to, co słyszał, pewnie nie brał pod uwagę takiego scenariusza, ale czy tego chciał, czy nie, to niestety jego była żona znajdowała się w Wielkiej Brytanii, przynajmniej niecałe dwa tygodnie temu, może już zdążyła stąd wyjechać, kto to jednak właściwie wiedział. - Jest tu, może była, pewnie jest. - Nie sądziła, że tak łatwo by odpuściła, to nie był ten typ człowieka. Skoro próbowała nawiązać z nią kontakt, wysłała jej list, później zupełnie przypadkowo na nią wpadła to by oznaczało, że miała jakiś plan, chciała coś zrobić, po co? Nie miała pojęcia, nie umiała zrozumieć, co może siedzieć w głowie takiej osoby. - To by wiele wyjaśniało, wcześniej tego nie dostrzegałam, teraz spina się w całość. - Nie połączyła przypadkowego spotkania ze zniszczeniem swojego mieszkania, dlaczego miałaby to zrobić, nie zastanawiała się dlaczego nagle Alice postanowiła do niej napisać. Nie interesowało to jej jakoś szczególnie, nie były dla niej istotne interakcje z osobami, których istnienie najchętniej wyrzuciłaby ze swojej pamięci. Być może powinna nieco się nad tym pochylić, wpaść na to, że to nie mógł być przypadek, nie była jednak wtedy w najlepszej formie, nie myślała zbyt wiele, nie rozważała możliwości. Przynajmniej teraz dowiedziała się co właściwie wydarzyło się na początku października. Była tym zaskoczona, bo kobieta zdecydowanie nie należała do najbardziej stabilnych, miała nadzieję, że będzie się trzymać od nich z daleka, z drugiej strony kogo właściwie w tej chwili oszukiwała? Pokazała już na co ją stać, pokazała, że zamierza uprzykrzać im życie. Zawiesiła na nim spojrzenie, kiedy zapytał, czy to widzi. Kiwnęła głową, przyglądała się mu przez dłuższą chwilę. Miała drobny mętlik w głowie, nie do końca tego się spodziewała, musiała sobie to wszystko powoli zacząć układać. - Najwyraźniej nie do końca się z tym pogodziła. - Co raczej nie było takie oczywiste zważając na to, co mówił Benjy. Nie było im po drodze, rozeszli się, zostawiła go, znalazła sobie nowy obiekt zainteresowań, dlaczego teraz wróciła i chciała znowu mieszać w jego życiu? Nie podobało jej się to zupełnie, czuła, że będą teraz musieli odwracać się za siebie, pilnować, czy ktoś nie planuje mieszać w ich życiu. - Wierzę Ci, wierzę, że zrobiłeś wszystko, jak trzeba, wygląda jednak na to, że przypomniała sobie o Tobie akurat teraz. - To było całkiem proste, zaczął układać sobie życie, a jej najwyraźniej to nie odpowiadało. Taka już przecież była, atencyjna. - Musi jej przeszkadzać to, że postanowiłeś ruszyć do przodu. - Mimo, że przecież minęło wiele lat. To nie było normalne, ale Alice nigdy nie należała do szczególnie normalnych, pewne rzeczy się nie zmieniały. - Ona od zawsze mnie nie znosiła, na pewno ubodło w nią to, że trafiliśmy na siebie, tacy ludzie są zawistni, posiłkują się tym, że mogą mieszać. - Nie musiała mu o tym mówić, znał ją przecież jak nikt inny. Musieli sobie jakoś poradzić z tym problemem, tylko to wcale nie było takie proste, nie mieli przecież pojęcia, gdzie ją znaleźć, zresztą co mieliby zrobić, nie mogli jej zmusić do tego, aby trzymała się od nich z daleka. To dość mocno komplikowało ich sytuację, która i bez tego nie była wcale taka prosta. - Obawiam się, że teraz to ja mogę chcieć skrzywdzić ją. - Bardzo chętnie spotkałaby się z nią twarzą w twarz, kiedy już widziała cały obraz, kiedy wszystko zaczęło jej się układać. Nie zamierzała pozwolić na to, żeby ta kobieta miała jakikolwiek wpływ na jej życie, zasługiwała na to, aby ktoś jej pokazał, gdzie jest jej miejsce. Za to wszystko, czemu była winna. Prudence nie miała sentymentów. - Zajmiemy się tym. - Powiedziała jeszcze cicho, jej mąż nie brzmiał tak, jakby chciał ją w to angażować, więc miała drobne wątpliwości w tym, czy to co powiedziała miało sens, jednak chciała, żeby wiedział, że nie wycofa się przez jakąś wariatkę, której nie powinno tutaj być, która już dawno wybrała inną drogę. - Niby tak, ale łatwo jest mi to oceniać z zupełnie innej perspektywy, nie było mnie wtedy, nie miałam pojęcia z czym się zmagasz, nie powinnam tego robić tak lekko. - Naprawdę w tej chwili okropnie żałowała tego, że wtedy tak się poddała, że nie zawalczyła, że nie było jej przy nim, kiedy tego najbardziej potrzebował, ale czasu nie dało się cofnąć. Przez te decyzje podjęte w bardzo młodym wieku wszystko zaczęło się sypać. Nie mogła mieć pewności, że jej obecność w jego życiu by coś zmieniła, jednak wiedziała, że nie doprowadziłaby go do takiego stanu. Miała sobie w tej chwili sporo do zarzucenia, poniekąd sama go zostawiła, prawda? Poddała się, szukała wytłumaczenia, ale go nie znalazła, więc postanowiła się trzymać z dala, no na tyle na ile potrafiła, co też kończyło się różnie. - Nie byłeś wtedy najprostszym w obyciu człowiekiem, trudno się jednak temu dziwić, skoro musiałeś walczyć z całym światem, musiałeś gryźć, żeby przetrwać, byłeś młody, robiłeś co mogłeś, co potrafiłeś. - Wtedy tego nie rozumiała, teraz widziała więcej, więc potrafiła wyciągnąć wnioski, wydawało jej się, że rozumiała, co nim kierowało, chociaż to nie było zdrowe. Tak właściwie jednak skąd mógł wiedzieć, że to nie jest to czego potrzebuje, łapał się tego, co było pod ręką, co wydawało się mu być czymś, co mogło utrzymać go na powierzchni, trafili na siebie i razem walczyli ze sobą i z całym światem, to nie była jednak wizja zdrowej relacji. - Więc robiłeś to, co sugerował Ci ojciec, poddałeś się temu, nie widziałeś tego, że istnieją inne możliwości, trudno było Ci to dostrzec, skoro wychowano Cię w ten sposób, to okropne. Nie zdawałeś sobie sprawy z tego, że zasługujesz na więcej, że możesz dostać więcej, to nie było dla Ciebie takie oczywiste. Wydaje mi się, że to rozumiem. - Nie miał podstaw ku temu, żeby szukać czegoś innego, skoro to było tym, co znał, tym, co wydawało mu się być właściwe. Nie oceniała go jednak, bo i ona miała swoje za uszami, też wybrała dla siebie najprostsze rozwiązanie, zrobiła to, co wydawało się być wygodne, dostosowała się do oczekiwań, aby nie musieć słuchać, nie robiła tego, co chciała, na czym jej zależało tylko to, co gwarantowało jej święty spokój i brak pytań. Szukanie siebie, układanie sobie w głowie tego, jak powinno wyglądać życie bywało bardzo długie i problematyczne, każdy miał prawo błądzić. Dobrze, że to było już za nimi, że udało im się nieco zmienić swoje toki rozumowania. Prue starała się podchodzić do tego wszystkiego jak najbardziej racjonalnie, tak jak miała w zwyczaju. Nie chciała niczego od niego wymagać, zresztą jak w ogóle sobie to wyobrażał? Miała mu teraz rozpisać listę swoich oczekiwań, które miał odhaczać? To nie było przecież normalne, nie o to chodziło w tym wszystkim. Chciała po prostu być przy nim, iść z nim przez życie i pokazać mu, że dało się to wszystko ułożyć tak, żeby naprawdę byli szczęśliwi. Zależało jej na tym, żeby zobaczył, że faktycznie może być inaczej, że to do czego był przyzwyczajony nie było właściwe, że to jak go kiedyś traktowano było nieodpowiednie, bo należało mu się wszystko, co najlepsze. Ktoś musiał mu to w końcu udowodnić, i to ona była tą osobą, naprawdę chciała dla niego jak najlepiej, chciała, żeby przekonał się o tym, jak to jest kiedy ktoś kocha Cię zupełnie bezinteresownie, kiedy nie oczekuje niczego w zamian, gdy to jest po prostu właściwe. Wiedziała, że to nie będzie proste, że wymagało pracy i czasu, ale należała do okropnie cierpliwych osób i wierzyła, że uda jej się to zrobić. - Wiem, że nie muszę, chodzi o to, że chcę. - Nie sądziła, że potrzebował to usłyszeć, ale skoro to powiedział, to zamierzała dopowiedzieć swoje. - Zresztą żałuję strasznie, że nie było mnie przy Tobie, kiedy mnie najbardziej potrzebowałeś, zawiodłam Cię, miałam być Twoją przyjaciółką na zawsze, a tak łatwo dałam się spławić. - Wydawało jej się, że to musiało wybrzmieć po tym wszystkim co jej powiedział. Zawiodła go, nie walczyła o niego tak, jak powinna, to już nigdy nie miało się powtórzyć. Teraz doskonale wiedziała, gdzie jest jej miejsce, miała w sobie więcej zawziętości i nie zamierzała już nigdy odpuścić. Na szczęście udało im się na siebie trafić po latach, jakoś zacząć porządkować to wszystko. Kochała go od lat, dosyć późno mieli szansę, aby określić swoje uczucia, jednak w końcu to zrobili. Mogli teraz zacząć wspólne życie, ułożyć je po swojemu, w swoim domu, tak jak chcieli. Nikt nie mógł im w tym przeszkodzić, niczego narzucić, mogli kreować wszystko według swojej własnej wizji. To, co najgorsze było już za nimi, nie wydawała się mieć co do tego najmniejszych wątpliwości, była pełna nadziei na to, że dotrą się w końcu, że uda im się stworzyć coś, co będzie dla nich najlepsze. Zauważyła ten ruch ręki w powietrzu, nawet chwili nie zastanawiała się nad tym, gdzie powinna się teraz znaleźć. Odstawiła butelkę gdzieś obok, tak, aby przypadkiem nie kopnąć jej nogą, chociaż pewnie i tak by się tym w tej chwili nie przejęła. Nie było w niej ani momentu zawahania, przesunęła się w jego kierunku, tak, aby mógł ją objąć, chciała znaleźć się w jego ramionach, potrzebowała bliskości. Była nieco rozstrojona, bo dosyć dużo informacji na nią spłynęło, wiedziała, że ciepło jego ciała pomoże jej wrócić do normalnego rytmu, zdawała sobie sprawę z tego, że dzięki temu jakiekolwiek problemy przestaną mieć znaczenie, jak zawsze. To było najbardziej właściwym, co mogła zrobić, zresztą nie chciałaby być gdzieś indziej, lgnęła do niego. Gdy w końcu znalazła się blisko, przytuliła się do niego i oparła swoją głowę o jego obojczyk, przymknęła na moment oczy, jej oddech był spokojny, wiedziała, że czeka ich dość długa i kręta droga, zważając na to, co przed chwilą usłyszała, jednak nie wydawała się tym w jakikolwiek sposób przejmować. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 30.01.2026 Szum alkoholu w mojej głowie mieszał się z słowami Prue, które - wbrew moim pierwszym obawom - przez ten cały czas padały spokojnie, metodycznie, jak krople deszczu na szybę, nie gwałtownie zacinające, ale uparte, wnikające w szczeliny, których wcześniej nawet nie zauważałem. Teraz coś we mnie zaczynało pękać, a ja sam nie wiedziałem, czy powinienem to uznać za coś, co powinno, czy nie powinno było się wydarzyć. Nigdy nie lubiłem tak bardzo się odsłaniać, a w tym momencie nie dało się już inaczej. Słuchałem jej, naprawdę słuchałem, tylko że w moim wnętrzu to wszystko odbijało się niechcianym pogłosem, jak w tych starych korytarzach, o których opowiadałem - echo wracało spóźnione, zniekształcone, przefiltrowane przez dawne schematy. Część mnie - ta zawzięta, uparta - chciała się odciąć, zamknąć, powiedzieć „daj spokój, to nie ma sensu”, bo rozmawianie o tym wszystkim zawsze wydawało mi się jak grzebanie w starych ranach nożem, ale nie zrobiłem tego, nie tym razem, zamiast tego pozwalałem jej słowom wsiąkać we mnie, jak woda w suchą ziemię - powoli, nie zawsze równo, ale jakoś tam. „Jakoś tam” to było najwięcej, na co było mnie stać, nawet jeśli mogło się wydawać, że to było mało. Nie przerywałem Prudence, nie poprawiałem jej wniosków, pozwalałem, żeby mówiła, bo wiedziałem, że to jej sposób - układać, analizować, znajdować rozwiązania - lubiła listy, konkretne układy, dla niej świat, w pewnym sensie, zawsze był puzzlami, które dało się poskładać, jeśli tylko robiło się to wystarczająco cierpliwie. Szanowałem to, naprawdę, chociaż nie rozumiałem, skąd się to brało. Ona po prostu miała w sobie tę cierpliwość, nigdy w to nie wątpiłem, nawet nie musiała mi tego udowadniać. A ja? Ja zawsze byłem tym, który te puzzle rozwalał, sprawdzając, czy się nie rozsypią same. Starała się przyjmować to spokojnie, szukać rozwiązań, nie problemów, i miała rację, kurwa, oczywiście, że miała, tylko że w moim świecie „nie chodzi o to” zawsze oznaczało, że chodzi o coś gorszego, głębszego, coś, czego dało się tak łatwo wykreślić z listy potencjalnych przyszłych problemów, konsekwencji bycia lub niebycia. Prue mówiła o zmianie, o szukaniu czegoś mniejszego, i to brzmiało logicznie, tylko że ja nie byłem dobry w logice, kiedy chodziło o rzeczy, które siedziały we mnie jak drzazga - tym razem taka, której nie dało się tak po prostu wyjąć, nawet najmniejszą pęsetą. Słowa, które wypowiadała, były miękkie, delikatne, ale gdzieś w środku mnie odbijały się echem o coś twardego, nie przywykłem do współczucia, nawet nie wtedy, gdy dotyczyło rzeczy, które uważałem za zamknięte na zawsze. - Wiem, sze wiesz. - Mruknąłem cicho, niskim głosem, trochę zachrypniętym od alkoholu i od tego wszystkiego, co już padło. Kiwnąłem głową, ledwo zauważalnie, nie przerywając jej, bo co niby miałem powiedzieć? Nie żałowałem, że nie byłem jak oni, nigdy nie chciałem taki być, ale żałowałem, że to we mnie tkwiło, jak stara blizna, której nie dało się usunąć, można ją było tylko zakryć. Urwałem, bo nie wiedziałem, jak powinienem ubrać kolejne myśli, żeby nie brzmiało jak wymówka z cyklu „pojebana sytuacja, wiesz, nie chodzi o nas”. Dom był normalny, rozsądny, jak powiedziałem, ale w mojej głowie normalność zawsze miała haczyk, drobną gwiazdkę, zawsze czaiło się coś pod spodem, jak te podziemia w posiadłości. Przesunąłem dłonią po kolanie, czując szorstkość materiału spodni pod palcami, i spojrzałem na nią kątem oka - siedziała blisko, z butelką w dłoni, jej twarz spokojna, ale oczy... Oczy mówiły więcej niż słowa, widziałem w nich to zrozumienie, to autentyczne, bez oceniania, bez „a nie mówiłam”, to było obce, prawie niepokojące, bo w moim świecie zrozumienie zawsze albo było pretekstem do kontroli, albo kończyło się obwinianiem. - Nie gadałem o tym. Po co? To nie było... Waszne. - Kłamałem trochę, bo było ważne, tylko że gadanie o tym zawsze wydawało mi się zupełnie niepotrzebne, nie miało znaczenia w kontekście naszej przyjaźni, a przynajmniej tak uznałem, być może gdzieś wewnątrz woląc wyjść z założenia, że nawet jeśli Prudence wiedziała, świadomie decydowała się nie poruszać ze mną tego tematu - nigdy o nic mnie nie prosiła, nie oczekiwała niczego, prócz mojej przyjaźni, to było ważne, nie tamto. A cała reszta? Cała reszta była dla mnie jak przyznanie się do słabości. Posiadłość, bale, ojczym znikający z kochankami - to nie były historie na pogaduchy na błoniach, to były rzeczy, które nosiłem w sobie jak kamienie w kieszeniach, ciągnące mnie w dół, nawet jeśli chciałem być w górze. Przesunąłem językiem po zębach, czując smak nalewki, i pokręciłem głową powoli. Nie lubiłem wracać do tamtego domu, chociaż minęło już tyle lat, samo wspomnienie tamtych korytarzy sprawiało, że coś we mnie się napinało, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa dawno próbowała się pozbyć. Przesunąłem dłonią po karku, wzdychając ciężko. - Nie ma co. To było... Nolmalne. Dla mnie. - Pokręciłem głową powoli, bardziej z przyzwyczajenia niż z niezgody, po czym parsknąłem cicho, bez śmiechu - „normalne” - jakby to słowo miało jakikolwiek sens w kontekście tamtego życia. To nie był dom, gdzie ktoś cię przytulał, jak się potłukłeś, to był dom, w którym cię uczono, jak nie upaść, żeby nikt nie musiał cię podnosić, i jak się uśmiechać, żeby wyglądało, że wszystko jest w porządku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że tam nic nie działo się „otwarcie”, żadnych krzyków przy obcych, żadnych scen, wszystko było… Eleganckie, wyprasowane, zamiatane pod dywan szybciej, niż zdążyłeś zrozumieć, co właśnie widziałeś. Kiedy pochodziłeś z rodziny takiej jak moja, w pewnym momencie zaczynałeś żyć w teatrze, wszystko miało być ciche, czyste, błyszczące, tylko ty wiedziałeś, że to się nie trzyma kupy, ale nie mogłeś o tym powiedzieć, bo przecież ojciec nie krzyczał, tylko „podnosił głos”, a matka nie płakała, tylko „miała migreny”. A potem wychodziłeś do ludzi i udawałeś, że wszystko jest okej. Tam nie mówiło się rzeczy wprost, przynajmniej nie, jeśli nie było się i szczytu stołu, nie śmiało się za głośno, nie mówiło „nie” ludziom, którzy mogli cię za to złamać. Każdy krok, każde słowo, wszystko trzeba było kalkulować, patrzeć, słuchać, wyczuwać moment, to był świetny trening, jeśli chcesz potem udawać, że wszystko masz pod kontrolą. To był syf opakowany w złoto, władza, która zjadała od środka, więzienie, tylko pachniało drogim winem i politurą. Marzenia traktowano jak coś… Niepraktycznego, jak fanaberię, na którą możesz sobie pozwolić, jak już zrobisz wszystko, co do ciebie należy, tylko że to „jak już” nigdy nie nadchodziło. Przesunąłem dłonią po karku i przez chwilę tylko patrzyłem w podłogę, szukając słów, które nie brzmiałyby jak tani melodramat. - Wiesz… - Zacząłem wolno, cicho, tonem, który był bardziej zgaszony niż ostry. - To nie jest coś, o czym się myśli w taki sposób, kiedy się tam jest. Nie masz tej pelspektywy. Po plostu uczysz się funkcjonowaś w tym, co masz, dopóki nie dzieje się coś, co splawia, sze pszestajesz.. - Pociągnąłem łyk, długi, ciężki, i postawiłem butelkę na podłodze obok sofy. - Albo i nie pszestajesz. - Nie miałem pojęcia, że to jest nienormalne, dopóki nie zobaczyłem, że inni ludzie mają domy, w których się do siebie uśmiechają, ktoś komuś pomaga, nie oczekując w zamian lojalności, albo wdzięczności, albo kurwa, czegokolwiek. Myślałem, że to tak ma być, ludzie po prostu są zimni, a jeśli chcesz czegoś innego, to znaczy, że jesteś miękki albo nienormalny. - W gluncie szeszy, dla części ludzi to jest… Akceptowalne. Taka cena chujowej stabilności. - Parsknąłem cicho - nie z rozbawienia, raczej z czegoś w rodzaju bezradności, tego gorzkiego odruchu, który pojawia się, gdy ktoś mówi coś prawdziwego, ale zbyt delikatnie, żeby w pełni oddać to, jak bardzo coś było spieprzone. Wypuściłem powietrze przez nos, opierając się łokciem o kolano, a potem wzruszyłem ramionami, jakbym chciał zbyć temat, ale tego nie zrobiłem. Przez chwilę nie wiedziałem, jak to ująć, jak to wytłumaczyć tak, żeby brzmiało to sensownie, a nie jak kolejny wywód o tym, jak bardzo „trudno jest być bogatym”. - Byliśmy kulewsko bogaci. Tego się nie da ładnie nazwaś. - Powiedziałem, bez cienia dumy, nie z żalem, raczej z jakimś rodzajem ironicznego zmęczenia, jakby to była obelga, a nie fakt, nawet nie próbowałem sprawić, by to brzmiało jak coś w rodzaju danych z księgi rachunkowej. - Wiesz… Tak s kategolii „lodziny, któle mają ludzi od kupowania innych ludzi”. - Taki rodzaj bogactwa, który nie miał nic wspólnego z pieniędzmi, tylko z przekonaniem, że świat jest ci coś winien, możesz go sobie aranżować, poskładać, urządzić po swojemu. Taki, w którym pieniądze nie są już narzędziem, tylko warstwą między tobą a światem, że to przestaje robić wrażenie, jak powietrze, jest wszędzie, więc przestajesz je zauważać. - Bogaci do tego stopnia, sze jak coś się spieldoliło, to wystalszyło szuciś złotem, szeby udawaś, sze nic się nie stało. Jak z tych cholelnych stalych fotoglafii, gdzie kaszdy siedzi wyplostowany i wygląda, jakby ktoś mu kij wsadził w dupę, a w tle wisi poltret plaplapladziadka, któly dolobił się na czymś, o czym lepiej nie mówiś pszy stole. - Pokręciłem głową z lekkim niedowierzaniem, jakbym mówił o kimś innym, a nie o sobie sprzed lat, przesunąłem dłonią po twarzy, zatrzymując ją na chwilę na brodzie. - Staly pieniądz, długie nazwisko, helb, poltlety pszodków i wszystkie te sztywne, jebane lytuały, któle miały niby coś znaczyś. Wszystko się zgadza. - Wypowiedziałem to spokojnie, trochę jakby to było coś oczywistego, coś, co nie potrzebowało żadnego dopowiedzenia. - Tylko sze, kulwa, co s tego? - Mruknąłem. - Po co komu dom, w któlym wsystko jest s dlewna i malmulu, a nikt do ciebie nie mówi po imieniu? Po co komu sleblna zastawa, skolo nikt nie patszy ci w oczy pszy kolacji? - Zerknąłem na nią kątem oka, po czym odwróciłem wzrok z powrotem w dywan. Byliśmy tym typem ludzi, którzy organizują bale charytatywne tylko po to, żeby inni mogli zobaczyć, jak dobrze się bawią, pomagając biednym, tym typem ludzi, którzy mają osobne zastawy na każdą porę roku i każdy sabat, i którzy mówią „służba” w liczbie mnogiej, jakby to była jedna, spójna istota. - A my… - Podjąłem po chwili, z lekkim zaciągnięciem, jakbym musiał wypchnąć z siebie to, co od dawna tam zalegało. Przesunąłem dłonią po włosach, trochę nerwowo, wciąż próbując znaleźć odpowiedni sposób, żeby to ująć. Wziąłem głębszy oddech, mówienie tego głośno wymagało więcej energii, niż zakładałem. - Nie tlaktowałaś mnie jak jakiegoś egzotycznego zwieszęcia s lodowodem, wiesz, to było najbalsiej absuldalnie… Istotne. Najwaszniejsze.. - Zaśmiałem się krótko, chrapliwie. - W sumie to nawet nie wiem, czy wtedy, na samym początku, wiedziałaś, sze mam ten cholelny lodowód. - Westchnąłem cicho, zresztą, kurwa, wtedy wydawało mi się, że każdy to wie, to oczywiste, że jak ktoś słyszy moje nazwisko, to od razu kojarzy, że za tym stoi kupa złota i jeszcze większa kupa ludzi, którzy wszystko o tobie wiedzą, zanim zdążysz otworzyć usta. - Wiesz, w takim świecie nazwisko to pszepustka. Mój Staly jest s tych, co lubią, szeby je wymawiano, najlepiej s szacunkiem i lekkim, acz istotnym ukłonem. Szacunek nadel wsystko, nawet jeśli wymuszony, pozycja jako sztandal, zawsze wysoko. Nie sądziłem, sze ktoś mógłby go nie kojaszyś. Nawet nie pszeszło mi pszes myśl, by cokolwiek mówiś. Pokręciłem głową, sam z siebie się śmiejąc pod nosem. - A ty po plostu... Potlaktowałaś mnie nolmalnie. - Głos mi zadrżał lekko, nie z emocji, tylko z tego specyficznego zmęczenia, które przychodziło, gdy próbowałem sięgnąć po coś, co tak dawno wypchnąłem z pamięci. Odchyliłem się, spoglądając gdzieś w bok, w ciemny kąt pokoju. - Wiesz, jak to jest dla dzieciaka, któly dolastał w miejscu, gdzie na wszystko tszeba było zasłuszyś, udowodniś, wyplacowaś, szeby ktoś laczył spojsześ na ciebie s jakąkolwiek sympatią? - Parłem dalej, trochę szybciej, jakbym chciał to mieć już za sobą. - Uznałaś moje dziwactwa. - Pokręciłem głową, z lekkim niedowierzaniem, trochę tak, jakby mnie to do tej pory bawiło, a trochę dziwiło. - Nawet wtedy, gdy to nie miało szadnego sensu. - Sięgnąłem po butelkę, obróciłem ją w palcach, zanim napiłem się cicho. - Nie zapytałaś, dlaczego mam to, co mam, dlaczego czasem zachowuję się jak nadęty kletyn. Nie było w tobie tej... Ciekawości podszytej wylachowaniem, któlą znałem s innych twaszy. Nie plóbowałaś się dowiedzieś, kim są moi staszy, ani gdzie to wszystko się zaczyna. Nie pytałaś „dlaczego masz to, a nie tamto”, tylko „czemu znowu nie spałeś” albo „czy coś cię znowu losdlaszniło”. - Zamknąłem na moment oczy, wracając myślami do tamtych pierwszych dni, jeszcze wtedy, kiedy wszystko było proste. - Nawet nie zapytałaś, czemu nigdy cię nie zaplosiłem do domu. Albo Eliasa. - Westchnąłem cicho, przeciągle, ciężko, jak ktoś, kto wcale nie chciał do tego wracać, ale nie potrafił już udawać, że to nie istnieje. Przesunąłem dłonią po twarzy, od nosa po szczękę, jakbym w ten sposób mógł trochę odgonić to uczucie ściągnięcia w gardle. - Kaszdy inny pewnie by zapytał. Mosze nawet się oblaził. Ale ty tylko pszyjęłaś to, jak jest. Jakby to było częścią mnie, jak te wszystkie głupie szeszy, któle lobiłem. - Zapadła cisza, a ja pozwoliłem jej trwać. Nie spieszyłem się z kolejnymi słowami, bo wiedziałem, że każde będzie ważyć. I, Merlinie, to było lepsze niż jakikolwiek spokój, który można było kupić za pieniądze. Przez chwilę nie byłem w stanie nic powiedzieć, to, co mówiła, trafiało we mnie powoli, jakby przez grubą warstwę starych murów. „Dom”, „bezpieczeństwo”, „schematy” - każde z tych słów miało dla mnie inny ciężar niż dla niej, nie mogłem udawać, że rozumiem to w ten sam sposób, nigdy nie potrafiłem. To nie było łatwe, nie dlatego, że brakowało mi słów, raczej dlatego, że zbyt wiele z nich miało w sobie przeszłość, której nigdy nie chciałem już dotykać. Alkohol grzał mnie od środka, jakby wypełniał wszystko, co powinno być puste, a mimo to zostawiał jeszcze więcej przestrzeni na myśli, których nie chciałem mieć. Palcami bezwiednie obracałem obrączkę, jakbym musiał się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło, że to, co mam na dłoni, istnieje - że to „my” istniejemy. Metal był chłodny, a skóra pod nim już lekko obolała, od tego nerwowego ruchu, powtarzanego od kilkunastu minut. Odchrząknąłem, przygryzając dolną wargę, i przejechałem dłonią po twarzy, próbując coś z tego posklejać. - Wiesz… - Zacząłem cicho, głos miałem zachrypnięty, spity, ale wciąż kontrolowany. - Nic dziwnego, sze tlafilśmy dokładnie w to miejsce, w któle bali się, sze tlafimy. To nie było „znaliśmy się od lat” ani „byliśmy blisko jak rodzeństwo”, nie było w tym kalkulacji, nie było „zaraz, to już za dużo”, po prostu się działo. Granica pomiędzy „chcę spędzać z tobą czas” a „chcę z tobą być” istniała tylko teoretycznie, w praktyce była jak cienka linia na mapie, po której codziennie się chodziło, nie sprawdzając, po której stronie się akurat stoi. - Nie da się staś jedną nogą tu, a dlugą tam. - Przetarłem usta, skrzywiłem się lekko, bo czułem, że to, co mówiłem, brzmiało zbyt sentymentalnie, zbyt „nie po mojemu”. - Tszymaś się tamtego świata na tyle, szeby nikt się nie czepiał, a jednocześnie… - Urwałem, przełknąłem powietrze. - Uciekaś s niego, kiedy tylko znajduje się taka szansa. - Zabrzmiało to absurdalnie poważnie, nawet dla mnie, parsknąłem krótkim śmiechem, raczej z niedowierzania niż z rozbawienia. - Kulwa, bszmię jak idiota. - Zamilkłem, oparłem łokcie na kolanach, dłonie złożyłem przed sobą, splatając palce. Stałem w rozkroku przez lata, myśląc, że to jakoś utrzymam, jak będę wystarczająco cicho, wystarczająco uważny, to nikt nie zauważy, że dawno już nie pasuję ani tu, ani tam. Pokręciłem głową odruchowo, jeszcze zanim zdążyła skończyć mówić o wybaczaniu, ten gest był szybszy niż myśl, jakby ciało wiedziało lepiej ode mnie, co trzeba powiedzieć. Przesunąłem dłonią po karku, ciężko, czując, jak alkohol robi swoje, ale to akurat było krystalicznie jasne. To nie była ta rozmowa, w której chciałem coś ważyć, liczyć winy, rozkładać je po równo na stole, obracałem obrączkę palcem, raz w jedną, raz w drugą stronę, aż metal zrobił się ciepły. - To była moja wina, nie twoja, nie mam ci nic do zaszucenia wsględem tego, jak zaleagowałaś. - Zacisnąłem palce na szyjce butelki, ale tym razem nie napiłem się od razu. - Kamuflasz był… Konieczny. - Prychnąłem krótko, gorzko. - I skuteczny, niestety. Nie dlatego, sze byłem taki splytny, tylko dlatego, sze bardzo chciałem, szeby nikt nie widział, co się naplawdę dzieje. - Zawiesiłem głos na moment, jakby brakowało mi powietrza, chociaż przecież siedziałem spokojnie - Wtedy wydawało mi się, sze to jedyne wyjście, tak będzie… Bespieczniej. Dla ciebie. Dla mnie. - Parafrazowałem własne stare wymówki bez cienia dumy. To było… Przeciwko wszystkiemu innemu, nie Prue, przeciwko temu, co wiedziałem, że się wydarzy, jeśli pozwolę sobie zostać, ale mogłem to rozegrać inaczej. Westchnąłem, spojrzenie uciekło mi gdzieś w bok, na ścianę, na cokolwiek, co nie było jej oczami, bo one zawsze widziały za dużo. Zawsze. - Miałaś plawo myśleć, co myślałaś. Miałaś plawo byś wkuszona, zagubiona, zlaniona. Ja się kamuflowałem, to fakt, ale to nie znaczy, sze ty coś pszeoczyłaś albo zlobiłaś źle. - Wzruszyłem lekko ramionami, bardziej bezradnie niż nonszalancko. - To ja byłem tym, któly nagle zniknął, zmienił zasady gly bes upszedzenia. - Parsknąłem cicho, gorzko, pod nosem. - I nie, to nie było tak, sze ktoś pociągał za sznulki, a ja byłem tylko kukiełką. Decyzje były moje. Chujowe, połowiczne, podejmowane z lęku, ale moje. Więc nie chcę, szebyś to nosiła na sobie, jakbyś czegoś nie zlozumiała albo nie dopatszyła. - Zamilkłem na moment, palcami obracając obrączkę, jakbym sprawdzał, czy dalej tam jest, czy to wszystko nie jest tylko jakimś pijackim złudzeniem. Kiedy ojciec stwierdził, że „pewne znajomości nie przystoją”, to nie było coś, z czym się dyskutowało, więc przestałem się odzywać, przestałem podchodzić, przestałem… Być. Jak już raz znajdziesz swoje miejsce, to wszystko inne nagle zaczyna śmierdzieć obcością. Nie da się być półczłowiekiem, półczyimś synem, półkimś dla kogoś innego, nie da się mieć dwóch domów, dwóch historii, zawsze musisz którąś spalić, żeby druga mogła naprawdę istnieć. Siedzieliśmy na podłodze tak długo, że przestałem zwracać uwagę na niewygodę, nalewka dawno przestała smakować jak cokolwiek konkretnego, była tylko ciepła i ostra, paliła gardło i rozluźniała język. Wypiłem za dużo, czułem to w głowie, w sposobie, w jaki moje myśli przestawały ustawiać się równo w szeregu, ale nie na tyle, żeby nie rozumieć, co mówiła, raczej na tyle, żeby nie mieć już siły udawać, że mnie to nie ruszało. Wciąż trzymałem się pionu, zawsze się trzymałem. Kolejna butelka była w połowie pusta albo w połowie pełna - zależało, jak bardzo ktoś chciał się okłamywać, ja nie chciałem, przynajmniej nie dziś. Zrobiło mi się zimno w karku, takim nieprzyjemnym, ostrym chłodem, który nie ma nic wspólnego z temperaturą, to nie było „ojej”, to nawet nie było zaskoczenie, raczej ciężar, który nagle znalazł sobie nazwę i miejsce, i bardzo konkretną osobę. Alice, znów Alice, imię, które kiedyś wypowiadałem z ulgą, kiedy podpisała papiery i wyjechała. Myślałem, że to koniec, zostawiła mnie z pustym lokum, kilkoma siniakam, paroma bliznami i rachunkami, które spłacałem przez lata. - Wiesz - kiwnąłem głową - nie dziwi mnie ani jedno słowo s tego, co powiedziałaś. Ani tlochę. - Gdy zaczęliśmy łączyć kropki, nie było we mnie zaskoczenia, tylko to ciężkie, nieprzyjemne potwierdzenie, że coś, co przez lata leżało martwe, jednak oddycha. - To, sze jest tutaj… - Urwałem, znów pociągając łyk. - To zmienia układ. Nie sens szeszy, ale lealia. I nie będę udawał, sze to mnie nie wkulwia. - Czułem, jak narasta we mnie napięcie, to stare, dobrze znane, które zwykle kończyło się ruchem, tym razem jednak zostałem na miejscu. Ona nie działała na zasadzie „kogo nie lubię, temu dokopię”, ona wybierała, metodycznie, i jak już wybrała, to nie odpuszczała. Nie chodziło o dominację w szkolnym sensie, chodziło o kontrolę, sprawdzenie, ile może z kogoś wyciągnąć, zanim ten ktoś pęknie - nerwów, stresu, frustracji, wszystkiego. Dywan miał dziwną fakturę, jakby był zbyt miękki jak na coś, co miało trzymać człowieka przy ziemi. Przez chwilę tylko patrzyłem w podłogę, w pęknięcia i sęki, w to jedno miejsce, gdzie deski były jaśniejsze, jakby ktoś kiedyś coś tam przesunął i nigdy nie wrócił do pierwotnego układu, pociągnąłem łyk nalewki, krzywiąc się lekko, i dopiero wtedy się odezwałem. - Dobla. - To słowo zabrzmiało w ustach dziwnie, jakby było za krótkie na całą resztę, przeciągnąłem dłonią po twarzy, zatrzymałem ją na chwilę na brodzie, potem opuściłem. Nie zaprzeczałem, to było pierwsze, co do mnie dotarło - żadnego automatycznego „nie”, żadnego spięcia, żadnego cofania się o pół kroku. Zrobiło się cicho, alkohol dudnił mi w skroniach, ale myśli były zaskakująco klarowne, może właśnie dlatego, że nie próbowałem ich porządkować. - Mam opoly. Dusze. - Oparłem łokcie o kolana, pochyliłem się lekko do przodu, nie patrzyłem na nią od razu, to nie była ucieczka, raczej zbieranie się w sobie. Nie rozwijałem, nie tłumaczyłem, skąd się wzięły ani dlaczego, po prostu tam były - stary odruch, który nie znikał tylko dlatego, że człowiek sobie postanowił. - Ale… - Urwałem, bo to „ale” było ciężkie. Im dłużej mówiła, tym bardziej docierało do mnie, że nie ma sensu udawać, że to nie dotyczyło nas obojga, nie dlatego, że Prue na coś naciskała, tylko dlatego, że to już dawno przestało być „moje”. - Nie będę udawał, sze jestem zachwycony wizją „zajmowania się tym wspólnie”. To nie jest coś, co… - Westchnąłem krótko nosem, co zabrzmiało bardziej jak burknięcie niż oddech. Nie było w tym momencie sensu kopać się z faktami ani z jej perspektywą. - Ale nie będę ci tesz mówił, sze „to nie twoja splawa”. Bo to byłaby bzdula. - Skrzywiłem się lekko, jakbym nie do końca wierzył własnym słowom - to nie było „nie”, to było to cholerne, twarde „tak, ale…”, które zawsze przychodziło mi najtrudniej. - Nie podoba mi się to. - Dodałem od razu, szorstko, podkreślając po raz kolejny. - Nie podoba mi się, sze jesteś w to wciągana. Nie podoba mi się, sze to w ogóle dotyczy ciebie. To, sze musimy w tym uczestniczyś. - Spojrzałem na nią krótko, bez uśmiechu, nie było w tym zgody rezygnacji ani kapitulacji, wyłącznie decyzja - taka, którą się podejmuje raz i bierze na klatę konsekwencje. - Ale jesteśmy w tym lasem, czy mi się to podoba, czy nie. - Parsknąłem krótko, bez humoru. - A podoba mi się, jak jusz wspomniałem, ślednio. - Przesunąłem stopą po podłodze, zgrzyt drewna był dziwnie kojący. Pokręciłem głową jeszcze zanim skończyła mówić, nie gwałtownie, nie w złości - odruchowo, jakby to była jedyna rzecz, na którą byłem pewien, że mogę sobie pozwolić. - Nie. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo. - Nie chodzi o to, kto zawiódł i kiedy, plawda? - Przesunąłem dłonią po karku, palce zaplątały się we włosach, alkohol sprawiał, że ruchy były wolniejsze, cięższe, ale ta myśl też była zaskakująco klarowna. - To nie było tak, sze ty „się poddałaś”. - Pokręciłem głową jeszcze raz, tym razem wolniej. - To nie była walka, w któlej ktokolwiek miał jasne zasady. - Przesunąłem palcami po szyjce butelki, nie podnosząc jej tym razem, czułem napięcie w barkach, znajome, stare - to, które zawsze wracało, gdy myśli skręcały w stronę „co by było, gdyby”. Robiliśmy, co potrafiliśmy, czasem to było za mało, czasem dokładnie tyle, ile dało się wycisnąć z sytuacji. Nie powiedziałem „twoja wina” ani „moja wina”, nie dlatego, że nie potrafiłem zacząć wytykać nam tych wszystkich potknięć, jakie wtedy zrobiliśmy, tylko dlatego, że to już nie miało znaczenia, to był jeden z tych momentów, w których naprawdę czułem, że to nie było coś, co dało się uczciwie rozliczyć po latach. Oparłem się mocniej o kanapę, butelka stuknęła o podłogę między nami. - Gdybyś wtedy została obok mnie, to nie mielibyśmy telas tej losmowy. Fakt. - Pomimo tych słów, pokręciłem głową odruchowo, zanim jeszcze zdążyłem to poukładać w słowa, z czymś, co było mieszaniną zmęczenia i cichej pewności, że mówiliśmy o czymś, co nigdy nie było takie proste, jak chciałoby się to dziś widzieć. - Ale i tak byśmy to zepsuli. - Powiedziałem wprost, bez ozdobników. - Tak czy siak. - Oparłem przedramiona o kolana, splatając palce mocniej, niż było trzeba. - Gdybyśmy zostali obok siebie, to nie utszymałoby się w tej folmie. - Wzruszyłem ramionami. - Albo byśmy pszekloczyli glanicę, albo udawali, sze jej nie widzimy, asz zaczęłoby to gniś. Nie dało się inaczej. - Parsknąłem cicho, gorzko. - To nie była lelacja, któlą dało się zakonselwowaś. Zostawiś w słoiku s napisem „przyjaźń” i postawić na półce. - Zerknąłem na nią, krótko, i znów spuściłem wzrok. - Jusz wtedy to widziałem. Nie umiałem tego nazwaś, ale widziałem. Twoje śliczne oczy, ten cholelnie ładny łuk walgi, sposób, w jaki malszczyłaś nos, kiedy się śmiałaś. Pieldoły. Dulne, małe szeszy. - Prychnąłem cicho. - I to, jak szucałaś mi się na szyję po wyglanym meczu w quidditcha, jak kibicowałaś, jak czekałaś na mnie po tleningach. - Przerwałem na moment, bo obraz był zbyt wyraźny. - Czekałem na to. Na ten moment. I nie w sensie „o, fajnie, pszyjaciółka”. Tylko… Czekałem. - Odchyliłem się lekko do tyłu, opierając dłonie za sobą. Nie byłem tym typem, który siada i myśli „oho, to już zadurzenie”, byłem dzieciakiem, głupim, zapatrzonym, wkurzonym na świat, wtedy nie myślałem jak ktoś „na granicy”, nie wiedziałem, że już dawno tam jestem. - Nie bylibyśmy „pszyjaciółmi na zawsze”. - To nie była wielka nowość, po prostu „aha, to tak”, które miało się z perspektywy dorosłego człowieka. Nie wierzyłem w przeznaczenie, wielkie plany wszechświata ani mityczne „tak miało być”, ale wiedziałem jedno. - To nie była kwestia czasu. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując szorstkość zarostu. To była kwestia okoliczności, takich, które nas odsunęły, zanim zdążyliśmy wpaść w coś, z czego nie dałoby się już wyjść „po koleżeńsku”. - Pewnie za któlymś lasem bym cię pocałował. Bezmyślnie. Pod stadionem, dszewem na błoniach, gdzieś między zajęciami. Głupio. Jak idiota, któly nie losumie, sze właśnie pszeklacza glanicę, któlej nie da się cofnąć. I to by było to. - Uniosłem kącik ust w krótkim, krzywym uśmiechu. - Koniec „pszyjaźni”. Finito. - Zamilkłem na chwilę, czując, jak śmiech więźnie mi w gardle. Patrzyłem w przestrzeń przed sobą, układając w głowie coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałem na głos, nie mówiłem tego teraz z perspektywy „o, zobacz, jak pięknie się wszystko ułożyło”, i to dało się wyczuć. - I wtedy nie mielibyśmy dzisiejszych doświadczeń, ploblemów. - Dodałem ciszej. - Mielibyśmy inne. Golsze albo lepsze, nie wiem. Ale na pewno nie plostsze. - Oparłem się plecami o kanapę, wpatrując się w sufit. - Nie mam pojęcia, czy mając wleszcie widmo posiadania „własnego dziedzica” mój ojczym pozwoliłby mi po plostu wyjść tylną blamą s tego cylku. Pewnie nie. - Skrzywiłem się. - A wiem, sze i tak bym wyszedł. Pytanie tylko czy s tobą, czy pszes bagno, po pas, s noszem w zębach, czy tlochę balsiej elegancko. Czy musiałbym uciekaś. Czy dałoby się to pszejść bokiem. Czy to by było łatwiejsze, czy kompletnie niemoszliwe. - Więc nie, to nie tak, że „gdybyśmy tylko zrobili coś inaczej, to by przetrwało”, nie przetrwałoby, zmienilibyśmy tylko sposób, w jaki by się rozpadło. Teraz przynajmniej wiedzieliśmy, że nie uciekliśmy przed czymś, co dało się uratować w „bezpiecznej” formie. My po prostu nie byliśmy wtedy bezpieczni dla samych siebie. Teraz? Miała rację, mogło być inaczej, nawet jeśli to nie było łatwe. Poczułem ulgę niemal od razu, jak tylko się do mnie dosunęła - tę prostą, fizyczną ulgę, która przychodzi szybciej niż myśl, szybciej niż jakiekolwiek wnioski, ciało wiedziało wcześniej, jak bardzo było to istotne. Przesunąłem ramię wokół niej instynktownie, bez zastanowienia, przyciągając ją bliżej, tak żeby zmieściła się cała pod moim bokiem. Była przy mnie drobna, lekka, ciepła - zawsze uderzało mnie to samo, jak niewiele miejsca zajmuje, a jednocześnie jak bardzo potrafi wypełnić przestrzeń. Przestałem patrzeć w ścianę, w podłogę, w to wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało się zbyt duże, zbyt ciężkie. Zamknąłem oczy na krótką chwilę, napięcie, które miałem w barkach, zaczęło powoli puszczać. Poczułem ciepło jej ciała przez materiał, oparła głowę o mój obojczyk, a ja nachyliłem się odruchowo, żeby było jej wygodniej, zawsze to robiłem, nawet nie myśląc. Broda opadła mi na jej włosy, policzek zahaczył o czubek jej głowy, pochyliłem głowę i pocałowałem ją we włosy, najpierw raz, delikatnie, niemal odruchowo, potem jeszcze raz, trochę wolniej. Ten gest wyszedł ze mnie bez zastanowienia, miękko, czule, zupełnie nie w moim zwyczajowym stylu, ale przy niej nigdy nie było „zwyczajowo” - to była najoczywistsza rzecz na świecie. Zapach jej włosów był znajomy, uspokajający, jak coś, co zawsze było moje, nawet wtedy, gdy formalnie nie było. Pachniała znajomo, ciepło, domowo - to słowo przyszło do mnie nagle, bez zaproszenia. „Dom”. Nie budynek, nie ściany, tylko to, właśnie to. Przesunąłem kciukiem po jej plecach, ledwie wyczuwalnie, w tym prostym, powtarzalnym ruchu, który zawsze działał lepiej niż jakiekolwiek słowa - czułość bez deklaracji, obecność bez obietnic rzucanych na wiatr. Wypuściłem powietrze, długim, ciężkim wydechem, takim, którego wcześniej nawet nie byłem świadomy, jakby coś, co trzymałem spięte od dłuższego czasu, w końcu przestało takie być. - Nie wiem, Pluey. - Spojrzałem na nią w końcu, spokojnie, z jakimś dziwnym smutkiem, który nie miał w sobie już zbyt wiele złości. Powiedziałem po długiej chwili. Wspomnienia z tamtego domu były czymś więcej niż obrazami, były zapachem kurzu, skrzypieniem schodów, cieniem na ścianie, który znikał, gdy zapalało się światło, ale zostawał w głowie na długo po tym, jak gasło. Przesunąłem jedną dłonią po karku, jakbym próbował zetrzeć z siebie coś, co wcale nie zniknęło przez te wszystkie lata, nie do końca wierzyłem w magiczne właściwości czasu, który miał mieć wystarczająco mocy, żeby przestać widzieć duchy w każdym pustym pokoju. - Myślałem, sze jak się od… - Urwałem, kręcąc głową, to jedno słowo wciąż przychodziło mi z trudem, może dlatego, że niosło ze sobą tyle ciężaru wspomnień, zwłaszcza w tym momencie - nie chciałem, żeby kiedykolwiek ktoś patrzył na mnie tak, jak ja patrzyłem na to wszystko - z lękiem i złością jednocześnie. - S tego wylwę, to będę… Wolny. - Powiedziałem cicho, przygryzając dolną wargę, jakbym chciał sam siebie uciszyć, mimo to, dokończyłem myśl. - Ale to tak nie działa. - To siedzi w tobie, nawet kiedy wszystko inne zostawisz. Uczysz się nie mówić, nie prosić, nie ufać, nie pokazywać, potem nagle orientujesz się, że masz trzydzieści parę lat i nawet nie potrafisz rozmawiać o tym, co cię boli, bo to nie jest „stosowne”. Dlatego długo nie myślałem o tym, by sobie stworzyć coś swojego - bo jak coś jest twoje, to można ci to zabrać, a jak nie masz nic, to nie ma co cię zaboleć. A teraz… Miałem wszystko. Trudno było tego nie zauważyć. |