Secrets of London
[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5649)

Strony: 1 2 3


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 31.01.2026

Dyskutowaliśmy dalej, przerzucając się argumentami, ale zamiast upewniać się w swoich twierdzeniach, z minuty na minutę, zdania na zdanie, miałem coraz bardziej nieodparte wrażenie, że ona widziała we mnie coś, czego sam nie potrafiłem nawet nazwać, wiedziałem tylko, że mierzyliśmy się spojrzeniami jak dwie osoby stojące naprzeciwko siebie na wąskim moście, żadna nie mająca zamiaru ustąpić pierwsza - to było nieuczciwe, z jej strony, z mojej, z tej całej sytuacji. Miała rację w jednym - mój stosunek do ludzi nie należał do najbardziej entuzjastycznych, ale to nie było tak, że zakładałem najgorsze dla sportu, to było raczej jak odruch bezpieczeństwa, coś, co włączało się samo, zanim zdążyłem się zastanowić. Przesunąłem językiem po suchych wargach i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od kilku chwil niemal nie oddychałem. Uniosłem lekko podbródek, nie agresywnie, bardziej z tym spokojnym uporem, który pojawiał się wtedy, gdy człowiek wiedział, że dalej już nie będzie ustępował, i zmrużyłem oczy. Nie odwróciłem wzroku.
- Skończyłaś? - Zapytałem cicho, nie było w tym złośliwości, było zmęczenie tematem. Gdzieś na granicy świadomości pojawiło się uczucie straty, nieostre, pozbawione konkretów, ale uparte, prawie zapomniałem o tej cholernej pustce, a teraz wróciła, razem z tym dziwnym ściskiem w żołądku. Kciukiem przejechałem po palcu serdecznym, po gładkim miejscu, które od jakiegoś czasu przyciągało moją uwagę w sposób niezwykle niepokojący. Zmarszczyłem lekko brwi, jakby to mogło coś wyjaśnić, obróciłem dłoń, przyjrzałem się jej uważnie, potem drugiej, a następnie mrugnąłem powoli, próbując złapać rytm oddechu i wrócić do tematu, który był tu najważniejszy.
- To nie jest negatywny stosunek do ludzi. - Odpowiedziałem w końcu, spokojnie, bez ostrości. - To jest realizm. Myślałem, że ty też jesteś realistką? - Oparłem głowę o zagłówek i przez chwilę patrzyłem w sufit przedziału, w tę nijaką powierzchnię, która nagle wydała mi się najprostszą rzeczą na świecie. - Zakładanie najgorszego nie bierze się z kaprysu. Bierze się z doświadczenia. To nie jest strategia pod tytułem „świat jest zły”, tylko „świat bywa zły, więc miej oczy otwarte”. Dzięki temu człowiek rzadziej ląduje na plecach. - Spojrzałem na nią uważniej, zrobiłem krótką pauzę, patrzyłem na nią przez moment, próbując zrozumieć, skąd bierze się ta jej uparta łagodność, to ciągłe cofanie się o pół kroku i jednoczesne parcie do przodu. Przesunąłem dłonią po karku, powoli, jakbym próbował rozmasować napięcie, które zbierało się tam od nie wiadomo kiedy, było w tym coś znajomego i jednocześnie kompletnie obcego. - A to, że nigdy nie wiesz, z kim masz do czynienia… Właśnie dlatego nie rozdaje się zaufania na wejściu. - Nie mówiłem tego mentorsko, raczej jak ktoś, kto widział to już parę razy, u różnych ludzi, w różnych konfiguracjach. W tym jednym akurat nie miałem zamiaru z nią polemizować. „Negatywny stosunek do ludzi”, może miała rację, może to było najprostsze wyjaśnienie, tylko że ja nie czułem w sobie tej deklarowanej niechęci do świata - raczej coś bliżej zużycia. Jak zakładasz średnio optymistyczne wersję wydarzeń, nie budujesz zamków na piasku, nie oczekujesz cudów od obcych, nie rozpisujesz sobie w głowie scenariuszy, w których ktoś nagle okazuje się kimś więcej, to nie krzywdzi - to chroni.
Oparłem łokcie na kolanach, splatając dłonie, pochylając się odrobinę do przodu. Wagon nadal kołysał się jednostajnie, jakby chciał nas uśpić, jak gdyby całe to miejsce było zaprojektowane właśnie do tego - żeby człowiek przestał się szarpać. Przeniosłem spojrzenie na okno, na rozmazany krajobraz, który ani nie był mi znajomy, ani szczególnie obcy - wszystko tutaj miało w sobie tę samą dziwną, niedookreśloną jakość - coś mi w tym nie pasowało, zmarszczyłem lekko brwi, przesunąłem kciukiem po knykciu drugiej dłoni, mechanicznie.
- A jeśli trafi się ktoś lepszy niż moje założenia… - Wzruszyłem ramionami. - To jest miły bonus. Nie fundament, nie ściana, nie podpora. Dzięki temu nie rozbijam się co chwilę o cudze oczekiwania. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak zawsze, kiedy coś mnie uwierało.
Słuchałem jej dalej, pozwalając, żeby mówiła o decydowaniu za siebie, o własnych jazdach, o tym, że nie ona jest tu problemem. Kiwnąłem głową, krótko, przyjmując to do wiadomości.
- Jasne. Decyduj. To twoje życie. Twoje wybory. Tylko nie mieszaj do tego mnie. - Podniosłem jedną dłoń i wykonałem mały, nieokreślony gest w powietrzu między nami. - Nie próbuję odebrać ci wolnej woli. - Zaznaczyłem, a potem westchnąłem, powoli, jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że rozmowa zaczyna zataczać kręgi. - Wiesz, co jest absurdalne w twojej definicji „wolnej woli”? - Ciągnąłem dalej. - Wchodzenie komuś w przestrzeń z założeniem, że on powinien stać się częścią twojego planu, bo ty tak czujesz. To jest dopiero nie fair. - Pozwoliłem temu wybrzmieć wraz z tym jej „prosta sprawa”, z tym „ja decyduję”, i pokręciłem głową, znowu wykonując ten pusty gest palcami. - Nie jestem kimś, kogo można przekonać argumentami o „razem”, kiedy od pierwszej minuty mówię „nie”. - Przymknąłem oczy, kręcąc głową po raz kolejny. - Uszanuj to, bo to działa w obie strony. Ja też decyduję, co jest dla mnie najlepsze. - Urwałem na chwilę, jakby coś we mnie chciało dodać więcej, ale nie byłem pewien, skąd ten impuls się brał, więc go wygasiłem. Znów poczułem to dziwne ukłucie pod żebrami, zupełnie jakby jakaś część mnie protestowała przeciwko własnym słowom, znowu pojawiło się to uczucie ciężaru, wrażenie, że coś we mnie chciało się cofnąć, a coś innego uparcie pchało do przodu. Przeniosłem wzrok na okno, na rozmazany krajobraz za szybą, który wyglądał jakby świat zapomniał, jak być ostry. Zignorowałem to.
Nie przeniosłem na nią wzroku, kiedy skończyłem mówić, nie od razu, najpierw powoli wypuściłem powietrze, jakby moje płuca przez chwilę zapomniały, że mają pracować same. Wskazałem dłonią przestrzeń między nami, niewielki dystans dzielący nasze kolana.
- To jest cała twoja jurysdykcja. Ten metr powietrza. Nic więcej. - Głos miałem spokojny, niemal płaski, ale w środku była w tym twardość, której nie próbowałem nawet ukrywać - nie był to ton kogoś, kto się bronił, raczej kogoś, kto stawia granicę. Przez moment milczałem, pozwalając, żeby to do niej dotarło, patrzyłem na nią bez mrugania, mając nieodparte wrażenie, że w tym spojrzeniu miało się rozstrzygnąć coś więcej niż tylko kolejna wymiana zdań. W przedziale zrobiło się dziwnie cicho, nawet ten nienaturalny rytm, który wcześniej czułem pod stopami, przygasł, rozmył się w tle. Wymieniane między nami słowa jeszcze we mnie krążyły, nakładały się na siebie, mieszały z czymś starszym, czego nie potrafiłem nazwać. Mówiła szybko, konkretnie, ale jednocześnie z tą dziwną intensywnością, jak ktoś, kto zastanawiał się, czy jeśli zrobi pauzę, nie straci gruntu pod nogami. A ja siedziałem naprzeciwko niej i czułem narastające napięcie - nie fizyczne, tylko to głębokie, egzystencjalne, które przychodzi wtedy, kiedy ktoś próbuje wziąć na siebie ciężar twoich decyzji - takie, które nie bierze się z jednej wymiany zdań, z nocy bez snu, tylko z lat ciągłego bycia w drodze, z nieustannego dźwigania rzeczy, których nikt nie widzi, ale każdy chce ocenić.
Przez chwilę milczeliśmy, zapadła między nami ciężka pauza, czułem jej wzrok na sobie, tak samo intensywny jak mój na niej. Było w tym coś z pojedynku, ale nie takiego na pięści - raczej na wytrzymałość. Wagon kołysał się miarowo, świat za oknem był rozmazaną plamą barw i światła, a ja miałem wrażenie, że siedzimy w kapsule wyrwanej z czasu.
Pokręciłem powoli głową, nie chcąc pozwolić sobie na zbyt wiele ciszy, takiej gęstej, która nie była spokojem, tylko napięciem rozlanym między siedzeniami. Miała swoją odpowiedź, nawet jeśli nie padło to między nami głośno - z dwojga złego - siedzenie bez słowa było dla mnie zdecydowanie mniej komfortowe. Wystarczyło kilkadziesiąt sekund, bym potwierdził swoje przypuszczenia - tak, jak to przewidziałem - nie dało się przy niej nawet swobodnie oddychać, gdy tylko siedziała i na mnie patrzyła. To było okropnie irytujące, bo zazwyczaj nie miewałem potrzeby strzępienia sobie języka, nie należałem do osób, które jakoś bardzo mocno lubiły swój własny głos ani też nie czułem się źle z myślami w mojej głowie - przynajmniej do teraz.
- To nie jest twój pociąg. To nie jest twoja podróż. Wpadłaś tu z korytarza, powiedziałaś, że masz jakąś sprawę, a teraz mówisz o wyborach, które niby należą do mnie, ale brzmią, jakbyś już je za mnie podjęła. - Przez moment chciałem się roześmiać, rzucić jakąś kąśliwą uwagę, przypomnieć jej, że nikt mi niczego nie narzuci, bo nie jestem pionkiem przesuwanym po cudzej planszy, ale coś mnie powstrzymało - może sposób, w jaki się wypowiadała, może fakt, że nie brzmiała jak ktoś, kto chce wygrać sprzeczkę, tylko jak ktoś, kto naprawdę wierzył w coś znacznie większego.
- Słucham cię dłużej niż minutę, co, nawiasem mówiąc, mówi tyle samo o mnie, co o tobie, i wciąż nie rozumiem jednej podstawowej rzeczy. Dlaczego ty tak bardzo chcesz tu ze mną być. - Zrobiło mi się… Dziwnie ciężko, kiedy to mówiłem, jakbym wypowiadając te zdania, oddawał coś, czego nawet nie wiedziałem, że trzymam. Odruchowo opuściłem wzrok na swoje dłonie, palce same wykonały ruch, zanim zdążyłem go zatrzymać - spróbowałem obrócić coś na palcu, nawet jeśli nie było czego obracać. Zmarszczyłem brwi, zdezorientowany, i jeszcze raz spojrzałem na rękę, jakby mogła mi coś wyjaśnić, przez moment miałem wrażenie, że czegoś tam brakuje, że jakiś ciężar powinien znajdować się dokładnie w tym miejscu, a go nie ma. Mrugnąłem kilka razy, próbując rozproszyć to głupie uczucie.
Odruchowo zmrużyłem oczy, gdy powiedziała, że ma gdzieś moją sprawczość, to zdanie zapiekło, bo uderzało dokładnie w to miejsce, które zawsze uważałem za nienaruszalne.
-Ty naprawdę nie słyszysz, jak to brzmi. -  Odezwałem się znowu, nisko, wolno. - „Musi się stać”. „Nie ma innego wyjścia”. Wiesz, że to są dokładnie te same zdania, którymi ludzie usprawiedliwiają najgorsze decyzje? - Oparłem łokcie o kolana i splótłszy dłonie, pochyliłem się lekko w jej stronę, nie agresywnie, bardziej tak, jak robi się to, kiedy próbuje się kogoś dosięgnąć słowami. - Całe życie unikam sytuacji, w których ktoś mi mówi, że coś jest nieuniknione - dodałem ciszej - bo najczęściej „nieuniknione” oznacza po prostu „wygodne dla kogoś innego”. A to ty, nie ja, starasz się kompresować w cudze formaty i nazywasz to „elastycznością”. - Nie chciałem być dupkiem, ale dokładnie tak to zabrzmiało, nie mogłem cofnąć tych słów.
Każde kolejne zdanie układało się we mnie jak źle spasowane elementy układanki - niby pasowały kształtem, ale obraz, który próbowały stworzyć, był absurdalny, nie na miejscu, zbyt ciężki jak na zwykłą rozmowę w przedziale. Czułem, jak w miarę jej słów coś we mnie zaczyna się cofać, instynktownie, obronnie, jakby organizm próbował odsunąć się od rzeczy, które brzmią zbyt ostatecznie. Nie lubiłem takich deklaracji, nie lubiłem, kiedy ktoś mówił mi, że „nie ma innego wyjścia”, to zawsze był moment, w którym zapalała mi się czerwona lampka.
Oparłem łokcie o uda, splecionymi palcami podparłem brodę na krótką chwilę, pochylając głowę na kilka sekund, przez krótką chwilę patrząc w podłogę, bo wszystkie te absoluty odbijały mi się echem pod czaszką, mieszały się z rytmem wagonu - tym dziwnym, nierównym kołysaniem, które wciąż nie było do końca ani pociągiem, ani promem. Zmęczenie przyszło nagle, falą, jakby ktoś odkręcił kurek. Dopiero po sekundzie, po dwóch, zacząłem składać sens z tego strumienia, który wylewała przede mną, po czym znowu się wyprostowałem. Ten wagon był za wąski na takie rozmowy, za ciasny na jej uporczywe „proste sprawy”.
- Słucham cię od dobrych kilku minut. Siedzę tu, pozwalam ci wejść w moją przestrzeń, pozwalam ci mieszać mi w głowie, rzucać hasłami o końcu, powrotach, drugich stronach i pieprzonych pociągach, do których „nie powinno się wsiadać”. - Spojrzałem na nią uważniej, próbując zobaczyć coś pod spodem tej warstwy gasnącego opanowania i twardych deklaracji. - I wiesz co? To już jest więcej, niż ktokolwiek ma prawo ode mnie żądać w jednej rozmowie. To za dużo jak na jedno spotkanie. I za dużo jak na kogoś, kto pojawił się w moim przedziale znikąd. - Zacisnąłem szczękę, przesunąłem dłonią po udzie, nerwowo, jakbym chciał strząsnąć z siebie to uczucie, że ktoś próbuje mi włożyć w ręce cudzą odpowiedzialność. - A zanim powiesz, że nie znikąd, że z korytarza i przez drzwi - machnąłem ręką, mając nadzieję uciąć to jeszcze zanim zdążyła się odezwać - nie o to mi chodzi. - Uniosłem lekko brew, nie w geście kpiny, tylko ironicznego niedowierzania, te wszystkie wnioski jeszcze we mnie pracowały, układały się w jakieś niechciane sensy, rozpychały mi się pod żebrami. Mówiła szybko, zbyt szybko, jak ktoś, kto boi się, że jeśli zrobi pauzę, świat się zapadnie, zaciskała dłonie na kolanach, a ja to widziałem - widziałem więcej, niż powinienem widzieć u obcej osoby, i to mnie irytowało prawie tak samo, jak to, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Siedziałem przez chwilę, z ramionami opartymi o oparcie siedzenia, z głową lekko odchyloną w tył, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem, w rozmyte odbicie światła w szybie. Coś we mnie drgnęło przy tym słowie „zmęczony”, krajobraz za szybą rozmazał się w nierealnych smugach, jakby świat nie był już zbudowany z fizycznych kształtów, tylko z ruchu. Nie potrafiłem powiedzieć, czy pojazd przyspieszał, czy zwalniał, bo rytm, który wcześniej czułem pod stopami, stał się nierówny, zmienny, jak puls, który gubi tempo. Pociąg - albo to, co udawało pociąg - zakołysał się, po czym ponownie zaczął poruszać się bardziej miarowo, jakby próbował mnie uśpić, jakby chciał mi podpowiedzieć, że ta rozmowa nie była wcale potrzebna, że mogę po prostu pozwolić jej odpłynąć razem z krajobrazem. Nie zrobiłem tego.
Przechyliłem głowę lekko w bok, jakbym próbował ustawić ją pod właściwym kątem.
- Nie mów mi, jak działam. - Głos miałem spokojny, ale pod spodem kryła się chropowatość. - To jest właśnie ten moment, w którym zaczynasz przekraczać granicę. - Rzuciłem, splatając dłonie przed sobą, ten ruch był stary, wyuczony, obronny, to była pozycja człowieka, który nie zamierzał się cofnąć, nawet jeśli grunt pod nogami zaczynał się ruszać. Przesunąłem kciukiem po nasadzie palca, gdzie powinien być metal, którego nie było, zrobiło mi się od tego dziwnie ciężko w klatce piersiowej, zupełnie bez sensu, brak czegoś, czego nawet nie pamiętałem, nagle ważył więcej, niż powinien. - Nie potrzebuję eskorty. Nie potrzebuję towarzystwa. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi tłumaczył, że powinienem walczyć, że nie powinienem się godzić, że „to nie jest rozwiązanie”. - Nie było w tym złośliwości, było stwierdzenie faktu. - Wsiadłaś tu, bo tak zdecydowałaś. Jasne. Ale to nie znaczy, że teraz masz prawo rozstawiać mi drogowskazy i mówić, gdzie mam wysiadać. - Na moment spuściłem wzrok, jakbym zbierał kolejną myśl. - Nie masz pojęcia, ile razy już wracałem z podróży, z których nie powinno się wracać. Nie wiesz, ile rzeczy już przeżyłem, ile decyzji musiałem podjąć, ile razy wybierałem mniejsze zło albo jedyne dostępne wyjście. Ile razy podnosiłem się z podłogi tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto by to zrobił za mnie. Więc kiedy mówisz mi, że „za szybko się oswoiłem”, trafiasz kulą w ścianę, nie we mnie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, mierzyliśmy się wzrokiem w tym chwilowym zawieszeniu, które zapadało po czymś nieodwracalnym, i przez moment miałem wrażenie, że cały ten przedział skurczył się do przestrzeni między jej oczami a moimi. Była w tym jakaś brutalna intymność, coś, czego nie dało się już cofnąć, każde kolejne zdanie dokładało cegłę do konstrukcji, w której nagle byłem centralnym elementem, chociaż nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek zgodził się pełnić tę rolę.
Patrzyłem na nią dalej, próbując zrozumieć, skąd brała się ta jej determinacja, dlaczego tak kurczowo trzymała się mnie, człowieka, który od pierwszej chwili był dla niej nieprzyjemny, zdystansowany, zamknięty. Nie dawałem jej ciepła, nie dawałem bezpieczeństwa, nie dawałem nawet szczególnej uprzejmości, a ona mimo to siedziała naprzeciwko i mówiła o „razem”. Nie było w tym nic romantycznego, to nie była wymiana argumentów rodem z filmów, gdzie wszystko nagle staje się jasne, to była interakcja dwóch osób, z których jedna właśnie próbowała uratować świat, a druga usiłowała zrozumieć, dlaczego nagle wciągnięto ją w cudzą apokalipsę.
- Nie wiem, co sobie o mnie wyobrażasz, ani jaką historię dopisałaś do tej sytuacji, ale to nie jest tak, że ja tu siedzę, bo ktoś mnie zapomniał obudzić. Nie wsiadłem przypadkiem. Nie jestem dzieckiem, którego trzeba wziąć za rękę i przeprowadzić przez ulicę. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę na oczach - były uważne, zbyt uważne, ale nie w analityczny sposób, tylko w taki cichy, ludzki. Miała w sobie coś, co sprawiało, że chciało się jej słuchać, nawet kiedy mówiła rzeczy kompletnie oderwane od mojej rzeczywistości, to było niebezpieczne, bo łatwo było pomylić to z czymś więcej, jakby próbowała zajrzeć mi pod skórę, by wbić palce w miejsce, które było najbardziej podatne. Patrzyła na mnie, a we mnie coś miękło wbrew mojej woli, bo trudno było nie zauważyć, że miała w sobie coś… Jasnego - coś, co sprawiało, że chciało się mówić do niej łagodniej, nawet kiedy nie zgadzało się z każdym jej zdaniem - była jasna. W tym prostym, ale nieoczywistym sensie. Miała w sobie rodzaj żarliwego ciepła, które nie było wyniszczające, raczej uparte, konsekwentne, ale to nie zmieniało sedna.
- Wyglądasz, jakbyś wpakowała w to wszystko więcej emocji, niż ja w ogóle mam do zaoferowania. To się zdarza. Czasem człowiek widzi w kimś więcej, niż tam faktycznie jest. - Zrobiłem krótką pauzę, przechyliłem głowę. Wagon kołysał się miarowo, gdzieś pod podłogą coś rytmicznie pracowało, a za oknem krajobraz rozmywał się w nieokreślone plamy światła i cienia. Miałem wrażenie, że to wszystko działo się obok, jakby świat kontynuował swoją trasę niezależnie od tego, co właśnie rozgrywało się między nami. - Wydajesz się… - Uniosłem ramiona w drobnym geście bezradności, nawet nie próbując znaleźć słowa, którym mógłbym ją opisać. - Masz w sobie coś takiego. - Dodałem, z lekkim, gorzkawym półuśmiechem. W głowie miałem jej zdania, jedno na drugim, nakładające się jak zbyt szybko przewracane strony książki. „Droga bez powrotu”. „Nie wsiada się do takich pociągów”. „Razem albo wcale”. Nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo chciała tu ze mną być, dlaczego uparła się akurat na mnie, skoro od samego początku nie dawałem jej nic poza dystansem, szorstkością i nieufnością. Nie próbowałem jej uwodzić, nie byłem ciepły, nie byłem zachęcający. Wręcz przeciwnie -  robiłem wszystko, żeby zaznaczyć granice, a ona mimo to siedziała naprzeciwko, z tym swoim spojrzeniem, w którym było więcej determinacji niż rozsądku. Zawahałem się na moment, bo coś w jej głosie - w tym „nie chcę zostać sama” - uderzyło we mnie dziwnie mocno, nieproporcjonalnie do sytuacji.
- Ale dlaczego ja. - To nie było pytanie zadane głośno od razu, najpierw przemknęło mi przez głowę, potem przez gardło, aż w końcu wyszło, chropowate, krótkie. Patrzyłem na nią, próbując doszukać się w jej twarzy czegoś, co by mi to wyjaśniło, czegoś logicznego, racjonalnego. Zamiast tego widziałem tylko upór i to coś bardziej osobistego, co nakazywało jej mówić, mimo wszystko, splecione w jedno. Widziałem w jej oczach napięcie, determinację, może nawet strach, który próbowała maskować racjonalnymi zdaniami i pozorną kontrolą, i coś jeszcze - coś, czego nie potrafiłem nazwać, ale co przypominało mi ludzi stojących przy łóżkach szpitalnych, kiedy lekarz wychodzi z sali i zostawia ich z ciszą. - Poważnie. Czemu akurat ja? - Uniosłem lekko brew, ale nie ironicznie, bardziej z konsternacją. To nie było pytanie retoryczne, to było realne, proste „dlaczego akurat ja”, rzucone w przestrzeń między nami. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i wypuściłem powietrze nosem, krótko, nierówno. - Spójrz na mnie. Z całego pieprzonego świata… - Oparłem się mocniej o oparcie, ułożyłem dłonie na udach, jakbym chciał pokazać, że jestem tu, cały, kompletny - i jednocześnie kompletnie nie tym, kogo szuka. Machnąłem krótko dłonią, jakby prezentował samego siebie jako argument, chcąc odsunąć od siebie całe to jej „podążę za tobą”. Przesunąłem po niej spojrzeniem, wolno, bez wstydu, od twarzy po dłonie splecione na kolanach, szukając jakiegoś śladu sensu tej sceny, próbując sprawdzić, czy naprawdę siedziała przede mną ta sama osoba, która jeszcze chwilę temu negocjowała przestrzeń przy pomocy gumy balonowej i półżartów, a teraz nagle mówiła o końcach, drugich stronach i podążaniu za kimś, kogo nawet nie znała.
- Mówisz mi, że mam być twoim „albo–albo”. - Pokręciłem głową, ponownie, trochę szerzej ozłożyłem dłonie w geście, który miał oznaczać „oto cały towar”. - Nikt normalny nie wybiera mnie w takich sprawach. Nigdy. - Nie stawia się mnie na pierwszym miejscu, nie robi się ze mnie planu A, nie uzależnia się od mojej obecności własnych decyzji życiowych. To nie jest mój zakres kompetencji. - Są ludzie bezpieczniejsi, lepsi, bardziej… Sensowni. - Tacy, których się naturalnie trzymało w tych delikatnych sprawach. - Jak widać, ja do tej kategorii nie należę. Jestem tym, którego się bierze, kiedy inne, łagodniejsze opcje już się skończyły. Albo kiedy komuś się pali grunt pod nogami. - To wyszło ze mnie sucho, niemal technicznie, jakby to była kwestia logistyczna, a nie coś, co ktoś właśnie próbował obudować swoimi znacznie głębszymi emocjami. To nie była fałszywa skromność ani dramatyzowanie - to był fakt, z którym żyłem wystarczająco długo, żeby przestać się z nim kłócić. Ludzie nie priorytetyzowali mnie w takich momentach, nie stawiało się mnie na piedestale, nie robiło się ze mnie osi świata, nie rzucało wszystkiego, żeby siedzieć naprzeciwko mnie w jakimś dziwnym przedziale i opowiadać o wspólnym końcu, jeśli ktoś coś wybierał, to zawsze było coś ważniejszego, pilniejszego, bardziej sensownego, dlatego to, co mówiła, zwyczajnie tu nie pasowało. Jeśli ktokolwiek miał rozsądek, to omijał ludzi mojego pokroju szerokim łukiem albo zostawiał na koniec listy, obok rzeczy pod tytułem „jeśli już naprawdę nie ma innych opcji”. Słuchałem tych wszystkich „razem”, „z tobą”, „po drugiej stronie”, jakby mówiła o jakiejś wycieczce krajoznawczej, a nie o czymś, co brzmiało jak ostateczność, i im dłużej mówiła, tym bardziej miałem wrażenie, że kompletnie pomyliła adres.
- Nie jestem zagubiony. Przynajmniej nie na tyle, żeby potrzebować kogoś, kto wpadł tu z korytarza i nagle próbuje mi tłumaczyć sens dalszej drogi. - Mówiłem spokojnie, rzeczowo, jakbyśmy rozmawiali o źle dobranym pociągu albo pomylonej platformie. - I nie potrzebuję, żebyś deklarowała, że będziesz za mną chodzić jak cień. - Zrobiłem krótką pauzę, w moim głosie nie było pogardy, była uczciwość.
Widziałem w niej coś dobrego - coś, co pewnie ktoś inny potrafiłby przyjąć z otwartymi ramionami. Miała w sobie miękkość, nawet teraz, kiedy próbowała grać twardą, miała tę przedziwną zdolność mówienia o sprawach ostatecznych tak, jakby były logistycznym problemem do rozwiązania. Była… Była, po prostu była, w tym nieoczywistym sensie, który nie polegał na uśmiechach, tylko na gotowości, by zostać, nawet kiedy ktoś konsekwentnie daje ci sygnały, że nie ma na to przestrzeni - właśnie dlatego musiałem to uciąć.
- Gdzieś tam na pewno jest ktoś, kto doceni to wszystko. - Powiedziałem w końcu, trochę jakby do samego siebie, na oślep machając dłonią w kierunku korytarza. - Twoją determinację, to, że walczysz, że nie odpuszczasz. Ktoś, kto będzie gotów wejść z tobą w to „razem”, o którym mówisz. Kto będzie gotów iść z tobą, gdziekolwiek chcesz. - Zrobiło mi się przy tym dziwnie ciężko, zupełnie nieproporcjonalnie do sytuacji, jakby mówił to ktoś inny, a ja tylko wypowiadał jego kwestie. Prawie zapomniałem o zaginionej obrączce, o artefakcie, o „Nich”, o całej tej chorej układance, ale teraz znowu próbowałem obrócić ją na palcu, i znowu jej tam nie było. Mrugnąłem, potrząsając głową. - Nie rzuca się wszystkiego tylko dlatego, że jakiś obcy facet siedzi w przedziale i wygląda, jakby miał swoje pięć minut egzystencjalnej zadumy. - Przez chwilę milczałem, jakbym ważył kolejne słowa, ale tak naprawdę już wiedziałem, co chcę powiedzieć. - Wybierasz bardzo dziwną osobę na punkt odniesienia. Byłem dla ciebie szorstki. Od początku. Nie próbowałem cię czarować, nie dawałem żadnych obietnic, nie otwierałem się jak w taniej powieści. A ty mimo to siedzisz tu i mówisz, że podążysz za mną gdziekolwiek. - Pokręciłem głową, krótko, prawie bezwiednie. - Więc albo czegoś nie mówisz, albo źle celujesz. Jeśli naprawdę chcesz komuś towarzyszyć, jeśli naprawdę boisz się zostać sama, to znajdź kogoś, kto potrafi to unieść. Kogoś, kto jest do tego stworzony. - Zatrzymałem spojrzenie na jej oczach. „Bo ja nie jestem”.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 02.02.2026

Miała wrażenie, że ta rozmowa nie jest w stanie przynieść niczego dobrego. Benjy - cóż był sobą. Nie powinna go za to winić, ale w tej chwili naprawdę trudno jej się z nim dyskutowało. Wiedziała, jakie miał podejście do ludzi, zdawała sobie sprawę z tego, jakim był człowiekiem, ale teraz naprawdę ją to irytowało. Rzucali w siebie kolejnymi argumentami, tylko, że nie przynosiło to niczego dobrego. Ciągle tkwili w miejscu, a nie mieli zbyt wiele czasu. Nie podobało jej się to, że nie była w stanie nic osiągnąć poprzez tę konwersację. Oczywiście, że nie miała zamiaru ustąpić, nie była osobą, która się poddawała, jednak liczyła na to, że jakoś uda jej się do niego przemówić. Niestety to nie było takie proste, nie, żeby zakładała, że będzie prosto, ale może odrobinę liczyła na to, że będzie to wyglądało inaczej, no - przeliczyła się, nie było co sądzić inaczej.

Jej słowa odbijały się od niego jak od ściany, jedno za drugim, zdanie za zdaniem, miała ochotę warknąć, ale nie mogła sobie na to pozwolić, docierało do niej, że w ten sposób nic z nim nie ugra. Wiedziała przecież, że nie był najłatwiejszym przeciwnikiem, kiedy uznawał kogoś za zupełnie obcego naprawdę trudno było przemówić mu do rozsądku. Nie mogła się jednak poddać, zdawała sobie sprawę, że ich wspólna przyszłość od tego zależy, prędzej, czy później będzie mu musiała wszystko wyjaśnić, tylko powoli zaczynała zastanawiać się nad tym, czy uwierzy jej na słowo, na pewno nie.

- Jeszcze dobrze nie zaczęłam. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, jednak nie był to szczery uśmiech, bardziej złośliwy.

- Nie zawsze takie podejście popłaca, w tej chwili marnuję czas na to, aby udowodnić Ci, że nie jestem Twoim wrogiem, że nie życzę Ci źle, mógłbyś raz, ten jeden raz zmienić nastawienie. - Nie miała zamiaru się z nim przepychać, doskonale zdawała sobie sprawę z czego wynikało takie podejście, a nie inne. Zresztą sama nie należała do szczególnie ufnych ludzi, ale nie miała czasu na kolejne gierki, czuła, że zbliża się moment, w którym powinni opuścić to miejsce, nie powinna być delikatna, szczypać się zbytnio, bo to zdecydowanie nie działało tak, jak powinno.

- Dlaczego zawsze musisz wszystko utrudniać... - Mruknęła bardziej do siebie pod nosem, niżeli do niego. Naprawdę w tej chwili zaczynało brakować jej cierpliwości, nie powinna go o to winić, bo przecież nie dała mu zbyt wielu informacji, pojawiła się tutaj zupełnie znikąd, zaburzyła jego podróż, miał prawo wątpić w słuszność jej obecności w tym miejscu, jednak nie do końca tego się spodziewała. Mogła nastawić się na nieco bardziej skomplikowaną walkę.

- Tak, wiem, nie jesteś taki, masz swoje doświadczenie, najlepiej być przygotowanym na najgorsze, znam ten rok myślenia. - Uniosła wzrok i przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Nie miała pojęcia w jaki sposób powinna reagować, spodziewała się, że zarzuci jej kłamstwo, gdy powie mu całą prawdę, naprawdę znajdowała się w patowej sytuacji i zaczęła sobie zdawać z tego sprawę. Nie mogła mu pokazać w żaden sposób tego, co się wydarzyło, a bez faktów wydawała się być na straconej pozycji.

- Fantastycznie, dzięki wielkie za Twoją łaskę. - Metr powietrza, no nie mogło być lepiej. To znaczy niby mógł wyrzucić ją za drzwi, więc nie było, aż tak źle, jak się mogło wydawać, mimo wszystko czuła, że ta jej misja nie mogłaby potoczyć się gorzej. Nie znosiła przegrywać, nie znosiła, kiedy nic nie szło według tego, co sobie zaplanowała. Na jej twarzy pojawił się grymas, nie była szczęśliwa z takiego rozwinięcia się sytuacji.

Właśnie dlatego mówiła dalej, nadal nieco naokoło, może trochę bardziej konkretnie, ale bez faktów, nie podała mu tego wszystkiego na tacy, bo obawiała się, że nie przyjmie tego najlepiej, zarzuci jej kłamstwo, wywali ją za drzwi i tyle by z tego było. Próbowała w głowie ułożyć sobie jakiś plan, ale nie wychodziło jej to najlepiej, jak niby miała ułożyć sobie plan na takie ewentualności? Czas ich gonił, on jej nie rozpoznawał, czuł za to, że nie pasuje do tej przestrzeni pomiędzy, próbowała coś z tym zrobić, ale to nie działało. Myśl Prue, myśl. Powtarzała sobie w głowie, chociaż to chyba też niczego nie zmieniało.

- Tak, to nie jest mój pociąg, to nie jest moja podróż, ale jednak tutaj jestem, gdybym nie miała ku temu powodu, to nie usiłowałabym tak bardzo tutaj zostać. - Ten wniosek nasuwał się sam, nie zaprzeczała mu, nie negowała tego, że nie powinno jej tutaj być, ale jednak jakimś cudem udało jej się dostać do środka. Sam zauważył, że zależało jej na tym, żeby tutaj zostać.

Widziała, że spoglądał na swoje dłonie, odruchowo więc również tam skierowała swój wzrok, wiedziała, czego brakuje, być może to wyczuwał, być może instynkt przez niego przemawiał, z drugiej strony, czy to możliwe, że przez te kilka dni ten ciężar aż tak utkwił mu w pamięci, nie mogła tego negować, ale to było odrobinę zaskakujące.

- Bo nie chcę być nigdzie indziej, nie chcę być tam, gdzie Ciebie nie ma. - Była to niezwykle elokwentna odpowiedź, która niosła ze sobą kolejne pytania, co do czego nie miała wątpliwości. Nie potrafiła jednak póki co, dać mu innej. Nie miała pojęcia na ile może sobie pozwolić, zresztą wątpiła w to, że jak zacznie mówić prawdę, to jej po prostu uwierzy, dowody, brakowało jej dowodów.

- Słyszę, jak to brzmi, tylko, że nie do końca mam możliwość udowodnić Ci swoją rację, nie tutaj, nie w tym miejscu, po prostu niektóre decyzje są nieuniknione, bez względu na to, co sobie myślisz, nie chcę Twojej krzywdy, zależy mi na tym, żeby wszystko uporządkować, żeby jeszcze było normalnie, dobrze, bo mieliśmy za mało czasu, zbyt mało. - Odetchnęła ciężko i zacisnęła jeszcze mocniej dłonie na swoich kolanach, czuła, że paznokcie zaczynają jej się wbijać w skórę.

- Tu nie chodzi o mnie, o moją wygodę, a o Ciebie, ja jestem tu przypadkiem, bo chcę Ci pomóc, może to trochę egoistyczne, bo mam ku temu swoje pobudki, ale chodzi tylko i wyłącznie o Ciebie. - To, że nie wyobrażała sobie swojej dalszej drogi bez niego było inną sprawą, nie miała zamiaru pozwolić mu odejść, musiała więc jakoś na to wpłynąć, kiedy on tak ochoczo postanowił wziąć udział w tej nieszczęsnej podróży.

- Jaki jest cel Twojej podróży, dlaczego wydaje Ci się, że ten przedział należy do Ciebie, zastanów się nad tym, łatwo przyszło Ci założyć, że jestem intruzem, że przeszkadzam, że nie powinno mnie tu być, dlaczego jednak tak usilnie chcesz jechać dalej? Dlaczego nie myślisz o tym dokąd prowadzi ta droga? - Wydawało jej się, że tak po prostu uznał, że ma jechać dalej i już, zamiast zacząć negować słuszność tej drogi, którą miał odbyć.

- Nie da się pojawić znikąd, przecież o tym wiesz, to duże niedopowiedzenie, chociaż poniekąd możesz to tak odbierać. Jestem tu, bo chciałam tu być, bo chciałam Cię zatrzymać, nie mogłam pozwolić na to, abyś jechał dalej, bo to jeszcze nie czas. - Nadal nie do końca wprost mówiła do czego zmierza, ton jej głosu jednak był coraz mniej spokojny, powoli traciła nad sobą panowanie, bo czuła się bezsilna, a nie znosiła tego uczucia, nie potrafiła go znieść.

- Jaką granicę? Tą, którą nagle wyznaczyłeś? Tu nigdy nie było granic. - Nie mogła mieć do niego o to pretensji, bo przecież wiedziała, że nie dostrzegał wszystkiego, postawiono go gdzieś pomiędzy, bez niezbędnych informacji i szczegółów, ale nie dawał sobie wytłumaczyć, jak wiele zależało teraz od tej jednej decyzji.

- Trudno jest mi nie mówić o tym, jak działasz, skoro doskonale to wiem, nie dostrzegasz tego, znam Cię, dużo bardziej, niż Ci się wydaje. - Co mogło być niepokojące dla niego, zwłaszcza, że uznawał ją w tej chwili za zupełnie obcą osobę - miała to już gdzieś, przestała być ostrożna. Wydawało jej się, że jeśli nie zacznie działać bardziej agresywnie, to niczego nie osiągnie, szkody będą większe, niż jeśli nadal będzie chodziła wokół niego na palcach, na to nie było już czasu.

- Tak się składa, że sam dałeś mi do tego prawo, a teraz z niego korzystam. - No, może było w tym nieco niedopowiedzenia, i przesady, bo pewnie nie spodziewał się, że będzie osobą, której uda się znaleźć w podobnym miejscu, jednak dla Prudence nie było rzeczy niemożliwych, co czasem dziwiło nawet ją samą, ale potrafiła być wyjątkowo zdeterminowana, kiedy jej na kimś zależało, to był właśnie jeden z tych momentów.

- Być może nie mam pojęcia, nie było mnie przy Tobie przez całe Twoje życie, jednak wiem, że ta podróż jest inna niż wszystkie, może być ostatnią, w zasadzie to pewnie już została uznana za ostatnią, dopóki się tutaj nie znalazłam, ale skoro już mi się udało trafić do tego miejsca to nie ma szans na to, że ją dokończysz, nie sądzę zresztą, że chcesz, aby to był koniec, naprawdę? Teraz? Teraz, kiedy wszystko zaczęło mieć sens? - Nadal rzucała mu tylko i wyłącznie drobne sugestie, chociaż może były coraz mniej subtelne, miały sprawić, żeby zaczął negować sens tej podróży w której uczestniczył.

Spoglądał jej w oczy, nie uciekała spojrzeniem, wręcz przeciwnie, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, co miało świadczyć o tym, że jeszcze się nie poddała, jeszcze walczyła o to, żeby jej posłuchał. Nie tak sobie to wyobrażała, ale właściwie, czy w ogóle powinna mieć jakiekolwiek wyobrażenia dotyczące zaistniałej sytuacji? To był jej pierwszy raz, kiedy w ogóle znalazła się w takim miejscu, musiała sobie radzić z tym, co dostała, prosta sprawa.

- Całkiem śmiało zakładasz, że sobie coś dopisałam. Zauważ, że to ja jestem z zewnątrz, to ja posiadam więcej informacji, to ja próbuję Cię ocalić, kiedy Ty tak po prostu siedzisz tutaj i uznajesz, że ta podróż jest właściwa, nie zadajesz pytań, widzę przecież, że coś Ci nie pasuje, od kiedy tak po prostu pozwalasz na to, żeby coś wokół Ciebie się po prostu działo? Dlaczego przyjmujesz to takie, jakie jest, dlaczego nie zadajesz odpowiednich pytań, skupiasz się na mnie, jakbym to ja była Twoim największym problemem. Zacznij skupiać się na tym, co naprawdę jest ważne. - Zdawała sobie sprawę, że jej słowa mogą go tylko zirytować, bo ponownie sugerowała mu, co powinien robić, a czego nie, a on tego nie znosił, była jednak gotowa sobie z tym poradzić.

- Och, pierdolenie. - Być może w tej chwili faktycznie wyglądała na kogoś, kto miał w sobie zbyt wiele emocji, już praktycznie nie trzymała ich na wodzy, brakowało jej wcześniejszego spokoju, ale czuła, że czas przesypuje się jej przez palce. - Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co kryje się pod tą fasadą. - Machnęła ręką, rysując w powietrzu kształt. - Ja wiem co jest pod tym wszystkim, co znajduje się w środku, wiem kim jesteś, wiem, że to tylko pozory, wiem, jaki jesteś naprawdę Benjy. - Mógł jej mówić o tym, że nie miał do zaoferowania żadnych emocji, ale ona wiedziała swoje, tylko w tej chwili nie do końca miała świadomość w jaki sposób mogłaby go poruszyć, bo nadal traktował ją jak kogoś obcego, musiała go obudzić, wyrwać z tego dziwnego stanu w jakim się znajdował, nie miała pojęcia, czy w ogóle było to możliwe, ale musiała spróbować.

Próbował coś powiedzieć, ale najwyraźniej brakowało mu słów. Cóż, nie powinna się tu znaleźć, nie powinna tutaj być, uniemożliwiała mu odbycie tej podróży w spokoju i musiał jej to wybaczyć. Miała swój własny cel, który dotyczył jego osoby, na pewno trudno było mu to zrozumieć, bo znajdował się w tym dziwnym miejscu, które mieszało mu w głowie, do tego ona dokładała do tego swoją cegiełkę, która powodowała, że to było jeszcze bardziej skomplikowane, nie mogło być jednak zbyt lekko, nie kiedy jego żona się w to zaangażowała i nie zamierzała dopuścić do tego, żeby odszedł sobie w spokoju. Była okropnie zdeterminowana, żeby mu przeszkodzić w tej ostatniej podróży, miała nadzieję, że to zrozumie, że wybaczy jej nadgorliwość.

- Też się czasem sobie dziwię, zwłaszcza w takich momentach, zapomniałam jaki potrafisz być upierdliwy. - Mruknęła cicho, do siebie pod nosem, kiedy zapytał ją dlaczego padło właśnie na niego. Niby wiedziała dlaczego zadawał te pytania, trudno było ich nie zadawać, bedąc na jego miejscu. Musiała być dla niego w tej chwili jakąś wariatką, gadającą od rzeczy, która uparła się na swoje, ale miała to gdzieś, nie pierwszy raz ktoś mógł wziąć ją za wariatkę, przywykła nawet do tego przez te wszystkie lata.

- Całkiem słusznie zauważyłeś, że nie jestem normalna, ale w tym przypadku nie uznam tego za obrazę. - Zawsze byli dalecy od normalności, dobrze, że nadal to widział, szkoda, że nie dostrzegał jeszcze pełnego obrazu, ale miała wrażenie, że zbliżają się powoli do nieuniknionego.

- Nie musisz mi mówić do jakiej kategorii należysz, a do jakiej nie należysz, ja to wiem, zawsze wiedziałam, a i tak nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że jesteś jedynym, właściwym wyborem. - Mógł sobie mówić to wszystko, już dawno wiedziała, czego chce, było za późno na zmianę zdania, zresztą nie łatwo było jej coś wyperswadować, gdy się uparła. W tej chwili nie brakowało jej zawziętości, wręcz przeciwnie, sięgała po jej najgłębsze pokłady.

- Nie wiem, czego w tym nie rozumiesz, podjęłam decyzję, idę z Tobą w jedną, albo w drugą stronę, musisz się z tym pogodzić, jeśli mam umrzeć z Tobą, to tak się stanie, nie wyjdę stąd bez Ciebie, jeśli się nie ruszysz to zostaniemy w tym razem, tak po prostu, nawet jeśli ciężko Ci zrozumieć dlaczego postępuję w ten sposób. - Pierwszy raz ubrała to w słowa, być może nadal nie zdawał sobie sprawy z tego, że mówiła o śmierci, chociaż można było to wywnioskować z jej poprzednich słów, wiedziała, że był bystry, na pewno to do niego dotarło.

- Tak, nie rzuca się wszystkiego dla kogoś obcego, więc powinno zacząć do Ciebie docierać to, że nie jesteś dla mnie obcy, wręcz przeciwnie. - Starała się uspokoić głos, mówić spokojnie, bo wiedziała, że emocje jej w tej chwili nie pomogą, mogły tylko zaszkodzić, jednak to wcale nie było takie proste, bo gotowała się w środku, bała się, że nie uda im się dojść do konsensusu.

- To zabrzmi źle, gorzej się nie da, ale Cię kocham, po prostu Cię kocham, więc odbędę z Tobą tą podróż, nawet jeśli uznasz mnie za wariatkę, która nie powinna się tu znaleźć, nawet jeśli mnie nie rozpoznajesz, jeśli chcesz tu zostać, to zostanę z Tobą, zaakceptuję Twoją decyzję, chociaż mi się nie podoba, ale nie wiem, jak miałabym Cię stąd wyciągnąć, jeśli tego nie chcesz. - Przeniosła wzrok na swoje buty, oddychała spokojnie, chociaż była bardzo mocno zdenerwowana, czuła, że zawiodła, że miała w sobie za mało determinacji, jednak trudno jej było znaleźć bardziej właściwe słowa, postanowiła jednak jeszcze coś powiedzieć, może prawda miała się sama obronić. - Umierasz Benjy, ja nie chciałam do tego dopuścić, nie mogłam do tego dopuścić, dlatego się tutaj wkradłam, nie wiedziałam, że to możliwe, ale tu jestem, nie powinno mnie tu być, przeszkadzam Ci w Twojej podróży, ale nie zniknę, nie wiem, co się stanie, jeśli dojadę z Tobą do końca, ale możemy to sprawdzić, to nic takiego, jeśli tego właśnie chcesz, to możemy tutaj zostać, w końcu to Twoja podróż. - Miała nadzieję, że jej słowa nie zaszkodzą jeszcze bardziej, ale tak naprawdę, czy jeszcze miała coś do stracenia?




RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 03.02.2026

Wagon kołysał się miarowo, metaliczne stuknięcia kół układały się w rytm, który zwykle działał na mnie całkiem kojąco, ale teraz tylko podkreślał napięcie wiszące między nami. Siedziałem naprzeciwko niej, z tą dobrze wyćwiczoną nonszalancją, która zwykle działała jak tarcza, w tym absurdalnie wąskim przedziale, który nagle postanowił udawać salę przesłuchań, i miałem wrażenie, że z minuty na minutę coraz mniej rozumiem, nawet jeśli nasza wymiana zdań zdecydowanie się zagęszczała. Patrzyłem na nią bez mrugnięcia, jakby to intensywne wpatrywanie się miało w końcu wyciągnąć z niej całą prawdę, warstwa po warstwie - jej słowa osiadały we mnie ciężko, jedno na drugim, układając się w dziwnie niewygodną konstrukcję z sugestii, półwyznań i tej charakterystycznej determinacji, z jaką reagowała na wszystkie moje zaczepki, odkąd przestała fizycznie się wycofywać. Oparłem się głębiej o siedzenie, rozkładając się na nim jak dzieciak, który właśnie postanowił być problemem - rozciągając ramiona, jakbym naprawdę miał tu komfortową przestrzeń, a nie przedział, który nagle zaczął przypominać klatkę, i przesuwając stopę, aż czubek mojego buta niemal dotknął jej, nie agresywnie, tylko demonstracyjnie - ta wersja mnie była stara jak świat, starsza od tej, do której dorosłem przez te wszystkie lata, jakie minęły, odkąd mieliśmy okazję siedzieć wspólnie w przedziale, ale w tym momencie wychodziła na wierzch przed wszystkimi późniejszymi schematami zachowań, które wyrabiałem przez lata transformacji z zaczepnego dupka w odrobinę bardziej zdystansowanego typa spod ciemnej gwiazdy. Nie kontrolowałem tego powrotu do przeszłości, nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo to mogło być niewłaściwe względem doroślejszego mnie. Przez dłuższą chwilę po prostu siedziałem, bębniąc palcami o własne kolano i patrząc na moją współpasażerkę tak, jakby nagle zaczęła mówić w obcym języku. Nie tym dosłownym - rozumiałem każde słowo - tylko takim, który nie przystawał do żadnej znanej mi struktury rzeczywistości. Byłem skonfundowany, nie odwracałem jednak wzroku, nie dlatego, że chciałem ją przycisnąć - raczej dlatego, że jeśli miałem się z tego jakoś wyplątać, potrzebowałem widzieć cały obraz, jej twarz, każdy mikrogest, każde zawahanie.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najciekawsze? - Zapytałem spokojnie, z tym półuśmiechem, który zwykle działał ludziom na nerwy, praktycznie nie dając jej czasu na sformułowanie odpowiedzi, tylko od razu sobie odpowiadając. - To, że mówisz „nie chodzi o mnie”, a potem przez pięć minut opowiadasz dokładnie o tym, jak bardzo chodzi o ciebie. Nie rób ze mnie idioty, dobrze? To, że nie mam wszystkich informacji, nie znaczy, że nie potrafię czytać między wersami. - Przechyliłem głowę, pozwalając spojrzeniu zatrzymać się na jej dłoniach wbitych w kolana. Wagon zadrżał na zwrotnicy, dokładnie w tym samym momencie, w którym ja poczułem się tak, jakby coś we mnie też zaczęło zmieniać tor. Odetchnąłem wolno, czując w płucach metaliczny posmak powietrza z ogrzewania, kręcąc głową.
- Pytasz, dokąd jadę. Dlaczego tak uparcie chcę jechać dalej. - Zaśmiałem się cicho, krótko, bez rozbawienia, bardziej parsknięciem niż pełną piersią. - Bo w przeciwieństwie do ciebie nie mam luksusu zatrzymywania świata w pół kroku. I nie, nie siedzę tu dlatego, że uważam tę podróż za właściwą albo niewłaściwą. Siedzę tu, bo czasem jedyne, co możesz zrobić, to pozwolić rzeczom się dziać i obserwować. Nie jadę dalej dlatego, że nie myślę o konsekwencjach. Jadę dalej właśnie dlatego, że o nich myślę. Ty chcesz porządku i „normalnie”, ja już dawno zrozumiałem, że normalność jest tylko krótkim przystankiem między jedną katastrofą a drugą. Z jakiej racji miałbym opuszczać miejsce, w którym jest spokojnie, po to, by wyskakiwać przez drzwi? - Zostawiłem to między nami, jak otwartą ranę, której nie zamierzałem zszywać - bo po co? - pociąg jechał dalej, a coś we mnie podpowiadało, że prowadził z punktu A do punktu B, bez dodatkowych przystanków i zatrzymań, wbrew słowom mojej towarzyszki o możliwości wysiadania gdzieś pomiędzy.
Wagon kołysał się jednostajnie, metal pod podłogą odpowiadał cichym pulsem, a ja liczyłem te drgania odruchowo, jak kiedyś kroki na schodach wieży astronomicznej, co było dosyć absurdalnym porównaniem, ale wcale tego nie kwestionowałem. Skupiłem się raczej na tym co mówiła kobieta siedząca przede mną, wreszcie zaczęła rzucać we mnie konkretami, tyle tylko, że każde kolejne zdanie dokładało cegłę do muru, który rzekomo próbowała rozebrać. Patrzyłem na drobne dłonie, na to, jak bielały knykcie szczupłych palców, i przez moment rozważałem, czy nie zaproponować jej chusteczki albo czegoś równie groteskowo grzecznego. Tak po prostu, bez żadnej większej potrzeby, niektórzy potrzebowali zająć czymś dłonie - tak, jak w moim przypadku wyglądało żucie gumy.
-Nie. - Mój głos stwardniał odrobinę, gdy doszliśmy do tego, jak blisko była, by przegiąć ze swoimi absolutami. - Granice były zawsze. Po prostu wcześniej nie musiałem ich rysować flamastrem na ścianie wagonu. - Wsunąłem palce w kieszeń płaszcza, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, czując napięcie pod skórą, to charakterystyczne mrowienie, kiedy ktoś próbuje postawić mnie pod ścianą zbudowaną z dobrych intencji, ale zaraz potem znowu sięgając, by przejechać palcami po włosach na karku. - To, że ich nie widziałaś, nie znaczy, że nie istniały. Może po prostu byłaś przyzwyczajona, że je przesuwam, kiedy masz ochotę wejść dalej. - Potarłem skroń kciukiem, byłem spięty, bardziej niż chciałem pokazać. Na ułamek sekundy zabrakło mi słów, to prawda, nie dlatego, że mnie rozbroiła - dlatego, że część jej zdań trafiała w miejsca, których wolałem nie dotykać w przestrzeni publicznej, nawet tak dziwnej jak ta, zwłaszcza z osobą zdającą się czytać ze mnie niczym z otwartej księgi.
Patrzyłem na nią długo, kiedy rzuciła, że sam dałem jej do tego prawo, do tych wszystkich wymagań i deklaracji, i przez moment naprawdę próbowałem sobie przypomnieć, w którym dokładnie miejscu mojego życia rozdawałem takie pozwolenia na lewo i prawo. Jeśli to zrobiłem, musiało być dawno, albo w jakimś stanie, którego dziś nie uznawałem za wiążący - powinienem był więc powiedzieć coś na temat takich gwarancji, ale zamiast tego w końcu wypuściłem powietrze powoli, jakbym składał broń na stół, nawet jeśli w środku czułem ten znajomy skurcz, to napięcie między chęcią śmiechu a impulsem, żeby wstać i przejść się korytarzem.
- Dobrze. - Jedno słowo, krótkie, techniczne, nie synonim zgody, ale też nie wyraz ironii. Zawiesiłem na niej spojrzenie, chłodne, ale nie pozbawione tej zaczepnej iskry, którą zwykle zostawiałem na koniec, po czym oparłem się plecami o siedzenie i skrzyżowałem ręce na piersi - to był mój stary nawyk z przesłuchań i negocjacji - pozycja, w której niczego nie oddajesz, ale też nie atakujesz pierwszy. - Skoro tak. - Uniosłem lekko podbródek, ledwie, ten gest był bardziej dla mnie niż dla niej. - Posłuchaj. - Powiedziałem spokojniej, chociaż w moim głosie wciąż wybrzmiewała tamta zaczepna nuta. - Jeśli naprawdę znasz mnie tak dobrze, to wiesz też, że nie zatrzymuje mnie dramatyczna pauza ani cudza presja. Wiesz, że im mocniej ktoś próbuje mi zamknąć drzwi, tym szybciej sprawdzam, co jest po drugiej stronie, tak, ale też nie pcham się wszędzie tam, gdzie jestem zapraszany z otwartymi ramionami. - Parsknąłem krótko, ostro, zanim zdążyłem się powstrzymać, ten dźwięk odbił się od ścian przedziału jak coś obcego, zbyt głośnego jak na to miejsce, i przez moment sam siebie nie poznałem. Rozłożyłem ręce w geście, który mówił jednocześnie „proszę bardzo” i „no dalej”, czując to znajome napięcie pod skórą - to samo, które kiedyś wypełniało mnie od środka, gdy miałem szesnaście lat i wydawało mi się, że cały świat jest albo przeszkodą, albo narzędziem. - Jeśli mówisz, że to może być ostatnia podróż, to powinnaś też wiedzieć, że straszenie końcem świata rzadko działa na kogoś, kto już dawno pogodził się z tym, że wszystko kiedyś się kończy i nawet całkiem lubi nowe początki. - Coś w tej sytuacji wymusiło we mnie inny ton, bardziej nagi, szczery, pozbawiony zbędnej ornamentyki, ale wciąż nieprzychylny i powątpiewający.
Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem od góry do dołu, bez szczególnej subtelności - coś we mnie odnotowywało każdy jej ruch, każdą zmianę oddechu, każde drgnięcie ust - jej pewność siebie, to „zawsze wiedziałam”, uderzyło we mnie jak coś znajomego, jak echo dawnych rozmów, których nie potrafiłem już dokładnie umiejscowić w czasie. Patrzyłem na nią uważnie, szukając w jej oczach tej wersji mnie, o której mówiła, tego „jedynego właściwego wyboru”, znalazłem tylko kobietę na granicy wytrzymałości. Pociąg nadal jechał, rytmicznie, uparcie, bezdusznie konsekwentnie, a ja odruchowo przetarłem dłonią twarz, jakbym próbował zetrzeć z niej zmęczenie, które zaczynało mi ciążyć, mrugając na kolejne słowa, jakie do mnie dotarły.
„Jeśli mam umrzeć z Tobą” - wtedy po raz pierwszy naprawdę przestałem się uśmiechać - nie drgnąłem od razu, patrzyłem na nią przez kilka sekund w milczeniu, jakby ktoś nagle zmienił zasady gry w połowie rozdania. Przez moment miałem wrażenie, że pociąg zwolnił, choć wiedziałem, że to tylko moje ciało próbowało nadążyć za tym, co właśnie usłyszało, oparłem się mocniej o siedzenie, przeciągając dłonią po twarzy. Podniosłem dłoń w prostym geście, nie rozkazującym, raczej proszącym o chwilę ciszy, ale ona nadal mówiła - gdy już się rozpędziła, była szybsza od pojazdu wodno-lądowego, którym się poruszaliśmy.
„Kocham cię”.
Tak, „kocham cię”, deklaracja, której raczej nie mówiło się w kierunku obcych, nie w tym tonie, nie tak, jak to zabrzmiało, gdy uderzyło we mnie znienacka, odbijając się echem we wnętrzu mojej czaszki. „Kocham cię”, to nie było wypowiedziane lekko, to nie był zlepek słów rzucany w afekcie, to był fakt, który przyniosła tu ze sobą jak walizkę pełną materiałów wybuchowych. Poczułem, jak coś we mnie mięknie i jednocześnie się zaciska - dziwna kombinacja - ciężar tych słów był realny, nawet jeśli ich źródło pozostawało dla mnie kompletną zagadką. Coś we mnie drgnęło, tam, gdzie zwykle chowałem rzeczy, których nie chciałem rozkładać na stole, przez krótką chwilę patrzyłem na nią bez mrugnięcia, próbując poukładać w głowie sens tej deklaracji, a raczej jej brak.
- Kochasz mnie. - Powtórzyłem to cicho, niemal bezgłośnie, ale w tym brzmiała cała moja niezgoda. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak zawsze, gdy próbowałem poukładać myśli. „Kocham cię”, „umierasz”, „nie zostawię cię” słowa spadły między nami jak coś ciężkiego, co długo leciało i w końcu uderzyło o podłogę wagonu z głuchym, nieprzyjemnym dźwiękiem. Patrzyłem na nią, na sposób, w jaki przeniosła wzrok na swoje buty, jakby nagle stały się najbezpieczniejszym punktem w całym tym rozpadającym się wszechświecie. Wagon nadal sunął przez coś, co trudno było nazwać krajobrazem, bardziej jakby przez rozciągniętą w nieskończoność pauzę między jednym oddechem a następnym - był obojętny wobec deklaracji, które w normalnych warunkach przewracałyby ludziom życie do góry nogami, teraz brzmiąc jak wyjęte z pogranicza snu i majaku - a ja siedziałem naprzeciwko kobiety, która właśnie powiedziała mi, że jest gotowa umrzeć razem ze mną, jakby mówiła o zmianie peronu. Nie wiedziałem, kim była, naprawdę nie wiedziałem, mogła być wspomnieniem, wytworem tego miejsca, postacią ze snu albo koszmaru, projekcją, pomyłką systemu, halucynacją podszytą poczuciem winy, mogła być kimkolwiek, ale jedno wiedziałem na pewno - nie zgadzałem się na pakty samobójcze. Wypuściłem powietrze powoli i oparłem dłonie o uda, tym razem nie milknąc dlatego, że brakowało mi riposty, tylko dlatego, że każde kolejne zdanie dokładało ciężaru do powietrza między nami, jakby wagon powoli wypełniał się wodą. Kiedy się odezwałem, mój głos był cichy, ale już bez tej zaczepnej kąśliwości, którą wcześniej tak chętnie nosiłem jak zbroję.
- Wiesz, co jest najbardziej pokręcone? Że nawet nie wiem, kim jesteś, nie wiem, czy bredzisz, czy nie, a i tak mam absolutną pewność, że nie masz prawa składać takiej ofiary w moim imieniu. - Spojrzałem na jej opuszczoną głowę, na dłonie, na buty, na ten cały wysiłek włożony w ratowanie kogoś, kto nawet nie potrafił jej umiejscowić we własnej historii. Czułem dziwne ukłucie pod żebrami, którego nie potrafiłem nazwać, coś między złością a… Czymś, co próbowałem zignorować. Nie zrobiło się ciszej, pociąg dalej tłukł swoje metalowe pacierze, ale we mnie coś się przesunęło, jakby ktoś nagle zmienił punkt ciężkości.
Może to była frustracja, może potrzeba sprawdzenia, czy to wszystko było chociaż trochę realne, a może ten stary, bezczelny impuls, który zawsze kazał mi iść na skróty, nie zgadzając się na półśrodki. Nie dałem jej nawet czasu na reakcję, korzystając z tego, że nie patrzyła mi w oczy, tylko na swoje stopy - po prostu pochyliłem się gwałtownie do przodu, chwyciłem ją za brzeg płaszcza i przyciągnąłem do siebie jednym, ostrym ruchem, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, a potem po prostu wpiłem się w jej usta, bez ostrzeżenia, bez delikatności - to była jedyna metoda weryfikacji, jaka przyszła mi do głowy. Wsunąłem język między jej wargi, bez finezji, sprawdzając, czy się cofnie, czy mnie odepchnie, czy zastygnie, czy odpowie, czy może zniknie - to nie był delikatny pocałunek, to było sprawdzanie, nie romantyzm. Przyciągnąłem ją bliżej, zamykając dystans między nami, napierając mocniej, jakbym próbował wycisnąć z tej chwili odpowiedź, której nie potrafiłem ubrać w słowa, jakby wyjaśnienie miało być zapisane w reakcji ciała, nie we wszystkich zdaniach, jakie mogły lub nie mogły jeszcze paść. Sekundy rozciągnęły się dziwnie, czas tutaj był abstrakcyjny, oddychałem ciężej, kiedy w końcu się odsunąłem, dosłownie na kilka centymetrów, na tyle, żeby spojrzeć jej w oczy. Wypuściłem powietrze z cichym, urwanym sapnięciem, jak po zbyt szybkim biegu, palce nadal miałem zaciśnięte na jej płaszczu, czekając na jakikolwiek dalszy ciąg reakcji. Nie powiedziałem ani słowa, po prostu patrzyłem na nią, próbując wyczytać z jej twarzy wszystko, czego nie dało się ubrać w zdania.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 05.02.2026

Starała się, naprawdę starała się zrobić to wszystko w sposób, który miał jakikolwiek sens. Wychodziło jej to raczej średnio, żeby nie powiedzieć słabo, jednak nie poddawała się, a to chyba było sporym sukcesem, zważając na to z jakim przeciwnikiem przyszło jej się mierzyć. Benjy potrafił być okropnie asertywny i właśnie jej to demonstrował. Pierwszy raz znalazła się w podobnej sytuacji, więc miała sobie sporo do zarzucenia, chociaż zamierzała to raczej przeanalizować później, póki co musiała się skupić na dalszych działaniach, nawet jeśli miałyby ciągle być takie nieudolne. Nie mogła tak po prostu przestać, jeszcze nie.

Czuła, że ją obserwował, bardzo uważnie, jakby to miało mu pomóc rozgryźć dlaczego znalazła się w jego przestrzeni, w jego przedziale, w jego pociągu, nie sądziła jednak, że do tego dojdzie, takie sytuacje się nie zdarzały, była intruzem, czymś, co nie powinno w ogóle się wydarzyć, a jednak tutaj siedziała i próbowała zrobić coś. Sama jej obecność sporo zmieniała, a przynajmniej tak się jej wydawało. Podobne podróże nie były przewidziane dla grup osób, nawet dla tych dwuosobowych, każdy powinien ich dokonywać w pojedynkę, jednak już dawno ustalili, że oni nie byli jak wszyscy, tego się trzymała, jakby to stwierdzenie pozwalało jej na to, żeby mogła mieszać w tym, co wydawało się być oczywiste.

Spojrzała na podłogę, widziała jak przesuwał but w jej stronę, być może chciał zająć więcej przestrzeni, nie, nie być może na pewno chciał udowodnić jej, że nie powinna tutaj być, że to było jego miejsce. Nie cofnęła się jednak, nie podjęła ponownej próby wkomponowania się w oparcie siedzenia, to nie był już na to odpowiedni moment.

- Szkoda tylko, że nie czytasz ze zrozumieniem. - Odparła jeszcze. Nie chciała być dla niego niemiła, naprawdę starała się podchodzić do tego jak najbardziej neutralnie, bo miała świadomość, że nie był sobą, no przynajmniej nie do końca, bo był sobą, ale nie takim, jakim był dla niej, raczej tak reagował na obcych, a ona w tej chwili była obca, to nie zmieniało jednak tego, że zamierzała pozwalać mu na kolejne komentarze, które miały deprymować ją i jej obecność w tym miejscu.

Wagon zadrżał, poczuła to, przeniosła wzrok na moment za okno, chcąc zobaczyć, czy przypadkiem nie oznaczało to, że pociąg zaraz miał się zatrzymać, póki co jechał dalej, odetchnęła z ulgą, nie do końca była przekonana ile mieli jeszcze czasu, a aktualnie jednak wolałaby nie sprawdzać, co się wydarzy, kiedy ich środek transportu się zatrzyma, nie była jeszcze na to gotowa, tak naprawdę to zdecydowanie bardziej na rękę byłoby jej, gdyby w ogóle nie mieli tego zobaczyć.

- Zazwyczaj tak chętnie mówisz o tym, że masz moc sprawczą, że to, co się dzieje jest wypadkową wyborów, a teraz sugerujesz, że czasem trzeba pozwolić rzeczom tak po prostu się dziać, właśnie wtedy, kiedy powinno być wręcz przeciwnie. To miejsce wydaje się być spokojne, pewnie musi takie być, aby nie spodziewać się najgorszego, tego, co czeka na końcu drogi. - Miała świadomość, że nie zawsze to mogło być najgorsze, dla niektórych wręcz przeciwnie, jednak nie w tym przypadku. Był zbyt młody, aby tak chętnie przystawać na to, co się działo. Niby starała się to zrozumieć, jednak nie znalazła się tutaj po to, aby po prostu z nim jechać i rozmawiać, musiała skłonić go do tego, aby opuścił ten pociąg.

- Być może to przyzwyczajenie, dlaczego jednak teraz to się zmieniło, dlaczego tak usilnie próbujesz się trzymać tych granic? Po co? Odpuść. - Łatwo było jej mówić, wiedziała, że to nie było takie proste, na pewno nie dla niego, nie w momencie, w którym praktycznie jej nie ufał, co też nie działo się bez powodu.

Pojawiła się tutaj znikąd, wkradła się do tego pociągu, zaburzyła jego spokój, zaczęła negować zasadność jego obecności w tym miejscu. Zakłóciła mu tę chwilę, ale nieszczególnie miała wybór, robiła, co mogła, aby go ocalić, szkoda, że tego nie widział, zdecydowanie wolała z nim współpracować, niż walczyć i próbować przepychać swoje tezy.

- Tak, zawsze robisz to, na co masz ochotę, nie słuchasz ostrzeżeń, raczej masz odwrotne tendencje, wiem o tym, ale musisz mi wybaczyć, że próbuję coś z tym zrobić. - Spoglądała na niego nieco zrezygnowana, bo docierało do niej, jak to wygląda. Nie do końca jednak jeszcze godziła się na przegraną, to nie był ten moment. Zadecydowała już zresztą, że najwyżej wspólnie dotrwają do końca. Nie chciała wracać stąd sama, w ogóle nie brała takiej możliwości pod uwagę od samego początku.

- To nie jest odpowiedni moment na nowe początki. - Powiedziała jeszcze cicho, ale jeśli tego chciał, to mieli razem sprawdzić, jak właściwie to wyglądało. Próbowała jeszcze coś zdziałać, sięgać po różne argumenty, była naprawdę zdesperowana, zależało jej na tym, żeby opuścili to miejsce.

Pociąg jechał dalej, chociaż tyle dobrego - przynajmniej jeszcze się nie zatrzymali, a to oznaczało, że cała sytuacja nie była stracona, jeszcze nie. Nie mogła ciągle go zwodzić, musiała sięgnąć po inne słowa, po konkrety, po to, co wydawało jej się mieć większe znaczenie. Liczyła na to, że uda jej się do niego dotrzeć, że zrozumie, dlaczego tutaj była, dlaczego zakłócała spokój, naprawdę chciała jakoś do niego dotrzeć, obudzić go z tego dziwnego stanu, w którym się znajdował. Nie miała jednak pojęcia, czy to było możliwe, czy niektóre rzeczy gdzieś ulatywały, niknęły kiedy dochodziło do podobnych sytuacji. Widziała wcześniej, że coś mu nie pasowało, czegoś mu brakowało, oglądał bowiem bardzo dokładnie swoje dłonie, to mogło sugerować, że jednak gdzieś tam w głębi wie, zdaje sobie sprawę z tego, że coś mu umyka.

Próbowała więc tym, co mówiła, kolejnymi słowami, informacjami spowodować, żeby sobie przypomniał, nie do końca wydawało jej się jednak, że to zadziałało. Przyglądał się jej uważnie, czuła na sobie jego spojrzenie, tylko, że ona aktualnie oglądała swoje buty. Wiedziała wbrew pozorom jak to brzmiało, zdawała sobie sprawę iż to mogło być wiele, szczególnie dla kogoś, kto nie do końca wiedział, co się z nim działo, dla kogoś kto od samego początku negował jej obecność w tym miejscu.

W końcu wypluła z siebie kolejny zlepek słów, zdecydowanie niosący ze sobą większy ciężar niż te poprzednie. Wiedziała, jak to może wyglądać, zdawała sobie sprawę z tego, że mogła zostać uznana za nie do końca poczytalną, bo dlaczego miałoby być inaczej, skoro on nawet jej nie kojarzył, a ona teraz rzucała mu takie wyznania, jednak nie miała innego wyjścia, musiała sięgnąć po fakty, a to było faktem, bez względu na to, czy w ogóle o niej w tej chwili pamiętał, czy nie. Kochała go, to nie miało się zmienić nigdy. Była jego żoną, musiała o niego walczyć, kto jeśli nie ona?

- Na to już trochę za późno, być może nie mam prawa, tak właściwie kto o tym decyduje? Postanowiłam swoje. - Nie zamierzała go opuścić, nawet jeśli wiązało się to z tym, że znalazła się w tym miejscu chociaż nie powinno jej tu być, chociaż miała zostać gdzieś indziej, nie widziała w tym jednak sensu w tej chwili, nie chciała wracać, nie kiedy wszystko zaczęło się układać. Wolała znaleźć się po drugiej stronie nie będąc pewną co tam zastaną, spróbować, sprawdzić, niż wracać bez niego. Nie musiała jakoś szczególnie tego przemyślać, to przyszło jej całkiem naturalnie.

Wpatrywała się w swoje stopy, jakby to była najbardziej interesująca rzecz, która znajdowała się w tym przedziale, nie miała pojęcia, czy jej słowa w jakikolwiek sposób wpłyną na to, co zrobić, nie musiał podążać za jej sugestiami, robić tego, co uważała za słuszne. Nie mogła przecież siłą wymusić na nim tego, aby ślepo robił to, o czym mówiła. Nie widział pełnego obrazu, i nie było to jego winą, tylko tej przestrzeni w której się znaleźli, nic nie mogła z tym zrobić, chociaż próbowała, starała się jak mogła, ale nie do końca jej to wychodziło.

Nie spodziewała się więc tego, co nadeszło później. Nie przewidziała tego, nie założyła, że postanowi sprawdzić ją w praktyce. Przyciągnął ją do siebie, przez co zdołała ledwie unieść głowę, a później ją pocałował. Było to bardziej, jak eksperyment, doświadczenie, które miało potwierdzić, albo zaprzeczyć jej tezie.

Nie był to zwyczajny pocałunek, nie był delikatny, tylko gwałtowny, jakby miał udowodnić, albo nie wszystko to, co miała mu do powiedzenia. Jej ciało jednak odpuściło, całe napięcie z niej zeszło, rozluźniła się, choć nie wiedziała, co ten gest miał oznaczać, powoli robiła się zmęczona tą walką. Odwzajemniła pocałunek, to przyszło jej całkiem naturalnie, nie potrafiła go ignorować, nie potrafiła być temu bierna.

Po krótkiej chwili odsunął się od niej odrobinę, tak, że dzieliły ich tylko centymetry, nie mogła wrócić do oglądania swoich butów, zamiast tego spoglądała mu w oczy, bez wstydu, próbując z nich coś wyczytać. Nie miała pojęcia, czy jej uwierzy, czy to było wystarczające na to, by potwierdzić, że mówiła prawdę, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać.

Odetchnęła lekko, jednak trudno w tym krótkim oddechu było znaleźć ulgę, nadal przecież nic nie było jasne, oni znajdowali się w tym przedziale, pociąg ciągle brnął przed siebie. - Wróć do mnie. - Powiedziała cicho, nie przestając patrzeć mu w oczy, co miała na myśli? Sama do końca nie wiedziała, chciała, żeby wrócił do niej tam, żeby wrócił też tutaj, żeby znowu wszystko zaczęło być normalne, ale jej zachcianki wcale nie musiały zostać spełnione, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że trudno było przewidzieć, jak właściwie to działało, albo nie działało.




RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 06.02.2026

Przyciągnąłem ją do siebie szybciej, niż zdążyłem to w ogóle przemyśleć, bez ostrzeżenia, bez delikatnego wstępu, bez tej całej ceremonii, którą zwykle obudowywało się takie momenty, to nie było zaproszenie, to nie było pytanie, to był odruch - gwałtowny, impulsywny, podszyty irytacją i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem albo nie chciałem nazywać, a co wisiało między nami od pierwszej minuty, odkąd przekroczyła próg tego przedziału. Było w tym napięcie, gniew, niedowierzanie - i to głupie, podskórne poczucie, że jeśli gdzieś jest odpowiedź, to może właśnie tutaj, bo chwilowo wszystkie wymieniane przez nas słowa brzmiały absurdalnie - nie tylko te, które wypowiadała ona, te moje też nie były do końca właściwe, nawet jeśli starałem się, by brzmieć na pewnego swojego stanowiska. Było w tym coś brutalnie szczerego.
Przycisnąłem ją mocniej do swojej piersi, oddech urwał mi się w pół zdania, którego i tak nie zamierzałem wypowiedzieć. Materiał jej płaszcza przesunął się pod moimi palcami, kiedy skróciłem dystans do zera, a nasze oddechy splotły się w pół sekundy. To był impuls, test, próba sił, ten pocałunek miał w sobie coś z prowokacji i coś z desperacji, jakby miał rozstrzygnąć sprawę, której nie potrafiłem ubrać w słowa. Nie było zbyt wiele czasu na analizę, ledwie uniosła głowę, rzucając mi spojrzenie spod gęstych, ciemnych rzęs, a gdy tylko to zrobiła, bez wahania zagarnąłem jej wargi. Nie delikatnie, nie ostrożnie, to nie był gest czułości - to był test, sprawdzenie hipotezy w najprostszy możliwy sposób, eksperyment przeprowadzony bez zgody komisji etycznej. W tym pocałunku było więcej frustracji niż czułości, więcej potrzeby kontroli niż romantyzmu. Moje usta naparły na jej wargi z siłą, która miała coś udowodnić - albo mnie, albo jej, obojgu, a może nikomu - język znalazł drogę między miękkimi wargami bardziej z uporu niż z potrzeby. To wystarczy, bym poczuł ten znajomy, niepokojący impuls, co wcześniej, tylko ostrzejszy, bardziej niepohamowany, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa jeszcze nie nadążała przetwarzać.
To miało być doświadczenie, eksperyment, sprawdzenie hipotezy, a jednak gdzieś po drodze przestało nim być, na moment zapomniałem, po co to robię. Pocałunek zgęstniał, stał się cięższy, bardziej lepki od emocji, których nie chciałem nazywać.
Nie próbowała się odsunąć, protestować, zamiast tego oddała ten nacisk, jakby dokładnie wiedziała, gdzie się znajdujemy i co to znaczy, to tylko pogłębiło chaos w mojej głowie - było w tym coś niepokojąco intymnego, coś, co nie pasowało do narracji o obcej kobiecie, która wparowała do mojego przedziału. Smak jej ust, sposób, w jaki reagowała, drobne przesunięcia głowy, niemal niewidoczne korekty kąta, dopasowanie naszych ramion - wszystko to układało się we wzór, którego nie potrafiłem nazwać, ale który ciało rozpoznawało szybciej niż rozsądek. Przez krótką chwilę była sztywna, wyczuwalnie napięta, pełna zawahania, a potem… Odpuściła, jej ramiona przestały być sztywne, oddech się pogłębił, odpowiedziała na pocałunek instynktownie, bez kalkulacji. Nie była bierna, nie była pasywna, oddała ten ruch z tą samą intensywnością, jakby to było dla niej równie naturalne, jak umiejętność oddychania, której właśnie nas pozbawiliśmy - cholera - to mnie zaskoczyło bardziej, niż chciałem przyznać. Pociąg kołysał się gdzieś w tle, świat zwęził się do zapachu jej skóry, ciepła ust i tego absurdalnego poczucia, że właśnie dotykałem czegoś, co nie było już ani trochę proste. W głowie miałem chaos, w ciele - reakcję, której nie przewidziałem - zupełnie tak, jakby ktoś przesunął mi grunt pod nogami.
Oderwałem się pierwszy, nie dramatycznie, nie z impetem, po prostu cofnąłem głowę o kilka centymetrów, zostawiając między nami tę cienką, niebezpieczną przestrzeń. To trwało krótko, zbyt krótko, żeby się w tym zatracić, wystarczająco długo, żeby nie dało się udawać, że nic się nie stało. Oddychałem ciężej, niż bym chciał, ona też - byliśmy blisko, zbyt blisko, by móc umknąć spojrzeniem - patrzyła na mnie bez wstydu, jakby próbowała wyczytać coś z mojej twarzy. Ja przez moment patrzyłem na nią tak samo, starając się nie dać po sobie poznać, że w tym momencie w środku wszystko miałem poprzestawiane, powywracane, przesunięte, zdezorientowane. To nie miało sensu, nic z tego nie miało sensu, a jednak coś we mnie drgnęło - poczułem to irytująco znajome ukłucie pod żebrami. Przechyliłem głowę odrobinę, nadal nie odsuwając się ani o krok, moje palce same powędrowały do jej włosów, zsunęły się po karku, zatrzymały na kołnierzu płaszcza, ten gest był instynktowny, prawie nieświadomy. Zmrużyłem oczy, wciąż wpatrzony w nią z tej niebezpiecznie bliskiej odległości, dzieliły nas dosłownie centymetry, wystarczająco blisko, żebym widział drobne piegi przy puklach na skroni, ledwie drgający mięsień szczęki, ledwo zauważalną asymetrię łuku brwi, sposób, w jaki unosiła klatkę piersiową przy każdym oddechu. Zauważyłem maleńkie pęknięcie na dolnej wardze, ślad po tym, jak wcześniej ją przygryzła - detal bez znaczenia, w jednak mózg uparcie go rejestrował, jakby próbował złapać się czegokolwiek stałego w sytuacji, która od dawna przestała być normalna. I te tęczówki, te cholerne tęczówki wokół rozszerzonych źrenic, ten rodzaj spojrzenia, który nie tylko patrzył, ale też zostawał pod skórą - taki, które człowiek zapamiętuje, nawet jeśli bardzo nie chce.
W końcu wziąłem głębszy wdech. Uniosłem brwi i prawie niezauważalnie pokręciłem głową, jakbym próbował otrząsnąć się z własnych myśli, przesunąłem językiem po wardze - odruchowo, nerwowo, zupełnie niepotrzebnie, bo później zawsze miałem tam spękaną skórę.
- Jesteś zawzięta - Powiedziałem cicho, z tym półuśmiechem, nie uwzględniającym oczu, który zwykle pojawiał się u mnie wtedy, gdy nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy wkurzać. Trafiła kosa na kamień - ona ze swoją determinacją, ja ze swoim uporem - czy w jakimś hipotetycznym scenariuszu to naprawdę mogło działać? Ja i wielkie uczucia - brzmiało jak kiepski dowcip, a jednak… - Okropnie zawzięta. Mówiłem ci to kiedykolwiek? - Głos miałem zachrypnięty, niższy niż zwykle, jak po zbyt długim milczeniu albo po nocy bez snu, zdecydowanie zbyt rozedrgany, jak na kogoś, kto powinien twardo trzymać się swoich postanowień i stanowiska - sam się na tym przyłapałem - nie cofnąłem ręki od razu, moje palce zostały przy jej uchu jeszcze przez sekundę, może dwie, zanim opadły bezwładnie między nas.
Spojrzenie zsunęło mi się jeszcze raz na usta, których smak nadal czułem na swoich, mózg wciąż próbował dogonić to, co ciało już dawno zaakceptowało, potem wróciłem do jej oczu, a wtedy przyszła ta myśl, ciężka i absurdalna zarazem - jeśli ona naprawdę mnie kochała, jakkolwiek by to nie brzmiało w tej całej pokręconej sytuacji, to było w tym coś bluźnierczego, jakaś kosmiczna pomyłka, żart losu. I, o zgrozo, bawiło mnie to w sposób, którego nie potrafiłem do końca wytłumaczyć, trochę desperacko, odrobinę niedowierzająco, zupełnie nie  ma miejscu - ja jako cudzy wybór, ja jako punkt odniesienia, ja jako ktoś, dla kogo postanowiła się tu znaleźć, gdziekolwiek było to tu - wybrała dokładnie tego człowieka, który nie powinien być niczyim bezpiecznym portem, usiłując zostać jego latarnią. Westchnąłem, zmęczenie osiadło mi w ramionach, a gdy zaczerpnąłem następny oddech, bezwiednie oparłem dłoń o jej kolano - ten gest wyszedł sam z siebie, ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Ciepło natychmiast przebiło się przez materiał, było realne, zbyt realne jak na przestrzeń, która od początku sprawiała wrażenie zawieszonej poza wszystkim, zaskakująco wyraźne w tym dziwnym miejscu, na ułamek sekundy zamarłem, świadomy kontaktu dopiero wtedy, gdy już się wydarzył, nie cofnąłem jednak ręki. Nawet nie próbowałem się odsunąć, zamiast tego pozwoliłem dłoni zacisnąć się na kolanie kobiety, palcom napiąć się minimalnie.
- „Razem”, huh… - Burknąłem pod nosem, niemal bezgłośnie, po czym powtórzyłem to jeszcze raz w myślach, pozwalając, żeby w połączeniu z tamtymi dwoma słowami przetoczyło się przeze mnie wolniej, ponieważ o ile to wszystko przed chwilą brzmiało jak dramatyczna deklaracja, coś rzuconego na stół w akcie desperacji, o tyle teraz miało inny ciężar - „kocham cię” - tak, jakby nagle ktoś podłożył pod nie fundament, nawet jeśli stanął on na najgorszej możliwej działce. Nie potrafiłem przestać patrzeć na jej usta, myśląc o tym, jak miękkie były chwilę temu, wciąż miałem na języku słodki smak tamtego pocałunku, echo raptem parosekundowego doznania, które kryło w sobie stanowczo zbyt wiele intymności, jak na to, czym powinno być, w uszach brzmiał mi urwany oddech zmieszany z moim, czułem ciepło wdzierające mi się pod skórę, przenikające mnie aż do kości… To było absurdalne, jak mocno mnie to rozpraszało, jak bardzo ciało potrafiło sabotować całą resztę.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? -  Mruknąłem, nie czekając na odpowiedź. - Nawet jeśli masz rację, to i tak próbujesz przepchnąć rzeczywistość siłą charakteru, zupełnie nie bacząc na to, że kompletnie nie spełniam żadnych romantycznych kryteriów i, jeśli mówisz prawdę, jestem straconym przypadkiem. - Patrzyłem na nią uważnie, już bez kpiny, trzeba było mieć wyjątkowego pecha, żeby trafić akurat na mnie, więc czemu tak bardzo zależało jej, by potencjalnie zatrzymać to, cokolwiek się działo. Zawahałem się przez moment, wypuściłem powoli powietrze, nie odrywając od niej wzroku. Zacisnąłem szczękę, jakbym próbował się z tego otrząsnąć, ale moja dłoń nadal spoczywała na kolanie kobiety, nie cofnąłem jej, wręcz przeciwnie, kciuk poruszył się odruchowo, ledwie zauważalnie, jakby sprawdzał, czy ona wciąż tu jest, czy to wszystko nie było tylko jakimś pokręconym snem, wytworem tego absurdalnie mglistego pociągu.
- Ale dobra. Załóżmy, że nie blefujesz. - To nie była uległość, nie miałem jednak przygotowanej żadnej mądrej riposty, żadnego wyrachowanego kontrargumentu, wszystko, czego byłem pewien przed kilkoma chwilami, rozsypywało się gdzieś między jej spojrzeniem a wspomnieniem tego pocałunku. - Powiedz mi więc, jak ty to sobie wyobrażasz. - Spojrzenie miałem uparte, czujne, co kontrastowało ze sposobem, w jaki z trudem przełknąłem ślinę. Czułem, że powinienem powiedzieć coś twardszego, bardziej cynicznego, coś w moim stylu, ale zamiast tego na usta cisnęło mi się coś zupełnie innego, więc zamiast czegoś, co mogłoby wydawać się naturalne, wypaliłem, prosto, bez osłon:
- Czy przypadkiem nie powinienem pamiętać, że… Kim ty właściwie dla mnie jesteś? - Rzuciłem wprost, bez eufemizmów, słowa wyrwały mi się szybciej, niż zdążyłem je ułożyć w głowie, ton miałem twardszy, niż planowałem, ale w środku było w tym więcej niepewności niż agresji. Tak, zdecydowanie wolałbym wiedzieć, dlaczego jakaś kobieta rzucała się pod pociąg razem ze mną i nazywała to miłością. - My… Co, kochamy się? - Przejechałem dłonią po twarzy, od szczęki po skroń, czując pod palcami zmęczenie, którego nie potrafiłem umiejscowić. - Jesteśmy razem? Jesteś moją partnerką, żoną, przyjaciółką, czymkolwiek? - Głos miałem niższy, bardziej skupiony. - Jeśli faktycznie jesteś kimś, kogo kocham, to czemu ja zachowuję się wobec ciebie jak ostatni kutas? - Uniosłem lekko brwi, jakbym sam nie dowierzał temu, co właśnie powiedziałem. - Spierdoliliśmy coś spektakularnie? Jesteśmy pokłóceni? Pokłóceni tak bardzo, że wsiadam do jakiegoś pieprzonego pociągu donikąd, a ty musisz mnie z niego ściągać siłą? - Krótki, suchy wydech uciekł mi przez nos, z tym dziwnym, niekomfortowym skupieniem, które pojawiało się, kiedy zaczynasz podejrzewać, że grunt pod nogami nie jest tak stały, jak wydawało ci się na początku. - Dostałem Obliviate czy coś w tym stylu? Ktoś mi wyciął kawałek życia i teraz mam go odzyskać na peronie jak zagubiony bagaż? Czy ja…? - Zacisnąłem szczękę, patrząc na nią i nagle przełykając ślinę - nie, to chyba nie było to, prawda? To nie mogło być to, nawet nie zamierzałem zadawać tego pytania. - Wysiądziemy na jakimś peronie i nagle wszystko mi się przypomni? Ty, ja, „my”? Cały ten… Bałagan? Czy raczej wysiądziemy i ja zapomnę całą tę podróż, jakby ktoś mi ją wyciął z głowy? Mam po prostu zaufać, że po drugiej stronie czeka wersja mnie, która wie, co robić i jak cię traktować? - Zawiesiłem głos na moment, mrużąc oczy, jakbym próbował wyłuskać z niej odpowiedź samym spojrzeniem. - Bo jak na razie ten pociąg po prostu jedzie. Bez ogłoszeń. Bez tablic. Bez uprzejmego głosu informującego o kolejnym przystanku, a ty upierasz się, że należy wysiąść. Gdzie? - Ton miałem spokojny, ale pod spodem pulsowało napięcie, którego nie zamierzałem ukrywać. - Nie było żadnych postojów. Żadnych znaków. Niczego, co sugerowałoby, że można po prostu wstać, otworzyć drzwi i wyjść. - Część mnie wciąż była defensywna, gotowa odbić każdą próbę nacisku. Inna, ta bardziej niepokojąca, rejestrowała fakt, że coś tu rzeczywiście - Skoro jesteś taka zawzięta… Jak chcesz to rozegrać, skoro do tej pory ten pociąg nawet nie udawał, że ma zamiar się zatrzymać. Jeśli masz plan - wyraźniej uniosłem brwi - to jest dobry moment, żeby go wyłożyć. - Zrobiłem krótki, nerwowy wydech, słowa zawisły między nami, a ja w dalszym ciągu patrzyłem na nią uważnie, jakby odpowiedź mogła być zapisana na jej twarzy, w tych ślicznych oczach - głębokich, uważnych, pełnych czegoś, co było jednocześnie prośbą i wyzwaniem - czy w sposobie, w jaki trzymała ramiona. Dzieliły nas centymetry, tylko tyle, a jednak miałem wrażenie, że stoję na granicy czegoś niestabilnego, o krok od upadku, który mógł zakończyć się na wiele różnych sposobów. Uniosłem brwi, niemal niezauważalnie pokręciłem głową, jakby sam fakt tej sytuacji był dla mnie trudny do przyjęcia, i kolejny raz przesunąłem językiem po wardze, czując jeszcze echo jej smaku - tych cholernie słodkich ust. Czy to była słodycz kłamstw czy prawdy? Coś we mnie chciało wierzyć, coś innego wolałoby jednak nie dociekać dalej…

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 07.02.2026

Nie spodziewała się tego, że dojdzie do podobnej próby. Wydawał się być odporny na jej słowa, nie dziwiło ją to wcale, pojawiła się tutaj niczym intruz, wdarła się do jego spokojnej rzeczywistości i zaczęła wprowadzać chaos. Mówiła, dużo mówiła, podważała zasadność jego obecności w tym miejscu, zadawała niewygodne pytania, aż w końcu oznajmiła, że jest tu dlatego że go kocha. To było wiele. Miała świadomość jak to wyglądało - no nie najlepiej, zważając na to, że zupełnie nie pamiętał o jej istnieniu, chociaż widziała w nim momenty zawahania, jednakże to było zbyt mało, aby po prostu jej uwierzył. Wiedziała, że nie łatwo było zdobyć jego zaufanie, wiedziała też skąd się to brało, więc była przygotowana na to, że będzie to długą batalią przy tym, jakie miał doświadczenie. Kiedy postanowiła się tu znaleźć nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, na co się pisze, jednak nie żałowała, że postanowiła zaburzyć jego spokój, żałowałaby gdyby nie spróbowała, gdyby się tutaj nie zjawiła.

Nic nie powiedział, po prostu zbliżył swoje usta do jej i ją pocałował, jakby ten pocałunek i jej reakcja miało być odpowiedzią na wszystko, albo powodem do kolejnych wątpliwości i zadawania pytań. Czuła, że nie było to typowe, wyglądało bardziej jak eksperyment, doświadczenie, ale ciało zareagowało naturalnie. Nie była bierna, to był odruch, pozwoliła mu na to całkiem naturalnie i odwzajemniła pocałunek. Nie wiedziała, co może z niego wyniknąć, jednak nieszczególnie ją to w tej chwili interesowało, oparła swoje dłonie na jego torsie, powoli, delikatnie, żeby przypadkiem nie postanowił jej odepchnąć, jeśli coś nie poszłoby po jego myśli, bo musiał mieć coś na myśli decydując się na ten gest. Mogło to być momentem, w którym jego nastawienie do niej nieco się zmieni, miała nadzieję, że tak jak jej ciało pamiętało, tak i jego, nawet jeśli nie potrafił skojarzyć kim jest, przynajmniej jak na razie.

Odsunął się od niej, nie odskoczył jednak jak poparzony, co oznaczało, że nie poszło źle, przynajmniej jak na razie. Wpatrywał się w nią, ona również nie odrywała od niego wzroku próbując wyczytać jak najwięcej z jego twarzy, nie miała pojęcia, co aktualnie działo się w jego głowie, czuła jednak, że może być tego sporo. Miała jednak nadzieję, że dostał odpowiedź, której potrzebował, jedną z wielu, bo pytań mogło być coraz więcej.

Poczuła dłoń, palce które znalazły się na jej włosach, a później przesunęły się niżej, aż dotarły do kołnierza płaszcza. Odetchnęła z ulgą, bo to było drobnym potwierdzeniem tego, że może coś poczuł, może zrozumiał, że wcale nie znalazła się tutaj przypadkiem. - Tak, to nie pierwszy raz, kiedy mi to mówisz. Zdarzało Ci się wcześniej. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, chociaż nadal nie wiedziała, co to oznacza, czyżby jej uwierzył? Nie miała co do tego jeszcze pewności. Była zdeterminowana, jeśli jej na czymś lub na kimś zależało to potrafiła zrobić naprawdę wiele, żeby po to sięgnąć, co wcale nie było proste gdy przychodziło do mierzenia się z kimś kto był uparty jak on. Od zawsze ich to do siebie ciągnęło, mogli spierać się ze sobą bardzo długo, udowadniać swoje racje, aż w końcu akceptowali podejście drugiej strony, tak już mieli. Szkoda, że w tej chwili o tym nie pamiętał.

- To może być nieco abstrakcyjne, ale tak, razem. - Skoro nie kojarzył faktów, to mogło wzbudzać nieco chaosu w jego głowie. Zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę z tego, jakie miał wcześniej podejście. Razem nie było w jego stylu, a jednak jakoś udało im się dojść do tego, że to było najbardziej właściwą rzeczą, jaką mogli zrobić. Nie sądziła, że będzie miała szansę obdarzyć kogoś takim uczuciem, zbliżyć się do kogokolwiek w ten sposób, ale jednak nigdy nie było dla nich innej drogi, przez lata zmierzali ku temu, a teraz była tutaj z nim, w tym dziwnym miejscu pomiędzy, w którym nie powinna się znaleźć. To było tylko potwierdzeniem tego, że jeśli jej na kimś zależało była gotowa poruszyć niebo i ziemię, żeby osiągnąć swój cel. Na szczęście w tym przypadku miała ku temu odpowiednie umiejętności.

- Nie jesteś straconym przypadkiem, nigdy nie byłeś. - Musiała temu zaprzeczyć, w jej oczach był wszystkim, szkoda, że znowu tak trudno było mu to dostrzec. Jego opinia nie brała się znikąd, w tej chwili jednak nie miał jeszcze odpowiedniej ilości informacji, nie pamiętał wszystkiego, co powodowało, że nie widział całego obrazu. Nie widział tego kim się dla niej stał, jak wiele dla niej znaczył. Szkoda, że nie mógł na siebie spojrzeć jej oczami, może wtedy łatwiej byłoby mu to zrozumieć. Nie mogła trafić lepiej, była co do tego przekonana.

To jego załóżmy, że nie blefujesz było miłą odmianą co do jego wcześniejszego nastawienia, uważała to za spory sukces, zważając na to, jak wyglądała ich interakcja, gdy trafiła do tego miejsca. Jeszcze trochę, a może uda im się zacząć współpracować, naprawdę na to liczyła, bo ciągle nie wiedziała, jak wiele czasu im zostało, jak bardzo powinni się spieszyć. Czuła jego dłoń na swoim kolanie, co było kolejnym dowodem na to, że ten pocałunek coś zmienił. Eksperyment można było uznać za udany, przynajmniej częściowo.

Jak ona sobie to wyobrażała? Pytanie było całkiem trafnie zadane, chociaż wiedziała, że nie będzie łatwo na nie odpowiedzieć, musiała to przemyśleć, a nie mieli zbyt wiele czasu, nie miała też wbrew temu co mówiła przygotowanych kilku planów, które mogłoby zadziałać. Sytuacja była dynamiczna, co powodowało raczej podejmowanie bardzo spontanicznych decyzji. - Nie wiem, nie mam pojęcia, co powinieneś pamiętać, a czego nie, nie do końca wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, kiedy postanowiłam się tu znaleźć. - Sięgnęła po prawdę, chociaż nie brzmiała ona zbyt optymistycznie. Wolałaby mieć gotowe odpowiedzi na jego pytania, jednak w tym przypadku jej wiedza nie była pełna, miała sporo luk, działała raczej na ślepo licząc na to, że to przyniesie jakiś efekt.

- My jesteśmy razem. - Od tego zaczęła, czuła, że kolejne informacje, które miała mu przekazać mogły go nieco zdziwić, zważając na to, jak podchodził do tego wszystkiego, jakie miał nastawienie, jak wrócił się do tego dawnego etapu w swoim życiu w tym dziwnym miejscu. - Nie mieliśmy jeszcze szansy niczego zniszczyć, bo ledwie kilka dni temu wzięliśmy ślub, zresztą nie sądzę, że kiedykolwiek byśmy mieli coś popsuć, nie my. Kochamy się, myślę, że od lat się kochaliśmy. - Wydawała się być pewna swoich słów, nie sądziła, żeby mieli coś spierdolić, nie kiedy powoli zaczynali układać swoją nową rzeczywistość, kiedy zaczęli się docierać tak jak nigdy wcześniej. - Nie pokłóciliśmy się, chociaż byłam na Ciebie odrobinę wkurzona przed tym, jak się tutaj znalazłeś. - Zapomniał jej w końcu wspomnieć o tym drobnym urazie, przez który w ogóle musieli przeprowadzać tę rozmowę.

Jej źrenice nieco się rozszerzyły, kiedy zapytał o to, czy on, nie chciała go okłamywać, trudno jednak było jej przekazać mu tę informację, wiedziała jednak, że powinna to zrobić. Musiał zrozumieć, gdzie się w tej chwili znajdowali, odruchowo znowu przygryzła dolną wargę, jak zawsze kiedy nieco się denerwowała, a sytuacja stawała się dla niej niewygodna. - Zostałeś dość mocno ranny, ale zrobiłam co w mojej mocy, żeby to jeszcze nie był ten moment. - Nie chciała nazywać rzeczy po imieniu, nie chciała mówić o śmierci, bo właśnie z nią walczyli, robiła co mogła, aby mógł wymknąć się z jej ramion.

Odetchnęła ciężko. Pojawiło się znowu wiele pytań, wiele niejasności, tylko nie do końca wiedziała, co powinna z nimi zrobić. To był pierwszy raz, kiedy uczestniczyła w czymś takim, nie miała odpowiedniej wiedzy, nie sądziła, że powinna teraz mówić o tym co może zdarzyć się później, skoro sama nie była tego do końca pewna. - Nie wiem, czy będziesz to pamiętał, nie wiem, czy ja będę to pamiętać, wiem tylko tyle, że nie mogę Ci pozwolić, żebyś zakończył tę podróż. To dziwne miejsce, pierwszy raz się w nim znalazłam, nie powinno mnie tu być. - Co do tego miała pewność, jej obecność była aberracją, czymś nietypowym, co zakłócało to jak wyglądał dla niego ten moment, nie mogła jednak tak łatwo odpuścić, nie kiedy chodziło o niego. - Wydaje mi się, że kiedy wrócisz wszystko wróci do normy, kiedy znowu znajdziemy się w rzeczywistości, nie sądzę, żebyś mnie zapomniał, żebyś zapomniał kim byłeś. Nie pojawiły się czynniki, które mogły wpłynąć na Twoją pamięć. - To była najbardziej logiczna odpowiedź, jaką miała. Nie mógł jej zapomnieć tak po prostu, to nie zdarzało się ludziom, którzy wracali z drugiej strony, a znała kilka takich przypadków, którym skutecznie udało się uciec przed śmiercią, chociaż nic nie sugerowało, że to jest możliwe. Niektórzy mieli w sobie okropną wolę życia.

- To prawda, podejrzewam, że ten pociąg nie miał zaplanowanych żadnych postojów, bo miał Cię dowieźć do punktu docelowego, musimy sami sobie taki zrobić, znaleźć wyjście, drzwi, uciec z niego. - Nie brzmiało to jakość szczególnie optymistycznie, było też dość mocno chaotyczne, ale nie wiedziała nic więcej, nie miała pojęcia jak do końca to działało. Musiały istnieć drzwi, które mogli otworzyć, a później przez nie przejść.

- To, że nie było znaków o tym, że można wysiąść wcale nie musi być równoznaczne z tym, że tak jest. Warto byłoby spróbować. - Tak właściwie to nie przyjmowała w ogóle innej możliwości, musieli spróbować to zrobić. Nie akceptowała żadnej, innej opcji. Nie miała zamiaru pozwolić mu jechać dalej. Nie, kiedy już zaczął z nią rozmawiać i słuchać tego, co miała do powiedzenia.

- Plan? - Powtórzyła za nim, pytanie było trudne, bo nie miała żadnego planu. Wszystko, co robiła było chaotyczne, działała słuchając instynktu, który podpowiadał jej, aby postępowała tak, a nie inaczej. - Znaleźć drzwi i przez nie przejść, wyskoczyć stąd, opuścić to miejsce, to jest mój cały plan. - Wiedziała jak to brzmi, wiedziała, że prosi o wiele, bo przecież nie miał pewności, że mówiła prawdę, a właśnie prosiła go o to, aby wyskoczył z nią z pędzącego pociągu.




RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 08.02.2026

Pociąg, prom - albo cokolwiek to było - sunął dalej, jednostajnie, w tym momencie zachowując miarowy rytm, kompletnie obojętny na rozmowę, która się w nim toczyła. Ten cichy, metaliczny, ale jednocześnie nie do końca naturalny dźwięk rozchodzący się po przedziale działał mi na nerwy bardziej, niż chciałem przyznać. Nie spodziewałem się, że dojdzie do takiej sytuacji, nie do końca wiedziałem, jakie miałem oczekiwania wobec podróży - nawet się nad tym jakoś szczególnie nie zastanawiałem, dopóki nie przestałem być sam w tej wąskiej, teraz już zdecydowanie za ciasnej przestrzeni. Słowa intruzji odbijały się ode mnie od dłuższego czasu - nie dlatego, że były puste, raczej dlatego, że było ich za dużo, zbyt wiele naraz, jakby próbowała mi wcisnąć całe cudze życie w kilka minut rozmowy w przedziale, który od początku nie był dla niej przeznaczony. Wdarła się w tę przestrzeń bez zaproszenia, zakłóciła porządek, który wydawał mi się jedyną sensowną strukturą tego miejsca, i zaczęła go rozmontowywać pytaniami, sugestiami, emocjami, których nie potrafiłem umiejscowić. Chaos był namacalny, a jednak nie potrafiłem jej po prostu wyrzucić.
Mówiła dużo, zbyt dużo jak na kogoś, kogo rzekomo nie znałem, podważała sens tej podróży, sens mojego bycia tutaj, sens ciszy, którą próbowałem utrzymać, a potem powiedziała, że mnie kocha - tak po prostu, bez zabezpieczeń, bez strategii, jakby to jedno zdanie miało cokolwiek wyjaśniać. Z boku to musiało wyglądać równie absurdalnie, co w mojej głowie - obca kobieta w obcym miejscu, z historią, której nie pamiętałem, i uczuciem, którego nie potrafiłem zweryfikować. Widziałem jednak w niej chwile zawahania, mikropęknięcia w pewności, jakby sama nie do końca wiedziała, czy to, co robi, ma prawo zadziałać, to wciąż było za mało, by uwierzyć, ale wystarczająco dużo, by nie odwrócić wzroku.
Nie powiedziałem nic więcej, w pewnym momencie po prostu zamilkłem, zamiast tego zrobiłem coś, co przyszło mi do głowy nagle, niemal impulsywnie - ciało wyprzedziło myśl - pochyliłem się i ją pocałowałem, bez zapowiedzi, bez pytania o zgodę, bardziej jako test niż gest czułości. Chciałem sprawdzić reakcję, zobaczyć, czy to, co mówiła, miało jakiekolwiek odbicie poza narracją, to nie był delikatny pocałunek - był gwałtowny, zdecydowany, zrodzony z potrzeby potwierdzenia albo zaprzeczenia wszystkiego naraz. Nie do końca wiedziałem, czego powinienem był się spodziewać, ale odpowiedź była prawie natychmiastowa. Nie cofnęła się, nie odepchnęła mnie - wręcz przeciwnie - jej ciało zareagowało tak, jakby ten gest nie był nowy, jakby znało go intuicyjnie. Odpowiedziała na pocałunek odruchem, bez kalkulacji, a jej dłonie spoczęły na moim torsie ostrożnie, niemal asekuracyjnie, jakby bała się, że w każdej chwili mogę ją odepchnąć - sam w tym momencie nie wiedziałem już, czy mógłbym to zrobić - to nie było bierne przyzwolenie, to było rozpoznanie, które przyszło szybciej, niż bym chciał.
Kiedy się odsunąłem, nie zrobiłem tego gwałtownie, zatrzymałem się blisko, oddalony zaledwie o kilka centymetrów, wystarczająco, by widzieć szczegóły jej twarzy, oddech poruszający piersią, napięcie w spojrzeniu. Patrzyłem na nią długo, a ona nie uciekała wzrokiem, podświadomie domyślałem się, że próbowała czytać mnie tak samo, jak ja próbowałem czytać ją, i wiedziałem też, że w mojej głowie dzieje się więcej, niż byłem gotów przyznać. Liczyłem, że nie było to zauważalne, ale w tym momencie nie miałem już tej pewności - byłem rozproszony, nie do końca „tu”, gdziekolwiek to miejsce było, nie do końca gdzieś indziej. Poczułem swoje palce w jej włosach dopiero wtedy, gdy wplątałem je w ciemne, miękkie pukle, orientując się, że zrobiłem to niemal bezwiednie, równie półprzytomnie przesunąłem je niżej, aż do kołnierza płaszcza, zatrzymując je tam, jak gdyby ten gest miał mnie w jakikolwiek sposób zakotwiczyć w rzeczywistości. Nie odsunęła się, wręcz przeciwnie, w rytmie jej oddechu było coś, co odebrałem jako coś na kształt ulgi, jak ciche potwierdzenie, że ten moment nie był błędem. Nie był nim? Nie wiedziałem jeszcze, co to wszystko znaczyło, ani dokąd miało prowadzić, ale po raz pierwszy od chwili, gdy się pojawiła, dopuściłem myśl, że jej obecność nie była przypadkiem, jedno stało się jasne - nie znalazła się tu przypadkiem. Coś, cokolwiek to było, zdołało przebić się przez moją rezerwę, a to zdarzało się rzadko. Coś w tym było również tak samo właściwe, jak i zupełnie nie w porządku - i nie chodziło o nią, tylko o mnie, o to, że zamiast poczuć triumf albo irytację, poczułem coś bliżej… Rozdrażnionej bezradności.
A potem wreszcie przerwaliśmy ciszę, wymieniając pierwsze, abstrakcyjnie-nieabstrakcyjne spostrzeżenie - to nie tak, że magicznie uwierzyłem w nasze powiązania, czymkolwiek one były, pytanie opuściło moje usta bez konsultacji z mózgiem, to „kiedykolwiek” było bardziej zaczepką, próbą przełamania tej dziwnej atmosfery, w której mierzyliśmy się wzrokiem, próbując wyczytać coś z twarzy drugiej osoby, ale przez chwilę naprawdę mnie to rozbawiło. Nie jakoś głośno, nie na tyle, żebym się roześmiał, raczej wewnętrznie - objawiło się krótkim, zaskakującym rozluźnieniem, coś we mnie puściło na moment, kącik ust uniósł mi się sam, bez pytania o zgodę, a ja nawet nie próbowałem tego powstrzymać. Zabrzmiało to całkiem… Znajomo - jak tekst, który wraca w cudzych ustach zbyt gładko, by był wymyślony na poczekaniu. Patrzyłem na nią uważniej niż wcześniej, jakbym dopiero teraz naprawdę zaczął dopuszczać możliwość, że to nie była improwizacja ani sprytna zagrywka, w tym jednym wymienionym zdaniu było coś niepokojąco naturalnego - fakt rzucony mimochodem, bez oczekiwania natychmiastowej reakcji, odbity w równie swobodny sposób - nie musiała mnie przekonywać, tylko zareagowała, potwierdzając moją hipotezę. To mnie bawiło i irytowało jednocześnie, bo jeśli rzeczywiście kiedyś mówiłem do niej w ten sposób, jeżeli to „zawzięta” nie było obelgą, nie etykietą, tylko cechą, którą znałem na pamięć, to znaczyło, że coś mi umykało, a ja nie lubiłem mieć luk w obrazie sytuacji.
To wszystko było zbyt gęste, nazbyt konkretne, by zbyć to machnięciem ręki, zbyt wiele detali nie pasowało do kłamstwa, a jednocześnie zbyt wiele odbiegało od prawdy, którą znałem. Westchnąłem cicho, bardziej przez nos niż usta, czując, jak coś we mnie stawia opór - nie panika, nie strach, raczej instynkt, który nie lubił, gdy świat nagle zmieniał zasady.
Przesunąłem dłoń po jej kolanie powoli, świadomie, nie do końca wiedząc, czemu pozwoliłem sobie na ten ruch i czemu w ogóle zainicjowanie go przyszło mi tak zupełnie bezmyślnie, ale skoro nie strzepnęła stamtąd mojej ręki, nie stroniła od dotyku, moje palce same odnalazły jej rękę. Ująłem ją i uniosłem odrobinę, obracając tak, by widzieć wnętrze dłoni, linię życia, drobne nierówności skóry, pieprzyki i plamki - przyglądałem się jej palcom z uważnością graniczącą z uporem, jakbym próbował zmusić pamięć do współpracy siłą spojrzenia. Przypatrywałem się im z uwagą kogoś, kto próbuje przypomnieć sobie zapach domu, stojąc w obcym mieście. Coś we mnie wyhamowało - ten cały cynizm, ta arogancka obrona, tarcza, którą zwykle stawiałem między sobą a światem, nagle nie miała gdzie się oprzeć. Jeśli kłamała, robiła to perfekcyjnie, jeśli mówiła prawdę - to by oznaczało, że wszystko, co wiedziałem o sobie, było niepełne. Złapałem się na tym, że przestałem oddychać na krótką chwilę, jakby organizm sam uznał, że warto wstrzymać powietrze, dopóki nie zdecyduję, czy to, co słyszę, ma sens - te wszystkie wcześniejsze słowa uderzyły we mnie z opóźnieniem, najpierw musiały przebić się przez grubą warstwę sceptycyzmu, a dopiero potem znaleźć sobie miejsce gdzieś głębiej.
Podniosłem wzrok dopiero po chwili, nie puszczając jej dłoni, w moim spojrzeniu nie było już kpiny ani tej młodzieńczej buty, którą jeszcze niedawno się podpierałem, była za to ostrożność i coś, co trudno było nazwać inaczej niż potrzebą sprawdzenia gruntu, zanim się on pode mną zapadnie.
- Dobrze. W takim razie jeszcze jedno. Jeśli naprawdę jesteś moją żoną, jeśli to wszystko nie jest ani prowokacją, ani projekcją, ani podstępną próbą zatrzymania mnie gdzieś, gdzie nie powinienem się zatrzymywać… - Urwałem na moment, kciukiem przesuwając po jej palcu serdecznym, dokładnie tam, gdzie czegoś brakowało albo gdzie coś powinno być. Głos miałem niższy, zachrypnięty, pozbawiony tej zadziorności, która wcześniej we mnie wrzała. - To powiedz mi coś, czego nikt inny nie mógłby wiedzieć, nawet jeśli obserwowałby mnie latami. - Trzymałem jej dłoń nadal, nie cofając ręki, chociaż instynkt podpowiadał mi, że to właśnie powinienem zrobić. Palce miała ciepłe, zbyt realne jak na kogoś, kto - według logiki tego miejsca - nie powinien tu istnieć. Patrzyłem na nią uważnie, teraz byłem czujny w inny sposób, jak ktoś, kto przestał się bronić żartem i czekał na uderzenie wprost - dokładnie tam, gdzie wycelowała swoją kolejną wypowiedź - jej słowa o tym, że nie byłem straconym przypadkiem, trafiły gdzieś głębiej, niż chciałem przyznać. Nie dlatego, że były pocieszające - takich nigdy nie potrzebowałem - ale dlatego, że brzmiały jak coś, co ktoś powiedział mi już kiedyś, jak zdanie, które miało swoją historię, ciężar, kontekst, jak echo, które nie powinno było istnieć.
„Jeśli zniknę, nikt nie zauważy momentu, w którym mnie zabraknie”, to nie było czcze, smętne przekonanie, a jednak… Spojrzałem na nią inaczej, jakby nagle zmieniła się definicja tego, na co patrzyłem - nie wyglądała jak ktoś, kto recytował wyuczoną formułkę, nie wyglądała też jak ktoś, kto próbował mnie omotać, wyglądała na kogoś przekonanego, a to… To było gorsze. Przesunąłem językiem po zębach, potem po dolnej wardze, odruchowo, bezmyślnie, patrzyłem na nią jak ktoś, kto całe życie uczony był czytania między wierszami. Małżeństwo oznaczało nazwisko, sojusz, zobowiązanie, czasem ulgę podatkową albo ciszę przy stole, rzadko namiętność, tego byłem pewien nawet bez sięgania po wybiórczo działającą pamięć, w moim świecie małżeństwa nie brały się z miłości wypowiedzianej szeptem w półmroku, brały się z genealogii, korzyści, dobrze rozpisanych kontraktów, z długów spłacanych w kolejnych pokoleniach. Miłość, o ile w ogóle się pojawiała, była co najwyżej skutkiem ubocznym - czymś, co należało trzymać na wodzy, bo potrafiło zrujnować najlepiej zaplanowany układ. „Od lat” tym bardziej uderzyło mnie mocniej, niż chciałem przyznać, powtórzyłem to w myślach, wolno, to było obce słowo w znanym języku, niby bliskie, a jednak dalekie, bo wszystko we mnie sprzeciwiało się wierze w to, że mogłoby chodzić o coś, co jednocześnie byłoby z dawien dawna zaplanowane, ale pełne faktycznych uczuć. „Od lat”, czyli nie chwilowy kaprys, nie świeża fascynacja, nie impuls po kieliszku wina - „od lat” oznaczało czas, ciągłość, pamięć wspólną, której ja nie miałem, i właśnie to było najbardziej irytujące.
Ponownie przeniosłem wzrok w kierunku naszych splecionych dłoni i spojrzałem na nie uważniej, już nie z prowokacją, nie z arogancją, tylko z chłodną, niemal zawodową koncentracją - tak, jakbym próbował ocenić wiarygodność świadka, a jednocześnie bał się, że okaże się ona bez zarzutu.
- „Od lat”. - Powtórzyłem na głos, ciszej, nieświadomie fiksując się na tych dwóch słowach, na tym, jak brzmiały w kontekście całego mojego życia, wiedzy i podejścia do rzeczywistości. - Czyli nie „od niedawna”, nie „od momentu, w którym coś się wydarzyło”. Tylko… Wcześniej. - Nie brzmiało to jak oskarżenie, to była próba ustawienia czegoś w głowie, która nagle okazała się za mała na tę informację. Oczywiście, rozumiałem umowy i porozumienia zawierane przy stołach, układy zawierane wiele lat przed konkretnym czasem, ale to praktycznie nigdy nie było „kochanie”, w nielicznych przypadkach było to, co najwyżej, „dorastanie do miłości”, zazwyczaj mało romantycznej, bardziej przyziemnej - tu to tak nie brzmiało.
Cofnąłem kciuk, przestałem przesuwać go po jej skórze, potrzebowałem tej drobnej dyscypliny, żeby nie odpłynąć za daleko. Miłość była dodatkiem luksusowym, mile widzianym, ale absolutnie niekoniecznym, jeśli się pojawiała - dobrze, jeśli nie - świat i tak szedł dalej. Dlatego ta nieoczekiwana anomalia zbijała mnie z tropu - nie dlatego, że brzmiała fałszywie, tylko dlatego, że była zbyt prosta.
Przesunąłem dłonią po twarzy, wolno, ten gest nie mógł jednak uporządkować moich myśli. Słowa o tym, że była „odrobinę wkurzona”, dotarły do mnie z opóźnieniem, mój mózg potrzebował chwili, żeby zdecydować, czy w ogóle warto się nimi zająć, chociaż normalnie złapałbym się tego zdania, rozebrałbym je na części, zapytał, „dlaczego, o co, od kiedy”. Teraz jednak było w nim coś absurdalnie zwyczajnego, niemal domowego, i właśnie to sprawiło, że zrobiło mi się nieswojo - jakbyśmy rozmawiali o niedomytej filiżance, a nie o… Wszystkim innym. „Wkurzona”, oczywiście, to akurat brzmiało bardziej wiarygodnie niż reszta - wkurzenie było uczuciem znajomym, bezpiecznym, logicznym, dało się je wpisać w schemat. Reszta… Niekoniecznie. Nie byłem kochliwy, nigdy, zawsze uważałem to za wadę charakteru, zresztą, uczono mnie, że więzi są narzędziami, a małżeństwa konstrukcjami - coś się zawiera, coś się wnosi, coś się zyskuje. „Zakochanie” było pojęciem użytecznym w poezji i niepraktycznym w życiu, a jednak, gdy mówiła o tym tak spokojnie, bez egzaltacji, bez potrzeby przekonywania mnie na siłę, coś zaczęło się przesuwać. Patrzyłem na nią uważnie, nie szukając już pęknięć w jej historii, tylko punktów styku z moją własną, to było niepokojące doświadczenie.
- „Dość mocno ranny” to bardzo elastyczne pojęcie. - Odezwałem się w końcu, spokojnie, może aż za bardzo. - Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie używają go, kiedy nie chcą powiedzieć, jak źle jest naprawdę. - Przesunąłem kciukiem po grzbiecie jej dłoni, nadal trzymając ją w swojej, jakbym nie do końca ufał temu, że jeśli puszczę, to ona nie zniknie albo ja nie przestanę jej czuć. Moje ciało w dalszym ciągu reagowało szybciej niż głowa, co zaczynało mnie irytować. - Ale ty już to powiedziałaś, tak? Czyli to nie była metafora - głos miałem niższy, zachrypnięty, zupełnie jakby należał do kogoś innego - ani sposób, żeby mną wstrząsnąć. - Oparłem łokcie o uda, nachyliłem się minimalnie do przodu, puszczając obie ręce, ale - paradoksalnie - przysuwając się trochę bliżej, w tej pozycji świat wydawał się nagle ciaśniejszy, jakby przedział naprawdę zwęził się o kilka centymetrów. - Nie wyglądam na kogoś, kto właśnie wymknął się kostusze z ramion. - Dodałem, krótko, rzeczowo, obracając swoje dłonie, przypatrując im się, ze zmarszczonymi brwiami. - I nie czuję się jak ktoś, kto jest na granicy. - To było kłamstwo, chociaż tylko częściowe, coś było nie tak - to wiedziałem od początku - zmęczenie, którego nie potrafiłem umiejscowić, ciężar w klatce piersiowej, coś zostało niedopowiedziane, czułem się w jakiś sposób zdradzony przez własne ciało, nagle zabrakło w tym tej pewności, którą jeszcze przed chwilą próbowałem sobie przypisać, ale nie zamierzałem jej tego przyznać, nawet teraz.
Nie było we mnie paniki, jeszcze nie - zresztą, nie zamierzałem panikować - bardziej coś w rodzaju zimnego zdziwienia, jak wtedy, gdy nagle orientujesz się, że żart przeciągnął się o sekundę za długo i przestał być śmieszny. Słowo „pociąg” zaczynało mi ciążyć, punkt docelowy nie był jasny, brak postojów stawał się coraz bardziej wymowny, tak - to mogła być logistyka śmierci ubrana w metaforę transportu zbiorowego. Parsknąłem krótko, bez humoru, najbardziej irytująca była świadomość, że jej słowa układały się w ciąg, który miał sens, nawet jeśli nie chciałem mu tego sensu przyznać. Wyprostowałem się ponownie, żeby oprzeć się i przeciągnąć palcami po skroni, wolno, z namysłem - ten gest zawsze oznaczał, że coś liczę, analizuję, próbuję poukładać w głowie tak, by nie wybuchło mi w twarz.
- Czyli twój plan polega na tym, że mamy złamać zasady miejsca, którego zasad nie znamy. -  Odezwałem się w końcu, spokojnie, niemal rzeczowo. - I zrobić to na wiarę. Twoją wiarę, dodajmy. - Uniosłem brwi, kręcąc głową niemal niezauważalnie, w innych okolicznościach może nawet bawiłaby mnie absurdalność tej sytuacji, teraz starałem się zrozumieć ten absurd. - Czyli improwizacja. - Stwierdziłem sucho. - Chaotyczna, oparta na przeczuciu improwizacja, podszyta bardzo wysoką stawką. - Nie było w tym kpiny, to było coś na kształt zawodowej oceny. - „Musimy sami sobie zrobić postój”. - Mrugnąłem, tym razem z krótkim, niedowierzającym parsknięciem. - Podoba mi się ta część. Bardzo w moim stylu. Mniej podoba mi się fragment z wyskakiwaniem w ciemno. - Odetchnąłem głęboko przez nos. - Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? - Powiedziałem spokojnie. - Nie to, że prosisz mnie, żebym wyskoczył z pędzącego pociągu. Tylko to, że jakaś część mnie wcale nie uznaje tego za najgłupszy pomysł, jaki dziś usłyszałem. - Spojrzałem na okno, później na drzwi do przedziału, po czym kiwnąłem głową, bez ironii - jeśli ten pociąg faktycznie nie przewidywał wyjścia, to znaczyło, że ktoś uznał, że nie powinno go być, a ja całe życie miałem wyjątkowy talent do robienia rzeczy, które nie były przewidziane w projekcie.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 11.02.2026

Znajdowali się w tym dziwnym miejscu pomiędzy, pociąg jechał dalej, a może był to prom, może jednak płynął, to nie było dla niej najbardziej istotne. Nadal się poruszali, nie dotarli do celu - tylko to się dla niej w tej chwili liczyło, bo nie mogli się zatrzymać, jeszcze nie. Obawiała się tego, co może być na końcu tej drogi, nie chciała, żeby tam dotarli.

Miała świadomość, że jej obecność tutaj nie była przewidziana. Nie powinno jej tu być, nie miała się tu znaleźć, a jednak to zrobiła. Była intruzem, który jednak miał swój cel. Nie najłatwiej szło jej realizowania go, ale jednak w końcu udało jej się udowodnić, że nie była kimś zupełnie przypadkowym. Zajęło jej to więcej czasu niż zakładała, tak właściwie to, czy w ogóle mogła mieć jakiekolwiek założenia, skoro pierwszy raz w swoim życiu robiła coś takiego? Nie, nie mogła mieć ani założeń, ani oczekiwań, chociaż cel jej wizyty był bardzo jasny. Musiała go stąd wyciągnąć  - tylko to się dla niej liczyło.

Pocałunek okazał się być wystarczający, aby potwierdzić to, co mówiła. Nie była mu obca, po prostu jej nie pamiętał, ciało reagowało naturalnie na tę bliskość, wiedziała, że zrobił to z konkretnych pobudek, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, najważniejsze było to, aby wreszcie uwierzył, że nie chciała dla niego źle, była tutaj tylko i wyłącznie dla niego, nie chciała, żeby zakończył już swoją podróż, było na to zbyt wcześnie. Ledwie znowu zdążyli się odnaleźć i dojść do tego, że powinni to zrobić dawno temu. Nie mogła pozwolić na to, żeby coś ich w tej chwili rozdzieliło.

Złapał ją za dłoń, nie odsunęła się od niego, nie zabrała ręki, pozwoliła mu ją dokładnie obejrzeć, jakby to też mogło pomóc w przywróceniu tego, co mu uciekało. Zdawała sobie sprawę z tego, że wspomnienia nie wróciły, nadal nie do końca kojarzył fakty, być może w tym miejscu nigdy miał ich nie poznać. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego w jaki sposób działało. Może chodziło o to, aby nic go nie zatrzymało, by nie miał świadomości, że był ktoś, kto na niego czekał, kto nie wyobrażał sobie tego, że nie mógł wrócić, wtedy było łatwiej ruszyć dalej.

Wiedziała, że to był dopiero początek, jeszcze wiele brakowało do tego, aby jej w pełni zaufał, w końcu jednak nie musiała z nim walczyć i się spierać, zaczął jej słuchać, dzięki czemu mogli w końcu ze sobą współpracować, to powodowało, że zaczęli zyskiwać jakiekolwiek szanse na sukces, bo jeszcze kilka minut temu czuła, że jest na przegranej pozycji.

Przerwali milczenie, uważała to za dobry znak, nadal widziała w nim ostrożność, jednak nie było już tej chęci atakowania jej. To sporo zmieniało. Później podszedł do tego inaczej, przez chwilę się w niego wpatrywała, próbowała zebrać myśli, bo to mogło być podchwytliwe, znała go przecież, wiedziała, że zna go jak nikt inny, jednak co mogłoby nie być tak banalne, proste, co powinna mu powiedzieć, co mogło być czymś, co spowoduje, że faktycznie uwierzy w to co ich łączy.

- Wiem jak zaciskasz szczękę, kiedy się denerwujesz, że gdy zaczyna się robić niewygodnie próbujesz przykrywać wszystko żartem, śpisz od strony drzwi, chociaż właściwie to czuwasz, jakby miało się pojawić coś nieprzewidzianego, w miejscach, w których bywasz siadasz tak, żeby widzieć wszystko, co dzieje się wokół, kontrolujesz otoczenie, przewidujesz każde możliwe zagrożenie. Oczy Ci błyszczą, kiedy się śmiejesz, ale dzieje się to rzadko, nie przy wszystkich. Zawsze masz ciepłe dłonie, w ogóle jesteś ciepły, płynie w tobie gorąca krew, czego skutkiem jest też moim zdaniem podejmowanie nie do końca przemyślanych decyzji, ale zawsze też spadasz na cztery łapy, na szczęście. Trudno Ci komuś zaufać, ale jeśli już to robisz to jesteś najbardziej lojalnym przyjacielem z możliwych, masz ogromne serce pod tą nie do końca przyjemną kreacją. Nie przechodzisz obojętnie wokół krzywdy niewinnych, masz bardzo otwarty umysł, chociaż nie zostałeś wychowany w ten sposób, nie pasowałeś do miejsca z którego pochodzisz, zawsze byłeś ponad. Nigdy się nie skarżysz, dusisz wszystko w sobie, bo nie znosisz być zależny od kogokolwiek. - Nie miała pojęcia, czy to wystarczy, czy to było coś co, faktycznie mogła wiedzieć tylko ona? Możliwe, że nie, jednak to pierwsze przyszło jej na myśl, więc właśnie tym się z nim podzieliła. Spoglądała na niego, zastanawiała się, czy to wystarczy, czy może powinna powiedzieć jeszcze więcej.

- Mamy swoją historię, dosyć burzliwą, jednak udało nam się to wszystko ułożyć. - To nie była chwilowa zachcianka, nigdy nie była. Od momentu kiedy się poznali coś ich do siebie przyciągało, byli zbyt młodzi, aby to zrozumieć, na przestrzeni lat ich znajomość ewoluowała, może nie do końca w odpowiednią stronę, chociaż trudno jej było to ocenić tak naprawdę, bo kto wie, jakby potoczyło się ich życie, gdyby dostrzegli wcześniej to, co głęboko w sobie skrywali. W czasie szkoły nie mogli nic z tym zrobić, zbyt wiele ich dzieliło, nie mogła mieć pewności, że wszystko ułożyłoby się tak jak teraz. dla niej najistotniejsze było to, że w końcu się odnaleźli. - Można powiedzieć, że dosyć trudno nam było sobie uświadomić, że to było to, chociaż pojawiały się znaki, ale byliśmy zbyt młodzi, żeby je odczytać. - To nie mijało się z prawdą, chociaż było raczej bardzo skróconą wersją ich historii, nie miała jednak teraz czasu, aby opowiadać mu o wszystkim.

Czuła jego dłoń na swojej, zauważyła też moment, w której ją odsunął, zbliżył się do niej wtedy jednak nieco. Miała świadomość, że niełatwo było przekazać komuś to, że właśnie umierał, próbowała to zrobić, tyle, że chyba nie uznał, że mówiła wprost, nie powinno jej to dziwić. Nie wyglądał w tej chwili jakby odchodził, wręcz przeciwnie, wydawał się być w bardzo dobrej formie.
- To nie była metafora, umierałeś mi na rękach. - Nie odwróciła wzroku, nadal na niego spoglądała, mówiła spokojnie, chociaż wiedziała, że sytuacja nie należy do najprostszych, umierał, ale nie umarł, to było zasadniczą różnicą, traktowała to jako czas przeszły, jako coś co było za nimi. - Myślę, że udało mi się to powstrzymać. - Jeszcze nie miała co do tego pewności, nie mogła mieć, bo przecież znajdowali się w tym miejscu, które świadczyło o czymś innym, tyle, że ich podróż jeszcze się nie zakończyła, traktowała więc to jako połowiczny sukces, bo była tu - mogła go stąd wyciągnąć, miała wrażenie, że zbliżają się do tego, aby w końcu opuścić to miejsce. - To prawda, nie wyglądasz na kogoś takiego, jednak to miejsce ma na to wpływ. - Jeszcze przed chwilą miała jego krew na rękach, teraz wyglądał jakby nic mu nie dolegało, to, że znajdowali się pomiędzy musiało mieć w tym jakąś zasługę, jakby chciało, żeby udał się dalej spokojny, wyciszony, bez strachu i obaw.

- Wiem, że mój plan brzmi raczej jak brak konkretnego planu. - Doskonale sobie zdawała z tego sprawę. To, co mówiła było chaotyczne, niby miała jakąś wiedzę, ale nie do końca sama wiedziała co właściwie powinni zrobić. - Niestety nigdy wcześniej nie sprawdzałam możliwości, pozostaje więc wierzyć, że to zadziała, więc tak musimy zrobić to na moją wiarę, teoretycznie jednak wszystko mówi o tym, że nie ma innej możliwości, wiadomo, że z praktyką bywa różnie, jednak nie biorę w ogóle pod uwagę tego, że wyszłoby inaczej. - Nie brakowało jej zawziętości, była skłonna zaryzykować, bo przecież tak naprawdę mogli dzięki temu tylko i wyłącznie coś zyskać, dopóki nie spróbują tylko gdybali, lepiej, aby przestali to robić, bo czas płynął, pociąg póki co jechał, ale w każdej chwili sam mógł by się zatrzymać, a wolała nie sprawdzać, jak wygląda stacja końcowa.

- Wyskakując w ciemno będziemy mieć jakąkolwiek kontrolę, to my zdecydujemy kiedy i gdzie to zrobimy, gorzej będzie kiedy ta możliwość przestanie istnieć. - Nie, żeby wydawało jej się, aby to faktycznie była kontrola, bo przecież nie mieli na nic wpływu, mogli po prostu zadecydować w której chwili znajdą się poza tym pędzącym pociągiem, tylko tym różniło się to od poczekania na to, aż sam przestanie jechać. Nie wyglądało to szczególnie pocieszająco.

- To chyba jedyny pomysł, jaki mam, więc cieszę się, że nie jest najgłupszy, jak widać zawsze mogło być gorzej. - Nie mieli zbyt wielu opcji, czas ich gonił, liczyła więc na to, że zdecydują się podjąć tę próbę, co innego im bowiem zostawało?




RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 12.02.2026

Kontrola. W moim świecie to była waluta - coś, co się zdobywało, wyrywało, czasem kradło, nigdy nie oddawało dobrowolnie, a teraz siedziałem w czymś, co przypominało przedział widmo, i udawałem przed sobą, że jadę dokądś z własnej woli. Pociąg wciąż sunął przed siebie, chociaż nie czułem wyraźnych drgań torów, natomiast krajobraz za oknem był rozmyty, jakby nie chciał zdradzić kierunku, i nagle z pełną mocą dotarło do mnie, że przez cały ten czas ani razu nie zapytałem, dokąd właściwie zmierzam - przyjąłem to za oczywiste, naturalne, jakby fakt, że siedziałem w przedziale, automatycznie oznaczał, iż mam właściwy bilet - to mnie zirytowało, na dokładkę do całego zagubienia, jakie pojawiło się po pocałunku. Czekanie, aż coś zdecyduje za mnie, nigdy nie leżało w mojej naturze, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej upierałem się, że mam wszystko pod kontrolą, ta podróż jest logiczna, uporządkowana, nieprzypadkowa, w rzeczywistości wcale taka nie była - jechałem, bo wsiadłem. Wsiadłem, bo… Bo co? Bo byłem zmęczony? Bo bolało? Bo przestałem się szarpać? To do mnie nie pasowało.
Przez chwilę milczałem, wagon kołysał się lekko, a ja miałem wrażenie, że to nie pojazd się poruszał, tylko coś pod moją klatką piersiową, co zaciskało się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem siedzącej przede mną kobiety. Słuchałem jej bez przerywania, co samo w sobie było podejrzane, bo zwykle wchodziłem natarczywym ludziom w słowo przy trzecim zdaniu, kwestionowałem, podważałem ich rację, rozbrajałem żartem, rozciągałem ciszę tak, żeby druga strona zaczęła się z niej wycofywać, jednak teraz tylko patrzyłem, jak poruszają się usta, których smak już znałem, a kolejne zdania układają się w coś, co brzmiało zbyt spójnie, żeby było przypadkowe.
„Zaciskasz szczękę, kiedy się denerwujesz”, nieświadomie przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, rozluźniłem żuchwę - „czy właśnie to robiłem?”
„Przykrywasz wszystko żartem”, krzywy uśmiech zniknął mi z ust - „spostrzegawczość?”
„Śpisz od strony drzwi”, obraz przemknął mi przez głowę tak wyraźnie, że aż zabolało - nie konkretne miejsce, nie konkretne łóżko, tylko ciężar czyjegoś ciała po drugiej stronie, znajome ciepło i świadomość, że to ja mam być bliżej potencjalnego zagrożenia - „sugestia w mojej głowie?”
„Siadasz tak, żeby widzieć wszystko”, odruchowo podniosłem wzrok i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że faktycznie siedzę w takim miejscu, że widzę drzwi przedziału, korytarz w odbiciu szyby, fragment jej sylwetki i własne dłonie - nie zmieniłem pozycji, lecz coś znowu się we mnie zacisnęło.
Nie mówiła jak ktoś, kto coś „zauważył”, wiedziałem to w głębi duszy, mówiła jak ktoś, kto to przeżył, wielokrotnie.
„Ciepłe dłonie”, spojrzałem na nasze splecione ręce, faktycznie - jej palce były chłodniejsze. Zmrużyłem oczy, kiedy zaczęła wymieniać te wszystkie rzeczy, moja szczęka rzeczywiście znowu się napięła podczas, gdy przesunąłem kciukiem po wewnętrznej stronie nadgarstka kobiety przede mną, zupełnie bezwiednie sprawdzając puls, jakbym chciał upewnić się, że jest prawdziwa, albo że ja jestem, co obiektywnie było jeszcze gorsze - zorientowałem się po sekundzie i raz jeszcze spróbowałem rozluźnić mięśnie twarzy, bezskutecznie, tylko zgrzytnąłem zębami, przesuwając po nich językiem. W tym także coś mi nie pasowało - nie przez to, co poczułem, tylko przez to, czego nie wyczuwałem - mój zgryz był idealny, zupełnie tak jak wszystko w tym przedziale. Przynajmniej dopóki nie pojawiła się w nim anomalia, która nie przestawała mówić do mnie tak, jakby naprawdę mnie znała. Patrzyłem na jej palce, potem na własne, wgapiając się w nie tak, jak gdybym próbował znaleźć na nich jakąś bliznę, skazę, niedoskonałość, potwierdzenie, że to wszystko nie jest wytworem czyjejś fantazji. Każde kolejne zdanie było jak cios wymierzony nie w twarz, tylko w coś znacznie głębiej, w coś, co dotąd uważałem za prywatne, niedostępne, zabezpieczone podwójnym dnem.
- „Ogromne serce”. - Mruknąłem z lekkim niedowierzaniem. - Nie przesadzaj. - Coś we mnie sprzeciwiało się akurat temu osądowi, automatycznie spychając te słowa na margines błędu, jaki pewnie mogła popełnić, jeżeli rzeczywiście byliśmy w sobie zakochani. Prychnąłem cicho, jakby mnie to rozbawiło, ale w rzeczywistości poczułem coś znacznie bardziej niewygodnego, bo to nie była cecha, którą się chwaliło - to jest coś, co się ukrywało, w świecie, z którego pochodziłem, takie rzeczy były słabością. - To nie największy organ, jakim dysponuję, wiesz. - Powinna to wiedzieć, skoro byliśmy małżeństwem, nie pytałem więc, raczej stwierdziłem coś, co - jak dopiero wtedy się zorientowałem - było kolejnym podpunktem z wymienionej listy. „»Gdy zaczyna się robić niewygodnie próbujesz przykrywać wszystko żartem«, kurwa mać, dobrze strzelała”. Nie uśmiechałem się, nie ironizowałem, to już nie był moment na drwinę.
- To nie są sekrety. - Odezwałem się w końcu spokojnie, chociaż głos w dalszym ciągu miałem niższy niż wcześniej, gdy tylko przerzuciliśmy się wypowiedziami. - To są nawyki kogoś, kto nie jest idiotą, ale niech ci będzie. - Przełknąłem ślinę, bo miała rację - siadałem tak, by widzieć wyjście, spałem od strony drzwi, zawsze, nawet teraz, w tym absurdalnym miejscu, pierwsze, co zrobiłem po jej wejściu do przedziału, to była ocena przestrzeni, odległości, możliwości, potencjału sytuacji.
„Zawsze byłeś ponad”, nikt z tamtego świata by tak nie powiedział, więc kiedy wspomniała o tym, że nie pasowałem do miejsca, z którego pochodzę, spojrzałem na nią uważniej, dłużej, tam już nie było obserwacji z zewnątrz - to było coś innego, coś, co brzmiało jak zrozumienie, które nie przychodzi po kilku rozmowach.
- Znaki. - Powtórzyłem wolno. - Jakie znaki? - Patrzyłem na nią uważnie, nie agresywnie, nie podejrzliwie, uważnie. - Jeśli byliśmy „zbyt młodzi”, to znaczy, że znaliśmy się długo. - Zmarszczyłem lekko brwi. - Szkoła? - To nie było pytanie rzucone w przestrzeń, to było tropienie. - Mówisz, że mnie znasz. Że wiesz, jaki jestem. - Uniosłem jej dłoń nieco wyżej, obracając ją delikatnie, jakby linie na jej skórze miały mi coś powiedzieć. - To znaczy, że musiałaś być tam. Blisko. Nie przelotnie. - Westchnąłem. - Ale miłość od lat? - Spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem. - Nie jestem człowiekiem, który kocha „od lat” i nic z tym nie robi. - Nie to, bym z jakiegoś powodu nie poczuł się tak, jakby to było wyłącznie półprawdą, sformułowaną w ten sposób, bo tak było mi wygodnie. - Jeśli coś czuję, to albo to odcinam, albo idę w to bez półśrodków. - Zamilkłem na moment, trochę zdziwiony własną szczerością w tym zakresie, ale dziwnie łatwo mówiło się tutaj rzeczy, które normalnie wiązałyby się z głębszymi emocjami - w mojej głowie coś próbowało się ułożyć, ale miałem wrażenie, że brakowało kluczowego elementu. - Mówisz, że byliśmy za młodzi, żeby to zrozumieć. - Pokręciłem głową wolno. - Ja nie wierzę w znaki - chociaż w tym miejscu, w tym pociągu, to zdanie brzmiało słabo - to też powinnaś wiedzieć. Wierzę w decyzje. Jeśli coś między nami było, to znaczy, że któreś z nas zdecydowało się tego nie dotknąć. - Znów spojrzałem na jej twarz, jakbym widział ją pierwszy raz. - Ja? - Zapytałem ciszej. - Ja to widziałem? Czy byłem ślepy? - Na moment spojrzałem jej w oczy, dłużej niż wcześniej, bez sztywnej obrony własnych racji. - Jeśli to prawda… - Zawahałem się, bo to słowo nadal brzmiało jak coś z innej rzeczywistości. Coś zadrgało mi pod skórą, niewyraźne obrazy, bardziej wrażenia niż wspomnienia - śmiech na tle kamiennych murów, zapach zimnego powietrza, sylwetka oddalająca się korytarzem, irytacja, której nie umiałem nazwać.
„Nigdy się nie skarżysz. Dusisz wszystko w sobie.”
Kciukiem przesunąłem po jej knykciach, powoli, prawie nieświadomie, z każdą kolejną rzeczą, którą wymieniała, coś we mnie reagowało szybciej, niż zdążyłem to zracjonalizować.
- Jeśli to prawda - powiedziałem wolno - to znaczy, że znałaś mnie, zanim stałem się… Tym. - Machnąłem ręką nieokreślenie, jakby „tym” było czymś oczywistym, mimo że wcale nie zachowywałem się wobec niej najlepiej. - I mimo to zostałaś? - To nie było oskarżenie, to było niedowierzanie, z którym przyjrzałem się jej twarzy, próbując zobaczyć w niej ślad kogoś, kto naprawdę przeszedł ze mną lata. Nie dni, nie tygodnie - lata, nawet jeśli powiedziała mi wcześniej, że nie byliśmy obok siebie zawsze. - Musisz naprawdę mocno wierzyć w to moje… Ekhm. Olbrzymie serce. - Westchnąłem cicho przez nos.  „Gdy zaczyna się robić niewygodnie próbujesz przykrywać wszystko żartem”. - To nie jest szczególnie zdrowe. - Powiedziałem, jakbym komentował cudzą wadę, nie własną.
„Mamy swoją historię.”
- Powiedz mi jedną rzecz. - Dodałem po chwili, tonem już nie konfrontacyjnym, ale na nowo odrobinę przekornym. - Co było pierwsze? Nienawiść czy napięcie? - Przesunąłem kciukiem po jej palcu serdecznym, tam, gdzie - jeśli mówiła prawdę - powinna być obrączka. Patrzyłem na nią tak, jakby odpowiedź miała zdecydować, czy to wszystko zacznie się układać w logiczną całość, bo jeśli to była burzliwa historia, jeśli byliśmy młodzi i zbyt dumni, żeby coś przyznać, to znałem ten schemat, trochę zbyt dobrze.
Puściłem jej dłoń tylko po to, by oprzeć łokcie na kolanach i pochylić się nieco do przodu, wpatrywałem się w podłogę przez sekundę, dwie, jakbym próbował coś wyłowić z pustki. Odchyliłem się minimalnie, ale nie odsunąłem się od niej, odległość między nami wciąż była zbyt mała, żeby nazwać ją bezpieczną. Milczałem chwilę, analizując - jeśli to była gra, była perfekcyjna, jeśli to było kłamstwo, było zbyt dopracowane, za bardzo… Konkretne.
- Mówisz, że duszę wszystko w sobie - odezwałem się wolno - nie znoszę zależności. Że kontroluję otoczenie. - Uniosłem wzrok. - A jednak mam się zgodzić na to, że jestem czyimś mężem. Z miłości. Kilka dni po ślubie. - To zdanie zabrzmiało poważniej, niż planowałem. - To się nie składa.
Ale problem polegał na tym, że składało się aż za dobrze, bo jeśli już miałbym kogoś wpuścić, pozwolić, żeby ktoś zobaczył to wszystko pod spodem - jeśli już miałbym zrobić coś tak nierozsądnego jak małżeństwo z uczucia… To nie wyobrażałem sobie, żeby to była osoba miękka, uległa, przypadkowa, tylko ktoś, kto patrzy mi w oczy bez mrugnięcia, kto wchodzi do mojego przedziału i nie daje się wyrzucić, kto mówi „nie wysiądę bez ciebie” bez drżenia głosu.
Uniosłem lekko brwi.
- Szkoda. - Burknąłem cicho. - Wolałbym, żeby była. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, szukając śladów histerii, przesady, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi to zdeprecjonować, ale jej głos był stabilny.
„Umierałeś mi na rękach”, to zdanie zaczęło rezonować gdzieś głębiej, pod moją skórą, jak echo, które nie chciało się rozproszyć. Spojrzałem na swoje dłonie, obróciłem je, jakby miały zdradzić ślady czegokolwiek - krwi, pęknięć, blizn, czegokolwiek, co potwierdziłoby jej wersję - były czyste, nienaruszone, może aż za bardzo. A jednak siedziałem w miejscu, które najwyraźniej było przeznaczone dla ludzi, którzy… Odchodzą. Dotknąłem lekko oparcia siedzenia, jakbym sprawdzał, czy jest prawdziwe, to mnie niepokoiło bardziej niż sama wizja śmierci - nie czułem bólu, nie czułem chłodu, nie czułem końca. Dotknąłem mostka, jakbym spodziewał się poczuć pieczenie pod palcami - nic.
- Umierałem ci na rękach, ale już nie umieram. - Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, testując smak tych słów, jednocześnie odwracając na moment wzrok w stronę okna, za którym krajobraz rozmazywał się jak sen, a może koszmar. - I „myślisz”, że udało ci się to powstrzymać. - Przygryzłem wargę od środka. - Zważywszy na to, że wsiadłem do tego… - Machnąłem lekko ręką, obejmując gestem przedział, tor, całe to zawieszenie, a potem z powrotem spojrzałem na nią, uważnie. Słowo „umierałeś” zawisło między nami ciężko, nie jak dramatyczna figura, tylko jak fakt w raporcie medycznym. - Zakładam, że mówimy o czymś więcej niż niefortunnym zakrztuszeniu się winogronem, które ze mnie wydusiłaś. Co to było? Klątwa? Rozszczepienie? Rozwalone płuca? - Przekrzywiłem lekko głowę, w moim głosie pojawiła się ta cienka warstwa ironii, którą nakładałem zawsze, gdy grunt zaczynał się osuwać. Nie „skaleczyłem się”, nie „zasłabłem”, nie „miałem gorszy dzień”, nic z tych rzeczy. - Czy coś bardziej spektakularnego? - Wargi drgnęły mi w czymś, co nie było uśmiechem. - Bo jeśli ja rozpocząłem podróż, a ty „powstrzymałaś ten moment”… -  Zrobiłem w powietrzu cudzysłów palcami, odchylając się od niej na moment. - W jaki sposób? - Spytałem wprost, zupełnie bez krążenia, nie czekałem jednak na odpowiedź, bo coś we mnie już zaczęło łączyć punkty. „Zrobiłam, co w mojej mocy”, „jeszcze nie był ten moment”, „wkradłam się tutaj”. - Elegancko. Moja świeżo poślubiona żona okazuje się czarownicą z zamiłowaniem do zakazanych działów biblioteki. - W moich słowach na próżno było szukać oskarżenia, brzmiałem jak ktoś, kto próbuje ustalić skalę zniszczeń, nie jak ktoś oburzony. Moja świeżo poślubiona żona bawiła się w wyciąganie mnie spod kosy, a ja nawet nie wiedziałem, że mam kosę przy gardle - no, ładnie. - „Powstrzymałam” to szerokie pojęcie. - Kącik moich ust drgnął krzywo. - W moim świecie to zazwyczaj oznacza złamaną rękę, którą się nastawia, albo ranę, którą się zaszywa, a nie o tym mówimy, prawda? Nabroiłaś. - Patrzyłem na nią dłużej, na jej twarz, na spokój, który próbowała utrzymać, na to dziwne przekonanie, że „udało jej się to powstrzymać”, jakby śmierć była procesem administracyjnym, który można zawiesić podpisem w odpowiednim miejscu. Pokręciłem głową z niedowierzaniem - milczałem chwilę, przyglądając się jej uważnie, nie byłem przerażony, byłem… Zaintrygowany. Może dlatego, że w tym momencie nie czułem głębi tego, o czym rozmawialiśmy? To była moja żona, do cholery, przynajmniej według wersji, jaką mi przedstawiała, tymczasem podchodziłem do tego…
- Jeśli miałbym kogoś, kogo kocham, świeżą żonę, niedokończone życie… - Zawiesiłem głos. - To powinienem walić w te drzwi jak wariat, nie?
Cisza zgęstniała, więc - oczywiście - wróciłem do formy, przesunąłem spojrzenie na okno, na krajobraz, który nie do końca był krajobrazem, potem wróciłem do niej i wzruszyłem ramionami. Zero blizn, zero krwi, zero dramatu, jeśli naprawdę konałem, to to miejsce miało wyjątkowo dobrą obsługę klienta, niestety, teraz zaczynało mnie to irytować, bo najwyraźniej wcześniej nie widziałem całego obrazu.
- Jesteśmy jak jebani Bonnie i Clyde czy coś? Mamy już wspólną kartotekę? Czy dopiero ją zakładamy? - Przekrzywiłem głowę z cieniem uśmiechu, chociaż bez faktycznego rozbawienia. - Wiesz… Partnerzy w zbrodni. - Mój ton był lekki, ale spojrzenie nie, bo pod żartem kryło się coś innego. - Uciekamy przed przeznaczeniem, rabujemy śmierć, zostawiamy za sobą metafizyczne trupy. Takie tam. - Wzruszyłem ramieniem. - Nie wiem, czy łapiesz odniesienie. Może nie miałaś powodów oglądać mugolskich filmów o romantyzowaniu przestępczości, chociaż na tym etapie, cholera cię wie, prawda? - Oczy mi błysnęły krótko - z jej słów wynikało, że nie dorastała w tym samym porządku, w tej samej klatce, więc ta klaryfikacja mogła być zupełnie zbędnym dodatkiem w momencie, w którym chyba powinniśmy liczyć się z czasem, ale jakoś nie mogłem jej sobie darować.
Patrzyłem na nią dłuższą chwilę po tych słowach. „Wyskakując w ciemno będziemy mieć jakąkolwiek kontrolę” brzmiało jak coś, co sam mógłbym powiedzieć w innych okolicznościach - w świecie, w którym decyzje podejmowało się szybko, brutalnie, zanim sytuacja zdążyła się zamknąć. „Wyskoczyć w ciemno” brzmiało to jak coś, co powiedziałbym mając siedemnaście lat i przekonanie, że świat należy do mnie, ale - no, nie ukrywajmy - teraz też nie było to do mnie całkowicie niepodobne, nawet wręcz przeciwnie, to było coś, co mógłbym zrobić, gdybym miał ku temu powody.
- Czyli skok z rozpędzonego pociągu jako przejaw rozsądku. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie. Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się przez krótką chwilę, czy w ogóle wierzę w to wszystko - w nią, w nas, w plan ewakuacji, może trochę we własny rozsądek. - Musiałem naprawdę namieszać w życiu, skoro to jest nasz najbardziej logiczny plan. - Pokręciłem głową, ale wbrew słowom nie było we mnie drwiny, było zmęczenie i coś jeszcze - coś, co nieprzyjemnie przypominało zgodę. Nie brzmiałem już ironicznie, raczej sucho, ponieważ im bardziej analizowałem sytuację, tym wyraźniej dochodziłem do wniosku, że miała rację w jednym - jeśli czekaliśmy, oddawaliśmy decyzję komuś innemu, nawet jeśli tym kimś była metafizyka i tamci „Oni”. Czekanie oznaczało zgodę, a ja nigdy nie byłem dobry w biernym oczekiwaniu na wyrok, zawsze wolałem działać, nawet jeśli działanie było nierozsądne, niż siedzieć i czekać, aż ktoś zdecyduje za mnie.
Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, po czym znów spojrzałem na nią uważnie, przeniosłem spojrzenie na drzwi przedziału, potem na okno, nie widziałem żadnego sygnału, żadnego znaku, tylko ruch. Przesunąłem dłonią po karku, czując zupełnie nowe napięcie, którego wcześniej tam nie było, i nagle świadomość, że mogłem rzeczywiście umierać, przestała być abstrakcją - jeśli zacząłem tę podróż, to coś musiało mnie tu wciągnąć, a skoro tu byliśmy razem… To znaczy, że albo system miał poważną lukę, albo ona ją wyłamała, i nie warto było, by robiła to nadaremnie. Oczywiście, istniała też trzecia opcja, ale… Była coraz mniej prawdopodobna, milczałem więc przez chwilę, rozważając to na serio, bo jeżeli rzeczywiście to była droga bez powrotu, to różnica między „wysiąść” a „dojechać” mogła być wszystkim, albo niczym. W głowie układałem scenariusze, chociaż żaden nie miał sensu. Wyskoczyć dokąd? W co? W pustkę? W życie? W nicość? Mówiła o wyskakiwaniu w ciemno, jakby proponowała zmianę peronu, a nie skok z rozpędzonego pociągu, który być może nie miał nawet torów, a tak w ogóle to mógł być promem na otwartym morzu.  Nie byłem pewien, czy to był rozsądek z mojej strony, czy zamotanie, może jedno i drugie, ale w tej chwili przestałem udawać, że bierne siedzenie w tym przedziale było bezpieczniejsze, jeśli mieliśmy spaść, wolałem zrobić to świadomie.
- Jedyny pomysł. - Kiwnąłem, tym razem patrząc jej prosto w oczy - nie wyglądała na kogoś, kto był zachwycony własnym geniuszem, wyglądała na kogoś, kto rzucał się na ostatnią deskę ratunku i był gotów udawać, że to solidny most.
Westchnąłem powoli, nawet jeśli alternatywa była ryzykowna, wolałem ryzyko od bezczynności.
- Zawsze mogło być gorzej. - Stwierdziłem, aczkolwiek nie zabrzmiało to zbyt pocieszająco, to była przede wszystkim prawda - mogłem siedzieć tu sam, nie wiedzieć, że mam jakikolwiek wybór, nawet między złym a gorszym, mogłem nawet nie kwestionować tego wszystkiego, jednak kwestionowałem.
Podniosłem się powoli z miejsca, czując, jak ciężar decyzji osiada mi na barkach, podszedłem do drzwi przedziału i przez chwilę patrzyłem na klamkę, nie dotykałem niczego, ale byłem prawie pewien, że ten metal nie był chłodny pod palcami. Spojrzałem jeszcze raz na okno, krajobraz był wciąż ten sam - nieokreślony, zawieszony, jakby czekał - nie było punktu odniesienia, nie było drzew, domów, ludzi.
Odwróciłem się do niej, mierząc ją wzrokiem, ta determinacja miała w sobie coś pięknego i przerażającego jednocześnie. Zdążyliśmy ustalić, że lubiła mieć opcję B, C i D, tu nie było nawet planu A, który miałby sens w normalnych warunkach, ale normalnych warunków już nie było. Nie miałem lepszego pomysłu, nie miałem żadnego pomysłu, ona przynajmniej oferowała mi jeden, choćby szalony.
Nagle absurd sytuacji uderzył mnie z pełną siłą - teoretyczni nowożeńcy, świeżo po ślubie, decydujący się na skok z pędzącego, metafizycznego środka transportu, żeby spróbować wrócić do życia. Czy to ja oszalałem, czy ta scena była rzeczywiście tak absurdalna, jak się wydawała?
- Wiesz, co jest najzabawniejsze? - Powiedziałem spokojnie, na dokładkę, cień półuśmiechu przemknął mi po twarzy. - Całe życie uważałem się za kogoś, kto działa impulsywnie, nawet jeśli kalkuluje ryzyko, a teraz rozważam skok w absolutną niewiadomą, bo moja hipotetyczna, bardzo prawdopodobnie faktyczna, ewidentnie bardziej ryzykancka żona uznała, że to daje nam „jakąkolwiek kontrolę”. - Urwałem, wzruszając lekko ramionami. Nie zarzucałem jej lekkomyślności, podziwiałem zdecydowanie, z jakim była w stanie o tym mówić. Słowo „żona” nie zabrzmiało już tak obco jak wcześniej, nie było całkiem naturalne, ale też nie uwierało, natomiast „wyskoczyć w ciemno” w dalszym ciągu brzmiało jak coś, co powiedziałbym w innym życiu, w innej sytuacji, z tym charakterystycznym półuśmiechem, jakbym sprawdzał granice świata tylko po to, żeby zobaczyć, czy się złamie. Teraz jednak nie czułem ekscytacji - czułem ciężar osiadający mi na piersi i ramionach. Zawsze miałem skłonność do ruchów, które inni uznaliby za niepotrzebne ryzyko, różnica polegała na tym, że zwykle dotyczyło to tylko mnie, teraz dotyczyło jej, to było coś niedorzecznego, a jednocześnie dziwnie znajomego.
- Wiesz, że to może boleć. - Rzuciłem spokojnie, bez sarkazmu, bardziej rzeczowo niż wcześniej. - Jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość. - Wyobraziłem sobie scenariusz, w którym drzwi przestają się otwierać, a podłoga pod nogami zmienia się w coś, czego nie da się już opuścić. Nie byłem pewien, czy to wyobrażenie było trafne, ale instynkt podpowiadał mi jedno - pociąg jechał, to było faktem, niezależnie od tego, czy była to metafora, czy bardzo dosłowna konstrukcja zaświatów, jedno się zgadzało - ruch trwał, ruch oznaczał kierunek, a ja nie lubiłem kierunków, których sam nie wybierałem. Zawsze wolałem być tym, który podejmuje decyzję, nawet jeśli wszystkie opcje były złe.
-Ale zakładam, że ból i tak już przerabialiśmy. - Zawiesiłem spojrzenie na jej dłoniach, potem znów na oczach. Próbowałem wyobrazić sobie to „wyskoczenie”, mimo że jeszcze kilka minut wcześniej przysięgałbym, że nie dam się wciągnąć w żadną jej narrację. Co to w ogóle znaczyło tutaj? Czy to był skok w nicość? W świat? W ból? W ciało, które podobno leżało gdzieś tam, ciężko ranne? Skoro umierałem jej na rękach, jak twierdziła, to kilka dodatkowych siniaków raczej nie robiło różnicy.
Wyciągnąłem do niej rękę, gest był prosty, niemal ceremonialny, otwarta dłoń, pewna, czekająca. Patrzyłem na nią z góry, stojąc między siedzeniami, czując, jak coś we mnie przestawia się o kilka milimetrów, jeszcze godzinę temu twierdziłem, że to nie jej podróż, nie potrzebuję towarzystwa, „razem” nie jest dla mnie, teraz stałem i oferowałem jej rękę jak idiota z taniego romansu.
- Skoro już mamy mieć wspólną bogatą kartotekę - uniosłem brew, jakbym właśnie mówił coś zupełnie przyziemnego - to przynajmniej zróbmy coś, co będzie warte wpisu.
Przesunąłem spojrzeniem po jej ustach, potem wróciłem do oczu, moja dłoń nadal czekała, zawieszona w powietrzu, ale nie naciskałem, nie ponaglałem.
- Wiesz - odezwałem się ciszej, dopiero wtedy, kiedy stanęła przede mną - jeśli to się uda… - Zawahałem się na ułamek sekundy, to było dziwne uczucie, planować coś po „odumieraniu”. - Jak nam się powiedzie - poprawiłem się - będziesz na mnie syczeć za nieautoryzowane odejście z tego świata? Bo ty raczej nie krzyczysz, nie? Uprawiasz pasywną agresję? - Nie mówiłem tego jak żartu, nie do końca, w tej chwili wszystko było na granicy powagi i absurdu.
Jeśli to był sen, miał się zaraz skończyć. Jeśli to było pomiędzy, mieliśmy je rozerwać, w jakąś stronę na pewno. Jeśli to była śmierć - zamierzałem ją przetestować. Granica między tym, co realne, a tym, co wyobrażone, i tak już była cienka jak papier.
- I czy - dodałem, już lżej, świadomy tego, że to tylko próba rozbrojenia napięcia, które mogło nas sparaliżować - dostanę buziaka na drogę? Tak na wypadek, gdybyśmy mieli się roztrzaskać o metafizykę - pociąg wciąż jechał, jakby nic nie miało znaczenia, za oknem nie było krajobrazu, który mógłbym nazwać konkretnym, tylko ruch, przemijanie - bo jeśli mamy wyskakiwać w ciemność - mruknąłem - to wolałbym mieć ostatnie wspomnienie trochę lepsze niż widok tapicerki. - Nie odrywałem od niej wzroku, kiedy to mówiłem, w tej chwili wszystko sprowadzało się do niej - nie do wystroju przedziału - do tego, czy naprawdę pójdzie ze mną, czy naprawdę skoczy.
Zupełnie bez ostrzeżenia coś przemknęło mi przez głowę - obraz, krótki, urwany - palce wbite w mój rękaw, twarz przyciśnięta do mojej klatki piersiowej i to ciche, wkurzone „nienawidzę wysokości, przestań się śmiać”, włosy łaskoczące mi podbródek.
- Czej… Masz lęk wysokości, nie. - Rzuciłem nagle, marszcząc brwi, jakbym właśnie odkrył logiczną lukę w naszym genialnym planie, to wspomnienie było czymś, co prześlizgnęło się przez szczelinę tej dziwnej przestrzeni. Za drzwiami korytarza nie było widać nic konkretnego, okna rozmywały się w ruchu, nie wiedziałem, czy pod nami jest przepaść, ziemia, woda, czy cokolwiek, co dało się nazwać - wiedziałem tylko, że to będzie skok w nieznane.
- Więc ustalmy to od razu. - Dodałem, sam nie do końca rozumiałem, skąd się to wzięło, ale to było ważne. - Chcesz się wtulić, a ja skoczę? - Powiedziałem bez patosu, bez teatralności, bez zbędnego heroizmu, praktycznie, jakbyśmy ustalali logistykę czegoś zupełnie zwyczajnego. - Mogę wziąć to na siebie, mam większą masę, będzie nam łatwiej złapać równowagę. - Było w tym coś absurdalnego, rozmawiać o sposobie wyskoczenia z pędzącego, metafizycznego pociągu, jakby chodziło o skok do jeziora latem, a jednak właśnie to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach - konkret, drobne ustalenia, kontrola tam, gdzie jeszcze dało się ją mieć, chłodna kalkulacja przed ruchem, który mógł być ostatnim albo pierwszym. - Albo - ciągnąłem - możemy skoczyć razem, równo. Na trzy. Tylko wolałbym wiedzieć, czy zamierzasz w połowie drogi zamknąć oczy i zacisnąć palce tak, że odetniesz mi krążenie w ręce - „i umrę”, nie powiedziałem tego, ale było dostatecznie wymownym żartem. - Więc? - Zapytałem ciszej. - Wtulasz się i ja robię krok, czy skaczemy równo, jak dwie żaby? - Powiedziałem to niemal neutralnie, ale moim w spojrzeniu było coś innego, uważnego, czułego, chociaż nie nazwałbym tego wprost. „Jak żaby”, te animalistyczne porównanie też wydało mi się całkiem naturalne, dziwne, ale jednocześnie normalne, „hm”. Jak gotujące się żaby…
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/588a7f01fbebebf9df7e9e9358250194/ee6ee7e48793713c-7d/s500x750/3b513dc5e92fb0962e3203c27561d88a3d100a98.pnj[/inny avek]


RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 12.02.2026

Miała nieco do powiedzenia, pewnie mogłaby mówić i mówić, jednak nie starczyłoby im na to czasu, bo przecież ta podróż nie miała trwać wiecznie. Sięgnęła więc po to, co pierwsze przyszło jej na myśl, czy były to trafione słowa? To miało się dopiero okazać, nie mogła przewidzieć, czy nie weźmie tego za banał, czy nie liczył na coś więcej. Pociąg nie przestawał jechać, kiedy wylewała z siebie te słowa, to dobrze, w tej chwili naprawdę wolałaby, aby się nie zatrzymał, na to było jeszcze zbyt wcześnie. Nie wiedziała ile mają czasu, czy dużo, czy mało, trudno jej było się tego domyślić, bo przecież to była jej pierwsza wizyta w podobnym miejscu, jeszcze nigdy nie znalazła się pomiędzy, miała również nadzieję, że nie będzie musiała tego powtarzać, oczywiście, że nie zawaha się, jeśli pojawi się taka potrzeba, jednak wolałaby nie doprowadzać więcej do podobnych sytuacji, mimo, że mogła już się pochwalić tym drobnym doświadczeniem, które właśnie nabierała.

Słuchał jej uważnie, nie wchodził w słowa, co było całkiem ciekawe, bo miała świadomość, że nie zdarzało się to zbyt często, zawsze miał coś do powiedzenia, może nawet bardziej podważenia, czy dodania od siebie. Nie, żeby jej to przeszkadzało, teraz jednak było zupełnie inaczej. Widziała, że na nią patrzył, ona mówiła, powoli, konkretnie, spokojnie. Nie myślała zbyt długo nad tym, co chciała powiedzieć, po prostu mówiła to, co ślina przyniosła jej na język, co w jej przypadku raczej też było rzadkością. Najczęściej starała się przygotować do podobnych przemów, szczególnie, gdy miało od nich zależeć tak wiele, ale dzisiaj nie było na to czasu, pozostało jej wierzyć w to, że to, co opuściło jej usta wystarczy, by uwierzył, że faktycznie go znała, że wiedziała o nim wiele, bo była przecież jego żoną.

Poczuła jego palce na swoim nadgarstku, miała wrażenie, że pocałunek do którego między nimi doszło sporo zmienił, nie zachowywał się już jak buc, wręcz przeciwnie, pozwalał jej mówić, a nawet słuchał tego, co miała do powiedzenia, warto było więc zaryzykować. Nie ukrywała wcale tego, że odrobinę się rozluźniła, nie była już taka spięta jak wcześniej, jej ciało nie czekało na kolejny atak, wiedziała, że to już niepotrzebne, mogła przybrać inną postawę, cieszyło ją to.

Przewróciła oczami, kiedy się odezwał, nie była w stanie zapanować nad tym odruchem. Oczywiście, że musiał to skomentować, nie byłby sobą. - Prawda... prawda, masz całkiem długie... nogi. - Wiedziała, że nie o to mu chodziło, ale skoro chciał zacząć dyskutować o swoich największych organach, czy częściach ciała... to potwierdzało jej słowa, był to jego odruch obronny, reagował żartem kiedy zaczynało się robić nieco niewygodnie. Na pewno nie łatwo w tym momencie było mu przyswoić sobie to stwierdzenie, jednak w jej oczach, naprawdę miał ogromne serce, chociaż sam tego nigdy nie dostrzegał, czasem ciężko było zauważyć coś, co mogło dla innych się wydawać oczywiste.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pochodził z rodziny, w której nie było to mile widziane, takie cechy uznawano za słabość, nie tak go wychowano, a on najwyraźniej w tej chwili miał w sobie więcej z Wish'a, niż z Benjy'ego, chociaż, czy na pewno? Zakochała się w Wish'u, tak naprawdę pod skórą krył się ten sam człowiek, bez względu na to, jak go nazywano i ona doskonale o tym wiedziała. Znała go w obu tych wersjach.

Ulżyło jej, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Nie negował tego kim mówiła, że dla niego jest po tej jej dość krótkiej wypowiedzi, najwyraźniej faktycznie zaczął jej wierzyć, naprawdę miała nadzieję, że tak było, bo wiele od tego zależało. Dużo łatwiej było zaufać żonie, niż zupełnie obcej osobie, nawet jeśli nie pamiętało się o tym, że miało się w ogóle żonę. Był to może nieco pokrętny tok myślenia, ale sądziła, że miał sens.

- Jeśli tak to widzisz. - Nawyki, być może, pewnie spora część z tego, co wymieniła to było nawyki, jednak nie spotykała podobnych zbyt często, mógł mówić co chciał, ale w jej oczach to wszystko świadczyło o tym kim był, kim się stał, co przeszedł. Niósł na swoich barkach dość wiele doświadczeń, które nie były szczególnie przyjemne, takie nawyki nie brały się znikąd, mówiły więcej o człowieku, niż mogło się wydawać, i wcale nie chodziło tylko o to, że nie był idiotą.

- Byliśmy nierozłączni, na samym początku, ale to był moment, kiedy nie mogliśmy wiedzieć dlaczego. - Bardzo szybko nawiązali więź, już pierwszego dnia szkoły, właściwie to nim do niej dotarli ich drogi się skrzyżowały i jakoś tak wyszło, że dość szybko stali się sobie bliscy. Polubili się od tej pierwszej rozmowy, od chwili, kiedy wsiedli do tego samego przedziału w pociągu. - Tak, to była szkoła. - Potwierdziła jeszcze jego słowa, chociaż nie sądziła, że tego oczekiwał, to nasuwało się samo. - Byłam blisko, czasem bliżej, czasem nieco dalej, zawsze obok. - Przez te siedem lat sporo się między nimi wydarzyło, mieli lepsze momenty i gorsze, ale zawsze znajdowali się gdzieś obok siebie, nie byli sobie obojętni. Po drodze nieco się to skomplikowało, ale teraz wiedziała już dlaczego się tak stało, miała pełny obraz, łatwiej więc było jej się pogodzić z ich losem, chociaż kiedyś strasznie to przeżywała i nie umiała zrozumieć jak bardzo mogło się to zmienić na przestrzeni lat. - Wiem, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak to u Ciebie wygląda. - Nie było w jej głosie ani odrobiny żalu, po prostu stwierdziła fakt, nie zaprzeczała jego słowom. Wiedziała w jaki sposób reagował. - To nie były decyzje, które mogliśmy wtedy podejmować, zrobiłeś to, co było słuszne, ja to zaakceptowałam, chociaż nie było łatwo, ale to był zły moment w czasie i przestrzeni. - Kiedy byli dziećmi trudno było im sięgnąć po coś, co dla wszystkich wokół było niewłaściwe, byli podatni na wpływy otoczenia, to nie były decyzje, które mogli wtedy podejmować, za mało wiedzieli, nie sądziła, że to byłoby dla nich dobre, mogło się to skończyć zupełnie inaczej. Musieli dojrzeć do tego, aby podjąć pewne decyzje. - Myślę, że to widziałeś, ale robiłeś to, co trzeba, zresztą ja też. - Starali się trzymać na dystans, ale przecież i tak na siebie wpadali, zamiast jednak traktować się jak ludzi to ziali ku sobie nienawiścią, bo to wydawało im się lepszą drogą.

- Dlaczego niby miałam odejść? Te wersje nie różnią się zbytnio, nie byłeś w stanie mnie oszukać, zawsze wiedziałam, co kryje się pod maską. - Była bardzo pewna swoich słów. Może jej nie pamiętał, może ciężko mu było sobie to uzmysłowić, ale naprawdę go kochała, za to jakim był człowiekiem, wcześniej i teraz, doskonale wiedziała, co kryje się w środku. Miała szansę zobaczyć go takim, jakim był naprawdę.

- Pierwsza była przyjaźń, później napięcie, a skończyło się nienawiścią po to, żebyśmy mogli skończyć na jej przeciwieństwie. - Ich historia była naprawdę dość mocno zawiła, nie do końca miała czas, aby mu to tego tłumaczyć, jednak nie zamierzała pomijać tego pierwszego etapu, który jej zdaniem był bardzo istotny, bo mieli wtedy szansę się poznać, zobaczyć kim są, polubić się, może nawet zbyt bardzo co poprowadziło ich dalej, przez te wszystkie etapy ich znajomości.

- Zapominasz o tym, jak bardzo zawzięta być potrafię. - Oczy jej błysnęły, bo to co mówił mogło mu się wydawać bardzo prawdziwe, ale nie wyliczył w tym tego jednego czynnika, którym była ona. - Zresztą tak właściwie, to wyszło od Ciebie, sam wpadłeś na ten pomysł, nie, żeby mi to przeszkadzało, dość chętnie na to przystałam. - Ślub był w końcu dość spontaniczny, wydarzył się nagle, ale nie uważała tego za coś nieodpowiedniego. Znali się od lat, chcieli być przy sobie, uważała, że decyzja, którą podjęli była właściwa.

- Nie tylko Ty byś wolał, niestety na to nie miałam wpływu. - Zdecydowanie wolałaby, aby to była tylko metafora, by nie musieli się z tym teraz mierzyć, jednak nie wszystkie zachcianki dało się spełnić, pozostawało więc jakoś radzić sobie z tym, co się wydarzyło. Robiła, co mogła, żeby jakoś wszystko się ułożyło.

- Dokładnie tak jest. - Potwierdziła jeszcze swoje słowa. Prosta sprawa, umierał, ale już nie umiera, nie było sensu tego bardziej tłumaczyć. Pewnie nie pamiętał o tym, że jest uzdrowicielką z dodatkowymi umiejętnościami, tak samo, jak nie pamiętał kim była. - Bardziej spektakularnego, chociaż tego nie widziałam, nie wątpię jednak, że tak było to wilkołak. - Skoro już o to pytał, to postanowiła mu dać odpowiedź. Oczywiście, że nie mogło to być winogrono, ani żadna inna pierdoła, jak umierał to bardzo efektownie.

Kiedy zapytał w jaki sposób uniosła jedynie brwi. Nie sądziła, żeby musiała odpowiedzieć na to pytanie, był całkiem bystry, potrafił dodać dwa do dwóch. Nie wydawało jej się, aby musiała o tym głośno mówić. - Każdy ma jakieś hobby. - Powiedziała jeszcze, jakby to nie było nic wielkiego, tylko najbardziej zwyczajna rzecz na świecie. Domyślił się na czym polegały jej sztuczki, doskonale, nie zareagował na to, jakoś szczególnie, co zdecydowanie świadczyło o tym, że był sobą.

- Nie, nie nabroiłam, zrobiłam to, co było potrzebne i słuszne, ale to zdecydowanie nie było szyciem, czy nastawieniem złamanej kości. - Nie widziała tego w ten sposób, jej zdaniem zrobiła to, co było słuszne, posiadała odpowiednie umiejętności, więc nawet przez chwilę nie wahała się co do tego, czy powinna ich użyć, nie mogła postąpić inaczej, zależało jej na tym, żeby z nią został, więc korzystała z wszystkich dostępnych metod.

- Tak, powinieneś, niestety coś nie zadziałało i to ja musiałam zrobić z siebie wariatkę, ale Ci to wybaczę. - Nie do końca wiedziała, jak działało to miejsce pomiędzy w którym się znajdowali, nie miała mu za złe tego, że pojawił się tu i tak spokojnie przechodził tą podróż, nie mogła mieć do niego pretensji o coś, nad czym nie miał kontroli, nie przeszkodziło jej to jednak w tym, aby mu przeszkodzić, pojawiła się tu i zaczęła mieszać, ale w końcu przyniosło to jakieś efekty.

- Łapię odniesienie. - Od tego zaczęła, na chwilę zmrużyła oczy, bo próbowała zebrać myśli. - Tak właściwie, to mieliśmy raczej osobne kartoteki, to pierwszy raz, kiedy my wspólnie, no wiesz... - Może nawet nie wspólnie, bo w tej chwili to tylko ona łamała prawo korzystając z zaklęć z których nie powinna. - ale jesteśmy partnerami, doskonałymi, we wszystkim. - Tak przynajmniej jej się wydawało, więc nie miała obaw, aby podzielić się z nim tą myślą.

Nie był to scenariusz, który ona by wybrała. Skok w nieznane, bez planu, bez konkretnych odpowiedzi nie był czymś, co było jej wyborem, tylko, że w tym momencie nie mieli niczego więcej. Próbowała znaleźć różne możliwości, ale tylko ta jedna wydawała się logiczna, co nie było zbytnio pocieszające. - Najbardziej logiczny i jedyny plan. - Postanowiła to podkreślić, bo za bardzo nie mieli innego wyboru, o czym wolała wspomnieć. Wiedziała, jak to wyglądało, ale nie mogła nic z tym zrobić.

- To prawda, mogliśmy skończyć bez żadnego pomysłu. - Dostrzegła to, że się rozglądał, nie spodziewała się jednak, że mogło to przynieść jakiś efekt. Raczej nie mieli na co liczyć. Sytuacja była dosyć patowa, pociąg ciągle jechał, a oni nie mogli znaleźć się na ostatniej stacji, więc musieli wysiąść gdzieś po drodze. Musieli wyskoczyć z pędzącego pociągu, póki nie zadecydowali o tym, że to zrobią nie wydawało się, że mogłoby ją to przerażać.

Obserwowała go uważnie, gdy zaczął się podnosić, ciało podejmowało właśnie decyzję, chociaż trudno jej było przewidzieć jaką. - Nie, nie jestem bardziej ryzykancka. - Musiała to sprostować, bo było to kłamstwem. Przy nim była naprawdę bardzo dobrze ułożona. - To taka sytuacja, dostosowuje się do niej, co wcale nie oznacza, że mi się to podoba. - Wolałaby mieć przygotowany plan na każdą ewentualność, niestety nie miała takiej możliwości.

- Nie obchodzi mnie to, co może to ze sobą nieść, może boleć, nie boleć, nie interesuje mnie to, chcę po prostu, żebyśmy się stąd wydostali. - Jaki mógł to być ból? Fizyczny, psychiczny? Była gotowa znieść wszystko, byle tylko mogli się stąd wydostać, nie wydawała się też jakoś szczególnie się przejmować ewentualnymi konsekwencjami.

- Tak, przerabialiśmy. - Dodała jeszcze, bo to nie było nic nowego, nic zaskakującego, nic z czym nie mogliby sobie poradzić.

Wyciągnął rękę w jej kierunku, spojrzała na nią, nie zastanawiała się nad reakcją zbyt długo, niemalże od razu wyciągnęła dłoń, żeby ścisnąć jego i wstać. Najwyraźniej był to moment, w którym podjęli decyzję, zbliżali się do niego coraz bardziej. Udało jej się jakoś go do tego namówić.

- Najpierw będę się cieszyć, że jednak zostałeś, później kto wie, chociaż faktycznie nie mam w zwyczaju ani syczeć, ani krzyczeć, nie wydaje mi się jednak, abyś zasługiwał na karanie milczeniem. - Jeszcze do końca nie przemyślała, jak zareaguje, gdy w końcu wszystko wróci do normalności. Nie miała zamiaru się na niego jakoś szczególnie gniewać, chociaż zamierzała mu nieco wyrzucić, bo gdyby tylko wcześniej pokazał jej co mu dolegało, to mogłaby zareagować w jakikolwiek sposób, a on podszedł do tego inaczej, nie tak jak powinien - przynajmniej jej zdaniem.

- To dobry argument, dostaniesz buziaka na drogę... - Nie przewróciła oczami, chociaż była naprawdę tego bliska, wiedziała, że próbuje rozładować napięcie przed tym, co było nieuniknione, zasługiwali na kolejny pocałunek, kto mógł bowiem wiedzieć, czy nie będzie ostatni, to, co mieli zrobić było naprawdę ogromną niewiadomą.

- Mam lęk wysokości. - Pokiwała twierdząco głową. Nie miała pojęcia skąd to wiedział, bo przyszło to zupełnie niespodziewanie, ale było to prawdą. Okropnie bała się wysokości, wcześniej nie myślała o tym, że ich plan obejmował jej walkę ze swoim największym lękiem, dopiero on jej to uświadomił. Mieli skoczyć, z wysokości, jakoś musiała sobie z tym poradzić, wiedziała, że będzie ją to sporo kosztowało, to nie było coś, co robiła na co dzień. Naprawdę nie znosiła takich sytuacji.

- Obawiam się, że jak postanowimy skoczyć razem, to mogę zostać. - Powiedziała zupełnie szczerze, niby wiedziała, że nie mogła brać tego pod uwagę, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób zareaguje, gdy już znajdzie się na krawędzi, to mogło w nią uderzyć, mogło spowodować reakcję, której nie przewidywała.

- Może nie jak żaby? Lubię żaby, ale jednak dzisiaj wolałabym się jakoś specjalnie do nich nie odwoływać. - Mogłaby spróbować to zrobić, ale bała się, że strach mógł ją sparaliżować, naprawdę tego nie chciała, zbyt wiele zależało od tego, czy będą w formie. - Wolę, żebyś to Ty zrobił krok, to głupie, bo powinnam być na równi z Tobą, ale naprawdę boję się wysokości. - Nie było w tym ani odrobiny kłamstwa, Prudence bała się wysokości, wiedziała jednak, że dzisiaj będzie musiała jakoś poradzić sobie z tym lękiem, a dużo łatwiej będzie jej to zrobić, gdy znajdzie się w jego ramionach i uda, że nie widzi co dzieje się wokół niej.