Secrets of London
[6.10.72] Hope they bury us in good shoes - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Stadion Quidditcha (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=124)
+---- Wątek: [6.10.72] Hope they bury us in good shoes (/showthread.php?tid=5882)

Strony: 1 2


RE: [6.10.72] Hope they bury us in good shoes - Louvain Lestrange - 02.06.2026

Zarówno obrona obręczy jak i atak na nie, nigdy nie była żywiołem żadnego z nich.  Obaj przez lata przywykli do ról wymagających własnego ruchu i inicjatywy, a nie cierpliwego pilnowania trzech obręczy czy mozolnego rozgrywania akcji. Paradoksalnie właśnie dlatego ten sparing był bardziej uczciwy. Żaden nie był w swojej specjalizacji. Zaden nie mógł schować się za specjalizacją, która dawałaby mu wyraźną przewagę. Liczyły się instynkt, doświadczenie i to, kto szybciej odczyta drugiego. Prychnął pod nosem na odpowiedź Atreusa, od razu wyłapując okazję do wbicia kolejnej szpili. - To nie była nauka, tylko tresura. W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale również ta charakterystyczna wyższość i ego. Punkt zdobyty chwilę wcześniej przyjemnie pompował ego, rozlewając po jego twarzy coraz szerszy, bezwstydnie pyszny uśmiech.

Odebrał od Atreusa podanie bez najmniejszego problemu i zamiast od razu ruszyć do kolejnej akcji, zawisł nieruchomo nad boiskiem. Rozluźnił dłonie na trzonie miotły, wyprostował nogi i pozwolił sobie na moment całkowitego spokoju, jakby prowokacyjnie demonstrował, że nigdzie mu się nie spieszy. Serdeczne życzenia rychłego spotkania z murawą dotarły do niego wyraźnie, a on roześmiał się lekko, swobodnie, zupełnie bez urazy. Lubił to. Lubił ten moment, kiedy rywalowi zaczynało się ulewać z frustracji. Kiedy drobne uszczypliwości przestawały wystarczać, a emocje same przeciskały się przez zaciśnięte zęby. Siedział mu już pod skórą. - Uważaj, bo jeszcze twoja sio… Urwał. Florence pojawiła się na końcu języka, jak przez tyle wcześniejszych lat, kiedy podobne zaczepki były niemal obowiązkowym elementem każdej ich pyskówki. Louvain cmoknął tylko pod nosem, machnął lekceważąco dłonią, jakby sam uznał własną myśl za niewartą kończenia. Niemal natychmiast pożałował, że w ogóle zaczął je wypowiadać. Uczucie było krótkie, ale wyjątkowo nieprzyjemne, obce, wręcz drażniące. Głupio. Naprawdę głupio. Nie dlatego, że zabrakło mu odpowiedniej riposty, lecz dlatego, że odruch wyprzedził rozsądek. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej podobny żart padłby bez zawahania. Dziś Florence przestała być elementem ich wzajemnych pyskówek. Nie po tym wszystkim.

I właśnie wtedy to poczuł. Znał Atreusa wystarczająco długo, by wyłapać tę ledwie dostrzegalną zmianę skupienia, ten charakterystyczny sposób, w jaki jego uwaga przestawała być zwykłym spojrzeniem. Sprytnie. Odruch był natychmiastowy. Louvain niemal instynktownie zacisnął umysł, próbując odpowiedzieć wyuczonymi mechanizmami oklumencji. Ale nie tym razem. Nie po tej chwili zawahania. Nie z wciąż rozproszonymi myślami. Nie był w stanie skupić się wystarczająco mocno, by postawić przed Atreusem mur. Przeklął w myślach. Najlepszą obroną było odzyskanie inicjatywy. Pochylił się więc mocniej nad trzonkiem miotły i gwałtownie przyspieszył, pozwalając, by wiatr zagłuszył wszystko inne. Tym razem zrezygnował z efektownych zwodów i agresywnego skracania dystansu. Atreus zdążył już udowodnić, że doskonale odnajduje się w takim chaosie. Louvain postawił na coś zupełnie innego, na precyzję. Utrzymał większy dystans od obręczy, lecąc równolegle do nich przez kilka długich sekund. Nie wykonywał zbędnych ruchów, nie zdradzał zamiarów. Rzut z dystansu do skrajnej obręczy. Nie miał imponować siłą. Miał trafić. Kafel opuścił jego dłoń z charakterystycznym świstem, lecąc płasko i szybko.


oklumencja
[roll=PO]

af, drybling ebi smolarek dortmund 2006
[roll=Z]


RE: [6.10.72] Hope they bury us in good shoes - Atreus Bulstrode - 11.07.2026

Florence zniknęła z jego życia, a za tym poszło jakieś zrozumienie, że tym samym powinna wyparować z wszelkich zaczepek słownych, które go dotyczyły. Głupio by było, owszem, ale niewątpliwie można było się w podobnym przypadku spodziewać jeszcze czegoś – niepohamowanej agresji ze strony Atreusa. Udawał doskonale, że udało mu się jakoś poukładać życie po tej katastrofie, ale prawda była, że wciąż był w pewnej rozsypce. Czuł, jakby kręcił się w miejscu i pewnie gdyby nie praca, rozsypałby się kompletnie. Zamiast tego latał od sprawy do sprawy i nawet ciężko było go znaleźć w jego naturalnym środowisku, kasynie. Zabawa czy przekładanie krat nie wydawała mu się teraz odpowiednim zajęciem. Była zbyt wolna, zbyt stateczna, a dobrze znajome ryzyko wydawało się zbyt kontrolowane. Co mógł takiego stracić przy stoliku? Pieniądze? Dobre sobie. Miał ich tyle, że niewiele mogłoby go ruszyć. Ale zdrowie? Oh, tak. Tym mógł już z zadowoleniem szafować.

Dobrze więc, że Louvain się powstrzymał. Dla niego. Dla nich. Dla ich przyjaźni. I Atreus udał nawet, że nie usłyszał tego wstępu, a może faktycznie nie dotarł on do jego uszu, rozwiany przez wiatr. A może zwyczajnie skoncentrował się zanadto na tych swoich sztuczkach. Przebił się przez obronę Louvaina i uśmiechnął wyraźnie na pomarańczowe kolory, które udało mu się dostrzec. Już nawet chyba nie pamiętał, kiedy ostatni raz mógł oglądać jego aurę, a tutaj proszę, tylko trochę przybrudzona szarością. Dobrze, że nie czernią.

Lou postawił na precyzję i to był strzał w dziesiątkę. Perfekcyjnie poprowadzony rzut nie został zablokowany, mijając rękę Atreusa o cal i przelatując przez obręcz. Tłumy zawiwatowałyby, gdyby tylko siedziały na trybunach, a po Bulstrodzie było widać, że trochę mu się nie chce. Zniechęcał się łatwo, a los wyraźnie nie był dzisiaj po jego stronie. A gdyby miał słuchać tego namolnego głosiku, który nie mógł znieść przegranej, pewnie zaraz wyciągnąłby różdżkę i podpalił miotłę Louvainowi.

— Wystarczy ci do trzech, czy chcesz sobie dalej postrzelać?


// obrona af ◉◉◉◉○
[roll=PO]


RE: [6.10.72] Hope they bury us in good shoes - Louvain Lestrange - 20.07.2026

Zaszczypało go to, oj zaszczypało. Znacznie bardziej, niż zamierzał po sobie pokazać. To, że Atreus w ogóle uznał za stosowne zajrzeć pod powierzchnię. Louvain od zawsze z chorobliwą wręcz starannością oddzielał to, co należało do świata, od tego, co należało wyłącznie do niego. To co było na zewnątrz, było tym na co pozwalał oglądać, ale wszystko inne to co było pod skórą, pod jego czaszką były jego własnością. Nie towarem wystawionym na widok publiczny, nie czymś, co można było oglądać z czystej ciekawości tylko dlatego, że posiadało się odpowiednie umiejętnosci. Poczuł, jak odruchowa irytacja ściska mu szczękę. Najchętniej naprawdę naplułby mu w to zajebane trzecie oko za samo to bezczelne podglądactwo. To, że Bulstrode potrafił widzieć aurę, wcale nie oznaczało, że miał prawo zaglądać do jego wnętrza bez choćby symbolicznego pytania o zgodę. Dla Louvaina niewiele różniło się to od grzebania w cudzych rzeczach. I nie było żadnego właściwego wytłumaczenia od tego. Gdyby nie to, że jego ego właśnie otrzymało wyjątkowo staranny masaż i z błogim zadowoleniem wygrzewało się w przewadze w punktacji, byłby to prawdopodobnie najwłaściwszy moment, żeby się pokłócić. A znając ich obu, kłótnia bardzo szybko przerodziłoby się w bijatykę. Granica między pyskówką a bójką od zawsze była u nich niepokojąco cienka, a bezczelna próba podejrzenia jego aury stanowiła wystarczająco dobry pretekst, by ją bez większego wysiłku przekroczyć. Na szczęście zwycięstwo skutecznie łagodziło jego charakter. Przynajmniej na razie.

Nie odpowiedział od razu. Przez krótką chwilę tylko patrzył na Atreusa srogim spojrzeniem, a gdy w końcu się odezwał, z jego głosu zniknęło całe wcześniejsze rozbawienie. - Zrobiłeś to ostatni raz. Nie zamierzał niczego wyjaśniać. Nie było takiej potrzeby. Atreus doskonale wiedział, o czym mówił. Wiedział też, że jako oklument Louvain był wyjątkowo wyczulony na wszelką ingerencję w to, co wykraczało poza zwykłe zmysły. Sam fakt, że spróbował, było frajerskim ruchem. Może Atreusowi wydawało się, że nie zrobił nic złego. Że korzystał ze swojego daru tak samo jak zawsze, zaglądając w aurę każdego, kto akurat przykuł jego uwagę. Louvaina ani trochę to nie obchodziło. Mógł robić to z kim tylko chciał. Z obcymi, ze znajomymi,  z kimkolwiek tylko chciał. Louvain miał ich wszystkich głęboko w dupie. Jego miał zostawić w spokoju. Nie zamierzał godzić się na to, żeby czyjaś ciekawość stawała ponad jego własnymi granicami.

Kącik jego ust uniósł się powoli, ale w uśmiechu nie było nic z serdeczności. Była za to ta dobrze znana, drażniąca ironia. - Mierny jesteś, nie ma sensu się nad tobą pastwić. Kolego.  Ostatnie słowo zaakcentował z przesadną uprzejmością, niemal ostentacyjnie, jakby było jednocześnie przyjacielskim zwrotem i złośliwością.


Koniec sesji