Jesienna mgła wciskała się między rzędy ławek i osiadała na wszystkim cienką, wilgotną warstwą. Louvain siedział na jednej z nich, lekko pochylony, z jedną nogą opartą wyżej, kiedy zapinał skórzane ochraniacze. Ruchy miał pewne, niemal mechaniczne. Wyćwiczone, powtarzane tyle razy, że nie wymagały już uwagi. To dobrze. Bo uwaga była dziś zasobem, którym nie zamierzał szastać. Palce przesunęły się po sprzączce, zacisnęły ją mocniej, niż było to konieczne. Skóra skrzypnęła cicho. Louvain na moment zatrzymał dłoń, jakby sprawdzał, czy napięcie w materiale odpowiada temu, które czuł pod nim. Nie odpowiadało. Oparł łokcie o uda i przez chwilę patrzył przed siebie, w mleczną pustkę stadionu. Trybuny ginęły w mgle, rozmyte, odległe, jak coś, co już dawno przestało mieć znaczenie. Kiedyś ta przestrzeń żyła, pulsowała hałasem dla niego, napięciem i oczekiwaniem. Teraz była tylko tłem. Może to i lepiej. Cisza była łatwiejsza do zniesienia niż słowa. Ich spotkania już od jakiegoś czasu nie należały do lekkich. Szczególnie dla niego. Zbyt wiele rzeczy zdążyło się nagromadzić, zbyt wiele tematów czekało na moment, w którym ktoś w końcu je poruszy. A Louvain wiedział, jak to się skończy. Jedno zdanie za dużo, jeden ton nie taki jak trzeba, i napięcie, które dotąd tylko krążyło pod powierzchnią, nagle znajdowało ujście. Dlatego potrzebowali czegoś pomiędzy. Kart, które zajmowały ręce, alkoholu, który rozwiązywał język, albo wysiłku, który zagłuszał wszystko inne. Dziś wybór padł na to ostatnie.
Louvain sięgnął po drugi ochraniacz, przeciągnął go przez łydkę i zaczął zapinać paski, wolniej niż poprzednio. Świadomie. Jakby każdy ruch miał odsunąć w czasie moment, w którym nie da się już udawać, że chodzi tylko o trening. Louvain, co zdarzało mu się rzadziej, niż sam byłby skłonny przyznać, był spięty jeszcze zanim padło jakiekolwiek słowo. Napięcie nie wynikało z obecności obok, do niej był przyzwyczajony, lecz z powagi tematów które same cisnęły się do głowy. Każdy z nich był zbyt poważny, zbyt naładowany napięciem, by dało się je zbyć półuśmiechem albo rzuconym od niechcenia kwaśnym komentarzem. Tym razem nie było miejsca na jego zwyczajowe zagrania, na lekkość udawaną tak długo, aż stawała się niemal przekonująca. Zwykle potrafił to rozbroić. Sprowadzić rozmowę do poziomu, na którym wszystko brzmiało mniej groźnie, mniej ostatecznie. Nawet Spaloną Noc, temat, który dla wielu był niemal nietykalny, obracał w sarkazm, w coś na granicy niepokojącego rozbawienia i przesadzonego entuzjazmu. Ale to działało tylko w jedną stronę. Atreus widział zbyt wiele. Przeżył zbyt wiele, by pozwolić, żeby takie rzeczy przykryć żartem, nawet jeśli ten żart był wygodny. Przy nim ta maska zawsze pękała szybciej, niż Louvain by chciał. A nie chciał sprawiać mu przykrości. Dlatego tym razem nie próbował nawet po nią sięgać. Zamiast tego sięgnął po coś bezpieczniejszego, coś właściwie dość regularnego. Coś, co pozwalało mówić, nie rozbierając się od razu do kości. - Jak po Mabon?