![]() |
|
[14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem (/showthread.php?tid=5894) Strony:
1
2
|
RE: [14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem - Aaron Andrew Moody - 02.04.2026 Aaron nic nie powiedział na widok krwi, której strużka spłynęła powoli, znacząc wnętrze dłoni wampira. Nie cofnął się jednak. Skinął głową z należytą powagą, gdy przypieczętowali zawarcie umowy. Musiał być tym usatysfakcjonowany, bo nie protestował dłużej, tylko rozwalił się wygodnie w fotelu. Mimo wszystko, był człowiekiem honorowym, wierzył więc w moc danego słowa. Trudno mu było jednak opuścić gardę. Otworzyć umysł na obcy wpływ. Nie chodziło tylko o kontrolę. Jego ciało buntowało się przeciwko próbom odpuszczenia. Przeciwko próbom zapomnienia. Niełatwo było bowiem odpuścić komuś, kto całe życie trwał w stanie nieustannej gotowości bojowej. Z czym w tym momencie walczył? Nie wiedział. – To nie działa. – Dotąd oparty swobodnie o wezgłowie fotela Aaron pochylił się do przodu, wsparłszy się rękami o kolana. Odetchnął głęboko, przejechawszy nieuświnioną niczym dłonią po twarzy. Zwiesił na chwilę głowę, jak gdyby potrzebował skryć się przed spojrzeniem Gabriela, po czym poruszył napiętymi barkami, aż strzyknęło. Aaron Andrew Moody był maszyną złożoną z wielu pozornie niedopasowanych do siebie części. Aaron Andrew Moody był armią w jednej osobie. Działał automatycznie niemal, mechanizm aurora nigdy przecież go nie zawiódł. Ciało musiało podporządkować się rozkazom, umysł trudniej znosił jednak konieczność subordynacji. – Może to przez oklumencję. – Zacisnął na chwilę powieki, jak gdyby miało mu to w czymś pomóc. Wyprostował się w fotelu, oparłszy dłonie na podłokietnikach. Pięści miał zaciśnięte, aż pobielały mu knykcie. "Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości, zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych", powiedziała mu Lorien. Zacytowała Kodeks Postępowania z Magicznymi Stworzeniami i Istotami z początków XVII wieku. Ciekawe, czy Gabriel chodził już po ziemi, gdy go spisywano, pomyślał jak gdyby od niechcenia Aaron, odetchnąwszy głęboko. Z całej siły próbował zająć myśli czymś innym niż samym sobą. A potem po prostu łyknął porządnie z wyciągniętej z kieszeni kurtki piersiówki. Od alkoholu zapiekło go w gardle. – Spróbuj jeszcze raz – poprosił, starając się otworzyć swój umysł mimo protektywnej osłony oklumencji. – Postaram się kontrolować. RE: [14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem - Gabriel Montbel - 02.04.2026 Gabriel oczywiście nie upatrywał w sobie. Jak mógłby? Był specjalistą, hipnotyzował wiele ciał, wiele dusz, hipnotyzowanie było jego sposobem na życie na długo przed zdecydowanie nocnym kursem magimedycyny i zdobyciem uprawnień magipsychiatry. Czuł, że coś jest nie tak, a słowa Aarona tylko to potwierdziły. - Zawsze czujny, czyż nie? – uśmiechnął się przyjaźnie, choć oczywiście pilnując by nie utrzymywać z mężczyzną zbyt długiego kontaktu wzrokowego, aby ten nie zaczął przemieszczać się dupą do ściany. – Im bardziej będzie Ci zależeć, im bardziej będziesz się napinał i marszczył czoło, tym będzie gorzej. Chodźmy do kuchni, zaczniemy od Twojej części umowy. Na pewno panna Rosewood ma coś dobrego w barku. – właściwie już na powrót szli korytarzem, to w sumie nie była prośba tylko miękka informacja, stanowiąca most do kolejnego pomieszczenia. – Te szafki były chyba kupione zaraz po pierwszej wojnie światowej, strasznie kiepska robota jeśli mnie spytasz, z resztą na prawdę nigdy nie zrozumiem wampira, który ma w pełni wyposażoną kuchnię, skoro głównie obżera się pralinkami. W sensie hobbystycznie. – Jego ton głosu brzmiał nieco protekcjonalnie, w gruncie rzeczy jednak tak go to drażniło jak przyciągało. Ten uśmiech, ten cichy pomruk zadowolenia, gdy na zwykle ściągniętej w surowości twarzy pojawiała się błogość właściwie dobranej do chwili słodkości. Śmiał się z niej. Czekał, gdy znów sięgnie do pudełka. Ileż tu mieszkał? Ileż przebywał w jej towarzystwie? Zdało się że lata. – Ja w swojej lodówce miałem tylko worki z krwią. Przez większość czasu. – potem trzeba było też zrobić miejsce na paryskie uliczne jedzenie. Ludzie! Na co oni komu?! Odchrząknął w progu. – Oto i ona. – zaprosił do całkiem przestronnego pomieszczenia, w którym stół zastawiony był doniczkami, stanowiąc zieloną oazę w miejscu pełnym chaosu. Zakupione wcześniej przed spotkaniem wiaderka z różową farbą czekały, podobnie jak nowe, umagicznione pędzle. I pakunki noszące znak cukierni i sklepów z cukierkami. Szafki straszyły zerwanymi drzwiczkami, dziurami po omyłkowo zasadzonej pięści. Dwa kulawe krzesła ułożono w stosik sugerujący ognisko, wraz z połamanymi szufladami. W tym miejscu też - co ważne - okna nie były zamurowane, przez szyby widać było błonia otaczające opactwo. Gabriel z entuzjazmem zatarł ręce. – Kubki, szklanki, czy życzysz sobie kryształ? Jeszcze nie do końca się orientuje... ale chyba będą w gablotce w tej paskudnej jadalni. – Nie ważne że ostatnie 6 lat spędził w opustoszałym, niszczejącym budynku, jak bezdomny szczur wgapiając się w szarość ściany. W głowie cały czas rezonowały mu słowa Lucy, to jak zwierzyła mu się, że ktoś ją skrzywdził, ale musiał czekać cały rok by dowiedzieć się, czemu jej głowę zasnuły czarne myśli. Wyciągnęła do niego swoją różaną gałąź, musiał się odwdzięczyć. Po szklanie i na rusztowan... To znaczy na lekarską kozetkę - Aaron Andrew Moody - 09.04.2026 Aaron już otwierał usta, żeby powiedzieć, że nie pije na służbie... Zamiast tego zachował jednak godne milczenie, bo przecież na służbie nie był, chociaż lubił mawiać, że służba aurora nie kończy się po wyjściu z pracy. Gdyby zasłonił się posadą, wyszedłby jednak na hipokrytę. Przed chwilą pokrzepił się dobytym z piersiówki łyczkiem czegoś mocniejszego. Powinien odmówić. Powinien, ale nie odmówił. No ale co to było, jedna szklaneczka! Uzależnienie nie pozwalało o sobie zapomnieć, a musem starego majstra było przecież robotę opić. – Chlapnij, co tam masz – rzekł więc wspaniałomyślnie Aaron. Wprowadzony do kuchni, nie odzywał się wiele, skupił się bowiem na ocenie zniszczeń, nie przestał jednak przysłuchiwać się Gabrielowi. Na wspomnienie "obżerającej się pralinkami wampirzycy" zmarszczył brwi, ale że przyglądał się wówczas z uwagą zdemolowanym meblom, a w rękach obracał rozwaloną szufladę, sprawdzając, czy drewno pękło wzdłuż włókien, czy tylko rozeszło się na łączeniach, trudno było przyporządkować jego reakcję do tych konkretnych słów. Aaron doszedł do wniosku, że nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad nawykami żywieniowymi wampirów. O tym, że potrzebują krwi, wiedzieli wszyscy, ale czy wciąż czerpały przyjemność z normalnych posiłków? Żadnego wampira jakoś bliżej nie znał, z żadnym również wieczerzać nie planował, posługiwać mógł się więc tym temacie wyłącznie dowodami anegdotycznymi. W sumie, gdyby podać wampirowi taką czerninę, to powinien się ucieszyć. A kaszanka? Co z kaszanką? Do niej też dodawało się przecież krwi. A alkohol, zaczął rozważać pytanie Gabriela, co z alkoholem? A bo mało to było wampirów, które odwalały głupoty, bo wyssały pijaka ze zbyt wieloma promilami we krwi? Ożesz, zdał sobie sprawę, gafę popełnił, piersiówką się nie podzielił. Ale to akurat należało zrzucić na karb zdenerwowania. Zabawne, pomyślał, zdejmując z zawiasów drzwiczki od szafki, w których pięść Gabriela pozostawiła ziejącą dziurę. Prześwietlił go kiedyś na tyle, żeby wiedzieć, jaki rodzaj krwi pija najchętniej, i jakie zdolności magiczne posiada. Nie pomyślał, żeby sprawdzić, czy w ogóle jada i pije. Niedopatrzenie nagle przestało mu się wydawać zabawnym. Stało się niedopuszczalnym zaniechaniem. Przez takie zaniechania ludzie tracili życia. Tracili je, bo przestawali być czujnymi. "Zawsze czujny, czyż nie?" trąciło nagle kpiną. Wiedział, że Gabriel z niego nie kpił. Nawet gdyby, Aaron nie odebrałby tego źle. Myśli Aarona zawsze mimowolnie uciekały jednak w stronę pracy. W stronę tego, co należało poprawić. Być może nie był tak czujny jak powinien. Nie był wystarczająco dokładny. Przyzwyczaił się do tego, że nigdy nie będzie idealnie. Że bycie aurorem to niekończące się dążenie do ideału, który nawet w jego głowie był nieosiągalnym. A jednak o im większej ilości rzeczy się pomyślało, im więcej objęło się procedurą, wtłoczyło w nawyk, tym więcej istnień dało się ocalić. Bo do tego się to przecież sprowadzało. Do tego, żeby nigdy więcej nie było Spalonej Nocy, pomyślał, chociaż śpiew ptaszków za oknem przypomniał mu chichot pewnej sędziny, która niechybnie by te myśli wyśmiała. Zabrał się do pracy, chociaż na końcu języka miał pytanie, czy sprzątają po próbie przemeblowania, czy po małżeńskiej kłótni. Sądząc jednak po słowach rozanielonego Gabriela, ten był dokładnie tam, gdzie chciał być, czyli na garnuszku pralinkowej wampirzycy. Po zabezpieczeniu podłogi i innych newralgicznych miejsc, przydzielił mu za zadanie zdrapanie resztek farby ze ścian, a sam zajął się rozmontowywaniem kuchni. Drzwiczki zdjał całkowicie, zawias po zawiasie, bez szarpania, bo wyrwane śruby dało się osadzić na nowo. Wspólnie rozdzielali elementy: osobno drewno, które nadawało się jeszcze do wykorzystania, osobno te, które należało wyrzucić. Połamane fronty Aaron odkładał przy ścianie, sprawdzając palcami, czy pęknięcie biegnie z drewnianym włóknem. Jeśli drewno rozeszło się poprzecznie, nie tracił na nie czasu. Oczyścił drewno z odprysków, dziury po uderzeniach nie znosiły bowiem pośpiechu: krawędzie należało podciąć tak, by klej miał się czego trzymać. Zanim zabrali się do napraw, wyczyścili całe pomieszczenie. Stara farba miejscami odchodziła płatami ze ścian, więc najpierw Gabriel dostał magiczny skrobak. Ryj pod kątem, bez rwania tynku, powtarzał Aaron. Sam zajął się potem bardziej problematycznymi miejscami, gdzie pęknięcia trzeba było otworzyć delikatnie ostrzem, aby masa szpachlowa weszła głębiej, a nie tylko przykryła rysę od góry. Potem nadszedł czas na malowanie części mebli na różowo. Moody nie pozwolił używać szerokiego machnięcia różdżką do pomalowania całości, choć wiedział, że wtedy byłoby szybciej. Jak nie masz wprawy, zostają zacieki, wyjaśnił. Najpierw więc zrób narożniki pędzlem. Potem cienka warstwa na front. Nie grubo, bo zacznie spływać. A te najbardziej uszkodzone części możemy dodatkowo zafornirować. Pokażę ci potem, teraz maluj. Gdy Moody skręcał pomalowane wspólnie meble, wprawiony już nieco w malowaniu Gabriel otrzymał w przydziale wielki wałek, którym wywijał wcale zręcznie, pokrywając ściany dwiema warstwami farby. Najpierw podmalówka, a po wyschnięciu, właściwe pokrycie. Moody polecił mu zacząć od sufitu, potem położyć farbę na ścianę przy oknach (ramy oczyścił wcześniej tak na wszelki wypadek), zawsze zgodnie z kierunkiem światła wpadającego przez szyby, żeby od razu było widać, czy farba została rozprowadzona równo. Pędzel zanurzasz do jednej trzeciej włosia, nie głębiej. Nadmiar ścierasz o krawędź... Nie chlap po podłodze! Najpierw narożniki, potem środek wałkiem. Tak. Właśnie tak. Nie wracasz do miejsc, które zaczynają schnąć, bo zostaną ślady. Montaż umeblowania Moody zostawił oczywiście na koniec. Ściany magicznie wyschły, elementy kuchennego wyposażenia również. Zerwane drzwiczki od szafek ułożył na naprawionym magią stole, każdy zawias obok odpowiedniego miejsca złączenia. Wszystkie zepsute elementy zostały naprawione albo wymienione. – Opactwo w Thanet – rzucił nagle Moody, pozornie bez związku. Wytarł wierzchem dłoni usta, zrobił sobie bowiem przerwę, żeby napić się wody prosto z kranu, po tym jak już obsadził zlew i sprawdził, czy reszta armatury nie została naruszona. – Anglosaski klasztor położony na półwyspie w północno-wschodniej część hrabstwa Kent. Wakacjowałem tam kiedyś. Dobre miejsce na spóźniony miesiąc miodowy, jakbyś kiedyś potrzebował. Tańsze niż Dorset. Wciąż blisko do plaży i ośrodków turystycznych, ale można też mieć ciszę i spokój. No i jest jeszcze to opactwo... Nawa główna robi duże wrażenie dzięki sklepieniu wykonanego z masywnych bloków kredowych. Prezbiterium jest we wczesnogotyckim stylu angielskim, wstawiono tam potem przypory łukowe, bo górne partie murów zaczęły się rozchodzić. Na szczęście tu u was nie powinno być tego problemu. Wieżę z towarzyszącą jej wieżyczką w południowo-wschodnim narożniku wzniesiono przynajmniej częściowo z kamienia z Caen. Być może przypomni ci o rodzinnych stronach. Jej – Aaron skinął wymownie głową w stronę różowych szafek – też powinno się spodobać. Chociaż mniej tam różowego. – Zabrzmiało to jak żart, ale Moody się nie roześmiał, tylko wzruszył lekko ramionami, wracając do pracy. – Za kobietą tu zjechałeś? Korzystam z przewagi Renowacja II i rzemiosła ◉◉◉○○ RE: [14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem - Gabriel Montbel - 11.04.2026 Alkohol? Odhaczone. Wspólna aktywność najlepiej fizyczna, wystarczająco prosta, by ciało i duch mogły wpaść w odpowiedni rytm? Odhaczone. Kilka seksistowskich żartów, dbających o to, żeby mężczyźni czuli się mężczyznami? Odhaczone. Kadzidełko odpalone na rozluźnienie bo ten rozpuszczalnik jednak za mocno daje, a mogłem otworzyć whisky, to nie było by większej różnicy? Odhaczone. Small talk? Odhaczone. Gabriel skłamałby, gdyby powiedział, że nie bawił się przy tym dobrze, albo że renowacja kuchni nie była jego pierwszym i najważniejszym celem na dzisiejszy wieczór. Gra w psychoterapeutyczne bingo sprawiała mu jednak tyle frajdy, nadając niewątpliwie dodatkowego waloru całej nocy w tak niepozornym dla nieśmiertelnego działaniu. . Przysiadł teraz na jednej z opróżnionych wiader po farbie, na której umieścił samotną poduszkę ze zniszczonego krzesła. W palcach trzymał czarę kieliszka i kołysał nim lekko, przypatrując się dziełu ich rąk. Satysfakcja. Dawno tego nie czuł. Stanowczo zbyt dawno. Do naprawienia tej nocy pozostało jeszcze jedna drewniana skrytka. Gabriel jednak nie zamierzał uporczywie wpatrywać się w mózg towarzyszącego mu mężczyzny, aby ten nie poczuł się nieswojo. Wręcz przeciwnie - bingo było kompletne, więc moment zdawał się wart podjęcia drugiej próby. Nim zdążył to zaproponować, padło jednak pytanie, które uniosło jego brwi wysoko ku górze. Jednak się odwrócił do Aarona, nie sądząc, że ten będzie go w stanie tak zdziwić. – Co? Ja? Za... – zaśmiał się na tę absurdalną myśl szczerością dawno zapomnianą. Wypił wino do zera, naczynie odstawił na ziemię i podniósł się ze swojego miejsca. – Jestem jej dłużnikiem, obiecałem dorwać kilku drani narażających się dawno zawartemu pokojowi, między żywymi i nieumarłymi mojego rodzaju – odpowiedział szczerze. – Normalnie zamieszkałbym gdzieś w Londynie, ale po rewolucyjnych porządkach nie lubię zapachu spalenizny. – W dłoniach znów pojawiło się wahadełko. – A skoro już o spaleniźnie mowa. Gotów na drugą turę? – zapytał łagodnie, znając doskonale odpowiedź. Moody nigdy nie będzie w pełni gotów, nawykiem aurora, który zbyt wiele czasu poświęcił na to, by nikogo nie wpuszczać do swojej głowy. To wyzwanie tylko podsycało apetyt. Gdy więc mężczyzna wyraził zgodę, podeszli do zagadnienia po raz drugi pośród odmalowanych szafek i zapachu farby. O wiele bardziej swojskie klimat dla mężczyzny gotowego przemieszczać się korytarzem dupą do ściany na samą myśl, że wampir byłby nim zainteresowany nieco bardziej... intensywnie. – Policzę do 10 w dół, oddychaj razem ze mną, zabierz mnie w to miejsce, w ten czas. Pomogę Ci... Dziesięć... – mruczał leniwie wprawiając wahadełko w ruch z wprawą ciążących na jego karku wieków. – Dziewięć... – stara ścieżka, wytarta ścieżka. Tym razem powinno się nią podążać o wiele prościej. Zauroczenie ◉◉◉◉○, Hipnoza na ekstrakcję Strachu przed imieniem - podejście drugie
[roll=PO] RE: [14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem - Aaron Andrew Moody - 12.04.2026 – Byleby w granicach prawa – przestrzegł wampira szukającego zemsty w tej leniwej, nieco pokpiewającrj manierze starego policjanta, który przemawia jednak bardziej z miejsca protekcjonalnej opiekuńczości instytucji "synku, nie podskakuj" aniżeli z konieczności przygany. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie, chociaż cholera wie z Moodym. Typ bywał niemożliwy pod tym względem. Wydawał się zresztą dosyć sceptycznie nastawiony wobec tłumaczeń Gabriela, ale nic na ten temat nie powiedział na głos. Nie musiał, bo jego twarz mówiła za niego, ściągnięte jak gdyby w lekkim niedowierzaniu brwi i zmarszczone czoło. No tak, nie ma co, dla byle znajomych remontowało się kuchnie. W imię tej samej, zwykłej znajomości nalewało się drani, a potem wracało się do zamieszkałego wspólnie domku po to tylko, żeby zmówić paciorek. Bujać to my, a nie nas. No ale jednak się pobujał. W rytm usypiającego wahadełka, które wychylało się raz w prawo, raz w lewo, podobnie jak jedna z maszyn na strzelnicy. Mimowolnie wyprostował i rozluźnił plecy, jak gdyby przygotowywał się do przejścia przez tor przeszkód, którego była częścią. Liczył, aby nie popełnić falstartu, nie doliczył do końca, bo zapadł w hipnotyczny trans. Tym razem łatwiej poszło mu otworzyć umysł, zabrać Gabriela w miejsce, które uważał za punkt wyjścia dla klątwy. Ocknął się z nieco pobolewającą głową, nie był bowiem przyzwyczajony do podobnych machinacji na jego psyche, a jednak towarzyszył mu swego rodzaju spokój. Poinformowany został o tym, że dolegliwości mogą nawracać, i lepiej byłoby powtórzyć sesję terapeutyczną, ale o wiele łatwiej będzie mu teraz kontrolować napady, które z czasem kompletnie zanikną. Aaron machnął na to ręką, podziękowawszy wampirowi. Jak mawiał jego świętej pamięci dziadek, nie ma tego złego, czego by szklaneczka brandy nie zdołała naprawić. Koniec sesji
|