• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem

[14.09.1972, okolice Bath] Remont z wampirem
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
25.03.2026, 22:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 22:55 przez Aaron Andrew Moody.)  
Rezydencja Lucy Rosewood w hrabstwie Somerset, okolice Bath

– Do broni, bracia dziś, zewrzyjcie szyki wraz, i marsz, i marsz! By ziemię krwią napoić, przyszedł czas – zanucił ochryple Aaron Moody, wsłuchując się przez chwilę w echo swego własnego głosu, odbijającego się od ścian starego opactwa. Z podziwem rozejrzał się wokół, doceniając kunszt architekta, który musiał przystosować rezydencję do potrzeb jej mieszkańców. Patrzył z podziwem, może też nieco z kpiną, bo nie wyobrażał sobie życia na takiej przestrzeni. Nigdy nie był człowiekiem, który lubowałby się w zbytku. Może dlatego z ust jego spłynęły słowa Marsylianki, zdające się w tym wszystkim zwyczajnie żartobliwymi. Ale Moody zawsze miał ciężki dowcip.

– Nie przepadam za kościołami, ale muszę przyznać, że mają dobrą akustykę. – Jak gdyby nigdy nic pokiwał z uznaniem głową w stronę gospodarza. No tak, wampiry miały rozmach. Nawiedzone dwory, kolekcje gromadzonych przez lata antyków, pamięć o trwaniu, choć bez trwania. Aaron Moody uważał, że wampiry były niewygojonymi bliznami na powierzchni historii. Od nich tylko zależało, czy będą bliznami wstydliwymi, ukrywanymi przed oczami innych, czy bliznami prezentowanymi dumnie w pełni swej krasy, jako pamiątka czynów chwalebnych. Bo przecież nie wszystkie blizny były złe. Nie wszystkie wampiry takie były. Aaron zawsze uważał, że to nie krwią żywią się tak naprawdę, lecz esencją życiową. Może dlatego tak łatwo przyszło mu zwrócić się o pomoc do słynnego wampirzego doktora w sprawie Madeleine, gdy wszystko zdawało się już zawodzić. Aaron Moody zawsze wierzył, że droga do prawdziwej wielkości prowadzić musi poprzez obsesję. A kto lepiej znał się na krwi niż wampir, pożądający jej ponad wszystko w zmierzchu swej ziemskiej egzystencji? Ponad dwadzieścia lat minęło od śmierci Madeleine. Dla Gabriela wszystko to wydarzyło się wczoraj zaledwie, ale dla Aarona zdawało się straszliwie wręcz odległym. Ludzkie sprawy w perspektywie wieczności nie były dla wampira niczym więcej jak wyrwanym z kontekstu wspomnieniem słońca.

– To może ja lepiej buty zdejmę – rzucił na wejściu Aaron, odstawiając skrzynkę z narzędziami, żeby się rozbuć. – Chyba, że planujesz też cyklinowanie parkietów. To co się tam w końcu u was stało?


!Strach przed imieniem


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
25.03.2026, 22:41  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens; sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii..
Czarodziej
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#3
27.03.2026, 08:12  ✶  
Czy znał Marsyliankę?

Oczywiście, że znał Marsyliankę!

Nawet jeśli została skomponowana w chwili, gdy wieko na jego krypcie ciężko osiadło, nawet jeśli rozbrzmiewała splamiona krwią w czasie, który był najgorszy, pośród zimnego kamienia, pyłu i wrzasków, które w odrealnieniu nie pochodziły już z własnego gardła.

Znał też anglików i przed laty, w swoim snobizmie, niewątpliwie reagowanie na niego Marsylianką poczytałby jako obrazę majestatu i wypieprzyłby delikwenta za drzwi.

Kuchnię trzeba jednak było zrobić, musiał i tak wcześniej przełknąć dumę związaną z faktem, że jego umiejętności potrafiące wyprowadzić skomplikowane operacje na mózgu, niekoniecznie tak świetnie radzą sobie z mniej skomplikowanymi operacjami na garści topornych desek.

– Zaręczam Ci, że sama moja obecność czyni to miejsce możliwie ześwietczonym. Siostrzyczki przewracają się w masowych grobach. Czy tam... braciszkowie. – Choć był wiekowy, nie interesował się historią aż tak, żeby zgłębiać ją dla czegokolwiek innego niż on sam. Obiekty tak, były interesujące. Ludzie z założenia również (szczególnie smak ich krwi), ale opowiastki, które przed nim roztaczali zlewały się z czasem w jedną niekoniecznie spójną magmę.

Taki Moody na ten przykład.

Montbel był przekonany, że od dawna chłop nie żyje, a tu taka koincydencja!

– No błagam Cię, czy to Ci przypomina chociaż przez moment przytulny apartament? – przerwrócił oczami wskazując rozległe przestrzenie opactwa, wielkie hole, opustoszałe, z ciężkimi storami przesłaniającymi okna.

Tradycja najwidoczniej zobowiązała, nie mu było oceniać gusta Lucy (hehe, praktycznie robił to cały czas).

– Jak już z kończę z tym miejscem to jedno skrzydło stanie się przytulne, wtedy na odwiedziny dostaniesz swoją własną parę trzewików, a nie żebyś w skarpetach po marmurze latał. Chodźmy trzeba kawałek przejść, obok Alei Poważnych Obrazów potem chyba w lewo. – zamyślił się na moment, nie odpowiadając celowo na pytanie co się tam właściwie stało, woląc włożyć w dłonie śledczemu poszlakę, że nie to miejsce jest dla niego również całkiem nowe.

A potem zdał sobie sprawę z tego, że wesołkowatość nagle uciekła, może nie lubił za bardzo czytać książek, ale czytanie pokoju wychodziło mu całkiem sprawnie po latach na francuskim dworze, nawet dla wampira była to umiejętność od której zależało jego życie.

Odwrócił się do mężczyzny ze ściągnietymi brwiami poszpiesznie taksując go wzrokiem. Myśli pobiegły same do zawodowej ekspertyzy analizującej objawy. Zboczenie hehe zaowodowe, wytrawnego hodowcy, który co prawda już nie hodował sobie jedzenia, ale pewne nawyki pozostały.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
27.03.2026, 21:38  ✶  
Aaron Moody był głupim Angolem, niepomnym na francuskie wrażliwości, i tego się trzymajmy. Wychował się w północnym Islington, blisko Barnsbury, mniej niż dziesięć minut od Regent's Canal, który w tamtym czasie mniej przypominał uporządkowaną przestrzeń spacerową, jaką był dzisiaj, a bardziej prowizoryczny port. Oto porządek i dyscyplina urzędniczego domu skontrastowane zostały z twardością kanałowego zaplecza. Przy City Road Basin rozlegały się bowiem nieustannie pokrzykiwania robotników. Niektórzy obsługiwali spławiane kanałem barki, inni prowadzili ciągnięte przez konie pociągowe wozy, jeszcze inni pomagali przy rozładunku towaru do miejscowych magazynów. Aaron lubił to miejsce. Pod jednym z tamtejszych mostów spalił swojego pierwszego papierosa, po którym prawie się zrzygał. Nikomu się do tego nie przyznał, ale później długi czas nie przepadał przez to za smakiem tytoniu. Nigdy nie miał się za ulicznika, ale daleko mu było też od zahukanego chłopca z urzędniczej szeregówki, który boi się postawić byle obwiesiowi. Chłopaki go szanowali, bo nigdy nie kablował, nie przechwalał się głupio, i umiał się bić jak było trzeba. Już wtedy pozbawiony był klasowego wydelikacenia, ale brzydził się przesadną brutalnością. Widać to było w jego postawie, w jego gestach, w akcencie charakterystycznym dla ludzi, których dom pilnował poprawności, ale ulica nie pozwalała mówić zbyt elegancko. Prosto od rodziców wyprowadził się do Camden, którego kanały różniły się od tych przy City Road Basin, tak jak wspomnienia chłopca różniły się od doświadczeń mężczyzny. Mieszkał tam już od ponad trzydziestu lat. W Camden można było mieszkać latami, i nigdy nie tłumaczyć nikomu, kim się jest, przynajmniej dopóki zachowywało się odpowiedni ton głosu i tempo kroku. Aaron pasował tam, tak samo jak Gabriel pasował do tego opactwa. Może dlatego na komentarz o przytulnym domostwie parsknął tylko pod nosem. Ktoś na dom przerabiał wiekowy kompleks klasztorny, ktoś czynił swoim domem wysłużone krzesło w Biurze Aurorów. Ostatecznie został więc w butach.

"Zaręczam Ci, że sama moja obecność czyni to miejsce możliwie ześwietczonym. Siostrzyczki przewracają się w masowych grobach. Czy tam... Braciszkowie."

Aaron zmarszczył brwi.

– Nie powinni. Myślę, że odebrałeś życie mniejszej ilości istnień niż bóg, któremu oddawali cześć. – Uniósł lekko dłoń, jak gdyby spodziewał się usłyszeć protesty ze strony wampira, ale przecież nie był tutaj po to, żeby go o coś oskarżać. Zwłaszcza, że przepisy dotyczące wampirów zmieniały się na przestrzeni lat. Nie było co się oszukiwać, że przed laty przedstawiciele wampirzej społeczności byli zdecydowanie bardziej... Krwiożerczymi. – Myślę też, że uratowałeś więcej ludzi niż on, Montbel. Odpowiedziałeś na więcej modlitw o pomoc. W końcu jesteś uzdrowicielem. – Moody wzruszył ramionami. – Podobno potrzeba do tego takiego samego powołania jak do posługi duchowej... Albo do pracy w policji – dodał już bardziej ironicznie. – Widzisz, mój problem z bogiem, z wszystkimi bogami tak właściwie, jest taki, że gówno robią. Nawet puste opactwo rozbrzmiewa życiem wtedy dopiero, gdy słychać w nim echo naszych głosów.

Wciąż słyszał ciche echo Marsylianki, a może mu się wydawało.

Chociaż Aaron Andrew Moody za historią przepadał, nigdy nie zdołał sformułować opinii na temat rewolucji francuskiej, z której byłby w pełni zadowolony. Może dlatego, że rewolucje z reguły potępiał, nie znosząc towarzyszącego im chaosu. Nie, Moody nie popierał chaosu rewolucji. Głowy winny spadać zgodnie z procedurą. Wichrzycieli należało osądzić. Buntowników, dokonujących zamachu na struktury państwa, skazać. Nie sposób było jednak zaprzeczyć, że idee wolności, równości i braterstwa, przyświecające ciemiężonemu społeczeństwu, były chwalebnymi. Bo Moody głęboko wierzył w to, że wszyscy ludzie rodzili się równymi. Ale przecież nie mógłby powiedzieć, że egalitaryzm jest mu bliskim w ścisłym sensie tego słowa. Stał na straży ustroju, na straży prawa i sprawiedliwości... Tylko co, jeżeli prawo było niesprawiedliwym? Co, jeżeli wymierzenie sprawiedliwości wymagało od niego działania na granicy prawa? Co jeżeli ustrój nie spełniał roli, do jakiej został stworzonym. Tak jak chory organizm ulegał infekcji gorączkowej, tak ustrój podlegać musiał transformacjom. Uzdrowiciel mógł próbować wyleczyć chorobę, auror mógł próbować tłumić zarzewie rewolucji... Ale co, jeżeli choroby nie dało się zwalczyć nawet z pomocą najmędrszych uzdrowicieli?, pomyślał, wracając wspomnieniami do Madeleine. Jej śmierć nauczył się akceptować, ayrzuty sumienia dręczyły go jednak z innego powodu. "Czasami aurorzy zapominają, gdzie jest ich miejsce", słodko wyszeptała mu nad uchem Lorien Mulciber. Co jeżeli walczył w rewolucji po złej stronie? Wspierał Zakon Feniksa całym sobą, ale co, jeżeli sam stał się jednym z tych przeklętych rewolucjonistów, których postępowanie zwykł potępiać? "By ziemię krwią napoić, przyszedł czas", śpiewał lud Francji. Niecałe dwa wieki później śpiewał to samo lud Anglii. Słowa wydostały się z jego ust wbrew jego woli.

– Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens. Sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii.

Aaronowi zrobiło się niedobrze. Przystanął, żeby wziąć głęboki oddech.

– Jak coś, to nie było o rewolucji francuskiej. Uważam, że Robespierre byl starą kurwą – mruknął, zawstydzony. Zacisnął mocniej dłoń na skrzynce z narzędziami.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziej
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#5
31.03.2026, 19:26  ✶  
Wywód maga rozbawił szczerze Gabriela, ale nie był jowialny w okazywaniu swojego rozbawienia. Oczywiście wszystko zależało od tego, w jaki sposób interpretować odpowiedzialność za zło czy dobro. Czy miało znaczenia dla Moody’ego, że ofiary które umarły z wampirzej ręki, były również tymi, które eksperymentalnie uzdrawiał tylko przedłużając ich katusze? XX wiek jednak przyniósł białe rękawiczki i koronkową chusteczkę do ocierania kącików ust, a romantyczne wizje uwiedzionych drapieżców zbyt słodko działały na wyobraźnię tak mugoli jak magów, aby koniecznie uciekać się do mniej humanitarnych, a tak oczywistych przecież rozwiązań w ubiegłych wiekach.

Dlatego też na wspomnienie starych dobrych czasów wcale nie dobrych, wcale nie służących wolnej woli, gdy posąg z dziwacznym grawerem pokrywającym onyksowe ciało domagał się nowego ubrania ze skóry kolejnego nieszczęśnika przez moment weryfikowały miłe spływające nań komplementa, Gabriel nie oponował a pozwolił sobie na figlarny uśmiech błąkający się po przystojnej twarzy i kiwający w pozornym zrozumieniu głową.

Zdecydowanie tak lepiej, żeby jego rozmówca o nim myślał.

- A wiesz, w sumie nie chciałem wrócić do praktyki. Ostatnie lata były bardzo dla mnie trudne, stali klienci znaleźli sobie nowych magipsychiatrów, albo… odeszli popychani przez czas ku nieuchronnemu. A tu… wyobrażasz sobie, że ktoś posądził mnie o atak na magu? Gryzienie bezprawne, pozbawione zgody. To musiał być jakiś młodzik, gospodyni tego miejsca próbuje go wytropić, a ja… cóż, udzielam swego rodzaju konsultacji? - zwątpił. Tak to miało działać. Czy był prywatnym detektywem przez to? - Niemniej, Anglicy nieufni. Jak miesiąc temu zajrzałem na jeden z artystycznych spendów, wszyscy rzucali mi nieufne spojrzenia, podejrzewając o najgorsze. Nawet nie próbowali się z tym ukrywać. - mniejsza, że mieli do tego podstawy, rzeczywistość odkształcała się płynnie w eleganckiej mowie wampira, który absolutnie wierzył swoje słowa, gdy je wypowiadał. - Poza tym macie te swoje szpitale, ludzie chodzą do kolegów z klasy do gabinetu, wszyscy znają wszystkich, ciężko tu o miejsce dla mnie, a nie wyobrażam sobie być pod czyimkolwiek butem. - Umilkł sam siebie łapiąc na kłamstwie, albowiem były pewne buty należące do pewnej osoby, pod którymi realnie bardzo chętnie by poprzebywał przez jakiś czas. Szczęśliwie wspomnianej osoby nie było w okolicy, więc nawet nie musiał specjalnie czynić zasłon dymnych, dla własnych odczuć wobec jej czujnego oka.

Całe jednak te swobodne rozmyślania przerwał atak, bo jak inaczej można było to nazwać.

Montbel ściągnął brwi obserwując uważnie ciało pacjenta swojego towarzysza, który miał mu pomóc w naprawie znamiennych zniszczeń dokonanych w przypływie nadmiaru emocji związanych z gryfem, czarownicą i starą szafką w której nie było ciasteczek, ni ośnieżonej krainy z satyrami owiniętymi szaliczkiem.

- Pamiętasz, kiedy Ci to zaimplementowano? - zapytał od razu, tonem fachowcy, który od progu gabinetu dedukuje dolegliwości. Uwielbiał się tym popisywać, nawet jeśli połowa była zmyślana na poczekaniu, a druga połowa skutecznie wyciągnięta została z plotek w małym w sumie światku magicznym. - Wygląda jak robota bardzo złośliwego hipnotyzera, zmuszającego umysł do odruchu Pawłowa. Znasz bodziec, który wywołuje reakcje? Jak często tego doświadczasz? - ich kroki ominęły kuchnię, zmiana była oczywista. Gabriel zamierzał zaprowadzić Moody’ego do swojej sypialni.


pod diagnozę: Leczenie, Hipnoza, Zauroczenie ◉◉◉◉○
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#6
31.03.2026, 22:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2026, 22:36 przez Aaron Andrew Moody.)  
Na przestrzeni lat swojej służby w Brygadzie, a potem w Biurze Aurorów, Moody miał do czynienia z wieloma najprzeróżniejszymi istotami pochodzenia magicznego. Może dlatego nie palił się, żeby tak od razu którąś dyskryminować.
Jego najbliżsi powiedzieliby, że Aaron nie dyskryminuje, a po prostu nie znosi wszystkich porówno.
Prawda była taka, że widział nieludzkie rzeczy dokonywane rękoma ludzi. Widział przywracające wiarę w ludzkość gesty ze strony nieludzi. W myślach obracał kolejne przepisy prawne, które niedawno zacytowała w rozmowie z nim Lorien. Nad tym się wspólnie pochylili. Nad definicją człowieczeństwa. Nad jego definicją, bo Moody miał przecież własną. "Taki wampir", podpytywała przewrotnie Lorien, "czy nadal jest człowiekiem?" Igrała z nim, jak na prawnika przystało, ponieważ w jego argumentacji mniej było prawniczego żargonu, a więcej aurorskiej intuicji.
"Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody?"
Niemal uśmiechnął się do swych myśli, choć nie był wcale rozbawiony. Ile rubryczek odhaczyłby Gabriel, wampir? Ile rubryczek odhaczyłaby Lorien, maledictus? Ile rubryczek odhaczyłby jego syn, wilkołak?
Aaron Moody był czasem strasznym głupcem. A może Aaron Moody był po prostu człowiekiem.

Wampiry były dosyć zabawne, o ile nie rzucały się od razu człowiekowi do gardła. Tak na pierwszej randce?, skrzywił się kiedyś Aaron, przytrzymując rozszalałą wampirzycę, która rozwaliła pół szpitala magipsychiatrycznego, ogarnięta psychozą. Najgorzej, że potem prosiła, żeby ją przesłuchiwał "ten przystojny brygadzista", który ją obezwładnił. Koledzy z pracy porządnie dali mu za to popalić. Ale co miał zrobić, pozwolić, żeby mu krwiożerczy sukkub rozszarpał zębami tętnice szyjne? Samo istnienie jako wampir nie było zakazane prawnie, zakazanym było mordowanie ludzi, gryzienie ich wbrew ich woli... Na szczęście głowa wampirzej społeczności czuwała nad tym, aby jej współbratymcy nie wychodzili zbytnio przed szereg. Z wampirami naprawdę szło się dogadać, choć niektóre obrażały się straszliwie, gdy nazywało się ich rodzaj krwiożerczymi pijawkami.

Jeżeli Gabriel miał coś na sumieniu, jego sprawa. Dopóki nie dopuścił się niczego bezprawnego na terenie Anglii, Aaron mógł go jedynie obserwować. Zachowywał czujność, choćby w tym, że nigdy nie odwracał się do wampira plecami. Nie pozwalał mu też zniknąć ze swego pola widzenia, a różdżkę trzymał jak zawsze u boku. Wszystko to robił jednak automatycznie, były to bowiem nawyki wyrobione przez lata, a nie realna obawa, że Montbel coś mu zrobi. Dajcie spokój, przecież chłop miał kuchnię do odremontowania! A na dobrego fachowca w tych czasach trzeba było poczekać, oj, trzeba było. Aaron nie był naiwny, szczerze życzył Gabrielowi jednak, żeby wrócił do swojej praktyki, ponieważ wierzył w jego kompetencje. Z uwagą wysłuchał więc jego wątpliwości, zmarszczywszy w namyśle brwi.

"Niemniej, Anglicy nieufni..."

– To nie dlatego, że jesteś wampirem. To chyba nawet modne ostatnimi czasy, jak mam być szczery. Widziałeś "Ukąszenie Drakuli"? Naprawdę dobry film. A wiesz dlaczego? Bo to nasza rodzima angielska produkcja nakręcona w Hertfordshire. My, Anglicy, zwracamy na takie rzeczy uwagę. Wiesz, dlaczego ludzie ci nie ufają? Dlatego, że jesteś francuzikiem – specjalnie z małej. Aaron przewrócił oczami, jak gdyby musiał tłumaczyć Gabrielowi najoczywistsze oczywistości. – Nie szukaj pacjentów na artystycznych spędach, tam wszyscy są nienormalni, i ze swojej nienormalności dumni. – No oczami przewracać mu się chciało na wszystkie te wielkopańskie "enchanté", "bon appétit" czy "excusez-moi", jakie padały wszem i wobec się na podobnych przyjątkach. A parę razy zdarzyło mu się takowe obstawiać, wtedy, gdy jeszcze był w Brygadzie. – Weź sobie pogadaj z tym Lovegoodem z Doliny Godryka, to łebski gość, lubi innowacje, niestandardowe metody. – Próbował pomóc Mills, a to było najważniejsze. – Zawsze mógłbyś załatwić sobie jakieś prywatne konsultacje, może zaangażować się w jakieś sprawy naukowe. W służbie zdrowia zawsze jest praca.

No kto by pomyślał, że Gabriel weźmie się do tej pracy tak szybko po zachętach Aarona!

"Jak często tego doświadczasz?"

– Za często – mruknął Moody, przetarłszy usta wierzchem dłoni, jak zawsze, gdy był wyjątkowo czymś rozdrażniony. W tym zaś momencie najbardziej drażniła go własna słabość. – Poznałeś mnie trochę. Łeb mam na karku. Nie panikuję. Nie ruszało mnie to nigdy. To, co robię, mam na myśli. Nie miałem... Reakcji. – Aaron powtórzył po Gabrielu, nie do końca pewien, jakiego słowa powinien użyć. – Ale widziałem, jak inni się z tym męczyli. Ryzyko zawodowe. – Wzruszył delikatnie ramionami. – Ale przyczepiło mi się to od czasu Spalonej Nocy. Wszędzie wtedy pizgało złem. Pewnie wtedy ktoś miotnął we mnie klątwą. Myślisz, że hipnoza by pomogła?

Jak na Moody'ego, to był naprawdę wylewny w swojej opowieści. Ale miał nadzieję jakoś poruszyć ten temat, odkąd spotkał dzisiaj Montbela. Naprawdę go to wszystko męczyło, nie pomagając na dręczące aurora poczucie paranoi. Myślał, czy nie udać by się z tym do Lecznicy Dusz, ale obawiał się niedyskrecji. Nie chciał, aby na jaw wyszły przypadkiem tajemnice Zakonu. Musiał też myśleć o Millie. Leczyła się tam, więc nie chciał, żeby w razie jakiegoś kryzysu magomedycy kontaktujący się z nim w sprawie stanu zdrowia córki patrzyli na niego jak na pacjenta. Deprecjonowało to jego autorytet jako ojca. Wystawiało więc na słabość nie tylko aurora, ale i jego rodzinę. A wampir? Sam mówił, że wystarczyła plotka, aby został zdyskredytowanym. No i jego znał personalnie. "Wiem, gdzie mieszkasz", i te sprawy. Przysługa za przysługę, to brzmiało jak dobry układ.

No, przynajmniej dopóki nie weszli do sypialni, a nie do kuchni, jak było uzgadniane.

– No bez takich, Montbel – skrzywił się Moody na widok łóżka. – Zrozumiałbym, jakbyś chciał wyssać moją krew, ale mojego chuja zostaw w spokoju.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziej
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#7
31.03.2026, 23:26  ✶  
Gabriel słuchał go z zaskakującą dla siebie uwagą, dziwną uważnością dla każdego kto miał z nim do czynienia, zwłaszcza w ostatnim czasie. Noszenie zawodowej persony było… niewygodne. Jak wyciągnięcie starego garnituru, który nieco przeszedł lawendą. Sztywny. Znajomy, ale w sposób, który nie przynosił komfortu.

A może?

Jak dawno nienoszona skóra naciągnięta na własną...

Obrzydliwe porównanie płynnie przeszło od skojarzenia z dawniejszymi praktykami. Magipsychiatrą został trochę przez przypadek, ot - chciał pogłębić wiedzę i techniki manipulacji przy okazji nowego wieku. Ta psychoanaliza, ten Freud, taki zabawny. Szybko znalazł w tym sposób na zarobek, na odpowiednie uzależnienie od siebie ludzi, których nazywał nie tyle co familiantami, co klientami. Dobra opłata. Złoto i krew. Krew i złoto. A on mógł dać im odrobinę ukojenia. Odpowiednio rozpisaną receptę. Odpowiednio zaaplikowaną hipnozę.

I jeszcze mu dziękowali.

Stare dzieje.

Stare?

Wyłapywał najistotniejsze informacje, które też mogły mu się przydać na potem. Lovegood, czy znał kiedyś jakiegoś Lovegooda? Raczej nie. Czy potrzebował tej znajomości do szczęścia? Też w to powątpiewał. Czy Lovegood byłby w stanie mu odremontować kuchnię? Pewnie nie. Czy on chciał pomagać ludziom? Nie bardzo. Najpierw przecież musiał pomóc samemu sobie. Cóż obchodziły go robaczki którym spalono termici kopiec?

- Tak poznałem trochę, coś jeszcze pamiętam - rzucił krótko, żeby Aaron nie myślał, że odciął się zupełnie i nie uczestniczy w rozmowie. Korytarz był długi, ale wystarczający, by cała historia - wylewniejsza ni zwykle - została wypowiedziana, zanim dotarli do prowizorycznego gabinetu. Wampir otworzył drzwi i niedbale machnął różdżką zapalając wiekowe kandelabry. Pokój był bardzo wysoki, obowiązkowe ciężkie story przesłaniały strzeliste okna, groteskowe w fakcie, że same okna i tak były zamurowane. Poza ciężkim łożem z baldachimem, które od razu ściągnęło wzrok aurora, były tu ciężkie i stare, absolutnie zakurzone regały, stolik z fotelem i podnóżkiem oraz… wijący się po ścianach i podłodze mrokolubny bluszcz rywalizujący o miejsce ze starymi gobelinami i brunatnym dywanem. Zapach wilgoci i mokrej ziemi uderzał od progu, cóż, Gabriel nie przewidywał że będzie miał gości w swojej prywatnej przestrzeni. Bardzo zaniedbanej. Zakurzonej. Nieużywanej inaczej niż do leżenia na zaścielonym łóżku i doglądania ciemnozielonego pupilka.

Reakcja Moody’ego po przekroczeniu progu komnaty,  spotkała się początkowo z jego absolutnym brakiem zrozumienia. Ściągnął brwi odwracając się ku aurorowi, w jego dłoniach zalśnił już zawieszony na łańcuszku kopertowy zegarek z wygrawerowaną bardzo kolczastą różą. Z cichym brzęknięciem otworzył wieczko.
- Ach no wybacz, że nie dysponuję w pełni wyposażonym gabinetem, w kojących kolorach piasku i błękitu, z pieprzonym ogródkiem zen do kojącego zamiatania miniaturowymi grabkami, drzewkiem bonsai i obrazkami opadających wodospadów zamiast tych zmurszałych szmat - sarknął w jego kierunku, opuszczając wzrok na umykającą największą ze wskazówek. Tik tak. Dla niego czas nie miał znaczenia. Dlatego tak bardzo lubił go poganiać. - Owszem myślę, że hipnoza by pomogła. Usunięcie z pamięci momentu zapalnego, może wyczyścić niepożądany efekt, który Cię prześladuje - tik tak tik tak - ale widzę, że „Ukąszenie Drakuli” wywołało w Tobie zgoła odmienne skojarzenia, na podstawie których mam już pewne wyobrażenie o etapie analnym Twojego dojrzewania, dopełnionym nieuświadomionym lękiem przed byciem pożartym. - Zamknął zegarek i wypuścił go z rąk, tak aby wisząc zawirował zapraszająco w niezadanym pytaniu. Fotel czekał. Zimne niebieskie oczy wampira utkwione w mężczyźnie odbijały tańczące płomienie świec. - No chyba, że jesteś wielkim fanem wykrzykiwania rewolucyjnych haseł. Miałem wrażenie, że jednak chciałbyś wyrwać tego kleszcza ze swojej głowy. Myliłem się? - Tak zaskakująco łatwo przyszło mu trwać w bezruchu. Czekać w zawieszeniu. Cierpliwą osobą był przeszło 300 lat temu. Jego klątwa zwykła czynić go bardzo niecierpliwym. Śmieszne uczucie. Jak dawno nienoszony garnitur.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#8
01.04.2026, 00:22  ✶  
– Zieleń – odpowiedział wcale niezrażony tonem wampira Moody, który rozglądał się po nowym otoczeniu. Zapach wilgoci i mokrej ziemi uderzył go w nozdrza. Dziwnym było to miejsce, z bluszczem wspinającym się po ścianach, z zamurowanymi oknami, broniącymi przystępu światła słonecznego. Przestrzeń sakralna zbeszczeszona przez świecką obecność. Struktura wzniesiona rękami człowieka zawłaszczona przez naturę. Miejsce spoczynku istoty należącej do świata umarłych wypełnione płożącym się w mroku życiem. Moody przesunął delikatnie nogą bluszczowy pęd, stawiając na podłodze swoją skrzynkę z narzędziami. – Zieleń byłaby najlepsza – dodał.

Jak tak sobie teraz pomyślał, to i w jego sypialni przydałoby się w sumie odmalować.

Tak jak wcześniej Gabriel przyjął słowa aurora z miną wyrażającą absolutny brak zrozumienia, tak teraz Aaron przestąpił niepewnie z nogi na nogę, nie śmiąc spytać jednak, czym niby jest etap analny. Instynktownie czuł, że nie chce chyba znać odpowiedzi na to pytanie.

– To weź się zdecyduj, czy chcesz mi grzebać w głowie, czy w dupie, bo zrozumieć cię nie można, gdy tak gadasz – burknął w końcu, bo rzeczywiście nic z wywodu Gabriela nie zrozumiał. Zamiast tego wyciągnął w jego stronę dłoń.

– Najpierw dżentelmeńska umowa. Ty naprawiasz mi łeb, a ja naprawiam ci kuchnię. Bez żadnych sztuczek. – Wiedział, że z pomocą oklumencji łatwiej będzie mu nakierować Gabriela na właściwe wspomienie, a jednak wielkim wysiłkiem było odsłonić się, zwłaszcza dla kogoś, kto skrywał w swoim umyśle tak wiele.

Splunął na swoją wyciągniętą dłoń, żeby przypieczętować świętą obietnicę zawartą na ślinę.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziej
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
III
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#9
01.04.2026, 21:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2026, 21:06 przez Gabriel Montbel.)  
Nie spodziewał się, że ta odpowiedź była dla niego aż tak przyjemna w odbiorze.

Znał się świetnie na czerwieni.

Ale na zieleni…

Uśmiechnął się niczym obłaskawiony śmietanką kocur, tymbardziej, że w końcu udało mu się usadzić buńczucznego klienta. Mogło to oczywiście odnieść bardzo niedobry skutek - mianowicie hipnoza mogła nie zadziałać, bo otoczenie, bo zapach, bo roślina walająca się pod nogami i myślenie o seksie zamiast o terapii hipnotyzerskiej.

Odetchnął - nie żeby musiał, po prostu to zwykle koiły obawy klientów, a teraz takim właśnie się stał Aaron.

Zaraz potem parsknął, gdy auror bardzo się zarzekał, że nie chce grzebania w dupie, by splunąć na dłoń, co w niektórych okolicznościach byłoby uznane za bardzo sprzeczny sygnał. Mężczyzna był jednak wystarczająco napięty niezbyt komfortową dla niego sytuacją by mu dokładać.

- Żadnych sztuczek. - powtórzył za nim Gabriel, po czym odsłonił kły po to, aby wbić się nimi we wnętrze własnej dłoni. Zgromadzona krew leniwie wychynęła. Gęsta. Ciemna. Niepewna swojej roli w całym procederze tego życia po życiu i nowego gospodarza. Nim Moody zdążyłby zaoponować uścisnął mu dłoń. Twardo. Ktoś mógłby powiedzieć żołniersko.

- Dyskrecja jest kluczowa w moim zawodzie - zapewnił, nawet jeśli przed momentem zapewniał, że wcale się tym już nie zajmuje. Dawno nienoszony garnitur był zaskakująco wygodny.

I w końcu gdy Moody zasiadł w fotelu, stojący nadal Gabriel wprawił wahadełko w ruch. W drugiej dłoni trzymał różdżkę. Skupił się. Może dawno nie amputował niechcianych wspomnień przez delikwenta, raczej skupiał się na amputowaniu niechcianych wspomnień przez niego samego, ale przecież hipnoza była dlań jak oddychanie.

- Poczujesz lekki chłód. Myśl o nim raczej jako o rześkim poranku. Odświeżeniu w którym ten moment nocy jest tylko wspomnieniem. Jedną z wielu chwil, nie wartą Twojej pamięci. Dopilnujemy tego. - Jego głos stał się przyjemnie gęsty, bardziej przywodzący na myśl słodkie kakao osadzające się na podniebieniu, aniżeli poranek o którym przed momentem wspominał. Wahadło poszło w ruch.

Tik…

…tak

Nie za szybko, nie za wolno, a w sam raz.

Kolejne słowa zawierały w sobie magię, utkaną z wyczuciem specjalisty, wchodzącą przez uszy prosto… prosto do biblioteki myśli, do zakurzonych regałów, w poszukiwaniu całkiem niedawnego registru. Nadpalonych akt. Gabriel nigdy nie miał ochoty śledzić tych akt, zaczytywać się w cudzych historiach i perspektywach. Och nie. Pieczętować. Zabezpieczać. Nigdy więcej nie zaglądać.

Tik….

Zauroczenie ◉◉◉◉○, Hipnoza III, próbuję leczyć strach przed imieniem
Rzut PO 1d100 - 24
Akcja nieudana
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#10
02.04.2026, 15:13  ✶  
Widziałeś, że coś jest nie tak. Twój pacjent wcale nie wchodził w trans, chociaż jego oczy śledziły ruchy wahadła. Musiałeś zastosować jakąś inną metodę – być może muzyka, kadzidło lub coś eksperymentalnego (na przykład dotyk lub zapach) pomogłyby to przełamać? Otrzymujesz od losu kolejną próbę, ale zmień coś w swoim działaniu, ubarwiając scenę.

@Gabriel Montbel
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (3901), Eutierria (55), Gabriel Montbel (2719), Pan Losu (59)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa