![]() |
|
Siódmego września w Rejwachu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: Siódmego września w Rejwachu (/showthread.php?tid=6020) |
RE: Siódmego września w Rejwachu - The Edge - 31.05.2026 Crow zamrugał. To było aż głupie, jak wyraźnie speszony się zrobił. Szyja mu trochę poczerwieniała i pogładził się po karku, jakby to miało zamaskować skrajnie dziwną reakcję na „głupie” dziękuję, które wywołać jej nie powinny. Słowa potrafiły robić z nim rzeczy przeróżne, przyzwyczaił się do tego już dawno temu, ale… no właśnie – tym „głupim” w słowie dziękuję było to, że Crow się zaczął samego siebie wstydzić. Bo miał się czego wstydzić. Nie istniał Crow poza relacjami z innymi ludźmi, a te relacje były pełne wstydu. W cyrku wstydził się tego co im wszystkim zrobił. Cain wstydził się go tak generalnie i mówił o tym otwarcie – miał tak wiele powodów, że nie potrafił ich zliczyć, a był z liczenia bardzo dobry. Przy Tarpie się wstydził, bo Tarp aż za dobrze rozumiał, jak dużo z jego straszliwej persony było maską skrzywdzonego człowieka. O tym jak nazywa się Millie dowiedział się z jarmarku. Można było z kimś spać, a i tak się tego wstydzić. Można było mówić komuś, że jest miłością twojego życia, ale wzdrygać się na myśl o przedstawieniu go swoim bliskim. No bo przecież Crowa łatwo się było wstydzić. Laurent też się już go wstydził, bo kiedy pękała maska silnego człowieka, pozostawał pod nią już tylko ten pokruszony byt, który nauczył się wielu trików gwarantujących mu przetrwanie na ulicy, ale zapomniał w tym wszystkim dorosnąć. Był kimś naprawdę, ale to naprawdę żałosnym. Kimś, kto po budowaniu podziemnego imperium zrobił się nagle projektantem salonu bogatego człowieka, chociaż nie widział kolorów. – Chcę – odpowiedział krótko, z oczyma zaszklonymi od wspomnienia w myślach człowieka, którego już z nimi nie było i nie będzie. Cokolwiek co miało wyrwać go ze spirali użalania się nad sobą było dobrym krokiem. – A co to w ogóle jest? – Bo że chyba cukierek, to mu mignęło. – A dobrze ci się żyje w Rejwachu? – Poprawił się, bo najwyraźniej poprzednie pytanie zadał niepoprawnie. – Kiedy grasz jakiś koncert, na który mogę przyjść? Chcę popatrzeć jak grasz. – Właściwie, to chciał go wcześniej poprosić o to, żeby mu zagrał coś tylko dla niego. Sęk w tym, że kiedy twój przyjaciel był keyboardzistą, to siłą rzeczy nie mógł grać kiedy leżeliście blisko siebie, a Crow wręcz nachalnie wodził oczyma pomiędzy nim a poduszką, jakby go chciał tym spojrzeniem położyć, żeby móc zrobić to samo. – Napisałeś dużo nowych piosenek? Denerwuje cię jak zadaję tyle pytań? – Sprawnie unikał tego, że na pytania zadane jemu nie odpowiedział i znów trochę manipulował, próbując uczynić je bardzo odległymi. Chciał poznać odpowiedzi na swoje, oczywiście. Tylko, że to spychanie trzech ostatnich lat swojego życia w niepamięć było bardzo, ale to bardzo celowe. – Słyszałeś o tym typie co się nazywa David Bowie? RE: Siódmego września w Rejwachu - Zenon Kozioł - 03.06.2026 Czekał. Siedział na łóżku z wyciągniętą ręką. W dłoni miał krówkę. Odważył się nawet spojrzeć mu w oczy, chociaż Zenek sam miał minę nietęgą. W końcu poszedł wzrokiem za ruchem dłoni Crowa, ku obojczykom. No, tak lepiej. Zgnieciona krówka zaczynała mu jednak ciążyć. Karmel w środku się rozlewał i palił. Wypalał mu środek dłoni. Zenek pomyślał, że zaraz albo nie będzie miał ręki, albo spadnie z cukierkiem przez łóżko na drugą stronę planety. Palce już mu mrowiły. A Crow nic. Do czasu. Gdy tylko padła jakakolwiek afirmacja, Zenek zamknął pięść. A że Crow się po tę krówkę nie garnął, to sam sięgnął po Crowa. Wolną ręką pociągnął go do przodu. Dłonią z krówką w pięści zaczął rozgarniać mu palce, aż przełożył mu krówkę w formie pokracznego uścisku. Co w sumie powinno się było wydarzyć na samym początku, gdy Crow wybrał okno zamiast drzwi jak człowiek. “Dzień dobry, jestem Kra.” “A ja Zenek.” “Długo mnie nie było.” Czy takie to było trudne? Twarz Zenek miał absolutnie niewzruszoną, oczywiście. Wstąpił w tryb “za konsoletą”. Głos miał jednak nadal ciepły i miękki, jak krówka ciągutka ogrzana środkiem dłoni. — To jest krówka. Taka do jedzenia. Usiadłem na niej. — powtórzył. Wiedział, że powtórzył, jak tylko zamknął jadaczkę. Zamknął palce Crowa wokół karmelowego wynalazku i drgnął w barkach. Trzymał jeszcze przez sekundę dłoń na wierzchu jego dłoni. Potem puścił. Odetchnął jakby z ulgą. — W Rejwachu… dobrze. Woody dobrze płaci. — cofnął się na łóżku. Nogi tymczasowo skrzyżował po turecku. Te nieszczęsne dżinsy tarły się o siebie. Ofiary afery krówkowej, skutek wysokiej pensji: modelowe Levisy. Gdy je kupował w ‘68, dżinsy jeszcze nie wiedziały, czego im będzie dane doświadczyć. Poza incydentem z ‘69 przetrwały dotąd bez mycia i nosiły wszystkie ślady bycia z Zenkiem. Niezmywalne zaklęciami plamy, otarcia na kolanach. Brudne nogawki. Zenek nie posiadał wygodniejszych ciuchów. W sumie, gdyby nie znajomość z Crowem, nie miałby ich teraz na sobie. Na pytanie o koncert nie odpowiedział. Podobnie jak na pytanie o piosenki. Robiło się ich już trochę za dużo. Uszy Zenka zaczynał zalewać karmel. Rozplątał nogi i wychylił się za krawędź łóżka. Walizkę z instrumentem trzymał pod ramą, tam, gdzie noże Crowa. Żeby po nią sięgnąć, musiał nachylić się nad swoją stroną łóżka, gdzie trzymał poduszkę. Wyglądało to zatem, jakby zaraz miał się położyć, ale ręką sięgał pod łóżko. Wierzchem dłoni przejechał po krawędzi noża. Ostre. Wyjął dłoń. Z Crowem po drodze to się nie mogło udać. Zsunął się więc na podłogę, rozwiązując tajemnicę otarć na kolanach. — Nie. Tylko trochę mnie denerwuje, że ty nie odpowiadasz na swoje. Obejmował walizkę z obu stron. Wysuwał ją ostrożnie, by nie aktywować tej magicznej nożowej konstrukcji. I tak czuł ich ostrza w swoim promieniu. Szurał kolanami po drewnianej podłodze, aż walizka wyjechała z impetem. Odsunął się z walizką na środek pokoju. Przy okazji wszystko zagarniał na boki. Kapcie pojechały pod ścianę. Kable uginały się pod jego stopami. Koszulka z kaktusem poturlała się niemal pod łóżko. — Bowie? — zabrzmiało to, jakby się zastanawiał, ale odpowiedź miał na końcu języka. — Znam. Wchodzi na listy. — Zaczął rozpinać klamry walizki. — Wydał w tym roku płytę. I w poprzednim. I w poprzednim. — klamry odpinały się jedna za drugą, aż klapa walizki opadła na dół, odsłaniając syntezator. — Brawo, geniuszu. W dolnej klapie, tej z syntezatorem, trzymał składane nóżki. Były krótsze od tych scenicznych, które nosił osobno, ale dostosował je tak, by mógł komfortowo grać z podłogi. Albo nawet z łóżka. Uniósł syntezator i zręcznym ruchem je rozłożył. — Nawet go lubię — wrócił do Bowiego, wzrokiem zaś do Crowa. — Ale gitary to nie przyszłość. Jedną nogę trzymał wyciągniętą na podłodze, drugą zgiętą i przysuniętą do nagiej klatki. Dżinsy miękko układały się po liniach ciała. Dorosły chłop, wysoki, a uginał się nad syntezatorem, jakby to była jakaś dziecięca zabawka. No, nie była. Dzieciak by jej nie uniósł. Smukłe dłonie trzymał na obudowie, w napięciu. Gotowe do grania. RE: Siódmego września w Rejwachu - The Edge - 04.06.2026 Zrobił absolutnie wszystko co w jego mocy (przynajmniej z tej kategorii rzeczy po których nie spodziewał się reakcji gniewnych lub pełnych przerażenia), żeby się wzbronić od udzielania odpowiedzi na to, co robił ze swoim życiem i gdzie zamierzał zniknąć, zanim Rejwach zdąży się obudzić. Wyszło mu to dobrze, tak przynajmniej wstępnie pomyślał. Nie dostał może fizycznej bliskości i został tu sam, przy tym łóżku. Usiadł, ale mógł spode łba wpatrywać się w muzyka rozkładającego swój instrument, więc chociaż nie mógł się do niego przykleić zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nie odebrał tego za coś czym powinien się nazbyt przejąć. Wsłuchiwał się w potok słów – uspokajało go to nieco, bo tak długo jak istniała ta konwersacja, tak długo słowa o tym, że mógł tu zostać były szczere. Ale było tam uszczypnięcie. Delikatne, niestety na tyle dotkliwe, aby temat nie ucichł mu w głowie i dudnił… To dudnienie lubiło robić się nieznośne. Mimo tego uśmiechnął się, zaciskając palce na papierku owijającym krówkę. Crow był wyraźnie smutny. Jego oblicze wciąż nosiło ten sam, obrzydliwy smutek – rozbił sobie w nim dom lata temu i nie chciał z niego wyjść. I wciąż pozował na tego smutnego chłopaka, grał rolę, z której nie potrafił się wydostać, chociaż wydawało mu się, że sam sobie tę klatkę zamknął na kluczyk. Zanim zniknął z Nokturnu też taki był, przynajmniej w ostatnim roku. I trochę chciał się obedrzeć z tej tajemnicy i powiedzieć: nie zawsze już taki będę, jeszcze potrafię być szczęśliwy. Tylko, że ta historia wymagała opowiedzenia o tym, jak przez moment trzymał w garści wszystko, a później to stracił przez własną głupotę i chciwość. Opuścił głowę jeszcze niżej, chociaż i tak już się garbił. Musiał się w sobie zebrać do odpakowania cukierka i zatkania nim sobie ust. Dopiero po tym rzucił się w tył, tak żeby poczuć miękkość łóżka na swoich plecach. Niby słyszał jak Zenek rozkłada te klawisze, ale naga skóra i mokre włosy przyklejające mu się do twarzy pozostały elementem tego, co Crow widział teraz w swojej wyobraźni. Nie wyglądał dziwnie. Spojrzenie utkwiło mu w suficie. Ale to zawsze tam było. To napięcie, że w jakiejś innej rzeczywistości, mógłby usłyszeć jak muzyk ponosi się i prostuje długie nogi, a później poczuć ostatnie krople zimnej wody opadające mu na uda, brzuch i twarz. – Zajebisty typ – powiedział – z pojebanymi tekstami. Nie miał pojęcia, że Woody dobrze płacił. Polecając to miejsce był pewien tylko jednego – że to dobry człowiek był i jeśli gdzieś miałeś być wyrzutkiem, to lepiej było być wyrzutkiem z Rejwachu, niż skończyć jak on. Fantazja z wakacji, ta że by mógł podrobić jakoś dokumenty, znaleźć sobie normalną robotę – co za absurd. Za każdym razem kończył tak samo. Więc to było jak spryskanie twarzy zimną wodą. Dobrze było słyszeć, że ktoś na kim mu zależało radził sobie dobrze i nie szorował po dnie swoich możliwości. – Jak wszystko się zjebało – na samo wspomnienie rozjuszył się tak bardzo, że instynktownie sięgnął dłonią do paczki z papierosami, chociaż wciąż miał gębę zapchaną cukierkiem – to sobie wyobrażałem, że mógłbym wypierdolić na księżyc. – Nie dodał tego, bo mu się to wydawało oczywiste, że wszystkie ostatnie wydarzenia z tym związane oglądał z zapartym tchem. Ale oh – jak bardzo to do niego pasowało. Uciec przed wszystkim, z czym nie mógł sobie poradzić. Pozostawić każdą fantazję fantazją – i tę wakacyjną i tę o skrzyżowaniu ich oddechów – bo kiedy pozostawały fantazjami, mógł godzinami pochylać się nad każdą możliwością i romantyzować je do granic możliwości. Kiedy pojawiały się porażki, odmowy i słowa pełne goryczy, ciężej było do nich wrócić. – Jak ta suka, co tam zdechła. – Nawet to do niego pasowało, skoro Laurent miał go za psa. Poruszył się wreszcie. Podciągnął nogi, położył je na łóżku, a następnie przekręcił się, podpierając głowę na łokciu, tak żeby widzieć Kozła. Ktoś tak uzdolniony muzycznie, nie powinien grywać w spelunach, ani pochylać się nad instrumentem, kiedy jedyną widownią był on – skończony dupek wpatrujący się w te długie, piękne palce z głową pełną brudnych myśli. RE: Siódmego września w Rejwachu - Zenon Kozioł - 05.06.2026 — Gębę masz pełną karmelu, a bluźnisz. Zenek nie był religijny, Boże broń. Jednak jakieś poczucie świętości posiadał. W towarzystwie klawiszy po prostu się nie przeklinało. Zza spodni już wyciągał różdżkę. Bóg jeden wiedział, czemu dotąd jej jeszcze nie złamał. Lubił siadać w tak dziwnych pozycjach… Faktem pozostawało, że potrzebował tego badyla. Kra sobie mógł pstrykać palcami na latające noże, ale Zenek musiał mieć czym dłubać przy sprzęcie. Czymś podłużnym i konkretnym. A co do różdżki, to pewnie po prostu była elastyczna. Zrobił swoje, by sprzęt rozpalić i uruchomić. Po kilku skrętach nadgarstka odrzucił różdżkę gdzieś do kąta. Obudowa zaiskrzyła. Odgarnął włosy z twarzy, mające jeszcze w pamięci elementy kaktusa. Spojrzał raz jeszcze na Crowa, co to miał fantazję być jak Laika. I chociaż zupełnie nie był w nastroju, to Zenek się uśmiechnął. Przesunął pierwszy suwak do góry. Mężczyzna, który sprzedał świat, spoglądał na niego na półleżąco z łóżka. To był Bowie na okładce The Man Who Sold the World. Palce Zenka tłumaczyły pierwszy riff na język syntezatora. Pomyślał wtedy, że Crow faktycznie miał w sobie coś z kosmity. Następna zajawka była już stworzona dla klawiszy. W głowie widział pijaków na dole. Śpiących, pijących, śmiejących się, rubasznych. Niemal każdej nocy oglądał ich ze sceny, zza syntezatora. Life on Mars? Przebiegł palcami po klawiszach, a melodia znowu zmieniła się jak w migawce. Suwaki podskoczyły w górę. Na powitanie Starmana z refrenu, co to dzieci bawił. Hit lata, panie i panowie. Wreszcie cudze melodie dobiegły końca. Po jednej z każdej płyty. I cisza. Nacisnął przycisk. Stuk. Stuk. Stuk. Ostrze o drewno. Beat właził pod skórę i absolutnie się nie zatrzymywał. Stukał tylko w zapętleniu. A potem zaszumiło basem. To opony zaczęły trzeć po asfalcie. Zenek przesuwał kolejne suwaki. Silnik warknął. Opony tarły dalej. Samochód jechał. Obudowa nagrzewała się. Chociaż Zenek nie patrzył na Crowa, czuł go gdzieś w promieniu. Stukanie pozostawało w tle tego wszystkiego. Im dłużej odgrywał ten motyw, tym bardziej monotonny się stawał. Ale auto nie hamowało. Droga się nie kończyła. Noże nie przestawały stukać. Autostrada ciągnęła się dalej. Zenek podkręcał gałkę. Kolano Zenka pracowało razem z nim. Stukało w rytm nożowego beatu. Palce same trafiały w klawisze. Wzrok utkwił gdzieś przed sobą — nie wiadomo, czy patrzył na podłogę, walizkę czy wystające spod łóżka noże. Jakby skupieniem był gdzieś indziej. Obudowa parzyła. Rozchylił usta bezwiednie. Włosy opadły już na czoło, ale nie poprawiał ich. Klatka unosiła się i opadała własnym rytmem. Motyw się nie kończył. W pewnym momencie Zenek zaczął wyciszać suwaki, jeden po drugim. Silnik przestał warczeć. Opony nie tarły już o asfalt. Jedynie noże dalej stukały. Zenek nacisnął przycisk. W pokoju znowu była całkowita cisza. Ostrożnie ściągnął palce z klawiszy, jakby sam jeszcze był w ruchu. Ciało Zenka zastygło. Uniósł głowę i spojrzał na Crowa. Czoło miał wilgotne od ciepła. Policzki rozpalone. Przełknął ślinę. Wzrok nadal tak samo skupiony, jak podczas odgrywania utworu. A potem gdzieś na dole, w Rejwachu ktoś przebiegł po deskach. Stuk. Stuk. Stuk. RE: Siódmego września w Rejwachu - The Edge - 05.06.2026 Pokazał mu język, ale pozostało to czymś niezauważonym. Niewzruszony oblizał dwa lepkie palce, najwyraźniej nie zważając na to, że dotykał już nimi pościeli i do karmelu musiały przykleić się jakieś mikroskopijne kudły. – Dodaj coś o tym, że jestem pierdolnięty i napisałeś całą moją biografię. Crow religijny nie był wcale. W nic nie wierzył. Chyba nic go nie uspokajało to bardzo jak myśl, że kiedyś przychodził ostateczny kres wszystkiego i te emocje rozsadzające serce, niszczące mu życie – one też znikały. To było przecież jedyną zaletą tego, że Cain zdechł. Nie czuł już nic. Kiedy byłeś martwy w niebycie rozpływał się cały ból, przestawały trząść się ręce, dragania duszy ustawały w jednym momencie. Choroba, która zamieniała codzienność Caina w piekło stała się tak nierzeczywista jak jego uzależnienie. Crow widział życie gasnące w oczach tych, którym rozcinał wnętrzności i wiedział, że ostatnim co dało się w nich dostrzec był wszechogarniający spokój. Cain go teraz miał – wreszcie po tylu latach nie czuł nic. A Crow wciąż czuł. Egzystencję pełną uczuć uważał za wyjątkowo bolesną. W tej całej boleści znajdowało się jednak kilka rzeczy, które wciąż dawały mu przyjemność. Nie był pewien czy wspomniał kiedyś Kozłowi o tym, w jaki sposób muzyka zmieniła jego życie. Pewnie tak, bo o czym innym miałby z nim rozmawiać, a może nie, bo przecież zawsze mówił tak mało, o ile w ogóle zdołał się odezwać. Ale czuł to znów – walenie i stukanie w jego głowie ucichło na rzecz pierwszych nut, jakie zostały mu zagrane, a on pozwolił się temu unieść jak zawsze. Nie był pewien, czy cokolwiek mogło się z tym równać. Istniały narkotyki, seks, ładne dziewczyny palące papierosy na tyłach klubu, lepsze i gorsze słodycze, książki, alkohol, nabieranie prędkości przerobionym autem – a jednak nic nie równało się muzyce. Lubił kiedy Laurent śpiewał, ale kochał kiedy muzyka nosiła w sobie to kim był i gdzie się wychował. Był dzieckiem brudnych ulic dużego miasta, zatłoczonych pubów, w których oglądało się piłkę nożną, ciężkich butów uderzających o bruk z samego rana, kiedy na ulicę wychodzili pracownicy okolicznych fabryk. Nie przyznał się do tego, że pomieszkiwał nad morzem, ani że nawiązał kontakt z rodziną żyjącą w wózkach na środku lasu, bo całą jego esencją był rozdzierający krzyk wielkich metropolii – napisano go językiem mrocznej, surowej i industrialnej awangardy. Ten język nie znał wstydu. Wstyd był czymś co poznawał, kiedy Bletchley mu mówił, że nie przedstawi go rodzinie, bo przecież jego rodzina nigdy by tego nie zrozumiała. Wstyd był czymś co poznawał, bo Laurent był drugi w kolejce do tronu w tym swoim pałacyku w Keswick, czy gdzie on znikał udawać paniczyka godnego tego, czego oczekiwali od świata pierdoleni Śmierciożercy. Wstyd był pełen trudnych słów – takich jak dekadencja, ale Crow nie miał pojęcia czym ona była. Miał za to dużo pojęcia o tym, co muzyka robiła z jego ciałem. I może, chociaż nigdy nie był dobry w interpretowanie wierszy, trochę czuł, że historie z niektórych płyt kupowanych w tym brudnym sklepie na Islington, są w jakimś sensie o nim. Tańczył więc. Poruszał się wpierw delikatnie, wprawiając w ruch stopy i dłonie uderzające o pościel, a później wyciągnął z kieszeni tę paczkę papierosów, rozpalił jednego pstryknięciem palca, a wydychany dym zamienił się w stado galopujących koni uderzających kopytami w powietrze. Zaraz po nich wypuścił z ust motyle i ptaki i… nie mógł już tak po prostu leżeć, więc wstał, bo tak jak i ten dym nosiło go po pokoju. Zenek więc grał, a Crow podróżował. Przed chwilą smutne oczy, teraz pełne ekspresji badały to, co znajdowało się na półkach, wśród instrumentów, przy jakiejś samotnej ścianie. Czasami przymykały się, innym razem rozchylały, żeby spojrzeć na pochylonego nad klawiszami Polaka. Nie przeszkodził mu w niczym, bo wolał pozwolić temu napięciu narastać. Kiedy ostatnia z nut poniosła się wokół nich, a Zenek podniósł swoje spojrzenie w górę, Crow był uśmiechnięty. Wpatrywał się w niego spod woalki rzęs okalającej przymknięte oczy, dogaszając papierosa o nic, zupełnie jakby obok znajdowała się niewidzialna ściana. Wcześniej ładnie ułożone loki poplątały się nieco, policzki zaczerwieniły, koszulka zaczepiła się o szlufkę, na udzie widać było odciski spoconych palców. Utrzymywał z nim kontakt wzrokowy kilka długich sekund, po których wyszczerzył się jeszcze mocniej. I niby z jego ust nie wydobyło się nic poza dymem, ale z ruchu warg, rytmu delikatnych podskoków dało się wyczytać jeszcze jeden, jeszcze jeden – niemą, bo to przecież był on, ale wciąż – prośbę o bis. RE: Siódmego września w Rejwachu - Zenon Kozioł - 06.06.2026 Gdy wchodził do pokoju po koncercie, Rejwach doszczętnie dokonał żywota. Zamykał za sobą drzwi. Odpinał guziki koszuli, jeden po drugim. Zrzucał cekinową masę z ramion. Lepka skóra zderzała się z powietrzem. Skakał w miejscu, aż wyślizgnął się ze spodni. Nagimi stopami kroczył po deskach, a każdy ciężki krok prowadził go do łóżka. W dusznym pokoju powietrze koncentrowało się na Zenku. Moment, gdy mokra skóra dotykała prześcieradła, okazywał się niemal ulgą. Dla Zenka. Samo łóżko miało inną opinię na temat tego, że pakował się do niego bez kąpieli. No ale nie zawsze miał siłę. Litości. Nakrywał się kocem albo kołdrą. Materiał chłonął pot z jego skóry. Całą tę sceniczną aurę i obecność. Wspomnienie koncertu. Poduszka przyjmowała spocone włosy. Następnego ranka, gdy objęcia snu nie chciały go oddać chodzącym na jawie, wciskał nos w poszewkę i wdychał własny łój. Widział kątem oka, że Crow położył się na łóżku. W pokoju bez wentylacji powietrze capiło starym drewnem. Krucze loki tarły o poduszkę. Czy zdążył się umyć? Dla łóżka to było bez różnicy. Dłonie po ślinie i dworze przesuwały się po pościeli. Bose stopy tarły o drewno. Pac. Pac. Nadgarstek Zenka drżał. Policzył do trzech i przestał. Grał dalej. A potem jego nozdrza wypełniły się dymem. Zaciągnął się. Musiał, inaczej by się udusił z braku tlenu. Zenek nie palił. Tytoń buchał mu w twarz, łaskotał mu włoski w nosie, zasłaniał klawisze i przybierał kształty. Cień Crowa uniósł się z łóżka. Palce znalazły się w polu widzenia. Chodziły to tu, to tam. Deski w pokoju Zenka nie skrzypiały. A jednak nadgarstek drgnął mu ponownie. Szurnął suwakiem. Na drodze rozległo się przeciągłe zgrzyyyyt. Crow deptał mu kable. Przechodził obok komody z ubraniami i szafy na stroje sceniczne. Zatrzymał się przed biblioteczką. Tak naprawdę było to parę półek na zeszyty z nutami, płyty i… jakby kogo to obchodzi. Stuk. Stuk. Stuk. Po deskach Rejwachu biegał kolejny element. Paliło się czy co? Przejechał wzrokiem po mięśniach rysujących się na skórzanych nogawkach. No i wtedy dopiero ten przeklęty dymek zgasł. Resztki dymu buchnęły po sprzęcie. Crow się świecił. Trochę przyklapły mu loczki. No i jak miał odmówić? Nachylił się nad sprzętem. Nacisnął przycisk. Pokój ponownie wypełnił leitmotiv Crowa. Stuk. Stuk. Jeśli ktoś miał postukiwać stopą do utworu, to właśnie w tym rytmie. Zenek postukiwał. Położył brodę na kolanie. Palce odtworzyły znajomą melodię. Droga, ale po oponach przejechało zgrzyyyyt. To skrzypienie desek. W oponie zrobiła się dziura. Droga wpadła w reverb. Pojawiło się coś nowego. Bzyk. Jakby przejeżdżał paznokciem po kręcącej się płycie winylowej. Ostrzem noża po skórzanych spodniach. Śliskie, miękkie, ale wytrzymałe. Jedynie uśmiechu nie dało się zamknąć w dźwięku. Pokój musiał go zapamiętać sam. Urwał dźwięk i wysunął się spod syntezatora. Rozprostował kolana. Wstał. Obszedł syntezator. Ramieniem zasłonił nos. Nie spoglądał już na Crowa. Zatrzymał się przy parapecie i uniósł rękę do oknootwieraczki. Otworzył okno. Uderzyło go chłodne powietrze nocnego Nokturnu. Najpierw po twarzy, chłodząc zmęczony nos. Potem po mostku, ramionach i reszcie. Odetchnął głęboko. Podparł się o parapet. Wyjrzał na zewnątrz, ale na zewnątrz tylko ciemność. Okręcił się i oparł zadem. Wiało mu w plecy. Zerknął w stronę Crowa, choć nie w jego twarz. — Masz gdzie spać? RE: Siódmego września w Rejwachu - The Edge - 06.06.2026 Chociaż Crow z łatwością ludźmi manipulował, odgrywał swoje scenki i występował w różnych rolach, nigdy nie udało mu się stać kimś potrafiącym w pełni zapanować nad mimiką i mową ciała. Łatwo dało się dojrzeć w jego zachowaniu lekkość i swobodę, a także ten dokładnie moment, kiedy ulatywały z niego jak powietrze z przebitego balonika. Zaczynał tonąć w objęciach strachu lub dyskomfortu. Kiedy w muzyce pojawił się zgrzyt, kiedy Zenek przestawał naciskać na klawisze, Crow przestawał czuć rytm. Wielkie, ciemne oczy kogoś, kto przed chwilą urządził tu swoją prywatną dyskotekę i bezwstydnie tańczył do piosenek, na których zagranie zupełnie nie zasługiwał, zamknęły się na kilka długich sekund. Znów przypominał kogoś, kto bardzo wątpił w to, czy w ogóle mógł tu być i unikał patrzenia na Zenka jak ognia. – Mam. Za wcześnie ściągnął te wszystkie paski. – Mam sobie iść. – To nie było pytanie. Od razu odpowiedział na nie w głowie i postawił na końcu kropkę. No bo to przecież było oczywiste. Było za dobrze i za spokojnie, nikt nie krzyczał ani nie dusił się ze strachu. Dwójka skrajnie dziwnych artystów spędzająca razem czas zupełnie tak, jakby jeden drugiego nie skrzywdził. Takich scen nie pisano ludziom jego kategorii. Odetchnął, zbierając garściami pety i popiół zawieszone w powietrzu, a później strzepał je z dłoni na tego nieszczęsnego kaktusa. Zaraz po tym zacisnął palce na krawędzi koszulki i ściągnął ją z siebie z niebywałą sprawnością – godną kogoś, kto nie dopuszczał do świadomości koncepcji, że nie każde pytanie oznaczało od razu najgorszy z wyroków lub próbę pozbycia się go z zasięgu wzroku. Czasami ludzie byli po prostu zmęczeni milczeniem i przytłoczeni intensywnością jego bytowania. Potrzebowali… oddychać. – T-to pewnie mało znaczy, ale cieszę się, że udało ci się u-ułożyć życie w Rej-wachu. RE: Siódmego września w Rejwachu - Zenon Kozioł - 07.06.2026 Crow się skurczył. Znowu wyglądał jak tamten smutny, porzucony chłopak w szarej koszulce i ze zmęczoną twarzą. Zenek nie rozumiał tego zupełnie. Miał gdzie spać, to chyba dobrze. Był bezpieczny? I chyba nawet dobrze go karmili, bo mięśnie potrzebowały białka. Zakłuło go w klatce. Jakby go zasztyletowali na miejscu. Przyłożył rękę do mostka, ale nie czuł krwi. Nic nie przerywało ciągłości skóry. — Nie. — bo przecież, kurczę, niczego takiego nie powiedział. A to, co powiedział, to nawet nie powiedział. Czy Crow słuchał z zamkniętymi uszami? Wpuścił do środka trochę powietrza przez okno, ale i tak ciężko mu się oddychało. Czoło było przegrzane od grania. Stał w miejscu, gdy Crow chodził po pokoju i zbierał swoje pety. Strzepnął je na kaktusa. Znowu go zakłuło, bo co mu ten kaktus zawinił. On tylko sobie wyrósł w złym miejscu. Potem zaczął ściągać koszulkę, którą Zenek mu dał do spania, a z tego absurdu rana w środku zabulgotała. Opuścił rękę. Stopy same zaprowadziły do Crowa rozbierającego się przy łóżku. Złapał koszulkę, póki ten jeszcze trzymał ją w dłoniach. Wyplątał spomiędzy palców. Była ciepła. Ogrzana ciałem. Crow nadal patrzył tymi smutnymi oczami. No więc póki stał bez ruchu, to Zenek prędko wsunął mu koszulkę z powrotem na głowę. Działał szybko. A raczej tak szybko, jak tylko był w stanie ogarniać wierzgającego się nożownika z płomieniem we własnej piersi. Ciągnął materiał w dół. Szara bawełna zmięła się wokół jego szyi. W końcu dziura na głowę natrafiła na loczki. I zonk. Nie szło dalej. Ciągnął za materiał mocniej. Twarz Crowa prześwitywała przez koszulkę. Nos, usta. Pokój nie zachował pamięci o uśmiechu. — Zagrałem ci. Dla ciebie. To było o tobie. — na urwanych oddechach słowa wychodziły jakoś łatwiej. Od Crowa waliło tytoniem. Czarne loczki wystawały z dziury. Nadal się wierzgał, więc pociągnął go za biodro, zahaczając palcem o sprzączkę spodni. Na chwilę przestał się szamotać z materiałem. Nie miał już siły, brawura z niego schodziła. — Ja dymu nie lubię… I było mi gorąco. — patrzył na ten żałosny widok, który sam stworzył. A potem nachylił się i go przytulił. Zarzucił mu rękę za ramię i wtulił twarz w połacie materiału. Drugą ręką chwycił za plecy i przyciągnął do siebie jak wielkiego kaktusa. RE: Siódmego września w Rejwachu - The Edge - 07.06.2026 Niełatwo mu było przyjąć do wiadomości, że katastrofa utkana w jego własnej głowie nie była rzeczywista, nawet jeśli składała się w głównej mierze z urojeń i narastającej paranoi, a on się niegdyś szczycił wychodzeniem z takich scen siłą umysłu zdolnego do rozwiązywania spraw niebanalnych. Faktycznie zawiesił się na moment, analizował skąd wzięło się to nie, ale przecież wszystko – absolutnie wszystko – krzyczało: tak. Kiedyś każdy człowiek o jego biografii musiał się rozsypać – i jego czas nastał już chwilę temu. Zdawał sobie z tego sprawę, przynajmniej po części. To był siódmy dzień żałoby po tym, jak zabił człowieka kochając go szczerze. Nie tak o się miało skończyć i może on sam przeżył, ale coś mu to zabrało na pewno – zostało zgubione albo w mieszkaniu na Islington, albo w rozkopanym grobie, albo (chociaż nie chciał tak o tym myśleć) w jaskini Doppelgangera. Na samo wspomnienie obrzydliwego brata Geraldine przechodził go dreszcz, ale żadne, nawet najgorsze zimno przeszywające go na wskroś, nie mogło równać się z ciepłem cudzych dłoni i obecnością kogoś, na kim mu faktycznie zależało. Czy tak czuł się Cain, kiedy musiał być prowadzony do łóżka i do łazienki? Crow odetchnął głęboko, nieudolnie maskując resztki tego, jak wpadał w kolejny atak nieuzasadnionej niczym histerii. Przestał się szarpać już chwilę temu, teraz zwyczajnie chciał przełożyć dłoń przez otwór na rękę, ale straszny to był bałagan – może lepszy niż gnicie kolejną noc z rzędu na rozkładanym siedzeniu auta – ale oddech mu się zrobił gorący i już teraz wiedział, że to zaraz się stanie. Zaraz coś powie i to może być coś mądrego, ale może to być coś, co zatytułuje melodię graną przez Zenka piosenką na pożegnanie. Znów więc odetchnął, wzbronił się przed kolejną werbalną porażką, zamiast tego uniósł ręce w górę, żeby je opleść wokół jego szyi, nie zważając już wcale uwagi na tę koszulkę. Oddał się na moment najłatwiejszej koncepcji rządzącej jego życiem, jaką kiedykolwiek poznał, będącej odpowiedzią na jedno z ważniejszych pytań egzystencjalnych – czy można było czuć się kochanym, kiedy nikt cię nie dotykał? Oczywiście, że nie. Na szczęście mogłeś zachowywać się jak idiota, aby pewne rzeczy wymusić. Ktoś, kto nie przybiegał na zawołanie, najzwyczajniej w świecie cię nie kochał. Ale Zenek przecież przybiegł. Szybko stał się więc kimś, w kogo ramionach można było się stopić. – Przepraszam. Naprawdę przepraszam. – Pewnie byłoby łatwiej, gdyby od tego zaczął całą tę rozmowę. Nie potrafił jednak powiedzieć tego patrząc mu w oczy – mógł to, tak jak teraz, wyszeptać z twarzą zatopioną przy jego nagiej skórze – już samo to sprawiało, że niewyobrażalnie piekło go serce. – Ja… cholernie za tobą tęskniłem i… eee… Ja… Tym razem naprawdę. To nie jest gra, ob-biecuję. – Tylko, że braki gier oznaczały u niego dokładnie to samo, co brak kalkulacji w zachowaniach samodestrukcyjnych i spontanicznych ucieczkach z sypialni przyjaciela – pewne rzeczy przecież „po prostu się działy”, najczęściej wtedy kiedy bardzo potrzebował osiągnąć konkretny efekt, żeby ten strach i dyskomfort wreszcie z niego uleciały. – Naprawdę przepraszam. – Ale mogę ci powiedzieć gdzie mieszkam jutro? Jutro go tu nie będzie. RE: Siódmego września w Rejwachu - Zenon Kozioł - 08.06.2026 Ręce zaciskały się na jego szyi. Gdy wdychał swoją koszulkę, pachniała tylko koszulką. Człowiek nie wyczuwał własnego zapachu. Ale nos mógł wsadzić między fałdki materiału tak, by czubkiem wyczuć tętniącą krew. Sam Crow ledwie oddychał przez ten t-shirt. Gdy mówił, słowa były tłumione przez materiał. Zenek ścisnął skórę pod palcami. Kość pod barkiem. Plecy wyścielone mięśniem. Ich klatki unosiły się w górę i w dół, przy każdym cięższym wdechu odrobinę bliżej siebie. Po prawdzie, mocniejszy uścisk był jedynym sposobem, w jaki Zenek mógł pokazać, że słowa do niego docierały. Z pewnością je słyszał. Ale jak mógł na nie odpowiedzieć? W głowie miał pustkę. Tamtego wieczora zamierzał się umyć, wrócić do pokoju, popisać kompozycje. To był dobry dzień w Rejwachu. Salomea wywróżyła mu nagrodę pieniężną. Pijak-śpioszek nawet nie chrapał… tak mocno, jak zwykle. Lewis zrobił mu kompot do obiadu. Wykonał koślawy krok stopą do przodu. I drugą. Pchnął Crowa do tyłu. Byli złączeni jak takie śmierdzące czerwone robale, co to się pojawiały, kiedy robiło się cieplej. Znał swój pokój na pamięć, co akurat pozwoliło mu po omacku wycelować zadem Crowa w materac. Opadł obok. Dopiero wtedy go puścił z uścisku. Dłońmi podważył połacie koszulki. Palce miał stworzone do grania, ale klawisze to nie jedyne delikatne instrumenty. Ostrożnie. Nie chciał, by skręty na karku się zaplątały, by ich boleśnie nie wyrwać. Miał chociaż minimalne pojęcie o polityce bólowej włosów. T-shirt wreszcie zszedł z jego twarzy. Czy Crow był siny? Nie. Włosy już mu się za to porządnie rozcapirzyły. Jakby samo to, że w zamkniętej przestrzeni było dotąd tak ciepło, nie wystarczyło. Głupie okno. A niech Crow użyje swoich magicznych mocy antyprzeciągowych, to się ugotują w tym pokoju. Bardzo nie wiedział, co zrobić w następnej kolejności. Jakby, no super, Crow za nim tęsknił. I co dalej? Przymierzał się, by coś powiedzieć. W rezultacie rozchylił usta i znowu wyglądał przed nim jak idiota. Zamrowiły go palce. Nie wiedział, czy może, i przez chwilę faktycznie siłował się z własną ręką opartą o pościel. W końcu jednak wyciągnął rękę w górę, do jego ucha, i złapał jeden z kosmyków między palce. Jeden z wielu, wielu czarnych i rozwalonych. Przełożył go za ucho. Ręka mu drżała. — Chyba też tęskniłem. — wydukał, po czym zainteresował się ścianą za łóżkiem. Drewniane panele. Ręka wróciła na własne kolana. Postanowił na razie nie wracać do tematu przeprosin. Może do rana wyklaruje mu się stanowisko na ten temat. Chociażby, czy w ogóle przeprosin wymagał. Jasne, jego pokój to nie była stacja przesiadkowa, no ale ten stukot serca to chyba nie był tylko stres związany z rozwalonym wieczorem. Z niebywałą dokładnością zaczął oglądać własne ręce na kolanach. Paznokcie miał czyste. Pomyślał o tytoniowym popiele w karmelu. Przełknął ślinę. — Może chcesz umyć zęby? Dam ci szczoteczkę. — wysnuł jeszcze ciszej. Oczywiście Zenek, ani nawet cały Rejwach nie posiadali na stanie takiego przedmiotu, jak “szczoteczka dla gości”. Litości. Cudem sanitarnym było to, że każdy mieszkaniec posiadał własną sztukę i regularnie jej używał. Ci odważni trzymali swoje w kubeczku na umywalce. Różniły się kolorami. Sam kubeczek był myty podejrzanie rzadko, no ale jak Zenek mówił: to dla tych odważnych. On swoją schował za specyfikiem z opuncją. !BINGO A1 |