![]() |
|
[17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy (/showthread.php?tid=6305) Strony:
1
2
|
RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 26.08.2026 Zacisnąłem szczękę i przez moment patrzyłem na nią w milczeniu, bo naprawdę nie wiedziałem, jak jeszcze wyraźniej powiedzieć jej, że nie zamierzałem słuchać tego pieprzenia, aby jednocześnie nie wyjść na kompletnego troglodytę. Ostatecznie po prostu pokręciłem głową, kiedy znowu spróbowała mi wytłumaczyć, że miała prawo, ale mogła być ostrożniejsza, bo zaczynałem już rozumieć, że równie dobrze mógłbym próbować przekonać kamienną ścianę, żeby przestała być ścianą. - Sunny, naplawdę nie wiem, co jeszcze muszę powiedzieś, szebyś pszestała uwaszaś się za współwinowajczynię własnego okladzenia. - Mruknąłem w pierwszej chwili, nie obchodziło mnie przy tym, czy portfel wraz całą zawartością był wart pięć galeonów, pięćdziesiąt czy pięćset, bo rzecz nie sprowadzała się do pieniędzy, tylko do tego, że jakiś cwaniak uznał, że mógł sobie wybrać moją dziewczynę na łatwy cel, a potem spokojnie wrócić do środka i zmieszać się z tłumem. Kiedy mimo wszystko stwierdziła, że „nieco mu to ułatwiła”, następnie interpretując moją wypowiedź jako sugestię uśmiechnięcia się, jakby zjadła coś wyjątkowego obrzydliwego, prawie zgrzytnęły mi zęby. W innym wypadku jej mina byłaby całkiem zabawna, ale teraz… - Nie oczekuję od ciebie żadnej konkletnej leaksji, chcę tylko, szebyś pszestała uwaszaś, sze kutas zlobił ci pszysługę, pokazując ci, gdzie „popełniłaś błąd”. To, sze się zagapiłaś, nie daje nikomu prawa wsadzaś ci łapy do kieszeni. Gdybym ja zapomniał zamknąś drzwi, a ktoś wszedłby mi do domu - abstrahując od tego, że to oznaczało, iż jakiś bym kiedyś miał, co brzmiało jak totalna ściema - i wyniósł slebla - też musiałbym je mieć - nie powiedziałbym potem, sze miał do tego pełne plawo, bo dszwi były niedomknięte. Powiedziałbym, sze złodziej był złodziejem i powinien dwa lasy upewniś się, skim ma doczynienia. To naplawdę nie jest skomplikowane. - Poczułem, jak naprawdę zaczyna mnie brać cholera, bo przecież znałem już ten mechanizm aż za dobrze i wiedziałem, że jeśli pozwolę jej mówić dalej, za pięć minut dojdziemy do wniosku, że właściwie sama powinna była mu ten portfel wręczyć, ale jednocześnie nie chciałem wychodzić na despotę i tyrana. Po prostu nie chciałem, by czuła się w obowiązku robić tę minę człowieka, który właśnie odkrył, że sam odpowiadał za wszystkie wojny w historii świata. - Nie jesteś piepszonym wyklywaczem cudzych intencji ani jasnowidzem. Gdybyś była, pewnie jusz dawno plowadziłabyś własny interes i siedziała na kupie galeonów, zamiast spacelowaś ze mną po Londynie. - Może miło byłoby myśleć inaczej, ale taka była moja wersja prawdy i nie miałem zamiaru pozwolić, żeby cała sytuacja zamieniła się w kolejną okazję do rozliczania jej z własnych niedoskonałości, bo wystarczyło mi, że ktoś właśnie ją okradł, żebym miał powód do złości, nie potrzebowałem jeszcze patrzeć, jak sama sobie dokładała. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, czując, że coraz trudniej przychodziło mi stać spokojnie, po czym skinąłem głową w stronę drzwi. Nie obchodziło mnie już, czym był ten klub, kto w nim siedział ani czy wejście tam miało być dobrym pomysłem, bo plan właśnie się zmienił, a ja miałem bardzo konkretny powód, żeby przekroczyć jego próg. - A telas chodź. - Dodałem, ruszając w stronę klubu. - Skolo jusz „postanowiłaś ułatwiś mu szycie”, to pszynajmniej ja zamieszam mu je utludniś. - Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo, ale z pewnością miałem coś wymyślić po drodze. Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka, od razu rozglądając się po wnętrzu, szukając wzrokiem znajomej sylwetki, jednocześnie starając się nie dać ponieść automatycznemu odruchowi ani tej impulsywnej myśli, która podpowiadała mi, że najprościej byłoby złapać pierwszego człowieka wyglądającego na pracownika za kark i zapytać, gdzie podział się jego kolega. Nie miałem zamiaru robić sceny dla samej przyjemności robienia sceny, ale jeśli ktoś uznał, że może wyciągnąć portfel z kieszeni mojej dziewczyny, a następnie schować się w cieplutkim kurwidołku, to najwyraźniej potrzebował bardzo praktycznego przypomnienia, że jego wieczór mógł potoczyć się znacznie gorzej. Nie zdążyłem jednak zlokalizować nikogo, kto mógłby odpowiadać wyglądowi delikwenta, ponieważ widok przed moimi oczami okazał się znacznie bardziej osobliwy, niż śmiałem zakładać, już po kilku sekundach zacząłem rozumieć, dlaczego ktoś nazwał to miejsce „The Heaven”, chociaż osobiście miałem kilka innych określeń, które zdecydowanie lepiej oddawały mój pierwszy odbiór wnętrza. - O–okeej… - Uniosłem brew, kiedy tuż przy wejściu zobaczyłem całujących się mężczyzn, ale nie zatrzymałem na nich spojrzenia dłużej, niż wymagało tego zrozumienie sytuacji, bo cudze życie seksualne interesowało mnie mniej więcej tak samo jak skład jutrzejszego obiadu. Nie byłem tu po to, żeby oceniać cudze upodobania, miałem znacznie bardziej przyziemny problem do rozwiązania, więc kiedy Prue odruchowo złapała mnie za rękę, zacisnąłem palce na jej dłoni. Zerknąłem na nią, potem na tłum, i dodałem. - To tylko klub. Dziwny jak ja pieldolę, ale… - Nie dokończyłem od razu, bo w tej chwili coś mignęło mi przy drugim końcu sali i musiałem upewnić się, czy rzeczywiście zobaczyłem tę samą sylwetkę, która jeszcze kilka minut wcześniej próbowała nas wciągnąć do środka. - Nadal, ekhm, klub… - Tylko najwyraźniej ktoś miał bardzo konkretną wizję raju. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 26.08.2026 - Najlepiej w sumie jakbyśmy nie roztrząsali tego tematu. - Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nadal doszukiwałaby w sobie kolejnych mankamentów, a to pewnie by mu się nie spodobało, więc nie mogliby odnaleźć konsensusu, a ten dzień był już średnio udany i bez tego. Wolała więc uniknąć niepotrzebnej, nie do końca przyjemnej wymiany zdań. Każde z nich widziało tę sytuację na swój sposób. Prue zazwyczaj doszukiwała się winy w sobie, kiedy coś nie szło po jej myśli, nawet gdy w grę wchodził jakiś pierwszy, lepszy złodziejszek, który nie miał dobrych intencji. Lubiła być idealna, to by było na tyle. - Nie jest skomplikowane, to prawda, po prostu wolałabym jednak nie mieć sobie nic do zarzucenia w takiej sytuacji, i tyle. - Złodziej był złodziejem, jednak zawsze można było odrobinę zapobiec podobnej sytuacji, nie dawać możliwości komuś takiemu działać. Benjy oczywiście miał w tym trochę racji, nie mogła tego przewidzieć, nie zakładano od razu, że każdy z kim ma się do czynienia ma złe zamiary, nie miała, aż takich problemów z zaufaniem do ludzi, chociaż może powinna jednak mieć. - Niestety nie wylosowałam tego w loterii genetycznej, wydaje mi się, że jasnowidzenie może ułatwić życie, w przeciwieństwie do tego, co widzę ja. - Czasem się zastanawiała, jakby to było posiadać akurat tę umiejętność. Przewidywanie intencji innych mogło nieco pomagać odnaleźć się w rzeczywistości. Prue jednak trafiło się widmowidzenie i grzebanie w przeszłości, cóż na to też nie miała żadnego wpływu. Nie narzekała jednak, poznała dzięki temu sporo ludzkich historii, o których nikt inny nie miał pojęcia. Lubiła swój dar, mimo, że pewnie był mniej przydatny w życiu od jasnowidzenia. To i tak jednak było na swój sposób wyjątkowe i tylko niektórzy mogli pochwalić się tym, że widzą więcej. - Idealnie się uzupełniamy, czyż nie? - Nie zamierzała go zatrzymywać, wiedziała, że to może być dla niego dość istotne, aby teraz znaleźć tego mężczyznę. Benjy wziął to do siebie, bo stał tuż obok, kiedy pozwoliła się okraść. Nie uważała, że powinien poczuwać się do odpowiedzialności, bo to ona nie do końca ogarnęła sytuację, ale skoro chciał go znaleźć, to zamierzała pójść do tego klubu za nim. Co dwie pary oczu to nie jedna, razem mogli szybciej go znaleźć. Nie do końca wiedziała, co jej tymczasowy chłopak zamierzał z nim zrobić, ale nie do końca ją to obchodziło, chciał wejść do środka i go poszukać, to mieli to zrobić, być może faktycznie istniała szansa na to, że odzyska swój portfel. Nie wątpiła bowiem w to, że Benjy potrafił bardzo prosto zasugerować, że coś było głupią decyzją i skłonić kogoś do tego, żeby jednak zastanowił się nad swoim zachowaniem, nie wątpiła w to, że nie musiałby nawet używać słów, potrafił być bardzo przerażający. - Taaaaak. - Mruknęła, kiedy się odezwał. Nie do końca wiedziała, co powinna myśleć o tym miejscu. Gdyby wiedziała co zastanie w środku pewnie nawet nie zastanawiałaby się nad tym, żeby tutaj wejść. Nie miała nic przeciwko temu, aby każdy robił, co mu się podoba, jednak nie oznaczało to tego, że czuła się tu komfortowo. Zwłaszcza, że im głębiej wchodzili, tym więcej par zwracało jej uwagę. Nie skupiała się na nich, nie chciała, aby ktoś poczuł na sobie jej spojrzenie. Nie spodziewała się jednak, że klub The Heaven to taki rodzaj raju, może powinna? Wypadało czasem myśleć nieco mniej zaściankowo, czy coś. Nie na tym się jednak powinna skupić, a na odnalezieniu tamtego typa - dzięki temu szybciej mieli opuścić to miejsce. - Mhm, jasne, to tylko klub. - Powtórzyła jeszcze za nim, jakby to mogło wpłynąć na to, w jakim miejscu się znaleźli. - Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja uznałam to miejsce za dziwne. - Powiedziała cicho, bardziej do siebie, pod nosem, bo nie chciała, żeby ktoś poczuł się przez jej komentarz nieprzyjemnie. Gdy złapała go za rękę poczuła się nieco pewniej, chociaż i tak nie do końca komfortowo. Miała nadzieję, że szybko zlokalizują osobę, której szukali, chociaż pewnie nie będzie to takie proste, bo wbrew pozorom w tym klubie było naprawdę wiele osób. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 27.08.2026 Nieznacznie rozluźniłem barki, wyjątkowo powoli kiwając głową, kiedy zasugerowała, że najlepiej byłoby nie roztrząsać tego tematu, właściwie przyjąłem to z ulgą, bo akurat z tym mogłem się zgodzić, chociaż z zupełnie innego powodu niż ona - doskonale wiedziałem jednak, że jeśli nie odpuścimy, za kolejne pięć minut mógł pojawić się jakiś szczegół, który ona będzie mogła obrócić przeciwko sobie, a ja z kolei znajdę kolejny powód, żeby się na to wkurzyć, więc mielibyśmy pięknie zamknięte koło, z którego nic dobrego nie mogło wyniknąć - nareszcie ponownie dochodziliśmy do jakiegoś wspólnego wniosku. - No i dobrze, na tym skończymy. - Powiedziałem, zerkając na nią z ukosa. Patrząc po minie, którą zrobiła, podejrzewałem, że jej teoretyczne „nie będę miała sobie nic więcej do zarzucenia” oznaczało raczej „będę sobie miała coś do zarzucenia, tylko nie będę ci o tym więcej mówiła”, to mogło być też „dam sobie spokój, dopóki nie znajdę następnej rzeczy, za którą mogę się obwinić”… Co wcale nie poprawiało mi humoru. - Kutas zjebał, ja go znajdę, ty odzyskasz poltfel i wszyscy będziemy mogli uznaś, sze halmonia znowu istnieje. - Zgodnie z życzeniem, nie zamierzałem dalej rozwijać tego tematu, skoro najwyraźniej oboje mieliśmy już swoje zdanie, tym bardziej, że miałem wystarczająco dużo powodów do irytacji bez prowadzenia filozoficznej dyskusji o tym, czy moja kobieta powinna była spojrzeć w lewo, prawo czy może za siebie, zanim ktoś pod moim nosem wsadził jej rękę do kieszeni. Jasnowidzenie w takim wypadku może i ułatwiałoby wiele rzeczy, ale z tego, co słyszałem, miało też tę wadę, że człowiek wiedział z wyprzedzeniem, kiedy czekało go coś naprawdę paskudnego, nie tylko umiarkowanie wkurwiającego. Znając życie, prędzej niż później dostałaby wizję własnego pogrzebu, najpewniej zanim zdążyłaby rano wypić kawę, więc nie wiedziałem, czy taki interes był aż tak opłacalny. Ja wolałem dowiadywać się o problemach dopiero wtedy, kiedy już stały przede mną, przynajmniej nie musiałem przez pół dnia zastanawiać się, kiedy dokładnie dostanę nimi w mordę. - Tak, szeszywiście. Ty widzisz szeszy, któlych inni nie widzą, ja widzę ludzi, któszy zasługują na wpieldol. Balso zdlowy układ. Lasem jesteśmy plaktysznie oddziałem specjalnym. - Nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście byliśmy dobraną parą pod jakimkolwiek rozsądnym względem, szczególnie że ten nasz związek miał przecież własną datę ważności, ale w tej chwili nie miałem zamiaru się nad tym zastanawiać. Uważałem, że jej dar miał w sobie coś znacznie ciekawszego niż zwykłe zaglądanie za kurtynę przyszłości, chociaż w obecnych okolicznościach dochodziłem do wniosku, iż kiedyś wyjątkowo chętnie zobaczyłbym jakiegoś jasnowidza wymierzającego niedoszłemu kieszonkowcy sprawiedliwość, jeszcze zanim próba została podjęta. Niby nie zamierzałem robić z tego wszystkiego krwawej wojny, przynajmniej dopóki nie byłoby ku temu odrobinę bardziej konkretnego powodu, ale miałem zamiar odzyskać jej portfel, a jeśli złodziejaszek uznał, że mógł schować się w tłumie i przeczekać, to najwyraźniej nie docenił mojej zdolności do podtrzymywania i ponownego rozpalania długo utrzymującego się żaru irytacji prowadzącego nas do dusznego wnętrza. Nie miałem najmniejszej ochoty uczestniczyć w tym, co najwyraźniej stanowiło główną atrakcję „The Heaven” i bardzo szybko to do mnie dotarło. „Niebo” najwyraźniej było pełne życia, hałasu i par, które miały bardzo szerokie pojęcie o tym, co można robić na parkiecie, z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że wszechświat robił sobie z nas wyjątkowo duże jajca, gdzieniegdzie okutane w skórę albo lateks lub - czego tym bardziej nie chciałem widzieć - praktycznie falujące na wierzchu… Wszędzie było pełno spoconych ludzi, migające światła odbijały się od przesadnie błyszczącego wystroju i ekscesywnie brokatowych elementów garderoby wieczornych bywalców lokalu, muzyka dudniła tak głośno, że momentami czułem ją bardziej w żebrach niż słyszałem, rozmowa wymagała niemal krzyczenia sobie nawzajem do ucha, a ja z każdą kolejną sekundą coraz mniej miałem ochotę spędzać tutaj czas, i to nawet nie dlatego, że mnie to z definicji odstręczało - ludzie robili coś, na co mieli ochotę, luz, naprawdę niewiele mnie obchodziło, kto z kim tańczył albo migdalił się po kątach, dopóki nie musiało - tylko dlatego, że nie przepadałem za tłumami, w których każdy drugi człowiek próbował otrzeć się o mnie czymś innym niż tylko ramieniem, a tutaj najwyraźniej wszyscy mieli wyjątkowo mało miejsca i jeszcze mniej skrupułów. Im głębiej wchodziliśmy do klubu, tym bardziej zaczynałem podejrzewać, że utrata kilku galeonów być może nie była najgorszą ceną za darowanie sobie tej przyjemności, ponieważ za każdym razem, kiedy próbowałem skupić wzrok na czymś, co mogło przypominać sylwetkę nawoływacza, moja uwaga natychmiast trafiała na kolejną rzecz, której zdecydowanie nie potrzebowałem oglądać. Prue trzymała mnie za rękę, więc prowadziłem ją przez tłum, rozglądając się ponad głowami ludzi i starając się ignorować parkiet, na którym kolejne pary robiły… Chyba dokładnie to, po co tutaj przyszły… Niby nie mnie było to oceniać, lecz coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że jednak nie byłem człowiekiem przeznaczonym do tego rodzaju lokali. Nie przeszkadzało mi szczególnie, że inni ludzie mieli inne upodobania, każdy mógł robić ze swoim życiem, co mu się podobało, ale już widok tamtych dwóch facetów całujących się przy wejściu wystarczył mi za informację, że moja obecność w tym miejscu była wyjątkowo niefortunnym zbiegiem okoliczności. Nie zdążyłem jednak nawet porządnie przetrawić tej myśli, kiedy poczułem czyjąś, zdecydowanie niemałą, dłoń na własnym pośladku oraz usłyszałem coś, co brzmiało jak stłumione „no hejkaaa”… RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 27.08.2026 Gdyby kontynuowali temat, to pewnie mogliby tu stać bardzo długo i szukać kolejnych argumentów za swoimi racjami. To akurat w ich przypadku nie było żadną nowością - od zawsze potrafili dyskutować godzinami i bronić swoich racji. Na szczęście postanowili porzucić temat, dzięki czemu mogli przestać stać w tym miejscu, tylko zająć się czymś innym. - Cieszy mnie to, że się zgadzamy. - Może nie doszli do konkretnego konsensusu, ale ustalili przynajmniej, że dalsza dyskusja nie miała większego sensu, co też było dla nich wcale nie takim najgorszym osiągnięciem. - Zajebał, nie zjebał. - Starała się zażrtować, żeby emocje nieco opadły. Nie chciała, żeby Benjy się denerwował z jej powodu, właściwie to nie do końca z jej, ale dotyczącego jej, w sumie to właściwie bez różnicy. - To brzmi jak plan, harmonia jest zawsze mile widziana. - Skoro chciało mu się znaleźć tego typa, to nie zamierzała mu w tym przeszkadzać, pójdzie tam z nim, rozejrzy się po klubie, być może uda jej się jakoś mu w tym nawet pomóc. Nie, żeby była jakąś specjalistką od szukania złodziejów. Nie zamierzała jednak zostać na zewnątrz, kiedy Benjy chciał go szukać. Był to ich wspólny problem. - W sumie nie brzmi to najgorzej. - Dostrzegała to, że całkiem nieźle się dopełniali, ale właściwie przecież już kiedyś tak było. Mimo, że minęło wiele lat, oni przeżyli swoje - to nadal pewne rzeczy się nie zmieniały, niektóre zachowania nie różnił się zbytnio od tych w przeszłości. Pewnych cech nie dało się zmienić. Zastanawiała się czasem jak to właściwie było z jasnowidzami, nie wydawało jej się jednak, żeby widzieli każde nieszczęście, które miało im się przytrafić każdego dnia, ten dat chyba nie do końca działał w ten sposób. Do tego też mogli widzieć przyszłość innych, ale z tego, co rozumiała to były to wizje nad którymi nie panowali, więc nie do końca mogła stwierdzić, czy faktycznie podobne umiejętności były, aż tak przydatne jak jej się mogło wydawać. W sumie to lubiła swoje widmowidzenie i nie wymieniłaby go na nic innego, mimo, że nie zawsze to co widziała było przyjemne, często musiała zmierzyć się z dramatycznymi wspomnieniami martwych już osób, zwłaszcza, że pracowała w kostnicy co tylko powodowało, że zdarzało się to częściej. Później, później znaleźli się w tym dziwnym klubie, w piwnicy, który najwyraźniej miał niejednym ich dzisiaj zaskoczyć. Trzymała się blisko swojego chłopaka, bo wolałaby jednak nie zgubić się gdzieś w takim miejscu, nie czuła się do końca pewnie w tym jakże osobliwym miejscu, nie, żeby w innych klubach jakoś świetnie się odnajdywała - wizyty w podobnych przybytkach nie należały bowiem w jej przypadku raczej do rzadkości. Starała się jednak nie dawać po sobie poznać, że nieco przytłoczyła ją atmosfera The Heaven. Rozglądała się uważnie szukając w tłumie naganiacza - im szybciej go znajdą, tym szybciej wyjdą z tego klubu, to całkiem nieźle ją motywowało. Im głębiej się znajdowali, tym miała wrażenie, że więcej osób ich otacza. Miejsce nie należało do dużych, a jednak ku jej zaskoczeniu sporo osób znajdowało się na parkiecie, ciężko było się przepchnąć przez ten tłum. Starała się ignorować otaczających ich ludzi, próbowała też przypadkiem nikogo nie dotykać, bo nie do końca podobało jej się to, że mogłyby się o nią ocierać jakieś obce osoby. Tak właściwie to uświadomiła sobie dlaczego unikała takich miejsc - było tu zbyt głośno, zbyt tłoczno, zbyt… wszystko odczuwała bardzo intensywnie. Czy spodziewała się tego, że ktoś postanowi obmacywać jej chłopaka? Nie, nigdy nie wpadałaby na coś podobnego. Przystanęła na moment, mrugnęła, spojrzała na typa, który postanowił się odezwać, przeniosła wzrok na swoją dłoń splecioną z dłonią Benjy'ego, najwyraźniej nic sobie z tego nie robił ten obcy typ. Czy był to moment, w którym powinna zachować się jak rasowy samiec i powiedzieć o tym, żeby odpieprzył się od jej chłopaka? Być może tymczasowego, ale jednak aktualnie mogła nazywać siebie jego dziewczyną. Nie do końca jednak była stworzona do podobnych konfrontacji, przeniosła wzrok na Benjy'ego chcąc zobaczyć jego minę, nie sądziła, że podobało mu się to, że ktoś postanowił położyć łapę na jego tyłku. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 28.08.2026 Parsknąłem cicho, kiedy poprawiła moje słowo, bo przynajmniej na krótką chwilę udało jej się uderzyć w coś, co rzeczywiście było w stanie odciągnąć mnie od narastającej irytacji. - „Zajebał”, „zjebał”, „zapierdolił”, bez znaczenia, Sunny, poltfela nadal nie ma. - Mruknąłem, chociaż kącik ust drgnął mi przy tym w rozbawieniu, bo doceniałem to, iż próbowała rozładować atmosferę, zamiast dalej robić z siebie główną podejrzaną we własnej sprawie albo smucić się stratą. Poza tym skoro byliśmy parą, to dla mnie sytuacja była prosta - jeżeli coś dotyczyło jej, dotyczyło też mnie, przynajmniej dopóki byliśmy razem, a raczej tak to sobie chwilowo tłumaczyłem, byleby nie myśleć o tym, co miało być potem… - No. „Halmonia”. Balso ładne słowo. - Razem stanowiliśmy całkiem sprawny system ostrzegawczy, tylko jeszcze nie ustaliliśmy, czyja część systemu była bardziej przeklęta. Nigdy nie zagłębiałem się zbytnio w kwestie związane z trzecim okiem, nie musiałem tego robić, nawet jeśli zdarzało mi się współpracować z wieloma różnymi osobami, dotychczas uważałem, iż widmowidzowie przynajmniej mieli tę zaletę, że raczej nie próbowali nikogo przekonywać, że przewidzieli jego przeszłość i „dlatego powinieneś dać mi pięć galeonów, kolego”. Z jasnowidzami wyglądało to zgoła inaczej, standardowo miałem do nich znacznie większe obiekcje, nie do końca będąc zgodnym z powszechnie uznawaną hierarchią „społecznej użyteczności”, wedle której widzenie przyszłych zdarzeń było bardziej przydatne. W moim fachu przydawała się raczej odwrotność, świadomość zdarzeń prowadzących do danych sytuacji pozwalała unikać różnych wpadek, chociaż bywały dni takie jak ten, gdy uprzedzenie faktów naprawdę by się przydało… I to jak… Im dalej wchodziliśmy, tym mniej podobało mi się to miejsce, chociaż nie z powodów, które mogłyby być dla mnie oczywiste jeszcze kilka minut wcześniej. Muzyka napierdalała z taką siłą, że po kilku minutach zaczynałem czuć nieprzyjemne drganie w żebrach, a światła przecinały pomieszczenie w sposób, który zdecydowanie nie pomagał w szukaniu jednej konkretnej osoby, mimo wszystko rozglądałem się uważnie, przesuwając wzrokiem po twarzach, barze, przejściach i wszystkich miejscach, w których ktoś odpowiedzialny za naganianie klientów mógłby próbować przeczekać zamieszanie. Próbowałem wypatrzyć nawoływacza w tłumie, ale było tu tyle ludzi, że równie dobrze mógłbym szukać tej konkretnej kropli w jeziorze. Coraz wyraźniej rozumiałem, dlaczego Prue wolała trzymać się tak blisko mnie, bo sam miałem ochotę znaleźć sobie jakiś kawałek ściany, oprzeć się o niego plecami i mieć pewność, że przynajmniej połowa ludzi nie mogła mnie zajść od tyłu. Właściwie sam wolałem mieć ją przy sobie, bo tłum był gęsty, przejścia wąskie, a ja nie zamierzałem po raz kolejny pozwolić komuś zbliżyć się do niej na tyle, żeby później zastanawiać się, czy właśnie próbował ją okraść, czy zrobić coś jeszcze. Nie interesowało mnie, że wokół nas ludzie tańczyli, całowali się i robili rzeczy, których zdecydowanie nie potrzebowałem oglądać, ponieważ to, że komuś podobał się taki sposób spędzania wieczoru, nie oznaczało jeszcze, że ja miałem ochotę uczestniczyć w jego programie rozrywkowym. Próbowałem wypatrzyć znajomą sylwetkę, jednocześnie pilnując, żebyśmy nie zostali rozdzieleni, i właśnie wtedy ktoś przechodzący za mną postanowił najwyraźniej sprawdzić, czy moja dzisiejsza cierpliwość miała jeszcze jakieś granice - poczułem dłoń na własnym tyłku, więc odruchowo zesztywniałem, po czym bardzo powoli obróciłem głowę w kierunku jakiegoś faceta, który wyglądał na całkowicie zadowolonego z własnej inicjatywy. Zamrugałem, spoglądając na niego z tym rodzajem niedowierzania, który pojawiał się u mnie zazwyczaj tuż przed tym, jak niedowierzanie przechodziło w rękoczyny, próbując ustalić, czy powinienem najpierw zapytać, czy to był wypadek, czy od razu zacząć od wspomnianych rękoczynów. Przez chwilę zwyczajnie nie wiedziałem, co powiedzieć, ponieważ nawet moja wyobraźnia nie była wystarczająco kreatywna, żeby przewidzieć taki obrót spraw. Poczułem, że zaczęła mi drgać powieka. - Co ty, kulwa, lobisz? - Rzuciłem przez zaciśnięte zęby, starając się jednocześnie zabrzmieć na tyle wyraźnie, by nie musieć się powtarzać, co w tych warunkach nie było aż takie znowu łatwe, ale na szczęście zawsze wydawało mi się, że moja mimika robiła część roboty za mnie. - Zabiesz łapę. - Facet najwyraźniej uznał jednak, że mój ton ani wyraz twarzy nie był wystarczająco jednoznaczny, bo coś do mnie powiedział, przy czym na jego twarzy nadal tkwił ten sam uśmiech. - Nie, selio. Zabiesz. Łapę. - Tym razem spojrzałem na jego rękę, następnie na jego twarz i jeszcze raz na rękę, dając mu wystarczająco dużo czasu, żeby sam zrozumiał, że właśnie popełnił błąd. - Spokojnie, kolego, to tylko zabawa! Żartowałem, nic wielkiego! Nie musisz się tak spinać! - Powiedział już bardziej zrozumiale, przekrzykując się z bitem, a ja popatrzyłem na niego przez moment, zastanawiając się, czy naprawdę miał na tyle mało instynktu samozachowawczego, żeby jeszcze coś do mnie mówić. Nawet nie próbowałem przy tym zrozumieć, co właściwie w jego zachowaniu miało być zabawne, bo najwyraźniej brakowało mi odpowiedniego poczucia humoru, żeby docenić tę formę rozrywki. Oczywiście, że „żartował”, schlani ludzie robili najgłupsze rzeczy, a kiedy spotykali się z reakcją, która im nie odpowiadała, nagle wszystko stawało się „żartem”, „przypadkiem” albo „niewinnym gestem”. Nie miałem problemu z żartami, ale istniała zasadnicza różnica między żartowaniem z kimś a traktowaniem jego dupy jak przycisku dzwonka, a ten człowiek najwyraźniej nie widział tej różnicy. Najwidoczniej też nie dotarło do niego, że nie miałem nastroju na dalszą wymianę zdań, więc zrobiłem krok w bok, jednocześnie pociągając towarzyszkę za sobą, aż znaleźliśmy się bliżej ściany oblepionej kolorowymi plakatami, gdzie nikt nie mógł tak łatwo prześlizgnąć się za moje plecy. - Świetnie, baw się dalej, tylko s dala ode mnie. - Burknąłem na odchodne, po czym odwróciłem się do Prue i zobaczyłem jej minę. - Nie patsz tak. Tesz nie wiem, dlaczego akulat mnie to spotyka. - Nie wydawało mi się, abym mógł prezentować jakiekolwiek cechy charakterystyczne pożądane przez płeć nieprzeciwną, właściwie dopiero na tę myśl w pełni dotarło do mnie, że ktoś właśnie próbował mnie obmacać na oczach mojej dziewczyny, co było tak absurdalne, że przez sekundę zabrakło mi nawet odpowiedniego komentarza. Zerknąłem na splecione z jej dłonią palce, potem na tłum, potem znowu na nią i pokręciłem głową z niedowierzaniem, bez słowa przenosząc ramię na talię Prudence - tak, abyśmy mogli stać i poruszać się zupełnie niepodważalnie razem. Uznałem, że jak na jeden wieczór wystarczyło mi cudzych uciekających rąk, szczególnie tych należących do ludzi, których nawet nie znałem. - Najpielw twój poltfel, telas moja dupa. Ten wieczól lobi się colas lepszy… - Skomentowałem ponuro, chociaż nie byłem pewien, czy mogła mnie usłyszeć. Mimo całego mojego niezadowolenia parsknąłem w końcu krótkim, suchym śmiechem, bo sytuacja była tak absurdalna, że trudno było traktować ją całkowicie poważnie, po czym ponownie ruszyłem przez tłum, tym razem trzymając ją nieco mocniej, jeszcze odrobinę bliżej i zdecydowanie bardziej świadomie pilnując przestrzeni wokół nas. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 28.08.2026 - Podjebał, podpierdolił, jest dużo słów, które określają to co zrobił. - Pewnie mogliby tak wymieniać bez końca, najważniejsze, że atmosfera robiła się coraz mniej gęsta. Cóż, stało się, być może faktycznie nie było sensu, aby doszukiwała się w tym zbytnio swojej winy. Takie rzeczy się zdarzały, czy coś. Nie zamierzała się na tym skupiać, szkoda było na to czasu. - Był i się zmył. - Wzruszyła jedynie ramionami. Bez względu na to, jak to nazywali to mężczyzna okazał się być złodziejem, który aktualnie cieszył się ze swojego nowego łupu. Nie chodziło o to, że było jej szkoda zawartości portfela, była w stanie jakoś to przetrawić, bardziej skupiała się na tym, że pozwoliła mu to zrobić, przynajmniej przed chwilą, teraz powoli godziła się z tym, że czasem po prostu takie rzeczy się zdarzały. Nie było sensu tego roztrząsać. - Piękne, może stanie się nawet moim ulubionym słowem po tym dniu. - Nie miała pojęcia, czy faktycznie wspólnymi siłami uda im się zlokalizować w klubie tego typa, nie była jasnowidzem, aby to przewidzieć, jako widmowidz mogłaby ewentualnie sprawdzić, czy komuś przed nią udało mu się wyrządzić jakąś krzywdę, tyle, że też musiałaby najpierw mieć sporo szczęścia i znaleźć przedmiot, który chciałby opowiedzieć jej swoją historię. Nie wydawało jej się jednak, że zwyczajna kradzież mogła nieść ze sobą, aż tyle emocji, że zostałyby zapamiętane. Klub, klub okazał się być miejscem, które Prue zdecydowanie wolałaby omijać szerokim łukiem. To nie tak, że obchodziło ją to z kim kto sypiał, nie interesowało jej to jakoś specjalnie, bardziej chodziło o to, że ludzie powoli zaczynali tracić hamulce, nie przejmowali się innymi, pozwalali sobie na wiele, a ona nieszczególnie chciała na to patrzeć. Fakt, mogła uniknąć pojawienia się w tym miejscu, trochę została do tego zmuszona, ale też nigdzie wcześniej nie widziała żadnych informacji o tym, jakim rodzajem nieba, czy tam raju było The Heaven. Pewnie gdyby wiedziała to jednak zastanowiłaby się, czy rzeczywiście powinna wejść do środka. Panował tu ścisk, ludzie się między sobą przepychali, tańczyli, obmacywali, muzyka dudniła głośno, ledwie była w stanie usłyszeć swoje myśli, a to też nie zdarzało się często. Nie podobało jej się tutaj, ale wiedziała, że musieli jeszcze chwilę porozglądać się po parkiecie, bo Benjy tak łatwo nie odpuszczał. Starała się odnaleźć naganiacza w tłumie, jednak nie do końca jej to wychodziło, światła raziły ją w oczy, musiała co chwilę mrugać i odwracać wzrok, nie pomagało im poszukiwaniom również to, że klub naprawdę był zatłoczony - widać wiele osób korzystało z jego usług, nie spodziewała się, że aż tak wiele osób może być zainteresowanych podobną rozrywką. Wtedy cóż, Benjy został zaskoczony, ktoś postanowił złapać go za tyłek, jakby to nie było nic takiego - być może tutaj nie było. Nie wydawało jej się jednak, aby jej chłopak miał to tak po prostu zaakceptować. Odezwał się, Prue i tak była zdziwiona, że zaczął od werbalnego upomnienia, to pokazywało, że miał w sobie jeszcze odrobinę cierpliwości, chociaż pewnie nie chciał robić większego zamieszania i zwracać na nich uwagi. Mężczyzna nie spieszył się jakoś specjalnie, pokręciła tylko głową, chyba życie nie do końca było mu miłe, w końcu jednak wykonał polecenie, odsunął się nawet o krok, czy dwa. Jego wytłumaczenie kulało, przynajmniej w oczach Prue. Czy wchodzenie do tego klubu łączyło się ze zgodą na podobne zachowania? Nie miała pojęcia, jeśli tak było to mega słabe, bo ludzie mieli różne granice, nie wydawało jej się, aby każdy pozwalał inny na podobny poziom bliskości. Parsknęła śmiechem, kiedy jej chłopak się odezwał. - Cóż, Twój urok osobisty musiał zadziałać i na niego, właściwie to nie wiem, czy tyłek może być uroczy, być może? Nie znam się na ich upodobaniach… - Próbowała jakoś odnaleźć się w tym, co się właśnie wydarzyło, ale nie dało się nie zauważyć, że była odrobinę zmieszana. To nie był ich szczęśliwy dzień, może powinni wrócić do domu? To znaczy do Exmoor, nie wiedzieć czemu nazywała to miejsce w tej chwili domem. Zawiesiła wzrok na krótką chwilę na jednej ze ścian The Heaven, przyciągnęła jej uwagę migającym neonem, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, dopiero po paru sekundach zobaczyła wielkie zdjęcie, plakat? Sama nie wiedziała co to właściwie było, tyle, że jedna z osób, które się na nim znajdowała wydawała się jej znajoma. Mrugnęła, być może mózg płatał jej figle, czy coś. Było tu głośno, nie mogła się skupić, kiedy otworzyła oczy nic się jednak nie zmieniło, nadal patrzyła na tę samą twarz. - Ja pierdole. - Powiedziała nieco zbyt głośno, minę miała nietęgą, dało się zauważyć, że nieco ją to zaskoczyło. Liam nigdy nie chwalił się jej, że odwiedzał to miejsce, na fotografii przytulał się do swojego bumowskiego partnera i spoglądał na niego z bardzo specyficznym błyskiem w oku. Jak mogła tego nie zauważyć przez te lata, które razem spędzili? Teraz wszystko zaczęło jej się układać w jedną całość, ależ była ślepa. RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Benjy Fenwick - 28.08.2026 Nie dało się zaprzeczyć - najwidoczniej po całym tym zamieszaniu znalazła całkiem niezły sposób na rozładowanie atmosfery, właściwie, oboje najwyraźniej właśnie odkryliśmy nową dziedzinę, w której mogliśmy wykazać się imponującą znajomością języka. To było całkiem zabawne… - „Podjebał”, „podpieldolił”, „zajebał”, „ukladł”, „skloił”, „oblobił”, „zgolił”, „opieldolił”, „wyczyścił kieszeń”, „zawinął”, „gwizdnął”, „chapnął”, „buchnął”, „splywatyzował twoją własność bez konsultacji”, „pszejął aktywa metodą pszestępczą”, „pszytulił cudzą luchomość do selsa”, „dokonał subtelnego aktu tlansfelu mienia bes zgody właścicielki”… - Zacząłem wyliczać, mimo wszystko, unosząc lekko brwi, bo skoro już mieliśmy roztrząsać językowe niuanse, równie dobrze mogłem wykorzystać okazję do pokazania jej, że słownik ulicy miał w tej kwestii zaskakująco bogate zasoby. - I, jeszeli balso zaleszy ci na pełnej klasyfikacji tego zjawiska, po plostu „okazał się zwyczajnym bezmózgim chujem”. - Dodałem z kamienną miną, bo skoro już postanowiła poprawić moje słownictwo, nie zamierzałem pozostawać w tyle. - Mogę tak jeszcze długo, ale chyba najwaszniejsze jest to, sze niezalesznie od wyblanego czasownika nadal mówimy o tym samym skulwielu, który zablał coś, co do niego nie naleszy. Idziemy? - Zerknąłem na nią i parsknąłem cicho, bo najwyraźniej właśnie osiągnęliśmy porozumienie w kwestii semantyki przestępstwa, więc mogliśmy ruszać dalej. „Był i się zmył” oraz kolejne słowa skwitowałem już tylko krótkim pokiwaniem głową, bo rzeczywiście trudno było temu zaprzeczyć, chociaż bardzo nie podobało mi się, że ten typ uważał, iż mógł zniknąć tak łatwo. Skoro już zadał sobie trud, żeby nas sprowadzić do „The Heaven”, mogliśmy mu jednak przynajmniej oszczędzić dalszego zastanawiania się nad tym, czy „jumanie” - o, właśnie, kolejne słowo - się powiodło, i sami go znaleźć. Co prawda, nie wiedziałem jeszcze, co zrobię, kiedy go dorwę, ale na tym etapie wystarczało mi odzyskanie portfela i bardzo wyraźne zakomunikowanie mu, że tym razem metoda zarabiania pieniędzy polegająca na grzebaniu obcym ludziom po kieszeniach nie przypadła mi do gustu. Hipokryzja? Być może, ale nigdy nie próbowałem udawać, że byłem najbardziej wyrozumiałym człowiekiem w pomieszczeniu. Macanie po dupie również nie okazało się czymś, co mógłbym docenić… Człowiek całe życie pracował nad charakterem, próbował być względnie porządny, zajebiście silny, umiarkowanie rozsądny, a potem przychodził jeden facet i pokazywał mu, że prawdziwym atutem była odpowiednio zbudowana dupa. No, kurwa… Spojrzałem na tłum, w którym ludzie właśnie robili wszystko, tylko nie zachowywali się szczególnie elegancko, po czym pokręciłem głową - nie czułem najmniejszej potrzeby dołączania do tej zabawy, właściwie im dłużej tutaj byłem, tym wyraźniej widziałem, że pewien etap życia miałem już dawno za sobą, chociaż nie dało się ukryć, iż wiele zmieniała tutaj grupa docelowa, do której żadne z nas ewidentnie nie należało. Parsknąłem pod nosem, kiedy usłyszałem jej teorię o moim uroku osobistym, bo naprawdę nie spodziewałem się, że po całej tej sytuacji dojdziemy akurat do rozważań nad tym, czy mój tyłek mógł być dla kogoś uroczy. - Nie wiem, Sunny, czy „uloszy” to słowo, któlego bym tutaj uszył. - Odpowiedziałem, spoglądając na nią z ukosa, zatrzymałem na niej spojrzenie jeszcze przez chwilę, po czym dodałem z powracającym rozbawieniem. - Twój tyłek na pszykład jest uloszy. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem z pełnym przekonaniem, nie przejmując się szczególnie tym, że mogła uznać moje słowa za zbyt bezpośrednie, bo raczej mieliśmy to już za sobą. - Uloszy i balso mi się podoba. Nie wiem, czy to odpowieś, któlej potszebowałaś, ale skolo jusz zaczęłaś temat, nie zamieszam kłamaś. - Wzruszyłem ramionami, jakbym właśnie poinformował ją o czymś równie istotnym co pogoda za oknem, chociaż dobrze wiedziałem, że powiedziałem to celowo, bo jej wcześniejszy komentarz aż prosił się o podobną odpowiedź. Odeszliśmy na bok, a i tak co chwilę ktoś się o nas ocierał, ktoś przeciskał się między parami i wielokątami, stroboskopowe światła waliły po oczach, muzyka zaś - jeśli to było możliwe - jeszcze bardziej tłukła się w czaszce, bo najwidoczniej zbliżyliśmy się do jakiegoś głośnika. Coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że „The Heaven” miało wyjątkowo szeroką definicję słowa „rozrywka” - nawet jak na mnie - i wtedy, kiedy byłem już zajęty przeklinaniem pod nosem kolejnego człowieka, który praktycznie wlazł mi pod ramię, usłyszałem nagle głośne „ja pierdolę”. Odwróciłem głowę w stronę Prue, bo ton jej głosu nie pasował do zwykłego komentarza dotyczącego wystroju tego miejsca - występowało tu wystarczająco dużo dziwnych rzeczy, żebym nawet nie próbował zgadywać, co konkretnie przykuło jej uwagę, dlatego tylko zmarszczyłem brwi i przesunąłem spojrzeniem po neonach, plakatach oraz twarzach, które pojawiały się i znikały między światłami. - Co? Co jest? - Zapytałem, spojrzałem na nią, potem znowu na ścianę, próbując znaleźć coś, co wywołało u niej taką reakcję, ale w tym kolorowym chaosie równie dobrze mogła zobaczyć ducha, goblina albo reklamę wyjątkowo paskudnego trunku czy nawet rzeczywiście pierdolących się ludzi… RE: [17.09.1972] what the heck | Prudence & Benjy - Prudence Fenwick - 28.08.2026 - Nie spodziewałam się, że jesteś tak bardzo elokwentny. - Nie chciała oczywiście w żaden sposób mu dopiec, okazało się jednak, że Benjy ma bardzo szeroki słownik, no przynajmniej ten związany ze złodziejstwem, pewnie wiele razy spotkał się z podobnymi czynnościami, nawet nieco ją to bawiło, uśmiechnęła się szeroko, mimo, że jeszcze chwilę wcześniej cała sytuacja nie wydawała jej się być zabawna. Jak widać wystarczyło odpowiednie podejście, a nastrój mógł zmienić się bardzo szybko, zresztą miała wrażenie, że Benjy miał na nią wyjątkowo pozytywny wpływ. - Tak, sens tego, co mówisz jest jasny, idziemy. - Nie zamierzała zaprzeczać, ale była zadowolona, że trochę lżej podeszli do całej sytuacji. Nie miała już do siebie ani grama pretensji, pogodziła się z tym, że tak po prostu się stało, mogli pójść do środka- znaleźć typa i znaleźć to, co należało do niej. Znaleźli się w The Heaven, które ją zaskoczyło, zaskoczyło pewnie też jej chłopaka, nie sądziła, że gdyby spodziewał się tego, że ktoś ma zamiar macać jego dupę, to tak po prostu znalazłby się w środku. Widać, nie dało się przewidzieć wszystkiego. Całkiem niespodziewanie przeszli do rozmowy na temat tyłków, zamierzała skupić się na tym jego, ale Benjy skutecznie odwrócił kota ogonem, powinna się tego spodziewać. - Dzięki? - Powinna podziękować za komplement, tego wymagała kultura, uroczy tyłek w jej mniemaniu był komplementem, chociaż pewnie sama nie uznałaby swojego za taki, ale nie zamierzała się z nim kłócić. Skoro Benjy widział coś uroczego w jej tyłku to na pewno tak było. - Doceniam szczerość, chociaż niekoniecznie jest to odpowiedź jakiej potrzebowałam. - Dodała jeszcze, bo byli przecież ze sobą szczerzy, wypadało więc aby się do tego odniosła, w sumie nie wypadało - chciała się do tego odnieść. Później pozwoliła sobie zerknąć na ścianę i zrobiło jej się jakoś tak ciężej na żołądku - nie spodziewała się takiego widoku, nie zakładała, że kiedys zobaczy coś podobnego. Jej narzeczony najwyraźniej był gejem, powoli wszystkie pytania, które sobie zadawała zaczęły odnajdować odpowiedzi, niekoniecznie tego się spodziewała, nie zakładała tego, że Liam mógł mieć romans ze swoim pracowym partnerem, nigdy nie przyglądała się im jakoś szczególnie. - Możemy wyjść? Nie chcę już tutaj być. - Nie zamierzała teraz mówić swojemu chłopakowi co zobaczyła, trochę czuła to za ujmę na swoimi honorze. Miała narzeczonego, który najwyraźniej potraktował ją tylko jako przykrywkę przed tym, kim był naprawdę, to nie wyglądało dobrze, nie czuła się z tym dobrze, miała wrażenie, że została naprawdę mocno oszukana, a co najgorsze nie mogła tego skonfrontować bo on nie żył. Naprawdę fantastycznie. Miała gdzieś swój portfel, pociągnęła swojego chłopaka w kierunku wyjścia, nie wydawało jej się zresztą, że on również chciał tu zostać. Koniec sesji
|