Secrets of London
[10.1972] The Doctrine of Incidental Violence | Benjy, Gerda - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [10.1972] The Doctrine of Incidental Violence | Benjy, Gerda (/showthread.php?tid=6310)

Strony: 1 2


RE: [10.1972] The Doctrine of Incidental Violence | Benjy, Gerda - Benjy Fenwick - 03.09.2026

Sam nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem rozwiązywania problemów metodami, które wymagały od człowieka siedzenia nad nimi przez pół dnia i rozpisywania „za” oraz „przeciw”, jeżeli można było zrobić coś szybciej, a potem ewentualnie mierzyć się z konsekwencjami. Dzisiejszy dzień był zatem niczym laurka dla tego podejścia, nic więcej, na tym etapie już ani przez chwilę przyszło mi do głowy, że gdyby ktoś wszedł teraz do pomieszczenia, musiałby uznać, że kompletnie nam odjebało - jeden trup, który jednak nie był trupem, rozwalone krzesło, sól himalajska, płatki czosnku i dwoje dorosłych ludzi zachowujących się, jakby przygotowywali polowanie na samego Belzedupa - kiedy Gerda zaczęła tłumaczyć mi, że skoro nasze podstawowe ingrediencje w obu przypadkach znajdowały się w kuchni, to musiało to coś znaczyć dla trafności porównania klątwołamaczy do kucharzy, przytaknąłem powoli, bo chociaż argument był kompletnie z rzyci, miał w sobie tę brutalną logikę, którą czasem nawet lubiłem.
- No, kurwa. - W zasadzie nie musiałem nic dodawać, przez lata roboty nauczyłem się, że nie zawsze warto było szukać skomplikowanych rozwiązań, szczególnie kiedy ktoś próbował ci sprzedać specjalistyczny sprzęt za pieniądze, za które można było kupić pół sklepu i jeszcze zostało na alkohol, dużo alkoholu. Nie uważałem się za szczególnie wyrafinowanego fachowca - nie musiałem nim być, nie płacono mi za efekty wizualne - obchodziła mnie wyłącznie skuteczność poparta twierdzeniem, że jeżeli miało się odpowiednio dużo doświadczenia, zaczynało się rozumieć na chłopski rozum, które elementy rytuału były naprawdę istotne, a które zostały dopisane po to, żeby ktoś mógł sprzedać ci kolejny przedmiot. Tak - sam nieraz używałem rzeczy przeznaczonych do zupełnie innych celów, jeśli tylko działały, przy robocie najemnika takie podejście było wręcz wskazane, bo człowiek nigdy nie wiedział, co znajdzie pod ręką, kiedy jakiś przeklęty skurwiel będzie próbował jednocześnie odgryźć mu twarz. Raz użyłem zwykłego pogrzebacza do zamknięcia przejścia dla bytu, który miał być według wszelkich podręczników odpędzany żelaznym ostrzem runicznym, i przeżyłem, więc od tamtej pory miałem dość luźne podejście do tego, co było „dedykowane”, zwłaszcza przy dodatkowych zajęciach. Klątwy, wbrew pozorom, nie były moim jedynym zawodowym zainteresowaniem, do tego dochodziły demony, mściwe duchy i wszelkie inne paskudztwa, których rozsądny człowiek nie powinien był poznawać bliżej, więc musiałem na bieżąco uzupełniać swój arsenał, nie być pieprzonym kolekcjonerem gadżetów, które potem musiałbym sam targać na własnym grzbiecie.
- Wolałbym jednak nie wyglądać, jakbym nosił zapasowe jajco przy nodze, dzięki. Chociaż przy mojej robocie pewnie szybko znalazłoby zastosowanie. - Nie zamierzałem ciągnąć tego tematu, bo z doświadczenia wiedziałem, że rozmowy z Geraldine bardzo łatwo potrafiły zejść w miejsca, do których człowiek później nie chciał wracać pamięcią.
Potem zobaczyłem, co zrobiła z solą, i aż pokręciłem głową, kiedy wsadziła palec do środka, oblizała go i stwierdziła, że skoro smakuje tak samo, to powinna działać tak samo.
- Ty naprawdę właśnie spróbowałaś soli, żeby sprawdzić, czy jest magiczna? - Nie czekałem nawet na odpowiedź, bo sam dobrze wiedziałem, że również w moim własnym wykonaniu takie rzeczy były całkowicie możliwe, zresztą, im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że w tej branży naprawdę nie było żadnej metody, której nie próbowałby już jakiś idiota. - Dobra. Nie będę pytał. Różowa może być, jak mówiłem. Sól to sól, a duchowi raczej nie robi różnicy, czy była wydobyta w Himalajach, nad morzem czy z dupy jakiegoś goblina. - Odebrałem od niej ona pojemniczki, po czym odstawiłem wszystko obok siebie, potrzebowałem kilku liści, czosnku i soli, będąc całkowicie świadomym, iż całość zaczynała przypominać przygotowywanie wyjątkowo gównianej sałatki dla człowieka, który mógł być opętany.
„No, cóż.” Poza tym miałem Gerdę po swojej stronie, brała w tym wszystkim czynny udział, a więc przypadku problemów mogła po prostu przypierdolić temu czemuś kolejnym krzesłem, mieliśmy ich jeszcze pięć w zapasie, plan nie był zatem może nazbyt wyrafinowany, ale musiał zadziałać.
Na pytanie, czy ludzie podpisują również krzaki, spojrzałem w stronę drzwi prowadzących do ogrodu, a potem znowu na nią i wzruszyłem ramionami - właściwie tu również sam nie miałem pojęcia - flora nigdy nie była moją specjalnością, rozpoznawanie setek tysięcy roślin należało do tych dziedzin wiedzy, które omijałem z dużą konsekwencją, odkąd odkryłem, że większość z nich potrafiła wyleczyć albo otruć człowieka, złagodzić ból dupy albo go w nią poparzyć, i „to wszystko zależało od…” jakiegoś skomplikowanego powodu, dlaczego to robiła, do tego dochodziły mieszanki, destylaty i proporcje, i tak dalej - no, nazbyt skomplikowana sprawa.
- Nie wiem, czy twój mąż jest takim botanicznym zjebem, żeby etykietować krzaki. - Spojrzałem na nią, marszcząc brwi. „Czy chrzan to w ogóle jest krzak?” - Ambroise podpisuje wam wszystko? Słoiki, fiolki, rośliny, może jeszcze żarcie na talerzach, żebyś wiedziała, co wpierdalasz? - Parsknąłem pod nosem, bo w sumie nie zdziwiłbym się szczególnie, gdyby rzeczywiście tak było. - Jeżeli podpisuje krzaki, to dobrze. Jeżeli nie, to najwyżej wyrwiesz coś, co wygląda odpowiednio zielono, i będziemy się modlić, żeby nie było trujące. - Zawiesiłem wzrok na niej, czekając na odpowiedź, chociaż oczywiście nie potrzebowałem jej natychmiast, bo sama wizja była wystarczająco dobra, a do egzorcyzmu zdecydowanie nie miał nam zaszkodzić jakiś paciorek, bądź dwa. Nawet przy braku zaawansowanej wiedzy dotyczącej agrokultury, była jedną z niewielu osób, którym mógłbym bez większych obaw powiedzieć „przynieś mi to coś z ogrodu”, mając świadomość, że wróci z czymś, co przynajmniej będzie przypominało przedmiot, o który prosiłem, a niczego więcej teraz nie potrzebowałem. Nie miałem zresztą czasu długo się nad tym zastanawiać, bo kiedy powiedziała, że spróbuje go zlokalizować, zachęcająco machnąłem tylko ręką w stronę drzwi.
Sam wróciłem do mężczyzny, przykucnąłem przy nim i sprawdziłem ponownie jego puls - nadal żył, nadal oddychał, nadal wyglądał jak ktoś, kto bardzo źle zainwestował swoje popołudnie - nie zamierzałem ryzykować, jeżeli coś było w środku, wolałem mieć pewność, że nie miało wyjść stąd razem z nami. Usłyszawszy ją wracającą z ogrodu, podniosłem głowę, spodziewając się kilku liści albo przynajmniej czegoś, co dało się rozsypać na podłodze, zamiast tego zobaczyłem słoik marynowanego chrzanu uniesiony wysoko nad jej głową.
- Technicznie rzecz biorąc, nie mogę się przypierdolić. - Tak, to były słowa uznania, na pewno to wiedziała, mogliśmy zacząć działać, teraz najważniejsze było zamknięcie przestrzeni i stworzenie pojemnika, do którego można było przenieść byt, jeśli rzeczywiście był obecny… Właśnie wtedy dotarło do mnie, że przybyła z czymś tak odpowiednim, iż nie musieliśmy nawet szukać specjalnej fiolki ani dzbanka z pokrywką, aby zamknąć tam demona - brzmiało prosto, więc oczywiście byłem prawie pewien, że za chwilę coś się koncertowo spierdoli.