Secrets of London
[25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. (/showthread.php?tid=932)

Strony: 1 2


RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Sauriel Rookwood - 18.02.2023

Jasne, że mu zależało. Powinien to dosadniej okazywać, może więcej mówić, wykonywać więcej jednoznacznych gestów, ale było jak było, a proces oswajania bardzo mozolnie i wolno poruszał się do przodu. Poruszał. Najważniejsze było to, że nie stał i nie cofał, mimo wspomnianych robionych czasami kroczków w tył. Ze strachu przed własnym ośmieleniem czy przed tempem, w którym niektóre rzeczy przyśpieszały niezależnie od niego. Poczucie braku kontroli nad tą relacją sprowadzała na naprawdę grząski grunt.

- Ay, czasami miewam. Przypomina to bardziej letarg niż "spanie". A moje sny to miraże przeszłości albo oddźwięki teraźniejszości, a nie... różowe słoniki, przed którymi uciekasz, bo chcą cię zjeść. - Ludzka wyobraźnia nie miała ponoć granic, dlatego w głowie, podczas snu, podsyłała tak zwichrowane i zwariowane wizje, że filozofom się o tym nie śniło. - Tak. Ale nie z powodu zmęczenia organizmu. Tylko tego. - Popukał się palcem w głowę. - No i dzień jest nurzący. W dzień jakoś automatycznie robi mi się sennie. Ale też nie tak, że muszę iść spać i koniec. - Mógł się czymś zająć - i często czymś zajmował. Nie mógł spać i spać i spać, choć wieczny letarg wydawał się aż nadmiernie kuszący. - Joseph twierdzi, że niektóre wampiry potrafią zasnąć na całe lata. Te starsze. - Dodał na końcu, bo to była dość istotna różnica. On był młodą dupą. Nawet jeszcze nie zdążył odczuć jakkolwiek upływu czasu - że wszyscy się starzeją, zmieniają, a on nie. On zawsze będzie taki sam. Zawsze. - Ouch. No to ssie pałkę. - Gdyby kultura leczenia takich blokad psychicznych była w tych czasach bardziej rozwinięta, to Sauriel pewnie poleciłby jej udanie się z tym do psychologa. Pewnie bezsenność też się tak dało uleczyć. Albo lepszymi medykamentami. Ale były czasy jakie były. Victorii pozostawały eliksirki, które sama sobie warzyła. - A skąd się to w ogóle wzięło? Ta bezsenność. - Nie był pewien, czy to pytanie nie było zbyt intymne. Za tym mogło się kryć sporo nieprzyjemności. Jakieś wydarzenie, które nią absolutnie wstrząsnęło. No ale skoro tak luźno zadawali sobie pytania, to postanowił zaryzykować. Miał takie pojęcie, lekkim słowem mówiąc, o Victorii, że powie, jeśli jej coś nie podpasuje. A przynajmniej była to jego nadzieja. Naprawdę nigdy nie wiedział co zrobić ze smutnymi ludźmi. I nawet nie chciał mieć z nimi styczności. Miał dość pocieszania i ocierania łez innych. Nie wiedział, kiedy się to zaczęło, ale zamiast jak kiedyś - współczuć, zazwyczaj odczuwał irytację.

- Ay. Nie kłócą. - Zabrzmiało to bardzo ponuro z jego strony mimo tego, że słyszał, że to był żart Victorii. No było to po prostu śmieszne. A co człowiekowi pozostawało w pewnym momencie jak nie czarny humor? Więc koniec końców Sauriel uśmiechnął się pod nosem i rzucił Victorii spojrzenie mówiące, że żarcik docenił. - Woreczek krwi zawsze pod ręką. - Obrzydliwe. Ale cały ten akt picia krwi był obrzydliwy. A przynajmniej w tych krótkich chwilach, kiedy przemawiała przez to jego ludzka część. Bo ta większa i przeważająca wcale tak o tym nie myślała. Za to o czymś sztucznym, o zapychaczach... wywoływało to jakieś takie niezadowolenie jego bestii. Jego samego. Coś odpychało. Nie, nie, Saurielu, nie będziemy się żywić ścierwem. Będziemy się żywić tym, co najlepsze.

- Nie no, pewnie, że się interesowali. Każdy jest ciekaw. Jak to jest, czy śpię w trumnie, czy boję się krzyży. Jak obiektem naukowym, skoro już użyłaś tego słowa. - Może nawet usłyszałby coś lepszego. Parę lepszych słów. Gdyby tylko komuś na to pozwolił. Ale nie pozwalał. - Poobcinałem kontakty, jak zostałem wampirem. A i wcześniej ciężko powiedzieć, żebym świecił przykładem wylewnego i miłego gościa.




RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Victoria Lestrange - 21.02.2023

Jej też nie było w tym wszystkim łatwo. Może inaczej by to wyglądało, gdyby się poznali na całkowicie neutralnym gruncie, bez poczucia, że czy chcą czy nie – to są już na siebie skazani od startu. Może wtedy by się polubili od razu. Może nie byłoby tych wszystkich złych słów i nienawistnych spojrzeń, poczucia, że druga osoba jest niechciana… Nie tak łatwo było się w tym poruszać, tak prawdę powiedziawszy. W dynamice ich relacji. A jednak Vicotria jakoś… oswoiła się z myślą o przyszłym małżeństwie i przestała patrzyć na Sauriela jak na zepsute jajo czy kogoś niechcianego. Nie był taki zły jak się malował i jak chciał być postrzegany. Był za to… Wyglądało jakby był po prostu zagubiony w świecie nienawiści i brutalności. W świecie, gdzie nawet jego własna matka go nie kochała, a przynajmniej coś takiego prezentowała swoją bierną postawą. Choć może się myliła, może wyglądało to zupełnie inaczej?
Ludzka wyobraźnia miała swoje granice. W snach widziało się twarze ludzi, których się już kiedyś spotkało, nawet jeśli tylko przelotnie. To nigdy nie były całkowicie „nowe” oblicza. I może mózg robił wtedy miks bardzo wielu rzeczy, tworząc jakąś nową odjechaną historię, ale bazował już na tym, co dana osoba doświadczyła. Nie tworzył czegoś z niczego. Nie różniło się więc to aż tak bardzo od zwykłego snu. Zresztą… Wystarczy, że człowiek się naczytał o „mrocznych” rzeczach i w nocy miało się dużą szansę na śnięcie o prawdziwych głupotach, po których budziło się jeszcze bardziej zmęczonym niż przed pójściem spać. Victoria uśmiechnęła się lekko do Sauriela, nim pochyliła się nad jednym z kociołków, by zamieszać odpowiednią ilość razy w odpowiednią stronę, a następnie z pewnością i wprawą sięgnąć po jakiś składnik i dodać go do kotła.
- Rozumiem, że ten Joseph cię przemienił? – wolała się dopytać, żeby wiedzieć co za Joseph. Tak by wynikało z kontekstu, no ale lepiej się upewnić. - To jakiś nekromanta? Czy wampir? – akurat o tym jak zostać wampirem wiedziała. To zadanie domowe odrobiła i akurat o tym było w księgach! To cechy wampirów się różniły, nie sposób powstania. I nie to, co napędzało ich do... życia. Krew. - Hmmm… Isabella potrafi nałożyć na człowieka okropną presję, a ja, według jej wizji, miałam być najlepsza. We wszystkim. Więc w szkole zakuwałam dniami, nocami… Jakoś tak… Samo wyszło. Zresztą moja obecna praca też nie jest dobra dla spokojnego snu – uśmiechnęła się krzywo. Więc tak – ciągnęło się to z nią dobre… dziesięć lat. Ponad. Człowiek mógł się jednak przyzwyczaić do… wszystkiego. - Jakoś brakowało mi asertywności – w sumie to jeśli o rodziców, a zwłaszcza matkę, to nadal jej brakowało. Westchnęła. Jednym z plusów tego… ślubu… byłoby to, że wyrwie się spod wpływu Isabelli. A przynajmniej takiego bezpośredniego.
- Chyba lepiej tak, niż wpaść w szał – choć na kilka chwil ukoić głód, by nie odczuwać szaleństwa związanego z głodem. To mogłoby komuś uratować życie tak po prawdzie. Inna sprawa… Że takim niebezpośrednim woreczkiem krwi, który zawsze będzie pod ręką, w pewnym momencie sama się stanie. Wiedziała o tym. I no… to już było – ale godziła się z tym. Dla niej ten akt picia krwi nie wydawał się obrzydliwy. Był po prostu częścią życia wampira. Ale nie mówiła tego na głos, bo nie znała w tym zdania Sauriela, tego, że to takie obrzydliwe. Nie było. To, że było inne, nie znaczyło, ze obrzydliwe. Tak jak mu powiedziała wczoraj – to, że jego serce nie biło, nie znaczyło, ze go nie miał, i to jej wystarczało.
- A boisz? – parsknęła. - Trumny u ciebie nie widziałam, więc zakładam, że nie. A jak ktoś zeżre główkę czosnku, to każdy normalny uciekałby od smrodu – uśmiechnęła się znowu krzywo, taki tam żarcik. - Och, ale jesteś całkiem miły, jak nie próbujesz być na siłę złośliwy i opryskliwy – odwróciła się od kociołka i oparła o niego dłońmi splecionymi za plecami. - Wiem, że niewiele się znamy. Ale jeśli będziesz potrzebować jakieś pomocy to po prostu powiedz – jakiejkolwiek prawdę mówiąc. Jakby chciał po prostu przy kimś posiedzieć w ciszy, byle nie w samotności własnej głowy, to też mógł przyjść. I mogli sobie pomilczeć.


RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Sauriel Rookwood - 21.02.2023

Brylował na granicy. W tych pytaniach i temacie, jakim się pojawił, był na granicy między tym, że nie przeszkadzało mu gadanie o tym a tym, że nie chciał się nad tym zastanawiać. Tylko że nie miało to sensu. Bo nie możesz gadać o czymś, nie zastanawiając się nad tym. Możesz się odciąć do pewnego stopnia, ale nigdy nie stworzysz wielkiej granicy, po której będziesz sobie skakać niczym ta sarenka. Oj nie, raczej będziesz jak koza, co to skakała a nóżkę złamała. Jakkolwiek szła ta dziwna wyliczanka, czy tam wierszyk, bo Sauriel jej nie pamiętał. I tak, pojawiła się teraz ona w jego głowie, kiedy tak chodził po tym pomieszczeniu i zwiedzał, starając się nie skupiać, a jednocześnie skupiając. Nie myśleć, a jednocześnie myśleć. I niby mu to nie przeszkadzało, ale w sumie czuł, że wystarczy maluuutki podmuch wiatru i zacznie przeszkadzać w kurwe.

- Joseph to bardzo stary wampir. Z rodziny Rookwood. I mam dosłownie na myśli BARDZO stary. - Joseph nigdy nie powiedział wprost, ile ma lat, ale jego opowiastki świadczyły, że parę wieków już widział. Sauriel nawet nie chciał pytać, choć był trochę ciekaw. Nie miał zaufania do tej istoty i bał się jej. Choć tak naprawdę... w zasadzie był lepszą wersją ojca. Eryka. - Przemienił mnie, kiedy chciałem rzucić rodzinę, założyć sombrero i wyjechać do Meksysku. Eryoki nie do końca spodobał się pomysł rzucenia rodziny, więc nie bardzo miał coś przeciwko. Wyszło całkiem skutecznie, bo szczerze mówić przez rok byłem tak przerażony że uciekanie totalnie wyleciało mi z łba. A teraz to już mi wszystko jedno. - Uśmiechnął się mówiąc, że wyszło całkiem skutecznie i mówił o tym całkowicie lekko i normalnie, jakby opowiadał widziany film, a niekoniecznie o własnych przeżyciach. Ale to dlatego, że opowiadał bardziej film, opowieść. Nie chciał zagłębiać się w to, że był jej główny bohaterem. Bo wtedy przypominał sobie jakie to totalnie spierdolone. A tego naprawdę nie chciał.

- Rozumiem - No tak, Isabella wyglądała na taką, która się rządzi. I tak brzmiała z opowieści Tori. - Twoja matka wygląda na taką szprychę. Zauważyłem, że nasi rodzice to są biegunowi. Moja matka jest cichutka jak twój ojciec. Są bardzo łagodni. Znaczy - na takiego twój ojciec wygląda. - Poprawił się, no bo nie znał jej ojca, ale po prostu tak się zaprezentował. Jak Anna. - Komu nie brakuje asertywności przy tych czystokrwistych skurwysynach niech pierwszy rzuci kamieniem. - Miał tutaj na myśli rodziców. Ale czasami czarnowłosy rzucał takimi tekstami że nie trzeba było być geniuszem i mistrzem dedukcji żeby zauważyć, że nie był fanem teorii czystej krwi i głoszonych przez Czarnego Pana twierdzeń. Sęk w tym, żeby uważać, przy kim się to mówi. A on nadal nie był pewien, na ile powinien był się pilnować przy Victorii i czy to wszystko naprawdę nie było jakąś spierdoloną farsą. Przekonywał się jednak ciągle do niej. I coraz bardziej ją lubił. Tak po prostu.

- Raczej na odwrót. Wysiłku to ode mnie wymaga byciem miłym. A opryskliwy i złośliwy jestem naturalnie. - Uśmiechnął się znowu pod nosem. No jak kogoś polubił to było inaczej. Ale normalnie tak - musiał się wysilać, żeby być sympatyczny. To ten cynizm wpisany w DNA. - Jaasne... może kiedyś skorzystam. Ale wzajemnie. Jakbyś potrzebowała, nie wiem. Porad prawnych. Ewentualnie obić komuś mordę. - Nie to, że nie był przekonany, że mu nie pomoże. Nie był do końca przekonany, czy chce od niej pomoc i wciąganie jej gdzieś w głąb jakichś dziwnych koneksji. Chociaż spodziewał się tego, że i tak się to stanie. Kwestia czasu. - Możesz mi czasem sprezentować coś milusiego do głaskania w ramach pomocy Dachowemu, Czarnemu Kotu. - Smirknął, spoglądając na Viki.




RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Victoria Lestrange - 21.02.2023

Nie chciała być natrętna – to też już mu powiedziała. Że nie chciała, by te pytania odebrał, jakby robiła z niego jakiś obiekt badawczy. Nie chciała być też zbyt wścibska, dlatego też choć była cholernie ciekawa już od dawna, to nie pytała o to, kiedy i jak został przemieniony. Teraz po prostu… zapytała o jego rodzica, tego drugiego, bo temat sam wyszedł. Ale nie śmiała podpytywać dalej. To Sauriel sam pociągnął temat. I to dość niezapowiedzianie, przynajmniej dla panny Lestrange. Słuchała go z uwagą, nie patrząc na niego, lecz na swoje eliksiry i być może dlatego zdecydował się to wszystko powiedzieć. Obejrzała się przez ramię, kiedy był już przy końcu. Ze współczuciem w tych swoich ciemnych oczach. Och na Merlina, to było przecież takie… takie… p r z y k r e. Obrzydliwe. Łamiące serce i wiarę w ludzi.
- O ja pierdolę – nie przeklinała często. Prawdę mówiąc robiła to niezwykle rzadko, ale jakoś… wyrwało jej się. Nie było na to odpowiedniego komentarza. Jakoś każdy, wydawał się… nie dostatecznie… dobry. Albo pierzchały całkowicie. - Strasznie mi przykro – to też powiedziała bez większego pomyślunku, samo wyleciało. Nie wyobrażała sobie tego, ze własny rodzic może… Ha. Czyżby? Nie wyobrażała sobie? A z nią co, do cholery jasnej, robili? Oddawali ją wampirowi bez mrugnięcia okiem. Z początku była wściekła i zrezygnowana, teraz pogodzona i jak już wspomniałam, przestała na Sauriela patrzyć jako na kogoś niechcianego, więc w gruncie rzeczy nie było tak źle. Westchnęła i pokręciła głową – jak można być takim skurwysynem? Oto było właśnie to, czego obawiała się po swoich rodzicach w ramach buntu: jeśli nie chcesz być z nami, to nie możesz być też przeciwko nam, bo cię zniszczymy. Bez nas nie możesz żyć. Najwyraźniej Eryk był ulepiony z tej samej gliny.
- Tata? Tak. Tatę obchodzi tylko to, by miał swoją przestrzeń, miejsce na swoje kociołki i komu pomagać w Mungu. To Isabella pociąga za sznurki – kontrast było zresztą widać w tej jednej wypowiedzi. Nie „mama”, tylko Isabelle. Nie Alexander, tylko „tata”. - Jak byłam taka mała – tutaj odmierzyła ręką tak z połowę siebie - lubiłam patrzyć jak tata robi eliksiry. Chętnie mi pokazywał. Uśmiechał się wtedy do mnie. Isabelle… Dla niej liczyły i liczą się tylko efekty, nie jakieś głaskanie po główce czy czułe słówka. Z moją siostra robi teraz dokładnie to samo – uśmiechnęła się sztucznie, bo nie była z tego zadowolona. I choć jej ojciec może nie był najcieplejszym człowiekiem, ani ojcem roku, to z pewnością był tym łagodnym. I tym, który okazywał swoim dzieciom jakieś cieplejsze uczucia. Isabelle wyznawała „zimny chów”. Może wyniosła to z domu nauczycielskiego, gdzie lano ją za niepowodzenia linijką po palcach. Pieprzona służbistka, nic dziwnego że tak dobrze odnajdywała się wśród liczb Departamentu Skarbu. - Ci wydziedziczeni może – westchnęła. Piękna nagroda za asertywność: wykreślenie z rodziny. Victoria nie zwróciła większej uwagi na dobór słów Sauriela, biorąc pod uwagę wydźwięk ich rozmowy i tego w jakich warunkach się wychowywali.
Spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy… Jakby mówiła „bitch, please”. Teraz szło to gładko, a wcześniej to tak się wysilał, że aż przyjmował te wszystkie złe wyrazy twarzy, że aż się gotował. To wymagało nieco więcej od siebie. Jak na przykład wtedy w Ministerstwie Magii, kiedy przyszedł razem z Erykiem. Mało brakowało, a dym mu by wtedy szedł z uszu i nosa.
- Porad prawnych, ha! – parsknęła. Sauriel nie wyglądał na żadnego… prawnika. Ale nie wyglądał też na kogoś, kto jest tak bystry jak był w rzeczywistości. - Mówiłam poważnie – dodała po chwili, już normalnym, łagodnym tonem, a nie ze śmieszkiem w tle. - Milusiego do głaskania? – powtórzyła za nim powoli, mając w głowie ich wczorajszy, niefortunny koniec spotkania. - Uważaj czego sobie życzysz - bo mogła mu sprezentować naprawdę różne milusie rzeczy do głaskania.


RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Sauriel Rookwood - 23.02.2023

Kilka kroczków w przód. Nieśmiałych. Małych. Wielkich. Staranność filtru emocji została zastosowana, więc wystarczyło się nie dać pchnąć w jedną ze stron. To jest - w tylko jedną, konkretną stronę. No tak, bo o ja pierdole było jednym z pierwszych komentarzy, jakie przychodziły do głowy, ale że Victoria nie klęła, nigdy nie słyszał (słyszał jak była pijana, a że on też był to jakoś mu to uciekło) to teraz na nią spojrzał z uniesionymi brwiami, zdziwiony. I rozbawiony. Jej reakcją, a konkretniej to właśnie tym przekleństwem. Kiedy zobaczył jej minę to nie potrzebował właściwie słów czy zapewnień. To takie szokujące? W tym ponurym świecie? Za często myślał, że na to nie zasłużył. Że zasłużył na coś lepszego. Na lepsze życie. Ale potem spoglądał na to, co robi i właściwie zmieniał zdanie, by następnie się mieszać, że przecież to ciąg przyczynowo skutkowy. I chyba samego siebie usprawiedliwiać? Gdyby tylko było przed czym...

- Mi też. - Odpowiedział. Ale ta odpowiedź była też zakończeniem fazy tego tematu, bo dalej posuwać się nie chciał. - Ooo... uroczo. - Uśmiechnął się wyobrażając sobie taką malutką Victorię, która kica przy tatusiowym kociołku i jeszcze jest pat patana po główce. - Masz siostrę? - Kompletnie mu to umknęło. Ale w sumie... nie pytał. - Ja się gapiłem na te kwiaty Anny. Ale teraz... hmm... no nie układa nam się za bardzo. - I to nie była tylko jej wina. Miał do niej tyle żalu, gniewu i złości, że nie potrafił na nią zawsze spoglądać i myśleć: mama, którą kocham. Nie. Głównie widział strach i nienawiść, że jest to "matka, która mnie zdradziła". - Hehehe... - Bardzo spodobała mu się ta wstawka z wydziedziczonymi, chociaż to właściwie nie był żart. To było zabawne, bo było prawdziwe. - Lubię strasznie usprawiedliwianie tego całego syfu tradycjami i "bo moja babka tak robiła". - Czy tam dziadek, wstaw co wolisz. Śpiewki były podobne. - Ale przestałem się dziwić, że to wszystko jest przekazywane dalej. - Że te emocje są przenoszone. Robili dzieciakom wodę z mózgu. I dzieci, bezbronne, nic z tym nie mogły zrobić.

- Ja też. - Może sprzedał to w żartobliwej formie, ale miał na myśli to, co powiedział. To się odnosiło do tego, że wolał uchodzić za słownego człowieka. Problem w tym, że nie wszystkie słowa do tego zaliczał, ale to już była jego własna hipokryzja. Niespójność. - Lubię miluśne rzeczy. Żeby nie powiedzieć, że mam obsesję. Mam czuły zmysł dotyku. Więc lubię miziać rzeczy. - Tak trochę long story short. Sam nie był pewien, skąd mu się ta obsesja wzięła, bo chyba tak by to nazwał biorąc pod uwagę jakie dziwne rzeczy potrafiły mu sprawić przyjemność. - Dlatego koty są wspaniałe. Ciepłe. Miękkie. I futrzaste. Perfekcja. - Spojrzał bokiem na Victorie. - Ja jestem zimny i niefutrzasty. I mało miękki. - Zmacał swój biceps i klatkę dla upewnienia się. - Nołp, nie miękki.




RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Victoria Lestrange - 25.02.2023

Jak można na to zasłużyć? Jak ktokolwiek mógł zasłużyć na to, by własna rodzina… skazała cię na… nie-życie. Tyle się kręciło wokół tej czystości krwi, o przeniesieniu genów i czystości na przyszłe pokolenia, a tutaj…? Co właściwie. Victoria już się nad tym długo zastanawiała jaki to miało sens, ale gdy teraz właściwie usłyszała, że jego własna rodzina chętnie do tego d o p u ś c i ł a, na swoim jedynym synu, jedynym dziecku w ogóle… Nie rozumiała. Znaczy rozumiała, pfeh. Po co ci kolejne dzieci czy wnukowie skoro członek rodziny technicznie będzie żyć i żyć, i żyć. Tylko na cholerę wtedy to cało małżeństwo? Chyba, ze po prostu chcieli mu to nie-życie umilić, by nie siedział ciągle sam i tutaj była wątpliwa rola całkiem żywej Victorii.
Nie chciała ciągnąć tego tematu, broń Merlinie! Podpytywała jedynie kim dokładnie jest Joseph by mieć jakieś pojęcie, resztę Sauriel dopowiedział sam, a teraz… Nie miała tego nawet ułożonego w głowie, więc o czym tu mówić. Była za to wdzięczna za to minimalne zaufanie i że powiedział jej sam z siebie aż tyle. Bo to naprawdę było .
- Mam. Nie widziałeś jej i nie poznałeś, bo ma ledwie dwanaście lat i jak łatwo zgadnąć, siedzi teraz w Hogwarcie – no… w tym roku skończy trzynaście lat, bo była na drugim semestrze drugiego roku. Ale jeszcze dwanaście, tak. - Ma na imię Olivia – uśmiechnęła się ciepło. Tęskniła za nią. - Z Anną? – że nie układa mu się z matką? Szkoda. Szkoda, że nie miał w domu nikogo, na kim mógłby polegać… Tak to przynajmniej wyglądało po tym, co dzisiaj opowiedział, dopełniając pokurwioną historię swojego życia i rodziny. - Wydawało mi się… Sprawia wrażenie jakby się o ciebie troszczyła – ale może to faktycznie tylko wrażenie? Jednak kiedy mówiła o Saurielu to… Brzmiała ciepło. Albo po prostu Victoria chciała, żeby tak było. Nie była pewna.
- I babka i matka, i dziad i ojciec. Nie znają innego wychowania i metod, więc przenoszą to dalej i koło spierdolenia się kręci – przekleństwo numer dwa, a niech już ma. Skoro już i tak popsuła licznik dnia tamtym występem, to równie dobrze mogła pociągnąć to dalej.
- Pomiziaj sobie Potworną Księgę Potworów, będziesz zachwycony – normalnie uczono się z podręcznika Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć, więc istniała szansa, że Sauriel nie znał tej pierwszej. Która brzmiała jak okrutny żart, do momentu, kiedy do szpitala nie trafia ktoś pokąsany przez tą cholerną księgę. Bo trzeba ją pogłaskać po grzbiecie, damn it! Jako auror musiała wiedzieć takie rzeczy, by móc wiedzieć czy coś jest przeklęte, czy to zwykły magiczny (choć wkurwiający) obiekt. - Nie musisz mi mówić, mówiłam ci już, że u w i e l b i a m koty – i że zawsze chciała kota mieć. Stuprocentowo się z Saurielem zgadzała, może poza faktem, że uważał, że czarne koty przynoszą pecha. Chyba za dużo się naczytał mugolskich książek spoza wysp, bo każde nawet niemagiczne dziecko w Anglii wiedziało, że czarny kot przecinający ulicę przynosi szczęście. - No i całe szczęście, że jesteś niefutrzasty i mało miękki – znowu parsknęła. - Futrzaste to są wilkołaki, jakoś wątpię, że chciałbyś w pełnię wyć do księżyca. A miękki facet to… cóż – to taki który jadł zdecydowanie za dużo słodyczy? Taki, który o siebie nie dbał doprowadzając swoje zdrowie do ruiny? Jakoś w guście Victorii byli zdecydowanie szczupli faceci. A że był zimny… - I wiesz. Może i jesteś zimny, ale to można coś na to poradzić i wytrzymać. Gorzej jak masz obok siebie taki piecyk, że rozbierzesz się do rosołu i nadal jest źle – więc z dwojga złego… Chyba lepiej w tę stronę? W każdym razie nie wyglądała ani nie brzmiała, jakby jej to przeszkadzało, że ciało Sauriela jest zdecydowanie chłodniejsze niż ludzkie.


RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Sauriel Rookwood - 27.02.2023

Niektóre rzeczy były tylko sekretami w ludzkiej głowie. Stanowiące historię, w której tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się nią podzielić, a jednak był opór. Bo to było pokazywanie siebie całego, nawet jeśli rzeczy w ludzkiej głowie naturalnie ulegały wypaczeniu. To naturalne. W tym krótkim wypadku i minimalistycznie opowiedzianym nie było jednak czego wypaczać. Pozostawało tylko niezrozumienie intencji. Tylko czy dało się je zrozumieć? Kiedy tylko Sauriel sobie stawiał pytanie dlaczego od razu się gubił. Nie wiedział nawet, w którą stronę podążać myślami. W końcu pozostało tylko nie ma znaczenia. Bo nie miało. Na takim etapie to już naprawdę nie miało absolutnie żadnego znaczenia.

- Maluszek. - Sauriel rodzeństwa nie miał, za to kuzynostwa od groma. - Ay. Troszczy. Na swój sposób. Przy okazji trochę boi. Ale mam jej za dużo do zarzucenia, żeby było między nami dobrze. - Zdawał sobie sprawę z tego, że Anna go kochała. Że był dla niej nadal synem. Że się martwiła i że żałowała. Jego samego. I być może tego, że jednak nie zrobiła nic więcej, kiedy była powinna. Powiedzieć, że miał jej to za złe to było niedopowiedzenie. Nienawidził jej za to. Chyba nienawidził jej bardziej niż Eryka, bo przynajmniej po nim wiedział, czego się spodziewać i nie miał żadnych oczekiwań. Ale wobec niej miał. Kiedyś.

- Już miziałem. - Uśmiechnął się. - Wspaniała książka. Powinna być standardem na zajęciach. - Większość uczniów traciłaby przy tym ręce, ale było to poświęcenie, na które czarnowłosy był gotów. - Wolałbym co pełnię wyć do księżyca i biegać po słoneczku. - Z dwojga złego lepiej w tę stronę. Na wilkołactwo były eliksiry. Były sposoby żeby je oswoić i zapanować nad nimi. Animagowie pomagali wilkołakom. - Jakoś wilkołak mniej przeraża niż trup na szczycie łańcucha pokarmowego. - Fakt, wilkołaki były niebezpieczne. Jedną noc. A potem... żyli jak ludzie. Owszem, mieli swoje problemy i to nie do końca było tak, że ich życie nie różniło się od poprzedniego. - Wiem. Przecież czasami ocieplałem swoje ciało jak cię dotykałem. - Spojrzał na nią krótko z boku, jakby z takim "no co ty do mnie mówisz", ale jednocześnie uśmiechem pod nosem. To z tego piecyka.




RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Victoria Lestrange - 27.02.2023

Może faktycznie nie miało to już znaczenia, chociaż człowiek czasami chciał znać powód, by zrozumieć i w pewien sposób łatwiej pogodzić się z podjętymi decyzjami. Ale czy tutaj można było w ogóle? Pogodzić się z tym, że właśni rodzice właściwie skazali cię na śmierć? Tylko techniczną, bo w praktyce nadal przecież żył – ale intencja i czyny pozostawały i już się ich nie wymaże. Victoria mu teraz współczuła, naprawdę. Jak bardzo musiał czuć się samotny w tamtym domu? Nic dziwnego, że uciekał w muzykę i na Nokturn. Tym bardziej było jej tego przykro słuchać, kiedy mówił o ilości, heh, złej krwi pomiędzy nim, a jego matką. A mimo to, wydawała się być miłą, ciepłą kobietą. I pamiętała przecież co Anna jej powiedziała, gdy przepraszała za zachowanie Sauriela. Teraz miało to nieco inny wymiar.
- Teraz już rozumiem, dlaczego czuła się winna kiedy mnie przepraszała – westchnęła. Znaczy… to nie był jej problem, tylko problem Anny, nie zamierzała jej rozgrzeszać. Ale widziała żal. Teraz czuła, że ten żal był wymierzony przez Annę w samą Annę. Bo zjebała sprawę. - Rozumiem. Nic dziwnego – że miał jej zbyt wiele do zarzucenia. 
- "Fantastyczne zwierzęta" Scamandera są nieco bardziej wyczerpujące i nie wyglądają na jakiś złośliwy żart szesnastoletniego Gryfona – odpowiedziała mu, również się uśmiechając. Tyle, że w tym jej uśmiechu odbijała się pewnego rodzaju uprzejmość, a niekoniecznie rozbawienie tak fantastycznym egzemplarzem książki. A kiedy dwie takie "Potworne księgi potworów" się spotkały to dopiero była papiernicza jatka. Bez dobrego Reparo nie podchodź! - Chciałbyś być skundlony i owłosiony? – żartowała sobie rzecz jasna. Nic nie miała do wilkołaków, to nie była ich wina, że musieli żyć z tą klątwą. - Mogę ci dać eliksir odporności na ogień, ja i tak go nie potrzebuję. Warzę je na wszelki wypadek, jakby ktoś inny ich potrzebował – to była luźna propozycja. Ale już wiedziała, że Saurielowi przyda się bardziej niż jej. - Hmmmm czyy ja wiem. Pewnie jak kogo. Dla mnie bez różnicy wilkołak czy wampir. Dementorzy są gorsi na przykład. Da ci soczystego buziaka i papa, zostajesz śliniącym się warzywkiem do czasu, aż twoje ciało nie umrze – dużo gorsze stworzenie niż taki wampir. - Krew w ciele prędzej czy później wróci do normalnego stanu, ale duszę mamy tylko jedną – uśmiechnęła się do niego. Może to było marne pocieszenie dla kogoś takiego jak Sauriel, ale dla samej Victorii było to na pewien sposób kojące, że przecież wcale nie było tak źle. No i faktycznie nie patrzyła na Sauriela że strachem. Czy ten fakt był pocieszający dla niego…? Zresztą była pewna, że i takiemu wampirowi można pomóc magicznymi sposobami, choćby może jakimiś eliksirami. Tylko może do tej pory było do tego zbyt mało chętnych?
- Wiem o tym. Dziękuję, że o tym myślałeś – choć nie musiał przecież tego robić. Mógł niemalże złośliwie na każdym kroku udowadniać jej jakim to jest zimnym potworem i wampirem. Ale się starał, teraz to już wiedziała i widziała. Ale chłód jaki bił od jego ciała nie był dla niej specjalnie odpychający, choć może to dlatego, że akceptowała to, że tak po prostu jest i będzie. - Chcesz się czegoś napić? – powinna zapytać go to wcześniej. I nie, wcale nie miała na myśli krwi, heh.


RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Sauriel Rookwood - 28.02.2023

Kiedy coś zostało spierdolone to wiedza o tym dlaczego tak się stało jakoś pomagała iść dalej. Zostawić pewien etap za sobą. Niektórzy mieli syndrom wyparcia i nie chcieli wyjaśnienia przyjąć - niestety. Niekiedy, z drugiej strony, o wiele łatwiej było o czymś zapomnieć, zignorować, niż objąć to ramionami i trzymać przy swojej klatce piersiowej, żeby ciężej się oddychało. Sauriel niby znał odpowiedź. Niby została mu rzucona w twarz - poniekąd. Za karę. Och, jaki to byłby wstyd, gdyby Sauriel uciekł, opuścił rodzinny dom! I nie tylko dom. Śmierciożerców również. Ale prawda była taka, że to był tylko pretekst, zapalnik. Przynajmniej tak podejrzewał czarnowłosy. To "niby" kryło nadal w sobie dużo niewiadomych. Może przez ten proces wyparcia. Może przez to, że niedostatecznie wiele razy pytał, albo zadawał złe pytania. Teraz to już naprawdę było wszystko jedno.

Sauriel nie miał tylko zarzutów i wyrzutów wobec matki. Patrząc wstecz doceniał to, że była i że starała się zrobić cokolwiek. Że miał jej ramiona, do których można się było przytulić i pocałunek w czoło przez noc. Bez tego to życie byłoby jeszcze bardziej smutne i spierdolone. Jednak tak - powinna czuć się winna. Miała za co. I nie chciał jej zadręczać, ale jednocześnie kiedy miało dojść między nimi do interakcji, która na współczucie czy winę naciskała, ooo... że tak zażartuję: krew strzelała Saurielowi do głowy. I szlag jasny go trafiał.

- Daj spokój. Żarty w tej szkole to była jedna z niewielu przyjemności. No, chyba że cię woźny złapał. - Mężczyzna był absolutnie popierdolony i paradoksalnie zamiast tłumić to złośliwość Czarnego Kota to tylko ją napędzał. DOlewał oliwy do ognia. Wtedy jakoś ta niemądra głowa nie brała pod uwagę, że taka walka to tylko stracone siły i karanie samego siebie. Że nic się nią nie da wywalczyć. Choć nawet teraz uważał, że dało. Była to walka o samego siebie. O to, żeby się jeszcze nie poddać, zachować charakter i ogień w środku. Czy było warto? Nie powiedziałby, że nie. Ale z pełnym przekonaniem nie powiedziałby, że tak. - Gość był popierdolony. -  Do dzisiaj miał po nim blizny. I nie tylko po nim, ale że ktoś taki siedział w Hogwarcie, szkole dla DZIECI... no to było całkowicie interesujące. I zdaniem Sauriela nie powinno mieć to miejsca. Ale jego zdaniem wiele rzeczy nie powinny mieć miejsca, a jak to już omówili z Victorią - ludzie byli zjebani. Koniec i kropka.

Spojrzał na kobietę z miną "whaaat" i  niedowierzaniem, kiedy wspomniała o tym skundleniu. Aż go zimny dreszcz przeszedł (bo ciepły nie mógł). To był ten głupi moment kiedy zastanawiasz się, czy ktoś coś podejrzewa, czy coś zrobiłeś nie tak, czy może to tylko niefortunny dobór słów. Przynajmniej apropo tego skundlenia. Ale kiedy spojrzał na Victorię to zobaczył - to RACZEJ dobór słów. Bo skundlony już był. W końcu miał bardzo krótką smycz.

- Jakbym był owłosiony to bym miział samego siebie. - Wink winknął w jej stronę i chciał zrobić coś trochę wulgarnego... ale się powstrzymał. - Zadziwiająco często się przy tobie powstrzymuję i gryzę w język. - Okej, na początku mu to przeszkadzało.- Spodziewałem się, że powiesz: mogę ci dać eliksir na porost włosów. - Prychnął śmiechem. - Dobrze wiedzieć, że moja przyszła żona dba, żeby nie zostać wdową. - Zażartował z tego, bo teraz czuł, że już mógł sobie na to pozwolić. Chyba oboje się nie spodziewali, że dotrą do punktu, w którym będzie im się tak dobrze ze sobą spędzało czas. Tak... normalnie. Że aż nawet sami będą szukać swojego towarzystwa. No bo w końcu Sauriel mógł przeprosić i iść. Victoria mogła przyjąć przeprosiny i sama przeprosić, ale jest zajęta i nie czasu na gości. Wymówek zawsze było dużo.

- Dementora nie zaliczyłbym do rodzaju "człowiek". - Więc i skala pomiaru była inna. Wśród czarnomagicznych stworzeń było mnóstwo potworów. Imperiusy. Na ten przykład. - Łoh. Zabrzmiało poetycznie.
Jaki czar sprawił, że w cudzej boleści
Dusza jak w lochu z bólem swym się mieści?
Gdy na cokolwiek Ciało się użala,
Choć czuć nie mogę, czuję, jak mnie spala
- Zaintonował właściwie trochę prześmiewczo, przybierając iście dramatyczną pozę rodem z teatru. A zaraz spojrzał podejrzliwie na Victorię, kiedy wyleciała z tym napiciem się.

- Ay. Wyjątkowo powiem, że herbaty. - Zamiast jakichkolwiek procentów.




RE: [25 marca] Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej. - Victoria Lestrange - 28.02.2023

- Co ty opowiadasz. Fajnie było w Hogwarcie – nawet jeśli zdecydowaną większość czasu spędziła nas książkami zamiast "korzystać z przemijającej młodości i niewinności". Zresztą teraz to profitowało prawdę powiedziawszy, a przynajmniej sama tak uważała. No i wykształciła w sobie całkiem… niezamknięty umysł, że tak się wyrażę. Sauriel mógł to odczuwać na własnej skórze. - No dobra, nigdy nie zarobiłam szlabanu. Tylko czasami musiałam kogoś na taki wysłać… – a wierzcie lub nie, ale to też była niewdzięczna praca. Sprawiać by ktoś inny dostawał karę. Za swoje zachowanie, jasne! Ale przecież wiedziała co też woźny potrafił robić o ile trafiło się na szlaban do niego. Bo bywało różnie. - To prawda, był. Ale w tej szkole wierzą w mnóstwo starych metod. W końcu do tej pory działały – i Sauriel nie był pierwszym ani nawet ostatnim buntownikiem. I tak, stare metody. Zupełnie jak stare metody rodzin czystej krwi. Czarodzieje wierzyli w tradycję. Victoria też w nią wierzyła… w większości. W bicie dzieciaków jakoś zdecydowanie mniej.
- No co? Nie patrz tak na mnie, przecież sobie żartuje. Kot ci znacznie bardziej pasuje. Podejrzewałabym, że jesteś jakimś nielegalnym animagiem, gdyby nie to, że sam mówiłeś że ci transmutacja niezbyt idzie – a taka zwłaszcza NIELEGALNA animagia bardzo by mu pasowała. W czarnego kociaka oczywiście. Wtedy to on byłby miziany. I Victoria mówiąc o tym skundleniu nie miała nic złego ani nic konkretnego na myśli. To była właściwie tylko gra słów i delikatne podszczypywanie o tego wilkołaka, żadnych ukrytych znaczeń. Zresztą uśmiechnęła się do niego całkiem ciepło. - Tak? A to co chciałeś zrobić? – kolejne uprzejme zdziwienie. Powstrzymywał się? A było przed czym? - Och, skoro tylko chcesz… zobacz, mam tutaj jeszcze jeden kociołek… – parsknęła i przeszła przez pomieszczenie, żeby wyciągnąć mały kociołek. Skoro tak chciaaaał eliksir na porost owłosienia… wszystko dało się załatwić. Zachichotała jeszcze przy tym, gdy go rozmawiała. O nie. Tego mu nie odpuści. Nawet jeśli miałyby się zmarnować składniki, bo wzgardzi prezentem. - Szkoda tego całego zachodu, żeby wdową zostawać – jednego narzeczonego już pochowała i przeżyła, drugiego ta szybko żegnać nie zamierzała. A jeśli miałoby mu sprawić przyjemność wyjście na słońce… no to ojeju, kim by była, by mu to utrudniać. Dlatego już zdecydowała, że da mu ten eliksir. I pewnie kolejne też. Jasne, że nie sądziła, że dotrą do tego punktu, w którym regularne mniej czy bardziej spotkania przestaną być tylko przykrym obowiązkiem. A sądząc po minie Isabelli – ona też się nie spodziewała. Ale byli właśnie w tym miejscu i w tym punkcie. I Lestrange nie miała nic przeciwko temu, by spędzić czas z Saurielem w piwnicy, przy okazji przygotowując eliksiry. Wcale nie musieli przy tym cały czas gadać. Ani o dementorach, ani o inferiusach. A było całe mnóstwo stworzen mniej czy bardziej ludzkich… takie wile – mogły cię zatańczyć na śmierć, mogły sprawić że stracisz zmysły. Mogły wiele. Ludźmi nie były, ale mogły się z nimi jakimś cudem krzyżować. Więc sobie tak podyskutowali, albo i pomilczeli. Victoria skomentowała te teatralne próby, a skrzatka przyniosła Saurielowi herbatę. Victorii zresztą też, bo w końcu usiadła na jednym z foteli i otworzyła przyniesione jej czekoladki.

Koniec sesji