![]() |
|
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189) |
RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 13.11.2025 Chyba nie chciał się dowiadywać w ten sposób, że Mona nie posiadała ręki. Z resztą, jeśli tylko Icarus wreszcie zajmie swoje miejsce, a obok niego jego wybranka, to i tak przyjdzie mu przełknąć pewną ilość zażenowania, wywołaną tym, co zaledwie przeszło mu po głowie. Wiewiórka, która przysiadła na ich stole, najwyraźniej mogła równać się temu smokowi, biorąc pod uwagę jej krwiożerczość. Atreus przez bardzo krótką chwilę był pewien, że gdyby tylko dać jej odpowiednio dużo czasu, to ugryzłaby nie tyle palec, co i całą rękę, aż do barku. - Przeżyję - odparł, ale włożył w to cały możliwy dramatyzm, jakby znalazł się nie przy weselnym stoliku, a co najmniej deskach teatru. Nie to, żeby był tym aktem agresji jakoś wybitnie pokrzywdzony, bo działy mu się w życiu rzeczy o wiele mniej przyjemne, ale na wszystko działało chyba zwyczajne zaskoczenie. No bo gdyby ktoś mu przewidział, że na weselu Geraldine wleci mu na stół dziki zwierz i udziabie go w palec, to by zwyczajnie nie uwierzył, nawet z tym jakimś wrodzonym szacunkiem do trzeciego oka. Bulstrode trzymał swojego palca wyciągniętego i patrzył na niego z jakimś niewypowiedzianym żalem, patrząc jak ścieka z niego krew, zanim nie złapał za swoją własną serwetkę, pozwalając by nasiąkała czerwienią. - Ja mam wrażenie, ze oni nie zwykli polować na wiewiórki, a grubszego zwierza, więc chyba nie nauczyła się nigdy strachu. Cholera jasna, animag. No jeszcze tego mi brakowało. I co, może ta krew to do jakiegoś rytuału? - zapytał z przekąsem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 14.11.2025 Pamiętała - oczywiście, że pamiętała, już do tego dotarliśmy - była tą, która pamiętała zawsze więcej, niż chciała, i zawsze bardziej szczegółowo, niż powinna. A ja? Udawałem, że pamiętam mniej, ale każde cholernie niechciane wspomnienie było jak drzazga pod skórą - niby nic wielkiego, ale raz na jakiś czas potrafiło wpieprzyć się naprawdę głęboko, boleśnie, w zupełnie nieodpowiednim miejscu. Na moment ścisnęło mnie w środku, jakby ktoś palcem dotknął starego, ledwo zagojonego miejsca. Nie wiedziałem, czy chciałem wracać do tamtych chwil - chyba nie, na pewno nie, ale przy niej zawsze wychodziło to samo, jedno słowo wystarczyło, żeby cała szuflada wspomnień wysunęła się na oścież, czy tego chciałem, czy nie. Nigdy tego nie robiła specjalnie, po prostu taka była, w jej głosie zawsze kryła się jakaś miękka nuta, która potrafiła odpinać wszystkie moje starannie pozapinane zatrzaski. Tak funkcjonowaliśmy - dwójka ludzi, którzy nauczyli się, że najpierw pojawia się wspomnienie, potem dokładamy do niego drugie, a jeszcze zanim się zorientujemy, stoimy w połowie drogi, pytając, kto właściwie prowadził do tego miejsca rozmowę. Talenty. Jasne. - Podzielność uwagi? - Wygiąłem kącik ust w coś, co pewnie miało przypominać uśmiech, ale w moim wykonaniu zwykle wychodziło jak drwina. - Pamiętam twoją podzielność uwagi. Pamiętam tesz, jak plawie spadłaś ze schodów, bo jednocześnie udowadniałaś mi swoją lasję i plóbowałaś uklaść mi ksiąszkę. - Niezbyt uczciwie nie dodałem, że jej własną, nie moją, ale przecież pamiętała takie szczegóły, jak wszystko - ja celowo je pominąłem. Wzruszyłem ramionami. - Tak, wiem, widziałaś. Nie byłaś wtedy asz tak dobla w udawaniu, jak ci się wydawało. - Nie chciałem jej nic wytykać. Raczej… Wręcz przeciwnie. Tym razem było w tym coś ciepłego. Fakt, że wtedy też coś widziała, i że ja też widziałem. Rumieniec, który rozlał się po jej policzkach, był wyjątkowo prawdziwy, zbyt dostrzegalny, nieskrywany, jak na Prue sprzed lat, ta dawna w życiu nie pozwoliłaby sobie na coś tak otwartego, już prędzej rzuciłaby we mnie książką, no, gdyby była w stanie mi ją odebrać. Teraz tylko się uśmiechała, trochę zbyt delikatnie, jak na kogoś, kto przez lata wyglądał, jakby mógłby mnie udusić gołymi rękami. Uśmiechnąłem się pod nosem, ale tylko na sekundę, jej „skoro tak mówisz” zabrzmiało lekko, prawie żartobliwie, ale ja nie żartowałem, gdybym nie mówił poważnie, nigdy bym tego nie powiedział. Moment później, na jej wniosek, parsknąłem pod nosem, bo gdyby wiedziała, jaki chaos miałem w głowie, jak bardzo czasem prowadziłem tę całą grę na ślepo, chyba przestałaby się tak opierać na tej mojej pewności, ale nie - dla niej wszystko, co robiłem, wyglądało tak, jakbym panował nad sytuacją, a ja po prostu umiałem szybciej ukrywać własne pomyłki, niż inni. Udawanie było u mnie raczej instynktem, niż strategią, ale faktem było, że wiedziałem, co robić, wiedziałem, jak się zachować, wiedziałem, jak poskładać sytuację, zanim ktokolwiek zdążył spanikować. Nie dlatego, że byłem bohaterem, tylko dlatego, że życie nie zostawiło mi innego wyboru. Zauważyłem ten moment, gdy w jej oczach błysnęło coś, co przypominało stare, znajome spojrzenie - to, które widywałem, gdy doprowadzaliśmy się nawzajem do białej gorączki, każde słowo było prowokacją, a każde spojrzenie bronią. Teraz jednak tamten błysk nie miał w sobie agresji, był jak echo przeszłości, zabarwione tym, że przeszliśmy już przez zbyt wiele, żeby reagować impulsywnie, no, przynajmniej pod tym względem. - Ja tesz się s tego cieszę. - Uśmiechnąłem się pod nosem, ledwie zauważalnie, bo to było prawdziwe, w końcu. Nie musiała mi tego mówić - wiedziałem, że zawsze dostrzegała to, co ja nie zawsze chciałem przyznać. Czasem w tej grze między nami chodziło o coś więcej niż zwykłe „masz rację, a ja nie”. Teraz było prościej, bo nie musieliśmy już udawać wrogów. Ta nasza „rywalizacja”… Tak, przychodziła nam zbyt łatwo. Za łatwo. Wystarczyło pół zdania, jeden błysk w jej oku, a w moim ciele zapalała się dokładnie ta sama iskra, którą znałem sprzed lat. Nie było już w tym jadu, nie było potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek, a jednak dynamika została. Teraz była lżejsza, swobodniejsza, momentami wręcz… uzależniająca. Prue była jedną z nielicznych osób, które potrafiły wywołać u mnie autentyczne rozbawienie zwykłą uwagą, potrafiła jednym uśmiechem sprawić, że reszta świata naprawdę przestawała istnieć, to było niebezpieczne, nawet jeśli oboje udawaliśmy, że wcale nie - cholernie trudno było przy niej pamiętać, że to wszystko miało termin ważności. Kiedyś między nami istniała pewna granica, mur zbudowany z rywalizacji i starych pretensji. Teraz mur ten chylił się ku upadkowi, a ja obserwowałem, jak spadają kolejne cegły. Nie musiałem mówić głośno tego, co przyszło mi do głowy. Ona i ja, to, co mieliśmy, nie miało trwać wiecznie. Każdy gest, każde słowo, każdy mały kompromis - wszystko to było chwilowe. Widziałem, jak jej mina nagle stopniała, jak wygięły jej się usta, jakbym właśnie powiedział coś w rodzaju - „Spalimy las.” - a ja tylko zasugerowałem, że nie adoptujemy dzikiego zwierzęcia. Zerknąłem na jej profil, gdy mówiła do zwierzątka, tłumacząc mu jak dziecku, dlaczego nie może iść z nami. To było bardziej dla niej niż dla niego - wiedziałem to. Widok tego, jak na sekundę przygasła, pozostawił mi coś w klatce piersiowej, czego wcale nie chciałem czuć. W innym życiu, w innym czasie, w innym „my”… Może naprawdę wrócilibyśmy do domu z borsukiem pod pachą. Może byśmy się kłócili o imię dla niego, może… Nie. Przerwałem własną myśl, zanim posunęła się za daleko. Na tym etapie najlepiej było nie ciągnąć tego dalej - nie tutaj, nie teraz, nie kiedy mieliśmy przed sobą całą drogę, a za sobą całą historię, którą można było zbudzić jednym niepotrzebnym słowem. - Jeśli dalszy plan polega na tym, sze przekonamy bolsuka, szeby poszedł s nami do lasu, to jest to najbalsiej optymistyczny plan, jaki kiedykolwiek stwoszyłaś, Słoneczko. - Powiedziałem, unosząc brew, było w tym stwierdzeniu tyle ironii, ile czułości, tyle realizmu, ile niedosłowności. Uśmiechnąłem się pod nosem, niedowierzająco, bo oto staliśmy tu, dwoje ludzi, którzy zbyt wiele widzieli, zbyt wiele przeszli, a teraz mieli wytargować od zwierzęcia zgodę na coś tak banalnego jak przejście dalej. Jabłkiem i dobrą gadką motywacyjną. Realistycznie patrząc, szanse były marne, ale patrzyłem na nią i wiedziałem, z jakiegoś powodu wiedziałem, że jeśli ona uwierzy, borsuk uwierzy. Problem w tym, że dla niej, w tej sytuacji, to ja byłem tym, który miał szansę „namówić” zwierzątko, chociaż sam, oczywiście, nie miałem złudzeń, że w rzeczywistości to jej energia była bardziej wpływowa. - Nie jestem… - Zacząłem, po czym się rozmyśliłem, nie było sensu mówić, że nie jestem przekonujący, Prue i tak by zaprzeczyła, i jeszcze próbowała mi to udowodnić. - Sun, ja umiem być pszekonujący tylko dla ludzi. Zazwyczaj takich, któszy wiedzą, sze walto mnie słuchaś, jeśli chcą wlóciś do domu w jednym kawałku. Nawet jeśli to ostatnie mogłoby się tu zgadzaś, to i tak, bolsuk nie losumie języka, a ja nie jestem bolsuczym Figgiem. Nie upiekę mu szalotki, nie zasugeluję powlotu do domu. - Mruknąłem, próbując nie brzmieć jak całkowity cynik. Byłem realistą, nie romantykiem, ale nawet ja musiałem przyznać, że jej determinacja była wciągająca. Wreszcie zgodziłem się, bez dalszego gadania, unosząc ręce w geście bezradności. Pochyliłem się lekko, opierając dłonie o uda. - Posłuchaj, mały. - Zacząłem tonem człowieka, który negocjował z bytami, czarnoksiężnikami i handlarzami zakazanych przedmiotów, więc borsuk nie był dla mnie przeszkodą. - Jeśli pójdziesz plosto, wlócisz do lasu, w któlym są inne bolsuki. Jeśli pójdziesz s nami, tlafisz na ludzi, a ludzie są golsi. Wiem, bo sam nim jestem. M’kay? - No, chyba nie. Borsuk patrzył na mnie jak na kompletnego idiotę, nawet nie, jak na niebezpiecznego idiotę, po prostu na idiotę - może miał rację. Zakląłem pod nosem, co samo w sobie było upadkiem moralnym, bo zrobiłem to przy borsuczym nieletnim - nie to, by mnie to kiedykolwiek obchodziło przy ludzkich dzieciakach. No, może poza Fabianem - z wiadomych względów. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 14.11.2025 Biedny Atreus. Nie wiedział, że Icarus mieszkał z Moną, nie wiedział, że ta straciła rękę… Pewnie o tym, że Millie oświadczyła się Basiliusowi też nie miał pojęcia – ale Brenna nie była pewna, czy powinna go tutaj dzisiaj uświadamiać w tym zakresie. – Co, pocałować i podmuchać? – spytała trochę zaczepnie na ten dramatyzm w jego tonie, jakby co najmniej miał zaraz wyzionąć ducha, ale po prawdzie trochę się zmartwiła widząc krew na jego ręku. Wiewiórka musiała mieć ostre zęby, co w sumie, jak uświadomiła sobie Brenna, nie było aż tak zaskakujące, skoro żywiły się między innymi orzechami… (A także pisklętami czy nawet młodymi innych wiewiórek, ale takich makabrycznych szczegółów Brenna już nie znała. Może wtedy miałaby mniejsze wyrzuty sumienia, że oblała morderczą wiewiórkę wodą.) – Śmiejesz się, a parę lat temu miałam taką sprawę… Seria kradzieży w kamienicy na Pokątnej, siedem razy okradziono ten sam sklep w ciągu miesiąca, żadnych śladów włamania, zabezpieczenia, pułapki, prowokacje, nic nie działało. Ostatecznie okazało się, że nowy szczur właściciela był niezarejestrowanym animagiem. Nocą po prostu zgarniał część towaru, pakował go razem z innym do wysyłki, i rano właściciel sam nadawał tę paczkę z innymi, nieświadom, że jest jedna więcej… – parsknęła, chociaż nie żeby naprawdę zakładała, że po stoliku szalała im animagiczna wiewiórka. Zajęła wreszcie miejsce i tak na pocieszenie za ugryzienie podsunęła Bulstrodowi swojego drinka. – Idę o zakład, że paru alchemików byłoby zainteresowanych krwią Zimnych. I to już niestety nie był żart: miała wrażenie, że taka afrykańska nekromantka chętnie wypróbowałaby je w swoich eliksirach… [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 18.11.2025 Niestety, a może i na szczęście, nie wiedział nic o oświadczynach Millie i Basiliusa. Na szczęście, bo pewnie by mu się zrobiło odrobinę słabo na te wieści; tak samo przez wzgląd że chodziło o Millie, jak i fakt, że no cóż, byłby to mezalians. Niby niewiele mu było do związków Basiliusa, ale no naprawdę... mógł sobie chłopak wybrać lepiej. Przyjrzał się Brennie trochę zbyt uważnie - niby załapał żart, który krył się w jej słowach, ale wyglądał przez moment jakby musiał się nad tym zastanowić na poważnie. W końcu jednak wyciągnął w jej stronę dłoń, jakby faktycznie oczekiwał tego podmuchania i całusa. - Nikt nigdy nie próbował leczyć mi ran w ten sposób, możemy spróbować czy zadziała szybciej - rzucił, niby to wciąż zachowując powagę, jakby podchodzili właśnie do jakiegoś eksperymentu. I to takiego całkiem poważnego. - Założę się, że gdyby zostało orzeczone, że zimność zmienia nas w nowy rodzaj magicznej istoty, to właśnie musiałabyś walczyć o moje życie, bo Yaxleyowie sami biegliby upuścić mi krew - mruknął z przekąsem. - Ale cóż, może to lepiej że mieliśmy tu animaga wiewiórkę, a nie faktycznego nekromantę próbującego wybebeszyć mnie na stole. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 18.11.2025 Mogłaby pociągnąć temat leczenia tych ran, rzucić coś żartobliwego na temat straszliwych zaniedbań tak podstawowych metod leczenia, i że kobiety w jego rodzinie ewidentnie nie wiedziały, co robią – nie zrobiła tego jednak, bo mieli za sobą grozę spalonej nocy, gdy faktycznie został poważnie ranny, i kiedy osoba, która zapewne nieraz go leczyła, zginęła. I chociaż to może nie powinno być jakimś tematem tabu, to niekoniecznie tez dobrym pomysłem byłyby żarty, które mogły boleśnie uderzyć w złe miejsce podczas wesela tuż przed pierwszym toastem. Czasem musiało boleć, ale niekoniecznie w ten sposób. Brenna uniosła natomiast lekko brew na jego odpowiedź, niepewna, czy sobie żartował, czy celowo prowokował zakładając, że ona i tak tego nie zrobi – a, oczywiście, może wiedziona duchem przekory, może po to, by coś udowodnić, skoro w pewnym sensie sama zaczęła, bez większego namysłu owszem, zrobiła. Pewnie gdyby Mona i Icarus zajęli już swoje miejsca, uznałaby, że to zły pomysł, bo ktoś mógłby poczuć się niezręcznie i zwyczajnie by nie wypadało. Ale że póki co wciąż byli przy stoliku sami, a wszyscy dopiero się rozsiadali, ujęła jego chłodną dłoń, uniosła ją, dmuchnęła lekko, a potem na moment przycisnęła ciepłe wargi w pobliżu rany. - Chyba nie działa - oceniła z powagą sekundę później, spuszczając spojrzenie z jego twarzy na dłoń, by przyjrzeć się przez chwilę skaleczeniu krytycznie, zanim puściła rękę. – Babcia oszukiwała mnie przez pół dzieciństwa. Trzeba będzie zostać przy wiggenowych i plastrach. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 19.11.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] Taki już był jej urok, a przynajmniej wolała do tego podchodzić właśnie w ten sposób. Nie mogła z tym nic zrobić, pamiętała, czy tego chciała, czy nie. Bardzo dokładnie i bardzo szczegółowo. Nawet jeśli wolałaby zapomnieć. Wspomnienia wracały do niej w najmniej oczekiwanych momentach, pojawiały się obrazy, niczym klatki z filmu, bardzo wyraźne, kolorowe, przesączone emocjami. Musiała się z tym pogodzić i do tego przywyknąć To, że ona pamiętało dość często powodowało, że wyciągała to w rozmowach, przez co i inni musieli wracać do przeszłości, ostatnio dotyczyło to głównie Benjy'ego, nie sądziła, że był z tego powodu szczególnie zachwycony, ale zazwyczaj tak już mieli słowo po słowie, zdanie po zdaniu, często docierali do przeszłości. - Koordynacja ruchowa nigdy nie była moją mocną stroną. - Dostrzegała swoje wady, zdawała sobie sprawę z ich istnienia, nie zmieniało to jednak faktu, że w swoich oczach naprawdę miała podzielność uwagi. - Zresztą najpierw to Ty ukradłeś mi książkę, próbowałam ją tylko odzyskać, a że przy okazji, jak zawsze miałam coś do powiedzenia... - To prosiło się o konsekwencje. Oczywiście, że musiała to podkreślić, bo przecież pamiętała jak wyglądała sytuacja. Na pewno wiedział, że to wykorzysta. To, że nie do końca udało jej się to zrobić, prawie potknęła się na schodach i zahaczyła twarzą o posadzkę, to była zupełnie inna sprawa. - Nie byłam? W sumie, nadal nie jestem, to też chyba zostało. - Mogła próbować udawać, wiedziała jednak, że jej ciało bardzo szybko ją zdradzało, nie była najlepszym kłamcą, to znaczy była naprawdę bardzo okropnym kłamcą, nawet jeśli wmawiała sobie, że było inaczej. Nie panowała zupełnie nad tymi odruchami, które wykonywało jej ciało, reagowała samoistnie, nie panowała nad niczym. Zresztą właśnie mieli tego przykład, rumieniec pojawił się na jej twarzy, świadczył o drobnym zawstydzeniu spowodowanym komplementem, który od niego usłyszała. Nie była w stanie zapanować nad ciepłem rozlewającym się po jej policzkach, co najgorsze czuła, że znowu można było czytać z niej niczym z otwartej księgi. Kiedyś pewnie próbowałaby z tym walczyć, teraz? Nie odczuwała takiej potrzeby, nie widziała sensu w ukrywaniu przed nim swoich emocji. To była zupełnie inna sytuacja, inny moment w czasie, mogła sobie na to pozwolić, bo wiedziała, że nie wykorzysta tego przeciwko niej. Nie umknęło jej jego parsknięcie, zmrużyła przez to na chwilę oczy próbując domyślić się, co je spowodowało. Naprawdę uważała, że jak nikt inny panował nad otoczeniem, i zdecydowanie nie traktowała tego jak udawanie, nawet jeśli od tego się zaczynało, to i tak on był zawsze tym, który wiedział, co robić, albo po prostu nieźle strzelał, nie można było mu tego odebrać. - Lubię kiedy się ze sobą zgadzamy. - Dodała jeszcze, bardzo lekkim tonem głosu, jakby to nie było nic nadzwyczajnego, ale przecież kiedyś było. Aktualnie sporo się zmieniło, nie walczyli już ze sobą na śmierć i życie, potrafili zejść z tonu, zrozumieć się nawzajem, zresztą wiedziała, że i wcześniej byłoby to możliwe, gdyby tak zaciekle nie walczyli o dominację. Nienawiść przyszła im łatwo, potrafili odnaleźć się w takiej sytuacji, jednak nigdy jej do końca nie satysfakcjonowała, teraz było tylko lepiej. Mogli się spierać, grać w te swoje gry, ale jednak nie musiało to nic kosztować. Nie niosło to ze sobą żadnych gorzkich słów. Musiała się pogodzić z tym, że nie zaadopotują borsuka. To od początku był bardzo głupi pomysł, bo borsuki należały do dzikich zwierząt, nie tych, które trzymało się w swoim skromnym mieszkanku i niby zdawała sobie z tego sprawę, niby wiedziała, że nie mogło być inaczej, ale nadal czuła drobne rozczarowanie. Może przez to, że ten malec był naprawdę uroczy i trudno było mu się oprzeć, chętnie wzięłaby go w ramiona i mocno się do niego przytuliła, nie zważając na to, jak ostre ma pazury i jak mocno może ją podrapać. Zresztą w tej chwili nie wyglądał na groźnego, a raczej na nieco zagubionego. Właśnie dlatego zaczęła do niego mówić, licząc na to, że ją zrozumie, a przecież wiedziała, że w ogóle nie ma takiej możliwości. - Uwierz mi, to nie jest najbardziej optymistyczny plan jaki stworzyłam. - Chciała go wziąć pod włos, oczywiście, że nadal próbowała to robić sięgając po kolejne zaprzeczenie. - Jednak przekonanie borsuka o tym, że powinien wrócić do lasu, prowadzony tam przez nas to plan który również znajduje się na szczycie mojej listy. - Może nie na samej górze, ale był naprawdę wysoko. Prue zresztą rzadko kiedy potrafiła wykrzesać z siebie takie optymistyczne momenty, więc to, że w to uwierzyła było naprawdę sporym osiągnięciem. Naprawdę nie wątpiła w to, że im się uda, jemu się uda, bo w sumie to chciała, aby on przejął rolę negocjatora, jej zdaniem bardziej się do tego nadawał. Oby jednak nie postanowił korzystać z argumentu siły, borsuk mógłby tego nie przeżyć. Dostrzegła jego początkowe zwątpienie, próbował podważać swoje umiejętności, wyciągał argumenty, starał jej się wybić ten pomysł z głowy. - Ludzie są trudniejszym gatunkiem zwierząt, zadają pytania, myślą, jeśli radzisz sobie z nimi to i z tym maleństwem nie powinieneś mieć problemu. - Taka była jej opinia, no i zamierzała się nią podzielić. W końcu pękł, uległ jej, jej pomysłowi, nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie jej do tego skłonić, jak widać nadal potrafił ją zaskakiwać. Uniósł ręce, skapitulował, a później się nachylił, spoglądała na tę próbę z uwagą, ciekawa, czy zwierzę zareaguje, musiało zareagować, nikt, ani żaden człowiek, ani stworzenie nie powinno być na tyle asertywne, aby się mu oprzeć, tak, konfrontacja z borsukiem miała to potwierdzić. Ton jego głosu... był bardzo rzeczowy, jakby robił podobne rzeczy wiele razy. Nie wydawało jej się jednak, aby faktycznie tak było, łatwo jednak poszło Benjy'emu odnalezienie się w tej dziwnej sytuacji. Nie nabijał się z jej pomysłu, podszedł do niego całkiem poważnie. Imponowało jej to na swój sposób, kto inny zrobiłby coś takiego dla niej? Podejrzewała, że nikt. Borsuk spoglądał na Fenwicka tak, jakby nic do niego nie docierało, nie powinno jej to dziwić, nie miała zamiaru jednak pozwolić mu pozostać w tym dziwnym zawieszeniu między ludzkim światem, a zwierzęcym. To był moment, w którym ona zbliżyła się do maleństwa o krok, by wyczuło jej obecność, może nieco wycofało się w stronę lasu. Wspólnymi siłami mogli zdziałać cuda, czyż nie? Benjy swoją gadką motywacyjną, a ona ruchem. Zwierzę w końcu się poruszyło, zaczęło się wycofywać, wiedziała już, że tego dnia na pewno nie wróci z nim do domu, może to i lepiej dla niego. Krok za krokiem, wreszcie borsuk znalazł się w lesie, aż w końcu zniknął za jednym z krzaków. Dopiero wtedy odwróciła się w stronę swojego chłopaka, z uśmiechem rozświetlającym jej twarz, naprawdę cieszyła się z tego, że udało im się doprowadzić to stworzenie do domu... no powiedzmy, że do domu. - Mówiłam, że to zadziała. - Powiedziała bardzo pewnym tonem głosu, przystanęła wreszcie obok Benjy'egoi szepnęła mu do ucha, właściwie to bardziej nieco niżej, bo nawet w butach na obcasie nie była w stanie tam dosięgnąć. - Dziękuję. - Tak właściwie to za wszystko, za to, że w to nie zwątpił, że był jej partnerem w zbrodni i nie pozwolił na to, by to biedne borsucze dziecko za bardzo zbliżyło się do ludzkiego świata. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Alexander Mulciber - 21.11.2025 "Nie wyrzucaj sam wspomnienia. Pozwól je skraść chwastom", dumała na głos Helloise, podsuwając Alexowi rozwiązanie, które z jej perspektywy wydawało się najwłaściwszym. Nie przerywał jej. Wydawał się czekać w lekkim napięciu, jak gdyby i w jego pytaniu kryło się coś więcej poza zwykłą zaczepką do rozmowy. Szczera ciekawość, podszyta obawą. Tą samą obawą, jaką usłyszał w jej głosie. Gdy łapał ją w tych momentach zawahania, w przestrzeni, w której oboje mogli śmiało snuć przypuszczenia, zawsze czuł zachwyt. Tak, to dobre słowo, stwierdził. Zachwyt. Nie była bowiem świadoma tego, jak rzadko rozmawiał z ludźmi w ten sposób. Zadając na głos pytania, na które nie znał odpowiedzi, a potem cierpliwie na odpowiedź oczekując. Zachwyt ustąpił miejsca wdzięczności. Niektóre słowa po prostu musiały paść. Czym innym było usłyszeć ich odległe echo w przestrzeni umysłu, a czym innym doświaczyć ich w pełni, wypowiedzianych na głos. "Miejsce po wyrzuconym wspomnieniu jest na łasce wiatru. Co wiatr zniesie, to urośnie." Alexander nie pomyślałby o tym wszystkim z tej właśnie perspektywy. Z perspektywy Helloise. Stąpali po terenie, który dla obojga był obcym, ale kiedy szło się razem, ramię w ramię... Szło się jakby raźniej. Długo bowiem Alexander mógł badać tropy własnej pamięci. Myślał o oddanym na własność Lorien najszczęśliwszym wspomnieniu lata. Myślał o nim jak o spłoszonym ptaku, który wzbił się w niebo, zanim zdążył wystrzelić weń z ojcowskiej wiatrówki. O wspomnieniu wieszczego transu, które oddał swemu Mistrzowi, myślał jak o porzuconej norze dzikiego zwierzęcia. Nigdy nie wróciło już do nory. Nie złapało się też w zastawione w lesie wnyki. Ścieżki jego umysłu były tak krętymi, że sam się na nich czasem gubił. Ojciec nauczył go, jak wyznaczyć północ, stąpać cicho pośród gęstwiny, ale Alexander wciąż kluczył wokół drzew z pustymi rękoma, łapiąc się na tym, że krąży w kółko. Czasem nie mógł w ogóle rozpoznać biegu ścieżek własnego umysłu, choć pamiętał, jak były wytyczane. Patrzył na porzucone na ziemi pierze, na pustą norę. Nie pytał już jednak "gdzie ja jestem?". Pytał: "kim ja jestem?". Bo przecież coś musiało się zmienić, gdy nie patrzył, inaczej nie zgubiłby drogi. Zmieniała go każda przepowiednia, jaką wypowiadał, a chociaż żadna nie należała do niego, do niego należały wspomnienia. Przeszłość determinowała przyszłość, osadzając go w teraźniejszości. Wszystko musiało pozostawać w równowadze. Bo gdyby zaburzył świętą równowagę, pozbawiając go podparcia, kim by się stał? Kimś podobnym do swej matki, nie wiedzącej, które "kiedy" jest tym właściwym "kiedy"? Wystarczająco wiele zapomniał, kiedy aktywnie brał. Nikomu nie mówił, jak często się na tym łapał. Jak często Donald go na tym łapał. Alexander nie chciał już więcej zapominać. Może dlatego to, co powiedziała Helloise było mu tak miłym. Było mu pocieszeniem. Nawet gdyby zgubił ścieżkę, wciąż mógł przecież wytyczyć nową, krocząc poprzez chwasty. Może i oddał Lorien najszczęśliwsze ze swych letnich wspomnień, ale w święto równonocy, zanim zaszło słońce, stworzył równie szczęśliwe wspomnienie, jeżeli nie szczęśliwsze. A więc chwasty. Niech będą chwasty, pomyślał, przypatrując się z zainteresowaniem Helloise. Najszczęśliwsze ze wspomnień, jakie miała przynieść mu jesień, wciąż jeszcze trwało. Siedziało obok niego, uśmiechając się uśmiechem Helloise. Alexander chciał, żeby trwało jak najdłużej. – W większości nie odróżniam ich od kwiatów – przyznał, uśmiechając się jak gdyby lekko zawstydzony. Napięcie, jakie pojawiło się w jego ramionach, gdy wypowiedział swoje pytanie na głos, zniknęło. Nawet spojrzenie wydawało się jakby... Łagodniejszym. – Więc jeżeli chcą rosnąć w mojej głowie, niechże się plenią. Może to łąka pełna mleczów zarosła mi ucho? – droczył się chwilę niezobowiązująco, przyjemnie przeciągając żart. "Dzik zawsze miał być dla ciebie", powiedziała. "I tak bym go nie jadła." Alexander, który utkwił na dłużej wzrok w tłustej plamie na obrusie, na początku chciał powiedzieć Helloise, że dzik był w mitologii celtyckiej atrybutem bogini Arduiny. Opiekunki wszystkiego, co w naturze dzikie i nieposkromione, patronki lasów i kniei. Ale potem... – Przekonany jestem, że mój kostur będzie, jak to ujęłaś, wystarczającym – odpowiedział żartobliwie, budząc się ze swojego odrętwienia nagłym mruganiem. Z trudem powstrzymał parsknięcie, uśmiech udało mu się jednak ukryć za podniesionym do ust pucharem wypełnionym miodem. Wydawał się w pełni swobodnym, gdy przysłuchiwał się Helloise, niemal w pełni skupiał się bowiem na niej. Obecność tak wielu ludzi wokół wytrącała go z równowagi, ale z nią czuł się dobrze. Przynajmniej dopóki ignorował całą resztę. Ja chciałabym być wszystkim, poprosiła przecież. Dlaczego nie miałby sprawić jej tej drobnej przyjemności? – Więc chciałabyś być jako i te chwasty – zauważył lekkim tonem, choć spojrzeniem wciąż uważnie studiował twarz Helloise. Wszędzie. A więc nawet i w jego głowie? Nie powiedział tego na głos, ale wystarczyła sama sugestia. Podobnie jak przywołane przez Helloise słowa, które padły na spotkaniu w Ataraxii, gdy oboje nosili nie swoje twarze. Czy teraz też chowali się za maskami? Być może bardziej dopasowanymi, a jednak maskami. Alexander obrócił delikatnie opartą o stół dłoń Helloise, tak, aby widzieć jej wnętrze. – A jednak widzę wciąż znajome linie, niczym żyłki ma liściach. Trudno będzie wymazać je z pamięci. Poważniejsze przemyślenia zachował na później. Póki co, pozwolił chwastom plenić się. [roll=Emocje] "Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda?" – Nie – odrzekł z rozmysłem. – Po prostu przestałem uciekać. – Palcem przesunął wzdłuż brzegu wypełnionego miodem kielicha, tak jak wcześniej sunął wzdłuż linii jej serca. "Już nie uciekam", tak napisał Lorien. Blisko miesiąc upłynął od tej deklaracji, ale przecież obiecał to samemu sobie znacznie wcześniej. Od pewnych rzeczy nie dało się uciec. Paczka papierosów w kieszeni. Posmak alkoholu na języku. Przynajmniej nic nie wpuszczał sobie w żyłę. – Myślałem, że doświadczyłem już wszystkiego, co można doświadczyć. Że popadając z jednej skrajności w drugą, poznałem smak życia w całej jego rozciągłości. – Że był wszędzie, bo zjechał świat, zapuszczając się w miejsca, w których postawiło nogę tak niewielu. Myślał, że w wiecznym kręgu życia jest krupierem, który wprawia w ruch koło do ruletki... A może graczem, który zgarnął główną wygraną. Tak naprawdę był tylko głupcem, który przegrywał z kasynem. A przenosząc się od stolika do stolika, tak jak przenosił się od kraju do kraju, nie mógł uciec przed prawdziwym problemem, jakim był on sam. – Myliłem się. – przyznał Alexander. – Nie żyłem tak naprawdę. Uciekałem przed życiem. Stałem się cholernie dobry w uciekaniu. – Wzruszył ramionami. – Nie przeszkadza mi, jeżeli będziesz mną za to pogardzać. W porządku. Wtedy myślałem, że jestem wolny. Jak wiatr. Wieje wszędzie, nigdzie się nie zatrzymuje. Tylko że wiatr nigdzie nie ucieka. Nikogo nie goni. Po prostu wieje. – Nachylił się lekko nad stołem i dmuchnął, sprawiając, że i jego wizytówka przewróciła się, lądując obok tej należącej do Helloise. – Tyle tylko mamy z sobą wspólnego, że obaj nosimy różne opowiastki, jeżeli kto chce słuchać... – Uśmiechnął się pod nosem, widząc, że jego wizytówka wciąż leży wierzchem do góry. Nie, nie było już ucieczki od Alexandra Mulcibera. – ...A czasem nawet zagwiżdżemy piosenkę. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Roselyn Greengrass - 21.11.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/a1/6c/47/a16c4790fb064767d3ed2911905d2775.jpg[/inny avek] Gdy Anthony się oddalił, została sama. Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w jego plecy, doskonale wiedząc, że czuje się nieswojo na weselu. Ale nie miał wyjścia - była siostrą pana młodego, a on oficjalnie jej narzeczonym, musiał się więc przemęczyć. Roselyn porozmawiała chwilę z kilkoma ciotkami, a potem podeszła do rodziców. Uściskała ich, szczególnie mamę. Dyskretnie zapytała o jej stan, w końcu była w ciąży. W kilku krótkich słowach zdradziła też wszystko, co miało związek z 8 września. Powiedziała, jak ma się posiadłość i że jest w trakcie jej odbudowy. Na pytania, gdzie podział się jej narzeczony, odpowiadała zdawkowo. Poszedł do toalety my ass, poszedł zajarać i to bez niej. Nieco obrażona więc stanęła z boku, akurat w chwili gdy Borgin wrócił. - Nie - skłamała, bo przecież jej ramiona były odkryte, a jej skóra była zimniejsza niż powinna. - Poza ciotkami? Nie, nikt. Powiedziała cicho, odruchowo nakrywając jego dłoń swoją dłonią. Liczyła na to, że nie będzie przesadzał z tymi czułościami - oczywiście że musieli zgrywać najlepszą parę w mieście, ale miała nadzieję, że Anthony nie przesadzi. Zarówno z tymi łapami, jak i alkoholem, bo wiadomo że alkohol sprawiał, że ludziom puszczały hamulce. - Jak byłam mała, zawsze chciałam wziąć ślub wczesną wiosną - odpowiedziała, czując jak dreszcz przechodzi przez jej ciało. Nie była jednak pewna czy to była zasługa Anthony'ego, czy zimna. W duchu miała nadzieję, że tego drugiego. - Przy rodzinnej posiadłości. W ogrodach. Ślub dla najbliższych. Odpowiedziała nieco zdawkowo - w jej głosie dało się słyszeć smutek. Rodzinna posiadłość Greengrassów nie nadawała się do zamieszkania, o czym wiedział, bo przecież w nocy przybył tam jej szukać. Ogrody zostały nietknięte, ale co z tego? Knieja była wciąż zamknięta. Póki to nie zostanie rozwiązane, nie było możliwości, żeby dłużej zaprzątała sobie głowę mrzonkami. - Ale to już nieważne. Nie dojdzie do skutku, póki nie odbudujemy domu i nie otworzą Kniei - westchnęła cicho. Nie zwracała uwagi na otoczenie, nie miała pojęcia czy ktoś patrzy w ich stronę, czy też nie. - Cieszę się z ich szczęścia, ale dla mnie Knieja ma najwyższy priorytet. Przynajmniej jeden Greengrass będzie miał udane małżeństwo i być może potomka - bo nie zapowiadało się, żeby cokolwiek z Knieją ruszyło w najbliższym czasie. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Helloise Rowle - 02.12.2025 Nie mogła mieć pewności, czy Alexander znalazł w jej słowach dokładnie to, czego szukał, lecz mogła ją mieć w tym, że czuł się w przestrzeni jej odpowiedzi komfortowo. Widziała to w tym rozluźnieniu ramion, w ułagodzonym spojrzeniu i uśmiechu. — Co jeśli nie żartowałam z tym kosturem? — zapytała, patrząc na znkającego za kielichem miodu Mulcibera. — Słyszałeś o kwitnących laskach? Atrybut arcykapłanów, boskich wybrańców. — Helloise utrzymywała rozmowę w swobodnym tonie, lecz było w jej głosie coś nowego, odległe echo pasji; w oczach Alexandra czarownica zaczęła zaś wypatrywać ukradkiem reakcji. — Wiesz, nie mam zimą wielu zajęć. Rzadko śnię, lecz we śnie dużo czytam. Legendy, baśnie. — Wzruszyła ramionami, jakby obniżając wagę swoich zainteresowań. — O tym berle, co więcej nie odrośnie w liście, bo kiedy je raz na pniu ostry topór przytnie, żywne straciwszy soki, więcej nie zakwitnie — zacytowała gładko z Iliady. — A jednak krążą legendy o zakwitających różdżkach, o kosturach wbitych w ziemię puszczających liście i pączki. Czasem myślę, że przeżywają tylko te mity, w których człowiek przez wieki intuicyjnie czuł… coś właściwego. Szczególnie gdy ta sama legenda powtarza się w wielu różnych szatach. — Czarownica wyciągnęła własną różdżkę i wyeksponowała ją jak poprzeczkę tworzącą pomost między dwoma swoimi palcami. — Myślałeś kiedyś, co by się stało, gdyby różdżkę bądź kostur z wprawionym rdzeniem ukorzenić z powrotem w glebie? Jak w legendach. — Obróciła gałązkę czubkiem ku ziemi. — Zmusić ją, aby pompowała w nowe pędy życie przez ten magiczny filtr, dzięki któremu i przez nas magia może przepływać? Pędy zdrewniałe są mniej delikatne od zielonych, da się w nie wprawiać rdzenie, hipotetycznie może nawet dokonać tego i bez uśmiercania ich. Z wystarczającą precyzją. Chirurgiczną. Zdrewniałe sadzonki wolniej puszczają korzenie, wymagają więcej cierpliwości, lecz da się ukorzeniać gałązki pozyskane porą bezlistną, gdy drzewa zasypiają, zrzucają liście, całą swoją energię kierują do wewnątrz, wolniej krążą w nich soki, zwalnia metabolizm. Łatwiej przeżywają. To już wkrótce. Wkrótce wszystkie liście opadną. — Odwróciła głowę; powiodła wzrokiem po obrastających miejsce wesela drzewach, na których złociły się wciąż jeszcze jesienne kolory. Odnalazła pod palcem wzory roślinnych nierówności na kołnierzu swojej sukni. — Jaką magią może zakwitnąć czarodziejski kostur połączony z energią drzemiącą w ziemi? A może rdzeń wprowadzony w system gleby staje się ujściem zamkniętych w niej mocy. Pozwala z niej czerpać… bez rozrywania czegokolwiek w delikatnej materii. — I mógł widzieć, że nie na cudach magicznego drzewka jej zależy. I mógł słyszeć tę nadzieję, że być może jest droga do wielkiej mocy, która nie naruszy nigdy więcej przemocą równowagi miejsc świętych. Projekt tyleż samo wspólnego miał z legendami, co z nauką, lecz w blasku ognisk rozpraszających aksamitny mrok wieczora przypominał baśń więcej niż cokolwiek innego. W oczach narratorki odbijały się iskry, pasja szalonego naukowca wyrwanego pierwszy raz od dawna ze swojego laboratorium. Pioniera, który marzył, by swoim dziełem przekraczać granice chroniące to, co teoretyczne, lecz jednocześnie nie burzyć tego, co boskie. Pomylona wizjonerka zamknęła swoją bajkę bez żalu, wręcz przeciwnie: wydawała się zdrowo zdystansowana od tego szaleństwa, ubawiona samą jego ewentualnością, wizją sprawdzenia teorii. W równym stopniu entuzjastyczna jej obaleniu, co potwierdzeniu. Podobne zainteresowanie żywiła w tamtej chwili wobec głowy Alexandra, szczególnie gdy pojawiło się w niej coś, na czym czarownica się znała: chwasty. — Chwast nie jest ściśle naukowy — poprawiła Mulcibera, gdy zadeklarował, że nie odróżnia chwastu od kwiatu. — Nie ma żadnej klasyfikacji. Sama filozofia. Istotą chwastu jest złośliwa natarczywość w plenieniu się tam, gdzie nie jest potrzebny. Lecz jeśli spojrzysz odpowiednio… wszystko może być potrzebne. — Uśmiechnęła się, nie przestając go prowokować do kontynowania gry. — Chwastu na łące nic nie chce zjeść, bo truje lub trudno się trawi. Bywa pasożytem, inkubatorem zarazy, mordercą. — Z każdym słowem figlarny ton czarownicy ciemniał, nie wytracając przy tym nic z żartobliwości. — Myślisz, że chciałabym być jako i te chwasty? — Cóż, z pewnością patrzyła wprost na niego z tą chwaścistą natarczywością, która rozpłynęła się, gdy Alexander sięgnął po jej rękę. Zaciekawiona, czy będzie w stanie dojrzeć w liniach swoich dłoni to samo, co potrafił wyczytać z nich wróżbita, zmapowała od nowa dobrze znane ścieżki. I jak zawsze — milczały, nawet gdy wiódł po nich wprawiony przewodnik. Więcej Helloise wyczytać potrafiła ze smug czerwonego zacieku ciągnącego się w dół jej palców nurzanych przed paru dni w miksturze, z drobnych skaleczeń i otarć, z pojedynczego odcisku pod palcem serdecznym. Na ścieżki przeznaczenia pozostawała mimo starań głucha. — Mam nadzieję, że nie będziesz próbował ich wymazywać. Pozbywanie się chwastów bywa destrukcyjne również dla tego, co wokół nich pożyteczne. — Słuchała jego wywodu z uwagą, choć nie potrafiła w pełni go przyjąć. Różdżką sunęła w zamyśleniu po krawędzi własnego kielichu, a spod jej czubka co jakiś czas leciały nieszkodliwe świetliste iskierki, bezużyteczne okruszki magii puszczanej bez celu w przestrzeń. — Odcinasz granice tak ostro — powiedziała w końcu, gdy Alexander skończył. — Wyrzucasz wspomnienie. Odmawiasz ucieczce prawa do bycia częścią życia. A uciekając, też żyłeś. Może i dopiero tu po powrocie znalazłeś siebie… jakieś dopasowanie, powołanie. Jakkolwiek zechcesz to nazwać. Nie wiem, co dokładnie robiłeś — leciutki podmuch z różdżki Helloise uniósł obie wizytówki, które zaczęły krążyć wokół siebie, raz ukazując znajdujące się tam imiona, raz chowając je — ale to też było życie. Tak samo realnie może po ciebie wrócić, jak wróciło po ciebie dziedzictwo. Zostanie w tobie. Nie tnij granicy. Nie zamykaj na nie oczu. — Wir porwał wizytówki nieco wyżej, odprowadzone przez leniwe spojrzenie czarownicy. — Zatem dobrze się składa, że słyszę piosenki. — Uśmiechnęła się do czarodzieja, pozwalając karteczkom swobodnie podryfować w dół. Jakkolwiek zapragnęłyby powrócić na ziemię. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Anthony Ian Borgin - 03.12.2025 Dużo było na tej ceremonii koneksji rodzinnych, ale był tu też dla swojej kuzynki, nie tylko dla Rosie, chociaż ta druga miała priorytet, zważywszy na okoliczności i typ łączącej ich relacji. Starał się palić najszybciej, jak umiał, dziękując Merlinowi za to, że mieli papierosy bez smrodu i jego perfumy wciąż dominowały przy skórze i na materiale drogiego, szytego na miarę garnituru. - Ah ta niezależność. - mruknął bezgłośnie pod nosem, wywracając niemalże oczami. Puścił ją na chwilę, wciąż jednak stojąc blisko i zsunął z ramion marynarkę, zarzucając ją potem na ramiona kobiety. Nie mógł pozwolić, żeby zmarzła i się rozchorowała. Zauważył, że w dzisiejszych czasach kobiety coraz bardziej chciały być samodzielnie i trudno było być gentlemanem. Oparł ją wygodnie o siebie, na tyle, ile przyzwoitość pozwalała i przesunął wzrokiem po gościach. Było tu wiele twarzy dobrze mu znanych, jak i takich, których chyba nigdy wcześniej nie widział, ale nie miał specjalnie ochoty na nawiązywanie znajomości. Dostrzegł Brennę z Atreusem, którzy wyglądali, jakby bawili się ze sobą doskonale i poczuł nieprzyjemne ukłucie, więc szybko odwrócił wzrok, pochylając się i przymykając oczy, aby nosem przesunąć po szyi swojej narzeczonej i skupić się znów na tym, na czym powinien. - Naprawdę ładnie pachniesz. Uspokajająco. - skwitował jedynie bez cienia zawstydzenia, dmuchając jej zadziornie w płatek ucha, gdy podnosił głowę i wyprostował się, aby nie rozeszły się żadne głupie plotki. Chciał jej trochę poprawić humor, a fakt, że miał młodszą siostrę, sprawił, że przypomniał sobie o tym, że kobiety naprawdę lubiły rozmawiać o ślubach, sukienkach i marzeniach. Nie był pijany, nie był nachalny – może odrobinę nadopiekuńczy, ale nie tylko ona potrzebowała odwrócenia uwagi i zajęcia na dzisiejszy wieczór. - To brzmi zupełnie, jak Ty. Ta wiosna, ogród pełen kwiatów i słoneczna ceremonia. - stwierdził z delikatnym skinieniem głowy, bo wizja ta bez problemu zatańczyła mu przed oczami. Ona przecież cała kojarzyła się z florą i delikatnymi kwiatami, a jakby miała kiedyś córkę, to pewnie imię też dostanie od jakieś rośliny. A może Flora, tak całościowo? Jej głos jednak nie brzmiał tak, jak liczył, że zabrzmi. Wciąż nosiła w sobie zmartwienie, smutek i zmęczenie, które irytowało go na tyle, że najchętniej pozbyłby się go od razu. Sprawy z knieją nie były jednak proste, zwłaszcza teraz, gdy tylko działo się w Londynie i wśród organizacji. - Nie smuć się piękna, to nie jest przecież stracone marzenie. Wszystko może się zmienić. Rzucił, obracając dłoń tak, że zacisnął jej palce w dłoniach, chcąc jej dodać otuchy lub ją pocieszyć. Wiedział, że ciężko było pozbyć się z głowy problemów, które narastały w takim tempie, nie dając jej wytchnienia – jeden po drugim, ale musiała znaleźć sposób, żeby się oderwała. Bo zwariuje albo dostanie depresji, nie wiedział, co było gorsze. - No i co ja mam z Tobą zrobić, jak, zamiast stawiać na szczycie siebie, wybierasz knieje, co? - zapytał z westchnieniem, kręcąc głową. Niewiele myśląc, zacisnął palce na jej ramionach i obrócił ją z łatwością tak, aby stanęła przodem do niego. Była drobna i lekka, mógłby ją nosić jak księżniczkę lub worek ziemniaków i wcale by się nie zmęczył – a taktyka ta mogła się przydać w przyszłości, patrząc na to, jak uparta Rosie była. Uniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku, żeby unieść jej podbródek. - Znajdziemy rozwiązanie, ale zaufaj mi, nie będziesz w stanie nic z tym zrobić, jak doprowadzisz się do wykończenia. Małymi krokami, osiągniesz swój cel, ale musisz mieć siłę, żeby je robić. Złapię Cię, gdy Ci jej braknie, ale nie mogę iść za Ciebie. - rzucił cicho, patrząc jej w oczy z łagodnością, ale i troską, bo autentycznie obawiał się, że zamkną ją w Mungu. Anthony westchnął, przysunął się i musnął jej czoło, a potem złapał dłoń dziewczyny i pociągnął nieco w stronę parkietu. - Chodź, zatańczymy. Nie zdołał jednak odejść daleko, gdyż pojawiła się przed nimi znajoma sylwetka. Zlustrował mężczyznę wzrokiem i uśmiechnął się, chyba na wspomnienie ich ostatniego spotkania i rozmowy, gdy to odkrywał nowe rzeczy. Wciąż miał mieszane uczucia względem niego, cholernie trudno było rozgryźć, o co właściwie w życiu mu chodziło, ale nawet trochę go polubił. Zaimponował mu chyba sprawą z motorem. Zatrzymał się tak, aby cały czas mieć na uwadze swoją partnerkę. - Anthony! Co za niespodzianka. Nie wiedziałem, że znasz moją kuzynkę. Czy może jesteś gościem Pana młodego? - przywitał się, prostując. Wolną dłoń rozluźnił, pozwalając jej opaść wzdłuż ciała, chociaż korciło go poprawienie koszuli. Drugą natomiast, przyciągnął ją delikatnie do siebie, pilnując, aby marynarka wciąż tkwiła na drobnych ramionach. - Pozwól, że przedstawię Ci moją olśniewającą narzeczoną, Roselyn Greengrass. |