![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 01.06.2024 Stoisko Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Gdyby nie ta cholerna klątwa u Roberta w tak widocznym miejscu, a już gdyby jego brat nie dostał nagle jakiegoś nieznanego ataku, NIE ruszałby tego golfa. Richard działał instynktownie, obawiając o życie brata. Już nawet pierwsze, co mu przyszło do głowy, to że klątwa mogła go zabijać. Ale na całe szczęście – nie miało to miejsca. Rozcięty nie mocno golf można było przecież naprawić zaklęciem. W najgorszym wypadku Richard odkupi Robertowi aż z pięć nowych swetrów tego typu. Zignorował w tym całym chaosie walkę odbywającą się gdzieś nieopodal. Zawołał Leonarda, aby udzielił pomocy. Ten na całe szczęście, podszedł. W między czasie Richard usłyszał krzyk Sophie, która poderwała się do działania, nie kontrolując emocji. Doprowadziła siebie do bolesnego wypadku. Mieli szczęście w nieszczęściu, że akurat przy ich straganie, znajdowało się niespodziewanie dwóch innych uzdrowicieli, poza Leonardem. Na pytanie Florence, Richard nie udzielił odpowiedzi, spojrzenie kierując na Leonarda, który na całe szczęście stwierdził, że sobie poradzi. Pomógł chłopakowi usadowić Roberta tak, aby jeden czuł komfort a drugi mógł udzielić pomocy. Wtedy wstał i zlustrował sytuację Sophie, chcąc mieć pewność, że i ona otrzymała pomoc. Kolejne jego spojrzenie powędrowało na Charlesa. Ojcowski gniew tym razem sięgnął maksymalnego poziomu. - DOŚĆ JUŻ TEGO CHARLES!Krzyknął do chłopaka. Nie chciał, aby ten znów cokolwiek próbował robić. Już wystarczająco pogorszył sytuację i zbeształ reputację rodziny. - ZABIERAJ TO ŚWIŃSTWO, JAKIE PRZYNIOSŁEŚ BEZ NASZEJ WIEDZY I WYNOŚ SIĘ STĄD! Miał oczywiście na myśli te pierdolone, chujowe świeczki w formie fallusów. Jeżeli jakieś jeszcze zostały. Bowiem, zostały. Czy to ta jedna na stole, czy również te w kartonach. Jego ton był chłodny, poważny i rozkazujący. Nie tolerował takiego zachowania. Kolejny raz Richard nie zamierzał się powtarzać a przejdzie do czynów, jeżeli Charles znów go nie posłucha. Według Mulcibera, całej tutejszej sytuacji on był tym winnym. Nie wiedział skąd chłopak miał ten nielegalny towar. Nieuzgodniony z Robertem. Nie otrzymawszy nawet zgody na jego sprzedaż. Nielegalny? Na to wyglądało. Jeżeli Charles sam wykonał tego rodzaju świeczki, powinien się wstydzić. Ze swojego miejsca nie ruszał się, wciąż będąc przy Robercie i Leonardzie. Kontrolnie sprawdzając, jak idzie leczenie. A także upewniając się, że Charles tym razem go posłucha i opuści to miejsce. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Florence Bulstrode - 01.06.2024 Stoisko Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber Oczywiście, że ludziom się nie podobało to co się stało, a rozbicie komuś świeczki - kutasa na głowie zrobiło z pewnością w oczach wielu z Atreusa kretyna bardziej niż z jego ofiary. W tej chwili jednak ta ofiara dzielnie to nadrabiała, stając i wygłaszając przemowę, gdy dwóch aurorów trzymało bijących się już na poważnie furiatów, a uzdrowiciele rozbiegali na wszystkie strony, by pomagać poszkodowanym, tu zawał, tu magiczny paraliż - jakby poczekanie pięciu minut miało być sprawą życia i śmierci... Florence w pierwszej chwili ruszyła się w stronę Sophii, która wyglądała na najpoważniej ranną, a Roberta ogarniał już chłopak, którego niedawno przyjęto na oddział, ale na miejsce szybko dotarł też Basilius, a ją zawołał Atreus. – Sprawdź czy poza paraliżem magicznym nie ma urazu głowy, uderzyła się o stoisko - rzuciła do kuzyna, który stał nieco dalej, gdy do tego doszło, a sama poderwała się i ruszyła w stronę brata, Alastora i Mulcibera, tego drugiego obdarzając skinieniem głowy. Alexandra dość mgliście kojarzyła ze szkoły, gdzie oboje trafili do tego samego Domu i jeżeli nie zwodziła jej pamięć, to sytuacje takie jak ta nie powinny być żadną nowością… Nottowi przez moment miała ochotę głośno oświadczyć, że gdyby trzymał ręce przy sobie tak, jak mu doradzała, nie byłoby problemów, ale uznała, że to mogłoby zranić Laurenta. Zignorowała więc go kompletnie. Gdzieś w tle wciąż słychać było krzyki Mulciberów, przerywano występ dzieci, ale teraz najważniejsi byli pacjenci. Najpierw upewniła się, czy Alexander nie próbuje dalej bić pięściami powietrza i aurorzy są w stanie go przed napaścią na nią powstrzymać - naprawdę nie zamierzała udzielać pomocy medycznej, gdy pacjent mógłby ją znokautować – i jeśli nic nie wskazywało na to, że dostanie prawym sierpowym, stanęła przed nim, wyciągając różdżkę, by zaświecić mu w oczy i sprawdzić reakcję źrenic. Spojrzeniem przesunęła też po twarzy i głowie, sprawdzając, gdzie ten został uderzony i czy nie widać jakichś złamań albo innych poważnych obrażeń. - Wstrząśnienie mózgu. Trzeba zaaplikować podstawowy eliksir leczący, ale i tak powinien unikać nadmiaru bodźców, gwałtownych ruchów i wypoczywać, a na pewno nie zostawać na Lammas - powiedziała, wstępną diagnozę opierając na tym, jakie dźwięki wydobywały się z ust Alexandra Mulcibera. A potem... dość nagle wykonała krok w bok. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 01.06.2024 południowe stragany
Oczywiście, że nigdy dotąd nie paliła! Choć niektórzy mieli zapewne problem w tym, żeby wyobrazić sobie to, iż na świecie istnieli ludzie, którym nie zdarzyło się nigdy w życiu sięegnąć po papierosa - ona właśnie, Penny, była właśnie takim jednorożcem. Znaczy się - była właśnie takim wyjątkiem. I nie. Nie zamierzała w tym momencie nadal upierać się przy tym, że wszystko było z nią w porządku. Zwłaszcza, że było wyraźnie widać, iż z całym tym papierosem nie poszło jej jakoś najlepiej. W ogóle nie poszło dobrze. Przyjęła podaną chusteczkę. W tym momencie zapewne wzięłaby od Matthew wszystko, byle tylko dojść do siebie. Poczuć się chociaż odrobinę lepiej. - D-dziękuje. - z trudem wyrzuciła między kolejnym kaszl i kaszl. Jednocześnie zastosowała się do rady udzielonej przez mężczyznę, rzucając odpalonego papierosa na ziemię. Nie pomyślała przy tym, że może byłoby warto go przydeptać. Jakoś zgasić. Zamiast tego skupiła się na tym, żeby wytrzeć łzy. Przestać kaszleć. Odetchnąć czystym powietrzem i dojść do siebie po kontakcie z tym świństwem. Co też ją tutaj podkusiło?! - T-tak, napiłabym się w-wody. - tym razem udało jej się nawet wypowiedzieć więcej słów. Kaszel męczył ją coraz mniej, ale wciąż nie zdecydował się ustąpić do końca. Nie poddawał się. Starał się dzielnie walczyć. Co za uparciuch! Skoro już zdecydowała się na kubek wody, ewentualnie na całą butelkę - cokolwiek mogła dostać na tym całym kiermaszu - rozejrzała się po okolicy, starając się dojrzeć jakieś stoisko, przy którym mogła coś takiego zdobyć. Zamiast tego jej spojrzenie natrafiło na jakieś zamieszanie w okolicy jednego ze stoisk. Typowe. Jak gdzieś się zbierze zbyt dużo ludzi, to zawsze musi się coś odjebać. Może przy okazji rozjebią stolik tego dupka, który nazwał swoje stoisko Magiczne Różności - przeszło jej przez myśl. Nie zamierzała jednak wypowiadać tego na głos. Tłumaczyć tego, o co w tym wszystkim chodziło. Z czego wynikała jej wyraźna niechęć oraz złość. - Chyba powinniśmy się stąd p-przenieść. - zauważyła, autentycznie obawiając się, że cała ta awantura mogłaby osiągnąć jeszcze większe rozmiary. Nie chciała się w nic takiego mieszać. Jej skromne doświadczenie mówiło bowiem, że z takiego mieszania się nigdy nie wychodziło nic dobrego. jedynie kolejne kłopoty. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Alexander Mulciber - 02.06.2024 Świeczki Mulciberów Wszystko jest git. We łbie mu się trochę ćmiło, nie rozumiał, gdzie jest Hades, z którym jeszcze przed chwilą wymieniał ciosy, nie ogarniał kompletnie, co, gdzie i jak ale wydawało mu się, że wszystko jest git, bo jego spojrzenie napotkało twarz zalewającego się krwią Philipa Notta, na co Alex stwierdził, że w sumie, to chuj, warto było: czekał na ten widok od czasu tego żałosnego pojedynku o honor Loretty. Po prawdzie, tak mu się już popierdoliło we łbie, że myślał przez chwilę, że to on, Alexander Mulciber, wyjebał Nottowi gonga na ryj (tak, akurat to, że ktoś okładał Philipa woskowym kutasem doskonale zapisało się w jego pamięci): może to i dobrze, że dostał zaburzeń zdolności poznawczych, bo dzięki temu osiągnął rzadki stan absolutnego pogodzenia się z samym sobą i otaczającym go światem, stał spokojnie, i ani myślał się awanturować. – Taa – mruknął potwierdzająco w stronę Alastora Moody’ego, nie rozumiejąc tak do końca, o co się go tak właściwie pyta. Nie przepadał za przydługimi rozmowami z przedstawicielami służb. Oni zawsze próbowali człowieka oszukać, mówili: “współpracuj, dobrze na tym wyjdziesz”, a potem wychodziłeś – ale w kajdankach. Julius Mulciber był tego najlepszym przykładem. Alexander nie wiedział, o co się go właśnie oskarżało – miał nadzieję, że nie o molestowanie seksualne, wolałby już być sądzonym za usiłowanie morderstwa woskowym penisem, niż być podejrzanym o jakieś dewiacje – ale postanowił na razie zachować spokój. Nagle, zalała go światłość: wydawało mu się, że widzi przed sobą twarz matki – jakkolwiek dziwnie rozmytą, halo, mamusiu? – ale zdał sobie sprawę, że Selina ma przecież ciemne oczy, a kobieta, która świeciła sobie różdżką, sprawdzając mu źrenice – jasne. Starał się przybrać możliwie najbardziej neutralny wyraz twarzy, rozpoznając w świetlistej postaci znajomą magimedyczkę, ale kiedy odruchowo zacisnął zęby, poczuł, że ząb mu się chwieje… Zaraz, co? Jaki eliksir leczący, jaki wypoczynek? Nie trzeba, chciał powiedzieć, nawet uniósł rękę w obronnym geście, a może dlatego, że trochę miał problemy z równowagą, i chciał się czegoś złapać, nie trzeba, wszystko jest w najlepszym porządku, i pokręcił gwałtownie głową, zanim zdał sobie sprawę, że popełnił duży błąd postępując wbrew zaleceń lekarki. Zemdliło go jeszcze bardziej. Zrzygał się prosto na buty Hadesa McKinnona. Wszystko jest git, pomyślał, ocierając usta. Od razu poczuł się o niebo lepiej. – Wszystko jest git – stęknął (a przynajmniej taki miał zamiar), próbując oddalić się jak najdalej od całego towarzystwa (jak wyżej). RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Morpheus Longbottom - 02.06.2024 Południowe stragany - Loteria
— Jesteś tego pewna? Bo rozróżniam natchnienie mocą od akumulacj magii wewnątrz swojego istnienia, która staje się przyrodzoną i naturalną. Jakby zbieranie energii również zwiększało podaż i magazyn, więc po opuszczeniu jej, w przeciwieństwie do baterii, napływa nowa, już w sposób... Biologiczny. Poza tym egregorzy nie mają stałej materialnej formy, bo są myślą i energią. Morpheus zauważył, gdy wychodzili, jakieś zamieszanie, ale kompletnie je zignorował. Nie zamierzał mieszać się w incydenty, gdy szedł pod rękę z piękną damą. Nawet jeśli był Longbottomem, który naturalnie szuka guza, ze względu na wadliwe geny, częściej niż większość swoich krewnych kierował się zasadą, że nie jego cyrk i nie jego małpki. Później miał się dowiedzieć niestety, że trochę jego cyrk i jego małpki, bo w sprawę był zamieszany jego współpracownik, Alexander Mulciber oraz jego bliższy znajomy, Philip Nott. W swojej radosnej nieświadomości, podszedł więc do koła fortuny. — Ja? Myślę, że chciałbym być bogiem porażki — stwierdził. Oczywiście, mógł powiedzieć o byciu bogiem snów, ale to byłoby tak bardzo nudne. Oklepane. Och, Morfeusz, bóg snów. Przecież nikt wcześniej na to nie wpadł. Drugą opcją, która drgała w jego jestestwie, był bóg czasu, ale tego tematu unikał, zwłaszcza pośród osób zakochanych w badaniu umysłów. Pod ubraniem nosił czasozmieniacz. We krwi krążył mu dar jasnowidzenia. W dzień, w którym pierwszy raz cofnął się w czasie, rozumienie jego upływu całkowicie odmieniło się w głowie mężczyzny. Wraz z teleportacją tworzyło coś na kształt kapsuły. Czas płynął dookoła niego, tak jak przestrzeń. Tu i teraz nie istniało w żadnym wymiarze. Jeden z powodów, dla których cofanie się w czasie nie należało do arsenału jego sztuczek randkowych. Był to sekret. Myśl o bóstwie porażki wypłynęła wraz z tym jednym nazwiskiem, które rozbrzmiało w żarcie ze sceny. Kolejka do loterii przesunęła się i stanęli przed kołami, razem z zakupionymi losami, co uczynili chwilę wcześniej. — Niechaj przyniosę ci szczęście, w takim razie, o patronko nauki, która zdaje się teraz na ślepy los. Niechaj porażka popłynie inną drogą, niż przez twoje ręce — mrugnął okiem do kobiety, bawiąc się ideą swojej boskości i rozpoczął losowanie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 02.06.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek] Południowe stragany
Matthew uśmiechnął się pod nosem, widząc, że jego pomocna dłoń - lub chusteczka - została zaakceptowana. Czyżby czuł się odrobinę odpowiedzialny za stan w jakim znalazła się Penelope? Mniejsza o to, ponieważ Penny chyba nie miała mu tego za złe, wszak chciał jej najpierw pomóc odstresować się tym papierosem, a później miał zamiar zniwelować skutki nikotynowego przyjaciela, który właśnie ją zniszczył. - W takim razie zaraz postaramy się coś znaleźć - zakomunikował, przyglądając się jak rudowłosa pozbywa się papierosa. Mądra decyzja Nawet pokiwał głową w geście, które miał docenić jej postępowanie. Lepiej, że tak postąpiła, bo co by było gdyby zdecydowała się palić na potęgę? Co jeżeli uznałaby to za swoje nowe "hobby"? - Jasne. Ruszajmy - zgodził się - Stojąc jak dwa kołki, nigdy nie odnajdziemy ani kropli wody - stwierdził. Może powinni sobie po prostu ukształtować szklankę czy butelkę z wodą? W teorii było to też jakieś rozwiązanie. Może nawet jedyne? Stanley rozglądał się na lewo i prawo, ale nigdzie nie był w stanie dostrzec żadnego stoiska z wodą czy chociażby sokiem. Wszędzie dominowały alkohole. Tutaj jakieś nalewki czy coś w ten deseń. Tam gdzieś jakaś cytrynówka, która była sygnowana bardzo znajomym nazwiskiem dla Borgina, ale nie bardzo dla Matthewa, który nie orientował się w lokalnej scenie magicznej. - Alkohol do popicia to raczej Cię nie interesuje? - zapytał, chcąc się upewnić, że to nie było to czego poszukiwali - Bo na razie nie widzę miejsca w którym można byłoby coś innego nić trunki z procentami - stwierdził z lekkim zrezygnowaniem. Nie mniej jednak, nadal się nie poddawał. Nie wierzył, że organizatorzy mogliby zapomnieć o tak podstawowej rzeczy jak woda. Na Merlina, nie było nawet najmniejszej fontanny z wodą? - O! - wskazał otwartą dłonią na strefę, która była nieopodal miejsca w którym się znajdowali - To wygląda jak strefa gastronomiczna. Gdzie indziej będziemy w stanie dostać coś do picia, niż tam? To chyba nasza jedyna nadzieja Penny - dodał, a następnie ruszył powolnym krokiem w kierunku tego miejsca. Powolnym też dlatego, że w końcu kuśtykał na jedną z nóg i nie był w stanie osiągnąć jakichś zawrotnych prędkości. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Mabel Figg - 02.06.2024 Południowe stragany, biżuteria Viorici Wyszczerzyła się na ten komentarz. – Wiem! – powiedziała wesoło, szalenie zadowolona z tego koloru włosów. – Kiedyś będę chodzić w kolorowych koszulach jak wujek Morpheus I mieć taki kolor włosów na stałe! Na informację, że wszyscy kłócą się o kolory świeczek pokiwała głową na znak tego, że rozumie i rzeczywiście jest to bardzo poważny temat do kłótni. Nie rozumiała tylko czemu Karl westchnął, pokręcił łebkiem i spojrzał na wujka mówiąc, że sam chętnie powtóciłby do krainy dzieciecen niewinności. Wzruszyła ramionami. – Nie wiem wujku. Po prostu wyglądasz jak labrador. Ale tylko taki czarny. No wiesz, masz taki hm… Kształt twarzy i w ogóle – Nie umiała tego wyjaśnić. Po prostu to wiedziała. Zerknęła na niego uważnie. – Ale chyba mógłbyś też być hipopotamem! A one podobno są bardzo groźne! Przyjrzała się ponownie biżuterii i pokręciła głową. Nie chciała, by wujek kupował jej za dużo rzeczy. – Nieee… Wiewiórka wystarczy. Wisiorek z kotem już mam, a labrador bardziej pasuje tobie. To znaczy gdybyś mógł i bardzo dziękuję. – Nagle zmarszczyła brwi, bo dopiero teraz coś wypatrzyła. – Wiesz co? A mogę jednak tego niedźwiedzia? Karl prychnęła oburzony, że nie zdecydowała się na jego podobiznę, ale Mabel udała, że nie zwróciła na to uwagi. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cedric Lupin - 02.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Rozmawiam z Vioricą. Powoli czuł się coraz bardziej przytłoczony tempem, z jakim przewijały się przed nim kolejne twarze. Z jakiegoś powodu nie pomyślał, że udając się na dość znane i popularne święto, może spotkać bliskich i znajomych. Niby nie było w tym nic złego, ale był przekonany, że przynajmniej niektórzy mogą zacząć zadawać pytania. Tyle dobrego, że z Munga trafiła mu się Florence. Była chyba ostatnią osobą, którą podejrzewałby o roznoszenie plotek, a miał nieprzyjemne wrażenie, że całkiem sporo osób miałoby ochotę usłyszeć o tym, z kim wolny czas spędza córka pani Zamfir. Starczy dodać do tego fakt, że dobrowolnie zrezygnował z dodatkowych godzin w pracy i tragedia gotowa. Przynajmniej w jego oczach. Naprawdę wolał uniknąć sytuacji, w której musiałby tłumaczyć swoje zachowanie oraz to, co ich łączyło. Głównie dlatego, że sam nie do końca wiedział, jak określić tę relację? Bo co, po prostu byli znajomymi? Wszystkie znaki na niebie obstawały za tą odpowiedzią, ale czuł, że mówiąc to, okłamywałby innych oraz siebie. Nie potrafił tego w pełni określić i nazwać, ale Vior zdecydowanie nie była mu obojętna. Nie miał jednak na tyle odwagi, żeby przeanalizować swoje uczucia i dojść do jakichś konkretnych wniosków. Po prostu skupiał się na tym, że lubił spędzać z nią czas. To chyba było najważniejsze, prawda? Poza tym — wcale nie był pewien tego, że w drugą stronę działało to tak samo. Po prostu skorzystała z oferty darmowej pomocy. Nie było sensu dodawać dalszej logiki do jej działań. — Dobrze, w takim razie skupmy się na lemoniadzie. Swoją drogą, kiedy coś jadłaś? Jeśli chcesz zachować siły do końca dnia, nie możesz pozbawiać organizmu energii — odparł, posyłając jej uważne, zatroskane spojrzenie. Nie miał żadnego problemu z tym, że w tej chwili jego głównym zadaniem było dostarczanie prowiantu. Zgadzając się na pomoc przy stoisku, wiedział, na co się pisze. Nie był jubilerem, nie był sprzedawcą i nie miał ambicji tego zmieniać. Poza tym — przyniesienie lemoniady miało znacznie więcej znaczenia, niż komukolwiek mogłoby się wydawać! Siedzieli tu już od kilku godzin, a Vior nie zatrzymała się nawet na chwilę. To wcale nie było dla niej dobre. Był lato, co oznaczało wysokie temperatury. Słońce już od dłuższej chwili prażyło ich swoimi promieniami. Nie miał zamiaru dopuścić do sytuacji, w której zrobiłaby sobie krzywdę przez nieuwagę. W rozmowach z nią czuł się łatwo, swobodnie. Gdyby tylko odrzucić fakt, że otaczały ich setki osób, których nawet nie znał, byłby to nawet przyjemny wypad na świeże powietrze. Praca lekarza powinna go przyzwyczaić do takich sytuacji, ale tutaj było nieco inaczej. W szpitalu miał konkretne procedury i wytyczne, których się trzymał. Tutaj robił za doczepione na szybko tło. Wsłuchiwał się w kolejne rozmowy, z lekką satysfakcja obserwując to, jak kolejne twory Vior zmieniają właścicieli. Wiedział, że miała talent, a to jedynie potwierdzało jego uwagi. Kobieta naprawdę powinna założyć własny biznes, ale nie chciał truć tym jej głowy, przynajmniej w tej chwili. — Tak, znam. Zdarzało mi się kilka razy go połatać, gdy trafił do szpitala. W teorii znamy się jeszcze ze szkoły, ale... myślę, że lepiej skupić się na aktualnej sytuacji — odparł nieco koślawo i niepewnie, wciąż podminowany tonem, w jaki przebiegła rozmowa tej dwójki. Przez chwilę kusiło go, żeby opowiedzieć jej nieco o tym, jak Bulstrode gnębił go w szkole, ale ostatecznie zrezygnował. Próby oczerniania go błędami młodości byłyby po prostu słabe. Nie miał zamiaru zniżać się do takiego poziomu. — Gracie w karty? W takim razie już wiem, na kim trenujesz swoje zdolności do pozbawiania mnie kolejnych sykli i galeonów — dodał jeszcze, kręcąc przy tym głową z lekkim rozbawieniem. Jak na razie ich zakłady praktycznie zawsze kończyły się na jej korzyść. Ciężko stwierdzić, co było gorsze. Fakt, że właśnie doszło do bójki, czy to, że musiał się odnieść do pomysłu biżuterii wykonanej w dość jednoznacznym stylu. Nie, żeby pomysł nie był śmieszny czy źle trafiony. Po prostu nagle zrobiło mu się jakoś tak cholernie głupio. — Nie wiem, czy bójka to idealna reklama, ale... mała kontrowersja pewnie nie zaszkodzi biznesowi? — odparł w końcu, bardzo usilnie starając się nie doprowadzić do sytuacji, w której jego policzki zrobiłby się czerwone. — Powinienem się tam przejść? Może ktoś jest ranny — dodał jeszcze, zerkając niepewnie w jej stronę. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 02.06.2024 Południowe stragany - Magiczne Różności
To nie było tak, że zapomniał o życzeniu swojej przyjaciółki. Starał się pokazać Olivii, że przyszłość potrafiła przynieść coś dobrego, jak to ostatnio, kiedy trzymał w dłoniach należącą do niej filiżankę herbaty. Nie było tak, że przepowiadał każdemu to, że umrze w strasznych męczarniach. Daleki był od tego, nawet jeśli śmierć była przerwaniem nici życia każdego człowieka. Po prostu to było nieuniknione. Doskonale wiedział, że w życiu nic nie szło jak w bajce - gdyby tak było to nie urodziłby się dotknięty tą chorobą albo zdobyłby dziewczynę, która mu się podoba. — Dla ciebie zawsze mam dobrą wróżbę. — Odpowiedział jakby na potwierdzenie tego, że pamięta o tym, czego ona sobie życzyła. Przy wróżeniu z herbacianych fusów mógł zachować dla siebie prawdziwe znaczenie widzianego na dnie filiżanki symbolu z herbacianych fusów. Wola jego przyjaciółki uniemożliwiała mu postawienie dziewczynie tarota, którego układy dotyczyły także par. — Następnym razem nie wahaj się z tym do mnie zwrócić. — Zaproponował, tym razem samemu ignorując nieco kąśliwą uwagę pod swoim adresem. — Jesteś najlepsza. — Przyznał rację swojej przyjaciółce, uśmiechając się przepraszająco. — Wspaniała inicjatywa. Znajdowanie kotom nowych domów, nie krzywdzenie ich. — Na wieść o tym Leon postanowił wyrazić swoje uznanie dla oddawanie skrzywdzonych przez czarodziejów kotów w dobre ręce. Postanowił samemu kucnąć na ziemi i ostrożnie wyciągając dłoń w stronę tego kota, tak aby nie spłoszyć tego zwierzęcia, jeśli chciał pogłaskać jego miękkie futerko. Poczuł jak jego palce stykają się z mokrym nosem kota, którego nieśmiało dotknął za uchem. Diva otarła się o jego nogawkę jego czarnych spodni, pozostawiając na nich całe mnóstwo kociego futra. — Bardzo ładnie. — Jego zdaniem to imię zdawało się pasować się do tego zwierzęcia, którego futerko delikatnie głaskał. W końcu wyprostował się, decydując pozostawić już w spokoju mruczącą Divę. Pokazane mu przez Tristana przedmioty przykuły jego uwagę i z tych wszystkich wystawionych na sprzedaż zdecydował się wybrać tę właśnie klamrę do paska od spodni. — Ile płacę? — Zwrócił się zarówno do Olivii w chwili, gdy sięgał dłonią po wybrany przez siebie przedmiot. Jak tylko pozna cenę to zamierzał znów sięgnąć po swój portfel i przekazać Olivii odpowiednią ilość pieniędzy. Po dokonaniu zakupu zamierzał samemu się oddalić - czekały na niego inne stoiska. Prawdopodobnie podejdzie jeszcze raz do stoiska Olivii i Tristana. @Olivia Quirke @Tristan Ward @Laurent Prewett RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 02.06.2024 Opuszczamy Południowe Stragany i zmierzamy do Strefy Gastronomicznej
Wyczarowanie szklanki czy butelki z wodą, nie przyniosłoby efektu. Oszukiwanie się w tej kwestii było pozbawione sensu. Na całe szczęście Penny nie musiała zwracać uwagi na wiążącą się z tym pomysłem głupotę, skoro ten nie został wypowiedziany na głos. Cóż... tyle dobrego. Zareagowała natomiast na pytanie o alkohol. W innych okolicznościach zapewne by nie odmówiła, ale teraz? - N-nie. - padło z jej strony krótkie. Konkretne. Jedno tylko słowo, ale niczego więcej nie było potrzeba. Przynajmniej w tym momencie. Bo i Matthew przecież nie mówił o tym alkoholu na poważnie. Tak to zdawało się wyglądać? Strefa gastronomiczna brzmiała w tym przypadku jak dobry plan. Sensowny pomysł, którego realizacją powinni się znaleźć. Obydwoje, skoro mężczyzna najwyraźniej zdecydował się jej pomóc. Towarzyszyć? Albo po prostu chciał odzyskać swoją chusteczkę! Zganiła się w myślach, zarazem na tą chusteczkę spoglądając. No przecież mu takiej nie odda. Bez sensu. Kompletna głupota. - Chodźmy. - zamiast dłużej się nad tym zastanawiać, kiwnęła głową. Na szczęście miała przy sobie trochę pieniędzy. Było ją stać na kubek czy dwa wody. A także na kilka innych rzeczy, gdyby przypadkiem zachciało jej się trochę zaszaleć na tym całym kiermaszu. Kto zresztą wie? Może zakupowe szaleństwo pozwoliłoby jej zapomnieć o tej całej aferze z blondynek, który odwiedził Zaczarowane Różności w celu dokonania reklamacji? Zdawało się brzmieć niczym całkiem sensowny plan. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Dziesiąty? Potrzebowali kilku chwil, żeby oddalić się od straganów i zamieszania, które zdawało się tutaj trwać. Teraz trzeba było jeszcze tylko stanąć w kolejce. Odstać tutaj swoje. Poczekać na moment, kiedy wreszcie przyjdzie im się dostać do kasy. Całe szczęście ta wydawała się całkiem sprawnie posuwać do przodu. Nie wyglądało na to, żeby mieli spędzić tutaj cały dzień. - Nie zapytałam Ciebie, Matthew, czy masz jakieś plany na Lammas? Tylko porwałam prosto na poszukiwanie wody. - zagadała, wcale jednak nie speszona tym, że te ewentualne plany mogła mężczyźnie pokrzyżować. Bo gdyby faktycznie były istotne, to by zapewne ją po prostu zignorował. Nie zagadywałby. Nie próbował pomóc. Penny nie była jednak tak do końca głupia. Co najwyżej jakoś tak w jednej czwartej. |