![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 02.06.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek] Strefa gastronomiczna
Pytanie o alkohol może i rzeczywiście było głupie, chociaż sam Stanley nie miał ku temu żadnych przeciwwskazań. W końcu było już grubo po trzynastej, a jak wiadomo - prawdziwy gentleman pije właśnie po tej godzinie. Przy takim obrocie spraw nie było żadnych blokad, aby jednak nie skorzystać z takiej możliwości. Mały drink nikogo przecież jeszcze nie zabił. No chyba, że Penny była równie święta w kwestii picia alkoholu? Jeżeli tak, to cóż - Aidan chyba znalazł sobie zakonnicę. Krok tu, krok tam. Metr za metrem i jakoś tak udało im się przejść do tej strefy gastronomicznej. Było to jednak zadanie utrudnione, ponieważ wiary było tutaj co nie miara. Wszyscy się pchali i szturchali, a to wszystko po to, aby zaoszczędzić kilka sekund. Pierdoleni ludzie Przeklinał w myślach całe to społeczeństwo. Stanley mógł się trochę odzwyczaić od większych skupisk ludzi na przestrzeni ostatniego miesiąca. W głębi duszy czuł jak go to wszystko rozsierdza. Na całe szczęście miał jeszcze papierosa, który go uspokajał. A przynajmniej robił to jeszcze kilka kroków temu, ponieważ właśnie się dopalił. Nie mając innego wyboru, wyrzucił niedopałek na ziemię, dogaszając go butem. Pożar na Lammas to ostatnie co chcieliby spowodować. Stanleyowi nie pozostało nic innego jak zacząć ponownie oddychać świeżym powietrzem, które było takie ohydne w zapachu. Ciężkie życie bez tych papierosów... - Umm... - zdziwił się odrobinę na takie pytanie - W zasadzie to chciałem się trochę rozejrzeć. Sprawdzić co w tym roku zostało przygotowane. Pospacerować i pooddychać trochę powietrzem - odpowiedział po chwili - Jakby się uprzeć to sam zaproponowałem opcje z poszukiwaniem wody, więc do żadnego porwania nie doszło. Nie musisz się obawiać. Nie zgłoszę tego do żadnych przedstawicieli służb bezpieczeństwa - zaśmiał się pod nosem, kręcąc przy okazji głową. Penny nie musiała znać przecież całkowitej prawdy, a to że trafiła akurat na Stanleya to po prostu przypadek i nic innego. - Odrobinę byłem też Ci to winien po tym jak poczęstowałem Ciebie papierosem - przyznał, robiąc krok do przodu. Ta kolejka szła całkiej sprawnie - A Ty masz może jakieś konkretne plany? Może czekałaś cały rok na któreś ze stoisk? - zapytał, przyglądając się dziewczynie przez krótką chwilę - Muszę też przyznać, że nabrałaś trochę więcej ludzkich kolorów. To chyba nie sprawka mojego lekarstwa? - pokręcił przecząco głową. Potężny żart w twoim wykonaniu Stanley RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 02.06.2024 Strefa gastronomiczna
Była przyzwyczajona do takich warunków. Penny bardzo chętnie pojawiała się na wszelkiej maści kiermaszach, festynach, temu podobnych. Niejednokrotnie zdarzało jej się przepychać pomiędzy ludźmi po to tylko, żeby dostać się do stoiska, z którego towarami koniecznie chciała się zapoznać. Właścicielowi zaś zostawić nieco swoich ciężko zarobionych knutów, sykli oraz galeonów. Dlatego też w chwili obecnej nie narzekała. Zwłaszcza, że z jej perspektywy powodów do narzekania naprawdę nie było. Kiwnęła raz czy dwa głową, słuchając jego odpowiedzi. Zarazem jednak skupiona pozostawała też na tym, żeby dotrzeć do lady. I przypadkiem nie pozwolić komuś na to, żeby bezczelnie się wepchnąć przed siebie i Matthew. - Odetchnęłam z ulgą. - nieco teatralnie przewróciła oczyma, kiedy powiedział, że nie musi się obawiać zgłoszenia żadnego porwania do służb bezpieczeństwa. Przecież oczywistym było, że żaden brygadzista nie wziąłby czegoś takiego na poważne. Gdzie to ona drobna, niewinna miałaby porwać dorosłego chłopa? - Bo może tego Ci nie powiedziałam, ale jestem poszukiwanym przez służby przestępcą. Żarty żarciki. Nawet jej przy tym przez myśl nie przeszło, że jeśli z ich dwojga ktoś miał być faktycznie poszukiwany, to tym kimś był Matthew. Penny nie była kimś, kto źle myślał o innych ludziach - przynajmniej do momentu, kiedy taki ktosiek nie dał jej do tego podstaw. Matthew natomiast wydawał się całkiem miły. Poczęstował papierosem. Dał jej chusteczkę. Towarzyszył w poszukiwaniu wody. Na pierwszy rzut oka wydawał się naprawdę porządnym czarodziejem. A że porządni czarodzieje czasami oglądają świat zza krat... - Z reguły po prostu się po takich kiermaszach rozglądam. Tym razem chciałam zobaczyć stoiska z biżuterią i pewnie te z ubraniami. Zajmuje się jubilerstwem, wiesz, takim magicznym, więc Lammas to dla mnie dobra okazja, żeby zobaczyć jak się trzyma konkurencja. - szczera z niej była dziewczyna, więc i w tym przypadku nie kręciła. Nakreśliła na spokojnie swoje plany nie widząc w tym żadnego problemu. Nawet nie zauważyła, że ta rozmowa pozwoliła jej wreszcie nieco uspokoić wcześniejsze nerwy. Pozbyć się z głowy całej tej sytuacji, która wcześniej wydarzyła się w sklepie. Tylko czy faktycznie minęło jej to tak na dobre? Nie zareagowała w żaden wyraźny sposób na to, że wyglądała lepiej. Znaleźli się bowiem wreszcie przed pracownicą punktu gastronomicznego. To na niej Penny chwilowo skupiła całą swoją uwagę, prosząc o butelkę lub kubek z wodą. Cokolwiek mogła w tym miejscu dostać. Z powodu typowej dla siebie uprzejmości zapytała też Matthew czy chce coś dla siebie, po czym za wszystko zapłaciła. Mogli odejść na bok. Wymagało to jednak ponownego przeciśnięcia się między ludźmi. Penny rozejrzała się nad jakimś nieco spokojniejszym fragmentem placu i zaciągnęła w upatrzone miejsce swojego towarzysza. Nie przyszło jej nawet przez myśl, że mogliby usiąść przy jednym stoliku. Pewnie by się nie powstrzymała i zamówiła wówczas coś słodkiego! Trzeba było gdzieś postawić sobie granice. Kiedy wreszcie mieli odrobinę spokoju, napiła się zakupionej wody. - No dobra. Ja Tobie sporo powiedziałam na swój temat. Ty mi natomiast praktycznie nic. Musimy to nadrobić. - zadecydowała. Już nawet nie pytała, a oświadczyła, jakby podanie tych informacji było jego obowiązkiem. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Rabastan Lestrange - 02.06.2024 Południowe stragany - Loteria
Rabastan znowu ustawia się do kolejki, a po odebraniu nagrody znika w tłumie. Trzeba było tu przyjść w towarzystwie, powtarzał sobie z niezadowoleniem Rabastan, krążąc bez większego celu po terenie kiermaszu. Nastawiał się, że faktycznie będzie miał tutaj co robić lub chociażby na co popatrzeć. A zamiast tego... Było tu dosyć nudno. Gdyby festiwal odbywał się w Dolinie Godryka czy innej podrzędnej wioseczce byłby w stanie przymknąć na to oko. Bądź co bądź, sabaty często wiązały się z wiejskimi klimatami. Ale Lammas przecież odbywało się w mieście, na Merlina! I to w stolicy Wielkiej Brytanii. Lista sponsorów niby była spora, ale jak na razie nie było widać, aby wpakowano w to wydarzenie wystarczająco dużo stosów galeonów. Ktoś ewidentnie chciał tu zrobić imprezę po kosztach. Nawet dzieci na scenie się z tego wszystkiego popłakały. Nie dziwił im się. Też by się popłakał, gdyby kazano mu występować w takich warunkach. Dzięki niech będą Matce, że jego praca zakładała pracę w zamkniętym studio w mugolskiej dzielnicy Londynu. Wówczas jedyną widownią na żywo byli jego współpracownicy. Po zrobieniu krótkiej rundki wśród stoisk i zahaczając na moment o strefę gastronomiczną, Rabastan na powrót znalazł się przy południowych straganach i raz jeszcze ustawił się na końcu kolejki do koła losującego. Jak na razie była to jedyna atrakcja, która faktycznie okazała się warta jego uwagi. Wprawdzie aspekt losowy był tutaj nieco martwiący, jednak też chciał się trochę zabawić przed końcem lata. Może było to nieco trywialne, ale w tym momencie był gotów nawet wypisać czek dla organizatorów na swoich rodziców, byleby tylko wygrać coś ciekawego. Ech, czego to nie zrobi młody czarodziej dla małego zastrzyku dopaminy. W końcu nadeszła kolej Rabastana, który zaczął kręcić kołem... Jak szalony. Drugi raz... Czwarty raz... Szósty raz... Portmonetka Lestrange'a robiła się coraz lżejsza, jednak ten, ku niezadowoleni kolejki, nie przestawał. Koniec końców wskaźnik jednak trafił na odpowiednie pole, obdarowując Lestrange'a małym podarkiem. Ciekawe, jak bardzo go zainteresuje i jak szybko wyląduje w kącie, bo nie będzie w stanie zrobić z niego większego użytku? Po losowaniu chłopak ponownie zniknął w tłumie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jagoda Brodzki - 02.06.2024 Południowe stragany | Przy pierwszym stoisku "Magiczne Różności"
Odkładała w czasie przybycie tutaj, dlatego w końcu pojawiła się na jarmarku w porze podwieczorku. Zdecydowanie słynęła ze swojego uwielbienia do miejsc głośnych, zatłoczonych, pełnych nieznanych jej ludzi... I nieuporządkowanych, zapomniała jeszcze o tym. I w ogóle to kręcące się dzieci nie trafiały nawet do koszy na śmieci, pomimo tego, że kosze te były zaczarowane i zbierały papierki z najbliższej okolicy samodzielnie, wyciągając coś na kształt łapek spod siebie, aby chapnąć leżący bezpański śmieć. Środek ścieżki był jednak poza ich zasięgiem. Któż mógłby przypuszczać, że Jagodę zastanie się tutaj z taką okropną skwaszoną miną? Każdy, kto choć trochę ją znał. Włosy splotła dzisiaj w dwa warkocze, opadające na ramiona z przodu. W białej koszuli i czerwonej spódnicy, ozdobionej misternym haftem, nie wyglądała bynajmniej na osobę ze swoim statusem rodzinnym, raczej jakby ją wyrwali ze wsi, ale jako córkę sołtysa, a nie jakąś biedną dziewczynę pracującą w polu. Jagoda była dobra w chowaniu własnych emocji, nie sądziła jednak, że będzie potrzeba by udawać, że wcale nie czuje lekkiego dyskomfortu. Już dawno nie występowała w reprezentatywnej roli, tutaj nie była córką rodu Brodzki, który nikogo nie obchodził w Anglii, była zwykłą rzemieślniczką zajmującą się ozdabianiem ludzkich uszu, szyj, nadgarstków i cokolwiek tylko zamarzy. Zarówno ona jak i jej klient... Wspomnieniami wróciła na chwilę do najdziwniejszych zamówień, jakie otrzymała. Oczywiście, pozostaną one słodką tajemnicą Brodzki, tak długo jak sam zamawiający nie będzie chciał pokazać tych ozdóbek komuś... Ciekawskiemu. - Bardzo dziękuję, że mogłeś być mi dzisiaj towarzystwem. - Powiedziała do swojego dzisiejszego kompana, po chwili przyglądania się rozłożonym na stoliku pracom. Czy szukasz tutaj dzisiaj czegoś specjalnego? Może z myślą o swoim wielkim dniu? Wciąż wpatrywała się w mnogość błyskotek wystawionych na stoliku przed nią. To tak zupełnie różniło się od jej codziennej pracy, jednak osobiście myślała, że zaprojektowanie nawet skromnego wisiorka tak, by móc wystawić go na widok tysiąca oczu, by te jedne w końcu znalazły i uznały go za ten jeden idealny jest pewnego rodzaju sztuką. Jagoda najpierw rozmawiała z potencjalnym klientem i wytwarzała jego własny, specjalny kawałek biżuterii. Personalny, a wręcz intymny kawałek życia, który chciał zakląć w małym przedmiocie i nosić go ze sobą. Nie uważała jednak swojego sposobu za lepszy. Taka sztuka jaka została pokazana tutaj również jest trudna i powinna być nagradzana. Może powinna coś kupić? Nawet pobieżnie znała się z osobą, która tu sprzedawała. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Vera Travers - 02.06.2024 Południowe stragany, Loteria z Sennym Władcą.Brew czarownicy unosi się z zaciekawieniem, gdy towarzysz wypowiada kolejne słowa. Jego spojrzenie jest czymś świeżym, odmiennym od tego które zwykła znać. Zapewne wpływał na to fakt, iż w gronie jej znajomych znajdują się inni naukowcy bądź osoby o bardziej pragmatycznym podejściu do życia. - To czego jestem w tym momencie pewna, to chęć rozłożenia twojego mózgu na części pierwsze, aby sprawdzić co jeszcze się w nim kryje. Jego zawartość wydaje się być z kategorii tych fascynujących… Świeżych i ekscytujących. - A gdy to mówi, przysuwa się doń odrobinę, tak by te słowa przeznaczone były jedynie do jego uszu. Zielone oczy błyszczą ciekawością i ekscytacją, gdy umysł zawiesza się na tej idei. I choć słowa mogą przerazić, tak naprawdę są specyficznym komplementem, który nierzadko opuszczał jej usta. Vera Travers interesuje się jedynie wyjątkowymi przypadkami. I ma wrażenie, że taki przypadek właśnie prowadzi ją w stronę loteryjnego koła. - Tak, z pewnością fascynujący… - Mruczy na kolejne słowa, a kieliszek z winem nonszalancko wędruje do jej ust. Choć toczona rozmowa sprawia, iż przez chwilę ma ochotę sprawdzić czy jego drink nie smakuje przypadkiem lepiej, gdy spijany jest z męskich warg. Longbottom fascynujący być musi - inaczej ich znajomość nie ciągnęłaby się długimi latami przez te wszystkie góry i doliny relacji międzyludzkich. Vera lubi tych, którzy potrafią ją czymś zaskoczyć. Wyrwać z ram logiki i codziennej rutyny; przekierować tabun myśli w inne strony niż te, które zawsze ją pochłaniały. Spowodowane jest to zapewne chorobą, będącą najwspanialszą i najokropniejszą rzeczą jaka ją spotkała. Tuż obok likantropii, ta jednak zdaje się być znośniejsza. Z pewnością prostsza. - Co stoi za twoim wyborem? - Pyta więc, gdyż większość społeczeństwa nienawidzi porażek i robi wszystko, by ich nie doświadczać. Vera do tego tematu podejście ma iście naukowe mówiące, że gdyby nie porażki nie udałoby się dojść do rozwiązania. A to było istotą niezwykle płochliwą i psotną. Śmieje się dźwięcznie na kolejne słowa towarzysza. - Ślepy los? Mój drogi, posiadam jakieś… - Zawiesza się na chwilę, by wykonać w głowie szybki rachunek. Z kategorii tych, które wykonywała wielokrotnie i niemal automatycznie. - trzydzieści pięć procent szans na wygraną zadowalającą i jakieś pięć procent szans na to, że wygrana będzie powyżej oczekiwań. - Odpowiada do bólu naukowo, ciężko jednak oczekiwać innej odpowiedzi od kogoś, kto przesiąknięty jest logiką, statystyką i innymi zagadnieniami z pogranicza czarnej magii. Vera wymienia los, smukłe palce dotykają jednego z kół by przy pomocy odpowiedniej siły wprawić je w ruch. Koło obraca się szybko, by po kilku uderzeniach serca zwolnić. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 02.06.2024 Namioty za sceną
Nie powinien mówić Bagshotowi żadnej z rzeczy, które powiedział. Nie powinien mu tego mówić, nie powinien z nim flirtować, nie powinien pokazywać mu się od tej strony. Powinien czuć zażenowanie, wstyd, ale kiedy wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze... odkrył, że nie czuł żadnej z tych rzeczy - w jego sercu znajdowała się olbrzymia pustka, przeplatana tęsknotą za ciepłym, dobrym czerwcem. - Oba - przyznał Jimowi smutno. - Ogniste anioły to coś, co musi wyglądać naprawdę ładnie, ale ta piosenka nie ma nic wspólnego z dobrymi emocjami. - Brzmiał ciszej niż kiedy rozmawiał z Isaaciem, inaczej niż kiedy opowiadał żarty o Żydach i śmiał się odrobinę zbyt głośno. Flynn był... smutny. Wyraźnie smutny. Miętosił swoją smutną, spuchniętą od ryczenia przez trzy ostatnie dni twarz, jakby to miało cokolwiek dać i zdał sobie sprawę z tego, że kiedy nie słyszał już gwaru ludzi znajdujących się na kiermaszu, a zamiast tego znalazł się w miejscu cichym i ustronnym - ból wrócił. Po cichym westchnięciu zaczął wycierać twarz mokrą chusteczką, próbując doczyścić tę wiecznie niewdzięczną mordę. Nie lubił tego robić, ale zdążył już zrozumieć, że to naprawdę pomagało nałożyć makijaż i... całkiem nieźle maskowało to, jak oczy zachodziły mu łzami. No bo śmiechy śmiechami, durnoctwa tu jakieś opowiadał i próbował się bawić, ale wciąż czuł się tragicznie. Wiele by oddał za możliwość bycia zamkniętym w ramionach kogoś, kogo obecności tu oczekiwał, ale no własnie - Alexander nie był miłosierny i Flynn spuszczał głowę w dół kiedy tylko go widział, Caina wywiało chuj wie gdzie i znając jego szczęście, to nie żył już, tylko nikt go o tym nie poinformował, bo przecież byli dla siebie haha nikim. - Anioły powinny być czymś skąpanym w jasnym świetle, czymś, co kojarzy się z lepszym jutrem. Czymś, co robi wrażenie, jakby miało uratować cię z najbardziej pokurwiałej sytuacji, nie? Walka mocą miłości. - Pierdolnął sobie te skrzydła na plecach nie bez powodu, tak? Rzucił przelotne spojrzenie na zdjęcie kobiety o rudych włosach. Też sobie pomyślał - ładna, miała też przyjemnie ciepły uśmiech, trochę jak Nora Figg. Niestety nawet Olivia Quirke otoczona kilkoma prezerwatywami nie miała szans wyrwać go z tych objęć rozpaczy. Zrobił to dopiero kolejny łyk wódki wyciągniętej z kieszeni kurtki wciąż przewieszonej w pasie. Przełknął ją, schował buteleczkę z powrotem i odwiesił wszystko na oparcie krzesła stojącego przy toaletce, a później zadarł głowę do góry, wpatrując się w Jima. - Podoba mi się to - powiedział otwarcie, ale już w samym tonie dało się wyczuć, że coś jest nie tak. - Tylko... - kurwa, przecież to był śliczny pomysł i schlebiało mu to, że Jim w ogóle o tym myślał, nawet zabiło mu mocniej serce - ja ten tatuaż miałem jak zajmowałem się... nieprzyjemnymi rzeczami i... boję się, że ktoś - Bagshot na przykład - uwieczni to później w gazecie albo coś. Wszyscy dostaliby namacalny dowód tego, że dalej żyję. Zaraz obok nazwy cyrku. - Nerwowo skubał skórki przy swoich paznokciach, póki nie dostał tej farbki, jak już ją dostał, to zaciskał palce na opakowaniu. - Ale wiesz, to jest naprawdę śliczny pomysł, a jeżeli nie wiedzą, czym są anioły, to mogliby się wreszcie kurwa dowiedzieć. - Uśmiechnął się do niego. Szczerze. Nawet jeżeli w kącikach jego oczu od dobrych kilku minut zbierały się łzy. Wykorzystał to, że Jim się nad nim pochylał, żeby pocałować go w policzek. Dokładnie w taki sposób, w jaki robiły to dziękujące za coś kobiety. - Mógłbyś co? - Zapytał jeszcze, ale nie miał pojęcia, czy uzyska na to odpowiedź, bo... coś się stało na zewnątrz? Nie poderwał się z krzesła, ale odwrócił twarz w kierunku, z którego dochodziły dźwięki krzyku. Sytuacja wydawała się być opanowana, chociaż te dzieciaczki... uh. Nie miał czasu się nimi martwić, zakrył tylko te gumki portfelem okradzionego dziennikarza, zanim zrujnuje opinie gejów w tym mieście już doszczętnie. - Kurwa - rzucił przelotne spojrzenie na jakieś zagubione dziecko - znaczy eeee bulwa, a ja chciałem jeszcze zapalić... - dziecko nadal się na niego gapiło - znicz mojej zmarłej matce...? Dlaczego właściwie ten występ był aż taką katastrofą...? Nie zdążył zapytać, bo zaczął się w pośpiechu ubierać w dzisiejszy kostium. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Heather Wood - 02.06.2024 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ee16844e676f0fd423bd7382372da012/bf90c44142d123b2-53/s400x600/d8f32073ae895762cfaf1e884d242fea6e88933a.pnj[/inny avek] Południowe stragany- okolice loterii fantowej
Cameron nie musiał się martwić tym, że Ruda zainteresuje się kimś innym. To on został przez nią wybrany, teraz już tak całkowicie i nie liczył się nikt więcej. Co tu dużo mówić, naprawdę zaimponował jej tym, jak po nieszczęsnym Beltane interesował się jej osobą, nikt nie poświęcił jej tyle uwagi. Zbliżyli się do siebie bardzo, mimo, że już wcześniej wiele ich łączyło, tyle, że teraz tkwiła w tym tylko ich dwójka, co raczej jej się podobało, niżeli przeszkadzało. Nie potrzebowała już niczego więcej do szczęścia, wystarczała tylko świadomość, że ma jego. Kto by się spodziewał, że w tak młodym wieku będzie pewna swoich i uczuć i tego, że to właśnie z nim chciałaby spędzić całe swoje życie. Na pewno nie ona, jeszcze kilka miesięcy temu. To Beltane wiele zmieniło. Słyszała o tym, że wiele par się poróżniło przez ten rytuał, w ich przypadku było zupełnie inaczej, mimo przeciwności losu. Dotarło do niej, że czegoś jej brakuje i tą brakującą częścią jej życia była właśnie obecność w nim Camerona tak na stałe. - Muszę przyznać się do tego, że nie umiem nawet kolorować, wychodzę za linie, chociaż ktoś to może uznać za artyzm, bogacze potrafią zapłacić spore pieniądze za byle gówno, wystarczy, że ktoś je odpowiednio zareklamuje. - Jej matka czasem kupowała takie pierdoły, że łapała się za głowę, jednak nie szło jej przemówić do rozsądku. - Mają, bo Lizzy nie zna umiaru, lubi kupować takie rzeczy, chociaż w sumie nie widzę w tym żadnego sensu. - Cóż, panna Wood nie specjalnie interesowała się sztuką i raczej nią gardziła. - Nie widzę nigdzie goblina, może zmienili operatora loterii, wiesz, gobliny są wątpliwe, może ktoś poszedł po rozum do głowy. - Miała co do loterii nieco więcej entuzjazmu niżeli Lupin, ale ona lubiła te drobne ryzyko, niespodziankę wynikającą z ślepego losu. Zgarnęła swoje fanty, które okazały się być nie najgorsze, nawet uśmiechnęła się pod nosem, gdy zobaczyła pelerynę i magiczne trzewiki, na pewno będzie można te rzeczy wykorzystać do czegoś głupiego. Później obserwowała Camerona, który kręcił kołem, w sumie też trafiły mu się niezłe losy, na pewno lepsze niż te puste na Ostarze. - I jak, zadowolony? - Zapytała go jeszcze ciekawa, czy faktycznie było tak źle, jak się zapowiadało. Już mieli iść pod scenę, gdy zaczęło się to całe zamieszanie. Nie do końca wiedziała, co dokładnie się wydarzyło, ludzie jednak zaczęli się przepychać, wtedy zacisnęła mocniej rękę na różdżce. Czyżby śmierciożercy ponownie postanowili uderzyć w sabat? Spojrzała na Camerona, mógł dostrzec w jej oczach panikę, bo ostatnio to wszystko nie zakończyło się dobrze, do tego zgubili w tłumie gdzieś Brennę i inne znajome osoby, bała się, że Lupinowi może stać się krzywda, przyciągnęła więc go do siebie, by znajdował się tuż obok niej. Nie chciała go zgubić w tym tłumie. - Czy ktoś potrzebuje pomocy? - Krzyknęła głośno, w końcu była brygadzistką, może dzisiaj nie na służbie, ale jedna poczuwała się do pewnej odpowiedzialności związanej z zawodem, jaki wykonywała. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sebastian Macmillan - 02.06.2024 Południowe stragany - stoisko kowenu
Obsługuję Menodorę, a potem Laurenta, gdy zjawia się na moment przy stoisku. Sfinalizowanie transakcji Brenny zbiegło się poniekąd w czasie z nieco mniejszym ruchem przy stoisku kowenu. Sebastian nie wiedział, czy była to wina dzikiego skrzeczenia czarodziejów i czarownic przy stoisku Mulciberów, czy goście festiwalu zainteresowani byli występem chóru ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ale nie miał zamiaru narzekać. Właściwie to przyjął ten stan rzeczy do wiadomości z niemałą ulgą. Dzięki temu miał szansę na spokojnie sprawdzić, czy jego asystent wystarczająco dobrze radził sobie z rozliczaniem kasetki. Wprawdzie koniec końców nikt w głównej siedzibie nie ganiałby ich za brak paru monet, ale nie chciał potem świecić oczami przed starszymi kapłanami w imieniu Edwarda. Plus był jeszcze aspekt tego, że młody kapłan był pod jego opieką, toteż liczył, że wyciągnie coś z tego spędzonego wspólnie popołudnia. Sebastian może nie należał do najbardziej rozgadanych czarodziejów, ale był spokojny i cierpliwy, więc jego charakter rzadko kiedy wzbudzał w innych wzburzenie. — Oczywiście, już pakuję — poinformował najnowszą klientkę, jaką okazała się Menodora. — Ed, wypakuj dla pani po jednym egzemplarzu książek siostry Fantazji, dobrze? — Uśmiechnął się do czarownicy. — Obwoluty nie będą tak... zużyte. Te tutaj są ciągle przeglądane przez klientów. Niedopowiedzenie. Książki na wystawie były w takim samym stanie co te, które Edward właśnie wypakowywał z pudeł, aby dodać do brązowego koszyka. Sebastian spojrzał z nieprzeniknioną miną na karton wypełniony twórczością kapłanki Fantazji. Na Matkę, ta to dopiero miała ciężkie pióro... Podejrzewał, że większość tych przepisów można było zamknąć na stu stronach w książce-broszurce, a nie bawić się w ''ekskluzywne'' wydanie. — Koszyk plus dwie książeczki — podsumował, sięgając po jedną z zakładkę. — I bonus od braciszków z kowenu. Niech Matka panią prowadzi. Wsunął drobiazg do koszyka wybranego przez Dorę. Eh, jakoś trzeba było robić kowenowi dobry PR po tym, co zrobiła jego kuzynka podczas Lithy. A Sebastian... Cóż, tak długo, jak nie miał nad sobą bata starszych stażem kapłanów, był gotów nieco nagiąć własne przyzwyczajenia i wyjść ze swojej strefy komfortu. W normalnej sytuacji w życiu nie zdecydowałby się na bycie główną osobą odpowiedzialną za stoisko. Zdecydowanie wolał kręcić się gdzieś na boku i wspierać innych kapłanów czy kapłanki. Teraz zbytnio nie miał tego wyboru. — Laurent. — Skinął mężczyźnie głową. No to teraz miał już cały zestaw z ich wypadu do Kniei! Atreus, Geraldine, a koniec końców i sam Prewett zawitał do jego stoisko. Niezły zbieg okoliczności. — Chyba powinniśmy zrobić jakąś współpracę z Figgami — rzucił w przestrzeń, nie precyzując w sumie czy mówi do Laurenta, czy Edwarda. — Oni mają koty, my mamy kosze do ich noszenia... Biznes idealny. Niech Matka ci dziś sprzyja, Laurencie. Macmillan przysiadł na stołku, korzystając z chwili wolnego i zerkając z ciekawością w stronę sceny. Chór najwidoczniej skończył już swój występ, jednak Sebastian miał nadzieję, że to nie był koniec atrakcji. Przydałoby im się jeszcze parę wystąpień muzycznych, bo inaczej zwariują w tym szumie, jaki wytwarzał tłum czarodziejów przechodzących z miejsca na miejsce. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Eutierria - 03.06.2024 Osoby przy stanowisku ze świecami
Jak dla mnie można tutaj pociągnąć ostatnią kolejkę, po której wszystkie obostrzenia mistrza gry miną (o ile nie wydarzy się znowu nic nieoczekiwanego). Po tej kolejce będzie już można swobodnie (ale również z rozsądkiem) dołączać do tego, co dzieje się w obrębie tego straganu.
Oczywiście jeżeli macie tutaj jakieś inne potrzeby, to jestem cały czas dostępna.Hadesie, oczywiście nie udało ci się wyrwać. Atreusie, nie jesteś w stanie dostrzec aur, obraz przed oczyma trochę ci się rozmazał. Charlie, niestety twoja nędzna charyzma cię zawiodła... w tym chaosie absolutnie nikt nie chciał słuchać drobnego chłopaka próbującego rozgonić publikę. Philipie - słyszysz krzyczącą Heather. Heather Wood
Krzyknęłaś głośno, wyprostowana i dumna z siebie, toć Brygadzistką jesteś, pora swoją powinność spełnić. Los zadecydował jednak, że osobą potrzebującą pomocy nie będzie (dość przewidywalnie jak na sabat...) koleś z rozbitym nosem, lecz niski, grubiutki numerolog z okularami tak grubymi, że przypominały dwa denka od słoika połączone drutem. - Tak!! - Krzyknął głośno, odganiając kobietę chcącą zapytać o drogę prowadzącą do toalet - wzięła go bowiem za kogoś w większej potrzebie i zrezygnowała. - Tak potrzebuję pomocy - powtórzył, przepychając się łokciami przez zmierzający ku scenie, coraz większy tłum. - Proszę, nie mogę zasnąć od trzech dni!! - Stęknął aż, podając ci kartkę z pozornie prostym, owocowym zadankiem, które znalazł w zeszłotygodniowym wydaniu Proroka Codziennego. Scena
- Szanowni państwo, wracamy po krótkiej przerwie - czknął, najwyraźniej napił się czegoś przed pojawieniem się tu znów - aby powitać akrobatów cyrku Fantasmagoria, którzy zaprezentują wam dzisiaj gorrrrący taniec. - Rozstawiona na scenie scenografia była łatwopalna, ale dało się zauważyć, jak wprawiony, łysy czarodziej rzuca zaklęcia ochronne na tło sceny i deski. W tym czasie prowadzący kontynuował. - Cyrkowy wirtuoz po swoim kolejnym popisie oznajmia widzom: Za chwilę sprawię, że zniknie jedna z obecnych tu kobiet! Z ostatniego rzędu słychać męski głos: Loretto, zgłoś się na ochotniczkę! Z głośników rozległ się nagrany wcześniej śmiech przepleciony brawami. - Również w trakcie i tego występu do zdobycia jest specjalny przedmiot, tym razem zasponsorowany przez rodzinę Rosier. - Kiedy to powiedział, z boku sceny podjechał mały wózeczek z bukietem róż zamkniętych w szklanym kloszu. Prowadząca go dziewczyna wyciągnęła je z niego i ułożyła na podeście. Najwyraźniej były rekwizytami do występu. - Białe zaklęte róże, o których trwałej, magicznej mocy mogę was zapewnić - niezależnie od stopnia wychłodzenia, będą w stanie ogrzać wasze ciało i serca. Czy mamy śmiałków, którzy chcieliby otrzymać te kwiaty od naszego przystojnego tancerza? Jeżeli ktoś z was jest chętny, niech podniesie rękę i wystąpi naprzód. Po pojawieniu się chętnych lub zauważeniu ich braku (możecie dać miznać, żeby lecieć dalej), wrzucę post z moim występem (bo miejsce pierwsze na liście występów wylosowała sama pani mistrzyni gry - ha... ktoś musiał was rozgrzać). Oczywiście zgłaszać się mogą postacie przebywające na widowni.
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Nora Figg - 03.06.2024 [inny avek]https://images2.imgbox.com/6d/0b/kB3nxyuS_o.jpg[/inny avek] pod sceną - pierwszy rząd
Norka zakręciła magicznym kołem, aby wziąć udział w loterii, nie do końca była jednak zadowolona z tego, co udało jej się wylosować, no bo w końcu takie rzeczy była w sobie stworzyć sama. No nic, dorzuci je najwyżej do zakonowego magazynku, na pewno przydadzą się do czegoś jej kolegom, czy coś. Później udała się pod scenę, zauważyła, że zaczęło się jakieś zamieszanie, biedne dzieci musiały przerwać swój występ, mimo, że miała chęć zaprosić je na darmowe pączki, to tego nie zrobiła, bo obiecała Flynnowi, że przyjdzie na jego występ. Wierzyła w to, że nic nie wydarzyło się przy jej stoisku, Mabel była z Thomasem, więc też na pewno jest bezpieczna. Musiała dotrzymać danego słowa, to było dla niej istotne, mimo, że z Edgem znała się ledwie dwa tygodnie. Kiedy wspomniano o tym, że będzie występ cyrkowego wirtuoza zaczęła głośno klaskać i krzyczeć, w końcu miała zamiar okazać swoje wsparcie Flynnowi, tylko dlatego się tutaj znalazła. Była w tym wszystkim dosyć mocno zawzięta jak na siebie, bo przepychała się łokciami, byle nikt nie zajął jej miejsca pod samą sceną. Chciała, żeby Flynn zauważył jej obecność, bo przecież znalazła się na tym występie tylko dlatego, że mu to obiecała. Miała chęć wyrwać się do tego, żeby mu asystować, z drugiej jednak strony, może warto dać szansę komuś innemu, pewnie gdyby się do niego uśmiechnęła, to mogłaby liczyć na to, że pokaże jej coś podobnego, w końcu już jej pokazał co nieco swoich umiejętności. Także póki co jedynie klaskała i krzyczała w tym pierwszym rzędzie, gdyby jednak nikt nie zgłosił się do asysty, to by to zrobiła, żeby nie było mu przykro. |