Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Nora Figg - 05.06.2024

[inny avek]https://images2.imgbox.com/6d/0b/kB3nxyuS_o.jpg[/inny avek]
za sceną

Jakoś tak wyszło, że jednak wylądowała na tej scenie. Nie należała do osób, które szczególnie lubiły znajdować się w centrum zainteresowania, chodziło jednak u występ Flynna, czuła więc, że będzie się dobrze bawić, mimo, że nieco zaczęła się nim stresować, bo w końcu póki co jeszcze nie miała pojęcia, w jaki sposób będzie mu asystowała. Udało jej się wejść na scenę nie zaliczając przy tym solidnej gleby, co w jej wypadku było już sporym osiągnięciem.

Posłała ciepły uśmiech konferansjerce, bo kojarzyła ją z cukierni. Dzięki jej obecności poczuła się nieco pewniej, bo znajome twarze znajdujące się obok dodawały jej pewności siebie. Był też Laurent którego powitała serdecznym uśmiechem. - Od razu czuję się pewniej. - Powiedziała do niego cicho, tak, żeby nikt nie usłyszał jej słów. Był osobą, której obecność przynosiła radość i spokój, taką przy, której każdy czuł się dobrze. Peppy nie znała, więc przywitała się z nią i się przedstawiła.

Panna Figg dała się spryskać tym dziwnym specyfikiem, ciekawe, czy miał coś wspólnego z eliksirem wytrzymałości na ogień, pewnie tak, tylko działał inaczej. Nie odezwała się ani słowem, kiedy kobieta czyniła swoją powinność. Trochę się bała, co to będzie za występ skoro sięgali po takie specyfiki, z drugiej jednak strony widziała już, co potrafi Flynn i wiedziała, że nie da im zrobić krzywdy.

Włożyła rękę do kapelusza i nieco spanikowała, kiedy okazało się, że jako pierwszy z asystentów wyjdzie na scenę, miała wrażenie, że zawsze jakoś prościej być kolejną osobą. No nic, najwyżej zrobi z siebie głupka przed tą całą publiką, nie, żeby to był pierwszy raz. Z jej niezdarnością kompromitacje zdarzały się dość często.

Wreszcie mieli szansę zobaczyć Edga, który wyglądał świetnie w swoim kostiumie. Panna Figg zmierzyła go z podziwem wzrokiem od stóp do głów. Widać było, że jest w swoim żywiole. - Świetnie wyglądasz. - Powiedziała cicho, kiedy objął ją ramieniem, musiała go skomplementować, chociaż miała wrażenie, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Wtedy wszedł na scenę i zaczął swój taniec. Był niesamowity, co zaczęło pannę Figg nieco przerażać, z drugiej jednak strony może to i lepiej, może nikt w ogóle nie zauważy momentu, w którym zacznie mu towarzyszyć?




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Thomas Figg - 06.06.2024

Widownia

Zerknął badawczo na swoją siostrzenicę kiedy tak tłumaczyła mu dlaczego uwaała, że labrador by do niego pasował. Brzmiało to trochę jak słuchanie wykładu o wojnach goblinów i uśmiechał się pod nosem. Uśmiech ten spełzł mu z ust, kiedy to tak niewinnie i zupełnie bez chwili zawahania powiedział, ze mógłby być hipopotamem.
- Hola, hola. Nie mam a tak wielkiego brzucha eby być hipopotamem! - obruszył się na niby i zmierzwił jej włosy. Przewrócił oczami na jej słowa, że gdyby mógł i jeśli to nie problem. I jak tu on ma rozpieszczać ją, skoro ona taka grzeczna? - Mabel, przecież nie zabrałem cię tutaj żebyś tylko popatrzyła sobie na świecidełka - uniósł brwi, kiedy w ostatniej chwili chciała zmienić zdanie.
- O nie, tak nie będzie - po czym zwrócił się do Viorici. - Jeszcze tego niedźwiedzia poprosimy - wcale nie zamierzał rezygnować i z wiewiórki, kilka drobnych prezentów jak znalazł pasowały do obchodzenia święta żniw. Co to było bowiem za święto bez prezentów. Uiściwszy zapłatę za wybrane przez nich świecidełka schował to co kupił dla siebie w kieszeń a resztę dał Mabel.

- Chodź, zobaczymy co się dzieje na scenie, powinny się już zacząć występy - zwrócił się do siostrzenicy, kiedy w końcu odeszli od stoiska z biżuterią i skierowali swe kroki w stronę widowni. - Chwilę możemy popatrzeć, a potem wrócimy do No... mamy - nigdy nie wiedział jak ma mówić na własną siostrę do Mabel, czy imieniem, czy per "mama" bo była nią dla dziewczynki. Zazwyczaj jednak wybierał to drugie.
- Na galopujące testrale - wyrwało mu się, gdy mógł dostrzec co dzieje się na scenie.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 06.06.2024

Odchodzę od Magicznych różności

- Byłam po drugiej stronie, przepchnęłam się tutaj, ale chyba już się uspokoiło... - powiedziała Brenna, trochę niepewnie. - Może ktoś zasłabł?
Zdawało się jej, że słyszy, jak ktoś prosi o zrobienie miejsca i nie była teraz pewna, czy przepychać się do przodu, czy wręcz przeciwnie, żadna interwencja nie jest potrzebna, a ona tylko próbując ruszyć "pod prąd" narobi dodatkowych problemów. Nikt nie krzyczał, że potrzebuje pomocy, nikt nie wzywał Brygady, nie słyszała wrzasków bólu...
- Hm? Aaa... wiggenowy proszę, jego nigdy za wiele - stwierdziła, wysupłując drobne z kieszeni, nie wypadało niczego nie kupić, skoro stanęła przy stoisku Olivii i byłego aurora, który właśnie kończył chyba kogoś obsługiwać. Chociaż leżało tu mnóstwo ciekawych przedmiotów, wybrała wiggenowy, ze względu na to, że nie miała za bardzo głowy do przeglądania całego asortymentu, bo wzrok ciągle uciekał jej w stronę źródła zamieszania, którego nie mogła dostrzec, przysłoniętego przez ludzi. I tak przy okazji tego rozglądania się jej spojrzenie padło na scenę, dość daleką, ale i tak w miarę widoczną: pomyślała, że skoro te występy wciąż trwały, to jednak nie działo się chyba nic aż tak niepokojącego, jak się obawiała.
To nie był dobry moment na śledzenie jakichkolwiek występów, ale i tak patrzyła, jak cyrkowiec występował – tańczyć bez wątpienia umiał, prawdopodobnie był w tym też pewien zamysł artystyczny, który może Brenna i by wyłapała, gdyby nie była na tyle rozproszona, że zaawansowane metafory bania się samego siebie średnio do niej trafiały. Wzdrygnęła się lekko, gdy przybyło tam tego ognia, i miała wielką nadzieję, że nikt nie wpadnie w panikę z jego powodu. W każdym razie przekazała Olivii zapłatę za eliksir na ślepo, zanim wreszcie zdołała otrząsnąć się, oderwać wzrok od sceny, pożegnać się z nią i Tristanem i spróbować przejść nieco dalej, z nadzieją, że może uda się jej przebić albo chociaż dostrzec, co się dzieje.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Tristan Ward - 06.06.2024

Stoisko – Magiczne Różności
Obsługa Jagody i Ambrosii, jeżeli zechcą coś kupić lub zapytać. Jeżeli nie, dostają wizytówki.

Leon dokonał zapłaty za produkt, a tę odebrała Olivia, wliczając pewnie też zakup eliksiru. A żeby pamiętać, co zostało sprzedane, Tristan postanowił notować  swoim zeszycie. Ułatwi im to także podzielenie się zarobkiem na spokojnie, kiedy całe wydarzenie dobiegnie końca. Nie liczył na ogromne tłumy przy ich straganie, jako początkujący, prezentujący swoje wyroby. Choć widział, że miał konkurencję ze stoiskiem biżuterii jakieś dwa czy trzy stoiska dalej. Oni przynajmniej mieli także eliksiry, to może ich jeszcze ratowało?

Przez inny kolor włosów, Tristan nie rozpoznał znanej mu Brygadzisty. Dziewczyny bardzo pracowitej, u której po jego odejściu to się nie zmieniło. Miło było ją po tak długiej przerwie znów zobaczyć. Jak i inne znajome twarze. Gdyby nie reakcja Olivii i wypowiedzenie jej imienia, Tristan mógłby nie zwrócić na to uwagi. Posłał dziewczynom uśmiech, pozwalając im sobie porozmawiać. Sam z kolei musiał skupić się na klientkach, które jako kolejne się pojawiły, aby obejrzeć asortyment stoiska.

Brenna długo nie pozostała, zainteresowana będąc zamieszaniem jakie rozpętało się nieopodal. Sam by także to sprawdził, ale musiał pozostać na miejscu. Nie ma co ukrywać, że pewne aurorskie reakcje też się w nim uaktywniały momentami.

Na występy na scenie nie zwracał uwagi. Miał klientów przy stoisku, nie chciał się rozpraszać, gdyby o coś pytali. Nie udzieliłby odpowiedzi słownie, a musiałby napisać.

Dwie panny, jedna najwyraźniej z towarzyszem zastanawiali się, czy nawet oglądali produkty. Mieli spory wybór eliksirów, a także wyrobów z metalu. Również półki, co miało zaprezentować większe umiejętności Warda. Jeżeli obie panny nie były by zdecydowane czy chcą coś od nich kupić, Tristan wyjął z pudełka swoją i Olivii wizytówkę, po czym wręczył jeden taki pakiet Jagodzie a drugi Ambrosii, posyłając uprzejmy uśmiech. Oboje sprzedawali tutaj produkty własnej produkcji, z możliwością złożenia zamówień indywidualnych.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lorraine Malfoy - 06.06.2024

Południowe stragany, ale bardzo szybciutko uciekam do koła fortuny, a potem na widownię

- Chcesz powiedzieć, że Robert Mulciber dostał zawału na widok świeczki w kształcie męskiego członka? - spytała ze śmiertelną powagą Lorraine, patrząc prosto w ciemne oczy Victorii. Spojrzała na Sauriela. Spojrzała znowu na Victorię. Musiała włożyć całą swoją siłę woli w to, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Głowa rodu Mulciber, mąż i ojciec (zaginiony ojciec Stanleya, co należy podkreślić), szanowany członek społeczności magicznej, ex-niewymowny, okazjonalny mocodawca Lorraine, utalentowany hipnotyzer i legilimenta, sprzedaje... to? Niczego nie dało się wyczytać przez chwilę z twarzy wili, choć w jej oczach na początku błyszczało niedowierzanie - a może przerażenie? - ale po chwili jej usta rozciągnęły się w delikatnym, rozanielonym wręcz uśmiechu, który nadawał rysom kobiety zaskakującej niewinności.

Nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć. Z tego co wiedziała, jej dalecy kuzyni od strony jakiejś ciotki z Malfoyów - synowie brata Roberta Mulcibera - jakiś czas temu przyjechali do Londynu, i zaangażowali się w prowadzenie rodzinnego interesu. Musiała dyskretnie zajrzeć do Olibanum: już wyobrażała sobie Maeve umierającą ze śmiechu na widok romantycznej kolacji przy tych jakże specjalnych świecach.

Przyjrzała się odlanej z wosku przyczynie tego całego zamieszania: nie sposób było pomylić świeczki o nader charakterystycznym kształcie z niczym innym. Widziała kiedyś podobne na rytualnym ołtarzu cudzoziemskiego boga, kiedy przypadkiem odkryła razem z Degenhardtem wejście do siedziby tajemniczego, podziemnego kultu w niemagicznym Londynie: wychodząc, ustawili je dla żartu tak, by tworzyły pewien napis. Lorraine spojrzała więc tylko z litościwym rozbawieniem na Victorię, kiedy ta wcisnęła jej dorodny męski członek do ręki. Tylko przez grzeczność względem Sauriela nie spytała, czemu kobieta obiedza się tak pochopnie z poczynionych zapasów - tak, jakby Lorraine chujów w życiu brakowało, jeden nawet stał tuż obok niej - i czy zdążyła może zapytać Roberta Mulcibera, czy można ich używać także wtedy, gdy mają zapalony knot, czy może traci się wtedy prawa do reklamacji.

- Och, ależ to falliczne dewocjonalia pogańskiego kultu płodności. Cieszę się, że Atreus wreszcie odnalazł jakieś praktyki religijne, które mu odpowiadają - wzruszyła ramionami. - Jeżeli Nott będzie usiłował złożyć skargę, mam nadzieję, że spiszą go za naruszanie prawa do wolności wyznaniowej.
Choć, znając Atreusa... Pofatyguje się, żeby przyjąć skargę na samego siebie, coby Nottowi jeszcze poprawić, uśmiechnęła się lekko.

Lorraine rozumiała zresztą intoksykujący przypływ władzy, jaki musiał czuć Bulstrode na widok potężnego, męskiego członka w swoich rękach; święty artefakt prężył się bowiem dumnie, i kusił: rzuć w niego rzuć w niego rzuć w niego... Przypomniała sobie, jak wulgarnie zwrócił się do niej przed chwilą Rookwood. "Sklej pizdę", tak to było? Wtedy obdarzyła go tylko zniesmaczonym spojrzeniem. Kiedy Sauriel obrażał ją w ten sposób, widziała w nim tylko niesfornego kociaka, którego należało schwycić za kark i potrząsnąć, żeby się uspokoił. Teraz jednak rozgorzała w niej dławiąca potrzeba, aby spytać go niewinnie: ochujałeś?, a potem cisnąć mu woskowym penisem prosto w twarz. Niestety, takich barbarzyńskich aktów dopuszczała się tylko w solipsyzmach swojej wyobraźni.

Zmarszczyła brwi.

- Jak tak patrzę na twoją kocią mordę, Rookwood, to zaczynam rozumieć Atreusa. Też mam ochotę przyłożyć ci tą świeczką na boską chwałę - stwierdziła nagle. - Masz szczęście, że w przeciwieństwie do niego przeżywam kryzys wiary. - Przysunęła się nagle do Sauriela, wciskając mu w rękę woskową świeczuszkę w kształcie męskiego członka, którą to przed chwilą łaskawie wręczyła jej Victoria. - Proszę, tobie bardziej się przyda. Idź zabawiać damę swego serca.

Odeszła szybko, nie czekając na reakcję Rookwooda: obdarzyła tylko Victorię słodkim uśmiechem na pożegnanie, i tyle ją widzieli. Obawiała się, że gdyby wypowiedziała w towarzystwie narzeczonej (?) Sauriela jeszcze jedno słowo, to ten dostałby jakiegoś kociokwiku, zaczął pluć przekleństwami, jak gdyby dławił się kłaczkiem, i ogólnie, narobił jej wstydu przy wszystkich. Wmieszała się w tłum ludzi zgromadzonych przy kole fortuny, zakręciła kołem, zużywając los, a potem usiadła na widowni, skupiając się na oszałamiającym występie upadłego anioła.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 06.06.2024

Miło było zostać uznanym za kogoś więcej niż zwykłego dachowca, ale w swoim własnym wyobrażeniu był niczym więcej jak takim właśnie dachowcem. Nie uważał tego za ujmę, wręcz przeciwnie. Był dumny z tego, że między rasowymi kocurami i kotkami z wybiegu, z ułożonym włosiem i wstążeczkami między uszami, był dachowcem o potarganym futrze. Płynęła w nim ta sama krew, ale wcale nie chciał siedzieć z tymi śliczniutkimi paniczykami i wymuskanymi panienkami - wolał to miejsce, w którym cuchnęło, gdzie w knajpach czułeś tylko kwaśny smród alkoholu, a wszystko zagłuszałeś spalonymi fajkami, którym daleko było do najlepszej jakości nawet pomimo tego, że biedy się nie klepało. Mimo tego rozjazdu zgodność była w tym punkcie, gdzie zdecydowanie nie chciał być nazywany Kwiatuszkiem... chociaż gdyby nazwała go tak Victoria to pewnie tylko by dziwnie spojrzał. Bo gdyby nazwała go tak Lorraine? Oj nie, nie. Wtedy naprawdę uwierzyłaby w Boga, bo musiał istnieć chociaż on, skoro Diabeł trzymałby ją za gardło. Przynajmniej w swoim idealnym świecie, w którym wybaczał znajomym trochę więcej tak by to wyglądało. Zadziwiająco duża ilość rzeczy między nim i blondynką toczyła się tylko w głowach. Z drugiej strony - Sauriel miał patetyczne skłonności do tego, żeby jedno mówić, a inne robić i misz masz w głowie murowany. Tylko potem trzeba będzie znowu robić porządki w głowie, by wrócić do błogosławionej, idealnej pustki.

Prychnął, uhahany na to "dużo gorzej", bo przecież Skarbie, nie ma nic gorszego niż JA, ale ten żarcik już sobie dopowiedział w zaciszu własnej głowy. Pewnych rzeczy lepiej na głos nie wypowiadać, co najwyżej wtedy, kiedy był razem ze Stanleyem w melinie Głębinie i mógł ich słyszeć co najwyżej Francis, który słyszał już tyle pierdół, że nawet gdyby ktoś tego barmana złapał i zaczął go przepytywać to gość sam by nie wiedział, co jest prawdą a co tylko fuszerką czy durnymi żartami ich dwójki. Bycie debilem czasami miało swoje propsy. Miało też consy, ale o tych nie dzisiaj. I w ogóle - nigdy.

Tak czekał na tę przypowieść no i była jaka była - okej, typ akurat miał świeczkę, tych nigdy nie brakowało na takich imprezach, jak ta. To jacyś nawiedzeńcy, to kowen, to jacyś Mulciberowie się wpierdolą. Tak i nie zaskoczyła, że to akurat było przy stanowisku Mulciberów. Jego ulubionych Mulciberów? Nie ważne, miał słabość chyba do każdego Mulcibera, chyba każdy był tak pojebany, że niekochanie ich mijało się z jego wizją tego świata. To, że kochanie Sauriela bolało, to już inna sprawa. Relacje zazwyczaj trzeba ocieplać pięściami, tak uczył go Stanley. A jeszcze przed Stanleyem Erik. Złapał kota w ręce i potrzymał go. Chyba się uspakajał - ten Kwiatuszek. Dużo ludzi chciałoby, żeby miał tak delikatny dotyk jak teraz, kiedy trzymał tego kota. Jego łapska przecież mogłyby go zgnieść. Nic by z kocura nie zostało - ledwo wspomnienie. No dobra - i ciało. A tymczasem kocur wąchał jego rękę i wyciągał nochal w górę, już bardziej uspokojony. Skupiłby się na kocie cały i zadowolony, gdyby nie to, że jednak podniósł wzrok jak Victoria coś wyciągnęła z torby i... był to penis. Sauriel aż wywalił oczy, a jego twarz wyszczerzyła się w głupkowatym i pełnym niedowierzania uśmiechu.

- Pierdolisz. - Spojrzał na twarz Victorii, ale ta była poważna. I chociaż twarz Victorii często potrafiła być poważna, kiedy żartowała, to jak się poprawiła z tym CHYBA Roberta Mulcibera... no nie żartowała sobie. Ewidentnie nie żartowała i w dodatku miała ciąg dalszy tej pasjonującej historii - historii, w której Atreus Bulstrode przyjebywał w twarz Philipowi Nottowi. Spojrzał na Lorraine, która stała teraz z tym kutasem w ręku i niedowierzał. Większość facetów byłaby bardzo smutna, że to nie jego kutas wędruje z ręki do ręki, a złośliwa część Sauriela dodałaby, że z takimi dwiema to strach - jedna zimna (podobno), a druga żmija - nie wiesz, czy ci kłów zaraz nie wbije. Nie wsadza się penisa do paszczy lamparta, prosta zasada. Na szczęście Sauriel miał co najwyżej takie myśli żartobliwie w głowie (albo nieszczęście?), bo popęd seksualny i za życia ni to go grzał, ni to go pieścił, a przy nieżyciu już zupełnie był wolny od tych ludzkich odruchów podniecenia i pragnienia ciała. To jest - ciała pragnął. Tylko niekoniecznie w takim sensie, w jakim kobiety chciałyby wzbudzać pragnienie. - Czuję, że dołączę do tej wiary jako jej templariusz. - Okładanie ludzi penisami w imieniu boskiej sprawiedliwości brzmiało tak pojebanie, że Sauriel niemal MUSIAŁ zaliczyć (heh) to w swoim życiu.

- Przyjemności po godzinach, Matko Chrzestna. - Uśmiechnął się do niej przepięknie i wziął od niej świeczkę, żeby z ciekawością się jej przyjrzeć. To naprawdę ktoś miał fantazję... - Ciao, bella~. - Rzucił za nią i jeszcze jej pomachał świeczkowym fallusem wysoko w górze, tak, żeby na pewno przechodzący najbliżej ludzie zwrócili na ten piękny artefakt uwagę. - - Chciałem namówić Gusto, żeby takie świeczki nam zrobił do rytuału. - Uśmiech do Victorii już naprawdę był wesoły. - Ale niestety mój kuzyn spękał. - Oddał jej kota. - To zmieniam zdanie, idziemy na zimne peniski, ale kierunek ten sam. - To jest: lody. - Ja stawiam, bo mi już nie stanie. - Złapał Victorię za dłoń i poprowadził do stoiska Nory.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 06.06.2024

Północne stragany

Stanley był w tym wszystkim całkiem wiarygodny. Albo to po prostu Penny była cholernie naiwna. Jedno z tych dwóch. Gdyby nie to, że poczuła się nieco urażona jego słowami, zapewne by mu teraz nawet zasugerowała kontakt ze swoim dziadkiem, który posiadając naprawdę spore sady wokół Doliny Godryka, mógł się okazać dla rodzinnej firmy Matthew naprawdę opłacalnym klientem. Nie zrobiła tego jednak, ograniczając się do zdawkowych i znacznie mniej entuzjastycznych odpowiedzi - zwłaszcza, kiedy przyrównać je do tych, które padały z jej ust jeszcze chwilę temu.

Podobnie nie rozwijała już tematu własnej kariery. Planów. Nie opowiadała też innych bzdur, które to potrafiła wyrzucać z siebie naprawdę w dużych ilościach. O ile tylko miała ku temu odpowiedni nastrój. Wystarczająco dużo chęci. Na ten moment niestety wyglądało na to, że owe chęci zaliczały na przemian góry i doliny. Podobnie jak i zmieniający się nieustannie humor.

No cóż - bycie zmienną, to ponoć prawo kobiety.

Kolejna, a do tego jakże wyraźna zmiana, zaszła przy stoisku Abbottów. Znów obok Stanleya była Penny przyjacielska. Penny pogodna. Taka, której towarzystwo musiało być znacznie mniej uciążliwe - dla każdego.

- Nie przesadzam, moja rodzina za nic nie płaci. Ich przyjaciele również. - upierała się przy swoim Emily, nie chcąc przyjąć od Matthew nawet złamanego knuta. Bo to przecież nie wypadało. Jej zdania nie byłaby zapewne w stanie zmienić nawet i informacja o tym, że przecież on i Penny przyjaciółmi nie byli. Ale to już Stanley musiałby sam sprawdzić.

Rzecz jasna - o ile zamierzał upierać się dłużej przy tym, że za wino zapłaci.

- Niech stracę. - zaraz po Emily, na pytanie Stanleya odpowiedziała Penny. Nie zamierzała odmawiać, ale niech tu sobie ten cały Matthew nie myśli, że zgodzi się na wszystko. Taka łatwa przecież nie była. - Ale tylko po jednym kieliszku, w ramach degustacji. - podkreśliła jeszcze, tak żeby nie było wątpliwości. Nie będzie tu przecież piła więcej. I do tego jeszcze z obcym mężczyzną.

Albo może jednak?

Widząc lądujące na blacie monety, Emily założyła ręce na wysokości swojej klatki piersiowej, posyłając wyraźnie oburzone spojrzenie w kierunku Matthew. Pieniędzy nie ruszyła. Wyraźnie dała przecież do zrozumienia, że rodzina nie płaci. Tak to u nich wyglądało.

- Proszę mi to migiem zabrać. - upierała się przy swoim. - Albo żadnego wina wam nie dam.

Straszyła, ale biorąc pod uwagę liczną klientele, zapewne nie była w stanie długo upierać się przy swoim. Choć nie była jedynym pracownikiem stoiska, a w pobliżu działali jeszcze jej brat i ojciec, to na zbyt długie zabawianie Penny i Matthew pozwolić sobie nie mogła. Zwłaszcza, że już teraz ojciec posyłał jej zirytowane spojrzenia. A przecież nawet 5 minut nie zdążyło upłynąć! Najświeższymi plotkami się z Penny nie wymieniły.

Ot, takie to już jest życie tej całej taniej siły roboczej.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Isaac Bagshot - 06.06.2024

Scena - występy

Gdy Flynn pojawił się na scenie wśród pierwszych nut melodii i dymu, Isaac wiedział, że będzie świadkiem czegoś niezwykłego. Delikatny piruet, w połączeniu z tajemniczą atmosferą, od razu go zahipnotyzowały. W miarę jak taniec się rozwijał, Bagshot czuł narastające napięcie, a każdy ruch tancerza niósł ze sobą ciężar emocji i wewnętrznej walki. Był zaintrygowany, widząc jak Flynn przekształca swoją rozpacz w sztukę. Każdy jego wysiłek, każdy trud jakiego się podejmował, obracały się w płomienie. Był bezsilny...
Samopiszące Pióro przestało notować. Cała uwaga jego właściciela była skierowana na to, czego miał przyjemność być świadkiem. Isaac nie mógł i nie chciał myśleć o czymkolwiek innym! Serce zabiło mu szybciej, kiedy po chwili spokoju muzyka ponownie rozbrzmiała w jego uszach! Nie, to niesprawiedliwie! pomyślał. Chciał, żeby Flynnowi się udało! Żeby uciekł przed płomieniami, które w każdej sekundzie mogły go pochłonąć...!

Oczy Bagshota zaszkliły się, a na twarzy malowało zatroskanie. Spuścił wzrok, żeby spojrzeć na swój aparat i nie widzieć szaleństwa jakie ostatecznie zawładnęło tancerzem. Nie udało mu się… płomienie go pochłonęły, niszcząc fizycznie jak i psychicznie.
- Każdy powinien mieć swoje światło ukryte w mroku...- Powiedział sam do siebie, po czym uniósł aparat żeby zrobić zdjęcie.

[inny avek]https://i.postimg.cc/TPSsLhG2/Screenshot-20240606-191651-2.png[/inny avek]


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Perseus Black - 06.06.2024

Południowe stragany | Magiczne Różności

Czy widok Perseusa z inną kobietą w przededniu ślubu był czymś amoralnym? Nie, jeśli kobieta ta była jubilerką (jak powszechnie wiadomo, ślub oznacza konieczność zakupu obrączek, które zamówił u kroczącej u jego boku damy - czy zatem dziwne było, gdyby chciał jeszcze coś omówić?), zaś ich matki pochodziły z tego samego rodu (nawet jeśli pokrewieństwo między nimi samymi było nikłe, sięgając cztery pokolenia wstecz i w przeszłości... cóż, w przeszłości zdawali się nie być szczególnie tym skonsternowani). Zjawił się zatem tego popołudnia na Lammas w towarzystwie Jagody, tajemniczej bałkańskiej piękności i jednocześnie jego bliskiej przyjaciółki. Tylko przyjaciółki.
Odziany był - jak śmiałby inaczej - w czerń, choć nieco mniej formalnie, niż zwykle; rękawy zwiewnej koszuli, rozpiętej pod szyją o jeden guzik więcej, niż wypadało dżentelmenowi, zostały podwinięte na wysokość łokci. Krucze włosy opadały na blade (zaskakująco białe, jak na tę porę roku) czoło, zaś onyksowe tęczówki patrzyły na otaczający go tłum zza ciemnych szkieł okularów przeciwsłonecznych. Obie ręce miał zajęte - w prawej trzymał laskę, na której opierał ciężar swojego ciała. Lewą zaś zaproponował Jagodzie zgodnie z zasadami savoir vivre jako wsparcie, choć chyba żadne z nich nie miało złudzeń kto służy komu swym ramieniem. Choroba, przez Perseusa uparcie nazywana urazem po wypadku, postępowała bezlitośnie, w ostatnich tygodniach coraz częściej dając o sobie znać.
Och, to drobiazg, moja droga — odparł, lawirując pomiędzy straganami w południowej części placu, aż wreszcie jego uwagi nie przykuło to, przy którym zatrzymała się Brodzki. Magiczne Różności, głosił napis. — Pośrednio. Nie chodzi mi o sam ślub... Wiesz, moimi pacjentkami są często kobiety, które skarżą się na to, że ich mężowie przestali je adorować po tym, jak powiedzieli sobie “tak”. Jakby dostali już to, czego pragnęli i nie musieli się już dłużej starać, a to przecież… nonsens. Budowanie relacji z drugim człowiekiem to ciągłe okazywanie sobie zainteresowania i nie chodzi tu o ekstrawaganckie prezenty i mnogość doznań, a proste gesty, które sprawiają, że czuje się on doceniony. Dlatego postanowiłem sobie, że nie pozwolę, aby Vespera czuła się przeze mnie zaniedbana. Lubię dawać jej prezenty, więc pomyślałem, że może tutaj uda mi się coś dla niej zdobyć.
Zawsze był trochę romantykiem. Właściwie, to nawet nie trochę; romantyczność była językiem miłości Perseusa, a on sam był człowiekiem pełnym miłości. Jak niewiele jednak wiedział o tym, co w najbliższych tygodniach planował dla niego los; na jakie próby zamierzał wystawić jego uczucia oraz wierność!
Być może Vespera do nas dołączy — rzucił pogodnie, ale zaraz potem jego uśmiech przygasł — Albo i nie...
Ujął jeden z pierścionków z czerwonym oczkiem i przyjął mu się dokładnie pod światło i z uśmiechem przyglądał się, jak słońce tańczy na jego powierzchni. Zaraz potem przeniósł spojrzenie na dwójkę sprzedawców - Olivii oraz Tristana, których imion nie znał.
Jaki to kamień? — zapytał.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Odpowiedź na post Serduszko



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Vera Travers - 06.06.2024

Koło fortuny z Sennym Władcą i Panem Ambasadorem.

Uśmiecha tajemniczo na dźwięk jego słów i zarzekania się, że nigdy nie zajdzie do jej laboratorium. Przez chwilę nawet ma ochotę założyć się z nim, ile czasu zajmie mu nim złamie swoje postanowienie. Jest pewna, iż nie potrwa to długo, gdyż Senny Władca był niczym bumerang - odkąd raz wpadli na siebie, ten zawsze do niej wracał. Czy to aby naprzykrzyć się za młodych lat, czy zjawiając się na korytarzach szpitala, czy w innych okolicznościach, jakie rzucało im pod nogi życie.
- I tak do mnie przyjdziesz. Jesteśmy zaplątani w tę samą sieć, w której zawsze do mnie wracasz. - Mówi tonem wskazującym na to, iż mówi o oczywistości tak oczywistej, iż aż było to bolesne. I nie chodzi jej wcale o cielesne uniesienia - i bez nich powracał do niej, niczym ćma wabiona blaskiem płomienia. Jednocześnie zielone oczy błyszczą niemym wyzwaniem. Czy właśnie wyzywa go na pojedynek? Być może. Czy jest pewna zasad gry, do jakiej go wzywa? Absolutnie nie, to jednak nie sprawia, iż rozgrywka jest mniej przyjemna. Wręcz przeciwnie - urozmaica ją, dodając smaku oraz braku przewidywalności.
Koła wprawione ruch zdają się tańczyć w powietrzu. Wirować w rytm tylko sobie znanej melodii, by stać się zwiastunem szczęścia bądź rozczarowania… A Vera nie odsuwa się, gdy ten wyciąga ku niej dłoń. Nie oblewa się również rumieńcem, nie jest przecie pierwszą lepszą trzpiotką. Miast tego unosi smukłą dłoń, by przesunąć palcem po jego żuchwie.
Powoli. Niespiesznie.
- Byłby to istny dualizm wyznania. Z jednej strony modliliby się do ciebie, byś obdarzył swoim darem ich wroga… Z drugiej nienawidzilby cię, gdy tym darem obdarzył byś ich samych. Lubisz tragizm, czyż nie? - Odpowiada, gotowa dalej podejmować te słowne gry i giereczki, zainteresowana nimi bardziej niż wygranymi eliksirami - te zwykle nie robią na niej wrażenia, gdyż zna ich receptury.
- Shafiq? Pierwsze słyszę. - Odpowiada, choć ton jej głosu wskazuje na żart. Zjazd absolwentów nie dość, że wybrał sobie nietypowe miejsce, to jeszcze składać się miał z twarzy doskonale znanych i lubianych.
Potwierdza to fakt, że Vera szybko ginie w męskich ramionach i obcałowuje jego policzki, w imię cichej, niepisanej między nimi tradycji.
- Anthony, mój drogi, jeszcze zarumienię się od tych komplementów. - Mówi z rozbawieniem, spojrzenie kierując w stronę Sennego Władcy. Czy wie? Vera nie wie, nie przejmuje się tym jednak w ogóle a jeśli będzie grzeczny, możliwe, że kiedyś wyjaśni. O ile inne rzeczy nie zaprzątają jej przeciążonego umysłu. - Nie bardziej niż zwykle. - Odpowiada pogodnie na pytanie, dotyczące naprzykrzania się. Vera Travers jest kobietą, która potrafi sobie poradzić niezależnie czy chodzi o niegrzecnych chłopców, szowinistycznych naukowców czy krwiożercze wilkołaki, znajduje jednak w tym pytaniu pewien urok.
- Dobrze wiesz, że z win pijam jedynie Primitivo. - Dla potwierdzenia swoich słów unosi delikatnie trzymany w dłoni kieliszek. Kbiety takie jak Vera Travers zdają się być marką samą w sobie, zaś każdy ich element dopasowany jest do obecnej prezencji. W masce jaką Vera przyjmuje na codzień nie ma miejsca na choćby najmniejsze błędy bądź odstąpienia. Wszystko jest przemyślane i wszystko ze sobą współgra - subtelne, wiśniowe perfumy korelują z karminem szminki, ta zaś pasuje idealnie do wina w kieliszku. Taka właśnie miała być - spójna, niczym wyjęta z najpiękniejszego obrazka.