Secrets of London
[8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind (/showthread.php?tid=1806)

Strony: 1 2 3 4


RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 05.09.2023

Lubił tańczyć. Taniec z Kaydenem był odświeżający i absurdalnie wręcz pochłaniający. Lecz we wszystkim należało mieć umiar. Odrobinkę małymi kroczkami, a nie od razu obdzieranie się ze wszystkiego. Nawet jeśli rzeczywiście Laurent nie tworzył z siebie żadnej enigmy, bo nie uważał się za taką. Był otwarty. Dla ludzi, których chciał obdarzyć swoim miodem i anielskim puchem w ten całkowicie nie frustrujący i nie bałaganiący sposób. Zabawne, że Kayden o tym pomyślał, bo jemu tak samo się to kojarzyło w połączeniu, w jakim to zestawił. Ale i tak to powiedział. Kiedy wobec ludzi byłeś otwarty to łatwo ci ufali, jakoś tak to grali. Chyba jeszcze z nikim nie prowadził flirtu w takiej formie, w jakiej robił do Kaydenem. Uskrzydlał go. Chciał się przed nim i dla niego prężyć, bo jego to zabawiało, a on czuł się przez to zabawiony. I nie musiał nawet wypowiadać na głos żadnych komplementów, żeby czuł, jak jego uwaga mu pochlebia, jak go absorbuje. Co do jednego był tutaj całkowicie pewien - gdyby tylko zaczął go nudzić to od razu by się o tym dowiedział. Czuł całym sobą, że Kayden by przestał się od razu starać, że machnąłby na to dłonią i jego twarz przybrałaby ten o wiele mniej przyjazny i przystępny wyraz. Nawet jeśli zachowałby kurtuazję, bo to chyba był ten typ człowieka, który chciał wychodzić z klasą z różnych dziwnych sytuacji. Tutaj by się również dogadali - Laurent również to sobie cenił. Nie chciał i nie lubić robienia scen podyktowanych emocjami. Nie to, żeby nigdy mu się nie zdarzyło, ale nigdy nie zdarzyło mu się robić ich z powodu rozstań. Dusił w sobie ewentualne emocje, dopóki nie można ich było upuścić w komfortowych warunkach poza obrębem drugiej osoby. Ach... jeszcze inna sprawa, że zazwyczaj to nie on był tą stroną, która rozstania najmocniej przeżywała. Wszystko przez to, że nigdy nikogo nie pokochał.

Roześmiał się delikatnie na jego słowa o tym, że nie mógł mu odmówić racji. Czy potrzeba było "robienia czegoś specjalnie"? Często był to odpowiedni dobór słów, odpowiednio ułożone zdanie... nie. W zasadzie to Laurent tak nie uważał. Ta sztuka była potrzebna, żeby ludzie nie byli zniechęceni, żeby nie odebrali tego "że się wymądrzasz". Niekiedy lepiej było po prostu milczeć na wiele tematów, by drugiej osoby nie zrazić do siebie. Kayden był tym typem, do którego najlepiej było mówić o wszystkim w taki sposób, by miało jak najwięcej kolorów. Żeby czuł się tak, jakby miał biżuterię, jaką lubił ewidentnie nosić, przed oczami w najpiękniejszym wydaniu. Że sam chciał kłaść pod nią dłonie, układać te swoje zmysłowe usteczka w formę "o" i błyszczeć tymi srebrnymi oczami, w których odbijałyby się klejnoty. Byleby tylko nie stworzyć z tego kiczu. Byleby nie stworzyć przesytu. Jak na razie miał wrażenie, że brunet bardzo lubił być karmiony, ale to nie ilość tej karmy, tych świecidełek, była dla niego istotna. Chciał każdą dotknąć, sprawdzić w dłoniach, obejrzeć z każdej strony i przekonać się, czy jubiler pozostawił jakiś odcisk na swoim dziele. Swój własny podpis świadczący o oryginalności.

- Nie wiem doskonale, co powiedzieć. - Przyznał całkowicie szczerze. Przecież nie był geniuszem, ludzie wcale nie byli oczywiści. Ten sekret drzemał właśnie w tym, że miał łuk - i strzelał. Nie bał się tego, że spudłuje. - Jest to kwestia doświadczenia. Tworzę kalkulację. Wybieram cechy, które poznałem tej osoby, składające się czasami na najmniejsze, pozorne bzdury i szczegóły, a potem wybieram najbardziej prawdopodobną wersję odpowiedzi, która przypadnie do gustu rozmówcy. Oto cały sekret tego czaru. - Sztuczki magików niekiedy przestawały być zabawne i magiczne, kiedy je zdradzałeś. Przestawały bawić. Natomiast było jedno "ale" - Laurent nie był klaunem i się za takiego nie uważał. Owszem, lubił sprawiać ludziom przyjemności, ale nie zamierzał ich sprawiać swoim kosztem albo czyniąc z siebie jaką karykaturę. Czynić z siebie fałsz. Miał tęczowe łuski - mieniły się jak kameleon. Ale nie tworzył z siebie pozoru innego zwierzęcia. - To prostsze, niż ci się wydaje. Wystarczy patrzeć czymś więcej niż szkiełkiem i okiem. A to ci wychodzi bardzo dobrze. - Tak, Laurent zdecydowanie nie był pieprzonym aktorem o milionach twarzy, nie przed osobami, które były tak sympatyczne i pociągające jak ten mężczyzna idący tuż obok niego. - Zapewniam, że poetą nie jestem. Jesteś jednak muzą dla pięknych obrazów, Kaydenie. Pięknie słowa przychodzą przy tym naturalnie. - Było bardzo miło coś takiego usłyszeć, bo to było docenienie pewnej wrażliwości na zupełnie innym poziomie. A tu miał rację - Laurent był bardzo wrażliwy. Zbyt wrażliwy. Stanowił przez to siwienie włosów na głowach rodziny i przyjaciół. I jednocześnie sprawiało to, że niezwykle dużo ludzi byłoby w stanie stanąć za nim murem i walczyć za niego do upadłego.

- Och, wiem... widzę to. - Uśmiechnął się delikatnie, zamykając pudełko z czekoladkami. Malutkie, takie żeby wsadzić tam parę pralinek porwanych z bombonierki, jaką dostał. Przesunął po niej kciukiem. Tak, to nie było zdrowe, zawsze to powtarzał zresztą ludziom, choć niekoniecznie w takiej "wprost" formie, jak zrobił to Kayden. Wyczuwał pewną rezerwę od tego człowieka, ale nie ze względu na to, że nie chciał faktycznie słuchać, a jego zapewnienie było kłamstwem. Raczej było to wynikiem naturalnej reakcji na to, że nie na co dzień słyszysz o czymś tak makabrycznym. Nie na co dzień masz okazję chodzić obok ofiary czegoś takiego. Nie wiadomo było, jak się nagle zachować, co powiedzieć. Szczególnie, kiedy nie znasz dobrze drugiej osoby. - Dziękuję ci. To bardzo miłe z twojej strony. Gdybym chciał rozmawiać z kimkolwiek innym nie byłoby któregoś z nas tutaj, nie sądzisz? - Uśmiechnął się w ten specyficzny sposób, który sprawiał, że jego twarz, jego oczy - wszystko to zdawało się być pozbawione zła tego świata. Żadnej nienawiści, żalu, żadnych wyrzutów. Tylko ciepło i niewinność. Dobroć. - Haha... mam! Niektóre się nawet ruszają. Ale nie w tym pudełeczku. - Uważał za absolutnie urocze to, jakie akurat praliny dla niego wybrała Victoria. - Miałem to szczęście zostać pobłogosławionym wspaniałą przyjaciółką. Wynikiem tego są te czekoladki i nauka, że czekolada potrafi uspakajać... nie wiem, czy trafi w twoje gusta. Nie jestem wielkim wielbicielem słodkości. Ale te czekoladki rzeczywiście pomagają. Choć może to tylko placebo. - Obrócił pudełko w dłoni, patrząc na nie w zastanowieniu.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 07.09.2023

Mówi się, że perfekcyjny taniec jest tak płynny i delikatny, że płomień świecy trzymanej przez parę nie wygaśnie przy żadnym ruchu. Potrzebny jest do tego idealny partner. Cierpliwy i wystarczająco zaabsorbowany tańcem, by chciał ten ogień utrzymać na dłużej. Ich taniec był subtelny, niepewny... Nie tak energiczny, jak tango czy swing, ale na pewno wystarczająco porywający, by ogień błyskał na świecy w jedną i drugą stronę, kiedy badali swoje ruchy, uczyli się ich i zastanawiali, gdzie najlepiej ułożyć stopę na parkiecie. Tak, ten taniec był powolny, ale niemniej ekscytujący i zdecydowanie niebanalny. Kayden pragnął go wpierw wyczuć, żeby móc później próbować odważniejsze kroki. Szczególnie że taniec z Laurentym był kompletnie inną odmianą, której nigdy nie próbował.

Przechylił głowę, słuchając, jak mag wyjawia sekret swojej sztuczki i wcale nie był zaskoczony, jakby w głębi siebie tak naprawdę spodziewał się takiego wyjaśnienia i po prostu sprawdzał, czy ma rzeczywiście rację. - Lubisz to, prawda? - Zapytał z łagodnym uśmiechem. - Rozkładać ludzi na czynniki pierwsze, analizować je, jakbyś przeglądał literaturę... Przyznaję, to całkiem ciekawy sposób. - Kayden chyba nigdy nie był aż tak zainteresowany kimś, by czytać jego najmniejsze szczegóły jak drobny druk. Prawda, że starał się trafiać słowem tam, gdzie chciał, żeby trafiło, ale na pewno nie tak skrupulatnie, jak Laurent. Te tęczowe łuski kameleona były naprawdę niesamowite. Kay zastanawiał się, czy Laurent potrafił wykorzystać ten atut nie tylko w stosunku do ludzi. Taka zdolność dedukcji w końcu nie była wcale często występującą cechą.

- Nie powiedziałem, że jesteś poetą... ale mówisz jak poeta. Cudnymi metaforami, które napędzają wyobraźnię. - Namiętność, ubieranie nieszczęścia w piękne słowa, a słodycz w subtelną biżuterię. Nie tylko słowa kryły w sobie poezję, a człowiek wrażliwy potrafił zatrzymać się na moment, by ją dostrzec. Nie był pewien, czy on sam zaliczał się do takich osób. Był zdecydowanie zbyt skupiony na przeplataniu pracy z przyjemnościami, by spojrzeć na coś łagodniejszym okiem. Jednak przy tym mężczyźnie czuł się jak oderwana kartka papieru, która mogła powoli zapełnić się ładną kursywą. Bez pośpiechu i z dokładnością, jakby też zapragnął nagle chwycić za łuk i zacząć strzelać w lukrecjową tarczę. Znów mu oczy zalśniły, ale rozbawieniem. - Mam więc nadzieję, że to będzie ładny obraz. Muszę wyznać, że całe moje zaufanie pokładam w dość intrygującym artyście. Nie jestem pewien, w jakim stylu lubi malować. - Bawiły go te metaforyczne przeplatanki słowne i na pewno absorbowały go bardziej, niż byłby w stanie to przyznać. Istniały takie osoby, które potrafiły wyciągnąć z ludzi na wierzch to, co ukryte. Laurent był chyba jedną z tych osób.

- Może... Nie jestem pewien. - Wyznał, bo wcale nie było to oczywiste, czego potrzebował w tym momencie blondyn. Bezpieczeństwa, to na pewno. Wsparcia. Niekoniecznie rozmowy o tym, co się stało... ale może po prostu rozmowy. Żeby znów stanąć na stabilnym gruncie. Brunet nie miał doświadczenia w takich sprawach, ni mniej jednak nie potrafił być obojętny. Nie chciał. Wydawało mu się, że Laurent po prostu... nie chciał być sam. Wcale mu się nie dziwił. - Jeśli pomoże ci mój przezabawny francuski akcent, to nie ma problemu. Mogę rozmawiać cały rejs. - Powiedział z lekkim uśmiechem i chociaż wesołości było w nim mało, a więcej otuchy i zrozumienia, nie chciał być zupełnie poważny. Nie chciał sprowadzać go na ziemię szarpnięciem. Nie to chciał osiągnąć. Nie, kiedy widział w nim tę dobroć i niewinność, jakby błękit jego oczu był najczystszą wodą, w której mógł się wprost przejrzeć.

Zaśmiał się cicho, przyglądając się muszelce, zanim spróbował czekolady. - Nie wydaje mi się, żeby to było placebo. W końcu czekolada jest podawana tym, których zaatakują dementorzy. Zapewne ma w sobie jakieś składniki, które poprawiają nastrój i faktycznie uspokajają. - Nie znał się na tym, nie potrafił dokładnie wyrecytować składu czekolady, ale był pewny, że jakieś substancje pobudzały odpowiednie receptory w mózgu, w ciele i gdzie tam jeszcze mogły zadziałać jakieś cuda.

Kayden zwolnił kroku, wędrując oczami wzdłuż ulicy i przeglądając witryny sklepów, szyldy i kolorowe, płócienne zadaszenia, aż jedno miejsce nie przykuło jego uwagi. Francuskie restauracje miały to do siebie, że każda wyglądała jak wyjęta z bajki, przeszyta roślinami, kwiatami i dekoracjami. Nie dało się ich opisać inaczej, niż po prostu olśniewająco piękne, choć Kay zawsze uważał je za nieco przesadnie zjawiskowe. Mugolskie na pewno były nieco bardziej stonowane, aczkolwiek wciąż można było dostać oczopląsu. Wydawało mu się, że wypatrzył jednak dosyć łagodne miejsce, z bluszczem porastającym ściany i wnętrzem bogatym w ciemne drewno i proste, choć eleganckie meble. - Zjemy tu? - Zapytał blondyna o opinię, zerkając na tablicę z menu i dostrzegając kilka ciekawych pozycji. - Ja stawiam. - Dodał, bo choć dla niego to było oczywiste, niekoniecznie w tym wypadku mogło takie być.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 08.09.2023

Egzotyka zawsze była kusząca, jak te zakazane owoce w Ogrodzie Edenu. Nie były kuszące dlatego, że różniły się czymś od innych jabłek. Kusiły, bo wydawało ci się, że są piękniejsze, przekonywałeś samego siebie, że na pewno są bardziej smaczne. Zakazane - czemu zakazane? Czy ktoś umarł od rozkoszy, jaką oferowały? A może chciano je tylko dla siebie? Niepewność budowała kilka rzeczy - jedną z nich potrafiła być rosnąca ciekawość i apetyt na zamienienie jej w pewność. By się przekonać, by doświadczyć na własnej skórze. Niewinność Laurenta była dokładnie ta sama jak niewinność Zakazanego Owocu, rajskiej jabłoni pośrodku raju. Jeśli jednak sprowadzał grzech i wygnanie z raju to czy na pewno można było mówić o niewinności? Taki był też ten taniec, a przecież nie było niczego lepszego od obracania się wokół czegoś, co nakręci cię jeszcze mocniej na doznania. Nowe doznania.

- Lubię kąpiel w cieple uśmiechów i uroczych gestów. Błysk w oczach jak mruganie gwiazd na niebie. Tęczę tworzoną z łez wzruszeń. To, co zamienia szary świat w barwy. - Nie bez powodu mówił o szarości, która zalewa barwami świat, choć akurat świat Laurenta chyba nigdy szary nie był. Zawsze były w nim kolory, nawet jeśli w momentach danych przygasały, przestawały być intensywne, mdlały. Lecz nie zapadał w taką pustkę, w jakiej zatapiał się Kayden. Nie rozumiał, czemu mężczyzna miał z tym taki problem, z tym wysysaniem własnego wszechświata z barw. Skąd to się wzięło, dlaczego zaczęło, a najważniejsze pytanie: jak temu zaradzić? Tak, by nie było to chwilowe doznanie, tylko zostało na dłużej. - Powiedz... czy twój świat był ostatnio bardziej barwny? - Ostatnio... od ich ostatniego spotkania. Był ciekaw. Czy te słodkie pocałunki były tymi, które rozganiały całun tylko na kilka chwil, czy może rozgonił je na dłużej? Problem w takich lekarstwach był taki, że łatwo uzależniały. Taki, że Laurent nie był narkotykiem, którym można się było żywić, kiedy się zapragnie. Ale do ustalania granic było jeszcze bardzo daleko, blondyn nawet o tym nie myślał. A może powinien. Bo chyba nigdy wcześniej nie wsiąkał w kogoś tak mocno, jak pochłaniał go Kayden. To było coś zupełnie innego. Odpowiadając wprost na jego pytanie powiedziałby, że tak - lubił. Ale to nie tak, że lubił to robić ze wszystkimi. Robił to zazwyczaj automatycznie. Ze strachu. Z braku zaufania. Z myślą, że ktoś może obrócić coś przeciwko niemu, więc trzeba być gotowym, żeby się bronić słowem.

- Dziękuję za komplement. - Tak, to prawda, nie powiedział, że jest poetą, ale przynajmniej w jego głowie kiedy już mówisz jak poeta to do bycia nim jest krótka linia. Albo cienka? Tak, Laurent lubił malować słowem. Najbardziej radowało się i biło jego serce, kiedy te obrazy do kogoś docierały. Bo nie malował ich przed wszystkimi. Zresztą nawet przy jednym ich spotkaniu blondyn się w końcu bronił przed tym marzycielstwem. Bo to było niepraktyczne. Bo tego się nie pokazywało ludziom ot tak - przynajmniej on tego nie robił, nie potrafiąc się przed tym bronić. To była słabość. I tak uderzyło mocniej serduszko, kiedy odbiorca był zaciekawiony artystą. Ach, jakie to było cudowne i słodkie uczucie..! Zatapiał się w nim jak w mlecznej kąpieli przysypanej jedwabnymi płatkami róż. Ciepło rozluźniało. - Pejzaże, drogi Kaydenie. Realizm, który na płótnie staje się baśniowy. - Laurent wyciągnął dłoń przed siebie, jakby chciał wskazać te kolorowe alejki magicznej dzielnicy, do której wkroczyli. - To miejsce jest przecież całkowicie realne. Ale wystarczy spojrzeć na jego kolory, poczuć wibrujące tu życie, wsłuchać się w dźwięki. Docenić grę światła na szybach lśniących jak kryształy, zakochać się w głębokiej zieleni pnącej się po chropowatych ścianach bluszczem, dać się połaskotać w nos płatkom kwiatów... - Wszystko potrafiło być piękniejsze, kiedy tylko z odpowiedniej strony na to spojrzałeś. I tutaj nie chodziło o to, żeby cokolwiek Kaydenowi udowodnić, żeby go po prostu zabawić. Laurenta to naprawdę zachwycało. Kiedy tylko był przy kimś, przy kim czuł, że może czuć się na tyle swobodnie, by z tym wyjść, robił to naprawdę chętnie. Wiedział, że niektóre osoby to lubiły. Tak jakby naprawdę potrafiły poczuć to, co czuje on, kiedy spoglądał na niektóre momenty swojego życia.

- Hahaha... dziękuję. Choć z całą sympatią do twojego pięknego języka - tego słownego i tego w tych zabójczych ustach - wolałbym rozumieć, co do mnie mówisz. Więc mam nadzieję, że obietnica rozmów odnosi się nie tylko do francuskiego. - Chwila albo i dwie. Znowu było spokojnie. Znowu oddech udało się unormować. Kayden potrafił być naprawdę słodki, chociaż ciężko powiedzieć, czy można tu mówić o trosce. Takiej prawdziwej. W końcu się nie znali. Z drugiej strony nie to, że mu nie ufał i jego reakcji nie uznawał za fałszywe. Co najwyżej bardziej grzecznościowe. Z jakiegoś powodu nie posądzał ludzi o empatię w odniesieniu do własnej osoby. - Och? Zna się pan na dementorach, panie Delacour? - Niebezpieczny temat. Laurent bał się mnóstwa rzeczy, ale dementorzy do nich nie należeli. Wszelkie stworzenie, nawet te powstałe za pomocą czarnej magii, było dla niego elementem świata do zbadania, zrozumienia, akceptacji. Jeśli nie możesz się czegoś groźnego pozbyć musisz wiedzieć, jak z tym żyć. Jak nad tym zapanować. Mord nie zawsze był rozwiązaniem. Dla niego mord właściwie nigdy nie był rozwiązaniem.

Owszem, to nie było dla Laurenta w ogóle oczywiste, bo to w końcu on zaprosił Kaydena na tę podróż. Nie miał jednak nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Laurent, prawie jak kobieta, bardzo lubił być traktowany w ten sposób, lubił być rozpieszczany, lubił takie drobnostki, które wymykały się kompletnie normom zachowań według standardów społecznych. Choć akurat postawienie obiadu znajomemu nie było niczym niepoprawnym czy wyrastającym ponad normę. Wręcz przeciwnie. Laurent bardzo chętnie próbował rzeczy nowych, ale Menu w języku mu obcym wprawiało go w niemałe zakłopotanie, dlatego zdał się w pełni na Kaydena. Z ufnością. Pozwolił teraz jemu strzelić. Dał mu łuk i zaprezentował tarczę. Blondyn lubił jeść prawie wszystko, nie był wybredny. Pod warunkiem, że wyglądało dobrze i tak jak mówił - nie próbowało mu uciec z talerza.

Po zjedzonym posiłku pokręcili się jeszcze po miasteczku, Laurent bardzo chętnie przeglądał witryny sklepów i zatrzymali się na kilka chwil przy kwiaciarni, gdzie oczy selkie dały się omamić na dłuższa chwilę kwiatami, jakich jeszcze nie widział. I nawet kupił kilka nasion. Dzień upłynął w zasadzie w oka mgnieniu, nim wrócili w końcu na statek, który popołudniem miał wypływać z portu.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 10.09.2023

Szare, ponure dni nie były niczym stałym. Słońce wychodziło zza chmur nieśmiało lub prażyło z nieba jak piekielna kula ognia. Paliła barwne kwiaty na wiór, a koryta rzek wysychały. Deszcz, choć czasem koił po upałach i rozmywał śnieżne zaspy, potrafił przerodzić się w powódź. Pogoda była zmienna, wraz z upływem czasu. Gdy kończył się sezon, koło zataczało krąg, przesuwając na przód swoje szczeble i przelewając wodę. To było nieuniknione. Coś jednak sprawiło, że te ciemne chmury zostały na dłużej, odgradzając go od słońca. Nie całkowicie, oczywiście, czasem promień przedzierał się strumieniem przez szare kłęby i oświetlał polanę, a tam, gdzie pływało złoto, rosły barwy. To ta okropność... ta rutyna sprawiała, że stawało się to takie nieznośne. Bo pewne. Stałe. Zataczał własne koło, bo to szarość stała się jednakowa, monotonna, stabilna... Ażeby się z niej wytrącić, żeby sprawić, że upływ czasu znów ruszy naprzód? Co takiego musiałby zrobić, by przegnać deszcz, skoro sam nie chciał odejść? Pozostawało stać i dmuchać na chmury z nadzieją, że w końcu popłyną dalej i odsłonią niebo. Albo i z drugiej strony, chwycić za grom i cisnąć go w górę ze złością. Taka była ta szarość. Sprawiała, że wszystko wygasało, milkło, a człowiek przyzwyczajał się żyć, tak jak żył. Brakowało tu walki o sny i marzenia, ponoć utopijne w tej rzeczywistości.

Uśmiechnął się na te poetyckie epitety, niemalże czując, jak promień złota łaskocze go po skórze. To było przyjemnie... słuchać go, jak opisuje świat, na który patrzył. Na jego barwy. To nie było lekarstwo, bo to nie on chorował. To świat chorował za niego, ten jego świat, który dryfował mu przed oczami jak mgielny letarg, prowadzący donikąd. Sam nie wiedział, czy te odskocznie na chwilę pomagają malować świat, czy tylko jeszcze bardziej tę szarość pogłębiają, odkrywając nowe, choć te same rejony. Wiedział jednak na pewno, że świat kolorował się sam, kiedy poświęcał mu więcej czasu. Nie gnał za codziennością i wcale nie myślał o niej, tylko zatrzymywał się na chwilę, żeby spojrzeć na zachód słońca, upiększający plażę różem, złotem i pomarańczą.

- Tak. - Powiedział krótko, powłóczyście, sennie wręcz. Jakby samym tonem głosu chciał przedłużyć to słowo do swoich zwykłych wypowiedzi. To nie same pocałunki zabarwiły chmury, tylko świadomość tego, że czas ruszył, tak naprawdę się zatrzymując.

Nie zdziwiłby się wcale, słysząc jego myśli. Wrażliwość to słabość. Nie bez powodu artyści malują piękne dzieła i przelewają myśli na płótno, zmieniają je w plamy tuszu na pergaminie, czy wtapiają je w melodię strun i klawiszy. W sztuce więziona jest wrażliwość, a wrażliwość podziwiana jest przez tych, którzy i w sobie tą wrażliwość niosą, choćby najgłębiej w sercu, gdzie nie dociera światło i wścibskie, sępie oko. Milczał więc, wsłuchując się w tę wrażliwość, która wypływała z lukrecjowych ust i spoglądał na niego, jakby rzeczywiście widział artystę, który chwycił za pędzle i malował cudny pejzaż. Efekt tego był niezwykle niespodziewany, bo i odbiorca zaczął podziwiać interpretację rzeczywistości, przelaną na płótno. Laurent zasłonił mu usta swoimi farbami i jedyne co mógł teraz robić, to podziwiać.

- Jeśli tego sobie życzysz... będę więc używał języka, którego znasz. - Zapewnił, choć sam jakoś nie pałał chęcią do rozmawiania po francusku. Jak bardzo uwielbiał używać tego haczyka na kobiety, które trzepotały rzęsami na niższy ton i nieznane słowa, tak tutaj ten haczyk był zdecydowanie zbyt prymitywny. To jak łowienie syreny na patyk ze sznurkiem i zakrzywioną igłą.

- Nie. Zdecydowanie nie. Pamiętam jedynie to, czego uczono nas na zajęciach. - Odparł spokojnie i choć jego bogin raczej nie przybrałby postaci dementora, Kay wolał się trzymać od tych stworzeń z daleka. Bardzo daleka. Ciężko było nazwać dementora stworzeniem, a przynajmniej on by tej istoty do tej grupy nie podpiął. Zjawa, zmora, duch, strach, widmo... To już prędzej. Od kiedy jednak pamiętał, fascynowała go natura tych istot, ale to była taka fascynacja, jak pragnienie dostrzeżenia dnia ciemnej studni. Cokolwiek się tam kryło, zagubione złoto czy jedynie pustka, nie było to warte zanurkowania w nicość.

Nie zamówił żadnych ślimaków w cieście ani niczego, co przyprawiałoby turystów o mdłości. Pamiętając jednak słowa Laurenta o tym, że wielbicielem słodkości raczej nie był, zamówił coś bardziej stonowanego, choć za wielkiego wyboru nie miał — francuzi wprost uwielbiali słodkie śniadania.

Delacour zapomniał o świecie, który zostawił na parę dni za sobą. Choć może zapomniał to za dużo powiedziane, ale zasunął na chwilę materiał zasłony, by pozwolić barwom zatopić go w morzu. Nie dosłownie oczywiście, bo wolał pozostać bezpiecznie na statku, ale myśli jego i dusza spoczywały na unoszącej go tafli farb. Jedyną gorzką nutą było to, że po przyjemnych rozmowach i niewinnym flircie, trzeba było ugryźć się w język i połknąć słodycz, która cisnęła się na usta. Powstrzymać ją jakoś, choć tak bardzo pragnęła wydostać się na wolność. Jak kanarek w złotej klatce. Nie przeszkodziło mu to wcale w rozmowie, to prawda, ale sprawiło, że myśli zaczęły zadawać niefortunne pytania. Jakim to grzechem jest skosztowanie owocu, jeśli zakazem jest jedynie słowo? Komu dzieje się przy tym krzywda? W niektórych duch przekory tkwi za głęboko, żeby się go zwyczajnie wyzbyć.

Późnym wieczorem statek pustoszał. Łuna słońca znikała za horyzontem, a sen przychodził z łatwością, gdy morskie fale bujały kadłubem w jedną i drugą stronę. Kayden jednak śpiący nie był, bo to wprawdzie ani nie była jego pora, ani też nie czuł się znużony przez alkohol, który znikał ze szklanek i kieliszków wycieczkowiczów. Zresztą sam nie miał ochoty pić, bo cóż to za frajda, skoro trunek przelatuje jak przez ramię? Ano żadna. Swoją frajdę jednak znalazł w pustej bawialni, do której zawędrował jak ciągnięty za guzik przez nudę.

Nie potrafił grać na pianinie. Znaczy, ah, może inaczej... Nie uczono go grać na klawiszach. Wolał instrumenty strunowe i zdecydowanie pewniej czułby się ze smyczkiem w ręce, a muzyka płynęłaby sama, jak po falistym wybrzeżu. Na pianinie grywał tylko wtedy, kiedy nikogo nie było w rodzinnym salonie, a on zapragnął nagle usłyszeć dźwięk tak inny od wiolonczeli czy skrzypiec. Grał wtedy tylko jedną melodię, w kółko i w kółko, aż nie nauczył się jej na pamięć do pewnego stopnia... bo potem to już była katastrofa. Wszystkie te klawisze... a już na dwie ręce to w ogóle niemożliwość. Korzystając więc z tego, że był tu sam, usiadł przy pianinie z cichym westchnięciem i próbował sobie przypomnieć melodię, choć myliły mu się nuty i musiał zaczynać od początku. I tak w kółko i w kółko, mając nadzieję, że znudzi się na tyle, by w końcu pójść spać.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 10.09.2023

Kayden nie był śpiący, a Laurent wprost przeciwnie. Był zmęczony. Nie było to złe zmęczenie, które zabijało i dobijało. Był zmęczony fizycznie i tego mu było potrzeba. Wykręcił się trochę z towarzystwa, znużony, nigdy niewpasowany tam, gdzie alkohol już się przelał i nikt już nie funkcjonowały odpowiednio mózgi. Jaźń była rozproszona i tak samo również rozpraszały się słowa. Nie, to nie było dla niego i znosił to na przyjęciach tylko wtedy, kiedy było to konieczne. W innym wypadku ulatniał się, zanim wszyscy byli zbyt pijani, żeby w ogóle kogoś zrozumieć. Poszedł się umyć. Zmyć dotyk słońca ze skóry i orzeźwić się, chociaż trochę. I... chociaż zmiana opatrunku nie była niemożliwa dla niego do wykonania, chociaż mógł o to poprosić służbę, to był ciekaw: czy Kaydena odstraszała krew? Bo jego samego tak. Ten trud zmiany nie wynikał z tego, że trzeba sięgnąć ręką do pleców, do ramienia - niewygodne, ale do wykonania. Trud wynikał z tego, że Laurent płakał niemal na samą myśl o tym, że miał sam to rozparcelowywać, patrzeć na nie dajcie bogowie krew - w końcu rana była sprzed trzech dni - i na to, że w ogóle była, traktowana maściami i miksturą. Nie, krwi nie powinno już być, ale była w jego wyobraźni, to wystarczyło. Wpatrywał się w swoje własne odbicie, w te pojedyncze, siwe włosy, które mieniły się między platyną, a które nie były do wychwycenia ot tak, w pierwszym spojrzeniu. Zazwyczaj w ogóle nie były, bo dbał o ich maskowanie. Żeby ludzie nie myśleli, że... że jest słaby. A może - że jest wrażliwy? Beltane wywróciło życie bardzo wielu czarodziei do góry nogami. Jego życie przechodziło teraz przed tsunami. I potrzebował jak powietrza chwil takich, jak te. Chwil, które mówiły, że nie wszystko musiało być złe i naszpikowane strachem i bólem. A Kayden... Och, Kayden... Zajmował jego myśli i czas. Zapomniał nawet o tym, żeby się bać. Owszem, czasami nerwowo drgał, czasami spoglądał nieufnie na jakiś cień, ale zaraz pojawiał się ten paraliżująco słodki głos, który rozpływał człowieka tak, jak topił się cukier na nagrzanej patelni. Chciał się w tym wygrzewać. Chciał tę słodycz, każdy gest i każde spojrzenie. Wieczory miały jednak to do siebie, że człowieka dopadały myśli. Rwały i... przeszkadzały. Just don't.

Ubrany w lekko niedopiętą koszulę, z mokrymi włosami, wyszedł na korytarz ii przeszedł pomiędzy kajutami, gdzie w większości już nawet było cicho. Statek lekko się kołysał, morze szumiało. Spokój. Cisza. Aż dreszcze przechodziły od tego zastoju, w jakim znalazł się świat. Z powrotem do salonu zwabiła go muzyka stamtąd dochodząca. Nie profesjonalna, bo przecież mieli pianistę, tylko taka... ach, no jakby ktoś naprawdę chciał, ale paluszki mu się plątały? Zatrzymał się w drzwiach, stając w progu, by spojrzeć na Kaydena. I przez chwilę tylko słuchał, uśmiechając się delikatnie. Nie potrafił sam grać. Zdawał sobie jednak sprawę, że fortepian to nie było coś, na czym grał każdy jak na trójkącie dostając go do ręki. A i trójką wymagał nauki, żeby wydobyć z niego odpowiednie dźwięki. Co dopiero ten instrument! Więc słuchał...

- Nie wiedziałem, że potrafisz grać. - Odezwał się w końcu i ruszył w kierunku Kaydena. - Jak ty to robisz, że dotrzymujesz im wszystkim kroku, a potem siedzisz tutaj, znużony i zbyt trzeźwy? Choć pachnie od ciebie whiskey równo. - Uśmiechnął się wesoło i pomachał dłonią przed sobą żartobliwie dłonią, jakby chciał odgonić tę woń. Naprawdę - po Kaydenie nie było widać nawet malutkiej kropeczki wstawienia. - Zdumiewające. - I może imponujące? Tego nie był pewien, bo może w zasadzie należało współczuć. Laurent sporo by dał, żeby móc się normalnie napić w towarzystwie. To naprawdę było ciężkie do wytłumaczenia, że jego ciało, selkie, nie tolerowało żadnego alkoholu.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 16.09.2023

Kiedy pozwalasz, by myśli wypełniła muzyka, pozwalasz też na chwilę odciąć się od świata. Nie ważne, że palce się plączą, klawisze brzmią, jakby pianino nagle zachorowało, a melodia nie płynie jednym ciągiem, powracając na sam początek klucza wiolinowego. Nuty są krzywe, nie trzymając się pięciolinii, skaczą i pląsają tam, gdzie ich być nie powinno… ale robią swoje. Odciągają cię od rzeczywistości i zamykają w innym świecie. Tu i teraz. Zasłaniamy się muzyką, jednocześnie odsłaniając się w ten najsubtelniejszy sposób.

Kayden drgnął lekko, w pierwszym momencie chcąc zerwać się do pionu, jakby go na czymś niestosownym przyłapano. Dopiero znajoma sylwetka załagodziła zaskoczenie i uwolniła z napięcia. - Gdybym potrafił grać, zapewniam, że nie robiłbym tego w pustym pomieszczeniu. - Powiedział mężczyzna, opierając ręce na siedzeniu i obrzucając Laurenta zaciekawionym spojrzeniem. - Od ciebie za to nie czuć ani kropli… Podziwiam twoją silną wolę. - Powiedział to, choć w zasadzie nie odnosiło się to tylko do picia. Nadal nie był ani trochę zmęczony, więc nawet nie mógł udawać, że go ta whisky ruszyła. Uśmiechnął się jednak krzywo na jego gest. Zawsze lubił korzenny zapach i pikantne, iskrzące nuty w smaku, więc ta uwaga go trochę oburzyła. Jeszcze gorzej by się obruszył, gdyby usłyszał to o sherry. - Przesadzasz… - Ledwo ją czuł na języku, ale uśmiech złagodniał lekko, gdy skinął w stronę pianina. - Potrafisz grać? - Zapytał z nieukrywaną ciekawością. W końcu on sam muzykę uwielbiał i najchętniej to by się nauczył grać na każdym mu dostępnym instrumencie. Był jednak ciekawy, czy Laurenta ciągnęło choć trochę do nut i melodii. Później sobie przypomniał, że blondyn jest przecież selkie i zaczął się zastanawiać, czy skoro kochał morze, tak jak te syreny z bajek, to może i śpiewać potrafił. I tak, dalej tkwiła mu w głowie ilustracja pięknych syrenich ogonów, gdy tylko słyszał o selkie, więc wolał pozostać w swojej fantazji, zanim ktoś mu nie gwizdnie dywanu spod nóg. Jak narazie trzymał się bajki, jak dzieciak swoich ulubionych słodyczy i nie zamierzał tak łatwo puścić.

Przesunął się nieco na podłużnym siedzeniu przed pianinem, sugerując Laurentowi, by posadził swoje seksowne cztery litery obok niego. - Zapytałbym się, dlaczego jeszcze nie śpisz... - Powiedział cicho, spoglądając na niego spod pojedyńczych, czarnych kosmyków włosów. - ...ale chyba domyślam się odpowiedzi. - Właściwie to się zastanawiał, jak sobie radzi z nocami, skoro został zaatakowany podczas snu. Uśmiechnął się do siebie, układając palce na klawiszach. - Chcesz, żebym ci zagrał kołysankę? - Sarknął, nie chcąc, by zaczął myśleć o nieprzyjemnych rzeczach. Wystukał więc melodię "Twinkle Twinkle Little Star", która też wcale nie była idealna, ale właściwie to nie miała być. Problem w tym, że więcej kołysanek Kayden nie znał, więc Luaurentemu musiała wystarczyć właśnie ta.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 16.09.2023

Jego ojciec obraziłby się śmiertelnie, gdyby powiedział, że muzyka w ogóle nie była domeną rodu Prewett i to nie dlatego, że tylu muzyków z ich nazwiskiem wyszło. Laurent nie potrafiłby wymienić nawet jednego. Natomiast był pasjonatem piękna w całej okazałości. Tutaj chyba można rzecz - jaki ojciec, taki syn. Fakt. Szczególnie w ich rozwiązłości można było rzec, że tatuś uczył synka, jak żyć. Tym nie mniej - muzyka nie była domeną Prewettów. Trudno, niech się staruszek obraża, a w końcu - czego oczy nie widzą... tego głowa nie siwieje. Czy coś w ten deseń. Na pewno nie znał się na niej sam Laurent, który dał się namówić na to, żeby usiąść przy fortepianie. W dodatku dopowiem, że namawiać się długo nie dał. Dosiadł się niemal od razu. Kiedyś siedział przy takowym, a nawet nie raz. Raz nawet siedział na klawis... och, może lepiej o tym nie wspominać. Muzyka z tego piękna nie wyszła w każdym razie. Jego dom bardziej pełny niż nut był obrazów. To nie było też obce Kaydenowi, jego matka była w końcu niesamowitą malarką i Laurent baaardzo się cieszył, że jej obraz miał okazję powstać w jego rezerwacie. To, że tych obrazów było dużo, też nie znaczyło, że Laurent potrafił rysować. Malować. W ogóle... nie miał ręki do sztuk pięknych. Chociaż może powinien sił w pisarstwie spróbować? Hm... Skoro tyle osób mu ciągle powtarzało albo pytało go, czy jest poetą...

- Lubisz błysk reflektorów na sobie? - Podłapał i podpytał o to. Nie było to dla niego wcale oczywiste, skoro mówił, że woli pracować sam, w spokoju, dziubać sobie, a nie... a nie co? Miał okazję ostatnio pooglądać pracę archeologów i wyglądało to bardzo spokojnie. Poza incydentem, przy którym zresztą był i któremu zaradził. Za dużą ilość galeonów. - Posądzałbym cię ledwo o bycie gwiazdą jednej nocy. Taką, która zachwyci, a potem odleci w ciemny granat do sobie tylko znanego miejsca, pozostawiając ludziom sny i marzenia. - Bo spadające gwiazdy właśnie takie były. Sprawiały, że serca wypełniała fascynacja ich pięknem, kiedy lśniły tak mocno, tak jasno - i biegły, ale dokąd? Nie wyglądały na uciekające. Ledwo na podróżujące. Laurent przesunął palcami po klawiszach po swojej stronie, ale żadnego z nich nie nacisnął. Dopiero kiedy skończył mówić sprawdził dźwięk jednego z nich. - Silną wolę do nie picia? - Spojrzał na Kaydena z rozbawionym uśmiechem, wyrwany z tej pięknej wizji, jaka wymalowała mu się przed oczyma. - Być może przesadzam. Jestem przewrażliwiony na punkcie zapachów. Alkohole potrafią pachnieć pięknie. Pijani ludzie już zwyczajnie śmierdzą... tak jak miejsca, w których zasypiają, bo nie dotarli do swoich łóżek. - Ale tutaj jakiś umiar panował, a że było i tak czysto - to go nie dziwiło. Skrzaty i służba robiły swoje. Ten smród wywietrzałego alkoholu w oddechach, na ciuchach, potrafił sprawić, że było mu po prostu niedobrze. - Nie, nie potrafię. - Przestał rozglądać się po pokoju i znowu spojrzał na Kaydena. - Za to potrafię całkiem nieźle śpiewać. - Wyszedł naprzeciwko jego myślom. - Zaśpiewać ci? - Śpiew selkie był niezapomnianym przeżyciem. Bo tak, zgadza się - opowieści tutaj nie kłamały. Powabne syreny mylące zmysły i wodzące marynarzy na pokuszenie. Ta opowiastka akurat miała w sobie nie tylko ziarno prawdy, ale nawet i bardzo mocne podłoże.

- Mam eliksiry nasenne. Zasypianie nie jest problemem. - Uspokoił mężczyznę, tak jakby to Kayden takiego uspokojenia potrzebował, a nie on. Kłamstwem za to byłoby powiedzenie, że samo zażycie eliksiru nie wiązało się nawet ze stresem. No bo: co jeśli..? Prawdę mówiąc był jednak taki zmęczony, w ten pozytywny sposób, że mógłby chyba go wypić... bez bardzo drżącej ręki. - Postanowiłem jednak wyjść z moją wędką, haczykiem i przynętą w nadziei na to, że znajdę odważnego marynarza do pomocy... - Tak, to był fakt, nie chciał się na tym skupiać. Miał bardzo dobre rozproszenie obok siebie, żeby o tym nie myśleć. Zmieniać to w bardziej lekką wersję rzeczywistości. Żart. Skinął głową w odpowiedzi na pytanie o kołysankę. I chociaż nie była to idealna wersja piosenki to wdarła się do jego serca i wywołała dreszcze. Zapatrzył się na człowieka siedzącego przed nim opętany czymś... czymś... innym. Nie wiedział, co to za uczucie, ale rwało go jakąś tęsknotą, jakimś dziwnym wrażeniem, że wszystko teraz było na miejscu, dopiero teraz, chociaż jego świat był przecież w pieprzonej rozsypce. I ta beznadziejna piosenka na fortepianie brzmiała tak, jakby nikt nigdy nie wybrzdąkał dla niego paru nut na instrumencie. Ale już grali. Tacy, którzy naprawdę potrafili grać. Nie, nie wiedział, co to jest, ale było poruszające. Do tego stopnia, że przez moment Laurent miał wrażenie, że jego oczy zajdą łzami w tym głębokim doznaniu piękna chwili. Ta cisza chyba mogła być całkiem niezręczną dla Kaydena, kiedy Laurent się na niego zapatrzył jak na obrazek, oczarowany czy zaczarowany paroma nutami. W zasadzie... tak, Lukrecja mógłby teraz grzecznie przyłożyć głowę do podusi i zasnąć.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 27.09.2023

Błysk reflektorów oślepiał i choć potrafił go ignorować i robić swoje, to jednak wolał, jak paliła się tylko jedna czy dwie świece. Jaskrawe światło było dla tych, co uwielbiali błyszczeć w tłumach, jak jego kuzyn. Mieli coś do zaoferowania światu i pławili się w tym intensywnym blasku, świecąc własnym światłem. Oślepiając innych. Kayden jednak czuł się najlepiej w ciepłym płomieniu, ogrzewającym skórę. Nawet gdyby rzeczywiście potrafił grać, grałby dla kogoś dla czystej przyjemności, a nie po to, by go podziwiano. - Gwiazdą jednej nocy… to tak bezdusznie brzmi… - Zaśmiał się cicho. - Jakbym miał zgasnąć w czerni, tylko po to, by kogoś raz jedynie oczarować. - Pokręcił lekko głową, wciąż z delikatnym uśmiechem na ustach. Nie był ani gwiazdą, ani jasnym księżycem, ani nawet nocą, choć noc była najpiękniejszą porą, podczas której mógł kogoś oczarowywać. - Szkoda by było jednak tłumić w sobie talent, skoro mógłby kogoś natchnąć, nie uważasz? Zachowanie go dla siebie byłoby po prostu samolubne. - Powiedział to pół żartem, pół serio. Osobiście lubił przebywać w towarzystwie ludzi, którzy potrafili inspirować i zanurzyć kogoś w tej innej magii.

- A widzisz, żebym był pijany? - Wyszczerzył ząbki w dość niewinnym uśmiechu, choć na pewno niewinny nie był. Gdyby mógł, uwaliłby się nie raz i nie dwa, i nie raz i nie dwa żałowałby za każdym razem. Na całe szczęście przez swoją wrodzoną odporność pił albo dla towarzystwa, albo dla smaku. - Mam bardzo mocną głowę. Nie wiem, czy to dobrze, czy jednak nie do końca… w każdym razie nie musisz się martwić, że znajdziesz mnie kiedyś pod stołem. Wolę spać w swoim łóżku. - Doprecyzowanie — w swoim. Nie potrafił zasnąć w żadnym innym, co nie raz sprowadzało się do tego, że znikał po pięknej nocy jak ta gwiazda, o której wcześniej mówił Prevett. Gwiazda, która miała ten swój skrawek nieba i nie potrafiła być w żadnym innym miejscu na dłużej.

Zabiło mu szybciej serce z ekscytacji, kiedy Laurent wspomniał o śpiewie. Uśmiech rozjaśnił oczy. Oh, niczego teraz bardziej nie pragnął jak usłyszeć jego głos. - Zaciągniesz mnie śpiewem w głębiny? - Zapytał i mrugnął do niego zaczepnie. - Nie mam nic przeciwko… - Skinął lekko głową i znów mina mu złagodniała, a oczy zaiskrzyły ciekawością. - Zaśpiewaj mi. - Poprosił. Nie wiedział czego się spodziewać, ale Laurent miał teraz całą jego uwagę, którą nie zmąciłby nawet sztorm. Szkoda mu było jedynie tego, że nie potrafił grać na pianinie, choć był prawie pewny, że mężczyzna wcale nie potrzebował podkładu. Gdyby tylko znalazł tu skrzypce albo wiolonczelę… Cóż, może następnym razem…

Brunet znał bardzo dobre rozproszenie myśli, choć nie był pewien czy mógł je teraz zastosować. Zwykle to on z dziką ochotą dawał się rozproszyć lub tego rozproszenia szukał. Nie grał więc żeby zachwycić, a raczej, żeby rozbawić, choć tego rozbawienia w Laurentym nie znalazł. Znalazł za to coś innego, co sprawiło, że wstrzymał na chwilę oddech, a źrenice rozszerzyły się z… Zaskoczenia? Zachwytu? Cokolwiek to było, sprawiło, że cisza stała się niesamowicie ciężka i głucha na fale czy trzeszczenie drewna. Był piękny. Kiedy tak patrzył z oczami pełnymi emocji, był po prostu… oszałamiający. Morskie fale przelewały się w jego tęczówkach, porywając cały świat do swojego wnętrza. Kayden uniósł dłoń i delikatnie odgarnął jedwabne, bladozłote nitki włosów, by przyjrzeć się dokładniej porywającej tafli błękitu. Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy w nie spogląda, traci rozum. Pozwala się zagłuszyć tej magii, poddaje się bez walki. Zabawna myśl pojawiła się w jego umyśle, gdy tak wbijał w niego swoje srebro. - Przysięgam, że w twoich oczach zamknięty jest patronus… - Powiedział cicho, z lekkim uśmiechem. Słowa wypłynęły z niego samoistnie, choć wcale nie próbował ich zatrzymać.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 27.09.2023

Różnili się tutaj, prawda? Bo Laurent chciał błyszczeć. Chciał lśnić - jak wszystkie gwiazdy na raz i jak każda pojedyncza. Chciał mieć dla siebie światło i chciał się pod nim uśmiechać do błyskających aparatów. Chciał westchnień tłumów na każdy swój ruch. Chciał tak wiele, a jednak po nic z tego nie sięgnął, kiedy mógł. Z rozwagi. Odmówił sobie samemu bardzo wielu rzeczy tylko dlatego, żeby wypełnić rolę, jakiej oczekiwał od niego ojciec - historia stara jak świat i uparcie powtarzana na winylowych płytach granych na starych gramofonach schowanych na strychu dziadka. Albo wyciągniętych w salonie, żeby móc magią muzyki nacieszyć swe uszy przed snem. Prawdziwej, nie tej, którą brzdąkał właśnie Kayden. Całkiem zabawne, że nie wymieniłby żadnej innej muzyki na tę mizernie zagraną właśnie, z lekkim fałszem, gubieniem albo myleniem klawiszy.

- Gdybym podarował ci moje oczy widziałbyś, że to nie jest bezduszne. - Serce lepiej znało prawdy żywe niż mędrca szkiełko i oko. - Najpiękniejszą z gwiazd jest ta, która przemierza niebo, ponieważ ludzi zachwyca jej wędrówka. Przemijalność. Ale przecież gwiazda po swojej wędrówce może odejść, gdzie zechce... wrócić na niebo, by dalej lśnić, albo wkroczyć między ludzi, by cieszyć się ich codziennością. - Wyobraźnia Laurenta również mieściła w sobie cały nieboskłon pływający swobodnie wszędzie, jeśli tylko pozwoliło mu się rozwinąć skrzydła. Jeśli było się też gotowym słuchać, albo podejmować stawiana wyzwania gotowane przez... poetę? Za takowego się nie uważał. Ciągle go bawiło, że ludzie go do poetów porównywali. Ale taka była prawda, że był absolutnie zakochany w tych najbardziej ulotnych doznaniach. Owszem, gwiazdy były piękne, ale spadająca? Oooch... Mogła się pojawić jeszcze kilka razy, ale zawsze była inna. To tak jak chwile, które dzielił z Kaydenem - przecież było ich już wiele. Jego zachwyt jednak nie przemijał, choć przemijały chwile. Raz po raz dawał się łapać w te objęcia i czuł się pijany słowami, gestami i spojrzeniami. Jeśli to nie była magia zauroczeń albo moc amortencji to już nie wiedział, czym to jest. Nigdy chyba się tak nie czuł... nie, nie chyba. Nigdy się tak nie czuł. Jakby bez jakiejkolwiek kontroli przepadł. I niby czarował, ale to on czuł się zupełnie oczarowany. Ta wola już nawet nie należała do niego. Zrobiłby chyba wszystko za kilka więcej takich spotkań i kilka więcej słów płynących z ust tego bruneta. - W takim razie nazwij mnie samolubnym, ale swój talent zachowam tylko dla tych, których zapragnę nim uraczyć. - Mógł być niepewny wielu rzeczy, mógł mieć rosnące i piętrzące się kompleksy, tak jak wkradające się pytanie, czy ta znajomość skończy się tak jak każda inna - poszukiwaniem słodkiego doznania własnego ciała. Tyle. Może potem przejdą do codziennej znajomości, przyjaźni nawet, jak to z niektórymi. Na razie jednak był tak skupiony na Kaydenie, że te głosy... do głosu dotrzeć nie mogły.

Faktycznie, Kayden nie był ani trochę pijany, dlatego to było takie zastanawiające. Tamtego wieczoru towarzystwo już trochę popiło, było to po nich widać - to towarzystwo Delacoura. A ten jakby nigdy nic... ale może po prostu jeszcze tego nie widział? Tych subtelnych zmian? Albo naprawdę miał tak szalenie odporną głowę? W końcu różne rzeczy się działy na świecie. Nikt normalny nie padał od kilku łyków wina, tak jak potrafiło to poskładać Laurenta, prawda? Dlatego tylko się zaśmiał i lekko pokręcił głową na komentarz, że nie będzie musiał go zbierać z podłogi.

- Dzięki Bogu, już się bałem, że to będzie moja powinność na tym rejsie. - A należało tutaj wspomnień, że dźwiganie i targanie kogoś nie należało do jego specjalizacji i mogłoby to się skończyć nieciekawie. Nie to, żeby nie próbował, walczyłby jak lew! Z pewnością jednak były do tego zadania bardziej kompetentne osoby.

- Chciałbyś zwiedzić oceaniczne tonie? - Odpowiedział w tym samym tonie, przez moment przysłaniając obraz własną kurtyną rzęs, kiedy trochę wyzywająco i zalotnie spojrzał na Kaydena. - Zaśpiewam. Ale najpierw - obiecana kołysanka. - Choć ponoć kiepsko się śpiewało, kiedy sen już chciał, żebyś przymknął powieki, zatopił się w miękkiej poduszce? Ach, żadna strata... przecież nie zamierzał tutaj zasypiać. W takim towarzystwie było to wręcz ciężkie. Choć trochę złamał swoją obietnicę. Bo po samej kołysance był zbyt oczarowany, żeby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Dopiero ruch Kaydena przełamał ten mesmeryzm opuszczony na jego mięśnie i źrenice, pozwalając znów nawiązać kontakt z rzeczywistością. - Ach tak... więc to już nie są połowy. To już patronus? - Oderwał się od fortepianu, o który się opierał i zmienił swoją pozycję siedzenia - usiadł tak, by usiąść na niej okrakiem, przodem do samego Kaydena, zaczynając cicho nucić, a nucenie te przyciemniło światła wokół zostawiając tylko te przy nich, rozmyła otoczenie, zabierając ich na gwieździste wybrzeże - byli tylko oni, plaża kawałek dalej i fortepian, przy którym siedzieli. Nogi fortepianu jak i ich stopy dotykały przyjemnie ciepłych fal obmywających ich kostki. Pojedyncze spadające gwiazdy przecinały niebo tak barwne i bogate, że można było na nim wymalować każdą konstelacje. Morze odbijało całą powierzchnię granatowo-fioletowo-pomarańczowego nieba, jakby samo chciało niebem się stać, delikatnie tylko falując. I zaczął śpiewać. Anielski głos przeciął pokój, w którym ciągle siedzieli, ale dla Kaydena byli już w zupełni innym miejscu. Kayden nawet już nie był przy fortepianie. Spadł plecami w dół i zatopił się w morskiej toni, ale wcale nie dusił. Migocząca woda nie czyniła mu żadnej krzywdy, kiedy spoglądał na migoczące nad powierzchnią wody niebo - dokładnie to samo, pod którym jeszcze chwilę temu siedział. A potem jego obraz przesunął się z kolejnym mrugnięciem oka na koralowce, perły i barwne, magiczne ryby niosące na swoich ogonach prawdziwe woale tkane dłońmi chyba samych Mojr. Ale piosenka się skończyła. Dość szybko - bo Laurent nie miał w zasadzie siły utrzymywać czaru dłużej.

Kayden znów siedział w tym samym pokoju, spoglądając w oczy Laurenta, który cały ten czas spoglądał w srebrzystą toń jego tęczówek.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 06.10.2023

Kayden pokusiłby się na stwierdzenie, że Laurent miał o wiele więcej rozwagi, niż on sam. Jedyną rozwagę, jaką miał na pewno, to ta dotycząca milczenia. Rozumiał, że jest czas na śmiałość, tak jak i jest czas na rozwagę, ale czasem pokusa, by nadgryźć nieco więcej, niż powinien, stawała się zbyt natrętna, by ją zostawił w spokoju. Było to jednak sporadyczne na tyle, że głupstwa płatał niezbyt często. Najczęściej jednak, gdy był pod czyimś wpływem. Wpływ przystojnego selkie był wystarczający, by rozwaga była tutaj naciągana jak pajęcza nić. Niby głupstwem było dorosłemu mężczyźnie grać kulawą kołysankę, a jednak to zrobił pod wpływem chwili, lekkiej atmosfery i żartu, bo inaczej tego by nie nazwał. Gdyby chciał się czymś chwalić, to na pewno nie tym, że grał, jakby pozjadał klawisze. Wcale go to jednak nie bolało. Chwila ulotna, która później będzie wspomnieniem - przyjemnym czy też nie, tego jeszcze nie wiedział.

Znów go jego słowa zachwyciły. No, jak nie poeta jak poeta! Mówił pięknie jak słowa wyjęte prosto z papierowych ust powieści. Nawet go zatkało lekko i nie wiedział co na to odpowiedzieć. Mógł się tylko uśmiechnąć ciepło z migocącym srebrem w oczach. - To nie oczy tak widzą świat, a dusza. - Odparł w końcu cicho. Oczy widziały to, co widziała cała reszta. Trawa jest trawą, niebo niebem, a gwiazdy spadały. To, co siedziało w środku, nadawało temu wszystkiemu sens, to piękno i wyjątkowość. I to było w tym wszystkim tak niezwykłe, bo każdy czuł co innego, widząc zgoła to samo. - Duszy mi lepiej nie oddawaj. - Zażartował i odwrócił wzrok na klawisze, muskając błyszczące, białe kafle opuszkiem palca. - Choć właściwie to nie musisz, wystarczy, że o tym opowiesz. Znacznie łatwiej jest to sobie uświadomić, kiedy tak mówisz tym lirycznym językiem… Masz talent do tego. - Ściągnąłby czapkę z głowy, gdyby takową miał. Z szacunkiem, bo nie każdy miał do tego smykałkę. Można gadać i gadać o swoich wizjach świata, ale umieć kogoś tym zainteresować i przekonać! To jest sztuka. Nic dziwnego, że tyle osób już mówiło Laurentowi, by pisał. Nie były to tylko czcze komplementy.

- Szczerze ci powiem, że prędzej bym skoczył za burtę, niż pozwolił komukolwiek zobaczyć mnie w takim stanie… - Zaśmiał się cicho, co było żartem, choć całkowicie prawdziwym. Gdyby nie to, że upić się nie potrafił, nie tknąłby szklanki przy nikim, kogo dobrze nie znał. Przerażałoby go to. Bycie tak… bezbronnym? Odkrytym? Całkowicie odciętym od panowania nad własnym ciałem, słowami i rozumem. To byłoby po prostu żałosną słabością. Za duża cena za chwilowe odcięcie się od rzeczywistości. Wolałby już tonąć.

A skoro o tonięciu mowa…

Odwrócił się nieco w stronę blondyna, podpierając się ręką o siedzenie i wpatrując się w niego z ciekawością, ale gdy tylko Laurent zaczął nucić, wszystkie myśli uleciały jak ptaki z gałęzi drzew, pozostawiając jedynie toń jego głosu. W życiu by się nie spodziewał tego, co ukazał mu śpiew młodzieńca. Kayden wstrzymał oddech, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jego usta rozchyliły się lekko, a źrenice rozszerzyły jak pod wpływem narkotyku, kiedy wizje przyćmiły wszystko inne. Czar był jak marzenie senne, całkiem odcinające go od rzeczywistości i pokazujące fantazję. Jakby… jakby znalazł się nagle w innym świecie. Na krótko, ale wystarczająco długo, by zatęsknił zaraz po powrocie. Chwilę mu zajęło odzyskanie kontaktu z rzeczywistością, a serce biło mu jak szalone. - Oh… - Wydusił z siebie, niezbyt inteligentnie, bo brakowało mu słów na odpowiednią reakcję. A może i to była odpowiednia reakcja? Miał wrażenie, że zaraz spadnie z tego stołka i wciąż słyszał w uszach głuche dudnienie, a przed oczami miał te wszystkie cudowne rzeczy, które pokazał mu Laurent. Wpatrywał się w jego oczy, jakby wciąż tkwił tam ten czar, zamknięty jak w bursztynie znalezionym na plaży.

Przymknął usta. Zamrugał, jakby odganiając się od morskich fali, plaż, raf koralowych i głębin. Odgonić się nie potrafił. - Mogę... - Zaczął cichym głosem. - Mogę cię pocałować...? - Zapytał, czując na ustach bicie swojego serca.