Secrets of London
Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight (/showthread.php?tid=2648)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 07.04.2024

Flynn otworzył oczy nieco szerzej, unosząc w górę te swoje krzaczaste brwi. Parsknął lekko w odpowiedzi, przy okazji lekko krztusząc się dymem z papierosa.

- Yeah, totalnie - powiedział dziwacznie, odetchnął głębiej i zaciągnął się jeszcze raz. - Wyglądałbym seksownie na wózku inwalidzkim? - Jeszcze na moment przeniósł na niego spojrzenie. - Bo mam wrażenie, że właśnie tam prowadzi mnie ta rozmowa. - A później gapił się już tylko na te ptaki, aż nie zdrętwiała mu szyja. Coś, co się ruszało, co wydawało dźwięki, w oczach człowieka, który nie widział żadnych kolorów, przyciągało wzrok. Jaskółki miały też tę jedną zaletę silnego kontrastu - zyskiwały dodatkowe punkty, plasując się nad niemal każdym ptakiem, jakie większość osób uznałaby za najpiękniejsze wśród tych występujących w Anglii. Sikorka? Sikorki dla niego wyglądały tak samo jak wróble. Naprawdę wątpliwe było, żeby je rozróżnił, gdyby go ktoś nie złapał za kark, nie docisnął do podłogi i nie kazał z uwagą analizować kształtu dzioba.

Otworzył usta, bo chciał coś powiedzieć. Konkretniej: chciał zadać pytanie „a co to jest właściwie za ptak”, ale odpowiedział sobie w głowie sam „kurwa, nie wiem, nie mam pojęcia”, bo to przecież był Bletchley. Nie przerwał więc tej ciszy, tylko zawinął się szczelniej w ten sweterek i wtulił w jego bok, zamykając oczy. Ciężko było doceniać drzewa w identyczny sposób co inni, ale wciąż przecież czuł - chłodny, letni wiatr i dźwięk, jaki wydawały w zetknięciu z nim liście. Śpiew ptaków go nieco irytował, bo tyle lat spędził pod ziemią, że nie był do nich przyzwyczajony, ale dostrzegał w nim coś dobrego. Coś, czego kiedyś nie mógł mieć. Spokój wśród przyrody, a nie śmierdzącego i wiecznie pędzącego miasta - kiedyś był jego marzeniem. Później stał się rzeczywistością. Może nie w takich okolicznościach, w jakich by chciał, ale wciąż - stał się częścią jego życia. Pierwsze noce po powrocie do Fantasmagorii spędził na dachu wozu Aleksandra, wpatrując się w morze gwiazd nad jego głową. To było tak cholernie dziwne nie widzieć tam sufitu. Teraz pewnie nie mógłby pogodzić się z powrotem do wiecznego czołgania się przez katakumby. O to chodziło? O przyzwyczajenie? Czy kiedyś to uczucie, że takie dobre chwile były jedynie przygotowaniem do ciężkiej lekcji... mijało?

Odkleił się od niego dopiero wtedy, kiedy skończył palić. Z przyzwyczajenia omal nie zgniótł kiepa gołą stopą, ale ostatni neuron rozbłysł na czas, pozwalając mu pochylić się w dół, przygnieść go dłonią do betonowego schodka i wrzucić do stojącego nieopodal słoika. Wróciwszy do Caina pocałował go w policzek i próbował ocenić, co właściwie powinien ze sobą zrobić.

- Zrobić ci coś do picia? - Nie przeszkadzało mu przebywanie na dworze, ale z lenistwa przywykł do przebywania w pozycji horyzontalnej.


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 07.04.2024

- Jasne. - Powinno być zakazane robienie sobie żartów z takich rzeczy, tymczasem w ich przypadku chyba należało to uznać za normę. Tematy tabu... Cain miał parę rzeczy, które go poruszały i przy których nadmiar żartów pewnie wprawiłby go w nastrój niekoniecznie zamierzony. No chyba że ktoś celowo chciał go wpędzić w kiepski humor. Raczej (o dziwo) takich ludzi unikał, albo odpowiednio się uzbrajał do spotkania z nimi. - Wszędzie wyglądałbyś dobrze, to czemu nie na wózku. Kładłbym ci kocyk na kolankach. - Uśmiechnął się szerzej na moment potrafiąc sobie dobrze zwizualizować taki stan rzeczy. Gdyby do niego przyszło to nie byłoby już tak do śmiechu, ale że była to tylko wizja wytworzona na rzecz niewinnych żartów (bardzo niewinnych)... Prychnął śmiechem, kiedy Edge stwierdził, że ta rozmowa (w dziwnym zaprzeczeniu do niewinności!) prowadzi go na wózek i gdyby ją wprowadzić w życie... Tak, na pewno. Pewnie powinien na to spojrzeć bardziej obiektywnie, być bardziej poważnym człowiekiem i wykazywać się odpowiednią dojrzałością. Mógł, oczywiście. Ale mógł też sobie pozwalać na spuszczenie z tonu, skoro byli na takim zadupiu, gdzie jedynymi obserwatorami były te trzepiąca skrzydłami jaskółki wśród drzew. I to naprawdę musiało być zadupie, skoro wybrały drzewa, a nie jakąś stodołę czy garaż.

- Tak. - Oderwał się leniwie od widoku, z cichym westchnieniem. To była rzeczywistość, a nie sen? Nikt go zaraz nie potrząśnie za ramiona i nie przebudzi? Ocknie się i wyjdzie, że po prostu znowu się naćpał, albo zdarzył mu się naprawdę głęboki i rzeczywisty sen. - Ale ruszę się, bo inaczej przesiedzę tu cały dzień. - Nie żartował. Gdyby tutaj tak usiadł to co najwyżej zmieniałby pozycję, w jakiej siedział, albo czasami połaziłby dla rozprostowania kości. Siedziałby, leżał, spał, patrzył w niebo, albo w tę zieleń. W ciszy. Nadrzędną potrzebą do chłonięcia tego otoczenia było jednak przebywanie z Flynnem i wyciąganie z tego, co tylko się da. Bo właściwie co on robił na co dzień i jak spędzał czas, kiedy nie pracował? Oprócz jedzenia słodyczy i... może powinien nauczyć się piec? Przecież pieczenie nie mogło być tak samo trudne jak próba wyhodowania kwiatka, prawda? Zawsze podobały mu się zielone ozdoby w domu, tylko każda jedna miała ten sam los - zdychały. - Przejdę się i zaraz przyjdę. - Pokazał gestem kierunek obok domu. Zamierzał się dokładnie tak daleko przejść. Wypełnić swoją kompulsję, żeby móc mrugać spokojnie i nie mieć w tyle głowy wrażenie, że nie zna każdego zakamarka tego miejsca.

Bez względu czy z Flynnem, z kubkiem w ręce, czy bez niego i przed poranną kawą - Cian obszedł nie tylko dom dookoła, przyglądając się oknom, drzewom i krzewom, ale i obszedł właściwie każdy kawałek domu - jakby to naprawdę miało jakieś wielkie znaczenie dla... czegokolwiek. A robił ten obchód z taką uwagą, jakby miało tutaj dojść do jakiejś wojny, batalii, albo jakby się spodziewał, że ktoś pochował tu jakieś skarby, czy zamontował pułapki. Nie, niczego takiego nie miał w głowie. To chyba po prostu nerwica natręctw.

A kiedy już pies obronny skończył swoje oględziny to rzucił hasło, że może faktycznie pojadą coś zjeść do miasta, bo głupio byłoby narażać nieswoją kuchnię i nie swoje patelnie na spłonięcie.




RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 08.04.2024

Czy to zabrzmiałoby dramatycznie gdyby powiedział, że wolałby zdechnąć niż być niepełnosprawnym? Nawet gdyby wszyscy ludzie, których kochał z całego serca mieli nad nim wisieć i mu pomagać, to prawdopodobnie i tak prędzej czy później znaleźliby go martwego. Ale to był przecież żart, tak? Więc po prostu pociągnął żart.

- Fucking hell, mógłbym to zaakceptować tylko gdybyś ty siedział na wózku, a ja na twoich kolanach. - Z jakiegoś powodu nie odwrotnie. I wtedy o czymś sobie przypomniał. - To jest w ogóle koszmar jednej z moich sióstr. - Zabrzmiał odrobinę zbyt poważnie jak na nastrój tej rozmowy, ale coś w jego mimice mówiło, że opowiada tę historię nie bez powodu. I to był poprawny odczyt, opowiadał ją, bo kończyła się durnie. - Powiedziała mi kiedyś, że w którymś z wozów zagnieździł się bogin i zamienił się we mnie po zjebaniu się z trapezu. Czołgałem się w jej kierunku, jęcząc jak tania dziwka i zorientowała się, że to fikcja kiedy za mocno zadarł nogę do przodu, bo normalnie powinny pęknąć mi przy tym spodnie. - Cudem powstrzymał parsknięcie, a po tym wysłuchał tego wywodu o potrzebie spaceru i pocałował go jeszcze raz - tym razem w skroń, do czego musiał już stanąć na palcach. Nie zrozumiał, że pójście z nim było w ogóle jakąś opcją, po prostu wszedł do środka, sprawdził, czy w kuchence był jeszcze w ogóle gaz, po czym odpalił ją i postawił na niej czajnik pełen wody. To akurat rzecz, której nie dało się spierdolić. Znaczy, no dobra - udało mu się przynajmniej dwa razy wygotować całą wodę, ale nie był pewny czy to się w ogóle liczyło, bo najzwyczajniej w świecie o niej zapomniał. Nie liczyło się, prawda?

Ale tym razem mu się udało. Kiedy Bletchley wędrował w kółko budynku bez celu, Bell zrobił im tę kawę, taką samą jak zawsze, zalaną absurdalną ilością mleka i miodu, czyniąc z niej smakowo bardziej napój dla dzieci niż kawę. I to chyba najlepiej podsumowało to, że darował sobie na razie głośne komentowanie kolejnego dziwactwa na liście, bo kto normalny chodziłby kurwa po domu i zaglądał do każdego pokoju w taki sposób? Nie miał pojęcia. To znaczy miał jakieś pojęcie - pewnie każdy chciałby się po nim rozejrzeć, ale w tym co robił Cain było coś totalnie od czapy. Jednocześnie było to na tyle interesujące, żeby Flynn zdążył wyciągnąć spod wiaty stoliczek i dwa krzesełka, usadowić się na jednym z nich z kubkiem i obserwować go trochę jak właściciel, który przyjechał tutaj ze swoim czworonogiem.

- Sprawdziłeś wszystkie zakamarki tego domu, a zapomniałeś zajrzeć do lodówki - powiedział, wpatrując się w niego z dołu. - Przywieźliśmy nam jedzenie, tylko trzeba je odgrzać. Nie zrobiłem tego, bo byłem zbyt przejęty śledzeniem cię wzrokiem. Znalazłeś jakichś Śmierciożerców?


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 11.04.2024

Czy brzmiałoby dramatycznie? Na pewno. Jednocześnie Cain by zrozumiał, bo jak mógłby nie? Bycie uzależnionym od innych w takim stopniu sprawiało, że wątpiłeś, czy w ogóle chcesz być. Czy to w ogóle powinien być wybór? Wybór między życiem, tylko z problemami, a nieżyciem? Widział tragiczne historie, ludzi przykutych do łóżka, tych mniej sprawnych fizycznie i tych niesprawnych umysłowo. To zawsze była taka sama tragedia, ale śmierć jakoś przestawała być aż taka przerażająca, kiedy widziałeś jej tak wiele i za często się o nią ocierałeś. Nie odczytasz myśli zmarłych - ale możesz otrzeć się o umysły tych, którzy prawie tej śmierci doświadczyli. Wzruszył ramionami, z uśmiechem, kiedy Flynn obrócił to w takim kierunku. Jakoś nie dumał za bardzo nad tym, czy sam wolałby śmierć niż takie przykucie do wózka, ale... chyba nie.

- Zwoziłbym cię z górki na kolanach, dopóki byśmy się nie wyjebali. - I potem Flynn musiałby go zbierać, ich obu w sumie zbierać, bo jak nie możesz chodzić to ciężko po wyrżnięciu na glebę siąść na taki wózek z powrotem. To ta bardziej zabawna strona, ale hej - przecież jakieś plusy trzeba w tym życiu odnajdować. Cain nie miał ochoty mówić o tych oczywistych negatywach, bo nawet nie miał na to nastroju. Flynn powstrzymał parsknięcie, ale Cain już nie po usłyszeniu tej wersji. Czy odpowiednim było teraz powiedzenie, że to było niemal podniecające? Nie, pewnie, że nie, ale Bletchley w połączeniu słów Flynn-dziwka nie mógł się dopatrzeć takiej makabry, w której nie byłoby to nakręcające w jakimś stopniu. Nadal to buzowało w żartach, więc nie pochłaniał swojej głowy katastroficznymi wizjami. I tak uważał, że miał do nich za duże skłonności. Lubił to nazywać realizmem, ale zdawał sobie sprawę, że było w tym dużo pesymizmu.

- Nie znalazłem, ALE mogliby tu być. - Spojrzał na niego z ukosa znacząco, jakby mówił całkowicie poważnie, ale nie. W gruncie rzeczy to było mu głupio, ale to było silniejsze od niego. To takie banalne muszę albo się uduszę. Drażnił go brak kontroli nad tym, że to tkwiło w jego głowie i... buczało jak ten dźwięk w uszach Flynna, kiedy się tu znalazł, bo było za cicho. Nie, dobrze, może nie aż tak. - To silniejsze ode mnie. - Wytłumaczył się, stojąc tak w tym salonie i patrząc na Flynna, ale znów przez moment go nie widział. Nie trwało to nawet minuty jak zamrugał i blask kontaktu z rzeczywistością znowu pojawił się w jego oczach. - Dobrze. Czyli mogę wracać do łóżka? - Uśmiechnął się z zadowoleniem.




RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 12.04.2024

Flynn uśmiechnął się szerzej.

- Oczywiście, czają się tu na każdym kroku, dopisz sobie do listy osiągnięć w Biurze, że jebałeś mugolaka na wejściu do ich tajnej siedziby. - Niby go trochę podszczypywał, ale od razu widać było, że tak naprawdę nie przeszkadzało mu to wcale. To była tylko i wyłącznie upierdliwość jego charakteru, wcale też nie taka szorstka - bo z niby-drwiny bardzo szybko przepłynął do kolejnej, flirciarskiej propozycji. - Może dostaniesz premię i zabierzesz mnie do Tivoli Gardens? - Zamrugał, wpatrując się w niego zza parującego kubka. - Weź sobie tę kawę i usiądź na łóżku, obsługa zaraz przyjdzie.

I naprawdę zamierzał go teatralnie obsłużyć. Niby nie na poważnie - coś co chodziło mu po głowie, nie mogło nie być żartobliwe, ale jednocześnie... jeżeli nie odegrało się czegoś takiego w taki sposób, jakby nie miało to nosić w sobie żadnych znamion dowcipu, to po co w ogóle to robić? W takim teatrze nie było warto podnosić kurtyny, bo spoglądanie na czerwoną płachtę materiału było ciekawsze niż śledzenie występów ludzi nie dających z siebie wszystkiego. Więc tak - chciał go rozbawić, chciał pozostawić w jego umyśle scenę, od której już nigdy się nie uwolni. Taką, że będzie musiał skupić się na tym, żeby zapanować nad swoją mimiką za każdym razem kiedy sobie o tym przypomni. Jednocześnie wiedział dobrze - on sam nie mógł się w trakcie tego zaśmiać i z lekką dumą musiał przyznać przed lustrem, że potrafił to zrobić. Przetestował zalotną, ale nie przerysowaną minę, poprawił lekko roztrzepane włosy i zawiązał sobie na szyi wstążkę. Ostrożnie, nie za ciasno, tak żeby łatwo było rozwiązać ją prostym, delikatnym ruchem ręki, kiedy Bletchley pociągnie za kokardę.

Przyjmował w swoim życiu wiele mniej i bardziej trafionych imion, ale po tym jak powiedział:

- Nie mogłem znaleźć radia, więc musisz użyć wyobraźni - stojąc przy drzwiach od sypialni, stał się kimś całkowicie pewnym jednego - tym, kto wszedł do środka, był przynajmniej po części The Edge. Postać wykreowana na potrzeby przedstawienia stawała się częścią jego, tak jak on stawał się częścią jej. I dobrze - dodawała mu odwagi, nawet kiedy nie miał na twarzy maski, a jego pleców nie przyozdabiały pióra absurdalnego kostiumu uszytego przez Arię, na tych kilka chwil potrafił nabrać pewności siebie pozwalającej mu stać się kimś więcej.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Stara, moje inspo to było to. XDDDD

Kimś więcej, nawet kiedy był ubrany w samą bieliznę, wstążkę na szyi i długie, czarne rękawiczki. I dobrze wiedział, że już samo to było w stanie zbić człowieka z tropu, ale wciąż pozostał na twarzy niewzruszony - starał się myśleć o tym bardziej jak o kolejnym z występów na arenie, nawet kiedy spoglądał prosto w oczy Bletchleya. Jego reakcja nie miała tutaj znaczenia, tak samo jak znaczenia nie miały ani śmiechy, ani ciche pomruki widowni zasiadającej w Fantasmagorii. Zabujał się do rytmu w swojej głowie, unosząc do góry tacę ze śniadaniem, wykonał kilka tanecznych kroków zwieńczonych ściągnięciem zębami jednej z rękawiczek. Opadła na podłogę nie wydając żadnego dźwięku (ciężko było wywołać jakiś dźwięk welurem uderzającym o deski), a on kucnął w rozkroku, żeby ją podnieść, przy wstawaniu wypinając się tak erotycznie i absurdalnie, że nie pozostawiało to wątpliwości - to też była część abstrakcyjnego przedstawienia. Tak samo jak uderzenie dłonią o udo, które zadrżało idealnie - bo przecież wiedział, że odkąd normalnie jadł i przestał być taki wychudzony, wyglądał po prostu ładniej. Nie dało się zawrzeć w tym więcej wulgarności niż on - poruszał biodrami sugestywnie, wręcz prosząc się o oczywiste skojarzenia. I z jakiegoś powodu nie odpuścił sobie tej tacy - trzymał ją cały czas, przekładając ją z ręki do ręki, momentami zaskakująco wręcz szybko, a kiedy wszedł nogami na łóżko i usiadł na nim okrakiem, okazało się, że ze szklanek nie wylała się nawet jedna kropla żurawinowego soku. Tak, potrafił czarować bez różdżki, ale to nie była magia, on po prostu się przed nim popisywał i nie dał mu żadnej chwili na sensowny oddech, bo od razu, jeszcze przed odstawieniem ich śniadania na stolik przy łóżku, zaczął poruszać biodrami w przód i w tył, celowo się o niego ocierając.

- Moją inspiracją było to - powiedział, przejeżdżając mu po boku jedną z tych welurowych rękawiczek - że cokolwiek zrobię, będzie musiało zostać z tobą na zawsze.


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 12.04.2024

W głowie Caina było nieustanne pytanie: A CO JEŚLI ZOSTANIEMY ZAATAKOWANI? Kto ich zaatakuje? Nie wiem. Dlaczego? Pojęcia brak. Jak by ich tutaj znaleźli? Na pewno mieli tajne techniki śledzenia mugolskich pojazdów. Znajdą ich na krańcu świata i jeszcze dalej, a zaatakują w chwili... dokładnie w chwili, kiedy Cain zapomni coś sprawdzić. Kiedy będzie miał jedną czarną dziurę w głowie, kiedy próbował mapować sobie otoczenie i wtedy przyjdą! Gdy będzie na kiblu, bo przecież wtedy najlepiej ścinało się wrogów, gdy byli najbardziej bezbronni. Widzieliście bardziej bezbronnego człowieka niż w takiej chwili? Odczucia wobec tego nie były więc palące, tak jak nie był wielce piękący ten żarcik, który się przesunął, bo ciemnowłosy miał tę pewność, że Flynn sobie stroi żarty. W końcu było z czego żartować, spinanie się o to byłoby poniżej poczucia własnej wartości Bletchleya. Co najwyżej zasiewało malutkie ziarenko z pytaniem, czy NA PEWNO mu nie przeszkadza i czy to NA PEWNO jest żart. Łatwo jest w końcu pewność siebie poskrobać jak tablicę z zajęć w Hogwarcie paznokciami. Poważniejsza rzecz się miała z Tivoli Gardens. Co to jest? Gdzie to jest? Jak drogie to jest? Cain zrobił minę, której nie przybrałby chyba przy nikim innym poza Flynnem, może z rzadka w okolicznościach, w których brak decyzyjności i niepewność chciałby zakomunikować. "Mhmm..." - dźwięki myślenia były bardzo ważną sprawą do uzupełnienia treści, bo przecież maszyny jak pracowały też dźwięk wydawały, tak? Mózg więc też miał do tego prawo. Sęk nie w tym, czy by chciał - zabrałby i na koniec świata Flynna i nawet zabrałby się razem z nim w pakiecie, bardziej czy rzeczywiście mógł na to wygospodarować walutę z wydatków, w których wcale nie był dobry. Te pieniądze za szybko znikały. Jeśli nie w budżecie Freyi, to gdzieś wśród rodzin czy osób, których nie potrafił zostawić, było mu ich szkoda, więc mógł chociaż wspomóc ich finansowo koniec końców. Zabranie komuś tego, żeby samemu się pobawić, stanowiło małą rysę na jego pojęciu świata, nawet jeśli jego moralność była całkiem szara.

- Dobrze. A gdzie to jest? I co to jest? - Tak, bo to powinna być prawidłowa kolejność odpowiedzi, że najpierw się zgadzasz, a potem dopiero pytasz: ale w sumie to dokąd ty chcesz jechać? Jak dla Caina to mógł być szczyt działającego wulkany, Alpy, dżungla w Afryce albo jezioro solne gdzieś w Egipcie. A potem się uśmiechnął, zabrał swoją kawę. Czekał. Czekał na coś, na co w ogóle nie mógł być gotowy. Na coś takiego nie dało się przygotować.

Popluł się kawą, kiedy zobaczył Flynna w TYM stroju (czyli właściwie bez stroju) z tacą w ręku i hasłem, jakie rzucił. Oczy prawie wyszły mu z orbit przy pierwszym parsknięciu, przytrzymał dłoń przy ustach, zszokowany i rozbawiony, kompletnie wybity z jakiegokolwiek rytmu. Oj tak, jak skrzywdzić człowieka na zawsze. Ewentualnie - jak dać mu wspaniałe wspomnienie, które rozjaśni chyba nawet najbardziej ponury dzień, bo nie będzie dało się nie ukrywać uśmiechu, jaki będzie przywoływał. Parsknął kolejny raz z absurdalności tej sytuacji, kiedy Flynn się poruszył, ale to było całkiem krótkie parsknięcie. W ramach ostatecznej przytomności, po chwili dopiero, odstawił ten kubek na szafeczkę nocną, tylko wymacując dłonią, czy na pewno na niej stoi, bo oczu od Flynna nie oderwał. Nie mógłby. Jego mózg się wysypał i gdyby ktoś próbował go odczytać w tym momencie to jego treść brzmiałaby mniej więcej tak:

(...) ............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. (...)

Czy Flynn zawsze się tak potrafił ruszać? Tak, no chyba tak. Zawsze był taki... TAKI? W sumie... no chyba był? To, że to było zabawne, to, że już mu krew pulsowała między nogami i to, że wysypało mu to mózg to trzy sprawy, a była jeszcze czwarta. To był podziw. Nawet jakby to absurdalne nie było, to był to podziw i admiracja dla tego człowieka, dla tego, jak bez najmniejszych problemów utrzymywał tę tacę, jak zachowywał płynność w ruchach, jak zachowywał powagę twarzy przy tym wszystkim, chociaż Cain był pewien, że sam miałby z tym problemy. To uwielbienie i te wrażenia nie formułowały się w żadne zdanie, w żadną objawioną prawdę, były za to ukryte w ciągu emocji i kropek. Kiedy już wrażenie opadnie to kropki w końcu uformują się w konkretne zdania.

- Tak, proszę... - Fascynacja brzmiała w jego głosie w stopniu, który powinien być dla drugiej osoby może nawet niezdrowym, ale kiedy robisz COŚ TAKIEGO to chyba niewiele rzeczy już bierzesz za niezdrowe. Niestety Cain nie wykazał zainteresowania śniadaniu, kiedy zacisnął palce na udzie Edga i uniósł się, żeby z nabożnie głodną czcią obsypać pocałunkami jego ciało. - Obrzydliwa z ciebie dziwka. - Ton, jakim to wypowiedział, brzmiał jakby to był największy z komplementów, na jaki byłoby stać Bletchleya. Miał głos równie rozpalony, co rozpalone były jego oczy, policzki i usta.




RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 12.04.2024

- Park rozrywki na kontynencie - wyjaśnił, drapiąc się po nosie. - Ale tak na serio to i tak nie mam dokumentów. - W przyznaniu się do tego znajdowała się jakaś nieoczekiwana kropla niezręczności. Niby fakt jego nieistnienia nie stanowił wielkiej tajemnicy, ale wciąż... Rzadko o tym mówił. Komukolwiek. Powiedzenie tego na głos to przecież przyznanie się do braku przeszłości. - Miałem je sobie załatwić, ale ostatecznie nigdy nie wyjechałem. - Coś tam niby dodał, ale wpatrywał się już w bok, miał nieco nieobecne spojrzenie.

Kiedy został nazwany dziwką, jego spojrzenie było tak obecne jak nigdy wcześniej. Zagrał na twarzy niby-rozczarowaniem, ale wcale rozczarowany nie był. Wyzwiska go nie kręciły, za to niesamowicie kręcił go on. Udało mu się go przed chwilą rozbawić - pierwszy sukces. Jego smutas nie mógł powstrzymać kolejnych parsknięć ani oderwać od niego wzroku. Znowu odpływał na wody pożądania - drugi sukces.

- Mhm... Obrzydliwa... - Tym przejechał mu tą rękawiczką po brodzie, dając wsiąknąć w nią resztce kawy. - Z naszej dwójki to ty się ośliniłeś. - Ściągnął ją, zrzucił na podłogę przy odkładaniu tacy na stoliczek. Smutno by było, gdyby to jedzenie spadło, bo wyglądało naprawdę dobrze. I wciąż parowało od ciepła, ale to kompletnie go już nie obchodziło - dostał swoją upragnioną bliskość, żar wylewający się z Bletchleya przez kompletne ociemnienie. - Koledzy z biura wiedzą jak bardzo lubisz chodzić na dz-

Chciał mu czymś jeszcze za to dowalić, ale nie miał już jak - wydał z siebie tylko zduszony pisk, kiedy został pociągnięty za włosy. Nawet nie robił sobie nadziei na to, że po wszystkim Bletchley się do niego odezwie. Niby byłoby miło, z drugiej strony doprowadzenie go do takiej furii, a potem stanu absolutnej bezmyślności wydawało mu się aktualnie najlepszą z możliwych nagród. I jakimś cudem wciąż miał jeszcze siłę do tego, żeby zrobić mu to trzeci raz - nad wodą, nad którą poszli jakiś czas później. Jakiś czas, bo chyba przestawał mieć jakiekolwiek pojęcie o tym jaka mogła być teraz godzina. Był pewny tylko dwóch rzeczy - tego jak cholernie tu było gorąco i jak bardzo doceniał to, że nad jeziorem można było znaleźć dzikie plaże pomiędzy drzewami, gdzie mimo przebywania nad wodą można było wciąż schować się w cieniu - a także tego, że naprawdę miał już ponad trzydzieści lat i mógłby czasami odpuścić. Mógłby. Ale nie zrobił tego. Kiedy z niego zszedł i bezsilnie opadł na koc obok zastanawiał się nawet, czy właśnie tak czuł się Bletchley po każdym ich wspólnym razie, bo aż drżały mu nogi. Kiedy się chociaż trochę uspokoił, naciągnął na siebie bieliznę i przytulił się do jego boku, chcąc skorzystać z kilku ostatnich minut, zanim Cain go od siebie odepchnie, bo wróci do żywych i przypomni sobie, że jest mu za gorąco. To wszystko co chodziło mu po głowie dla kogoś innego musiało pewnie nosić jakieś znamiona koszmaru, ale dla niego? To było bardziej jak aż za dobry sen. Pewnie dlatego słyszał wczoraj ten szum. No bo... Wspólne wakacje były trochę nierealne, prawda?

- Chcesz wodę? - Zapytał ochrypłym głosem, sięgając do torby leżącej gdzieś z boku. - Fajnie by było, gdyby wieczorem przyszła burza. - Mówił cichutko, ale zadziwiająco jak na niego zrozumiale. - Jest wtedy takie przyjemne powietrze. Ale wtedy pewnie zamknęliby ten bar, bo on jest częściowo na otwartym powietrzu.


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 18.04.2024

Był taki rodzaj zmęczenia, który ci odpuszczał grzechy dnia powszedniego. Jesteś zmęczony, przebodźcowany, ale wszystko, co złożyło się na to zmęczenie zamieniało je w słodycz waty cukrowej na krańcu języka. Było cholernie gorąco, a on chyba topił się - właśnie jak ta wata - mimo cienia nad ich głowami. Rozmywał się wzrok, cichły zmysły, a jednocześnie żadne z nich nie cichło powtarzając na repecie doznanie zbyt intensywne, żeby mogła go zmyć chwila. Ktoś by powiedział, że to świetna sprawa, no kto by nie chciał przeżywać szczytu seksu raz za razem, to jak oszukiwanie, jak przedłużanie przyjemności! Nie, niekoniecznie. A kiedy dodać do tego wszystkie emocje, które się wokół tego rozwijały to Bletchley miał wrażenie, kiedy już trochę powrócił na powierzchnię myślami, że nie doniesie kolejnego uniesienia, na które go Flynn nakręci jednym zdaniem czy drugim gestem. Jeśli baloniki po spuszczeniu powietrza otrzymały od Boga prawo do odczuwania to na pewno czuły się dokładnie tak jak Cain teraz leżąc na tym kocu, wśród grających świerszczy, śpiewających ptaków, przy zapachu trawy bardziej intensywnego przez rozgrzaną ziemię.

- Taaak. - To starość, jak nic, śmierć już blisko, Flynn go tutaj zawlókł na pewno, żeby go wykończyć, a potem zamurować w tym domku. Po prostu on został kotem w tej pokrętnej opowieści. - Mhmm... - Słuchał go, ale jakoś energia na odpowiadanie... no jak ten balonik. Odetchnął i zsunął przedramię z oczu, którym się zasłaniał, żeby się unieść i spojrzeć na Flynna. Dokładnie z jego przewidywaniami! Ale Bletchley nawet nie próbował kreować się na nieprzewidywalnego przy Flynnie. - To fajnie by było, gdyby była burza, czy niefajnie, bo wtedy zamkną ten fajny bar? - Uśmiechnął się i... cholera, zapaliłby. Totalnie by zapalił, ale ten upadł wydawał się teraz upalny do kwadratu. Na tyle, żeby zniechęcać do podejmowania najmniejszych ruchów, a co dopiero żeby jeszcze się krztusić dymem. I to wszystko nie było złe. Nie, to było błogosławione. Kiedy spoglądał na Flynna na tle tej trawy to było rzeczywiście zbyt dobrym snem, żeby mogło być prawdziwym. Tylko temperatura upewniała go w przekonaniu, że to wcale nie była żadna jego zboczona fantazja. - Chyba nawet u brygadzistów mnie tak nie przetyrali jak ty dzisiaj. - Pół żartem, pół serio, bo przy tym brzmiał dokładnie tak błogo i spokojnie jak powinien. Jak chciałby brzmieć może zawsze. Trochę mrukliwie, jakby sennie, a jednak był w pełni przytomny. Szczególnie po chwili siedzenia, kiedy złapał pewność, że jego mózg nie postanowi mu robić fikołków z błędnikiem, jeśli tylko spróbuje wstać. - Co do tego baru... - Marzenie Caina zawierało akceptację społeczeństwa. Zawierało to, żeby nikt na ciebie nie spoglądał krzywo, żeby nigdy nic nie wyszło na wierzch. To, że on i... jakiś cyrkowiec włóczą się ze sobą i, nie daj Boże, sypiają razem. Uprawiają całkowicie nieprzyzwoity zresztą seks. Już wystarczyło, że tamten dzielnicowy wtedy zajrzał do jego domu, włoski mu na karku stawały później. Pomogło w przyśpieszeniu przeprowadzki. - Nie chcę ci sprawić zawodu, Flynn, ale wiesz, że mam reputację do utrzymania, prawda? - Ostatnim, czego chciał, to zwracać na siebie uwagę - nawet jeśli mugoli. Jak masz pecha, a pech lubił chodzić po ludziach, to od słowa do słowa i potem dowiedzą się o tym niepowołane osoby. Nawet jeśli to była wiocha chuj wie gdzie i chuj wie skąd. Już wystarczyło, że mu coś odwalało i pieprzyli się... kurwa, przy cmentarzu i na plaży. Nie mógł powiedzieć, że żałował, a i tak zdradliwa myśli była. Co jeśli... Obserwował uważnie jego reakcję, ale nie pozwolił mu odpowiedzieć na to pytanie retoryczne, bo kontynuował. - Będziesz musiał trzymać bardziej rączki przy sobie, a niekoniecznie na moim tyłku. - Czy udzie. Albo kolanie. Albo jego ust na jego szyi. Flynn miał maniakalną potrzebę bliskości, więc wolał to uściślić, żeby potem nie było nieprzyjemnej sytuacji dla nich obu.




RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 23.04.2024

Flynn wyglądał nadzwyczaj wręcz (jak na niego) spokojnie.

- Oba...? - Patrzył na niego pytająco, bo nie rozumiał do końca, co w tym było takiego dziwacznego, żeby o to dopytywać. Jasne, że te potrzeby były ze sobą sprzeczne - ale takie już przecież było życie - składało się ze sprzeczności. - Są trzy rzeczy, przy których możesz mieć pewność, że je lubię - zaczął, przygryzając po tym dolną wargę. Był to gest, jaki robił często przed kolejnym atakiem bezczelnego flirtu. - Muzyka, rześkie powietrze i ty, aniołku. - Wyszczerzył się mocniej. Nie powiedział nic wulgarnego, bo dobrze wiedział, że teraz i tak nie będzie to miało większego efektu. Wciąż jednak chciał widzieć, jak chłopak szybciej wydycha powietrze, jak napina przy tym mięśnie brzucha, po których delikatnie, choć trochę niedbale, przesuwał opuszkami szorstkich palców. - Mam to uznać za komplement? - To brzmiało jak komplement. Chociaż teraz Flynn miał wrażenie, że brzmiałoby jak lepszy komplement, gdyby ktoś to zapisał albo opowiedział - on sam czuł się nieco wyprany z życia. Fantazje, jakie miało się przy byciu napalonym miały zwykle jedną cechę wspólną - ich realizacja mogła okazać się niekoniecznie przyjemna, a zamiast tego bolesna. Szczególnie kiedy podchodziło się do tego... źle. Kiedy człowiek zapominał, że tym człowiekiem był, a ludzkie ciało miało swoje ograniczenia. Limity, jakich nie powinno się przekraczać. - Nigdy się tym nie zainteresowałem, ale chyba zaczynam domyślać się, czym może być choroba miesiąca miodowego. - Opcjonalnie: wynalazł jej wersję dla homoseksualistów. Stęknął, poprawiając swoje ułożenie.

Przy nim zawsze wszystko takie było. Intensywne, przyjemne, ciepłe. Flynn był tego coraz bardziej głodny. Wystarczyła odrobina Bletchleya - okruch jego jestestwa zrzucony mu z nieba jak manna i nagle zapominał, że gnił.

Ale ten spokój został zniszczony. To są takie delikatne momenty - zaczynasz mówić co do tego baru..., ale masz nieco inny głos niż wcześniej, więc nagle widzisz, że masz pełną uwagę drugiej osoby. No bo skoro zmieniacie ton, skoro rozmowa wchodzi na jakieś inne tory, skoro podejmujesz się nowego tematu, twój rozmówca skupiał się na nim, żeby złapać jego istotę. Z Flynnem był niestety taki problem, aby w takiej sytuacji mimowolnie przyjąć pozycję obronną. Jego wyraz twarzy zmieniał się więc - z radosnej ciekawości w rozczarowanie, kiedy tylko usta Bletchleya opuściło nie chcę sprawić ci zawodu. Rozczarowanie, bo oczywiście Cain nie musiał kończyć tego co mówił - Flynn dopowiedział sobie resztę sam w mniej niż sekundę. Wracał do pracy. On przecież zawsze pracował, robił jakieś pieprzone nadgodziny, czy chuj wie co. Jasne - to było rozczarowujące, że nie pójdą dzisiaj razem spać, ale też z jakiegoś powodu nie był mocno rozdrażniony, bo nawet w scenariuszu najpierw opróżnił sobie we mnie jaja, a teraz sobie idzie, wciąż zadowalało go to, że w ogóle tutaj razem byli. Niestety mylił się. Pierwsza chwila zwątpienia była tylko kolejnym urojeniem wywołanym strachem przed zupełną samotnością, prawda okazała się być gorsza. Bo to przecież było coś uderzającego prosto w jego kompleksy. Napiął się więc i zmarszczył, ale w jego oczach rozbłysł nie gniew, a kompletna panika.

- Myślisz, że jesteś pierwszą osobą, która wstydziła się przedstawić mnie znajomym? - Oczywiście, że nie powiedział tego normalnie. Powiedział to tak wrednie i sarkastycznie jak tylko potrafił, jakby robił jakiś okrutny dowcip, bo bał się cholernie potraktowania tego poważnie. Kiedy traktowałeś coś poważnie, to nabierały znaczenia, stawały się prawdziwe. Nagle nie leżałeś w cieniu obok kogoś, kto miał na twoim punkcie obsesję. Leżałeś obok kolejnej osoby, której smakowałeś tak długo jak byłeś zakazanym owocem. Byłeś jej ostatnim błędem przed dobrym małżeństwem. Przypominałeś sobie, że dzieliło was z siedem lat różnicy, a on zachowywał się przy tobie dziwnie, bo byłeś jeszcze gorszym wariatem. Wszyscy znali go jako przystojnego, młodego chłopaka z dobrą pracą, zaangażowanego w sprawy społeczne, będącego częścią społeczeństwa, które odrzuciło cię dawno i którego z całego serca nienawidziłeś. - Pewnie byłoby łatwiej, gdybym zamiast pedałem urodził się po prostu laską, co? - Na tym etapie powinien zacząć się zastanawiać, czy gdyby urodził się kobietą, to może matka nie wypchnęłaby go z tego samochodu? Może to był cały jego problem? Urodził się złej płci.

Podniósł się do siadu i dopiero kiedy sięgnął po paczkę papierosów i zobaczył jak zaciska na niej rękę, dotarło do niego co właściwie robi. Nie znosił w sobie tej impulsywności. Z drugiej strony - co on w sobie znosił? Doszukiwał się strzępków samoakceptacji chyba tylko po to, żeby nie zwariować.

- Przepraszam. - Wydusił z siebie niezgrabnie, znów kładąc się plecami na kocu. - Po prostu... jestem zazdrosny.


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 24.04.2024

Powiedzenie na głos: "Flynn, ty sobie przeczysz" zmieniłoby jedno wielkie nic. Przeczył sobie. Nie mógł mieć jednego i drugiego, a jednak jednego i drugiego pragnął. Tak samo jak pragnął wielu osób jednocześnie chociaż zdawał sobie sprawę, że nie każdej z tych osób pasowało to, że tak robił. Nie chciał krzywdzić, jednocześnie niósł ze sobą destrukcję. Brak kompatybilności i zgodności z myślą, że musiałby kogoś poświęcić, żeby na stałe mieć kogoś innego, stawała się tak silnym upiorem, że prędzej przedarłby sobie skórę pazurami, niż mógł ją zaakceptować. Strach przed tym, że ktoś go zostawi był taki silny, że podejmował nawet decyzje, żeby na własnych warunkach kogoś opuścić - tak jak w przeszłości. Wracamy więc do tego - sam sobie przeczył. Hipokryzja, brak poukładania i chaos. Coś całkowicie sprzecznego z jego światem, ale jednocześnie idealnie się w nie wpasowującego. Był tym elementem, który spajał się z jego wyciszeniem i pozwalał mu poczuć coś realnego bez wstydu i obaw. Zaufanie - rzecz, której Cain po prostu nie rozdawał, albo rozdawał w równie kontrolowany sposób, w równie kontrolowanych warunkach. Kiedy przeszło mu to wszystko przez głowę jego ruchy na chwilę zwolniły, ale był tak zmęczony, że nawet nie przyszła frustracja, smutek ani żadne napięcie związane z tym, że hej - Flynn kogoś miał. Miał na pewno, inaczej pewnie chciałby siedzieć u niego chociażby miał spać na balkonie albo wycieraczce jego domu z preferencjami wytyczonymi na jego łóżko. Nie chciał wiedzieć. Nikogo nie ma. Najlepsze kłamstwa to te, które sam opowiesz. Jeszcze lepsze te, które wbijesz jak gwoździa do własnej głowy.

- Twoja gładkość komplementów mnie zawstydza. - Uśmiechnął się pod nosem w ten szczery, całkowicie miły sposób, bo i miłe było to, co usłyszał. Tylko nieprawdziwe. To nie ważne, ważne było słowo dane, przyjęte i to, że naprawdę za każdym razem podziwiał gładkość jego języka (w każdym wydaniu). Kiedy sam te komplementy próbował pozbierać do kupy to jakoś wszystko bladło. Nie było takiego odpowiedniego zdania, nie było takich odpowiednich słów, albo wszystko było tak kurwa pełne patosu, że odganiał to z głowy. Mało w nim było romantyzmu, ale starał się czasami dla Flynna coś z siebie wykrzesać. - To jest komplement. - Potwierdził i wyciągnął rękę, żeby zmierzwić jego włosy kilkoma ruchami. Zdecydowanie mniej gładki komplement, zdecydowanie bardziej szorstki, ale jak najbardziej - komplement! Pokażcie mi drugiego takiego, który tak gładko radził sobie z Cainem i owijał go sobie wokół paluszka jak chciał. - Choroba miesiąca miodowego... obolałe ciało i powrót do pracy jeszcze bardziej wyjebanym, niż się było? - Wcale nieprzypadkowy dobór słów, ale uśmiech Caina się poszerzył i jego szare oczy rozweseliły. Nie na długo. Na krótko. Ponieważ miał do powiedzenia coś, co nie mogło być miłe. A jednak nie miał najmniejszego oporu, żeby to powiedzieć. Coś, co uznał, że MUSIAŁO zostać powiedziane czy się to Fleamontowi podobało, czy nie. Podobać zaś się nie mogło, więc spodziewał się reakcji negatywnej. Pytanie brzmiało: na ile będzie negatywna?

- Wiem, że nie. - Odparł ciszej i odwrócił od Flynna wzrok w kierunku jeziora. To, że nie miał problemu z decyzją o powiedzeniu tego, co mu przekazał, to jedno. To, że nie mógł patrzeć na niego, kiedy był taki... w takim stanie to drugie. Pękało mu serce, wszystko w nim się skręcało, chciało go ukoić, uspokoić, zacząć uspakajać. I nagle się gubił. Bo powinien przecież to robić, a jednocześnie wcale nie wiedział, czy powinien. Może tak? Nie? A jeśli go odtrąci? System bronienia samego siebie przed zagrożeniami w postaci emocjonalnego zawodu był u Caina bardzo ciężko wypracowanym narzędziem, przez które tylko Fleamont się przebijał taranem. Nie znaczyło to, że wcale nie działał. Więc Flynn potraktował to sarkastycznie. Cain zaś obnażył niewygodną prawdę. Nie wiedział, z kim Flynn się zadawał, ale nie miał wątpliwości, że to był bardzo specyficzny przekrój przez społeczeństwo. A nawet jeśli tylko osoby z Nokturna trafiały w jego dłonie to i tam nie brakowało osób uważających się za lepszych od kogoś takiego jak ten Szczur. Kolejne uderzenie prawdy. Byłoby łatwiej? Cóż... trochę tak... ale... czy na to powinien był odpowiadać, skoro znali oboje prawdę. Obrócił się w jego kierunku i wyciągnął do niego rękę, tak ostrożnie, nie będąc pewnym, czy to dobry pomysł. Flynn jednak na tyle potrzebował i lubił dotyk, że przysunął się bliżej i mimo własnego dyskomfortu chciał objąć go ramieniem i przytulić do siebie.

- Przeprosiny przyjęte, chociaż w mojej opinii - nie musisz mnie przepraszać. To ja przepraszam. Chcę, żebyś wiedział, że się ciebie nie wstydzę. Ale wiem, jakie byłyby reakcje świata wokół mnie i wiem, czym mogłoby to grozić. - Kochał Flynna... ale nie był w stanie poświęcić dla niektórych rzeczy wobec niego swojej rodziny. Nawet jeśli tą swoją, małą, miał jaką miał to przecież Moody to nie była tylko jego matka i ojciec. Tak samo Bletchleyowie. Nie zasłużyli na to, żeby jego własne wybryki ich ośmieszyły. A jeszcze dodać do tego trzeba jego paranoję, że pokazywanie światu twoich słabości... to nic dobrego. Przecież sam zawsze tych słabości szukał u ludzi i za często je wykorzystywał. - Chciałbym cię uszczęśliwiać. - Przesunął palcem po krańcu jego nosa.