Secrets of London
[styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub (/showthread.php?tid=2714)

Strony: 1 2 3


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 28.04.2024

- Tylko jeśli mnie złapią, Mildred - powiedziała Rosier, odwracając się ku niej i posyłając jej najbardziej czarujący że swoich uśmiechów. Dopiero teraz, gdy opadły nieco nerwy, gdy odzyskał swój cenny projekt, przyjrzał się jej nieco uważniej, jak nawykł spoglądać na kobiety - oceniając, jak wiele mają nie tylko urody, ale i jakiejś iskry, i w jakich ubraniach byłoby im do twarzy. Millie była trochę od niego starsza I miała interesującą twarz: przede wszystkim oczy. Na tyle, że zatrzymała jego wzrok na dłużej, chociaż dla osób półkrwi szył bardzo rzadko.
- Ale oczywiście, to tylko żart - zapewnił, może nawet szczerze. Chyba nie przyznałby się Brygadzistce do planowania morderstwa. Chyba. Może był bardzo głupi i by to zrobił? Na razie jednak spojrzał na suknię, która przyciągnęła jej wzrok i oczy mu zaiskrzyły. Lubił mówić o swoich projektach i lubił, gdy inni go doceniali. - W tym pomieszczeniu są tylko moje projekty. Rok temu wystawialiśmy kolekcję inspirowaną lasem. Miałem przygotować jeden projekt, ale pracowałem nad dwoma, by zdecydować się na lepszy. Ostatecznie wystawiłem ten drugi: chciałem ubrać królową lasów, i wybrałem suknię bardziej dostojną, zaklętą czarem przywołującym spokój i myśl o szumie drzew. Ta suknia należy bardziej do leśnej, elfiej księżniczki, młodszej i pełnej życia kwitnących roślin, nie spokoju i mądrości wiekowych drzew.
I tak trafiła tutaj, zapomniana na chwilę aż Christopher znajdzie inspirację lub powód, by ją dopracować i dokończyć detale… lub na wieczność całą. Niedokończona, ale i tak piękna, w odcieniach zieleni, zdobiona we wzór pnączy, oplatających suknię i w pasek liści.
Tylko parę szmat, trochę materiału. Wiele osób tak na to patrzyło. Dla Rosiera ubrania były jednak pasją. Mogły wprawiać w różny nastrój, podkreślać charakter i konkretne odczucia, suknia winna pasować do kobiety, a kobieta do sukni. Jasne, piękna kobieta będzie pięknie wyglądać nawet w worku, ale ubranie mogło wyeksponować atuty lub je ukrywać, i wpływało na to, jak ktoś się czuje.
To była jego pasja i największa miłość.
- Zapasowy klucz mogłoby zdobyć parę osób. Ale dostać się tutaj oraz zdobyć klucz już mniej.  Catherinie, ale nie sądzę, by się na to odważyła. Mój ojciec i brat, ale zapewniam, że żaden z nich nie chciałby ryzykować... rodzinnego dramatu i reputacji salonu. Natomiast jedna z nowych sprzedawczyń wchodziła tu ze mną jakiś czas temu, bo w sklepie pojawiła się klientka, dla której jeden z projektów stąd był stworzony - stwierdził Christopher, a jego usta wygięły się tym razem nie w uśmiechu, a nieładnym grymasie. - Myślę, że najlepiej jeśli z nią porozmawiam osobiście. Bez obaw, nie będzie żadnego morderstwa. - Jedynie absolutny ostracyzm towarzyski i zadbanie, aby mogła znaleźć pracę co najwyżej na Nokturnie. Oraz drobna umowa, nie złożą oskarżeń, a ona powie, na czyje zlecenie działała. - Dziękujemy Brygadzie za pomoc w szybkim... rozwiązaniu sprawy.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 29.04.2024

Przyjemny dreszcz przeszedł jej kręgosłup gdy w końcu przestała być panią Moody. Choć wciąż na służbie, sama mieszała się z dystansem swoim do poszkodowanego, szczególnie w obliczu jego skrajnych emocji, które zwykły Millie jednak przyciągnąć do siebie wabiem intensywnego pobudzenia.

Po napięciu przychodziło odprężenie, teraz gdy sukienka była znaleziona.

– Sprzedawczyni? – zamrugała nagle i sięgnęła znów po swój notes, który pomagał jej w chaosie jaki wibrował jej zwykle w głowie. Piorun, który nie wie gdzie walnąć potrzebuje uziemienia. Zwykle dla niej było to któreś z Longbottomów, które pokazywało palcem "o tu Millie proszę jebnij" albo też groziło palcem "oj Millie proszę dzisiaj bez jebania". Notes pomagał jej, nawet gdy pierwsze uderzenie było chybione.

– Czy tą klientką była Luna Avery? Czy mogło być tak, że spoufaliła się z tą sprzedawczynią na tyle, aby nakłonić ją do tego... dowcipu? – na jej twarzy pojawił się bardzo brzydki i bardzo drapieżny uśmiech. Bliżej jej było do fae, które nie były urocze, a rzucały uroki. Do istot porywających dzieci, dumnych i dzikich. Okrutnych. – Sprawdźmy może, czy polubiły się z kobietą, która tu była i miała dostęp do zapasowego klucza. To brzmi... bardzo obiecująco.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 29.04.2024

Chrisopher poruszył się gwałtownie, jakby ktoś do dźgnął rozżarzonym prętem, kiedy padło pytanie o Lunę Avery. Rosier niekiedy nie traktował kobiet ładnie, ale w tym przypadku prawdopodobnie nie tylko on uznałby tę konkretną dziewczynę za wariatkę. Samo jej wspomnienie wystarczyło, aby miał ochotę coś zniszczyć. A teraz dochodziły do tego dwie rzeczy - raz, że Moody o niej wiedziała (CATHERINE!!!), dwa, że sugerowała, że ta mogła mieć coś z tym wszystkim wspólnego, a on nie mógł tego tak całkiem wykluczyć...
Zacisnął palce na na najbliższym wieszaku, mocno, aż do bólu, powtarzając sobie, że nie może walnąć pięścią o ścianę. To źle wpłynęłoby na opinię Domu Mody - jasne, mógł być ekscentrykiem, od projektanta oczekiwano, że takim będzie, ale już nie furiatem. I przede wszystkim, nie mógłby rysować kolejnych projektów.
– To z pewnością nie była Luna. Ta kobieta nie ma tutaj wstępu – powiedział, po długiej chwili, kiedy był już pewien, że zdoła powstrzymać chęć niszczenia projektów i rzucania rzeczami. Nigdy nie wpuściłby tu Luny! Nigdy!!! – Ale właśnie ta sprzedawczyni jest jedną z dwóch osób zaledwie spoza rodziny, które wiedzą, jak tutaj wejść, były tu wczoraj i mogłyby ukraść ten klucz… A jakby się zastanowić… ma ambicje malarskie – ostatnie słowa niemal wycedził, tracąc na moment znów nad sobą panowanie. Może to mogło pchnąć ją do takich kroków? Luna coś jej obiecała?
Wdech – wydech.
Wdech – wydech.
Nie mógł po prostu iść kobiety udusić. Nie wypadało. A poza tym by się zmęczył, pogniótł sobie ubranie, może nawet pobrudził je krwią, gdyby coś poszło nie tak, jak trzeba.
– Zajmiemy się tym na własną rękę. Skradziony przedmiot został znaleziony, wyślę pochwałę do Brygady, zdecydujemy z ojcem, czy składać zawiadomienie przeciwko naszej pracownicy. Nie chcemy, by sprawa zrobiła się nazbyt głośna i będę wdzięczny za dyskrecję. Żadnych działań niezgodnych z prawem, oczywiście.
A przynajmniej nie takich, na jakich mogliby ich przyłapać.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 30.04.2024

Nie potrzebne było, żeby Luna Avery pojawiła się tutaj osobiście. Wystarczyło użyć odpowiedniej dźwigni, by przekonać sprzedawczynię, że to nie będzie groźna dlań sytuacja. Wystarczyło dobrze pociągnąć za sznurki, żeby zagrozić Christopherowi, zszargać jego nerwy a potem śmiać się do rozpuku.

Mildred obserwowała jego wściekłość z rosnącą fascynacją i niezdrowym głodem lepienia się do wszystkiego co znajdowało się na krawędzi. Próżno było u niej szukać zainteresowania spokojem i brakiem powiewającej czerwonej flagi na czubku głowy. Żyła ekstremalnie, więc spokój wydawał jej się ułudą, spokój wzbudzał w niej właśnie brak zaufania, podskórne przeczuwanie tego, że coś zaraz jebnie. Spokój wyzbyty tej paranoi był jej prywatnym czasem spędzonym z bratem. Tymczasem burza, tymczasem wściekłość. Mógłby spokojnie przy niej coś rozwalić. Mógłby dać upust nagromadzonemu napięciu och, z chęcią by przy tym była, z chęcią by mu pomogła, choć oczywiście to po służbie.

Jej twarz wykrzywiła się w szerokim uśmiechu.
– Żadnych oczywiście. – Jadowicie złociste oczy widziały różne opcje tego co mogłoby się stać ze złodziejem lub jego zleceniodawca, ale pozwoliła sobie zachować propozycje dla siebie. Tonęła w samozadowoleniu, oto skutecznie znalazła winnego! (A to, że celowała w ojca na początku? Któż by to pamiętał?). Zamknęła swój notes i wsunęła go na powrót do kieszeni. – Cieszę się, że Brygada Uderzeniowa mogła pomóc w kłopocie, będę możliwie... minimalistyczna w raporcie. Tak, cieszę się, że odzyskał pan swoją drogocenną własność, panie Rosier. – Na krótki moment rzuciła okiem na tonę błyszczącego tiulu i znów na twarz "klienta". Przez myśl przyszło jej zrozumienie, wartość sukni nie w złocie czy prestiżu, ale miłości jaką obdarzał twórca swoje obrazy, rzeźby, ubrania. – Czy jest coś jeszcze co mogłabym dla Pana zrobić? – zapytała mechanicznie, odkrywając jednak z zaskoczeniem, że nie miałaby w sumie nic przeciwko, gdyby rzeczywiście było coś jeszcze, gdyby na moment mogła pozostać w szafowej Narni, nawet jeśli nie mieści całej krainy, a składzik na porzucone projekty.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 30.04.2024

Re-pu-ta-cja. To słowo jego rodzice odmieniali od zawsze przez wszystkie przypadki, najczęściej uzupełniając je o słowa "domu mody Rosier" albo "rodziny Rosierów". I Christopher przyswoił sobie tę lekcję. Oczywiście, wszelkie wybuchy gniewu były dopuszczalne, podobnie jak niszczenie rzeczy czy rozbijanie komuś nosów, ale należało najpierw zastanowić się, gdzie się to robi, przy kim się to robi i tak dalej, i tak dalej... Mnóstwo denerwujących szczególików, które Christopher brał pod uwagę, co zapewne sprawiało, że był dużo lepszym materiałem na Ślizgona niż na Gryfona (to i fakt, że był raczej mało bezinteresowny i cholernie ambitny, ale to też były szczególiki).
Dlatego nie, niczego nie rozwalił, nawet jeżeli naprawdę miał na to ogromną ochotę. Może rozwali coś później. A może nie, bo gniew Christophera bywał gorący i krótki: dłuższe stawały się zapiekłe urazy, takie jak ta, jaką żywił wobec Luny Avery.
Wyraz jego twarzy zmiękł trochę, kiedy Millie wspomniała o drogocennej własności: spojrzenie mężczyzny znów powędrowało do sukni. Odetchnął, sam siebie upominając, że powinien teraz przede wszystkim dokonać inspekcji swojego dzieła, sprawdzić, czy nie ciążyły na nim żadne podejrzane zaklęcia, czy nic się nie uszkodziło, nic nie wymięło, mimo czaru przed tym wymięciem chroniącego. A potem iść i dopaść sprzedawczynię winną tego całego zamieszania… A może odwrotnie? Szkoda, że nie mógł się rozdwoić…
– Nie, myślę, że od tego punktu sami sobie poradzimy – powiedział, ruszając do „szafy” i tuż za progiem znów wykrzyknął imię Catherine.
Zostało sporo do zrobienia.
Koniec sesji