![]() |
|
lato 1972 // kotom i szkotom wydaje się, że wszystko im się należy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: lato 1972 // kotom i szkotom wydaje się, że wszystko im się należy (/showthread.php?tid=4051) |
RE: lato 1972 // kotom i szkotom wydaje się, że wszystko im się należy - Victoria Lestrange - 13.07.2025 Victoria z pewnym uprzejmym zainteresowaniem spoglądała na Teresę, która pluła jej w twarzą przydomkiem „pani popularnej”, siedziała nago na stole prosektoryjnym okryta jedynie całunem i jeszcze dyktowała tutaj własne warunki, jakby miała cokolwiek do powiedzenia. Tak naprawdę była skazana na łaskę bądź niełaskę Lorraine i Victorii – która nie powiedziała do tej pory na ten temat żadnego słowa. A gdyby chciała, mogłaby tu do Necronomiconu napuścić później aurorów bądź brygadzistów, a dzielił ich od tego jej raport. – Bardzo jesteś wygadana jak na to, że dopiero co leżałaś tutaj równie martwa co pozostali nieszczęśnicy – odezwała się w końcu. – Jak o tobie coś napiszemy, to będziesz bardzo zajęta ukrywaniem się przed głodnymi sensacji ludźmi, a nie byciem upierdliwą – Victoria też potrafiła być bardzo upierdliwa, zwłaszcza wtedy, gdy upierdliwa być chciała. I niewiele robiła sobie z gróźb kobiety, której zmartwychwstanie jeszcze chwilę temu oglądały. Słuchała słów ghoulki (?) z uwagą, tak jak z uwagą ją obserwowała, czując cały czas, że ta może coś kombinować. Polana na wschód od Polany Ognisk… Zamierzała to zapamiętać bardzo dobrze. Zaś opis czarnych ślepi, emocji, które przy tym odczuwała – tu nie miała powodu jej nie wierzyć, bo było jasne, zwłaszcza po reakcji nieznajomej, że ta była przerażona. I że to przerażenie pamięta bardzo dokładnie. „Czułam się przy tym, jakby nic dobrego miało mnie nie spotkać.” Już kiedyś słyszała taki opis, nie raz zresztą… Niekoniecznie związany ze sprawą widm, natomiast… Victoria bardzo dobrze pamiętała jak radzili sobie w niematerialnymi bytami spotkanymi przy chatce Mildred Found. Oraz w jaki sposób można się było bronić przed koszmarnymi strażnikami więzienia na wyspie. Jednym i tym samym zaklęciem, zakazanym prawnie – i na myśl o tym Victoria uśmiechnęła się gorzko. Tyle, że widma, które sama widziała, nie miały czarnych jak smoła oczu. Ale słowa, które Teresa wypowiedziała wcześniej, o tym, że „te skurwysyny czuły, że pojawi się znowu i czuwały nad tym co z niej zostało” brzmiały w tym kontekście zupełnie inaczej, nić o tym Lestrange myślała chwilę wcześniej. Tak prawdę powiedziawszy, to Victoria nie miała żadnego interesu w tym, żeby o Teresie mówić cokolwiek mediom – wręcz przeciwnie. Nie miała też żadnego interesu, by nie pozwolić jej uciec, natomiast… Równie dobrze mogli sobie darować tę szopkę. Mogli zwrócić jej całe życie i nie udawać, że pochowano tutaj ją, gdy w rzeczywistości odprawiono pogrzeb nad kimś innym. – Jest też trzecie wyjście z tej sytuacji – odpowiedziała Lorraine uprzejmie, dokładnie w tym samym tonie: jakby opowiadały sobie najświeższe ploteczki nad okrągłym stolikiem okrytym błękitnym obrusem w różowe róże, popijając popołudniową herbatę z porcelanowych filiżanek o kolorze kości słoniowej. – Pomijając, że złamałaś zakaz wejścia do Kniei… Myślę, że sama już wiesz, dlaczego go w ogóle nałożono. Nie po to, żeby pobierać mandaty i napełniać skarbiec Ministerstwa, a dla realnego bezpieczeństwa ludzi – zwróciła się tutaj bezpośrednio do Teresy. – Możemy nie utrudniać tej sytuacji bardziej. Możemy zrobić tak, żebyś nie musiała zmieniać nazwiska, twarzy i ukrywać się do końca życia. Możesz pójść ze mną do Ministerstwa, opowiedzieć to, co pamiętasz przed moją przełożoną, a później pójdziesz do domu. Jeśli się boisz, że cię nie wypuszczą, możemy umówić się tak, że będziesz zeznawać tylko w mojej obecności i nie zostaniesz sama. Nie ma potrzeby, żebyśmy wszystkie wikłały się w kłamstwo, a ja nie mam żadnego interesu, by opowiadać o tym dziennikarzom. A jeśli mi nie wierzysz, że puszczą cię wolno… to spójrz na mnie. Nikt na mnie nie eksperymentuje, a wylazłam z Limbo, chociaż medycy z początku byli pewni, że jesteśmy martwi – i chociaż nikt wcześniej nie dokonał tego, co zrobili Zimni. A jednak chodzili wolno po ulicach Londynu. Victoria westchnęła cicho, bo rzadko takie rzeczy przyznawała przed nieznajomymi. A właściwie to nigdy. – Wierzę, że to, co przeżyłaś, jest dla ciebie traumatyczne i że wolałabyś po prostu wrócić do domu. Ale bardzo byś nam pomogła, opowiadając to, co tam zobaczyłaś, tak żebyśmy mogli to zaraportować – dodała już łagodniej. – Każda informacja jest na wagę złota. Lorraine Malfoy, Victoria Lestrange - Eutierria - 02.03.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=MjgFEuj.png[/inny avek] – Zlituj się, przed chwilą dosłownie umarłam... – Dziewczyna nie wyglądała na szczególnie ucieszoną z sytuacji w jakiej się znalazła, ale i tak udało jej się posmętnieć. – Dlaczego musisz brzmieć od razu tak, jakbym zrobiła to celowo? Są lepsze sposoby na śmierć, na przykład samobójcza bombarda, żeby zabrać ze sobą exa kuzynki... ale jak wszyscy brygadole są tacy, to po co się w ogóle produkować? Już widzę, jak ktokolwiek mi wierzy, że te upiory skusiły mnie do tego podstępem. Brzmiały zupełnie jak ludzie. – Dmuchnęła sobie w czoło tak jakby chciała usunąć z niego grzywkę, ale żadnej grzywki tam nie było. Jej wielkie, blade czoło zaświeciło się od potu. – Nigdy nie zrozumiesz jak to jest nie mieć ważnej szychy jako mamusi czy tatusia, Lestrange. Była cięta i nieprzyjemna, ale nie agresywna. Jej słowa były podszyte bólem wynikającym z własnego pochodzenia i niesprawiedliwości świata – nie wydawała się (w ekspertyzie obu z was) być kimś, kto mógłby komukolwiek zagrażać. Był to typ osoby, która szybko się poddawała i ulegała cudzym wpływom. – Dzięki za próbę pomocy, ale ja już nie wierzę w to, że to miałoby szansę powodzenia, kiedy ona tu jest. Ona, czyli Victoria. Teresa nie widziała sensu w budowaniu sieci kłamstw, kiedy znajdował się obok niej ktoś bezpośrednio powiązany z Ministerstwem. Nie chciała mieć kłopotów. Jej historia opowiedziana przez siłami Brygady nie różniła się za bardzo od dzisiejszej – użyła innych słów, zachowując sens. Nie próbowała niczego udawać, ale była z pewnością o wiele mniej wulgarna. Do tego dlaczego tyle razy wracała do życia się nie przyznała – w końcu zdarzyło się już w tym lesie tyle dziwactw, że pominięcie tego jednego detalu wydawało się mało problematyczne, a sekrety rodzinne nie musiały być od razu spisywane w kronikach obcych ludzi... Rzuty do posta: 1, 2. Teresa ma preferowaną drogę wyjścia z sytuacji (zaproponowana przez Lorraine – wynika ona z rzutu kością), ale ulega strachowi – więc przystanie na sugestię zostania przesłuchaną w Ministerstwie, bo nie chce robić sobie kłopotów. Jeżeli Lorraine chce odwieść Victorię od tej decyzji i jej się to uda, Teresa zrobi dokładnie to, co zaproponowała Lorraine. Jej zakończenie jest w waszych rękach. Ostatecznie, w strachu przed Victorią, ulega czemuś, czego robić nie chce.
Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki, możecie mnie dopytać o detale. @Victoria Lestrange @Lorraine Malfoy RE: lato 1972 // kotom i szkotom wydaje się, że wszystko im się należy - Lorraine Malfoy - 07.03.2026 – Ludzie przychodzą do mnie, bo wiedzą, że będę w stanie zapewnić im spokój po śmierci – powiedziała cicho, acz dobitnie Lorraine. – Przesłuchanie w Ministerstwie Magii zdało mi się tego spokoju przeciwieństwem. Zawsze możesz spisać raport tutaj, prawda? – zaproponowała pojednawczo Victorii, odruchowo przesunąwszy się jednak w stronę Teresy, jak gdyby chciała ją zasłonić własnym ciałem. – Przeczytaj jej akta. Zobacz, czy czegoś nie brakuje. Zrób, co trzeba, żeby nie nękali nas aurorzy. – Nas, podkreśliła solidarnie. Bo Lorraine była przecież częścią Nokturnu. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie pozwoliła sobie nazywać Necronomicon domem. Spokój, który dotychczas zachowywała, ustąpił miejsca bojaźni. Lorraine lekko pobladła na twarzy, słysząc słowa Victorii. Jak mogła czuć się spokojna, jeżeli w miejscu, które nazywała domem, nagle zaczynały dziać się rzeczy wyjęte spod jej kontroli? Kłamstwo zawsze było łatwiejsze. Udawanie, że nic się nie stało, ukrywanie się przed wzrokiem tych, którzy mogli skrzywdzić ją, jej rodzinę, jej przyjaciół. Wystarczyło jej już zamieszania z widowiskiem randkowym, gdy Atreus próbował zaaresztować Stanleya na jej oczach, choć chwilę wcześniej śmiał się z tego, że sam zgłosił przyjaciela w poczet randkowiczów w ramach żartu. Lorraine zniknęła stamtąd, zanim zdążyła rozpętać się awantura, ale wciąż bardzo przeżywała tę sytuację. "Nie można ufać psom Ministerstwa", prychnął Baldwin, gdy poskarżyła mu się na wszystko, całkiem roztrzęsiona. Obiecała sobie, że nigdy więcej żadnemu nie zaufa. – ...Bo nie życzę sobie, żeby wyprowadzano z mojego domu kogoś zakutego w kajdanki. To miejsce, gdzie służy się bogini. Nie na to się umawialiśmy – powiedziała cicho, nie dbając o to, że brzmi jak pomylona. Założyła ręce na ramiona, jak dziecko, które nie wie do końca, jak osłonić się przed zagrożeniem. Lorraine nie wiedziała nawet, czym dokładnie jest to zagrożenie, ale żyła na Nokturnie wystarczająco długo, aby nauczyć się bać wymiaru sprawiedliwości. W podobny sposób bała się niegdyś grzechu, wtedy, kiedy katechizmu uczyła ją matka. Cały świat był wówczas pełen pokus, którym Lorraine nieustannie ulegała. Nawet jeżeli miała wystarczająco silną wolę, aby się im przeciwstawić, z pewnością była złą osobą, skoro pokusy w ogóle czuła. A skoro matka nazywała ją przez to wszystko potworem, Matka również musiała wierzyć w to, że Lorraine zasługuje na potępienie, prawda? Och, jak wiele czasu zajęło jej odkrycie, że tak nie jest. A przecież wciąż czuła wyrzuty sumienia, nieważne, czy winy jej były prawdziwe, czy urojone. Teraz nie niosła na plecach grzechów całego świata, teraz tylko wierzyła, że brygadziści i aurorzy zdają się czychać nieustannie pod jej drzwiami, podsłuchując, czekając na najmniejsze choćby potknięcie, jak gdyby była pospolitą przestępczynią. Narodziła się nieustraszoną, pomyślała, czując jak szklą się jej oczy, ale szybko nauczyła się strachu. Znaczenia podchwytliwych pytań, które zadawali przedstawiciele prawa. Nauczyła się obojętnie prześlizgiwać po nich spojrzeniem, bo wiedziała, że na niektórych wystarczyło krzywo spojrzeć, żeby zostać zaaresztowanym za obrazę funkcjonariusza. Nauczyła się paranoi. Victoria jako Victoria była mile widziana w jej domu. Ale Victoria była też aurorem, a aurorów Lorraine się tak najzwyczajniej w świecie... Bała. Wcześniej zastanawiała się, dla czyjego bezpieczeństwa zaproszono tutaj Victorię. Teraz nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Teraz po prostu żałowała, że Baldwina nie było jeszcze w domu, żeby obronił ją przed tym wszystkim. – Co, jeżeli inni aurorzy pomyślą, że można tu tak po prostu wpadać, przesłuchiwać zmarłych? Co jeżeli zaczną przesiewać popioły wydobyte z pieca krematoryjnego, stwierdziwszy, że zalatują tym innym rodzajem spalenizny? Co jeżeli każą rozgrzebać mogiły, zakłócając zmarłym odpoczynek? – Lorraine wyglądała na przejętą, bo mówiła ostrzej, szybciej, jak gdyby przerażała ją myśl o popełnieniu podobnego świętokradztwa. Musiała rzeczywiście w to wierzyć. W świętość grobu. W dostojeństwo śmierci. – Każdy zasługuje na to, żeby w obliczu ostateczności zachować godność. Nieważne, czy człowiek był złym, czy dobrym za życia. Po śmierci powinno się spowiadać wyłącznie Matce. Pokręciła tylko głową, gdy usłyszała podziękowanie Teresy. Zrobiła co mogła, prawda? Ale jak zawsze było to niewystarczające. – Przyniosę ci coś do ubrania – zwróciła się do ghoulki łagodniejszym już głosem. – Papier i pióro leżą na stoliku w kącie, pani władzo. – Lorraine nie odwróciła się już jednak, żeby sprawdzić, czy Victoria zamierza po nie sięgnąć: weszła po schodach na górę, żeby znaleźć sukienkę dla Teresy. RE: lato 1972 // kotom i szkotom wydaje się, że wszystko im się należy - Victoria Lestrange - 07.03.2026 Przyzwyczajona była do tego, że ludzie różnie reagowali na tych, którzy nosili mundur i odznakę i nie robiło to na Victorii większego wrażenia – to były już lata doświadczenia w tym zakresie. Przyzwyczajona była też do tego, że ludzie oceniali ją nie przez to, co robiła i jak się prezentowała, a przez uprzedzenia, zachowując się tak, jakby wiedzieli o niej i jej życiu wszystko (oburzając się przy tym, gdy byli oceniani w ten sam sposób). Słowa, które przy tym rzucała Teresa miały zapiec, ale dalekie były do tego, by osiągnęły zamierzony efekt. Ghoulka pyskowała pod czujnym spojrzeniem Victorii, ale w odpowiedzi otrzymała tylko uśmieszek, całkiem zresztą uprzejmy. – Nieprawda – odparła Lorraine, przenosząc w końcu na nią spojrzenie. – Nie jest to czas ani miejsce na spisywanie protokołu, a składanie oficjalnych zeznań przy osobach postronnych nie wchodzi w grę – bo, cóż, mogłyby wpłynąć na swobodę wypowiedzi, a widząc nagle jak Lorraine stawała w „obronie” nieznanej kobiety, Lestrange przewidywała niepotrzebne komplikacje. Victoria oczywiście zamierzała w raporcie ująć słowa Teresy, ale było to co innego – i kto wie, przy takim rozwiązaniu ktoś faktycznie mógłby pannę McKinnon szukać, gdyby uznano kiedyś, że jej zeznania mogą się okazać kluczowe. Ale nie zamierzała nikogo do niczego zmuszać. A już kolejne słowa Lorraine sprawiły, że Victoria wyraźnie się zdziwiła. – Zakutego w kajdany? A po co ktokolwiek miałby kogoś zakuwać? – że ona miała skuć Teresę? Za co? – Nie wydaje mi się, żebym w którymkolwiek momencie zasugerowała skuwanie w kajdany i aresztowanie, zresztą rozmawiałybyśmy wtedy zupełnie inaczej – nie byłoby żadnej rozmowy tak po prawdzie. – Z mojej strony oficjalne złożenie zeznań było tylko propozycją, nie zamierzam nikogo do niczego zmuszać – tu kiwnęła głową w stronę Teresy, bo ostateczna decyzja należała do niej i tylko do niej. – Ale chcę, żeby było jasne, że nie zamierzam też pominąć w raporcie tego co się tutaj wydarzyło. Tym bardziej, że jakby nie było, i ciała i ja jesteśmy tutaj z polecenia Ministerstwa – przypomniała delikatnie, bo miała wrażenie, że gdzieś w tej emocjonalnej wypowiedzi blondynki umknęło to, że była to praca zlecona przez kogoś wyżej. I że na nic nie umawiała się z aurorką. Victoria była przekonana, że Lorraine za swoją pracę zostanie ładnie wynagrodzona, a może już została, nie wyobrażała sobie, by była to praca pro bono, ale nie znała ustaleń z Necronomiconem i prawdę mówiąc na tym etapie niewiele ją to interesowało, bo nie była to jej sprawa. – Nie mogę obiecać, że przy braku oficjalnych zeznań nikt nigdy nie będzie Teresy szukać, by potwierdzić jej słowa, które postaram się odtworzyć jak najlepiej – wyjaśnienie jej nagłego ożywienia… cóż… Dziwiło to Victorię, ale chyba nie aż tak, jak w rzeczywistości powinno: ba, ją samą uważano przez jakiś czas za martwą. Przez jakiś czas była zaręczona z wampirem, żywym trupem. Jej własna babcia była wampirem, który powrócił do żywych… Nie, to że Teresa ożyła, w tym wszystkim wydało jej się całkowicie normalne. Nie wyglądała co prawda jak wampir, nie przejawiała ich cech (a nie dało się ukryć, że Victoria to z nimi miała największe doświadczenie), ale słowo „ghoul” gdzieś tam kręciło jej się po głowie… Bycie ghoulem nie było nielegalne (nielegalne było ich tworzenie, ale to nie był problem Teresy). – Nie zaczną, to byłaby nekromancja, a ona jest zakazana – uśmiechnęła się lekko do Lorraine, darując sobie przypomnienie, że znajdowali się na Nokturnie, a jak ostatnio sprawdzała, to brygadziści (i rzadziej aurorzy) miewali regularne patrole w tej okolicy i nieraz wchodzili do różnych lokali i zadawali pytania. Ale przepytywanie zmarłych? Rozkopywanie grobów? To nigdy nie kończyło się dobrze, wiedzieli o tym w Ministerstwie, Victoria nie potrafiła zliczyć ile razy była wzywana do spraw, gdzie ktoś rozkopał groby – bo zwykle znaczyło to, że jakiś nekromanta (czyli w rozumieniu Ministerstwa czarnoksiężnik, ale Victoria widziała jasne rozróżnienie) może szykować coś paskudnego. – To prawda, ale martwi nie mówią – a Victoria odmawiała nazywania wampirów czy ghouli martwymi, bo zdecydowanie daleko im było od trupów, z którymi nie da się porozumieć, osobami za którymi tęskni się, bo już nigdy się ich nie zobaczy, ani nie dotknie… Nie mogła inaczej, skoro sama pokochała kogoś takiego. Sama przez pewną chwilę zastanawiała się, czy nie narzucić Teresie na ramiona swojej marynarki, ale ostatecznie uznała to za głupi pomysł z dwóch powodów: kobieta zdawała się nie pałać do niej nawet cieniem sympatii i mogła to odebrać nie tak, jak trzeba oraz nie chciała, by po wyjściu stąd ktokolwiek robił jej problemy za noszenie charakterystycznej góry munduru aurora. Uniosła tylko wyżej jedną brew, gdy została nazwana „panią władzą”, ale ostatecznie… po prostu usiadła sobie na krześle, które zajmowała wcześniej. – Sprawdzę, czy nie masz naliczonych jakichś mandatów i innych i je za ciebie zapłacę – powiedziała jeszcze do Teresy, nawet wtedy, gdy ta odmówiła złożenia zeznań. Szkoda, ale nie każdy czuł w sobie powinność, by pomóc sprawie i Victoria faktycznie zamierzała to uszanować. – Więc powinnaś mieć trochę spokoju – nie życzyła jej w końcu źle. Opuściła to miejsce dopiero, gdy Lorraine poinformowała ją, że praca nad wszystkimi ciałami jest już zakończona. Ale do teraz nie rozumiała, dlaczego dokładnie została przydzielona do pilnowania. Koniec sesji
|