![]() |
|
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=4731) |
RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 23.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/aad854ac17c2fc7cf148412242196000/0f5e95f39c658971-83/s250x400/1884f2e6a6818f4810d58741b5c0f4c81571de5a.pnj[/inny avek] Nie było sensu analizować tego, jak bardzo dziwna była ta cała sytuacja. Miejsce, towarzystwo, atmosfera. Wiedziała, że trudno było pojąć to wszystko, ale znajdowali się tutaj we dwójkę, i miała wrażenie, że wcale nie bawili się tak źle. Czy to było tylko i wyłącznie zasługą alkoholu, który w siebie wlewali, chyba nie, bo i bez niego potrafili się dogadać, gdy nie wiedzieli z kim faktycznie rozmawiają. To nie mógł być więc tylko i wyłącznie dobry nastrój spowodowany obojętnością, którą przynosiły wypite trunki. - Czy ja wiem, czy faktycznie muszę, muszę to oddychać, czy coś, bycie miłą nie jest żadną taką niezbędną rzeczą, bez której nie da się obejść. - Tak właściwie to nie lubiła narzucania pewnych zachowań, może nie wyglądała na kogoś, kto miał problem z dostosowywaniem się, ale wolała, kiedy wynikało to tylko i wyłącznie z jej własnych intencji, a nie przymusu. - Na szczęście nie mam w zwyczaju bywania damskim dupkiem, więc to nie oznacza przymusu, może się jakoś dogadamy. - Mogłaby zachować się zupełnie przeciwnie do jego wymagań, ale po co? Żeby pokazać mu, że potrafiłaby się postawić, bez sensu. Nie kiedy wiedziała, że może z tego wyniknąć coś dobrego. Być może faktycznie pokaże jej parę sztuczek i na tym skorzysta, nie było sensu palić mostów tylko po to, aby zachować się inaczej, niż oczekiwał. Prue nie miała w zwyczaju zachowywać się wrednie bez powodu, a że chyba powoli docierało do niej, że tak właściwie to nie miała dlaczego być w stosunku do niego niemiła, to nie zamierzała sięgać po stare zagrywki. Rozpoczynali nowy etap ich znajomości, prawda? Mogła spróbować zachowywać się w jego obecności jak cywilizowany człowiek, co kiedyś nieco sprawiało jej problemy. Reagowała na niego nienaturalnie, włączała te wszystkie swoje mechanizmy obronne, sama nie do końca wiedziała po co. Tak już na nią działał, nie chciała, żeby zrobił jej krzywdę, a najłatwiejsze wydawało się jej dość brutalne wyznaczenie granicy, może nawet aż za bardzo brutalne. - Tak chamski, że podryw gdzieś się w tym gubił, co? - Jego intencje wcale wtedy nie wydawały się jej takie oczywiste. Jasne, mógł twierdzić swoje, ale ona nie do końca przywykła do podobnego zachowania, ba, nie da się ukryć, że nie była też jakoś mocno doświadczona w podobnych relacjach. Budowała wokół siebie mur, taki, przez który nie miał szansy się przebić. Zresztą tłumaczyła sobie te jego zagrywki zupełnie czymś innym, może nie powinna? To wcale jednak nie wydawało jej się być takie oczywiste. No, musiał jej to wybaczyć, zdecydowanie była osobą, do której trzeba było mówić wprost, co miało się na myśli. Domysły mogły ją zgubić, oczywiście, że rozkminiała to wszystko na milion różnych sposobów, bo przecież tak już miała, ale nie sądziła, że chodziło akurat o to, jeśli tak, to było dużo prościej, niż jej się mogło wydawać, uwielbiała szukać drugiego dna w tych nawet najbardziej prostych, oczywistych odpowiedziach. - Dlaczego miałabym Cię wkręcać, mieliśmy być ze sobą szczerzy. - Sięgnęła po ten argument, który sam wyciągnął jej chwilę temu. Doszli do momentu, w którym mogli sobie powiedzieć o wszystkim, prawda? Skoro mieli zacząć się przyjaźnić, to mieli do tego prawo, zamierzała więc z niego skorzystać, bo czemu by nie. Zresztą nie spodziewała się zupełnie, że tak bardzo cofną się w czasie, chociaż właściwie to nie było takim znowu najgorszym pomysłem, mieli szansę wyjaśnić wszelkie niedopowiedzenia, które kiedyś między nimi wisiały. Wtedy zupełnie nie umieli ze sobą rozmawiać, raczej bardzo się mijali, mieli ku temu oczywiście swoje powody. Prychnęła i pokręciła przy tym przecząco głową. No jasne, to ona powinna się wstydzić, no jakże mogłoby być inaczej. Upiła kolejny łyk wina z butelki którą miała w dłoni. - Słuchaj, wyobraź sobie taką sytuację, może być ciężko, bo raczej nie masz w podobnych rzeczach doświadczenia, ale spróbuj. Jesteś jednym z największych dziwaków w szkole, przyzwyczaiłeś się do tego, że dzieciaki patrzą na ciebie z politowaniem, wytykają cię palcami, nie jesteś super popularny, ale starsz się jakoś odnaleźć swoje miejsce. Nie jest najgorzej. Nagle pojawia się jakaś znajoma twojej siostry, która zaczyna się wokół ciebie kręcić, wiesz, że nie jest z twojej ligi, a raczej ty nie jesteś z jej. Nie daje ci spokoju, nie wiesz, co się dzieje, jak byś na to zareagował? Co byś sobie pomyślał? - Miała nadzieję, że zrozumie do czego zmierzała. To było niewiarygodne, właściwie naprawdę ciężko było uwierzyć w jego dobre zamiary, musiał jej wybaczyć, że podeszła do tego najbardziej racjonalnie, jak tylko potrafiła. Zresztą cała reszta przyjaciół jej brata tez uprzykrzała jej życie, to było chyba normalne? - Nie traktowałabym tego jako odwrócony klasizm, bardziej jako realne podejście? - Nie do końca nawet potrafiła nazwać to, o co jej chodziło, dlatego próbowała mu zarysować to, w jaki sposób ona widziała tę sytuację, nie była ona dla niej do końca normalna. Szczególnie w tamtym czasie, kiedy odczuwała dosyć mocno to, że nie pasuje do reszty. Była dziwaczką, miała pozostać dziwaczką. Może przez to się tak bardzo przed tym broniła, bo nie chciała dać nikomu kolejnego powodu do drwiny. Takie podejście wydawało się jej być dużo prostsze, niż założenie czegoś, co przecież i tak nie miałoby sensu. Byli z innych światów, ona to wiedziała, on to wiedział. - Powiedzmy, że rozważałam na początku, co mogło być Twoją intencją, ale bardzo szybko odrzuciłam tę możliwość, bo wydawała mi się ona niemożliwa. - Nie sądziła, że w ogóle kiedyś będą mieli szansę o tym rozmawiać, więc samo to było bardzo dziwne. Grzebanie w przeszłości, którego się nie spodziewała, ale dobrze, dzięki temu mogli wyjaśnić przynajmniej powód tego, jak wcześniej wyglądała ich relacja, a delikatnie mówiąc była ona dość mocno napięta. - Tak, jest to całkiem spory wyczyn, kto by się spodziewał, że kiedyś faktycznie uznam za to po prostu przetrwanie, ale zdecydowanie mogło być gorzej. - Spodziewała się, że w jego przypadku sytuacja nieco się różniła, przynajmniej z tego, co udało jej się ostatnio dowiedzieć. Na pewno miał dużo bardziej niebezpieczne życie od tego jej, więc w tym przypadku to naprawdę mogło być spore osiągnięcie. - Nie wiedziałam, że mam jakiś target, ale jak widać znasz mnie lepiej, niż ja sama, ciekawe. - Oczywiście, że nie mogła się powstrzymać od komentarza, szczególnie, że miała wrażenie, że wydawało jej się, że bardzo dużo o niej wiedział i mógłby ot tak sobie wyrecytować jej oczekiwania. - Śmiało, nie krępuj się, jestem ciekawa, czy trafisz. - Skoro w jego mniemaniu to było takie nietrudne, to kimże była, żeby nie dać mu się teraz popisać tą swoją zdolnością dedukcji. Droga wolna. Uniosła przy tym butelkę do ust, powoli stawała się ona coraz lżejsza, co sugerowało, że niedługo wypije całą jej zawartość. Nie spodziewała się, że dojdzie do tego tak szybko, cóż, jakoś będzie musiała sobie poradzić ze zbytnim rozplątaniem języka. Nie przejmowała się tym szczególnie, bo on też pił, co mogło sugerować, że również był nieco bardziej rozluźniony niż zwykle, tyle, że był od niej jakieś trzy razy większy, na pewno potrzebował więcej alkoholu, aby wprowadzić się do stanu nieważkości. - Nie ma opcji wykupić pakietu rozszerzonego? Helen będzie rozczarowana. - Wzruszyła jednak jedynie ramionami, bo najwyraźniej nie dało się z tym nic zrobić, Benjy wydawał się być co do tego przekonany. Spodziewała się, że ma swoje powody, przez które wolał omijać ministerstwo szerokim łukiem. Nie dopytywała o nie. Zresztą tak samo jak o zmianę jego danych osobowych, na pewno jakieś konkretne wydarzenia to spowodowały, może kiedyś czegoś się dowie, nie chciała jednak w tej chwili być wścibska, wiedziała, że mogło to zostać różnie odebrane, a, że aktualnie całkiem miło im się dyskutowało, to wolała tego nie zmieniać. - Nie jestem pewna, a czy mam inne wyjście? - Oczywiście, że nie zamierzała z nim teraz dyskutować o swoim zaufaniu, miała pewne podstawy, aby twierdzić, że dotrzyma słowa, póki co jej przecież nie zawiódł, nie sądziła, aby miało się to zmienić. Wolała to jednak sprowadzić do tego, że i tak siedziała w tej piwnicy, i tak tu utknęła, miała spore szczęście, że też się tutaj znalazł, chociaż to wiązało się z tym, że była skazana na jego łaskę. Jakoś sobie z tym poradzi. - Skoro jednak już zaczynam Ci ufać, to lepiej, żebyś tego nie spierdolił. - Rzuciła jeszcze żartem, nie sądziła, że mogłoby do tego dojść, ale jednak wolała go uprzedzić. - Wiesz, masz doświadczenie, potrafię się mścić, szczególnie długoterminowo. - Nie sądziła, żeby wziął jej słowa na poważnie, zresztą Bletchley raczej nie potrafiła nikomu grozić na serio, zresztą trudno było uwierzyć w te słowa, kiedy uśmiechała się, gdy je wypowiadała. - Wspaniale, to jesteśmy dogadani, teraz już nie ma odwrotu. - Oferta była całkiem atrakcyjna i raczej niosła ze sobą same pozytywy, nie licząc ewentualnego kaca, który zapewne się pojawi po tym, jak wypije z nim ten cały alkohol o którym wspominała, była jednak gotowa jakoś to przeżyć, to nie miał być pierwszy kac w jej życiu. - To nie tak, że nigdy mi nie skapnął, ale wiesz, mój osobisty wybór, jest zawsze nieco inny. Nie wliczam w to tych sporadycznych momentów, kiedy Lestrange ma lepszy dzień i wyciąga kija z dupy. - Skoro już mieli być ze sobą szczerzy... to nie zamierzała pominąć i tego. Nie mogła narzekać na Corio, ale wszyscy doskonale sobie zdawali sprawę z tego, jakim był człowiekiem, a potrafił być kurewsko upierdliwy, nie, żeby ona sama nie była, może dlatego też współpraca przychodziła im całkiem lekko, byli do siebie dosyć mocno podobni pod wieloma względami. - Eeee, widzę, że coś w Tobie zostało z dawnych czasów, co? Nie tak łatwo się pozbyć wszystkich naleciałości. - Nawet nie próbowała za nim powtórzyć tego, co powiedział, bo było to dla niej w tej chwili zbyt mocno skomplikowane. Nie dało się jednak ukryć, że Benjy miał w sobie coś jeszcze z tego złotego, bananowego chłopca, którym kiedyś był. Zresztą przecież sporą część swojego życia spędził wśród tej jedynej i wyjątkowej elity. Nie dało się tak łatwo pozbyć pewnych standardów, prawda? - Jeśli teraz powiem, że nie, to wyjdzie, że się motam w zeznaniach. - Nie mogło być zbyt prosto prawda, nie chciała mu podsuwać tych odpowiedzi na tacy, zresztą, czy gdyby go choć trochę nie polubiła, to siedziałaby z nim teraz w tej ciemnej piwnicy i dyskutowała o tym wszystkim? Odpowiedź chyba była więc całkiem jasna i przystępna, zresztą co by nie mówić o nim, to w każdym momencie ich relacji uznawała go za bystrego, na pewno już się tego domyślił. - Przypał, czy nie przypał, jakoś sobie z tym poradzę. - Jasne, wiedziała, że póki co próbowali jakoś się dogadać, ale nie wychodziło im to jakoś najgorzej. Nie skakali sobie do gardeł, kiedy poznali swoją tożsamość, wręcz przeciwnie próbowali raczej wyjaśnić dawne niesnaski, co raczej zwiastowało, że może być tylko lepiej, o ile któreś z nich nie zrobi czegoś głupiego. Póki co jednak miała wrażenie, że zmierzali w dobrym kierunku próbując jakoś się dogadać, szczególnie, że mieli znajdować się przez jakiś czas w jednym miejscu. To na pewno spowodowałoby lepszą atmosferę również między innymi osobami, które się tutaj znajdowały. Wiedziała, że na dłuższą metę męczące może być przebywanie w towarzystwie osób, które strzelają do siebie piorunami z oczu. Nie pogardził jej małym palcem, co świadczyło o tym, że potraktował jej zapewnienia poważnie, chociaż nie był to może szczególnie ambitny sposób na to, aby potwierdzić dotrzymanie słowa. Zrobiła to po to, aby nieco rozluźnić atmosferę między nimi. Nie życzyła mu źle, tak naprawdę nie musiał jej nawet o tym wspominać, trzymałaby język za zębami, bo wiedziała, że miał jakiś konkretny powód dla którego zmienił swoją tożsamość. Nie chciała mu tego utrudniać, nawet jeśli nie wiedziała, czym właściwie było to coś. Po prostu zaakceptowała to, że powinna się do tego dostosować. Nie należała do osób, które musiały poznać przyczyny, może jeśli chodziło o jakieś skomplikowane procesy, opisy rytuałów wtedy tak, jednak nie miała w zwyczaju jakoś za bardzo inwigilować ludzi, nie lubiła wtrącać się w nieswoje sprawy, uważała, że każdy ma jakieś tajemnice. Uniosła butelkę przed swoją twarz i poruszyła nią delikatnie, zaczynała widzieć dno, to by oznaczało, że jeszcze chwila i będzie musiała sięgnąć po kolejną. W końcu miała do wypicia jeszcze jedno wino, a później coś mocniejszego. Nie zastanawiała się nad tym, czy uda jej się wstać, kiedy wleje w siebie to wszystko, tak właściwie to pewnie zdołałaby się i przekimać w tej piwnicy, gdyby było z nią bardzo źle. Dopalała powoli również swojego fajka, więc dopiła dość dużym haustem zawartość butelki, aby mieć gdzie wrzucić niedopałek, wolałaby uniknąć oskarżeń Corio o robienie syfu w piwnicy jego ciotki. - Hmm? - Uniosła wzrok w jego kierunku, nie do końca wiedziała o co może ją zapytać, bo przecież nie należała do szczególnie interesujących osób, a zadał to pytanie tak, jakby faktycznie coś mogło go ciekawić. Zawiesiła na nim swoje spojrzenie, chociaż nie widziała jego twarzy zbyt dokładnie przez ciemność, która ich otaczała. Swoją drogą ona ułatwiała dosyć mocno tę rozmowę. Kiedy usłyszała pytanie padające z jego ust poczuła, że policzki zaczynają ją piec. Nie do końca tego się spodziewała, na szczęście mrok ich otaczał, więc nie miał szansy dostrzec rumieńców, które pojawiły się na jej policzkach. Było to całkiem wygodne... Powinna się tego spodziewać, prawda? Skoro już rozmawiali o wszystkim, to nie mogli pominąć i tego tematu, nie była chyba jednak na to przygotowana. - Nie wszystkich, ale bywają wyjątki... - Nie mogła przecież zignorować tego pytania, jednak trochę ją wybiło z rytmu. Nie dało się zignorować tego, że to się wydarzyło prawda? Może nie miała wtedy pojęcia, kim był, to jednak wcale nie usprawiedliwiało jej spontanicznego zachowania. Zrobiła to na co miała ochotę w tamtym momencie, wierząc w to, że będzie to całkiem przyjemne zakończenie ich wspólnej drogi. Tyle, że okazało się, że to miał być tak właściwie dopiero jej początek, co nieco, odrobinę komplikowało sprawę. - Zresztą nie mam zbyt wielu przyjaciół. - Dodała jeszcze, sama nie wiedziała po co, ale chyba chciała, żeby to wiedział. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 23.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/69a5a487875ed6dfeea8492856a19ae5/6b34cafeceb95a16-1b/s500x750/f620a4139a5d6050042bf5571f2c4a2739fe0c46.pnj[/inny avek] Siedziałem na podłodze, rozluźniony, z lekko rozchylonymi nogami - jedną nadal wyłożoną na podłodze, drugą podciągniętą pod brodę, stopniowo przestając ukrywać to, że w głowie mi się już trochę rozmazywało. Tak, właśnie tak - obraz przed oczami, mimo półmroku, nadal miałem ostry i wyraźny, nie byłem pijany, ledwo czułem jakikolwiek rauszyk, ale w głowie coś na pewno mi się zacierało - z dużym prawdopodobieństwem było to pierwsze wrażenie, jakie miałem, gdy tu na siebie wpadliśmy. Alkohol, nie alkohol - zaczęło robić się zdecydowanie swobodniej. Niby to był dopiero poranek, więc nie powinniśmy pić, a już zwłaszcza nie w piwnicy ciotki przyjaciela - w ciemnościach, gdzie cienie tańczyły na ścianach, a w powietrzu unosił się zapach starego drewna, wilgoci i czegoś słodkawego, co chyba ulatniało się zresztą z butelki, którą trzymałem w ręku. Bourbon miał bardzo charakterystyczne nuty zapachowe, zdecydowanie dało się go wyczuć, gdy prawie cały czas miało się go pod nosem - a ja bardzo często pociągnąłem z, niemal już przez to opróżnionej, butelki, nadal trochę nie dowierzając w to, że obok mnie siedziała Prudence Bletchley - kobieta, którą jeszcze niedawno postrzegałem jako nieprzyjaciela, a teraz jako kogoś, z kim rozluźniona rozmowa nabrała zupełnie innego wymiaru. Patrzyłem na nią w półmroku, próbując wyłapać choćby drobny uśmiech, bo czułem, że atmosfera się rozluźniła, a ona sama wydawała się bardziej swobodna, niż jeszcze kilka minut temu. - Bujasz, zdecydowanie potlafiś byś dupkowata. - Wiedziałem, że ona to ona, a nie jakaś tam obca osoba, którą można by próbować wyczuć z dystansu - zresztą już i tak zdarzyło nam się poruszać naprawdę różne tematy. To pozwalało mi patrzeć na to z innej perspektywy, chociaż przecież wiedziałem, że to sformułowanie, tak jak nasz cały powrót do przeszłości, było trochę bezpośrednie. W głowie mi świtało, że skoro już poruszyliśmy tyle różnych kwestii, to nie ma sensu się obchodzić z tymi kwestiami zbyt ostrożnie. No, ona nie była ani ostrożna, ani dyskretna - zaczynała być bardzo bezpośrednia, i nawet mi to pasowało. W końcu spojrzałem na nią ponownie, unosząc brwi, odchrzakując i próbując wyłapać jej wyraz twarzy, chociaż było to trudne w tych warunkach. - No soly. - Parsknąłem w sposób, który sugerował, że nie - nie jest mi w żadnym razie przykro z tego powodu. Zupełnie tak, jakbym wtedy miał jakiekolwiek wzorce dobrych zachowań wobec kobiet, a już zwłaszcza takich zakrawających o lawirowanie w trudnej, podchwytliwej i pełnej pułapek sztuce zalotów. To wcale nie było tak, że mój własny ojciec traktował kobiety przedmiotowo, jak lampy i inkubatory do rodzenia dzieci, ojciec mojego najlepszego przyjaciela założył sobie drugą, lepszą rodzinę, kolejny stary innego ziomka był wiecznie na konferencjach i w rozjazdach między projektami badawczymi, a młodą żonę zostawił w domu, Romulus też miał tatka niespecjalnie szanującego związki - z żoną, która uciekła. Jedynym wzorem zdrowego związku mogli być, o ironio, rodzice Prudence, ale u nich nie bywaliśmy zbyt często - z wiadomych względów. Wszystkie zachowania musiałem sam sobie wypracować - oczywiście, że od diabła razy się potykałem, ale naprawdę próbowałem zwrócić na siebie uwagę Bletchley nie z chamskich pobudek. Wiedziałem, że to raczej nie jest temat, który można zamknąć jednym zdaniem, ale też nie chciałem się zbytnio zagłębiać i robić z tego wielkiego problemu - było, minęło, poszliśmy każde swoją drogą, a ona zdecydowanie uniknęła bomby - tego jej już nie powiedziałem. - Bogasi chłopsy nie mają selc, tak? - Spojrzałem na nią z lekkim rozbawieniem, czekając na jej odpowiedź. Granica, która jeszcze niedawno była między nami, gdzieś się zatarła, a ja nie chciałem już dłużej trzymać się konwencji, bo wszystko i tak już było na stole - to, kim jesteśmy, to, że się znamy, to, co nas poróżniło, to, co chyba przestało nas różnić, chociaż nawet teraz nie miałem złudzeń, że zamiast tego mieliśmy mieć po prostu nowy pakiet różnic - te dorosłe ograniczenia znajomości, nakładane nam przez ramy społeczne, style życia i to, jacy się staliśmy. Niby inni, trochę tacy sami. W półmroku jej włosy wydawały się jeszcze ciemniejsze, ale kiedy już wiedziałem, że ona to ona, trudno było nie dostrzegać wizualnego podobieństwa. Z zachowania momentami też nadal potrafiła być całkiem wyszczekana - chyba nawet bardziej, niż kiedyś, ale w tym momencie to wydało mi się czymś na plus - przynajmniej, z dużym prawdopodobieństwem, już nie dawała po sobie jebać. - Touché. - Uśmiechnąłem się pod nosem. Atmosfera między nami się rozluźniła, a chwila ta wydawała się sprzyjać temu, żeby poruszyć też tematy, które wcześniej były zbyt wstydliwe, drażliwe albo nie na miejscu - rzeczywiście, obiecaliśmy sobie szczerość i ją mieliśmy. - „Jakaś znajoma”, selio? - Spojrzałem na nią, próbując wyłapać chociaż odrobinę jej wyrazu twarzy w tym słabym świetle, które rzucało na nią cienie, jakby chciało zamaskować niektóre emocje, ale jedynym, co udało mi się wyłapać, było to, że była jak zawsze - trochę zamyślona, tym razem z lekko rozczochranymi włosami, które w tym świetle wyglądały naprawdę ciemno, odrobinę uszczypliwa, bardzo informatywna - chyba naprawdę się starała przedstawić swój punkt widzenia. - Mas lasję, cięszko mi to sobie wyoblasiś... - Przyznałem, kiwając głową i postanawiając być w tym szczery - ciężko mi było to pojąć. Próbowałem to jednak zrozumieć, bo mimo że dawniej mieliśmy za sobą długą historię nieporozumień, to teraz między nami zagościła jakaś swobodna nuta i nie chciałem tego zepsuć. Tym bardziej, że przecież nie byliśy już tymi samymi ludźmi sprzed lat, a i czas, i doświadczenia zrobiły swoje. Patrzyłem na nią w półmroku, próbując wychwycić choćby cień emocji, jednak wszystko było zamknięte w tej jej lekko tajemniczej, lekko rozluźnionej postawie. W końcu, z lekkim rozbawieniem, uniosłem brwi, upiłem trochę bourbonu, czując, że zaraz i tak trzeba będzie sięgnąć po kolejną butelkę, i rzuciłem podchwytliwe: - A, a, a, wies, na co to bszmi? To bszmi na odwlócony klasism, Plue, nie wypszesz szię tego, to totalnie jeszt klasism. - Spojrzałem na nią z rozbawieniem i trochę z podpuszczaniem słyszalnym w głosie. - Kaszdy biedak kladnie, a kaszdy czystoklwisty gusztuje tylko w swoich. - Uśmiechnąłem się do niej lekko, rozbawiony, trochę podpuszczający. - Suplajs, suplajs, nigdy nie klęsiło mnie wysiąganie dszewa genealogicznego, aszeby zobaczyś, czy mogę szię s kimś umówiś, s całym szacunkiem dla tladysji. - Spojrzałem na nią, obserwując, jak reaguje, ale zaraz odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że temat się powoli kończy, a ja nie chciałem się nad tym rozwodzić. - No, okej, losumiem... - Przytaknąłem, by nie ciągnąć tego tematu bez potrzeby, bo chyba już sobie wszystko wyjaśniliśmy, ale tak po prawdzie, to musiałem sobie tu jednak przerwać i ze zmarszczonym brwiami jednak wrócić do zadania tego jednego, kluczowego pytania. - A, jako ten, wiesz, balsiej lozsądny człowiek o supelumyśle, nie pomyślałaś, szeby po plostu spytaś? - Możliwe, że odpowiedź kryła się w poprzedniej wypowiedzi Prudence, odnośnie uważania tego wszystkiego za coś w rodzaju wrednego żartu, niczego poważnego, ale musiałem jej zadać to pytanie - już zdążyliśmy ustalić, że ja jak to ja, nie byłem najrozsądniejszym dorastającym chłopcem, chuja wiedziałem o tym, jak obchodzić się z dziewczynami, spoza wianuszka adoratorek, ale Prue zdecydowanie powinna być rozsądniejsza w tym zakresie. - No dobla, dobla, losumiem. Wies, nie chcę szię czepiaś, bo w sumie... to chyba nie jeszt asz takie waszne, plawda? - Chciałem to zamknąć, chociaż nie do końca wiedziałem, dlaczego czuję potrzebę, żeby to zrobić. Najwyraźniej wychodziłoby na to, że oboje od zawsze byliśmy upośledzeni w zakresie relacji międzyludzkich, tylko każde na swój sposób - nie, aktualnie nie miewałem już żadnego problemu z tym, by przyznać, że z ulubieńca tłumów, bardzo dużo grającego pod publikę, zrobiłem się człowiekiem, który niespecjalnie lubił większość ludzi i nie podążał za schematami. Pariasem - zostałem pariasem, sam tak to określiłem, to nie było nic odkrywczego, ani tym bardziej nowego. Ot, stara prawda - przestałem wpisywać się w kanon, miało to sporo zalet, ale momentami jeszcze więcej wad. - Niech no pomyszlę... Wyszoki, to na pewno, kobiety lubią wyszokich, ale nie za wyszoki, powiesmy solidne metl osiemdziesiąt pięś w kłębie. Dobsze zbudowany, ale nie do pszesady, nie pakel. Białe zęby, gęste blond włosy... No, wies - James Dean stajl... Z jakiegoś powodu to zawse jeszt James Dean, a więs i niebieskie, ewentualnie zielone oszy. - Oceniłem, wzruszywszy ramionami, kontynuując. - Wysza klasa slednia, bo jeszteś klasistką, jak jusz usztaliliśmy, czyli to musi byś ktoś, kto jeszt na twoim poziomie, nie poniszej. Tak, szeby sam nie czuł szię zasdlosny. Posa tym, umówmy szię, nie wyglądasz na kogoś, kto biesze plojekty społeszne. Masz na to zbyt ładne mieszkanko i poukładane szysie, i tu zmieszamy do wnioszku, sze lubis szwoje szysie na tym posiomie, więs Pan Idealny nie mosze byś za bogaty, ale muszi byś tlochę balsiej zamoszny, nisz ty, bo lole społeszne... Dobla posysja, plawdopodobnie uszędnik z ministelstwa, ewentualnie nauczyciel akademiski, ale nie s Hogwaltu, bo nie wdajes szię w long distans... Ewentualnie, to mosze byś uzdlowisiel, bo jeszteś s medysznej losiny, mama i tatko by szię ucieszyli. Jeszli jusz jednak miałabyś byś tlochę balsiej klejsa, to byłby to aulol s obiesującą kalielą, szebyś miała pewnoś, sze nie będzie zbyt długo klepaś najgolszych splaw na ulisy. - Wydawało mi się, że powinna docenić ten cały wkład, jaki przeznaczałem w nakreślenie portretu jej idealnego mężczyzny, jakbym był ekspertem matrymonialnym, swatką albo co najmniej samozwańczym medium specjalizującym się w szukaniu bratnich dusz. - Sympatyszny. Golden letlievel, nie owszalek. Stanu wolnego, kawalel w twoim wieku, ewentualnie odlobinę stalszy. Bez kontlowelsyjnej histolii zwiąskowej, nie nieszczęśliwie szonaty, nie loswodnik, nie, nie daj, Matko, wdowies. Ma cię kochaś, ale nie byś namolny, bo wiemy, jak to szię końszy. Pan Idealny. Coś więsej? - Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo nie - nie sądziłem, żebyśmy potrzebowali mówić więcej, niż to - to był naprawdę dobry opis, z którego mogłem być naprawdę dumny. Nie było w tym niczego poważnego, raczej chęć podtrzymania tej luźnej atmosfery, wykraczającej poza wszelkie normy, jakie kiedyś obowiązywały między nami. - Nie. Wiem, sze jeszt ciemno, ale widziałaś mnie? Sama moja obecność, to jusz jeszt pakiet plemium. - Spojrzałem na Prudence, z lekkim rozbawieniem i odrobiną przekory w głosie, bo przecież atmosfera się rozluźniła, a ja już nie musiałem się hamować. - Gdybym inwesztował czas w długotlwałe zwiąski, doształbym złoty laul konkubenta, wies? - Rzuciłem pytaniem, nie oczekując jednak odpowiedzi. Od dawna, co ja mówię - nigdy nie widziałem jej tak swobodnej, jak teraz, kiedy rozmowa zeszła na tematy, które - o ironio - kiedyś były tabu, albo chociaż trochę niekomfortowe. Patrzyłem na nią z cichym rozbawieniem, bo coś się we mnie rozluźniło - ta cała sytuacja, ta scena, ten poranek, wszystko to było jakby trochę mniej poważne, niż zakładałem. I chociaż wiedziałem, że to ona, ta sama Prudence, z którą kiedyś się nie dogadywałem, to teraz, w tym półmroku, czułem, że wszystko jest jakoś bardziej na luzie, bardziej normalne - jakbyśmy naprawdę byli ponad to, co kiedyś nas dzieliło. - Mniej więsej. Zupełnie niepotszebna wiedzą społeczno-kultulowa, umiejętności sommelielskie i tlaumy - niezawodne połąszenie, by byś zabawnym i czalująsym. - W końcu rozluźniłem się na tyle, że zaczęło mi się wydawać, że możemy mówić o wszystkim, więc nawet takie teksty wydały mi się całkiem w porządku - zresztą nigdy nie ukrywałem, że pod wieloma względami jestem zjebany. To znaczy - może trochę inaczej... Nie kryłem tego przed najbliższymi kumplami, bo oni tak czy siak byli tego świadomi, przed całą resztą już, jak najbardziej. Dopiero po ukończeniu szkoły, przyjmując nową tożsamość i obierając inną ścieżkę życia, mogłem dawać ujście wszystkim dotychczas tłumionym emocjom - nie kryć tego, że nigdy nie miałem idealnego, wymuskanego życia rodem z bajki, chociaż nigdy nie wnikałem w takie detale, które mogłyby ujawnić moje prawdziwe pochodzenie. W dokumentach figurowało coś, co narzucało mi pilnowanie, by wszystko miało ręce i nogi. Po paru miesiącach wszystko się spięło i tak już zostało - nie było żadnych dziur, miejsc na to, by coś się nie zgrywało. Dziecko brytyjskich imigrantów, którzy wyjechali do Stanów za pieniądzem, słabowita mamusia siedząca w domu, pijący i przemocowy tatuś biznesmen będący agentem giełdowym, z którymi zerwałem kontakty - idealna historyjka. - Oj, nie, nie taki pszypał. - Pokręciłem głową - być może od razu powinienem uściślać moje słowa, albo formułować jaśniejsze wypowiedzi, bo tak - jasne, przyjaźń ze mną na ogół mogła być dosyć mocno przypałowa, nawet jeśli to nam nie groziło, bo zamierzałem stąd wyjechać, zanim będziemy mieć szansę zostać prawdziwymi przyjaciółmi. Natomiast, w tym oto momencie, chodziło mi o jeszcze coś innego. - Pszypał, sze tak póśno szię zolientowałaś, i stlacilaś kilka naplawdę niesłych okasji, szeby cieszyś szię takim cool pszyjasielem. - Poinformowałem ją, chlupocząc resztką alkoholu - jeszcze kilka łyków, i będzie trzeba się podnosić, by sięgnąć po kolejną, przyglądałem się jej chwilę w milczeniu, zastanawiając się, czy to pora wstać, czy jeszcze to sobie darować. - Kilka, mas kilka wyjś s tego miejsca, choś nie gwalantuję, sze jesteś w stanie sama je znaleść... - Rzuciłem z rozbawieniem. - No, jak tak stawiasz splawę, to chyba muszimy sobie zaufaś... - Chciałem już się podnieść, sięgnąć po butelkę, ale zanim to zrobiłem, rzuciłem jeszcze to niezbyt poprawne, za to całkiem satysfakcjonujące pytanie. Słowa wypłynęły z moich ust bez większych ceregieli, jakby to było zupełnie naturalne... I chociaż to brzmiało jak coś, co mogłoby wywołać niezręczność, tak naprawdę, w tym momencie, nie miałem z tym problemu - dostatecznie dobrze przekonałem się o tym, że ona chyba też nie jest pruderyjna, i nawet jeśli wydawało mi się, że w szkole taka była, to chyba się z tego wyłamała, skoro się odważyła rozmawiać ze mną tak szczerze i bez ogródek. To była kolejna miła odmiana - jeszcze chwila i naprawdę mogliśmy zechcieć się zaprzyjaźnić, co z wiadomych względów było niewskazane. Mało co widziałem, ale nie dało się ukryć, że przez chwilę na pewno patrzyła na mnie bez słowa - tak, jakby się zastanawiała, czy dobrze usłyszała, albo czy dobrze rozumie, co właśnie powiedziałem. Wiedziałem, że jej oczy, nawet w tym półmroku, wyrażały coś więcej niż tylko zaskoczenie - musiały wyrażać. Być może była trochę zaintrygowana, może nawet rozbawiona moją bezpośredniością, albo tym, że nie boję się teraz o to pytać. A ja… ja po prostu czekałem na jej odpowiedź. - Wies, nie musis szię tłumaczyś, po plostu ciekawi mnie, czy to jeszt twoja uklyta specjalnoś, dluga twasz. Cicha woda bszegi lwie - takie tam... - Spojrzałem na nią, próbując odczytać reakcję, chociaż w zasadzie wiedziałem, że nie powinna się obrazić. W głowie miałem jeszcze kilka pytań, ale to właśnie to wydawało mi się najłatwiejsze, choć może i najśmielsze - natomiast wiedziałem, że w tym momencie nie muszę się już ograniczać, bo atmosfera była na tyle swobodna, że mogłem pozwolić sobie na coś więcej. Ona zresztą też i prawdopodobnie to wiedziała. Poniekąd czekałem aż wytoczy jakąś bombę. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 23.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/aad854ac17c2fc7cf148412242196000/0f5e95f39c658971-83/s250x400/1884f2e6a6818f4810d58741b5c0f4c81571de5a.pnj[/inny avek] Nie spodziewała się tego, że ten poranek okaże się być całkiem przyjemny. Nic tego nie zwiastowało, jak jednak widać nie da się czasem przewidzieć kolei losu. Cóż, najwyraźniej faktycznie miała nieco odetchnąć od tego, co jej się przytrafiło ostatnio. Nie czuła też jakoś specjalnie tego zmęczenia, które jeszcze kilkanaście minut temu dawało o sobie znać. Irytacja, która jej towarzyszyła gdy znalazła się w piwnicy też zniknęła niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kto by się spodziewał, że mogło to być spowodowane jego obecnością? Na pewno nie ona. Jak widać wszystko mogło się zmienić, w zaledwie kilka chwil. Piwnica może nie była najbardziej przewidywalnym miejscem, do nawiązywania nowych znajomości, jak widać jednak im całkiem służył klimat tego pomieszczenia. Nie musieli sobie patrzeć w oczy, kiedy dyskutowali o wszystkim i niczym, co miała wrażenie, że niosło ze sobą też większą szczerość. Łatwiej było z siebie wyrzucać te wszystkie słowa właśnie w ten sposób. - Nie powiedziałam, że nie potrafię, tylko, że z natury raczej taka nie bywam, chyba, że ktoś jakoś wyjątkowo nadepnie mi na odcisk, czy coś. Wtedy wyciągam z siebie wszystkie moje pokłady dupkowatości, ale to chyba wiesz. - Zdecydowanie, kto jak kto, ale akurat on miał szansę się o tym przekonać. Nie musiała owijać w bawełnę, spotkała go ta przyjemność wiele razy, właściwie to akurat przy nim pokazywała akurat głównie tę swoją stronę. Nie, żeby w tej chwili była z tego powodu szczególnie dumna, no ale nie dało się stwierdzić, że dokładnie tak się działo przez wiele lat. Potrafiła się przyznawać do tego co robiła. - Spoko, było minęło, co nie? - Nie zamierzała bez sensu się nad tym rozwodzić, zresztą tylko próbowali sobie wyjaśnić swoje zachowania, które najwyraźniej były spowodowane niezrozumieniem. Nie, żeby można było tego wszystkiego uniknąć poprzez rozmowę, odrobinę bezpośredniości, czy coś. Zresztą byli wtedy dziećmi, aktualnie chyba łatwiej szła im wymiana zdań, co nawet napawało ją optymizmem. Nie spodziewała się, że rozmowa będzie się im, aż tak bardzo kleić, z drugiej strony, przecież te dwa ostatnie razy, gdy się spotkali, kiedy nie wiedzieli kim są dokładnie tak wyglądały. Nie mieli najmniejszego nawet problemu z komunikacją. - Nie miałam szansy poznać zbyt wielu bogatych chłopców za blisko, musisz mi wybaczyć te osądy. - Może faktycznie coś było w tym, co mówił, jakiś głębszy sens, którego wcześniej nie zauważała. Nie powinna kategoryzować ludzi na podstawie ich pochodzenia, nawet jeśli w jej wypadku wynikało to raczej z ostrożności. Każdemu należała się podobna szansa, mimo wszystko, nie wiedzieć czemu wydawało jej się, że osoby z pewnymi przywilejami nie do końca mogły zachowywać się w ten sposób, czy chcieć od niej czegoś innego, niż się nią pobawić. Uprzedzenia mogły pokazywać się po każdej ze strony, była tego idealnym przykładem, chociaż może powinna mieć nieco więcej dystansu, bo przecież przyjaźnili się z Eliasem, który był jej bliźniakiem, nigdy nie przeszkadzało im jego pochodzenie, dlaczego więc miałoby to jej, skoro było takie samo? Kiedy zaczynała o tym myśleć, zaczynała dostrzegać pewne drobne szczegóły, których wcześniej nie widziała, jednak nie wydawało się, aby aż takie kopanie w tym miało aktualnie jakiś głębszy sens. - Przymknij się teraz, psujesz moją wizualizację. - Spróbowała go uciszyć, chociaż wiedziała, że to może nie mieć żadnego sensu, zawsze musiał mieć coś do powiedzenia, nawet kiedy starała się po prostu nieco pokazać mu swój punkt widzenia. Myślała, że dzięki temu dostrzeże to, o co jej chodziło. Musiał jej jednak przerywać, wspaniale. Przez to nie do końca mogła się skupić, bo odwracał jej uwagę od tego, co miała mu do powiedzenia. - Możesz chociaż udawać, że próbujesz? Naprawdę się staram. - Westchnęła nawet nieco teatralnie, aby mógł to zauważyć, zdecydowanie był niereformowalny, jak tak dalej pójdzie, to pewnie zrezygnuje z tej jakże wspaniałej próby, bo ona chyba nie miała sensu. Wydawało jej się jednak, że dzięki temu łatwiej jej będzie do niego dotrzeć, prościej przedstawi mu to, jak się wtedy czuła, wcale nie łatwo jej było o tym mówić, bo nie znosiła wspominać o tym, co kiedyś przeżywała, ale skoro już stawiali na szczerość, to naprawdę chciała tego spróbować. Na szczęście w końcu się zamknął i dał jej dojść do słowa, pozwolił powiedzieć, to na co miała ochotę. Może brzmiało to dość głupio, ale i tak odważyła się powiedzieć to na głos. Najwyżej uzna ją za idiotkę, czy coś, z drugiej strony nie wydawało jej się, aby miał zamiar ją oceniać. Naprawdę zaczęła mu ufać, oby się na tym zbyt szybko nie przejechała. - Czyli jednak całe moje starania na nic? Przynajmniej próbowałam. - Pokręciła jeszcze głową nieco rozczarowana, upiła przy tym kolejny łyk z butelki. Najwyraźniej jej punkt widzenia faktycznie okazywał się być dla niego odwróconym klasizmem, musiała się z tym pogodzić, czy coś. - No dobra, może źle Cię oceniłam, ale skąd niby mogłam wiedzieć, większość Tobie podobnych od samego początku mojej edukacji udowadniała mi, gdzie jest moje miejsce, miałam prawo być uprzedzona. - Był wyjątkiem potwierdzającym regułę czy coś? Mogło się tak zdarzyć, ale skąd niby mogła to wtedy wiedzieć? Wolała założyć zupełnie inną wersję, bo tak było bezpieczniej, wygodniej, bez zbędnych komplikacji. - Spytać? Żebyś mnie wyśmiał? Serio? Dobre sobie. - Nie, żeby rozmowa nie była najprostszą z opcji, zadanie kilku niezobowiązujących pytań, to nie było nic trudnego, wolała jednak nie ryzykować. Zamiast tego przyjęła pewne założenie i się nim kierowała, nie, żeby okazało się to słuszne, ale teraz już chyba było zbyt późno na takie rozważania. Co się stało, to się nie odstanie, czy coś. Na szczęście zaczęli sobie to teraz wyjaśniać, dzięki czemu mogli w końcu dowiedzieć się o co właściwie im chodziło w przeszłość. Niezrozumienie, problemy z komunikacją, dobrze, że w teraźniejszości wybrali zupełnie inną drogę i praktycznie od samego początku stawiali na szczerość, pozwoli to im uniknąć powtórki z rozrywki. - Nie jest, to wcale nie jest ważne, już nie jest. - Mimo wszystko naprawdę wydawało jej się, że dobrze się stało, że postanowili to sobie wyjaśnić, szkoda byłoby mieć do siebie żal o coś z przeszłości, tak zresztą chyba zachowywali się dorośli ludzie, rozmawiali o tym, co ich gryzło, co było niedopowiedziane. Nie, żeby łatwo jej to przychodziło. Miewała pewne problemy z komunikacją, raczej zamykała się w sobie niżeli mówiła o tym, co ją gryzło, ale tym razem było zupełnie inaczej. Szkoda, że stało się to tak późno, bo aktualnie mogliby być w zupełnie innym miejscu, ale nie było też sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Przeszłość ich przecież nie definiowała, aktualnie byli zupełnie innymi ludźmi. - Pomyślałeś o wszystkim, nie spodziewałam się, że masz takie doświadczenie, może minąłeś się z powołaniem, czy coś? - Jasne, łatwo było mu o tym mówić, póki co nie wiedziała, czy chciałaby mu powiedzieć o tym, jak bardzo nie mylił się w swoim osądzie, bo jej umarły narzeczony wpasowywał się dość mocno w ten jego schemat. Gdyby się nad tym zastanowić to praktycznie zupełnie od niego nie odbiegał, potrafił ją rozgryźć, faktycznie ją znał, nie spodziewała się, że jest, aż taka przewidywalna. Skrzywiła się nawet nieco, kiedy skończył ten opis. - Szkoda tylko, że to wszystko to bulshit. - Jasne, na pewno wyglądała na taką, która przejmuje się pewnymi konwenansami, jednak, nie była, aż tak bardzo powalona. - Zresztą w pewnym wieku już bierzesz po prostu, co się nawinie, nie masz szansy wybrzydzać, wiesz, jak jest. - Nie, żeby szczególnie jej zależało na tym, aby znaleźć sobie kogoś na siłę. Już raz poniekąd to zrobiła, próbowała ułożyć sobie życie, bo tak wypadało, bo otoczenie tego od niej wymagało. Jak to się skończyło? Nie do końca kolorowo, więc póki co wolała się jednak nie angażować w żadne, dziwne relacje, tym bardziej z wymarzonymi (nie do końca przez nią) kawalerami. - Swoją drogą naprawdę myślałbyś, że chciałabym goldena? One są trochę za bardzo intensywne w interakcjach... Bardzo słaby strzał. - Nie potrzebowała wiecznej uwagi, zdecydowanie to nie było w jej stylu, w tym się nieco pomylił i właśnie postanowiła mu to wytknąć, skoro nadarzyła się taka możliwość. Prychnęła w głos słysząc jego kolejny komentarz i nie mogła stłumić śmiechu, był tak kurewsko pewny siebie, to zdecydowanie się nie zmieniło. - Dobrze, że jest ciemno, bo inaczej byłabym onieśmielona Twoim blaskiem i nie mogłabym wydusić z siebie słowa, tak to przynajmniej jestem w stanie zebrać myśli. - Skromność nie była jego domeną, właściwie to dobrze było wiedzieć, że nie zgubił podczas tego, co go spotkało całego siebie. Wydawało jej się bowiem, że przeżył sporo gówna podczas tych ostatnich piętnastu lat, a jednak nadal poniekąd potrafiła odnaleźć w jego zachowaniu widmo tamtego chłopaka, za którym nie przepadała, chociaż dużo bardziej doceniała jego towarzystwo w tym wydaniu. - Spodziewam się tego, na pewno nikt nie posiada tak wielu zalet jak Ty. - To też już przerabiali, był przecież tak bardzo cool, że mało kto mógł mu dorównać. - Nie da się ukryć, że to wystarcza, nawet się tego nie spodziewałam. - Rozmowa była naprawdę lekka, nigdy w życiu nie założyłaby, że może jej się z kimś jego pokroju rozmawiać tak niezobowiązująco. Zupełnie ignorowała swoje długoletnie, nie do końca mające aktualnie sens odczucia. Chyba faktycznie źle go oceniła, może nie był już wcześniej takim dupkiem za jakiego go miała. Zresztą bez sensu było ciągle wracać do przeszłości, to nie miało sensu, kiedy spotkali się tutaj tyle lat później. - Wiesz jak to jest, lepiej późno, niż wcale, czy coś. - Mogłaby w końcu tkwić w świadomości, że był naprawdę paskudnym człowiekiem, a tak, całkiem łatwo przyszła jej zmiana zdania, no przynajmniej na tę chwilę, nie myślała do końca jasno, bo wlała w siebie już dosyć sporo alkoholu, tylko, czy faktycznie tylko i on był przyczyną zmiany jej podejścia? Nie wydawało jej się, nie była, aż tak nawalona, żeby dała sobie nawijać makaron na uszy. Nie dało się ukryć, że po prostu łatwo jej się z nim rozmawiało, w końcu też zrzuciła tę swoją zbroję, którą kiedyś otaczała się w jego towarzystwie, już jej nie potrzebowała. Nie musiała grać, mogła na spokojnie wyjąć kij z tyłka i zachowywać się normalnie. - Zresztą stracony czas, da się nadrobić. - W końcu piętnaście lat to było tyle co nic, dodając do siebie czas edukacji z Hogwarcie... cóż, stracili go naprawdę sporo, ale czasem trzeba było wielu lat, aby zmienić swoje poglądy. Najwyraźniej w ich wypadku potrzebowali ich naprawdę dużo. - Niemożliwe, że jest kilka wyjść, a ja nie byłam w stanie znaleźć jednego, naprawdę jestem fatalna w te klocki. - Nie zamierzała ukrywać przed nim tego, że nim znalazła się w tej części piwnicy nie próbowała się stąd wydostać na własną rękę, chociaż czuła, że się tego domyślił. Otaczała ją bardzo specyficzna aura, gdy się tutaj znalazła, aczkolwiek już dawno się jej pozbyła. Aktualnie humor jej dopisywał, nie przestawała się uśmiechać, zrobiło się naprawdę lekko i miło, mimo tego, że znajdowali się w ciemnej i zimnej piwnicy. Nie było to szczególnie atrakcyjne miejsce na podobne pogawędki, ale nie wydawało się jej to przeszkadzać. Wystarczyło chyba tylko odpowiednie towarzystwo i alkohol, aby zmieniła swoje nastawienie, co do sytuacji, w której się znalazła. - Tak, nie widzę innej możliwości, zaufanie w tej chwili to podstawa. - Zabawne, że o nim mówili, bo kiedyś nigdy w życiu nie stwierdziłaby, że będzie w stanie go nim obdarzyć, a teraz przychodziło jej to zupełnie naturalnie. Zresztą miała ku temu podstawy i o nich nie zapominała, wiele się zmieniło w przeciągu kilku ostatnich dni. - Nie jest to najbardziej ukryta z moich specjalności, bo przecież Ci ją pokazałam. - Gdyby faktycznie była taka ukryta, to chyba nie demonstrowałaby jej przy pierwszym, lepszym, czy tam ostatnim lepszym spotkaniu. Może powinno być jej głupio za to, że zachowała się dość spontanicznie, ale chyba nie widać było po kobiecie, aby jakoś specjalnie się teraz peszyła. Nie miała problemu, aby rozmawiać o tym, co się między nimi wydarzyło. - Mam wiele twarzy, tego też nie da się ukryć, ale wcale nie jestem taka cicha, wszystko zależy od tego z kim mam do czynienia, zresztą jak sam zauważyłeś miałeś szansę to zobaczyć, bo się przecież przyjaźnimy, a moja przyjaźń niesie ze sobą dodatkowe profity, przynajmniej czasami. - Nie zamierzała po raz kolejny odpowiadać mu zupełnie wprost na zadane pytania. Skoro był tego taki ciekawy... mógł się nieco bardziej postarać nad zdobyciem konkretnych odpowiedzi. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 24.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/69a5a487875ed6dfeea8492856a19ae5/6b34cafeceb95a16-1b/s500x750/f620a4139a5d6050042bf5571f2c4a2739fe0c46.pnj[/inny avek] W tym momencie, mimo wszystko - nawet jeśli Prudence mnie nie widziała, zrobiłem minę - taką lekko uszczypliwą, bardzo wymowną. Mimowolnie chciałem zasugerować, że wszystko jest pod moją kontrolą, znam ją i wiem, czego się po niej spodziewać, chociaż tak naprawdę czułem, jak wewnątrz coś się we mnie rozluźnia, i chwyta mnie nostalgia tamtych dni. Tak, tak, dokładnie - nostalgia. Życie było wtedy jednocześnie gorsze i mniej skomplikowane. Kiedyś, jako dzieciak, nie zwracałem aż takiej uwagi na pozycje społeczne, na to, kto jest kim, tylko na to, czy ktoś jest fajny, czy nie, czy można z nim pogadać. Jasne - zadzierałem nosa ze względu na moje pochodzenie, uważałem się za lepszego, powielałem bardzo dużo schematów, ale w głębi duszy to mnie nigdy aż tak nie obchodziło. Nikt nie mógł mnie osądzać, bo ja sam wiedziałem, że to tylko chwilowa gra - jako dorosły zamierzałem jebać te wszystkie ograniczenia i zamierzchłe zasady... W pewnym sensie mi się to udało, ale koszt był większy, niż przewidywałem. Z czasem, z każdym kolejnym dniem, wyrastałem ponad tę dziecięcą naiwność, kiedy to nie zwracałem uwagi na nic, poza tym, na co chciałem patrzeć. Teraz, jako dorosły, rozumiałem już trafność przekonania, że wszystko ma swoją hierarchię - w tej grze nie chodzi tylko o to, kto jest silniejszy czy sprytniejszy, ale o to, kto ma władzę, a kto musi się jej podporządkować. To była różnica. Zrozumiałem strukturę, hierarchię, te wszystkie niuanse i układy, które rządziły tym światem. Wbrew pozorom - czystość krwi przestała mieć w tym główne znaczenie, które nam wmawiano, nadal była ważna, ale nie najważniejsza. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem, że to tylko próba, żeby mnie zagiąć, a ja lubiłem jej niektóre z tych prób. - Mosze splóbujes jescze las, tym lasem s zamkniętymi oszami? - Zasugerowałem, będąc jej pomocą. Próbowała mnie uciszyć, chociaż wiedziałem, że sama nie wierzyła, że to coś da. - No weś, Pludy, chyba nie myszlisz, sze moszesz mi loskasywaś... Nie tak łatwo mnie ucisyć, wies? Co zlobisz, odbieszesz mi punkty? - Powiedziałem z przekąsem, podkreślając, że jej próby są raczej bezskuteczne. - Pszesiesz wies, sze nie umiem się powstszymaś, kiedy ktoś plóbuje mnie pouczaś... - Celowo przerwałem, przeciągając się lekko, rozbawiony jej wysiłkiem. Czułem, jak to ją irytuje, a ja tymczasem przecież tylko się uśmiechałem pod nosem i nie robiłem nic złego - to był dialog, była to dyskusja, nie monolog, szczególnie że każde z nas miało swoje zdanie - mieliśmy każde własną perspektywę na tamte wydarzenia. - Posa tym ja się stalam, tylko chyba mi nie wychosi, bo ty cały czas plóbujesz mnie wyłączyś, jakbym był telewisolem. A to tak nie działa... To losmowa, wies? - Upewniłem się, że mamy tą samą definicję. - Losmowa, nie monolog, mon amie, polega na tym, sze dwie stlony mówią po kolei, dająs sobie pszestszeń, i dzięki temu ta jedna mosze nie zgodziś szię s pomówieniami na szwój temat. - Przyglądałem się - co było przesadą, bo mało co widziałem - jej z lekkim uśmiechem, chociaż w głębi wiedziałem, że zachowuję się jak dzieciak, ale przecież w tym wszystkim to było dość przyjacielskie i nieszkodliwe - tym razem to nie była chamska uszczypliwość i dopiekanie, naprawdę jej słuchałem. - No dobla, dobla, jusz szię zamknąłem. Widzis? Jesztem cisej, milknę. Nie chcę ci pszuć tej twojej twólszej wisualisasji, bo wisę... Tak właściwie, chuja wisę. - Znowu się uśmiechnąłem, tym razem bardziej z przekory, patrząc na nią z wyzywającym błyskiem w oczach - ona też chuja widziała, może nawet byłaby skora powiedzieć, że podwójnie, ale mi to nie przeszkadzało. Mimo wszystko, ta sytuacja była dla mnie zabawna, nawet jeśli ona wydawała się poważna i trochę rozczarowana przez tą nagłą zmianę podejścia. Sama sobie na to jednak zasłużyła - mogła nie rzucać takich komentarzy - zdecydowanie się zapędzała, ale z drugiej strony, ileż można... - No ok, doseniam stalania, nawet jeszli ci nie wyszło. Moszesz usnaś, sze trafiłaś na opolny pszypadek, jeszli chcesz... - Słowa wypłynęły bez zastanowienia - trochę rozbawione, trochę podpuszczające, jakbyśmy już dawno przeszli przez granicę, za którą zaczyna się jakaś inna rozmowa, bardziej osobista, bardziej szczera. - „Większość tobie podobnych...” - Powiedziałem, powtarzając powoli, z lekkim ironicznym uśmieszkiem na twarzy, jakby to były właśnie te słowa, na które tyle czekałem - właśnie je wypowiedziała, jakże uroczo. Obróciłem się nieco w jej stronę, a potem z wyraźną, teatralną pauzą dodałem, patrząc na nią z tym swoim lekko cynicznym spojrzeniem, którego pewnie i tak nie mogła dostrzec - ja nie widziałem jej miny, a chciałbym. - Wies, co to jeszt? - Spytałem niespiesznie, jakby smakując słowa, które wybrzmiewały z cichym, nieco zniekształconym pogłosem piwnicznych ścian. Odstawiłem butelkę obok nogi, by unieść obie ręce, i wycelowałem palcami - wskazującym i środkowym - w jej kierunku, jakby to były dwa pistolety. - To klasism. - Pif, paf... Albo jakby to niektórzy stwierdzili - „wasted”... - Pludence, nie wiem, czy masz dlugie imię, Bletchley... Jeszteś obszydliwą klaszistką... - Dodałem z przekąsem, patrząc na nią z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie - chociaż w tym półmroku i tak było trudno powiedzieć, co się dzieje w głowie drugiej osoby. To było dziwne wrażenie, może trochę spowodowane klimatem i alkoholem, ale odnosiłem wrażenie, że ostatnie resztki szkolnej aury między nami zaczynały się zupełnie rozluźniać, jakby Prudence w końcu przestała się tak kurczowo trzymać tego, co było, a ja sam poczułem, jak zupełnie odpuszczam, bo w końcu to wszystko nie było już takie poważne - nie od wielu lat. - Znowu mnie oceniasz, zupełnie mnie nie znająs... - Upomniałem, chociaż tylko po to, by zaraz wzruszyć ramionami - patrzyłem na nią, starając się ukryć uśmiech, który mimo wszystko prześlizgnął się na moje usta. - Szczeloś, nie...? Ta... - Sam sobie odpowiedziałem. - Zaleszałoby od momentu, lysyko było fifty-fifty, po połowie, nie powiem ci, sze bym cię nigdy nie wyśmiał... - Wzruszyłem ramionami - taka prawda, to wszystko zależało od dnia, godziny, koniunkcji Księżyca z Saturnem i tak dalej - tego, czy byłbym wtedy z chłopakami, czy sam... Czy miałbym dobry humor, czy nie. Czy byłoby to po wakacjach, czy przed wakacjami, a może w środku roku. Na samym początku, albo na końcu, gdy już odpuszczałem - było wiele zmiennych, a to było już tylko spekulowanie, nic ważnego, zamknęliśmy ten etap, całe szczęście, i zajęliśmy się każde swoimi sprawami, chociaż podzielenie się perspektywą na tamte sytuacje było, jak oddech świeżego powietrza. Nareszcie zaczęliśmy rozmawiać jak ludzie - tym razem już wiedząc, kto siedzi obok. - Bullshit, tak, tak, jasne. A posa tym, tak, s tymi umiejętnosiami powinienem załoszyś agensję matlymonialną, najlepiej z Pottelem... - Parsknąłem cicho, z rozbawienia, chociaż w głębi czułem, że to bardziej rozbawienie z siebie samego. Znalazł się ekspert związkowy, który nigdy nie był w udanym związku, specjalista od trafnego wyboru partnera życiowego - tak, tak, z pewnością. Chociaż, tak po prawdzie, nie było tak, że nigdy nie czułem się szczęśliwie zakochany. Nie, wręcz przeciwnie - całe doświadczenie z zawarciem kontrowersyjnego związku w młodym wieku było jak wyłom w mojej dotychczasowej powłoce, jakby oddech, którego tak długo nie zdawałem sobie sprawy, że potrzebuję. To był moment, który wywołał we mnie coś, co trudno nazwać, ale na pewno było prawdziwe. Na kilka chwil byłem wolny od iluzji, od maski, którą zakładałem codziennie na zewnątrz. To była ta chwila, którą zapamiętam na zawsze, choćby dlatego, że w tym ukryciu, w jakim braliśmy ślub, a potem opuściliśmy kraj, pełni nadziei, że znajdziemy swoje miejsce, poczułem się naprawdę sobą. Nie wydawało mi się - nie, nic z tych rzeczy. Przez pewien czas naprawdę nim byłem - tym wolnym, zakochanym człowiekiem, pozbawionym ograniczeń, nawet w obliczu wyzwań i ciężarów. Po prostu - ta chwila, ta jedna, jedyna, była jak niespodziewany promień słońca, który wkrada się do ciemnej piwnicy. Wprowadził światło i ciepło do tego naszego układu, wtedy szumnie zwanego „miłość”, który z czasem stał się coraz bardziej złożony - coraz bardziej powiązany z różnicami w wychowaniu i podejściu. Miałem w głowie te wspomnienia, ale nie chciałem się zbytnio nad nimi rozwodzić. Pokręciłem głową na tyle wyraźnie, że pewnie to widziała, mimo że światło było ledwo widoczne, i prychnąłem pod nosem, jakby sama myśl o tym, co ona mówiła, była dla mnie bardzo absurdalna. - Nie, Pludence, nie wiem, jak jeszt. - Odparłem, unosząc lekko brwi, z taką nonszalancką pewnością, jakbym mówił o czymś zupełnie nieważnym - mimo wszystko, było coś satysfakcjonującego w tym, że się od tego odciąłem. - Nie, wies, ja nie wybszysam, po plostu nie czuję potszeby, szeby to splawdzaś. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś naturalnego, choć w głębi wiedziałem, że to tylko kolejny wybór, który zrobiłem, bo nie widziałem innego wyjścia. Zamknąłem oczy na chwilę, licząc w głowie, ile to już lat... I, kurwa, to było mniej więcej jedenaście lat, odkąd zrezygnowałem z tej przyjemności, z tej jednej rzeczy, która kiedyś wydawała się najważniejsza. Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia jeden z kawałkiem, a potem… no, już nie. Dwudzieste drugie urodziny spędziłem już sam. Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z lekkim uśmiechem, bo ta historia była długa, i tak nie miała sensu przy tym, co działo się tu i teraz. Milczałem przez moment, aż w końcu odezwałem się ponownie, tonem, który miał brzmieć lekko, chociaż czaiła się w nim jakaś nutka powagi. - Wies, szyję w takim tlybie, sze stałe zwiąski to dla mnie po plostu nawet nie tyle nielealny luksus, co kłopot. - Powiedziałem w końcu, otwierając oczy i patrząc gdzieś w ścianę, nie kryjąc trochę nonszalanckiego, odrobinę cierpkiego tonu, jakbym odrzucał coś, co nie jest warte mojego wysiłku. - Takie lealia, wies. - Rzuciłem jeszcze jeden, luźny komentarz, wyśmiewając się trochę z siebie, bo to przecież w naszej branży, w tym zawodzie, nigdy nie było wpisane to, co można nazwać stabilnym fundamentem dla relacji. - Jeszli nie chces dusiś szię, lobiąs małe, powtaszalne zlesenia w glanisach klaju, to cały czas miota tobą s miejsa na miejse, w tym zawosie tak jusz jeszt. Szą osoby, któle stanowią wyjątek, ale to zazwyszaj te losiny s dziada, pladziada, usztawione gwiastki, pokloju tej nepo sekutnicy na gósze, co wszeniają szię w siebie od pokoleń i mają szwoje układy. Zaswyszaj pielwsi chwytają lepsze, lokalne fuchy. - Kiwnąłem, rozglądając się w półmroku. Bourbon w butelce niemal się kończył, więc zaraz musiałem się podnieść, sięgnąć po kolejną flaszkę, ale jeszcze korzystałem z tej chwili siedzenia na podłodze. Zamilkłem na chwilę, sięgnąwszy po butelkę, którą trzymałem przy nodze, unosząc ją, żeby napić się odrobiny tego wyszukanego alkoholu. Przez chwilę milczałem, spokojnie łykając alkohol, a potem, z wyczuciem, kontynuowałem, bo w tym temacie zdecydowanie miałem coś do powiedzenia. - A lesta? Dzieli szię tym, co zosztaje. No, i odsetek zgonów i urasów w branszy na dłuszszą metę laszej nie wpływałby posytywnie na molale w zwiąsku. To chyba nie jeszt najlepsa basa pod coś powaszniejsego. - Powiedziałem z nutą nonszalancji, bo przecież wiadomo, że w tym fachu ryzyko jest już wpisane w umowę na okres próbny, który tak naprawdę nigdy się nie kończy... Właściwie to nawet czułem pewną dumę z obranej ścieżki kariery, nawet z tymi mankamentami, bo wiedziałem, że to, co się stało, było tylko wyrazem tego, jak bardzo się od tego wszystkiego odciąłem - wyzwoliłem się od tych wszystkich społecznych oczekiwań, które mnie ograniczały. Zaśmiałem się cicho, tak jakby rozbawiony własnym podsumowaniem, a potem dodałem luźno, ale z przekąsem: - No, ale co tam, nie? Szycie to nie film, jusz to ustaliliśmy, nie jesztem w stanie powiesieś, szeby mi to jakoś baldzo pszeskasało. Natomiast laszej nie pytaj mnie o opinię w zaklesie zwiąsku s Panem niekoniesznie-Idealnym-w-tym-wieku-nie-ma-co-wybszycaś, jak szię jakiś pojawi, bo kaszda odpowieś bęsie bszmieć jednakowo. - Wypaliłem to z lekkim śmiechem, jakby to miało rozładować atmosferę jeszcze bardziej. „Rzuć go” - o tak, najprostsze rozwiązanie wszystkich nużących problemów, zwłaszcza dla kogoś pokoju Prudence Bletchley, która - umówmy się, bardzo proszę - wcale nie musiała mierzyć w cokolwiek i jakkolwiek. To była przesada, niepotrzebnie zaniżone standardy, i tak dalej... - Nie, chyba szeszywiście nie. - Przyznałem, pochylając się ku niej w półmroku, żeby ocenić ją spojrzeniem, i choćbym naprawdę mało co widział - kiwnąłem głową. - Nie jeszteś typem psialy. - Stwierdziłem, skupiając uwagę na tym, żeby zabrzmieć naprawdę ekspercko - no, bo przecież musiałem zachować standardy, zbudować sobie podstawy do tej zmiany ścieżki kariery, o czym rozmawialiśmy. Ja i Potter - dwóch starych kawalerów o mocnych, wyrazistych przekonaniach i ciętych ozorach do wydawania opinii na temat wszystkiego dookoła - co może pójść źle? A, przy tym przecież obaj byliśmy tacy skromni i wyważeni. Reakcja kobiety tylko utwierdziła mnie w przekonaniu. W zamian prychnąłem - darowałem sobie komentarz, zamiast tego zniżając się do przypomnienia: - Mieliszmy nie kłamaś... - Skomentowałem - szach, mat, Prudence - wobec tego, będąc świadomym, że musiałem odnieść się do jeszcze tej drugiej nieprawdy. - Nadlobienie sztlasonego czasu na odległoś mosze byś tludne. - Przypomniałem jej o tym, co już powiedziałem - nic się nie zmieniło w tym zakresie i nadal zamierzałem jak najszybciej stąd wyjechać, nic mnie tu nie trzymało, nawet ta nasza nieoczekiwana przyjaźń, chęci nadrobienia straconego czasu, nic z tych. Kilka dni i mnie tu nie będzie - zabiorę się tak ukradkowo, jak się pojawiłem. Odnosząc się do naszej rozmowy, mógłbym powiedzieć, że ulotnię się tylnym wyjściem i tyle mnie widziano. - To chata pszystosowana nie tylko do moczenia tyłka w jesiosze, wies... - Stwierdziłem w taki sposób, by zbudować trochę zainteresowania, odrobinę zaangażowania, ciutkę zaciekawienia, jednak nie dodając nic więcej, dopóki nie usłyszę konkretnego pytania - podawanie jej wszystkiego na tacy byłoby nudne dla nas obojga. A my już doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy nudziarzami, co nie? - Wies, myślałem, sze jesztem wyjątkowy, bo nie całujes kaszdego pszyjasiela, więs tszymasz ten talent w seklesie. A ty wsystko mi zniszczyłaś. - Przerwałem na moment, by sięgnąć po pustą butelkę i osunąć ją od siebie, prostując drugą nogę. To było takie absurdalne, że w tym momencie, mimo wszystko, musiałem się z tego zaśmiać - to był naprawdę dobry pocałunek, tak na marginesie. Ten, którego się nie spodziewałem w tamtej chwili, gdy nagle nasze drogi się skrzyżowały i wszystko potoczyło się tak szybko. Nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, bo wiedziałem, że i tak to wszystko było tylko chwilowe - nic z tego nie wyniknie. Nigdy nie było między nami nic więcej, a to, co się zdarzyło, było tylko jednym z tych momentów, które się zdarzają, kiedy ludzie, którzy mają za sobą naprawdę długą i ciężką przeprawę dosłownie przez piekło, nagle się rozluźniają, zapominając o hierarchii, społecznych maskach i oczekiwaniach. Nie, nie żałowałem tego pocałunku. - Tak, fakt, bywas zaszkakująsa. - Przyznałem - potem, z lekkim westchnieniem, przesunąłem się od ściany. Wstałem z zamiarem sięgnięcia po butelkę z jakimś mocnym alkoholem, którą mógłbym trzymać pod ręką, prawie jak trofeum. Przeszedłem kilka kroków, usiłując zlokalizować coś dobrego - tym razem z półki, którą ledwo dostrzegałem w półmroku, bo nie zabrałem ze sobą lampy. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chciałem ją wyciągnąć, ale zanim jednak złapałem tą jedyną słuszną i upragnioną z flaszek, spojrzałem na Prudence i zapytałem, wciąż z tym samym nonszalanckim tonem: - No dobla, Plue, co s tym alkoholem? Co mam ci podaś? Wino? Cydl? A mosze coś mosniejszego? Whisky? Shely? - Zapytałem, unosząc brwi, czekając na jej odpowiedź, a jednocześnie próbując zyskać chwilę na przemyślenie tego, co dalej. Byłem ciekaw, czy chce się napić, czy może jednak kapituluje. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 24.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/aad854ac17c2fc7cf148412242196000/0f5e95f39c658971-83/s250x400/1884f2e6a6818f4810d58741b5c0f4c81571de5a.pnj[/inny avek] Nie mogłaby zaprzeczyć, że ją znał, chociaż, czy tak do końca. Pokazała mu pewną stronę swojej osoby, tą, którą chciała, aby kiedyś poznał. Wiedział jaka była, kiedy stawała się najgorsza, nie było to jednak wszystko, co miała do zaoferowania. Pewnie powoli zacznie dostrzegać również te nieco inne oblicza panny Bletchley, zresztą już miał szansę to robić. Gdy potraktowała go jako nieznanego wyszła poza schematy swoich dawnych zachowań przy jego osobie, była zdecydowanie bardziej przystępna, chyba wolała się dokładnie tego trzymać. Nie byli już bowiem dzieciakami zapatrzonymi każde w swoje racje, nie usiłowała podążać na siłę za jakimiś przekonaniami, które nigdy nie miały sensu. To było już za nią. Doświadczenie życiowe robiło swoje, przez mijające lata zauważyła, co faktycznie ma jakieś znaczenie. - Sugerujesz, że Ci się otworzą oczy, gdy moje się zamkną? - Naprawdę chciała postępować nieco bardziej humanitarnie niż kiedyś, ale czasem tak trudno było jej przekazać mu, co miała na myśli. Zdecydowanie nie chciał jej zrozumieć, no przynajmniej na początku robił wszystko, by nie dać Prue dojść do słowa. Pokręciła jedynie głową, powinna wiedzieć, że nie miała łatwego orzechu do zgryzienia, znała te schematy jego zachowań. Nie należał do osób, które pozwalały na to, aby ktoś mógł wygłosić swoje zdanie, wręcz przeciwnie, co chwile musiał dorzucić coś od siebie, co tylko wybijało ją z rytmu, jak tak dalej pójdzie zupełnie zgubi sens tego, co miała zamiar powiedzieć. - Nie chcę Ci rozkazywać, chciałabym, żebyś dał mi po prostu szansę wyjaśnić o co mi chodzi, ale powinnam założyć, że to nie będzie takie proste, zawsze lubiłeś wtrącać coś od siebie. - Nie mogła zwrócić uwagi na to, że tak już miał. Znała go przecież. - Zamknę Ci paszczę, jeśli będę musiała. - Nie mogła przecież odebrać mu punktów, za to w tym przypadku mogła skorzystać z zupełnie innych metod, niż w Hogwarcie. Nikt przecież nie osądzałby jej za ich użycie. Jasne, był taki straszny i powinna się go bać, jednak nie przeszkadzało jej to, w tej drobnej groźbie. Czy zdążyłaby chociażby wyciągnąć różdżkę? Pewnie nie, nie zmieniało to jednak faktu, że mogła wyciągnąć ten argument. - Nie umiem się powstrzymać... co to w ogóle za argument? Czasem mógłbyś pokazać, że jednak masz wpływ na swoje zachowanie, czy coś. - Nie miała najmniejszego oporu przed tym, aby go pouczać, skoro już stwierdzili, że mogą być w stosunku do siebie szczerzy, to nie zamierzała się hamować, bo dlaczego miałaby to robić? - Wcale nie próbuję Cię wyłączyć, tylko nie dajesz mi do końca dojść do słowa, ciągle paplasz, i paplasz, za każdym razem musisz dodawać coś od siebie. Nie mogę przez to skończyć, właściwie to nawet zacząć. - Oczywiście, że nie miała nic przeciwko dialogowi, na pewno bardzo chętnie przeprowadziłaby z nim całą rozmowę, ale cholera jasna, nie dało się! - Bardzo dobrze znam definicję rozmowy, nie mówi mi, że zapomniałeś o tym, że mój mózg zapamiętuje wszystko, na pewno kiedyś natrafiłam i na to. - Miała ochotę pokazać mu język, każde z nich próbowało mieć ostatnie słowo, jednak druga strona nie zamierzała odpuścić, ta konwersacja mogłaby trwać wieczność w ich przypadku. - Wciąż się nie przymknąłeś, bo dalej coś tam burczysz pod nosem. - Westchnęła ciężko, bo naprawdę był niereformowalny, chociaż jakoś udało jej się wreszcie powiedzieć wszystko, co chciała. Dokonała tej jakże wspaniałej wizualizacji, która okazała się być klęską. Cóż, oczywiście, że mogła to przewidzieć, prawda? Prychnęła dość głośno, gdy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. - Nie lubię się poddawać, ale chyba faktycznie inaczej się nie da. - Nie mogło być inaczej, Benjy okazał się być najtrudniejszym z możliwych przypadków, nie chciał w ogóle zrozumieć jej punktu widzenia. Musiała to zaakceptować, zresztą nie było teraz sensu się na tym skupiać, to była przeszłość, i tak dosyć sporo sobie wyjaśnili, więc nie było najgorzej. Jak na to, jak zachowywali się w stosunku do siebie w czasie nauki w Hogwarcie ta rozmowa szła zaskakująco lekko. Po raz kolejny łapał ją za słówka, sama wsadzała mu w usta argumenty, niedobrze, powinna nieco inaczej ubierać swoje myśli, jednak to wcale nie było takie proste, jakby się mogło wydawać. Spoglądała na niego z ciekawością, kiedy usłyszała butelkę, która znalazła się na ziemi. Nie miała pojęcia, co zamierzał zrobić, nigdy nie było wiadomo, czego właściwie można się po nim spodziewać, ale aktualnie jej to nie irytowało, wręcz przeciwnie wzbudzało jej ciekawość i chęć dalszej interakcji. Dostrzegła te uniesione ręce, nie mogła nie wybuchnąć śmiechem na tę reakcję. - Dobra, jestem obrzydliwą klasistką, nie wyprę się tego, masz mnie. - Jakże miałaby walczyć z jego argumentami? Przyłapał ją, nic nie mogła z tym zrobić, jak tylko i wyłącznie wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje słowa. - Madison - drugie imię, skoro mamy się przyjaźnić, musisz to wiedzieć. - Wtedy też bardziej efektownie będzie mógł ją pouczać, kiedy po raz kolejny nadarzy się ku temu okazja. - Nie oceniam Cię, po prostu próbuję przewidzieć to, jak mógłbyś się zachować i to się samo nasuwa. - Kto by się spodziewał, że będzie miał takiego pierdolca na tym punkcie, oczywiście, że mogła to ująć inaczej, musiała się nieco bardziej skupić na tym, żeby nie podsuwać mu tych nieszczęsnych argumentów. Tyle, że aktualnie wcale nie tak łatwo było jej się skupić, zmęczenie i alkohol robiły swoje, język jej się rozplątywał, przestała też jakoś przejmować się tym, co miała do powiedzenia. Granice się zacierały, zresztą nie wydawało jej się, aby musiała się jakoś szczególnie przejmować. Nie wydawał się być do niej negatywnie nastawiony. - Wystarczyło więc, że trafiłabym na gorszy dzień i pokazałbyś mi gdzie jest moje miejsce, nieźle. - Przynajmniej był z nią szczery, prawda? To zawsze coś. - Może dobrze, że tego nie zrobiłam. - Teraz mogła jedynie o tym gdybać, jednak naprawdę wolałaby nie trafić na nieodpowiedni moment i bez tego raczej średnio wspominała swoją edukację. - Idealnie się do tego nadajecie, nie wątpię, że ustawiałyby się do Was kolejki, może to czas, żeby się przebranżowić? - Mrugnęła do niego, ale pewnie tego nie zauważył w tej ciemności. Z tego co wiedziała Potter również był starym kawalerem, który mógłby mieć sporo do opowiedzenia, z drugiej strony Benjy przecież wspomniał jej o tym, że był rozwodnikiem, więc na pewno miał jakieś tam doświadczenie w związkach. Kto wie, może zostaliby cenieni na rynku matrymonialnym... jako prawdziwi fachowcy. - Nie wiesz, bo nie jesteś starą panną, zresztą nikt Cię nie ocenia, więc właściwie masz prawo tego nie wiedzieć. - Typy zdecydowanie miały łatwiej pod tym względem, nie musieli wysłuchiwać komentarzy na temat upływającej młodości, spełnienia pewnych oczekiwań. Ona akurat miała trochę szczęścia, bo kiedy Liam umarł dali jej nieco odetchnąć, aktualnie za bardzo nie musiała się tym już przejmować, ale wiedziała, że ta sielanka nie będzie trwała wiecznie. Kiedyś pewnie znowu zaczną na nią naciskać, na samą myśl o tym przeszedł jej po plecach zimny dreszcz. - Rozumiem, każdy ma inne potrzeby, to jasne. - Nie zamierzała tego negować, zresztą nie wyglądał jej na kogoś, kto faktycznie miałby potrzebę pakować się w jakieś dziwne relacje. Rozumiała to faktycznie, bo i ona póki co nie wykazywała jakiegoś szczególnego zainteresowania poszukiwania swojej nowej, drugiej połówki. Nie widziała aktualnie sensu, aby to robić, dobrze jej było samej, w swoim cool mieszkanku, ze swoim szczurem. - Spodziewam się, że to może być kłopot dla kogoś, kto zajmuje się tym, co Ty, pewnie trudno jest się tłumaczyć z życia w ciągłej drodze, ale mimo wszystko, czy czasem nie brakuje Ci domu? - Może nie powinna o to pytać, ale była tego ciekawa. Zdawała sobie sprawę z tego, że domem mogło być wiele rzeczy, czasem jeden człowiek, czasem ich grupa, czasem miejsce. Była ciekawa, jak to u niego wyglądało. Nigdy bowiem nie miała szansy zakosztować takiego życia, było przeciwne do tego, które sama wiodła. Różnili się pod tym względem okropnie. - Chyba dobrze jest mieć do czego wracać? - Mógł usłyszeć wahanie w jej głosie, bo znowu po prostu głośno myślała, zastanawiała się, nie chciała go w żaden sposób oceniać, bo przecież nie wynikało z tego nic dobrego. - Układy rządzą światem, ale zawsze można je zmienić, wiesz, możesz zawsze udowodnić innym, że chuja się znają i że jesteś najlepszy, bo przecież jesteś najlepszym klątwołamaczem, ja już to wiem, inni też mogliby się o tym dowiedzieć. - Przerabiali to już podczas jednej z innych rozmów. Nie próbowała oczywiście sugerować mu, że jego rozwiązanie nie było dobre. Na pewno przez lata przyzwyczaił się już do takiego trybu życia, więc też ciężko byłoby mu się przestawić, po prostu próbowała zauważyć, że są inne opcje. - Rozumiem jednak, że chcesz czegoś więcej, na pewno potrzebujesz, aby ciągle coś się działo, to ma sens. - Zdawała sobie wbrew pozorom sprawę, że naprawdę trudno mogło by mu się przebić na lokalnym runku, który przecież rządził się swoimi prawami od dawien dawna. Wiedziała, jak wyglądał świat, może nawet zabrakło w niej nieco realizmu, gdy próbowała mu zasugerować, że zawsze jest jakieś wyjście. - Aktualnie nikt nie zna dnia, ani godziny, bo tutaj też nie jest bezpiecznie. - Śmierć właściwie od jakiegoś czasu czaiła się za rogiem i mogła nadejść w każdym momencie, może nie było to szczególnie pozytywne nastawienie, ale Prue nie była optymistką jeśli o to chodzi, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się kilka dni temu. Wiele osób straciło życia przez pożary, które pochłonęły Londyn. Docierało do niej, że każdy mógł odejść z tego świata zupełnie niespodziewanie, zresztą czy wcześniej też tak nie było? Tak naprawdę nigdy nie można było przewidzieć tego, co szykował dla nas los. - Jasne, nie zamierzam Cię pytać, bo to i tak nie jest aktualnie moim zmartwieniem, szybko się pewnie też nie stanie, póki co mam spokój. - Bletchley nie wydawała się być zupełnie zainteresowana poszukiwaniem ewentualnego kandydata na faceta, nie miała do tego ani czasu, ani głowy. Nigdy zresztą nie należała do osób, które potrzebowały do szczęścia kogoś u swojego boku, potrafiła żyć sama. Spoglądała na mężczyznę uważnie, gdy przyglądał się jej swoim eksperckim okiem. Cóż, nie trafił, ale mogła mu wybaczyć tę drobną pomyłkę, prawda? - Musisz nieco bardziej się podszkolić, pewnie wraz z nabytym doświadczeniem łatwiej Ci to będzie przychodzić. - Śmiało zakładała, że była jego pierwszą klientką w tej nowej branży, którą miał zamiar zacząć się zajmować. - Fakt, jakże mogłabym zapomnieć, zwijasz się niedługo z tego kurwidołku. - Wcale mu się nie dziwiła. Wielka Brytania aktualnie nie była najlepszym wyborem, jeśli chodziło o miejsce do życia. Cóż, jakoś będą musieli sobie poradzić bez tego nadrabiania straconego czasu, zresztą miała wrażenie, że póki co wytłumaczenie dawnych niesnasek szło im całkiem nieźle, więc może wcale nie potrzebowali więcej do szczęścia. Zrobiło się jej jakoś tak lżej, kiedy sobie to wyjaśnili, może nadal gdzieś głęboko siedziały jej te niedopowiedzenia? Nie zastanawiała się nad tym, bo raczej starała się nie wracać do tych nieprzyjemnych tematów. - Nie? Myślałam, że do tego służą wakacyjne chaty, chociaż swoją drogą, nie przypomina to chaty, wcale, a wcale, więc można się było tego spodziewać. - Dalej nie mogła uwierzyć w to, że Corio naprawdę nazywał to miejsce wakacyjnym domkiem. Zupełnie nie tego się spodziewała, gdy mówił jej dokąd się wybierają. - Nie wątpię, że znasz dużo lepsze opcje, jeśli chodzi o przystosowanie tego miejsca. - Na pewno często tutaj bywał, wiedziała, że byli z Corio blisko, a do tego nazywał jego ciotkę ciocią, więc wnioski nasuwały się same, nawet po spożyciu butelki wina. - Czym można tutaj zajmować czas? Daj ze dwie możliwości, najlepiej takie najmniej przewidywalne, zaskocz mnie Benjy. - Wolała zapytać o to w ten sposób, bo wiedziała, że jeśli przedstawi to w formie wyzwania, to łatwiej będzie jej z niego wyciągnąć odpowiedzi. Miała nadzieję, że faktycznie jej jakże sprytny plan zadziała. Musiała się łudzić, próbowała jakoś się z nim dogadywać, miała wrażenie, że wcale nie wychodziło jej to najgorzej, no, oby się nie przeliczyła. - Oto jestem, niszczycielka dobrej zabawy, pogromczyni wyjątkowych mężczyzn, niespełniająca oczekiwań przyjaciół. - Odparła z pewną dozą teatralności w głosie. - Przykro mi, że się na mnie zawiodłeś. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym delikatnie. Nie, wcale jej nie było przykro, bo w tym, co mówiła nie było praktycznie wcale prawdy. Nie całowała wszystkich swoich przyjaciół, nie miała w zwyczaju tego robić, na pewno zdawał sobie z tego sprawę, na pewno o tym wiedział, zwłaszcza, jeśli dla niego ten pocałunek również wydawał się być nieco wyjątkowy, chociaż czy mogła to zakładać? Na pewno często mu się to przytrafiało, mówił jej przecież o tym, że miał powodzenie u płci przeciwnej. Dla niej to było jednak zupełnie nowym doświadczeniem, nie spodziewała się nawet tego, że tak się jej to spodoba, ale tego zdecydowanie nie musiał wiedzieć. Obserwowała go, kiedy się podnosił, gdy siedział na ziemi zapominała o tym, jaki był wielki i jaka bezbronna się mogła przy nim wydawać, dobrze, że znaleźli się w tej piwnicy jako sojusznicy, gdyby go wcześniej nie poznała, na pewno uciekłaby z tego miejsca z krzykiem spotykając go w ciemności. Wiedziała jednak, że nie musi się niczego bać, pod tą aparycją karka krył się bowiem całkiem ułożony mężczyzna, z którym bardzo przyjemnie jej się dyskutowało. - Niedługo dojdziemy do momentu, w którym nie będziesz uznawał mnie za nudziarę. - Nie mogła oczywiście pominąć komentarza na ten temat po tej ich całej dyskusji o tym, jak bardzo cool jest. Przymknęła oczy, aby zastanowić się nad swoim kolejnym wyborem. Miała do wypicia co najmniej jeszcze jedną butelkę wina, a później coś mocniejszego, bo przecież już mu to powiedziała, a Bletchley dotrzymywała słowa, nawet w takich błahych sprawach. Musiała się jednak skupić, oszacować swoje możliwości, co wcale nie przychodziło jej teraz lekko, bo była już odrobinę wstawiona, miała być bardziej - to wiedziała. - Dlaczego jest tak wiele możliwości? - Powiedziała nieco przeciągle, rozpaczając nad swoim jakże trudnym losem. Nie mógł tam stać wiecznie i oczekiwać, aż w końcu się zdecyduje, więc w końcu rzuciła z siebie konkretną odpowiedź. - Niech będzie whisky, pominiemy tę drugą butelkę wina, którą miałam wypić, może to będzie jakimś rozwiązaniem. - Tak, czy siak zmierzała ku mocniejszym alkoholom, więc może łatwiej będzie po niego sięgnąć w tym momencie. Nie, to na pewno nie był dobry pomysł, ale chyba przestała się tym przejmować. Nie sądziła, że po tym, co się ostatnio wydarzyło ktoś będzie miał chęć ją oceniać. Miała zamiar nieco odpłynąć, w końcu odetchnąć, oderwać się od rzeczywistości, która ostatnio była przytłaczająca, zwłaszcza po tym, co widziała w ciągu tych dwóch dni. Alkohol na pewno pomoże jej to zrobić, szczególnie ten mocniejszy, decyzja więc była naprawdę dobrze przemyślana, przynajmniej w tej chwili, gdy jej umysł nie był już do końca trzeźwy. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 25.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/69a5a487875ed6dfeea8492856a19ae5/6b34cafeceb95a16-1b/s500x750/f620a4139a5d6050042bf5571f2c4a2739fe0c46.pnj[/inny avek] Było jeszcze przed południem, a mimo to czułem, jak powoli w moje wypowiedzi wkrada się ta nuta rozleniwienia, lekkiego podpicia, które jeszcze nie zamieniło się w pełny stan odurzenia - jeszcze, ale zaraz zamierzałem sięgnąć po więcej. W powietrzu unosił się zapach starego drewna, kurzu i odrobiny alkoholu, który rozgrzewał mi krew i rozluźniał napiętą atmosferę. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, kiedy spotykamy się jako dorośli, a nie dzieciaki z Hogwartu, ta rozmowa tak dobrze nam wyjdzie, i że mimo wszystko, da się znaleźć wspólny język. Chociaż szybko przeszliśmy do tego, że zaczęliśmy trochę się podpuszczać, to i tak czułem, że między nami jest jakaś nić porozumienia, innego niż w czasach szkoły, choćby cienka, ale jednak. Przeciągnąłem się lekko, uśmiechając się pod nosem, nie zważając na spojrzenie Prudence, które na pewno miała, tylko było niespecjalnie widoczne w półmroku. Gdy tylko rzuciła ten sarkastyczny tekst, poczułem, jak zaczynam się głupio uśmiechać, jakbym nie mógł się powstrzymać. I nie, nie zamierzałem tego ukrywać - miała rację, że nie zmieniłem się pod tym względem - to była ta moja trochę zaczepna, trochę nazbyt pewna siebie postawa, która zawsze wywoływała u niej irytację, a może i coś więcej - nie, teraz raczej nie oczekiwałem niczego, tylko się bawiłem. - No, no, Bletchley... - Powiedziałem z uśmiechem, którego chyba nie była w stanie zauważyć. - Takie teksty, no, naplawdę? Staszejesz szię... Zalas kaszesz mi nie pyskowaś i iść do szwojego pokoju? - Chciałem, żeby czuła, że jestem tu całym sobą i mam swoje zdanie, i nie boję się go wyrazić, nawet jeśli to oznacza, że może chcieć mnie za to zrugać. - Tak czy siak... - Dodałem, zniżając głos, patrząc na nią w ciemnościach z tym swoim zadziornym uśmiechem. - Jeszli chces, szebym zamilkł na doble, i wybielasz stosowanie metod wychowawszych s gólnej półki piwnisy szwoich lodzisów, to powosenia, bo w moim domu lobiło szię to sgoła inaszej. Mówię to powasznie. Mosze kiedyś zadziałają... - Poza tym - przecież wiedziała, że nie chciałem przesadzić, ale i tak, trochę się rozbestwiłem, bo ta gra była zbyt atrakcyjna, żeby odpuścić. - Nie jesztem do końsa pewien, czy to, co własznie powiesiałaś, to grośba, czy obietnisa... Jeszli chces, szebym odsedł i jusz nigdy nie wlasał, to powies tylko słowo. A jeszli nie, to… no cósz, sczesze mówiąs, chyba zamieszam zalyzykowaś i zignolowaś rósznisę. - Spojrzałem na Prudence - byłem pewien, że ona spojrzała na mnie takim swoim niecierpliwym, lekko poirytowanym wzrokiem, ale zupełnie się tym nie przejmowałem. W tym momencie nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, jak ją rozbawić, podpuścić, lekko sprowokować albo po prostu zacząć z nią rozmowę, którą na pewno zapamięta... A może tylko mi się tak wydawało, bo w głębi ducha znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nie da się jej tak łatwo zagiąć. - No, więs jeszli chces mnie telas powstszymaś, Plue, to śmiało, bo naplawdę nie wiem, czy dam ladę zamilknąś na długo... - Zaczepiłem ją, bo czemu nie? W końcu, co miało mi to zaszkodzić. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, czując, jak ta niezobowiązująca rozmowa coraz bardziej mnie rozluźnia. Alkohol i ta odrobina buntu, którą właśnie wywołałem, sprawiały, że zaczynałem się czuć jak młody chłopak na podwórku, gotowy na wszystko, nawet na najgłupsze zagrywki. A ona? No właśnie, ona była tu, teraz, i chyba jeszcze nie wiedziała, że właśnie wkraczamy na teren, gdzie wszystko może się zdarzyć. - Dobsze, sze oboje wiemy, jaki jesztem... Jeszli chces mi to odebraś, to… No cósz, splóbuj... - To było jak powrót do czasów szkolnych, kiedy wszystko było bardziej na ostrzu noża, a każde słowo mogło wywołać burzę, ale jednocześnie chyba trochę pozbawiliśmy to wszystko tego negatywnego wydźwięku. Zaczęła się śmiać - było dobrze, przynajmniej jak na ten moment. - Ładne, pasuje do ciebie. - Stwierdziłem, naprawdę przyjaznym tonem, nie ironizując - to było dziwne, ale też miłe, w jakiś sposób, że mogliśmy rozmawiać, jak ludzie. - Benjamin. - Odpowiedziałem, jakby to nie było oczywiste, bo tak właściwie, to nie musiało być. - Kiedyś, obecnie po plostu „Benjy”, samodzielne imię, dlugiego blak, a, i jesztem stalszy... 21 malca 1935 loku. - Rozmawialiśmy, a ja z każdym słowem czułem, jak napięcie w mojej głowie się rozluźnia, choć jeszcze nie do końca. Lubiłem te chwile, kiedy można było się pośmiać, pożartować, ale może niekoniecznie powspominać - tu wiedziałem, że to wszystko jest trochę na granicy, ale przecież właśnie o to chodziło, żeby od czasu do czasu palnąć jakieś głupstwo, zmieniające perspektywę na dawne wydarzenia, i poczuć się jak człowiek, a nie tylko jak ktoś, kto musi przeżyć kolejny dzień. Wspomnienia z Hogwartu - te chwile, kiedy jechałem pociągiem do Londynu, zawsze wywoływały we mnie mieszankę emocji - węzeł w brzuchu, niepokój, wrażenie czucia się, jak zwierzę zapędzone w potrzask. Dzień podróży do stolicy, jak i poprzedzające go dni, szczególnie były tymi, gdy zachowywałem się w taki sposób, że nasza rozmowa nie przyniosłaby nic dobrego. Nie mogłem łżeć - pewnie, gdyby Prudence postanowiła skorzystać z okazji w takim czasie, byłbym dla niej szczególnie okrutny... Bo bywałem - tylko tyle, że bez wyszydzania jej w zakresie, o którym teraz była mowa. Umówmy się - dla chcącego, nic trudnego. Zawsze był jakiś repertuar, z którego mogłem czerpać, żeby jej dopiec, gdy już się nawinęła. Sytuacja wyglądała bardzo podobnie przy przerwach świątecznych, jeśli nie zabierałem się z Corneliusem, ani nie zostawałem w szkole - brak litości, przekuwanie stresu w sztylety, żeby rzucać nimi w ludzi. Pierwszego września było trochę lepiej, ale zwykle potrzebowałem kilku dni, żeby się zrelaksować i odpuścić. Tak - było wiele czynników i bardzo dużo zmiennych, od których zależały nasze interakcje. Ta rozmowa była jak oddech świeżego powietrza po latach, to też była w niej nuta refleksji, której nie chciałem przyznać na głos - nie musiałem się zachowywać aż tak bardzo paskudnie, powtarzałem schematy. - Wies... To była szalona lotelia, mogłabyś tesz trafiś na taki moment, w któlym potlaktowałbym cię w dlugą stlonę. Mosze tludno ci to szobie wyoblasiś, ale na ogół cię bloniłem. - Przemyślenia, które mnie nachodziły, były mieszanką wspomnień i refleksji, a że przy tym wszystkim czułem się rozluźniony, trochę powoli podpity, ale jeszcze nie do końca - to byłem też bardziej szczery. Wiedziałem, że zaraz dojdę do momentu, kiedy będę musiał sięgnąć po więcej, ale miałem jeszcze chwilę na rozmowę z Prudence - najbardziej nieoczekiwaną osobą, z tą dawną nieprzyjaciółką, którą spotkałem po latach, i która okazała się być całkiem niezłą kompaniją do takiego porannego gadania. Co z tego, że kiedyś się obrażaliśmy i prowokowaliśmy? W przeszłości mógłem ją obsztorcować za to, że była głupią gęsią, dzięki czemu ktoś inny nie czuł potrzeby dokładania swoich trzech pensów, czując satysfakcję z mojego zachowania i szukając innej ofiary. A kiedy zaczęła mi się odgryzać, ucinała mi punkty i tak dalej? To też działało na jej korzyść - trochę wyrównywało dynamikę. Każdy wiedział, że można było łatwo zbesztać, ja jej to regularnie zapewniałem, aż w końcu zaczynała pękać i czasami robiła coś, co podnosiło jej respekt w oczach innych uczniów, a nawet jeśli nie zwiększało respekt, to chwilowo odwodziło ich od dopierdalania. Opierdalając ją za głupotę, dając jej odczuć swoją obecność, mogłem odciągnąć część złośliwości innych dzieciaków od niej. I to się sprawdzało. - Nie mówię tego, szeby szię chwaliś, ani tym balsiej tłumaczyś bycie chujem, czy coś, ale wies… Nie zawse byłem takim totalnym kutasem, choś pewnie tak to wyglądało. - Rzuciłem luźno. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, jako dorośli ludzie, będziemy mogli się tak dobrze dogadać i porozmawiać o zamierzchłych intencjach. A tu proszę - niespodzianka. Jasne, trochę się podpuszczaliśmy, rzucając żarciki i drobne zaczepki, ale to było naturalne. Nie umiałem być totalnie obojętny wobec możliwości prowokacji, bo to była nasza wspólna specjalność. Przypominało mi się, jak kiedyś, na korytarzu, zjechałem ją od góry do dołu, żeby odciągnąć od niej bandę tych wyjątkowo głupich Ślizgonów, by po krótkiej interakcji ze mną, nie z nimi miała trochę spokoju - to był mój sposób, żeby jej pomóc, chociaż wtedy nie potrafiłem tego tak jasno nazwać, ani tym bardziej stanąć po jej stronie w innym, mniej chamskim stylu. Dostrzegając zamiary bandy lasek mających zły humor, postanawiałem ją po prostu obrzucić wyzwiskami, wyśmiać, i usatysfakcjonować typiary, które miały własne plany, zdecydowanie znacznie gorsze. Mógłbym ją zostawić na pastwę tego wszystkiego, ale nie zrobiłem tego - nie dlatego, że to mnie kręciło - no, czasami - tylko dlatego, że miałem swoją własną wersję lojalności, której nie dało się tak łatwo zniszczyć. Wiedziałem, że mogłem ją zostawić, pozwolić, żeby sama sobie radziła, ale na ogół wybierałem interwencję. Nie czułem się bohatersko - nie, byłem w tym wszystkim trochę jak kutas, to prawda, ale mimo wszystko, w tym chamstwie, i w tej obscesowej, grubiańskiej otoczce, była jakaś logika, więc w głębi serca, nie sądziłem, żeby to wszystko czyniło mnie najgorszym. Nie żeby to było dobre, ani moralne, ale tak po prostu działało - w tym kutasiarskim zachowaniu była jakaś głębia, czasami, w tym chamstwie, kryła się jakaś głębsza przyczyna, może nie do końca oczywista, ale była tam. I chociaż to wszystko wydawało się teraz takie głupie i dziecinne, to w głębi duszy, wiedziałem, że robiłem to, bo uważałem, iż tak trzeba. To nie była zbyt przemyślana strategia, ale zawsze to była strategia - no i byłem w niej bardzo pewny, i zdecydowany, tego nie mogła mi odmówić. Zawsze byłem pewny siebie. - To bes wątpienia byłby luklatywny bisnes, ale s dlugiej stlony, chyba nie chce mi szię asz tak wysilaś, wies? - Odparłem, będąc świadomym, że wiedziała - zdolny, ale leniwy, co nie? Na tej podstawie sprzedała się ta bajeczka o Australii i o karierze. - Dawno? - Spytałem, zamiast komentować jej staropanieństwo, przy czym mocno i wyraźnie machnąłem głową w kierunku, w którym musiała trzymać dłoń - to było bardzo jednoznaczne, rzecz jasna, chodziło mi o narzeczonego. Nieudane, szczęśliwe zakończenie - coś, co dałoby jej spokój od publicznej oceny. Na ten moment nie miałem zamiaru dodawać, że w kwestii ocen, akurat bardzo sporo odczułem. Zastanawiałem się, czy za czymkolwiek tęsknię, bo tak właściwie… nie potrafiłem. Nie, chyba nie. Pochyliłem głowę, zaciągnąłem się głęboko dymem, a potem wypuściłem go powoli, obserwując, jak falujący strumień unosi się w powietrzu, rozmywając się w bladej poświacie lampy. Przez chwilę milczałem, zastanawiając się, jak odpowiedzieć Prudence, kiedy zapytała o coś, czego się zupełnie nie spodziewałem, a chyba powinienem. Od razu przyszła mi na myśl ta trochę gorzka refleksja, którą próbowałem od siebie odsunąć - że tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, czy to, co ona uważa za coś normalnego i przyjemnego, jest mi w ogóle znane, bo nigdy nie doświadczyłem tego w pełni. Ba, w głębi duszy wiedziałem, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć stabilny, normalny dom, do którego chce się wracać. Spojrzałem na wirujący dym, zastanawiając się, czy jej to powiem, czy może lepiej milczeć. Nie czułem się tego pewien, bo w sumie, tak, pewnie tak, wracanie do domu musi mieć w sobie coś kojącego, coś, co daje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Ale czy ja to kiedykolwiek miałem? Czy czułem to, kiedy wracałem do tego zimnego, zawsze obcego miejsca? Nie. W głębi serca nigdy nie czułem się tam jak u siebie. Wciąż czułem się obco, jakby za każdym razem ktoś wciągał mnie w pułapkę - złotą klatkę, z której nie można się wydostać na dobre. Zawsze, gdy kończyła się kolejna letnia podróż ekspresem z Hogwartu i wracałem do tego domu, miałem ten węzeł w brzuchu, który nie ustępował, chociaż próbowałem go zagłuszyć. Powracając myślami do tamtych czasów, uświadamiałem sobie, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to jest mieć coś, co ludzie nazywają „domem” - nie miałem „domu”, miałem „dworek w Little Hanglenton”, „kamienicę w Londynie”, „letnią rezydencję w...” - to nigdy nie był „dom”, a ja nigdy nie miałem tam stricte mojej przestrzeni, to zawsze była własność rodowa. Nie, to był tylko punkt na mapie, miejsce, które znałem, ale do którego nie chciałem wracać. Nie było miejsca, do którego chciałbym wracać z niecierpliwością, albo z tęsknotą. Zawsze było coś w tym, co mnie odpychało, jakby krzyczało, że jest potrzaskiem, w którym nie miałem zamiaru utknąć na dłużej, bo jeśli byłbym w nim za długo, to bez cienia wątpliwości wreszcie stałbym się tym, kogo po mnie oczekiwano. Prędzej czy później zostałbym kopią ojca, wujów, dziadka. Nie byłem bezwolny, nie czułem się bezradny - zawsze starałem się z tym walczyć, być sobą, nie kimś innym, ale też nigdy nie miałem tego poczucia przynależności. I choć próbowałem tworzyć coś na wzór domu, raz próbowałem zbudować coś, co mogłoby mnie zatrzymać, to ta próba była dla mnie wystarczająca - nie umiałem się przywiązać. Nie widziałem sensu, by na siłę zapuszczać korzenie, bo to nie było to, czego szukałem. Zamiast tego wybierałem wolność, nieograniczoną mobilność, możliwość zerwania z przeszłością, kiedy tylko tego chciałem. W drodze czułem się wolny, chociaż nie zawsze bezpieczny. To była moja decyzja - nie mieć stałego miejsca, ani tego, co ludzie nazywają stabilizacją, bo dla mnie satysfakcja i cel w życiu nie polegały na tym, by mieć własny kąt i wracać do niego codziennie. Nie chodziło o to, by coś się działo zawsze - tak samo, jak nie chodziło o to, by mieć wszystko trwale poukładane. Chodziło raczej o to, by wiedzieć, dokąd się zmierza - mieć cel, który pcha mnie naprzód... A to, co robiłem, dawało mi satysfakcję, rekompensując brak stałego adresu. Spojrzałem na Prudence, która pewnie chciała usłyszeć coś innego, coś bardziej wzniosłego albo nostalgicznego. A ja, chociaż wydawało się to proste, bo wystarczyłoby skłamać, tak naprawdę nie potrafiłem jej tego powiedzieć. Przez chwilę milczałem, zaciągając się powoli dymem papierosowym, starając się ukryć swoje myśli za maską spokoju. Przypomniałem sobie te wszystkie chwile, które wcale nie były łatwe. Nie umiałem powiedzieć, że za czymkolwiek tęskniłem. Jak można tęsknić za domem, kiedy tak naprawdę go nie miałem? Zamiast tego, zawsze uciekałem, kiedy tylko nadarzała się okazja. Zawsze szukałem wyjścia z tego zimnego, obcego miejsca, które mnie osaczało. Podniosłem głowę na moment, patrząc przez dym w stronę niewidocznych, niedostrzegalnych w mroku ścian tej piwnicy, i pociągnąłem temat - cicho, ale z przekonaniem: - Dla mnie to wsystko jeszt tlochę inne... - Powiedziałem, patrząc w dym, który tańczył w świetle lampy. Nie chodziło o to, że nie chciałem, by było inaczej - po prostu tak się potoczyło. W głębi serca wiedziałem, że być może Prudence tego nie zrozumie - nie do końca, po prawdzie, sam może nie potrafiłem jej tego dostatecznie dobrze wyjaśnić, ale w tym momencie ważne było to, że nie musiałem się tłumaczyć, bo sam siebie nie do końca rozumiałem. Mogłem spróbować bez przymusu - tylko dlatego, że chciałem się odezwać, wyłącznie z tego powodu to skomentowałem. - Nie potszebuję ształego punktu zaszepienia, domu, jak swał, tak swał, bo to, co się liszy, to cel i satyszfaksja, a ona pochodzi s tego, co lobię, lie s tego, gdzie jesztem. - Spojrzałem na dym papierosowy, który łagodnie falował pod wpływem podmuchu powietrza z głębi piwnicy, i odparłem w końcu, głosem pełnym opanowania. - Pewnie bywa miło wracaś do domu, siąś pszy stole, posłuchaś głosów, któle znas od lat. Póśniej usiąś na welansie i patszeć, jak słońce zachosi za holysontem, znająs to wsystko od podszewki, mająs w pamięsi te wsystkie chwile, któle upływały tam, w tym miejsu, słysześ odgłosy, któle wies, sze się nie zmienią. - Przerwałem na chwilę, zaciągając się, jakbym chciał uciszyć te słowa, które same się cisnęły, mimo że nie miałem zamiaru mówić tego tak otwarcie. - Tak, pewnie jeszt coś w tym, szeby wracaś i poczuś, sze jeszt się u sziebie. Chyba tak, nie? Chociasz... - Urwałem na chwilę, zaciągając się papierosem, jakby szukając słów, które nie przychodziły łatwo, a jednocześnie bezwiednie płynęły w zgodzie z tym, co myślałem, jakbym nie do końca zauważył, że mówię trochę za dużo, jak na kogoś, kto nie powinien tyle mówić, bo takie rzeczy go nie obchodzą. Zaciągnąłem się jeszcze drugi raz, oddychając głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca. Czułem, że te słowa, choć szczere i otwarte, nie zmienią nic w tym, co myślała sobie Prudence, bo nie zamierzałem zbyt głęboko w to wnikać. Tak, pewnie tak... Może ktoś inny, kto zna to uczucie, mógłby jej powiedzieć, że to coś normalnego - coś, do czego się dąży, bo to daje poczucie jakiegoś stabilnego punktu w życiu, ale nie ja - to nie byłem ja. Nie powinna się tego ode mnie spodziewać, chociaż z pozoru, kiedyś mogłem być taką osobą - jak wszyscy z tradycjonalistycznych rodzin. Przerwałem, bo poczułem, jak w piersi mi się ściska od tych słów, które jeszcze niedawno wydawały się niczym takim, a teraz zaczynały wnikać głęboko. Właściwie, to nie potrafiłem powiedzieć, co miałem na myśli, bo sam nie do końca rozumiałem, dlaczego tak jest. W głębi duszy wiedziałem, że nie miałem takiego miejsca, do którego chciałbym wracać, i że nie tęskniłem za tym, co inni uważali za normalność, ale to nie oznaczało, że nie chciałem tego spróbować. Kiedyś był taki czas, kiedy starałem się to stworzyć - zyskać, ale to były tylko wyobrażenia na temat czegoś, czego nigdy nie zaznałem. Kartonowe ściany sztucznego konceptu - zabawa w dom, niczym dzieci udające, że są dostatecznie dorosłe... Nie wiedziałem, czy potrafię jej powiedzieć, że nie mam pojęcia, jak to jest mieć dom, do którego się chce wracać, bo nie miałem tego szczęścia, ale skoro rozmawialiśmy, piliśmy, było ciemno, a za kilka dni nasze drogi miały się zupełnie, ostatecznie rozejść, to po co byłoby kłamać? Poza tym, weryfikowaliśmy swoje spojrzenia na siebie - nie miało być lepszego momentu. Spojrzałem na Prudence, chociaż jej twarz była niewyraźna w tym słabym świetle, przeciągnąłem się nieznacznie, zaciągnąłem się głęboko papierosowym dymem, a potem spokojnie, niemal z lekceważeniem, odparłem: - Nie mam pojęsia, jak to jeszt, mieś taki dom, do któlego chce się wlasaś. Nie za baldzo mam polównanie, a więs, po czym tęskniś. Miałem ten falt, sze ulodziłem szię w szlachetnym i konselwatywnym lodzie. Pod pewnymi wsględami nietludno tęskniś za czymś, czego nigdy nie było. Taka moja pszewaga, no nie? - Zakończyłem to stwierdzenie sarkastycznym parsknięciem, bo chociaż słowa były poważne, to mój ton brzmiał z lekka ironicznie, jakbym sam siebie próbował przekonać, że nie jest aż tak źle. Jednak w głębi serca czułem, że to, co mówię, to tylko maska, pod którą kryje się coś głębiej, coś trudniejszego do wyartykułowania. Przyglądałem się przez chwilę żarzącemu się czubkowi papierosa, a potem zaciągnąłem się głęboko, czując jak dym wypełnia moje płuca - powoli wypuściłem go w górę, w powietrze, obserwując kształty w bladym świetle lampy. Zaciągnąłem się jeszcze raz, czując, jak głęboko we mnie rozlewa się mieszanka goryczy i bezsilności. Moje myśli na chwilę powędrowały daleko, do tego wszystkiego, co było i co nadal czasem ciśnie się na myśl. Pewnie tak - wracanie do rodziny musi mieć w sobie coś kojącego. Pewnie tak - dobrze, gdy jest to miejsce, do którego można się z powrotem schować, kiedy wszystko zaczyna się sypać. Pewnie tak - można się poczuć tam bezpieczniej, chociaż ja sam nie wiedziałem, czy to prawda, bo tak naprawdę nigdy nie czułem tego, co oni - choćby Prudence i Elias. Nie umiałem powiedzieć, że tęsknię za swoim domem, bo nie miałem takiego, który by mnie trzymał, sprawiałby, że chciałbym do niego wracać. Głównie dlatego, że urodziłem się w tym konkretnym środowisku, i tak naprawdę nie miałem wyboru. Niektórzy z pewnością uważali, że miałem fart. I ironicznie, tak, to właśnie to urodzenie dawało mi wolność od tych wszystkich problemów, które inni musieli pokonywać. Nigdy nie musiałem się martwić o to, czy będę miał dach nad głową, czy jedzenie - wszystko było uregulowane na czas, życzenia zostawały na ogół spełniane, fundusz powierniczy był lepiej ustawiony, niż łączone zarobki wielu rodzin przez dekady. Żyć, nie umierać. Oprzytomniałem na chwilę, patrząc na Prudence, starając się, by głos zabrzmiał spokojnie, chociaż w głębi duszy czułem ciężar tych słów. - Wies, to nie tak, sze od lasu stwielsiłem, sze nie chciałbym mieś czegoś więsej. Po plostu, tak jak mówię, nie wiem, jak to jeszt. Mosze po plostu nie potlafię tego doseniś, bo nie miałem okasji, i chyba tak jusz zosztanie... - Zakończyłem - nie potrzebowałem stałego miejsca, nie potrzebowałem stabilizacji takiej, jaką pewnie znała Prudence. Potrzebowałem wyzwania, adrenaliny, czegoś, co sprawia, że czuję, że żyję naprawdę. Nawet nie próbowałem zastanawiać się, czy ona wie, jak to jest żyć w ciągłym ruchu, na krawędzi, bez stabilności, którą ona zapewne tak bardzo ceni. Nie wiedziałem, czy ona zrozumie, że dla mnie to wszystko jest obce - coś, co nie dotyczyło mnie w żadnym stopniu, bo było to coś, czego nigdy nie doświadczyłem. To wszystko, co mówiono o domu, o rodzinie, o stabilności - ja tego nie znam... I chociaż na zewnątrz mogło to wyglądać tak, że zawsze byłem wyjątkowo pewny siebie, to tak naprawdę czasami czułem się jak ktoś, kto nie ma własnego miejsca, jak ktoś, kto zawsze musi się gdzieś gubić, bo nie potrafi znaleźć swojej bezpiecznej przystani. Może nie był to idealny sposób wyjaśnienia, ale tak właśnie to czułem - nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak to jest mieć stałe miejsce, do którego chce się wracać, bo nigdy tego nie miałem. Może właśnie dlatego nie tęskniłem za tym tak mocno, bo nie znałem innej perspektywy - nie znałem tego uczucia, które chyba najprościej nazywa się przywiązaniem. Życie w drodze, choć pełne niepewności i wyzwań, dawało mi wolność i poczucie, że jestem panem swojego losu, a to było dla mnie rekompensatą za wszelkie niedogodności i ustępstwa. W każdym razie, nie miałem wątpliwości, że to, co robię, jest dla mnie wystarczające. Nie czułem się uwiązany, ani też nie czułem się związany z żadnym miejscem, bo nie miałem takiego miejsca, które by mnie do siebie przyciągało, które dawałoby mi poczucie bezpieczeństwa. Nigdy nie miałem w sobie tego poczucia, że dom to coś więcej niż tylko budynek, w którym się mieszka. Dla mnie to była tylko przestrzeń, w której nie czułem się dobrze, którą próbowałem opuszczać tak często, jak tylko się dało... I chociaż próbowałem kiedyś zbudować coś stabilnego, to ta próba, wiele lat temu, skończyła się na niczym - zostałem z pustką i z przekonaniem, że nie potrzebuję korzeni, bo to nie jest moje powołanie. - Wiem coś o tym... - Odpowiedziałem, mimo to, wyraźnie nie chcąc zagłębiać się w temat tego, co działo się w Wielkiej Brytanii. Po tych słowach zamilkłem, marszcząc brwi i zamyślając się na moment. Przerwałem, zamknąłem oczy na moment, a w mojej głowie pojawiły się obrazy Londynu podczas pożaru - płomieni, które tańczyły na niebie, rozświetlając noc niczym łuna świtu, i wszystko, co się działo potem - chaos, strach, zniszczenie, dym unoszący się nad zniszczonym miastem, ludzi, którzy walczyli o każdy oddech, o każdą szansę na przetrwanie, o każdy kawałek schronienia. Miałem w głowie jeszcze więcej obrazów - to były nowe, niechciane wspomnienia, których nie można się pozbyć. Zastanawiałem się nad tym, co się działo wokół nas - jak wszystko się zmieniło i świat, który znałem, zaczął się zmieniać - chwilę się zawalił, a potem zaczął się odradzać w nowej, dziwnej formie. - W mialę moszliwosi, tszymaj się Colneliusa, Ambloise'a i, do cholely, nawet Lomulusa. Bioląs pod uwagę ich osządy i to, co mówią o otoszeniu, w któlym się oblasają… - Odezwałem się powoli, przenosząc na nią wzrok. Przyglądałem się Prudence, w półmroku, starając się, by moje słowa były wyważone. Nie za bardzo miałem, co ukrywać - naprawdę miałem tego farta urodzić się w szlachetnym i konserwatywnym rodzie, gdzie wszystko było ustalone - od tego, co wypada, po to, co jest słuszne. To nie było życie, które mnie pociągało, tylko raczej ciężar, który musiałem nosić na barkach, jak kamień, ale z uwagi na to byłem też trochę lepiej zorientowany w tym, że rzeczywiście - wystarczy jeden dostatecznie silny oszołom, żeby zebrać szerokie grono ludzi, który pojedynczo byli szkodliwi, ale wspólnie stanowili olbrzymie zagrożenie. To była prawda, którą musiała przyjąć - w tych czasach, w tym świecie, lepiej mieć u boku tych, którzy rozumieją, co się dzieje, nawet jeśli ich spojrzenie jest wyrachowane, a słowa ostre jak brzytwa. - Po tym, co szię stało w Londynie... Ministelstwo wpuszczające mugoli do gmachu i tak dalej? Uliczne linsze w obie sztlony? Gdy opadnie pył, to bęsie shitshow, ja sztąd wyjeszczam, ale wy... Nie mówię, szebyś zawse kielowała szię ich opinią, ale pamiętaj, sze ich osądy, choś czasem beswsględne, mają swoje podłosze, musis mieś na uwadze ich opinie, ich spojszenie na świat. - Zamilkłem na chwilę, patrząc na swoje dłonie i obracając papierosa w palcach, a potem znów spojrzałem na Prudence, jakby czekając na jej reakcję. W głębi duszy wiedziałem, że to, co powiedziałem, to tylko wierzchołek góry lodowej. - Ulsula mosze i jeszt chyba największą klaszistką, ale pszynajmniej ma szwoje powody, by szywiś te pszekonania. Ona tesz jeszt w posządku. - Nie mogłem powiedzieć, że nie, bo nadal traktowała mnie dokładnie tak samo. Tak, nawet Romulus, którego już zauważyłem, że Prudence nadal nie lubiła - chyba w przeciwieństwie do reszty - choć był kontrowersyjny, miał swoje racje, a jego osądy mogły się okazać przydatne. Prawda, stara jak świat, głosiła - czasami lepiej jest mieć silne wsparcie, nawet jeśli oznacza to trzymanie się z tymi, którzy mogą wydawać się odlegli, ale w gruncie rzeczy są po twojej stronie. W tych czasach, nie ma co się oszukiwać - lepiej, żeby miała przy sobie tych, którzy rzeczywiście nie chcieliby jej zrobić świadomej, wyrachowanej krzywdy - a znałem ich, nawet po tylu latach, wiedziałem, że celowo by tego nie zrobili - nawet jeśli to oznaczało, że są trochę z innej bajki. Korzystniej, żeby trzymała się tych, którzy rozumieją podziały, tę agresywną, ofensywną stronę społeczeństwa, nawet jeśli to oznaczało, że są trochę… oschli, albo snobistyczni. W głębi duszy czułem, że powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia, patrząc na to, jak dym papierosowy nadal falował wokół mnie, jakby próbując ukryć moje emocje. Nie wiedziałem, czy Prudence zrozumie, czy też nie, ale przynajmniej wyraziłem to, co potrzebowałem powiedzieć - trzymając się ich, miała większe szanse na przetrwanie, i na to, żeby jeszcze kiedyś móc spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiła to, co trzeba. - Nie daj się zwieś posolom. Ciotka jeszt dalekowzroszna i balsiej blawulowa, nisz mosze szię wydawaś. To był dom, któly kupiła s naszeszonym, podszas bitwy o Anglię. - Odezwałem się do niej lżej niż wcześniej, jakbym chciał powiedzieć, że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż się wydaje. W pewnym momencie, odchrząknąłem, poprawiłem się na deskach i z lekkim uśmieszkiem na twarzy rzuciłem do niej: - Kontlabanda. - Nie zamierzałem rozwijać tej wypowiedzi, mogła sobie myśleć, co chce, ale niektóre majątki nie były budowane z dziada pradziada, przynajmniej nie całkiem. Parsknąłem - to było takie głupie, ale nie mogłem się powstrzymać, bo ta cała sytuacja - ten ton, którym mówiła, jakby chciała mnie sprowokować do gadania. Ja, z kolei, jakoś tak bezmyślnie rzucałem te odpowiedzi, bo czułem się, jakby był to test, którego jeszcze nie zdążyłem dobrze przemyśleć, a już się w niego pakuję. - Skakaś s klifów, to na pewno, szczególnie, sze szą tu podwodne gloty, do któlych inaszej szię nie dostanies, a szą walte odwiesenia. - Zarzuciłem pierwszą, najgłupszą rzecz z brzegu, wiedząc, że to jej raczej nie zainteresuje. - Są tesz zajebiszcie stale luiny głęboko w leszie s smętaszem i paloma ciekawostkami... - Dałem jej tą drugą opcję, wiedząc, że może być dla niej ciekawsza. Patrzyłem w jej kierunku przez chwilę, uśmiechając się pod nosem, i pomyślałem, że chyba nigdy nie przestanie to mnie bawić, jak potrafiła się tak subtelnie wycofać, a jednocześnie rzucić słowo, które trafiło prosto w sedno. To też było trochę jak w szkolnych czasach, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat i wszystko było jeszcze prostsze, a ja wtedy myślałem, że potrafię wszystko, nawet rozgryźć jej myśli. Teraz wiedziałem, że nie potrafię, ale i tak próbowałem - bezskutecznie. Wiedziałem, że za tym wszystkim kryje się coś więcej, ale nie zamierzałem się nad tym głowić. Po prostu rozluźniłem się jeszcze bardziej, odchyliłem się do przodu i rzuciłem jej - lekko podpuszczającym tonem, chociaż cały czas z nutą luźnej swobody. To był właśnie ten moment, kiedy czułem, jak moje usta same się uśmiechają, mimo że próbowałem być poważny. - Czyli mówis, sze jesztem dla ciebie wyjątkowy...? - Spytałem, a w moim tonie pojawiła się ta nuta rozleniwienia, trochę podpitej nonszalancji, natomiast w głowie ta świadomość, że zaraz muszę sięgnąć po więcej, bo jeszcze nie jest do końca tak, jak powinno. Miałem gdzieś to, że jest wczesne rano, bo po jednej flaszce ta piwnica wydawała się jeszcze bardziej odrealniona, jakby czas się tu zatrzymał, a ja z nim. - Mów mi więsej, a mosze nawet pszysnam ci lasję... - Stwierdziłem - to była dobra oferta, co nie? Oczywiście, że już teraz wiedziałem, iż ta sztywność i oficjalności, to była to tylko maska, którą chowała coś znacznie bardziej interesującego... No, poza tym na pewno lubiła rzucać wyzwania, więc nie była nudna, bo to przecież było w jej stylu. Wreszcie wstałem z podłogi, nie analizując sytuacji - ruszyłem przed siebie, trochę na oślep, bo zostawiłem lampę na podłodze, w celu odszukania alkoholu. Prudence mówiła, a ja słuchałem, z lekko rozbawionym uśmiechem na ustach, czując, jak lekki rauszyk powoli rozrzedza moje myśli. - Bo jeszteś w domku letniskowym jej wysokości Ulsuli Elsebet Lestlange? Tludny los, wiem, ale splóbuj nie naszekaś... Pszyjmij cielpienie s godnosią. - Uśmiechnąłem się pod nosem na jej wybór - to, że jednak nie zamierzała brać tego wina, i nie, nie zamierzałem jej oceniać. Nie z moją własną butelką mocnego alkoholu w ręce - i to drugą. - Szkocka czy amelykańska? Ilanskiej nie usnają w tym domu. - Poinformowałem, zamiast samemu wybrać, bo nie dało się zaprzeczyć, że sprawiało mi to satysfakcję - wybór był duży, więc skoro już zaczęła go dokonywać, to wypadało, by zrobiła to od początku do końca. Zastanowiłem się przez moment, czy to nie jest właśnie ten moment, kiedy powinniśmy coś zmienić, gdzieś się ruszyć, pójść dalej - czy może zostawić to wszystko tak, jak jest, bo przecież w tym wszystkim była jakaś nuta spontaniczności, nie potrzebowaliśmy nic więcej, niekoniecznie. Spojrzałem na nią, a potem wyciągnąłem rękę po flaszkę, która leżała na półce, i lekkim tonem zapytałem: - No, i skolo jusz przechosimy na mocniejsze alkohole, to walto byłoby pomyśleś, czy nadal chces tu siedzieś, czy mosze chces trochę balsiej zaszaleś i wskoczyś w jakieś fajniejsze, mniej ciemne i zatęchłe miejse, gdzie mosna szię tlochę balsiej rozluśniś? - Nie wiedziałem, co ona na to, ale czułem, że to pytanie może zmienić wszystko albo nic - możliwe, że tak dobrze nam się gadało, bo było ciemno, i to właśnie w tym tkwił cały urok tej chwili... Właśnie. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 25.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/aad854ac17c2fc7cf148412242196000/0f5e95f39c658971-83/s250x400/1884f2e6a6818f4810d58741b5c0f4c81571de5a.pnj[/inny avek] Nie miała pojęcia ile właściwie czasu spędzili w tej piwnicy. Kiedy się tu znalazła było całkiem wcześnie, ale trochę tutaj siedzieli. Zabawne, nikt pewnie nawet nie zauważył jej nieobecności, właściwie nie powinno jej to dziwić, bo ciągle przemykała w towarzystwie niczym cień, nie odzywała się, kiedy inni tego nie oczekiwali. Zapewne sądzili, że zamknęła się w tej gościnnej sypialni, w której znalazły się jej rzeczy. W sumie to może nawet i lepiej, bo chyba aktualnie nie chciałaby zostać znaleziona. Nie spodziewała się, że na dłuższą metę całkiem jej się spodoba w tym pomieszczeniu. Widać wiele zależało od towarzystwa, gdy była tutaj sama trochę spanikowała, że nie znajdzie wyjścia, teraz czuła się zdecydowanie pewniej. W końcu ustalili, że jej tutaj nie zostawi, a wręcz przeciwnie, odstawi ją na zewnątrz, co uspokoiło Prudence. Nie, żeby bała się ciemności, czy podobnych miejsc, jednak po prostu wolałaby uniknąć niezręczności i pytań związanych z tym, gdzie się podziewała, a że na pewno byłaby wkurwiona całą sytuacją, to nie omieszkałaby wspomnieć co o tym wszystkim sądzi. Pomimo tego, że starała się raczej zachowywać wyważenie, to zdarzały się momenty, kiedy i ją ponosiły emocje, zresztą pokazała to, gdy znalazła się w tej piwnicy. Nie pozostał w niej już jednak nawet gram irytacji, całkiem szybko się rozluźniła. Alkohol na pewno miał na to spory wpływ, bo kiedy piła mniej się przejmowała tym, co działo się wokół. Życie wydawało się jakieś takie lżejsze i przyjemniejsze, no poza momentami, gdy upijała się na smutno, ale to zdarzało się raczej sporadycznie i w samotności. - Nie da się ukryć, że się starzeję. - No przecież, tyle, że i kolejne metody po które próbowała sięgać jakoś nie dawały zamierzonego efektu. Benjy był niereformowalny, pomimo tego, że on również miał swoje lata nadal nie brakowało mu tej młodzieńczej butności, która mu się z nim kojarzyła. Może to i dobrze, niby się zmienili, ale nadal mieli coś w sobie z tych dzieciaków, którymi byli w Hogwarcie. - Nie, bo to nie ma sensu, zresztą nie mogłabym Cię odesłać do swojego pokoju, bo zostałabym tu sama, muszę myśleć przyszłościowo. - Nie zapominała, gdzie się znajdowali. Pamiętała o tym, że będzie musiała jakoś wyjść na zewnątrz. Zamierzała go do tego wykorzystać, chociaż to chyba nie było wykorzystaniem, skoro o tym wiedział i sam się na to zgodził. - Moi rodzice nie mieli żadnych metod wychowawczych, byłam idealnym dzieckiem, a Elias, Elias nie wkurzał ich, aż tak bardzo, żeby musieli jakichś szukać. Musisz mi wybaczyć moje marne próby, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia. - Prudence nawet w nastoletnich czasach nie sprawiała jakichś specjalnych problemów, zamykała się w swoim pokoju i egzystowała. Rodzice nie musieli zupełnie się nią przejmować. Eliasa mniej było w domu, niż więcej, co wiązało się z tym, że nie słyszeli o większości jego wybryków, a że była ich tylko dwójka, to cóż, na loterii dzieciaków nie wylosowało im się wcale tak najgorzej. Czasem trochę żałowała, że spędziła młodość, aż tak spokojnie, ale z drugiej strony, czy faktycznie było czego żałować. Może nie miała zbyt wielu ciekawych wspomnień, ale chyba przywykła do tego, że po prostu nie była specjalnie rozrywkowa. Gdyby trafiła na innych ludzi, mogłoby być inaczej, nie próbowała jednak otwierać się na siłę, dostosowała się do sytuacji i jakoś tak sobie egzystowała. - Pewnie się okaże, jak przejdę do czynów. Póki co sama nie wiem. - Zresztą, czy naprawdę między groźbą, a obietnicą była, aż taka wielka różnica? Zależy kto patrzył, czy coś. - Źle to interpretujesz, jakbym chciała, żebyś sobie poszedł, to powiedziałabym wprost, przecież wiesz. Nie owijam w bawełnę. - Wręcz przeciwnie, Prue była dość bezpośrednia, mówiła raczej rzeczowo i konkretnie to, co miała na myśli. Nie należała do najdelikatniejszych osób, jeśli chodzi o ubieranie myśli w słowa, zresztą na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła się odezwać, kiedy coś jej nie pasowało. Bywała zaczepna, lubiła prowokować, chociaż nie robiła tego często, nie gdy nie czuła się zbyt pewnie. W tej chwili jednak nie miała żadnych obaw, więc mogła być po prostu sobą, tą najmniej przewidywalną wersją, po którą rzadko sięgała. - To wcale nie musi być długo, tylko chwila, nie chciałabym, żebyś zamilknął na wieki, jeśli o to chodzi. - Całkiem przyjemnie się jej z nim dyskutowało, więc to byłaby okropna szkoda, gdyby zamknął się w sobie przez jej komentarze, taaaak jakby w ogóle to było możliwe. Nikt nie miał takiej mocy sprawczej, aby Benjy przestał się odzywać, zawsze miał coś do powiedzenia, za każdym razem musiał wszystko komentować, taka już była jego natura. Tyle, że teraz nie przeszkadzało jej to tak, jak kiedyś. Było zupełnie inaczej, gdy ich rozmowa została pozbawiona tej negatywnej atmosfery, która kiedyś im towarzyszyła za każdym razem, gdy przebywali w swojej obecności. - Dzięki? - Chyba wypadało podziękować, czy coś? Nie wyczuła w jego głosie ironii, więc w sumie nie miała chyba powodu, aby wątpić w to, że naprawdę tak myślał. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy było to ładne imię, zresztą imię jak imię i tak nie miała na nie wpływu, matka je wybrała i musiała z tym żyć, no niby mogłaby je sobie zmienić, ale po co? - Całe cztery lata? To dość sporo, niedługo czterdziestka, co? - Przynajmniej na papierze. Nie miała pojęcia jak to jest stać się nagle kimś innym, nie wiedziała, ile właściwie go to musiało kosztować. Pozostawić za sobą całe życie, przyjąć nową tożsamość, tak właściwie to stał się przecież zupełnie kimś innym. Czy tęsknił za tym, kim był kiedyś? Wiele pytań pojawiało się w jej głowie, niektóre z nich był naprawdę głupie, w sumie postanowiła sięgnąć po jedno z nich. - Obchodzisz urodziny normalnie, czy wolisz tak jak teraz? W sensie, no wiesz, czy w ogóle je świętujesz, raz w roku, dwa razy w roku, dwie daty urodzenia, to dwie okazje do obchodzenia tego? - Próbowała wyjaśnić o co jej chodziło. Miała nadzieję, że nie zabrzmiała głupio, bo to było dość błahe, ale w sumie ją zaciekawiło. Nie miała pojęcia nawet, czy mógł sobie pozwolić na obchodzenie urodzin, kiedy odbywał te swoje wędrówki, czy co tam właściwie robił na całym świecie. - Benjy brzmi dobrze. - Dodała jeszcze, w sumie to rozjaśniało jej nieco, dlaczego wybrał właśnie to imię. Została z nim jego część, jako pamiątka po dawnym życiu, przynajmniej w ten sposób tak to odbierała. - Na szczęście nie zaryzykowałam, chociaż może na nieszczęście, nigdy nie byłam jednak szczególnie odważna, zwłaszcza w Twojej obecności. - Nie umiała przewidzieć jego zachowania, co zresztą było dobrym założeniem, bo teraz sam potwierdził jej, że nawet on nie wiedział, czego można się było po nim spodziewać. Dobrze, że się w tym zgadzali, a Prue, jak to Prue - wolała nie ryzykować. Wybierała najbardziej bezpieczne opcje, aby przypadkowo się nie rozczarować, bo tak było wygodniej. Zresztą do dzisiaj coś w niej z tego pozostało. Lubiła przewidywalne rozwiązania, najbardziej bezpieczne, takie które nikogo nie zaskakiwały, naprawdę można ją było przez to uznać za nudną, i zdawała sobie z tego sprawę. Czy jej to przeszkadzało? Może ostatnio zaczęło, bo dostrzegła, jak wiele jej uciekało przez palce przez te rozwiązania, które wybierała. Nigdy się, aż tak nad tym nie zastanawiała, bo jak dotąd nie przeżyła jeszcze czegoś takiego, co spowodowałoby, aby zaczęła zastanawiać się nad swoim losem, jednak te pożary skłoniły ją do wielu rozważań. -Broniłeś mnie? Nie wiem, jak wygląda bronienie w Twoim świecie, ale mnie wtedy, wydawało się zupełnie inaczej. - Raczej nie miała wrażenia, że się myliła. Nie miała pojęcia jak pokrętnie musiał do tego podchodził, że uznawał to za bronienie jej, cóż, na pewno miał ku temu jakieś swoje argumenty, ale nie była szczególnie przekonana, czy była gotowa je poznać. Zresztą bez sensu było skupiać się na tym, co było kiedyś, znajdowali się teraz w zupełnie innym miejscu, rozmawiali ze sobą w zupełnie inny sposób, nie było im chyba potrzebnie, aby analizowali tamto zachowanie, aż tak bardzo szczegółowo, tak, czy siak dowiedziała się dosyć sporo, trochę zaczęło jej się wszystko rozjaśniać i chyba jej to na ten moment wystarczało. - Oke, może faktycznie byłam bardzo ślepa, bo jak dla mnie byłeś największym kutasem, jakiego widział świat. - Totalnym chujem, który potrafił doprowadzić ją do skrajności w kilka sekund. Działał na Prudence niczym czerwona płachta na byka, dlatego też wolała unikać jego osoby, co niestety nie zawsze jej wychodziło. Niby mury zamku były ogromne, jednak nigdy nie udawało jej się przed nim zbyt długo ukrywać. Nie ułatwiał tego fakt, że był jednym z najlepszych przyjaciół jej bliźniaka, chcąc nie chcąc dość często dochodziło między nimi do tych intensywnych interakcji. - Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć, że byłeś moim rycerzem. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym, bo naprawdę bawiła ją ta wizja, zwłaszcza, że ona sama postrzegała to wszystko zupełnie inaczej. Nie zamierzała jednak ciągnąć go za język, wypytywać go o to pokrętne myślenie, bo obawiała się, że może tego nie zrozumieć. Może była zbyt głupia, czy coś, ale kiedy sama próbowała to analizować, to nie mogła sobie zwizualizować tej jego wersji. Nie ma co się oszukiwać co do tego, że Benjy był jedynym, który lubił wchodzić z nią w te nie do końca przyjemne interakcje. Przywykła do tego, że inni uczniowie jej nie rozumieli, dążyli do konfrontacji, bo była dziwna. Z czasem nauczyła się nawet bronić, ba później sama stawała w obronie takich wyrzutków jak ona, a było ich paru. Zrobiła się gruboskórna i przestała się przejmować komentarzami, bo wiedziała, że nie może mieć na to wpływu. Jakoś sobie z tym radziła, to, że przeżyła przez to wcześniej sporo przepłakanych nocy, rozmyślała o tym, jak bardzo jest popsuta aktualnie nie miało już takiego znaczenia, tak właściwie to ją ukształtowało. Zdawała sobie sprawę już wtedy, że świat nie kończył się na szkole i kiedyś nie będzie musiała użerać się z tymi wszystkimi ludźmi. Właściwie to spełniła swoje marzenie, bo czas spędzała głównie w towarzystwie trupów. - To może wymagać zaangażowania to prawda, zresztą przyjmowanie reklamacji też na pewno byłoby całkiem niezłym doświadczeniem. Po pięciu latach ktoś wraca do Ciebie i mówi, że spieprzyłeś mu życie. To mogłoby być zbyt mocne. - Jasne, rozmawiali o czymś, co nie miało żadnej możliwości istnienia, ale przecież wiedziała o tym, że nadal niektóre czarodziejskie rodziny postępowały w ten sposób. Przedstawiały sobie dwójkę młodych ludzi i mówiły im, że mają zostać małżeństwem. Nie miała pojęcia, dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na to, aby odejść od tej tradycji. Jasne, dla elity ważne były koneksje, aczkolwiek nie sądziła, aby młodsze pokolenia faktycznie były z tego powodu szczęśliwe. Nie potrafiłaby sobie wyobrazić sytuacji, w której ktoś ją informuje o tym, że ma się z kimś hajtnąć, bo tatuś ma na to ochotę. To było przerażające. Nie mogła narzekać na swoje pochodzenie, kiedyś tego nie rozumiała tak do końca, wydawało jej się, że są gorsi, ale z czasem zaczęła doceniać profity wynikające z tego, że byli tego gorszego sortu. Dostrzegła ten ruch, wiedziała o co mu chodzi. Zresztą sama wspomniała mu podczas tamten nocy, że jej narzeczony umarł, tylko, że jeszcze wtedy nie wiedziała, że on to on. Nie powinna tego robić, ale to zrobiła. Nie lubiła, gdy ludzie oceniali ja przez pryzmat tamtych wydarzeń, jakby to określało tym, jakim aktualnie była człowiekiem, jakby to co się stało było czymś co miało jedyny wpływ na jej osobę. - Ponad dwa lata. - Dawno i niedawno. Wszystko zależało od tego, jak kto traktował upływ czasu. Dla niej było to dość dawno, bo wtedy całkowicie zmieniła swoje życie. Przestała pracować w Mungu, pojawiły się zmiany, które nie były dla niej czymś normalnym, miała wrażenie, że czas minęło dużo więcej czasu, bo wydarzyło się w jej życiu stosunkowo wiele. Od dwóch lat starała się unikać spojrzeń ludzi, od dwóch lat nie chciało jej się o tym mówić, od dwóch lat próbowała jakoś ułożyć sobie życie. Samotność okazała się być dla niej całkiem przyjemna, czego wolała nie mówić w głos. Skoro los chciał dla niej takiego zakończenia, nie miała zamiaru go negować, nie mogła narzekać, wszystko jakoś się ułożyło, jakoś udało jej się wrócić do normalności, mimo, że życie, które wiodła się zmieniło, a ona nie tak łatwo przystosowywała się do nowych sytuacji. Udało jej się to jednak w tym przypadku, nie miała zamiaru narzekać, nie wypadało, bo przecież zawsze mogło stać się coś gorszego. Może nie powinna była o to pytać? Chciała jednak dowiedzieć się tego, jak patrzył na świat, wiódł zupełnie inne życie, niż ona. Niby też nie otaczała się zbyt wielkim gronem bliskich, jednak od zawsze miała to miejsce, do którego mogła wrócić, do którego przynależała. Domek na obrzeżach Londynu, gdzie spędziła większość swojego życia, jej pokój, który nadal był pozostawiony tak, jakby w każdej chwili mogła do niego wrócić, pełen wspomnień z dzieciństwa i nastoletnich czasów. Jej rodzice byli gotowi zawsze przyjąć ją z otwartymi ramionami, gdyby tego potrzebowała. Nie mogła narzekać na to, jak wyglądało jej życie pod tym względem. Wiedziała, że istnieje miejsce, gdzie co niedzielę pachnie cynamonowym ciastem, a przy stole czekają zawsze dwie osoby, którym na niej zależało, bez względu na to, czego by nie zrobiła, jakiej decyzji by nie podjęła. Zawsze byli gotowi ją wesprzeć. Tak właściwie to nigdy nie zastanawiała się zbytnio nad tym, jak wyglądał dom tych wszystkich osób, które pochodziły z tych konserwatywnych, szanowanych rodzin. Zresztą, czy w tym przypadku pochodzenie miało, aż takie znaczenie? Jasne, czystokrwiści mieli swoje nieco pojebane zasady, którymi się kierowali, ale wszędzie można było nabyć bardzo różnych doświadczeń. Nie wszyscy mogli liczyć na kochających rodziców, którzy byli gotowi zrobić dla nich naprawdę wiele. Zresztą ta złość, którą czasem widziała na szkolnych korytarzach też nie brała się znikąd, wiedziała, że pewne zachowania wynikały z powtarzalności wzorców, które znajdowały się w domu. Czym skorupka za młodu nasiąknie... Zdawała sobie sprawę, że w takim przypadku można było postępować dwojako, niektórzy powtarzali zachowania swoich rodziców, inni próbowali być kimś zupełnie innym, stawali się ich przeciwieństwem, bo nie chcieli pozostać tacy, jak Ci którzy niekoniecznie zachowywali się w stosunku do nich w porządku. Zastanawiała się nad tym, kiedy spoglądała na niego. Czy faktycznie, gdyby było mu tak dobrze, jako temu pochodzącemu z elity, to zrezygnowałby z tego całego życia i spierdolił w nieznane? Nie znała powodu, nie pytała go o to, jaki by on jednak nie był, to nie sądziła, że gdyby traktowali go u siebie odpowiednio zniknąłby sobie ot tak, przyjął nową tożsamość, pochował Aloysiusa, jakby ten nigdy nie istniał, a teraz tak to wyglądało. Nowe imię, nowa data urodzenia, nowy on, właściwie to nie taki nowy, bo przecież to wydarzyło się dawno temu, tylko dla niej to było zupełnie nowe. Spowodowało, że Prudence zastanawiała się nad tym, czy jej dosyć ostre słowa w przeszłości faktycznie miały sens. Dosyć łatwo jej było wtedy oceniać jego idealne życie, tylko na ile ono było idealne, kiedy nikt nie patrzył, gdy zamykały się za nim drzwi rodzinnego domu? Nie mogła tego stwierdzić, nie mogła tego wiedzieć, zakładała pewne wyobrażenie na podstawie tak właściwie niczego, żadnych faktów, konkretów, nigdy się w to nie zagłębiała, a może powinna być nieco bardziej otwarta. Miał rację, stosowała odwrócony klasizm, z czego aktualnie wcale nie była dumna. Potwierdziły to jego słowa, w milczeniu przyglądała się mu, gdy odpowiadał na jej pytanie, właściwie to nie spodziewała się takiej szczerej odpowiedzi. Może faktycznie coś się między nimi zmieniło, zdecydowanie nie byli już swoimi wrogami. Nie przerywała mu, bo nie chciała zgubić sensu wypowiedzi. Nie chciała, żeby cokolwiek jej umknęło. Zamiast tego analizowała w głowie wszystkie jego słowa, po kolei, naprawdę chciała zrozumieć jego podejście, dlaczego? Póki co nie miała pojęcia, ale trochę zrobiło jej się go żal, zwłaszcza po tym, co usłyszała. Nie umiała sobie wyobrazić jak to jest, nie znać tego uczucia, dla niej to było całkiem naturalne, jedno, jedyne miejsce do którego przynależała, gdzie zawsze była mile widziana. To wcale nie było takie oczywiste, że inni nie mogli tego odczuć, próbowała więc postawić siebie w takiej sytuacji. Czy gdyby nie zaznała tego w dzieciństwie to faktycznie wiedziałaby, czego może jej brakować? No nie, bo skąd mogłaby wiedzieć. Nie łatwo jest tęsknić za nieznanym. - Kiedy tak o tym mówisz, to nabiera sensu. Twoje podejście nabiera sensu. Skoro nigdy tego nie zaznałeś, to nie wiesz, jak to wygląda, nie masz za czym tęsknić, przykro mi... - Może nie powinna tego mówić, ale naprawdę było jej go szkoda. Zwłaszcza, że kiedyś tak lekko przychodziło jej ocenianie jego zachowania, docierało do niej, że ono też nie brało się znikąd, to była maska? Gra? Może nie do końca, ale na pewno częściowo. - Najważniejsze, że udało Ci się znaleźć swój cel, chyba jesteś szczęśliwy? - Zdawała sobie sprawę, że mogły istnieć różne oczekiwania od życia, dla niektórych wolność była czymś takim. Jeśli spędził dzieciństwo wśród konserwatywnej i tradycyjnej rodziny i w końcu się wyrwał z tego świata na pewno ją doceniał. Nikt nie mówił mu co ma robić, nie narzucał swoich oczekiwań, to na pewno było głębokim oddechem od tego, co miał na miejscu. Tylko, czy faktycznie dało się tak spędzić całe życie? Ciągle podążając przed siebie, łaknąc tylko i wyłącznie adrenaliny, nowych wrażeń? Nie miała pojęcia, nie wiedziała, czy jest to możliwe, czy prędzej, czy później nie miało nadjeść wypalenie? Czy dało się gonić za czymś bez końca? Naprawdę chciałaby to wiedzieć, ale sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, zdecydowanie to nie były tematy, które kiedykolwiek rozważała. - Trudno jest stwierdzić, że może się czegoś pragnąć, jeśli nie miało się szansy zaznać kiedykolwiek czegoś podobnego. Myślę, że doceniłbyś to, gdyby się pojawiło, może kiedyś będziesz miał okazję. Nigdy nie mów nigdy, czy coś. Los bywa przewrotny. - Naprawdę życzyłaby mu tego. Nie umiała sobie wyobrazić jak to jest przeżyć całe swoje życie bez tego dziwnego uczucia przynależności, ale nie takiej wymuszonej, tej zupełnie naturalnej. Miejsca do którego chce się wracać od czasu do czasu, aby po prostu zaznać chwili spokoju. Odetchnąć, zaszyć się na moment, mieć pewność, że nikt Cię nie ocenia, że możesz zawsze pojawić się niezapowiedziany. To naprawdę było wspaniałe uczucie. Powinien go kiedyś zaznać, szczególnie, że przez tyle lat nie miał takiej możliwości, wydawało jej się, że wbrew temu co mówił doceniłby to dużo bardziej niż każdy inny, ale o tym nie zamierzała mu teraz wspominać. Nie spodziewała się, że podczas tego poranka będą poruszać takie tematy, zrobiło się dość melancholijnie, jednak może to i dobrze, że i tego nie ominęli. Wydawało jej się, że ma szansę dzięki temu lepiej go poznać, zrozumieć jego motywację, powoli zaczynała sobie kształtować w głowie jego nowy obraz, zupełnie inny niż ten, który zapamiętała ze szkolnych lat, dużo bardziej złożony, aż głupio jej było, że traktowała go tak płytko, że próbowała wyjaśniać jego zagrywki tym głupim pochodzeniem, które okazało się nie być dla niego ważne, inaczej na pewno nie rzuciłby wszystkiego w pizdu i nie zniknął, nie zakopał swojej dawnej tożsamości, nie stał się kimś innym. Widać i życia elity nie były usłane różami, wręcz przeciwnie, docierało do niej teraz, że mieli chyba jeszcze gorzej, niż takie szaraczki jak ona, na które praktycznie nikt nie zwracał uwagi. Droga którą podążył spowodowała, że nie miał już odwrotu, na pewno nie przyjęliby go z otwartymi ramionami. Z tego, co pamiętała był jedynym synem, dziedzicem - a on pierdolnął całe to bogactwo, tradycje i wybrał wolność. Było to na swój sposób imponujące, ale z drugiej strony nie umiała sobie wyobrazić tego, jak źle musiało być w jego domu, że wybrał taką drogę, być może nie było to jedynym powodem, ale na pewno miało też swoją zasługę. Wpatrywała się w mężczyznę dość długo, w milczeniu. Trochę nie wiedziała, czy powinna powiedzieć coś więcej. Nie była specjalistką w interakcjach międzyludzkim, to było dość dużo - to czym się z nią podzielił, niby sama tego chciała, ale teraz było jej głupio, że nawet nie do końca wiedziała, jak miała zareagować. Nie chciała, aby myślał, że się nad nim użala, czy coś, bo nie o to chodziło, bardziej wolałaby, aby po prostu uwierzył w to, że i dla niego jest jeszcze nadzieja, dla każdego przecież była. To, co działo się w przeszłości nie powodowało, że przyszłość była jasno określona, zawsze był wybór, można było spróbować czegoś innego, sprawdzić, czy ma to sens. Tyle, że jeśli tego nie chciał, jeśli faktycznie był teraz szczęśliwy, to czy w ogóle pojawiała się potrzeba, aby próbował coś zmieniać? Wiele czynników miało na to wpływ, cóż, miała nadzieję, że kiedyś faktycznie zazna tego wspaniałego uczucia, jakim było posiadanie domu, nie do końca w postaci budynku, a bardziej tego metaforycznego znaczenia. - Nie wątpię. - Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądała aktualnie sytuacja w Wielkiej Brytanii. Tu po raz kolejny wydawało jej się, że oni jako rodzina półkrwi mieli najmniej do stracenia. Znajdowali się pomiędzy czystokrwistymi, a mugolakami. Nie musieli właściwie angażować się w ten konflikt, bo ich nie dotyczył, przynajmniej jak na razie. Jedni i drudzy ich potrzebowali, aby przepchnąć swoje postulaty, znajdowali się na samym środku, ale czy faktycznie to powodowało, że mogli czuć się bezpiecznie? Ostatnio właściwie każdego mogło spotkać coś złego. Nastroje nie były najlepsze, wystarczył tylko moment, a każdy mógł zamienić się w proch. On na pewno nie był tutaj mile widziany, nie wspominałby o tym, że teraz jest już kimś innym, nie mówiłby, aby nie wspominała jego dawnej tożsamości. Spodziewała się, że to co zrobił mogło odbić się echem, chłopak pochodzący z jednej z najbardziej konserwatywnych rodzin rzucił wszystko w pizdu i zniknął z kraju, na pewno wzbudzał kontrowersje. Zapewne znaleźliby się tacy, którzy udowodniliby mu, że tak się nie postępuje, mógłby posłużyć za przykład dla innych, którzy mieliby ochotę wyrwać się z tego świata. Docierało do niej, jak bardzo ryzykowany był mógł być dla niego powrót do kraju akurat teraz, kiedy nastroje były takie kontrowersyjne, a wojna stawała się coraz bardziej zaciekła. - Nie potrzebuję nianiek. - Mruknęła cicho, bo przecież była dorosła, potrafiła o siebie zadbać. Zresztą nigdy się nie wychylała, bo wiedziała, gdzie dokładnie jest jej miejsce w tej całej hierarchii. Nie, żeby podobało jej się to, co działo się w kraju, ale nie zamierzała się angażować w ten cały konflikt dopóki nie zostanie do tego zmuszona. - Ale tak, będę miała to na uwadze, może pomijając Romulusa, bo bez przesady. - Od jakiegoś czasu nie miała problemu z tym, aby przebywać blisko, czy rozmawiać z Ambroisem, czy Corneliusem, wiedziała, że nie pozwoliliby, aby stała się jej krzywda. Może nie należała do ich najbliższego grona, ale też miała świadomość, że jej los nie był im, aż tak obojętny. To było całkiem miłym uczuciem, świadomość, że był ktoś, kto faktycznie interesował się tym, czy wszystko u niej w porządku. - Dopiero zacznie się syf, zdaje sobie z tego sprawę, ale gdy tak o tym myślę, to chyba nie jestem w najgorszym położeniu, wiesz? My, szaraczki, półkrwi nie należymy ani do jednej, ani do drugiej strony, pewnie dużo czasu minie nim przypomną sobie o naszym istnieniu, co w tej chwili nie jest wcale takie złe. - To była ta opcja, którą zawsze najchętniej wybierała - bycie tłem, przemykanie gdzieś bokiem między cieniami, niezauważalnie. Naprawdę cieszyła się, że tacy jak ona nie są teraz najistotniejsi. - Naprawdę sobie poradzę, wiesz, że jestem już duża, co nie? - Próbowała wprowadzić w ich rozmowę ponownie nieco lekkości, bo nie chciała się skupiać w tej chwili na całym źle tego świata. Te ostatnie dwa dni naprawdę uświadomiły jej, że nie jest kolorowo, że śmierć może przytrafić się każdemu w najmniej spodziewanym momencie. Nie miała pojęcia dlaczego Londyn spłonął, co chcieli w ten sposób udowodnić, nie wydawało jej się bowiem, aby ludzie mieli zamiar podążać za nimi tylko przez strach, który próbowali wzbudzić. To mogło się wiązać z jeszcze większym zamieszaniem, społeczeństwo zacznie jeszcze bardziej się dzielić, najlepiej więc będzie nadal trzymać się cieni, tam, gdzie było najbezpieczniej, nie wychylać, ale to też było dla niej normą. - Ona jest przerażająca, nie chciałabym jej podpaść. - Bletchley raczej rzadko kiedy się kogoś bała, ale w tym przypadku postanowiła się podzielić swoją opinią. Miała respekt do Ursuli, kiedy spoglądała na człowieka... wydawało jej się, że była w stanie odczytać jego wszystkie intencje, nie, żeby miała coś do ukrycia, jednak to uczucie, jakby była w stanie samym spojrzeniem zamrozić człowieka. Mało kto tak potrafił. - Naprawdę? Nie tego się spodziewałam, jak widać, powinnam w końcu przestać zakładać cokolwiek, bo moje domysły są okropnie dalekie od prawdy. - Nie zapytała o to, gdzie podział się narzeczony, bo czuła, że to nie była najbardziej wesoła historia, najwyraźniej i ciotkę Corneliusa spotkało coś nie do końca przyjemnego w przeszłości. Nie wszyscy mieli swoje szczęśliwe zakończenia, do czego też już dzisiaj doszli. Pozostawało się z tym pogodzić, no zawsze można było próbować na nowo, ale nie zawsze miało to jakikolwiek sens. Prychnęła słysząc jego odpowiedź. - Do tego raczej mnie nie namówisz, ledwie przeżyłam pożary, a miałabym skakać z klifów? Dobre sobie. - Na samą myśl przeszedł ją zimny dreszcz. Prudence miała lęk wysokości, nie byłoby szansy, żeby kiedykolwiek zrobiła coś takiego. Musiałaby być bardzo pijana, chociaż nie, nawet to nie pozwoliłoby jej przekroczyć tej granicy, nie istniało nic, co mogłoby spowodować, że zrobiłaby coś takiego. - Mam lęk wysokości, wolę trzymać się ziemi. - Może i podwodne groty brzmiały całkiem interesująco, tyle, że najpierw trzeba było się jakoś do nich dostać, a tego na pewno by nie przeżyła, obawiała się, że dostałaby ataku paniki, gdyby znalazła się blisko krawędzi. - To bardziej w moim stylu, ruiny i cmentarz, uwielbiam cmentarze. - Dodała jeszcze, jakby się tego nie domyślił. Była całkiem przewidywalna, w końcu pracowała w kostnicy, pasowały do niej miejsca, w których znajdowali się zmarli. Jako dzieciak nieco się ich bała, zwłaszcza, kiedy nie do końca panowała nad swoim darem, który wiązał się z odczytywaniem przeszłości, z czasem jednak, gdy zaczęła nad nim panować zaczęła je traktować zupełnie inaczej. Były to miejsca, które chętnie odwiedzała, mogła przesiadywać tam godzinami, szczególnie, że też nie były jakoś bardzo oblegane. Pokręciła jedynie głową, kiedy znowu się odezwał. Nie przestawał tego robić, ciągle próbował brać ją pod włos i wymusić na niej jakąś konkretną odpowiedź, którą niekoniecznie chciała z siebie wydusić. Niby udawało jej się unikać, ale ciągle do tego wracali, ciągle łapał ją za słówka. Zapewne w którymś momencie uda mu się wyciągnąć z niej to co chciał usłyszeć, szczególnie, że robiła się coraz mniej czujna. Wypity alkohol robił swoje i stawała się coraz mniej oporna na jego zagrywki. Nie zastanawiała się już zbyt długo nad słowami, które padały z jej ust, aktualnie się tym nie martwiła, później? Mogło być różnie, z drugiej strony mówili o szczerości, więc tak naprawdę nie powinna mieć sobie nic do zarzucenia, nie wiedziała jednak, czy chciała być z nim, aż tak szczera. Czuła bowiem, że nie do końca powinna mieć w sobie te różne emocje, gdy znajdował się obok niej, zupełnie nie przeszkadzała jej w tym ich wspólna przeszłość, która nie należała do najprzyjemniejszych, a przecież powinna mieć jakieś uprzedzenia. Bardzo łatwo jednak się ich pozbyła, gdy tak sobie rozmawiali, no i gdy połączyła go z tą osobą, która uratowała jej życie. Świat nie był czarno-biały, wręcz przeciwnie aktualnie wydawał się mieć naprawdę wiele kolorów, których się nie spodziewała. - Tak powiedziałam? Na pewno się nie przesłyszałeś? - Jeśli myślał, że mu to teraz powtórzy, to na pewno się zdziwi, wystarczyło, że raz to powiedziała, prawda. Już od niego zależało, jak sobie to ułoży i co z tego wyciągnie. Mogli się zacząć lubić, ale to nie powodowało, że będzie mu co chwilę powtarzała, jaki to nie był wyjątkowy, co to to nie. - Zresztą, na pewno jesteś wyjątkowy dla wielu osób, tylko spójrz na siebie, ktoś taki jak Ty... - Trochę odwróciła kota ogonem, bo wcale nie tak łatwo było jej się do tego przyznać. Nie dało się ukryć, że Benjy znał swoją wartość, zadzierał nosa i ciągle jej o tym przypominał. Był zupełnie inny od niej, zresztą zawsze tak było, ale dzisiaj dotarło do niej, że to wcale nie miało żadnego znaczenia, bo potrafili ze sobą rozmawiać, przynajmniej podczas tych kilku ostatnich interakcji. - Przyznasz mi rację? Czy piekło wtedy zamarznie? - To był na pewno całkiem dobry powód, aby mówić więcej, mogłaby to zrobić, aby w końcu usłyszeć te magiczne słowa padające z jego ust. - To jest chyba argument, który do mnie przemawia, wiesz, chciałabym to kiedyś zobaczyć. Potrafisz być przekonujący. - Zresztą wcale nie tak trudno byłoby sięgać jej po kolejne ewentualne komplementy, bo nie byłyby nawet wymuszone, wręcz przeciwnie, naprawdę mogłaby o nim powiedzieć wiele dobrego, zresztą aktualnie nawet nie wiedziała, co o tym myśleć, że tak szybko zmieniła swoje zdanie o tym mężczyźnie. Nie był to jednak odpowiedni moment, aby się nad tym zastanawiać. - Sorka, może Ty jesteś przyzwyczajony do takich standardów, ale dla mnie to trochę zbyt wiele. Podejrzewam, że będę się tutaj gubić przez najbliższy tydzień, ten dom jest ogromny. - Już nie chodziło nawet o sam wybór alkoholu, nie zamierzała ukrywać, że to miejsce zrobiło na niej spore wrażenie, cóż, nie da się ukryć, że Prudence nie była przyzwyczajona do takich standardów, nawet sobie nie wyobrażała, jak musiało jej towarzysza zaboleć zderzenie się z tym innym światem. - Ale masz rację, niegrzecznie jest narzekać, ależ ze mnie niekulturalna jędza. - Dobrze, że jej o tym przypomniał, bo przy nim pokazywała się z zupełnie innej strony, tej, która powinna jednak pozostać w ukryciu, co by było, gdyby ciotka Corio usłyszała jej narzekanie? Wolałaby tego nie wiedzieć, nie wyglądała na kogoś kto puściłby coś takiego płazem. Dobrze, że rzuciła ten komentarz w tej ciemnej piwnicy, przynajmniej miała pewność, że pozostanie to między nimi. Benjy by jej nie wydał, na pewno, zaczynali mieć coraz więcej wspólnych tajemnic... - Nie możesz wziąć pierwszej lepszej butelki, podejrzewam, że i tak nie zauważyłabym różnicy. - Nie była w końcu taka specjalistką od trunków, jak on, a do tego i tak już zaczynało szumieć jej w głowie, więc mogła sięgnąć po cokolwiek. - Szkocką! - Dodała jednak po chwili, żeby nie było. Zastanawiała się, czy właściwie będzie miał szansę odróżnić butelki, bo przecież było tu tak ciemno, że mógł mieć z tym problem, ale może nie powinna poddawać wątpliwości oceny specjalisty. - To, że tu siedzę nie było do końca moim wyborem... - Zaczęła całkiem lekko, znaczy na początku nie było jej wyborem, później trochę było, to jednak nie było dość istotne. Właściwie jego pomysł nie wydawał się być taki głupi, mogli opuścić piwnicę i pójść gdzieś. Na pewno znał jakieś ciekawe miejsca, w których mogli się zaszyć, a światło mogło dobrze im zrobić, w końcu dzień się dopiero zaczynał. - Musisz mi tylko obiecać, że to będzie naprawdę fajne miejsce, bo wiesz, tu nie jest najgorzej, a nie chciałabym się zawieść. - Po raz kolejny próbowała wymusić na nim obietnicę, może nie jakąś wielką, ale chciała, żeby pokazał jej coś ciekawego, no - najlepiej, żeby to nie były klify, bo tego mogłaby nie przeżyć. Jako, że dość szybko podjęła decyzję (nawet nie potrzebowała zapewnienia, że zaprowadzi ją w jakieś wyjątkowe miejsce), podniosła się z tej skrzynki na której siedziała. Była gotowa do drogi, czy coś. - Prowadź, może weź jedną flaszkę na zapas, co? Żebyśmy nie musieli się tu wracać. - Jak zawsze miała zamiar pomyśleć o wszystkim, szczególnie, że mieli oddalić się od wodopoju, a dzień dopiero się zaczynał, tak samo jak i oni zaczynali swoją alkoholizację. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 26.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/69a5a487875ed6dfeea8492856a19ae5/6b34cafeceb95a16-1b/s500x750/f620a4139a5d6050042bf5571f2c4a2739fe0c46.pnj[/inny avek] Siedziałem z nią w tej piwnicy, rozluźniony, choć jeszcze nie do końca. Rozmawialiśmy jak dorośli ludzie, nie dzieciaki z Hogwartu, i to było dziwne, ale jednocześnie logiczne i bardzo naturalne - nie było wymuszone, przychodziło mi bardzo naturalnie, Prudence chyba też, chociaż w jej przypadku nigdy nie mogłem być pewny. Próbowałem widzieć jakieś schematy w jej zachowaniu, przewidywać reakcje, często wiedziałem, czego się po niej spodziewać, ale równie często się myliłem. Zaskoczyło mnie, że z taką łatwością udało nam się odnowić kontakt, tak po latach. Teraz, jako dorośli, z bagażem doświadczeń, nagle potrafiliśmy się zrozumieć, i to mnie zaskoczyło najbardziej. - Jak doble wino. - Odmruknąłem w nieprzemyślanym odruchu, ale mimo tego, nie zamierzałem cofać moich słów - zamiast tego uniosłem kącik ust, posyłając spojrzenie w kierunku Prudence. To też było odruchowe, bo w tym półmroku niespecjalnie się widzieliśmy, lecz i tak puściłem do niej oko, ot, to było dla mnie bardzo naturalne zachowanie. Nic nas nie łączyło, ale była naprawdę atrakcyjną kobietą, czas był dla niej nie tylko łaskawy, lecz także zdecydowanie działał na jej korzyść, więc nie kłamałem. Nie musiałem - każdy głupi by to widział, na pewno dostawała na pęczki takich komentarzy, więc jeden więcej nie robił różnicy, ale przynajmniej był miły. Ja starałem się być miły - w imię tych nowych, lepszych „my” - przyjaciele, znajomi, ktoś taki - jeszcze byliśmy na etapie ustalania łatki dla naszej relacji, nawet jeśli nie miała szans potrwać zbyt długo. - Uwaszaj, czego sobie szyszysz, bo jesce w wieku tszydziestu tszech lat pieldolnie ci blokada na maszynie losujasej. Jeden koleś tak miał, był tak pszewidująsy, sze okasało szię, sze istotnie - jeszt jasnowidzem... W dosyś chujowym momensie, walto dodaś. Jak nim pieldolnęło o ścianę, to pszes tydzień zastanawialiśmy szię, czy ta jego wisja dotyszyła zagloszenia szycia... - Przytoczyłem tę historię tak zupełnie znikąd, bez większego powodu i celu, trochę, żeby rozluźnić atmosferę, nawet jeśli była dosyć... Czarna. Tym bardziej, że nigdy nie zweryfikowaliśmy prawdy, bo po tygodniu wyzionął ducha, wcześniej się nie budząc - wolałem tego nie dodawać, ale cóż - takie życie. W tej branży nie było wiele miejsca dla osób ze specjalnymi zdolnościami, które kontrolowały swoich właścicieli, a nie na odwrót. - Zastanowię szię, czy to coś, co mosna tak łatwo wybaczyś, m'kay? Daj mi tlochę czasu, jesce szię losmówimy. - Teraz to ja sam nie wiedziałem, czy grożę, czy obiecuję - chyba to było coś pomiędzy, nie dało się jednak nie zauważyć, że te słowa zabrzmiały bardzo lekko, krył się w nich ten sam uśmiech, co na mojej twarzy. - Nie zachęsasz mnie tym do zamknięcia szię, wies? - W istocie - tym bardziej chciałem wiedzieć, co będzie dalej i jakie sztuczki miała w zanadrzu. Tym bardziej, że nie do końca mogłem zdusić w sobie to poczucie liczenia na ten jeden, konkretny obrót spraw - nawet, jeśli to było głupie, niewskazane i niezbyt prawdopodobne, to kto broni porozmyślać, jakby to było... Już od pierwszych słów, które wymieniłem z nią, poczułem, jak coś się odświeża - jakby powietrze w piwnicy nagle stało się mniej ciężkie, a stare wspomnienia zaczęły wracać do mnie z nową świeżością. Nie spodziewałem się, że po tylu latach, po tym wszystkim, co się wydarzyło, uda nam się tak dobrze dogadać. Czułem, że ta rozmowa ma sens - a powrót do przeszłości, chociaż skomplikowanej, może pozwolić nam spojrzeć na siebie z dystansem i zrozumieniem. Dopiero słysząc słowa Prudence, uświadomiłem sobie, że według dokumentów faktycznie zbliżam się do czterdziestki. To była dziwna myśl, bo jeszcze niedawno wydawało mi się, że czas płynie wolno - mam jeszcze tyle lat przed sobą, a tu nagle, w tym momencie, uświadomiłem sobie, że realnie tak naprawdę też jestem już na prostej drodze do czwórki z przodu... I chociaż to nie była jakaś przerażająca refleksja, to i tak zasiała we mnie nutę zadumy, której nie potrafiłem do końca wyjaśnić. Może to przez to, że mój mentor, który był dla mnie jak mieszanka brata, dziada i ojca, miał około pięćdziesiątki - nawet jeśli wyglądał na dużo starszego, tak właściwie, to dopiero po jego zgonie uświadomiłem sobie, że nie miał wielu więcej lat - gdy zginął. To porównanie jakoś nie dawało mi spokoju - czułem, że jeszcze nie do końca się zestarzałem, choć przecież czas odcisnął na mnie swoje piętno, nie mogłem pochwalić się żadnym wielkim, życiowym osiągnięciem, poza przeżyciem, a lata leciały... A tu rzeczywiście... Prudence miała rację. Uśmiechnąłem się pod nosem, próbując ukryć tę refleksję za żartem, jak zwykle maskując powagę sytuacji i próbując rozluźnić atmosferę. To była moja naturalna reakcja, bo przecież nie chciałem, żeby wyczuła, że coś jest nie tak. W głębi duszy wiedziałem, że muszę się trochę oderwać od tego myślenia, bo zaraz poczułbym się jeszcze bardziej poważny i zamyślony. - Widaś po mnie? - Wyparowałem, zniżając głos do tego znaczącego, porozumiewawczego tonu, jakim pyta się kolegów, jarając kolejnego pokracznie zwiniętego blanta z majeranku. - W wieku piętnastu, no, cztelnastu z hakiem, lat to była adekwatna, logiszna lósznisa, by móc lobiś dolosłe szecy. - Wyjaśniłem pokrótce, by nie wnikać dokładniej w to, co wtedy robiliśmy - mogła się tego domyślić, była w końcu inteligentna. Nie musiałem mówić, jakie to rzeczy, bo ona i tak miała załapać, na pewno. Wiedziałem, że rozumie, bo jest najmądrzejszą osobą, jaką znam - i to mocne stwierdzenie nie brało się z niczego. Była tą, która zawsze potrafiła wyczuć więcej, niż się mówiło na głos - nawet jeśli była przebrzydłą odwrotną klasistką, jak ustaliliśmy, i zupełnie mnie nie próbowała zrozumieć, bo byłem za bardzo za - i na pewno nie potrzebowała wiele, by zrozumieć, że to nie była tożsamość, która towarzyszy mi od kilku lat czy od zniknięcia. Benjy Fenwick był kimś dużo starszym, niż niecałe czternaście lat, nawet jeśli od czternastu lat towarzyszył mi na stałe, był mną, a ja nim. Cztery lata... To była ta idealna liczba - granica, którą wtedy uznawaliśmy za oczywistą, bo to było coś, co pozwalało na wszystko, co dorosłe. Nie miałem problemu z tym, żeby uchodzić za kogoś starszego, bo już w wieku dwunastu lat byłem bardzo wyrośniętym młokosem. Przestałem rosnąć na krótko po Hogwarcie, osiągając imponujący wynik, chociaż dopiero w podróży stałem się tym, kim teraz byłem - wcześniej należałem do tych średnio rozbudowanych mięśniowo, raczej stosunkowo szczupłych, ale długich dzieciaków. To była jeszcze jedna różnica, jaką miałem z pochowaną wersją mnie. Tą, która nigdy nie miała wstać z grobu - pewnie coś go zeżarło w Australii, albo... Cokolwiek, tak właściwie, cokolwiek się z nim stało, ja od dawna nim nie byłem. Pytanie, które usłyszałem od Prue, skwitowałem zaskoczonym prychnięciem. Podwójne urodziny? Dobre sobie - nawet pojedyńcze to za dużo. Niby mógłbym świętować kolejny rok chodzenia po tym świecie - to, że nic tak naprawdę mnie nie zeżarło, ale czy chciałbym tego? Niekoniecznie. Nigdy nie lubiłem mieć urodzin... - Lubię zlobiś sobie wolne w obie okasje, szeby szię najebaś i zobaczyś, co będzie dalej, zazwyczaj zlobiś coś niezbyt inteligentnego, to szię chyba liczy jako świętowanie? - Spytałem, starając się zachować lekko ironiczny wydźwięk słów i wcisnąć trochę niepowagi w coś, co dla Bletchey mogło być przykre albo sprawiające, że zaczęłaby mi współczuć - zdecydowanie tego nie chciałem. Nie po to rozmawialiśmy, żeby było między nami ciężko. - Mosze mas lasję, mosze nie. Jeszt dosyś uniwelsalne, wies, a to wygodne, gdy współplasujesz mięsynalodowo. - Wzruszyłem ramionami, nigdy w to nie wnikałem - to nie tak, że kiedykolwiek czułem się związany z moim drugim imieniem, dlatego chciałem zachować tę tożsamość - prawda była dużo mniej nostalgiczna, nie miała w sobie za pens romantyzmu ani melancholii. Chodziło o kwestie praktyczne - nie mieliśmy zbyt wiele czasu, korzystaliśmy z tego, co pod ręką, a załatwianie tylko jednego sfałszowanego kompletu dokumentów było prostsze i mniej ryzykowne, niż dwóch. Ja wziąłem więc te, które już miałem i jakoś tak zostało - wolałem nie ufać nikomu, poza Corio, pod tym względem. Nie szukałem nikogo w Stanach, ani nigdzie indziej, żeby stworzył dla mnie nową tożsamość. - Ta, jaszne, nie byłaś odwaszna... - Prychnięcie samo poprzedziło moje słowa, wyrywając mnie z zamyślenia, gdy usłyszałem ten bullshit - przecież oboje wiedzieliśmy, że mi pyskowała, potrafiła się odgryzać, umiała dać mi w pięty, szczególnie że tylko tam sięgała - i to się nie zmieniło. - W moim świecie? Nie chcesz wiesieś... Stalałem szię, m'kay? Lepiej było, szebyś dostała od znanego zła, nisz od jakiejś pisdy, czy małego, zakompleksionego kutasa. - Skwitowałem ze wzruszeniem ramionami. Zamknąłem oczy na moment, czując, jak alkohol zaczyna działać coraz bardziej, ale jeszcze nie na tyle, żeby stracić głowę. Nie, nie zamierzałem wyliczać tych momentów, bo to nie o to chodziło. Chciałem tylko, żeby wiedziała - mimo tego, co się działo, pomimo tej naszej wzajemnej wrogości, nie byłem takim zupełnie najgorszym przypadkiem. Jasne - byłem dla niej kolejną plagą egipską, to na pewno, lecz nie tą najgroźniejszą, miałem swoje granice, nawet jeśli przekraczałem te jej. Nie byłem tym mściwym, żądnym krwi wrogiem, za którego mogła mnie uważać, a przynajmniej nie przez większość czasu, nawet już po tym, jak zaczęła naprawdę mnie drażnić. W sumie, mimo że byłem chamski, grubiański, obscesowy i grubiański, to w tym wszystkim była logika. Logika, którą znałem tylko ja. Na przykład, kiedy na korytarzu, zamiast jakiejś grubszej awantury, mogłem naszą krótką, ale intensywną kłótnią, zapewnić jej spokój od tych bardziej okrutnych uczniów, którzy mieli zły humor i chcieli nie tylko ją zdenerwować, ale wyżyć się na niej na różne sposoby - w tym czasami również fizyczne - raczej nie zastanawiając się zbyt długo, po prostu to robiłem. - Wies, jakby nie patsześ, ten „najwięksy kutas, jakiego wisiał świat” nie jeszt snowu asz taką obelgą... - Stłumiłem brecht - mogła się tego spodziewać, rzecz jasna, oczywista oczywistość, że niedokładnie przemyślała swoje słowa - albo wręcz przeciwnie i znowu chciała mnie sprowokować... Wszystko było możliwe, gdy się było Prudence Madison Bletchley, prawda...? - To pewnie pszes tę zbloję, pszyłbisa doskonale sklywa toszsamoś. - Podsunąłem, jakby zwątpiła w to, że potrafię przybierać różne maski - zdecydowanie mógłbym mieć i jakąś rycerską wersję, gdybym tylko chciał. Tyle tylko, że nie chciałem - zamiast paradować na białym koniu, wolałem pomagać jej na swój sposób. Najwyraźniej tak incognito, że w ogóle tego nie zauważyła. Cóż, było już po ptakach... Nawet tych największych kutasach, bo jednak sam się sprzedałem, że chyba nigdy nim tak do końca nie byłem - nie całkiem, momentami naprawdę chciałem dobrze... Ale dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane - życie wielokrotnie mi to udowodniło. - Tszech. - Odruchowo ją poprawiłem, jakby to miało jakieś znaczenie, czy to pięć, czy trzy lata - dwa lata różnicy nie były niczym szczególnie zmieniającym efekt końcowy, ale skoro rozmawialiśmy tak szczerze i bez oporów, to... - Po tszech latach, i tak, to było dosyś mosne. - Chyba nie miałem problemu, żeby jej to powiedzieć, tym bardziej, że ona nie kryła się z informacjami o jej narzeczonym - dwa dni temu przedstawiliśmy sobie najważniejsze fakty, fragmenty swojej miłosnej historii, więc mimowolne dotarcie do liczb, a właściwie to cyfr, i dat nie było niczym szczególnym. Sam nie do końca kontrolowałem to, w jaki sposób przeszliśmy na wyciąganie poważniejszych tematów i sytuacji z przeszłości, bo to, co było - minęło. Już mnie nie dotyczyło. Nie oczekiwałem współczucia - wręcz przeciwnie - to mnie zmieszało, trochę zniesmaczyło, więc pokręciłem głową tak wyraźnie, by to zauważyła. Jednocześnie odezwałem się i rzuciłem jej spojrzenie, które miało być wystarczająco zimne, by nawet w mroku je odczuła i zrozumiała, że nie zamierzam się nad sobą użalać. Mój ton głosu też był raczej twardy i zdecydowany, trochę prześmiewczy. - To jeszteś jedyna. - Skwitowałem, bo skoro było jej przykro, to mogło jej być przykro - mi zdecydowanie nie było. Ja to wszystko przeżyłem, zostawiłem za sobą i to, że o tym mówiłem, nie świadczyło o niczym więcej, jak o tym, iż potrafię z tym żyć. - Wies, szycie, jak to szycie. Tlochę szię zmieniło, tlochę nie. Nie było to nic małego, ale wies, czasem tszeba odejś od tego wsystkiego, znaleś swoje miejsce. - Dodałem, chcąc załagodzić wydźwięk poprzedniej wypowiedzi - tym razem już lżej. - Jak widaś, nie naszekam. - Odpowiedziałem, nie czując potrzeby do tego, by mówić o tym, że mógłbym mieć inne oczekiwania od życia i czuć satysfakcję z czegoś innego, skoro mnie to nie dotyczyło - i nie miało dotyczyć, bo kariera była tym, w co świadomie inwestuję wszystkie zasoby. Nie dom, nie rodzina - o tym już nie chciałem słyszeć. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki... Czy coś. - Nie pitol. - Próbowałem rozluźnić atmosferę, bo przecież nie było sensu się przejmować. Mimo wszystko, czułem, że ta rozmowa jeszcze się nie kończy, i jeszcze wiele możemy sobie powiedzieć, zanim wszystko zniknie w tej ciemnej piwnicze, nie opuszczając tych ścian, bo wyciąganie tego na wierzch nie ma sensu. Natomiast, po prawdzie, słuchanie pierdolenia motywacyjnego o tym, jak może zmienić się moje życie - to nie było coś, co chciałem robić. Zmieniłem temat - najwyraźniej trafiając w coś, o czym, tak dla odmiany, to Prudence nie chciała słyszeć. - A sojuszników jusz tak. - Przypomniałem, chociaż to było raczej jasne - nie, nie sugerowałem, że Prue potrzebuje opiekunek, tylko, że powinna świadomie korzystać z zasobów społecznych, jakie jej się trafiły. Tak, nawet z Romulusa... - Czym ci podpadł? - Zadałem bardzo oczywiste pytanie, parskając, i znowu poważniejąc. - Nie jesteszcie szadną se stlon... No, właśnie, Plue. - Nie musiałem nic więcej dodawać, bo to prawda stara, jak świat - to, co pośrodku, jest niczyje. Jasne - mugolaki i czystokrwiści mieli łagodniejsze spojrzenie na osoby półkrwi, niż na siebie nawzajem, ale to pozostawała grupa niczyja. Ani tu, ani tu - a więc również problematyczna, jak każda szara strefa... Nawet niewidoczna, wzbudzała myślenie. - Nie? - Podsumowałem ją tym jednym słowem, które nawet nie było pytaniem, mocno kręcąc głową i nawet nie próbując kryć rozbawienia. - Tak jakby, gdybyś jakimś cudem tego nie zauwaszyła, mam bes mała dwa metly, a ty... Ile? Metl pięsiesiąt? - No, tak, możliwe, że trochę przesadzałem, ale nie dało się ukryć, iż w moich oczach Prue doskonale oddawała istotę powiedzenia: „To mały krok dla człowieka, ale dla karła normalny.” Po prawdzie mówiąc - była z tym całkiem urocza, tak naprawdę od zawsze, tak jakby wersja miniaturowa, chociaż zdecydowanie nadrabiająca mózgownicą i charakterem. Nie spodziewałem się tego, gdy spostrzegłem ją wyłaniającą się z ciemności, że nagle odnowiona znajomość, po tylu latach, wywoła coś we mnie - dziwny, ukradkowy uśmiech i ciepło, które próbowałem ukryć za maską rozluźnienia. Tak, jeszcze nie byłem do końca pijany, ale czułem, że to zaraz się zmieni... Już było trochę inaczej, niż wtedy, kiedy z niedopitkiem bourbonu w dłoni, zacząłem rozmawiać z Prudence, jakbyśmy byli jak starzy znajomi, a nie dwójka ludzi, którzy kiedyś się znali, a potem rozeszli na różne drogi. Nagle, jakby zniknęła ta przepaść - różnic w podejściu, zamierzchłych niesnasek, no i bez wątpienia czasu, który minął, odkąd się widzieliśmy przed laty - jakbyśmy nie mieli za sobą wielu lat różnych doświadczeń, które nas oddzielały. Dwie osoby w tym samym momencie, w tym samym miejscu - rozmawiające na niskim poziomie, ale tylko dlatego, że tak im to pasuje. Dobrze się czułem, gdy z nią rozmawiałem, bo okazało się, że mimo wszystko - pomimo tego, co się wydarzyło, i jak było między nami, wciąż potrafimy się dogadać. To było zaskakujące, bo nie spodziewałem się tego, gdy zaczynaliśmy rozmowę - takiego naturalnego przepływu słów, takiego porozumienia, jakbyśmy nigdy nie byli sobie nieprzychylni, tylko zawsze się po prostu droczyli... I chociaż w głębi duszy czułem, że coś jest inaczej, coś się zmieniło, to na powierzchni, na pierwszy plan wyszła ta nasza luźna, przyjacielska aura. - No, a mosze powinnaś... - Stwierdziłem, podsuwając kobiecie oczywistą oczywistość - wbrew pozorom, dużo osób, które przeżywają traumatyczne przeżycia i bliskie spotkania ze śmiercią, później zaczyna inaczej podchodzić do życia. Robią różne mniej albo bardzo szalone rzeczy - to nie byłoby dziwne, gdyby spróbowała. Oczywiście, że... Tak, zamierzałem to powiedzieć. - Na smętasz jusz szię wybielałaś, Pludence, plawie sama tam tlafiłaś, pszeszyłaś od chuja golsze szeszy i ty mi mówis, sze szię jescze czegoś boisz...? - Nie przeczę, że próbowałem ją tym podpuścić, całkiem celowo stawiając sprawę w ten sposób, ale chyba była na to zbyt trzeźwa... I za sztywna. Tak, to też mogłem jej zasugerować, wręcz na to czekałem. Szczególnie, że ona też mi nie darowała swoich zaczepnych komentarzy - była w nie wyjątkowo hojna, rzucając kilka haczyków, których nie pochwyciłem, bo zamiast tego zacisnąłem usta, mocno kręcąc głową i powstrzymując rozbawienie. Mogła mi naprzemiennie zadawać pytania i prawić niezbyt udane komplementy - niczego nie łapałem, byłem na to chyba za trzeźwy. Musiała spróbować w innej chwili, może w zupełnie innej sytuacji - kto wie... Wreszcie wstałem - chwytając się nie baitów, a butelek z regału. - Twoje kubki smakowe nie mogą byś balsiej pszeszalte od moich, a moje czują lósznisę, wies... - No tak, w sumie, to był jej wybór, a ja byłem tylko kimś, kto miał jej podać wybrany alkohol - to oznaczało mniej więcej tyle, że dopóki nie dała mi jasnej odpowiedzi, mogłem tylko stać i patrzyć się to na jej zarys w półmroku, to na półkę z butelkami, zastanawiając się, co dalej - czy nadal chcemy siedzieć tutaj, czy może już czas się spakować i spadać gdzieś, gdzie będzie fajniej. - Gadas, jakbym co najmniej cię tu tszymał siłą, a pszeciesz ploponowałem, sze cię odplowasę. - Przewróciłem oczami, sięgając po tę jej szkocką, jednocześnie kątem oka widząc, jak kobieta wstaje, więc nieco przyspieszyłem ruchy - tak, by w razie czego móc jej podać rękę, bo było ciemno. Na szczęście to nie było konieczne. Nie musiała mi mówić, że potrzebowaliśmy tego więcej - tu także przewróciłem oczami, kręcąc głową - nie byłem amatorem. - Bieszemy se cztely... - Dwie były moje, jedna jej i jedna na zapas - całe szczęście, miałem w spodniach całkiem głębokie kieszenie, by wsadzić sobie w nie po jednej butelce, jedną łapiąc w garść, a ostatnią wyciągając ku Prudence. - Tszymaj. - Oznajmiłem. - Jesztem cool człowiekiem, oczywiście, sze zabielam cię w doble miejsce... Tylko daj mi wolną lękę, szeby jakoś nam to poszło. - Poleciłem, wyciągając swoją ku niej, bo tak było najłatwiej przejść przez wszystkie konieczne korytarze piwnicy. Na lampę nie mieliśmy miejsca, ale to miała być prosta droga. RE: [10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 26.04.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/aad854ac17c2fc7cf148412242196000/0f5e95f39c658971-83/s250x400/1884f2e6a6818f4810d58741b5c0f4c81571de5a.pnj[/inny avek] Niby całkiem lekko im się rozmawiało, jednak tematy, które poruszali, cóż były różne. Nie mieli problemu z tym, aby mówić o wszystkim, co tylko przyszło im na myśl, to też było nowe, bo kiedyś nie było szansy na to, aby dzieliła się z nim wszystkimi swoimi myślami. W tej chwili? Nie miała z tym najmniejszego problemu, słowa same opuszczały jej paszczę i jakoś tak dziwnie się układały. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek tak lekko przyjdzie im dogadywanie się, jak widać była nieco spaczona ich poprzednimi standardami, zupełnie niepotrzebnie, bo tym razem było wyjątkowo przyjemnie. - Nie musisz... - Na pewno był jedną z tych osób, która nic nie musiała. Nie chciała go oceniać, ale ciągle to robiła. Nie musiał być dla niej miły, nie potrzebowała tego, Bletchley całkiem dobrze czuła się w tej neutralnej otoczce. Może nie musiał, a chciał? Nie była w stanie dostrzec jego miny, sprawdzić, czy powiedział to samo z siebie, czy nakazywały mu tego dobre maniery, dużo prościej było odczytywać intencje innych, gdy było widać ich twarze. Mrok ogarniający piwnicę nieco to wszystko utrudniał, z drugiej strony też ułatwiał otwarcie się przed sobą praktycznie obcym osobom. Wszystko miało swoje plusy i minusy, czyż nie? Nie miała pojęcia, czy był w stosunku do niej szczery, czy nie, czy po prostu starał się nieco zmienić swoje podejście. Wiedziała, że ludzie stosowali różne metody, aby wyjść na miłych w obyciu, chociaż w sumie do niego jej to trochę nie pasowało, nie wyglądał na kogoś, kto lubił grać, wydawał się jej być okropnie naturalny we wszystkim, co robił, nawet w tej ciemności, która ich otaczała. Kto by się spodziewał, że kiedyś spotka ją coś podobnego, siedziała, właściwie to siedziała i piła wino w towarzystwie osoby, której intencji jeszcze kilka minut temu nie mogła być pewna, w sumie to też nie wiedziała, czy już może być pewna, chociaż może trochę? Wydawało się jej, że zmienili swoje nastawienie co do siebie, byli w innym miejscu, niż jeszcze te kilkanaście lat temu. To było całkiem miłą odmianą. - Całkiem zabawne, bo blokada mnie pierdolła z dwadzieścia lat temu. - Nie mógł tego wiedzieć, była to jedna z jej tajemnic, którymi się nie dzieliła z nikim, no, może poza członkami swojej rodziny. - Tyle, że ja nie przewiduje, bardziej się cofam? - Rzuciła nieco niepewnym tonem głosu, bo nie do końca wiedziała, jak mogłaby mu to wytłumaczyć. Widziała więcej, praktycznie od zawsze, cofała się do przeszłości, kiedyś powodował to przypadkowy dotyk, aktualnie umiała wywołać trans dzięki świeczkom i tej całej otoczce. W sumie nie miał możliwości tego wiedzieć, na pewno tego nie wiedział, więc całkiem nieźle trafił z tym trzecim okiem, musiała my wybaczyć, że nie udało mu się tak zupełnie wycelować, ale i tak był niezły w tych swoich rozważaniach, a może to ona po prostu była zupełnie przewidywalna. To byłoby naprawdę rozczarowujące, bo mimo wszystko, wolałaby mieć jednak jakieś asy w rękawie. W sumie zupełnie lekko przychodziło jej teraz mówienie mu o wszystkim, jakby naprawdę łączyło ich coś, a co? Jeszcze nie wiedziała, jak można by to nazwać, ale nie dało się nie zauważyć, że coś się miedzy nimi tworzyło. - Dam Ci trochę czasu, tylko pamiętaj, że nie masz go zbyt wiele. - Bo przecież mówił jej o tym, że jest tutaj na chwilę, że niedługo będzie się stać zmywać, wolała mu to przypomnieć, gdyby nie daj Morgano sam o tym nie pamiętał. Prudence miała głowę do takich szczegółów. - Nie wiem, jakbym wiedziała, to bym przecież tego nie robiła. - Mruknęła, jakby to była najbardziej oczywista z oczywistości, chociaż chyba zdawała sobie sprawę ku czemu zmierza. Nie, żeby sama nie pomyślała o tej najbardziej prostej z metod, na pewno by zadziałała, chociaż, właściwie? Wyglądał na kogoś który był odporny na takie drobne uroki, faktycznie musiałaby to przetestować i sprawdzić, czy mogłoby to mieć jakikolwiek sens. Tyle, że chyba w momencie, w którym dowiedziała się kim faktycznie jest niektóre rzeczy przestały być, aż tak oczywiste, musiała się nieco bardziej pilnować, aby nie przekraczać granic, które dwa wieczory wcześniej wydawały jej się nie istnieć. Powinna przybrać tę wersję siebie, która była chociaż odrobine bardziej odpowiedzialna. To nie tak, że nie chciałaby spróbować tej jedynej, najwłaściwszej metody, dzięki której mogłaby go uciszyć, ale wiedziała, że nie mogła sobie na to pozwolić. Nie teraz, nie kiedy dowiedzieli się o sobie tak wielu rzeczy. Trochę jej to mąciło w głowie, zwłaszcza, że znała już smak jego ust. - Czy jakby było po Tobie widać, to byś się przejmował? - Odpowiedziała pytaniem na zadane pytanie. No przecież nie mogła mu powiedzieć, że chuja, a nie widać, po po pierwsze to nie za dobrze go widziała w tej ciemności, a po drugie z tego, co zapamiętała z ich poprzedniej interakcji to prezentował się całkiem nieźle, właściwie to było nawet trochę za mało powiedziane. Wolała więc sięgnąć po bardziej neutralna odpowiedź, bo jeszcze by sobie coś pomyślał... coś nieodpowiedniego, a zdecydowanie nie mogła ku temu dążyć, chociaż zdarzały się takie momenty, jak te, kiedy chciała to zrobić. Musiała się skupić, i przestać myśleć o głupotach. - Dawno, ale nie powiem, żeby mnie to dziwiło. - Wiedziała, że oni wszyscy mieli swoje sposoby na to, aby być bardziej dorosłymi. Nie do końca to rozpracowała w czasie nauki w Hogwarcie, ale wiedziała, że coś jest na rzeczy, jakoś musieli omijać system, inaczej nie widziałaby ich tyle razy omijających zasady, reguły, jak zwał tak zwał. Nigdy nie dopytywała o to Eliasa, bo po prostu wolała nie wiedzieć - im mniej wiedziała, tym była spokojniejsza i mogła udawać, że nie ma o niczym pojęcia. Tak naprawdę nie była, aż tak wielkim wrzodem na tyłku jak się mogło wydawać, wiele widziała, ale przymykała oko na większość ich wykroczeń - nie chcąc komplikować im życia. Szkoda, że nikt tego nigdy nie doceniał. - Czyli, tak w zasadzie, to trochę wygrywasz? Masz urodziny dwa razy w roku, tylko pozazdrościć. - Skoro wspominał o tym, że świętował i jeden i drugi dzień... to nie mogło być inaczej. Nie, żeby zazdrościła mu tego, jak to właściwie wyglądało, chociaż, czy jej celebracja urodzin jakoś specjalnie się od tego różniła? Piła alkohol i obżerała się swoimi ulubionymi przysmakami, zazwyczaj w samotności, nie była wcale w tym lepsza od niego. - Zaintrygowałeś mnie, czym jest dla Ciebie coś nie nazbyt inteligentnego? - Powtórzyła za nim, chociaż nie była pewna, czy faktycznie chce znać odpowiedź, ale to pytanie już padło, więc pozostawało jej na nią zaczekać. Nie wątpiła, że uchyli jej nieco rąbka tajemnicy. Benjy dzisiaj wydawał się być całkiem otwarty, rozmowa szła im bardzo lekko, jakby naprawdę wiele się między nimi zmieniło, tak właściwie to czuła, że dokładnie tak było, coś się zmieniło, sama jednak jeszcze nie do końca wiedziała co. Pewnie z czasem się tego dowie - nie musiała wiedzieć wszystkiego od ręki, wbrew pozorom. - Nie do końca wiem, po prostu sobie gdybam. - Nie miała pojęcia, jak podchodzili do kwestii zmieniania jego tożsamości, sama Bletchley gdyby do czegoś takiego doszło w jej obecności, na pewno bardzo by się postarała o to, aby nikt nie mógł dotrzeć do prawdy. Zdawała sobie jednak sprawę, że mogły pojawić się nieco inne czynniki, które mogły utrudnić sprawę. - Stawiałam Ci się, ale to nie oznacza, że byłam odważna. - Może faktycznie powinna to sprostować. Wyzwalał w niej wtedy bardzo specyficzne emocje, których wcześniej nie umiała w sobie dostrzec, właściwie uważała to za całkiem dobre doświadczenie, bo pewnie nie wiedziałaby o tym, że ma w sobie takie pokłady energii. - Oczywiście, wiadomka, że zawsze lepsze jest znajome zło od tego obcego. - Wbrew pozorom naprawdę próbowała zrozumieć jego podejście, nie ignorowała tego, co do niej mówił. Mniejsze zło... to nie był typowy sposób działania, ale mógł mieć sens, szczególnie w przypadku osoby podobnej do niej. Może kiedyś dostrzeże go w tym jeszcze więcej. - Nie mówię o takim kutasie, o jakim myślisz. - Oczywiście, że powinna się spodziewać tego, ku czemu podążą jego myśli. To było, aż nazbyt oczywiste. - Nigdy nie widziałam Twojego kutasa, chodzi o Twoja kutasiarską osobowość. - Przecież to wiedział, właściwie nie mogła uwierzyć w to, że postanowiła to sprostować na głos. Czasem zdarzało się jej palnąć takimi, jakże wyszukanymi komentarzami. - Od zawsze lubiłeś się chować? - Może faktycznie coś w tym było, kiedy dłużej nad tym rozmyślała. Benjy nie pokazywał jakim był człowiekiem, wydawał się należeć do tych płytkich osób, a do niej teraz docierało to, że wszystkie jego czyny miały jakieś większe znaczenie. Spojrzała na niego uważnie, kiedy ją poprawił. Chyba domyśliła się, co teraz robił. Trzy lata. Tyle musiało trwać jego małżeństwo? Nie chciała go o to wypytywać, ale sam najwyraźniej postanowił dać jej odpowiedź. To, o czym jeszcze chwilę wcześniej mówili, to były tylko spekulacje, na temat rzeczy, które nigdy się miały nie wydarzyć, nie podejrzewała bowiem, aby faktycznie myślał o tym, aby przebranżowić się na swatkę. Byli ze sobą wyjątkowo szczerzy, w tych wszystkich swoich bardzo bolesnych, osobistych doświadczeniach, nie musieli tego robić, ale chyba poczuli, że chcą się przed sobą otworzyć, tak jak rozumiała dlaczego robili to tej nocy podczas pożarów, to teraz? Teraz nie umiała znaleźć przyczyny, potwierdził to, że faktycznie miał zamiar niedługo się stąd ulotnić, ona to zaakceptowała, przyjęła do wiadomości, ale może właśnie o to chodziło? Towarzyszyła im ciągle myśl, że to było chwilowe, że jeszcze moment i się rozejdą i tak właściwie to nikt nie będzie ich oceniał. - Tak, widać, że nie narzekasz, masz się wyśmienicie, nie powinnam tego negować. - Po raz kolejny ona nie miała problemu z tym, aby przyznać mu rację. Zdecydowanie zmieniła się na przestrzeni lat, kiedyś nie przychodziło jej to tak łatwo, była gotowa bronić swojego zdania, z biegiem czasu nauczyła się odpuszczać, co wcale nie było taką złą cechą. Mógł jej mówić swoje, ale ona i tak czuła, że siedziało w nim coś więcej. - Przestaję, widzisz, tak się to robi, nie mam takich problemów z zamykaniem się, jak Ty. - Skoro nadarzyła się okazja, to zamierzała mu zademonstrować, jak powinno się to robić, mógł się od niej uczyć, czy coś i wcale, ale to wcale nie czuła się jak wyłączony telewizor. - Sojusznicy mogą okazać się przydatni. - Wbrew pozorom zdawała sobie z tego sprawę, chociaż to nie był jedyny powód dla którego zadawała się z tymi ludźmi, a nie z innymi. Jakoś tak potoczyły się ich losy, że wylądowali w tym samym momencie na stażu, musieli współpracować, aby było im łatwiej. - Tym, że chce zrobić ze mnie swój obiekt badawczy. - Miała nadzieję, że zrozumie o co jej chodziło. Romulus był psychiatrą, przypadki jak ona, były dla takich osób bardzo interesujące, a Prue nie znosiła, gdy ktoś traktował ją w ten sposób. - Uda mi się żyć w cieniu, jak zawsze, umiem to robić. - Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła się dostosowywać, robiła to od wielu lat, nie rzucała się w oczy, po prostu sobie egzystowała między wszystkimi, to wcale nie było takie trudne, jakby się mogło wydawać. - Weź przestań, nie chodzi mi o wzrost, wiesz przecież. - Był bystry, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, co miała na myśli, nie musiał sięgać po takie argumenty... - Metr sześćdziesiąt trzy. - Poprawiła go jeszcze, i brzmiała przy tym naprawdę dumnie. Nie uważała, że powinna się wstydzić swojego wzrostu, może nie należała do najwyższych, ale jednak miała całkiem spory charakter, który mieścił się w tym drobnym ciele. Nie miała pojęcia, jak właściwie doszło do tego, że ta rozmowa przebiegała właśnie w ten sposób, nie dało się nie zauważyć, że coś się między nimi zmieniło, tylko kiedy? Już ona dobrze wiedziała kiedy, ale wolała o tym nie myśleć, zdecydowanie łatwiej się na to patrzyło próbując sobie wmówić, że po prostu zaliczyli katharsis, i nagle samo się wszystko zmieniło. - Oczywiście, wolę Cię uprzedzić, że są pewne rzeczy, które mogą spowodować, że nie będę sobą. - Tak, w to wpisywał się ewentualny atak paniki związany wysokością. - To jest tak głęboko zakorzenione, że pewnie nie da się nic z tym zrobić. - Mógł ja podpuszczać, sugerować jej, że nie powinna niczego się bać, ale Prue wiedziała swoje. Ona i wysokości się nie polubią - nigdy. Każdy miał pewne ograniczenia, mniejsze, lub większe, a ona przynajmniej była swoich świadoma i nie bała się o nich mówić, powinien to docenić, a nie sugerować jej, że wcale nie były takie straszne i że czas najwyższy, aby przestała się bać czegokolwiek. Jasne, alkohol często wzbudzał odwagę, ale nie spodziewała się, aby mógł pozbyć się tego z jej największych lęków. - Nie chodzi o to, że są przeżarte, przecież mówiłam... Twoje czują różnicę, bo masz doświadczenie, nie powiesz mi, że to prawie dwadzieścia lat życia pośród elity Cię nie spaczyło. - Nie mogła się powstrzymać od komentarza, bo jasne mógł jej sugerować swoje, ale ona i tak wiedziała lepiej. Na pewno bywał w wielu podobnych miejscach do tego, gdzie mógł żaglować butelkami, wybierać swoje ulubione trunki, Bletchley nie miała tej przyjemności, to było dla niej coś zupełnie nowego. - Może z czasem nabiorę doświadczenia i też zacznę je rozróżniać. - To brzmiało, jak całkiem niezłe wyzwanie, a Prue uwielbiała wyzwania, więc mogłaby się w cos podobnego zaangażować. - Nie chcę, żebyś mnie odprowadził, przecież Ci to już mówiłam, nie o to chodzi. - Najwyraźniej jej nie rozumiał, a może faktycznie nie do końca odpowiednio sklejała swoje słowa, była już nieco wstawiona. To wcale, a wcale nie byłoby takie dziwne. - To znaczy nie chcę, byś teraz mnie odprowadził, później możesz. - Wolała to jednak sprostować, bo zaczynała się nieco miotać w swoich zeznaniach, tylko tego brakowało. Inaczej nie było szans, że trafi do tej swojej, magicznej sypialni. - Cztery to dużo... - Mruknęła do siebie, bo w sumie to wolałaby nie przesadzić, ale Benjy też był duży, na pewno potrzebował więcej alkoholu, więc właściwie wszystko zaczynało nabierać sensu. - Dla Ciebie to pewnie nie jest dużo. - W końcu powiedziała to w głos, chociaż powinna to być rozmowa, którą przeprowadzała sama ze sobą. - Niby jak miałabym Ci cokolwiek narzucić, skoro nawet nie wiem, jakie są możliwości, masz wolną rękę, przecież to oczywiste. - Skoro zasugerowała mu, żeby ją gdzieś zabrał, to przecież nie miała zamiaru mu niczego sugerować, o co ją właśnie oskarżał? Zamiast się jednak nad tym zastanawiać, wystawiła prawą rękę, aby sięgnąć po butelkę, którą uniósł w jej kierunku, byli gotowi do drogi, całkiem nieźle zaopatrzeni. Dostrzegła dłoń, którą wyciągnął w jej stronę, nawet przez moment nie wahała się nad tym, aby go za nią złapać, wiedziała, że to może ułatwić im przemieszczanie się w ciemności, więc bez najmniejszego oporu po prostu po nią sięgnęła i ścisnęła delikatnie, bo Bletchley nie miała w sobie zbyt wiele siły. Zamierzała za nim podążać w tych ciemnościach, bez względu na to, gdzie miał zamiar ją wyprowadzić, bo przecież mu ufała. Koniec sesji
|