• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence

[10/09/72] Muddy these webs we weave | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.04.2025, 13:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:59 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Exmoor, poranek, 10 września, piwnica

Był bardzo wczesny, mglisty poranek, niebo było zasnute chmurami, które zdawały się pochłaniać każdy promień słońca. Nie była to jeszcze połowa września, a jednak czułem się tak, jakby lato już dawno odeszło, pozostawiając po sobie tylko chłód i nostalgię. Szarość poranka spowijała wszystko wokół - jezioro, drzewa, pola, góry. Mgła snuła się nisko nad ziemią, sprawiając, że cała okolica wydawała się odcięta od świata, zamknięta w pomiędzy jawą i snem. W porównaniu z gwarnym Londynem, ogarniętym paniką i zniszczeniem, tu panowała prawie całkowita cisza. Tylko od czasu do czasu zakłócał ją odległ krzyk odlatujących ptaków lub odgłos kroków, które słychać było z oddali, gdy ktoś się kręcił po pomieszczeniach. W tej ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu, można było poczuć coś grobowego - coś, co nie dawało spokoju. Od wczoraj miałem wrażenie, że powtarzaliśmy ten sam scenariusz - scena po scenie, jakbyśmy znaleźli się w pętli czasowej - cichy, nerwowy dzień w Exmoor, który kontrastował z wczorajszą nocą, kiedy to Londyn płonął.
Było nas sześcioro - z wyłączeniem Fabiana, nie licząc skrzatów domowych i zwierząt. Ci ludzie, chociaż tuż obok siebie, wydawali się odlegli, jakby każdy z nich był zamknięty w swoim własnym świecie. Wciąż kręcili się po pomieszczeniach, od czasu do czasu rozmawiając cicho, wymieniając spojrzenia, które niosły więcej pytań niż odpowiedzi. Te rozmowy, chociaż krótkie, miały swój ciężar, jakby każde słowo ważyło więcej, niż powinno, podkreślając napięcie tego poranka.
Ciotka Ursula chodziła poirytowana, nerwowo przestępując z nogi na nogę, czekając na powrót Corneliusa, który pracował w ministerstwie i jeszcze nie wrócił, i Ambroise'a, który nadal był w Mungu. Widok jej nerwowych kroków i dźwięk zniecierpliwionego pocmokiwania nie pomagał mi się rozluźnić. Jej ruchy były nerwowe, a spojrzenie pełne niepokoju, choć próbowała je ukrywać. Zawsze była taką osobą, która potrafiła sztywno usiedzieć na miejscu, nie ruszając się przez wiele godzin, a więc jej ciągły ruch tylko podkreślał napięcie, które odczuwała z powodu niepewności.
W końcu poczułem, że muszę coś ze sobą zrobić. Nie potrafiłem siedzieć bezczynnie, gdy wszystko wokół zdawało się być zatrzymane w bezruchu. Postanowiłem więc wyjść na zewnątrz na poranną przebieżkę, choć chłód i mgła nie zachęcały do długich spacerów. Po powrocie do sypialni, w której przed powrotem do Exmoor, nie byłem od piętnastu lat, i po prysznicu, postanowiłem zacząć od czegoś prostego, ale konkretnego. To był mój dawny azyl, miejsce, które pamiętało jeszcze czasy, gdy byłem młodszy, pełen nadziei i planów - pokój pełen porzuconych wspomnień i mebli, które przypominały mi zamierzchłą przeszłość.
W głębi duszy wiedziałem, że muszę uporządkować te skrawki przeszłości, bo inaczej nie znajdę spokoju. Zaczerpnąłem głęboki oddech, wziąłem się w garść i zacząłem przeglądać swoje rzeczy, które od dawna leżały tu zapomniane. Najpierw wyniosłem kilka kartonów do piwnicy, próbując odłożyć na bok to, co już nie było mi potrzebne, ale mogło się kiedyś przydać, a potem zacząłem zabierać część rzeczy z piwnicy na górę. Wiedziałem, że muszę najpierw przejrzeć te drugie, zanim zdecyduję, co z nimi zrobić, jednak głowa nadal pulsowała mi od bólu po wczorajszym piciu, a mgła za oknem nie ustępowała, jakby chciała pochłonąć wszystko dookoła, więc odłożyłem segregację na później - chwilowo przenosiłem i wynosiłem.
Po zaniesieniu kilku kartonów do sypialni i powrocie po kolejne, postanowiłem usiąść na podłodze w ciemnym, chłodnym kącie piwnicy i otworzyć trzymane tam pudełka, które nie powinny trafić na górę, tylko raczej od razu do pieca. To był moment, w którym miałem podjąć decyzję, co z tym wszystkim zrobić - zwłaszcza, że podświadomie szukałem czegoś konkretnego. Gdy usiadłem na chłodnej, wilgotnej podłodze, od razu poczułem, jak ból głowy, który mi towarzyszył od wczoraj, zaczyna się nasilać.
Potrzebowałem czegoś, co zniweluje ten dyskomfort, a bourbon, o którym wiedziałem, że występuje w niedalekiej odległości, wydawał się być najlepszym rozwiązaniem - choć może nie do końca rozsądnym. Może jeszcze było rano, ale czułem, że czas w oczekiwaniu na powrót bliskich płynie inaczej, jakby zatrzymał się w miejscu, nie mogąc ruszyć dalej, więc picie było jak najbardziej usprawiedliwione. Zostawiłem rzeczy na podłodze, tak jak leżały, i ruszyłem do części, gdzie Ursula trzymała alkohole... W powietrzu unosił się ten sam odór wilgoci i starego drewna, które od lat trzymały się na ścianach i podłogach w tej części piwnicy. Przeskanowałem kilka półek, znajdując to, na czym mi zależało - chwilę później usiadłem na podłodze, z głową opartą o ścianę i jednym kolanem podciągniętym do klatki piersiowej, jednocześnie otwierając zakorkowaną butelkę przy pomocy zębów i wypluwając korek, który odbił się od desek. Spróbowałem zagłuszyć pulsujący ból głowy, pociągając alkohol z butelki prosto z gwinta. Bourbon smakował mocno, gorzko, ale przyniósł chwilową ulgę. Liczyłem na to, że posiedzę w ciszy, ile to tylko możliwe, ale w tym samym momencie usłyszałem głośne tąpnięcie, które sprawiło, że zaintrygowany drgnąłem, nasłuchując.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
19.04.2025, 13:43  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
19.04.2025, 15:34  ✶  

Kiedy Cornelius wspominał o tym, że zabierze ją do wakacyjnego domu nad jeziorem nie do końca tego się spodziewała. To całkiem normalne, że rodziny jej znajomych miały takie wielkie letnie rezydencje, prawda? No nie, Prudence nie otaczała się bogaczami, nie miała wokół siebie ludzi, których stać by było na takie zachcianki. Nie, żeby jej to szczególnie przeszkadzało, widać jednak jak bardzo mogły różnić się standardy w zależności od tego, z jakiej rodziny się pochodziło. Próbowała nie dać po sobie znać, że to miejsce zrobiło na niej ogromne wrażenie, Elias nigdy jakoś szczególnie nie opowiadał o tym, jak wyglądał dom, w którym zaszywał się od czasu do czasu ze swoimi przyjaciółmi. Zresztą nie ciągnęła go za język, bo nie bardzo ją to obchodziło. Tym razem i ona się tutaj znalazła, po pierwsze dlatego, że był tu jej bliźniak, po drugie Corio wspomniał też o tym, że mogłaby się na coś przydać.

Nim teleportowali się na miejsce zdążyła jeszcze zajrzeć do swojego mieszkania, które może nie spłonęło, jednak odniosło drobne szkody, będzie musiała poprosić Eliasa, aby wstawił jej nowe okna, bo szyby zostały potłuczone. Cieszyła się, że w końcu go zobaczy, z tego co wiedziała mieli się tu również znajdować jego inni przyjaciele, co nie napawało ją ogromnym optymizmem, bo nie do końca za wszystkimi przepadała, Romulus ledwie kilka dni temu zdążył ją zirytować, zresztą robił to przy każdej możliwej okazji, oni wszyscy to robili jeszcze w czasie kiedy chodzili razem do szkoły. Z niektórymi udało jej się później dogadać, a nawet zaczęła z nimi współpracować jak z Corneliusem, czy Ambroisem. Nie zakładała też, że w przypadku tego, co się wydarzyło ktokolwiek będzie miał ochotę na te niepotrzebne zaczepki i kłótnie, więc może nie powinno być tak źle - powinna trzymać się tej myśli.

Z mieszkania wzięła niezbyt wiele rzeczy, zresztą pakowała się dość szybko, bo wiedziała, że się spieszą. Tak naprawdę to wrzuciła do niewielkiej torby jedynie trochę ubrań i swoje świeczki, bo mogły się jej na coś przydać. To wszystko zostawiła w sypialni dla gości, która tymczasowo miała się stać jej pokojem. Nie miała pojęcia ile tu właściwie zostanie, nie zamierzała się nad tym teraz zastanawiać, zresztą nic jej przecież nie trzymało w Londynie, no może poza pracą, do której będzie miała stąd nieco dalej.

Po rozmowie z bratem, którą odbyła, gdy tylko znalazła się w tym domu została oprowadzona po tej rezydencji, cóż, potrzebowała przewodnika, bo było to zupełnie nowe miejsce, czuła, że minie trochę czasu, zanim faktycznie się w nim odnajdzie. Zresztą bardzo szybko dotarło do niej, że popełniła błąd, gdy powiedziała, że sobie poradzi, że zaraz wróci, bo Elias gdzieś jej zniknął na chwilę.

Pałętała się od kilkunastu minut i nie do końca wiedziała, jak właściwie ma wrócić na piętro. Jakimś dziwnym trafem znalazła się w piwnicach, które były okropnie rozległe. Było tu ciemno i zimno, nie bała się jakoś szczególnie, bo prędzej, czy później powinni zauważyć, że jej nie ma. Nie będzie się tu włóczyć do usranej śmierci. Nie, żeby nie wolała się teraz znajdować w łóżku, nie przespała ostatnich dwóch nocy, była zmęczona, a kiedy była zmęczona robiła się naprawdę marudna, dobrze, że była tutaj sama i nikt nie mógł zauważyć jej frustracji.

Nie podawała się jednak jak na razie. Nadal jakoś człapała na tych swoich krótkich nóżkach, poszukując wyjścia. Nie, żeby czuła, że nagle, raptownie odnajdzie wyjście, jednak wolałaby nie zostać tutaj nie wiadomo jak długo. Zamorduje brata za to, że pozwolił jej się zgubić, po to przecież nie była jej wina.

Oświetlała sobie drogę słabym strumieniem światła, które wyczarowała na czubku swojej różdżki. Coś przykuło jej uwagę, nie było to może wyjście z piwnicy, jednak chyba miała odrobinę szczęścia, bo najwyraźniej trafiła do miejsca, w którym ciotka Corneliusa trzymała alkohol. Przepracowała wiele godzin, chyba mogła sięgnąć bo butelkę, jej również należało się coś od życia, skoro miała utknąć w tej piwnicy, to przynajmniej mogła to robić racząc się przy tym jakimś trunkiem.

Skupiona była przede wszystkim na tym, aby odnaleźć coś, co mogłoby ją zainteresować, chociaż po głębszym przemyśleniu stwierdziła, że była to taka sytuacja, w której nie zamierzała wybrzydzać. Nie zauważyła, że nie jest tutaj sama, całą swoją uwagę przykuła do skrupulatnie poukładanego alkoholu.

Sięgnęła po pierwszą butelkę, która nawinęła jej się pod rękę, wino, było to wino, nie mogła trafić lepiej. Oczywiście, że nie miała przy sobie korkociągu, więc bez zastanowienia postawiła butelkę na ziemi, żeby usunąć korek przy pomocy różdżki, czasem trzeba było korzystać z magii przy takich banalnych sprawach.

- Mam nadzieję, ze mnie nie zawiedziesz. To bardzo słaby dzień. - Mruknęła cicho do siebie, po czym machnęła różdżką, aby zrealizować swój niecny plan.

Wszystko poszło po jej myśli, także ledwie chwilę później trzymała już w dłoni otwartą butelkę, którą zbliżyła do swoich ust, odwróciła się wtedy i dotarło do niej, że chyba nie jest tutaj sama, ktoś siedział pod ścianą. Nie spodziewała się tego, zupełnie, przez co pisnęła odruchowo, serce zaczęło jej bić szybciej, nie zakładała bowiem, że ktoś będzie przesiadywał w tej piwnicy. Nie do końca wiedziała kogo powinna się spodziewać, do tego zareagowała tak głupio, że poczuła, że zaczyna się czerwienić na twarzy, przecież to nie było nic takiego, a ona spanikowała.

- Wystraszyłam się. - Powiedziała cicho, w eter, aby wyjaśnić swoje zachowanie. Dopiero po chwili zaczęła dokładniej przyglądać się osobie, która siedziała pod ścianą. Nie ruszała się z miejsca, dotarło do niej dość szybko, że najwyraźniej nieznajomy, który uratował jej życie podczas pożarów ponownie pojawił się na jej drodze. To było dziwne, bo znajdowali się w piwnicy, u Corneliusa, co świadczyłoby o tym, że go znał. Nie miała pojęcia kim jest i dlaczego przesiaduje w tym miejscu, ale poczuła się okropnie nieswojo, bo przecież miała go nigdy więcej nie spotkać.

Powinna się spodziewać tego, że los nie będzie dla niej szczególnie łaskawy. Raz w życiu zachowała się zupełnie inaczej, niż miała w zwyczaju, robiąc to tylko dlatego, że czuła dziwną pewność, że nie pojawią się żadne konsekwencje spowodowane przez jej spontaniczne zachowanie, a teraz znajdowała się w piwnicy swojego szefa, z typem, którego postanowiła pocałować, swoją drogą ten pocałunek okazał się być naprawdę warty zapamiętania, tyle, że nie spodziewała się, że przyjdzie jej mu jeszcze kiedyś spojrzeć w oczy.

Odetchnęła głęboko, przez chwilę milczała, postanowiła jednak zachować się w miarę przyzwoicie, nim to zrobiła pociągnęła kolejny łyk z butelki - powinien jej wybaczyć. - Cześć. - Bo chyba od tego wypadało zacząć? Cieszyła się, że nic mu się nie stało, po tym jak odstawił ją do ministerstwa, oczywiście, że tak było. W ciągu tych dwóch dni zastanawiała się nad tym, czy przez to, że jej pomagał nie spotkało go coś złego. Wiele osób straciło życia tej okrutnej nocy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.04.2025, 18:10  ✶  
Siedziałem na podłodze w piwnicy, próbując odnaleźć odrobinę przestrzeni dla siebie i ulgi od bólu głowy. Mimo, że od lat byłem przyzwyczajony do obecności ludzi wokół, to teraz, gdy cisza była tak głucha, a dom pełen był oczekiwania na resztę, czułem, jak napięcie zaczyna mnie przygniatać. Zamiast więc tłoczyć się w salonie, schowałem się tutaj, w chłodnej, ciemnej piwnicy, rozluźniając się na tyle, na ile potrafiłem. Przysiadłem, otoczony czymś, co trudno byłoby nawet nazwać półmrokiem - lampa obok mnie emitowała łagodne światło, które ledwo rozświetlało mrok, ale wystarczało, by dostrzec zarys butelki bourbonu, którą trzymałem w dłoni. Szukałem tu odrobiny spokoju, bo chociaż ze względu na pracę, przyzwyczaiłem się do obecności ludzi i gwaru, to atmosferę w domu, pełną napięcia i oczekiwania na przyjaciół, odczuwałem jako głęboko przytłaczającą. Wolałem zająć się swoimi sprawami, odciąć się od tego wszystkiego, więc zaszyłem się tutaj, w tej zacisznej piwnicy, gdzie mogłem się chociaż na chwilę pogrążyć w własnych myślach i sformułować plan na resztę dnia. Otworzyłem sobie bourbon i zamierzałem wypić go w całości, rozkoszując się jego gorzkim, mocnym smakiem. Lampa rzucała delikatny, ciepły blask na moje dłonie, kiedy uniosłem butelkę i odchyliłem głowę, by pociągnąć głęboki, bardzo solidny łyk - naprawdę zamierzałem nie szukać tego wyplutego korka, tylko zamknąć co najmniej pół litra przed opuszczeniem mojej wilgotnej, lekko zatęchłej samotni. Byłem tak skupiony na własnych myślach i planach, że przez chwilę nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś tu się kręci. Piwnice pod domem były rozległe - miały kilka różnych stref i niekiedy mogły przypominać labirynt, dlatego za dzieciaka niemal zawsze bawiliśmy się tu w chowanego. Dopiero szelest i głośny dźwięk zwróciły moją uwagę. Nie od razu zorientowałem się, skąd pochodzi hałas, bo wciąż patrzyłem na butelkę, ale zaraz potem poczułem, jak coś się porusza w korytarzu, za drzwiami piwnicy. Cicho sięgnąłem po lampę, obracając jej światło w stronę, skąd dobiegał ten cichy, niepokojący dźwięk. Mimo że mój wzrok był już przyzwyczajony do słabego światła, jeszcze przez chwilę nie dostrzegałem niczego poza cieniem, który przesuwał się w ciemności piwnicy.
Nie miałem zamiaru się odzywać, bo wiedziałem, że to może przyciągnąć uwagę, a nie chciałem, żeby ktoś wiedział, że tutaj jestem. Potrzebowałem spokoju od napięcia panującego na górze. A potem usłyszałem czyjeś dźwięki i głos... Ten głos...
Fakt, że to była Prudence, pojawiła się tutaj, a ja tego nie przewidziałem, chociaż powinienem - był tu Elias, nie? poza tym pracowała z Corio - wywołał u mnie mieszankę zaskoczenia i dziwnego, ciężkiego uczucia. Od kiedy dowiedziałem się, że to jej pomogłem podczas pożarów Londynu, miałem mętlik w głowie - czułem się z tym niewłaściwie, jakby coś we mnie się poruszyło, i to niekoniecznie w pożądany sposób. Zarówno źle, jak i dobrze. Nie mówiłem nikomu o tym, nie wyjawiałem tego, bo nie chciałem, aby ktoś wiedział, że miałem z nią kontakt inny niż ta przyjacielska przysługa, o którą mnie posądzano, jakbym zrobił to wtedy celowo - a nie zrobiłem, po prostu nie poznałem siostry Eliasa i... To był błąd, duży błąd.
Rozmawialiśmy wtedy o dziwnych rzeczach, byliśmy całkiem blisko, później jeszcze bliżej. Zakończyliśmy tamten wieczór naprawdę blisko i impulsywnie. Po prostu, tak to się potoczyło. Przy nikim innym bym tego nie analizował. Myślałem, że to tylko przypadek z obcą osobą i nie spotkamy się już więcej, bo to tylko jedna z tych nieoczekiwanie miłych chwil pośrodku tragedii, które muszą minąć. Ale nie...
Przez moment milczałem, obserwując cienie, które tańczyły na ścianach, podczas gdy ona mówiła do siebie lub do butelki, jakby próbowała coś wyjaśnić, albo po prostu rozmawiała z własną głową. Instynktownie uśmiechnąłem się na ten dialog, chociaż zaraz poważniałem. To było niespodziewane, nieplanowane, i nie miałem pojęcia, jak reagować, bo zdecydowanie nie powinniśmy się spotkać w tym momencie, w tym miejscu. Nie wiedziałem, czy powinnienem się odzywać, czy zamilknąć, więc siedziałem cicho, licząc na to, że mnie nie zauważy.
Nie przypuszczałem, że natrafimy na siebie jeszcze raz, a tym bardziej tutaj, w tej piwnicy - w domu, który znałem od lat. Oczywiście, nie chciałem, żeby mnie zauważyła, więc starałem się nie ruszać, nie dawałem po sobie poznać, że jestem tutaj. Trzymałem butelkę bourbonu w dłoni, i choć chciałem się napić, to wstrzymywałem się, bo nie wiedziałem, czy to odpowiedni moment. Teraz, gdy już wiedziałem, kto stoi przede mną, w mojej głowie pojawiły się tysiące myśli, ale na zewnątrz próbowałem zachować spokój - wyprostowałem się nieznacznie, opierając się o ścianę, rozluźniony, aczkolwiek czujny. Nie powiedziałem nic na początku, tylko patrzyłem na nią, próbując się nie zdradzić żadną mimiką czy gestem - dopóki sama nie pisnęła i nie odezwała się do mnie, teraz już wyraźnie mnie dostrzegając. Przyłapany...
- Cześć. - Powiedziałem cicho, głosem, który miał brzmieć zwyczajnie, chociaż w rzeczywistości był pełen mieszanki zaskoczenia i ostrożności - rzecz jasna, nie miałem najmniejszego zamiaru komentować wina w ręce Prudence, ani godziny picia. Wręcz przeciwnie - bez słowa podniosłem butelkę, unosząc ją lekko w górę, żeby jej ją pokazać, i odchrząknąłem, zanim dodałem: - Santé. - Uniosłem bourbon toaście, a potem odchyliłem się lekko, z przymkniętymi oczami, wypijając trochę alkoholu. Gdy je otworzyłem, spojrzałem na nią ponownie, z mieszanką ciekawości i powściągliwości. Czekałem chwilę, aż ona coś powie, a sam w tym czasie obserwowałem jej reakcję, starając się odczytać, co sobie teraz myśli - wyglądało na to, że była równie zaskoczona naszym spotkaniem, co ja, i to nie tylko, że wpadliśmy na siebie w ciemnej piwnicy. Podniosłem butelkę jeszcze raz, upijając kolejny łyk, czując, jak mocny alkohol rozgrzewa moje wnętrze. Przy tym wszystkim, co działo się od wczoraj, wydawało mi się, że świat wokół mnie się zatrzymał na moment, jakby czas zwolnił, a teraz nagle znów ruszył z kopyta, nie dając mi szansy na przyjrzenie się tamtej niespodziewanej sytuacji z jakimkolwiek dystansem. Od kiedy dowiedziałem się, że to jej pomogłem podczas pożarów, czułem się z tym jakoś dziwnie, ale liczyłem na to, że będę w stanie jej unikać. No, i się przeliczyłem.
Przeciągnąłem się lekko, uniosłem brwi, próbując ukryć zakłopotanie. Przegarnąłem wilgotne włosy, które na krótką chwilę opadły mi na czoło, i odchyliłem głowę do tyłu, opierając się wygodnie o ścianę - nie zważając na pajęczynę, której nie zdążyłem jeszcze usunąć, starałem się dalej sprawiać wrażenie, że rozkoszuję się chwilą spokoju, choć wewnątrz czułem, jakby coś w powietrzu się zmieniało. Niezręczność zaczęła się wkradać między nas - albo tylko mi się tak wydawało. Kurwa. Musiałem coś powiedzieć, żeby przerwać ciszę.
- Jeśli chces, to mogę ci coś podpowiedzieś, szebyś oszczęsiła sobie kiepskich degustasji. - Zacząłem, z lekkim pobłażliwym uśmiechem, który starannie ukrywał moje zdziwienie i odrobinę zmieszania. Zrobiłem pauzę, spoglądając na nią z ukosa, po czym odchyliłem jeszcze trochę butelkę, by wypić więcej alkoholu. Smak był mocny, rozgrzewający, ale też przyjemny - w tej chwili miałem wrażenie, że to jedyny sposób, by się trochę rozluźnić. Uczucia mieszały się we mnie - z jednej strony odczuwałem zaskoczenie i wycofanie, z drugiej - dziwną ulgę, że ją widzę, choć cały czas nie wiedziałem, co tak naprawdę powinienem o tym wszystkim myśleć. - Jakby co, to ciotka... Ula tszyma zapasy Chateau d'Yquem na legale po plawej, dluga półka od góly... Sautelnes jeszt obok, półka pod... Nie zauwaszy jak zniknie jej butelka, więs śmiało... A jak chces szię najebaś, to centlalnie na wplost masz świetną selekcję domowych win. To, co tszymasz jeszt chyba głównie do gotowania. - Gdybym miał teraz powiedzieć coś więcej, pewnie byłoby to coś w stylu: „No cóż, Prudence, nie spodziewałem się ciebie tutaj, ale dobrze, że wpadłaś, weź, co chcesz i możesz już iść, m'kay”. Zamiast tego jeszcze raz przegarnąłem mokre włosy, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć do końca, i odgiąłem głowę do tyłu, spoglądając w sufit, nie zważając na tłustego pająka, który zaczął zsuwać się na nitce z pajęczyny wiszącej tuż obok. Zmrużyłem oczy, próbując się rozluźnić, choć wiedziałem, że ta sytuacja jest... niecodzienna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
19.04.2025, 21:32  ✶  

Wiedziała, że wizyta w tej piwnicy nie mogła się zakończyć dobrze. Od samego początku jej się to nie podobało. Oczywiście, że poniekąd było to jej winą, że się tutaj znalazła, jednak główną odpowiedzialność za zagubienie się jej w tym miejscu ponosił jej bliźniak. Piwnice okazały się być ogromne, łatwo można było pomylić drogę, korytarze zaczynały jej się mieszać, nie ułatwiał tego fakt, że było tutaj ciemno. Prue nie miała jakoś szczególnie rozwiniętego zmysłu orientacji w terenie. Niby jakiś tam istniał, jednak ta sieć korytarzy wydawała się z nią wygrywać tę nierówną walkę.

Nieco zmieniła nastawienie, kiedy znalazła tę część z alkoholem. Był on przecież sprzymierzeńcem w każdej, nawet najbardziej niefortunnej sytuacji, może gdyby opróżniła flaszkę stałaby się bardziej kreatywna i wtedy odnalazłaby się jakoś. Potrzebowała się napić. Może nie była u siebie, nie sądziła jednak, że ktoś ją osądzi, kiedy wyjdzie z piwnicy zapewne w końcu wyląduje w łóżku i padnie na pysk. Pewnie nie zauważą, że zdążyła się nawalić, to nie było nawet takim głupim rozwiązaniem. Wiedziała, że mimo zmęczenia może mieć problem z zaśnięciem, Bletchley od lat nie umiała zmrużyć oka w innym łóżku niż swoje, alkohol mógł spowodować, że stanie jej się to obojętne - kolejny plus zaistniałej sytuacji.

Nawet przestała się przejmować tym swoim położeniem, bo mogło być gorzej, zawsze mogło być gorzej, a butelka wina znalazła się w jej dłoni, miała ją wypić, więc nie był to najgorszy z możliwych scenariuszy.

Wszystko zmieniło się kiedy okazało się, że nie jest tutaj sama. Oczywiście, że nie mogła zakładać, że nikogo nie będzie w piwnicy, nie znała zwyczajów ludzi, którzy tutaj przebywali, jednak wydawało jej się, że widziała większość towarzystwa na górze, jak widać jednak nie miała pojęcia o tym, kto właściwie tutaj przebywał. Nie wypytywała o to Corio, wiedziała, że znajduje się tu jej brat i jego przyjaciele, zaakceptowała tę myśl, nie drążyła, bo po co? Nigdy nie była z nimi zbyt blisko, więc kojarzyła jedynie to, kto może przebywać w tym domu, mogła sobie to przekalkulować zważając na to, że jej brat czasem opowiadał jej nieco o swoich przyjaciołach, wiedziała z kim się dalej trzyma, kto został w Londynie, a kto zniknął z Wielkiej Brytanii.

Nie mogła wiedzieć, że spotka w tym miejscu nieznajomego, z którym ostatnio przecięła się jej droga. To było cholerną abstrakcją, bo kto normalny założyłby taką możliwość, jeszcze tutaj, w tej ciemnej piwnicy? To nie było normalne, szczególnie, że go nie znała, nie słyszała też o tym, aby ktoś nowy dołączył do paczki jej brata. Jakimś cudem był to właśnie ten facet, który przeniósł ją na swoich barkach przez połowę Londynu, aby znalazła się bezpieczna w Ministerstwie Magii. Nie sądziła, że się jeszcze spotkają, w ogóle nie zakładała tego scenariusza, mimo tego, że podczas wspólnej wędrówki dyskutowali o tym hipotetycznym spotkaniu do którego miało dojść, bo zaczęli się wtedy nazywać przyjaciółmi. Wiedziała, że wynikało to z tego, że znaleźli się razem w tamtym sercu tragedii, która wydarzyła się w Londynie, to ich połączyło na moment, miało już nie wrócić.

Tyle, że teraz siedział przed nią, w tej nieszczęsnej piwnicy, jakby nigdy nic. Gdyby tylko wiedziała, że zaistnieje możliwość, że tak szybko się spotkają... cóż pewnie zachowałaby się inaczej, kiedy się z nim wtedy żegnała. Nie dało się zauważyć, że brakowało im teraz tej lekkości, którą mieli, gdy razem mijali kolejne palące się ulice. Tamta sytuacja była wyjątkowa. Najprościej by było, gdyby odwróciła się na pięcie i zniknęła w ciemności, nie musiałaby wtedy próbować wybrnąć z twarzą z tego spotkania, udałaby, że nigdy jej tu nie było, tyle, że musiałaby zwiać też z tej wspaniałej rezydencji Corneliusa, co mogłoby spowodować pojawienie się pytań, na które chyba nie byłaby gotowa odpowiedzieć. Musiała więc zachować się, jak dorosła i odpowiedzialna osoba i jakoś sobie poradzić z tą całą niezręcznością, która się między nimi pojawiła.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, w milczeniu, nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć, bo to co się działo było dziwne, nie przypuszczała, że może dojść do ich ponownego spotkania, wręcz przeciwnie, raczej zakładała, że nigdy się to nie wydarzy. Nie wydawał jej się być znajomy, a najwyraźniej oni wszyscy go znali. Tylko nie ona. Zaczęła kalkulować w swojej głowie. Zawiesiła się na moment, jak to miała w zwyczaju. Próbowała sobie przypomnieć osoby, które pamiętała z Hogwartu, które obracały się w gronie jej brata, Corneliusa, czy Ambroisa. Tyle, że on wspominał o tym, że nie jest stąd, więc może faktycznie to było to, co powodowało jej zagubienie? Może był jakimś przyjezdnym kuzynem ze Stanów, o którym nie słyszała, który pojawiał się tutaj od czasu do czasu? To by wyjaśniało dlaczego go nie kojarzyła, z drugiej jednak strony, ciągle nie mogła się pozbyć tego wrażenia, że go zna, jego oczy nie dawały jej spokoju, czuła, że już je kiedyś widziała.

Z rozmyślań wyrwał ją jego głos. Mrugnęła pospiesznie dwa razy, aby wrócić do tej piwnicy, w której może znajdowała się ciałem, ale jej myśli zdecydowanie były gdzieś indziej. - Uprzejmy, jak zawsze. - Mruknęła cicho, odruchowo. Po raz kolejny chciał jej pomóc, tym razem w tak błahej sprawie. Najwyraźniej miał do tego jakieś dziwne tendencje. Nie do końca rozumiała skąd się biorą, ale nie musiała rozumieć wszystkiego, chociaż może? Na pewno nie dawało jej to spokoju, tak jak to, co się wydarzyło tamtej nocy.

Oczywiście, że na zawartości tej piwnicy również musiał się znać, ona sama nie była jakąś szczególną pasjonatką trunków, miała kilka rodzajów białego wina, po które sięgała w akcie desperacji, nie sądziła jednak, że znajdzie któreś z nich na regałach. Zapewne ciotka Corneliusa miała bardziej wyszukany gust.

- Faktycznie nie smakuje najlepiej, jest strasznie cierpkie. - Oczywiście, że pierwszym strzałem musiało się okazać coś, czego nie warto było wsadzać do ust. Powinna się tego spodziewać. To nie był jej dzień.

Nie umknęło jej to, że wspomniał o ciotce. Być może jej założenie okazało się być słuszne? Może był jakimś kuzynem, który pojawił się zupełnie znikąd, ciekawiło ją to, będzie musiała podpytać brata, albo Roisa kim właściwie był. Nie chciała być niegrzeczna i atakować nieznajomego niepotrzebnymi pytaniami. To mogłoby spowodować jeszcze większą niezręczność, chociaż czy i tak nie znajdowali się już na jakimś szczycie tego uczucia? Zawsze mogło być gorzej. Tak, powtarzała to sobie w głowie jak mantrę.

Skierowała się więc korzystając z sugestii mężczyzny, w stronę wina, które miało spowodować, że się najebie. Może nie najlepiej to o niej świadczyło, ale chyba przestała się tym już przejmować. Naprawdę była zmęczona, sporo się wydarzyło przez ostatnie dwa dni i chciałaby chociaż na chwilę nieco uciec od rzeczywistości, która była trudna.

Sięgnęła po pierwszą lepszą butelkę, licząc na to, że tym razem lepiej trafi, domowe wino - mgło być różne, ale postanowiła zaryzykować. Ostatnio robiła to naprawdę często, co w ogóle nie leżało w jej naturze.

Przystanęła jeszcze na chwilę, jakby wahała się, czy jest to dobry pomysł, nie chciała mu przeszkadzać, bo był tu przed nią, z drugiej strony i tak już naruszyła jego przestrzeń, a nie znała drogi do wyjścia. Nie było to szczególnie komfortową sytuacją, też nie chciała prosić go o pomoc w wyjściu, przerwałaby mu to, co robił, niby i tak mu przerwała... ale zaczęła chyba nieco panikować, bo nie do końca wiedziała, co powinna zrobić. Czy faktycznie stąd uciec i udawać, że do tego spotkania nie doszło? Skoro i tak znajdowali się w tym samym miejscu na pewno będą musieli jakoś się z tym pogodzić, nie do końca wiedziało, czym było to coś, ale nie mogła udawać, że byli sobie zupełnie obcy.

- Mogę się dosiąść, czy przeszkadzam? - Rzuciła nie wiedzieć czemu, głos jej zadrżał, jakby nieco bała się odpowiedzi, którą mogłaby usłyszeć, ale stawała się ostatnio jakąś dziwną wersją siebie. Pożary nieco otworzyły jej oczy, pokazały jakie życie było kruche, naprawdę miała ochotę się teraz po prostu najebać, a nawet lepiej, gdyby nie robiła tego w samotności. Nikt nie uznałby tego za kontrowersyjne, zważając na godzinę, jeśli miało się towarzystwo to chyba picie było dozwolone bez względu na porę.

- Nie spodziewałam się... - Właściwie czego się nie spodziewała? Wszystkiego, nie spodziewała się, że go jeszcze zobaczy, nie spodziewała się tego, że zna jej znajomych, nie spodziewała się niczego, dlatego też nie dokończyła swojej myśli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
19.04.2025, 23:53  ✶  
Siedziałem na podłodze, z głową lekko odchyloną do tyłu, patrząc w sufit, oparty o zimne deski, sącząc bourbon, którego smak był mocny i gorzki, ale naprawdę przyjemnie palił w przełyku - odwracał uwagę od bólu głowy i konieczności prowadzenia tej nieprzewidzianej rozmowy, na którą byłem zupełnie niegotowy. Sądziłem, że spędzę tu czas sam, w ciszy, odcięty od wszystkiego, co przypominało mi o rzeczywistości i wydarzeniach z ostatnich dni, ale Prudence zupełnie mnie zaskoczyła. Nie, to nie było tak, że nie przypuszczałem, że mogłaby się pojawić na mojej drodze - przynajmniej nie, odkąd Ambroise uświadomił mnie, że ona to ona, ale… Liczyłem na to, że od naszej ostatniej nocy, i od tego, co między nami się zdarzyło, minie trochę czasu, zanim będę musiał zacząć jej unikać - na pewno nie sądziłem, że spotkamy się tutaj w letniej rezydencji Lestrange’ów, zaledwie dzień z kawałkiem później. Kiedy ją zobaczyłem, serce podskoczyło mi do gardła.
Wpatrywałem się w nią uważnie, próbując odczytać, co się kryje za tym napięciem, które widziałem w jej oczach. Zamiast tego, co było mi znane i kojarzone z przeszłości, widziałem w niej coś nowego, coś, co trudno mi było jednoznacznie odczytać. Nic dziwnego, że jej nie rozpoznałem - oczywiście, że nie była tą samą dziewczyną, którą pamiętałem z Hogwartu. Przyglądałem się jej przez chwilę, próbując zrozumieć, co się tak naprawdę dzieje. W głowie miałem milion myśli, ale jedna wyłaniała się spośród nich najwyraźniej - kiedy uznałem ją za obcą kobietę, zacząłem prowadzić z nią rozmowę zwieńczoną pocałunkami, nie sądziłem, że jeszcze ją zobaczę. Wpatrywałem się w nią, starając się nie dać po sobie poznać, że czuję się równie niezręcznie. To było coś, co miało być ostateczne, coś, co miało zamknąć rozdział, a jednak los miał chyba inne plany.
Parsknąłem, słysząc jej komentarz o byciu uprzejmym, jak zawsze - brzmiała tak, jakby jednocześnie ironizowała i rzeczywiście mogła sądzić, że potrafię być miły. Wszystko to było tak skomplikowane, tak pełne sprzeczności, że trudno było mi się w tym odnaleźć.
Nie zamierzałem pytać, czemu tu jest, bo wiedziałem, że i tak nie dostanę odpowiedzi - nawet w półmroku widziałem, jak jej oczy stają się bardziej zamglone, a ona ucieka gdzieś myślami. Teraz, gdy zdawałem sobie sprawę z tego, że to Prudence Bletchley, jej dziwne stany zawieszenia przestały być dla mnie tak nietypowe - w dalszym ciągu były nieodgadnione, ale przecież kojarzyłem ją z nich już ze szkolnych czasów, byłem świadomy tego, że to jest coś, co towarzyszy jej od zawsze. Zaakceptowałem ten fakt i nie zadawałem pytań - nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, choć może głęboko w sobie czułem, że ta sytuacja jest niecodzienna. 
Wyglądała inaczej niż w Hogwarcie, choć oczywiście - to było logiczne, ja też nie byłem już tą samą osobą, czas odcisnął na nas swoje piętno. Nie była już tą dziewczyną, którą kiedyś straszyłem, może nawet nękałem, chociaż pewne podobieństwa wciąż tam były, jak cienka nić, która łączyła tamte czasy z tymi teraźniejszymi. Teraz była bardziej poważna - podczas sytuacji z pożarem dodałem do wniosku, że także bardziej pewna siebie, choć aktualnie w jej oczach widziałem też coś, co można by uznać za podenerwowanie, może nawet niepokój... Rozumiałem to - wiedziałem, że ona też się nie spodziewała mnie tu.
Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie, starając się odczytać, czym jest dla niej ta sytuacja. Spojrzałem na Prudence - mój wzrok powędrował na jej twarz, w jej lekko zagubione oczy, i spojrzeniem znacząco wskazałem na jedną z drewnianych skrzyń niedaleko mnie. Łypnąłem na to prowizoryczne siedzisko, które na pewno miało utrzymać jej niewielki ciężar, i chociaż nie powiedziałem jeszcze nic oficjalnie o tym, że mogła się do mnie dołączyć, w moich oczach wyraźnie było widać, że sugeruję jej spojrzeniem, by się tam skierowała. Nie było to żadnym wymownym, narzucającym gestem, raczej czymś, co mówi: „jeśli chcesz, to zostań, ale nie musisz siadać na zimnych deskach, jak ja - będzie ci tam lepiej, niż na podłodze”. Nie pytałem, czy już skojarzyła, kim jestem, czy może ktoś jej powiedział, z kim miała do czynienia - to nie miało znaczenia, ale tak po prawdzie, miałem swoje podejrzenia. Sądziłem, że gdyby wiedziała, to nie chciałaby tu zostać. W dawnych czasach przebywanie razem sam na sam w jednym pomieszczeniu nigdy nie kończyło się dla nas zbyt dobrze, dla żadnej ze stron, szczególnie pod sam koniec szkoły - szczerze się nie cierpieliśmy. Obserwowałem ją w półmroku, próbując odczytać jej emocje - nie chciałem, żeby czuła się niekomfortowo, bo mimo wszystko, to była osoba, z którą może nie potrafiłem się do końca porozumieć, ale kiedyś miałem do niej słabość.
Uniosłem brwi, upiłem trochę bourbonu, czując, jak gorzki smak płynie mi po podniebieniu, i spojrzałem na nią jeszcze raz, z lekkim, może trochę krzywym uśmiechem, który mimowolnie pojawił się na mojej twarzy, chociaż w głębi duszy miałem świadomość, że to wszystko jest tylko grą - sztuką pozorów, która miała ukryć to, co naprawdę czuję. Chociaż chciałem się zdawać spokojny, może nawet zupełnie rozprężony, to tak naprawdę czułem, jak bardzo mnie to wybija. Nie spodziewałem się, że Prudence chętnie siądzie tuż obok mnie - ja bym nie usiadł - podejdzie i przycupnie bezpośrednio na dechach, więc jej tego nie proponowałem, ale nie chciałem też, żeby stała w miejscu, patrząc na mnie z takim wyrazem twarzy. Skrzynia wydawała się najrozsądniejszą możliwością, bo skoro już sama zapytała o to, czy może do mnie dołączyć, to nie zamierzałem nakazywać jej wyjść i znaleźć swoje miejsce - nawet, jeśli w tym domu było dostatecznie dużo innych możliwości. Kto wie, może nawet nie chciałem, żeby tak się stało... Nie wiedziałem, nie chciałem wiedzieć - fakt był taki, że była tu, a ja… Ja siedziałem na tej podłodze w ciemnej piwnicy i próbowałem się jakoś odnaleźć w tej nagłej, nieprzewidywalnej sytuacji, pijąc bourbon wprost z gwinta przed ósmą rano. Moje decyzje nie były najrozsądniejsze. Ta też nie musiała taka być.
Uniosłem brwi, kiedy się odezwała, i spojrzałem na nią uważnie. Wiedziałem, o co jej chodzi, nawet nie musiała tego mówić na głos - nie potrzebowała kończyć tego urwanego zdania. To zdanie wyraźnie brzmiało: „Nie sądziłwm, że jeszcze cię spotkam, szczególnie tutaj”... I choć słowa te nie padły, to ich znaczenie było wyraźne.  Doskonale rozumiałem, że nie spodziewała się, że ktoś tu ją zaskoczy, tym bardziej, że to będę ja, tak jak ja się tego nie spodziewałem. Nie mieliśmy słów, które mogłyby wyrazić wszystko, co czuliśmy, więc zrobiliśmy to, co najłatwiej - milczeliśmy, patrząc na siebie, próbując odczytać w oczach to, czego nie mówiły słowa. To był ten moment, kiedy trzeba było powiedzieć coś, co rozładowałoby napięcie albo przynajmniej rozluźniło nieco atmosferę.
- Sze Colnelius to s domu jebany klezus? Tludno szię domyśliś... Zawse był sklomny... - Uśmiechnąłem się półgębkiem, oczywiście, nie kryjąc sarkazmu w moim głosie. W rzeczywistości nie wiedziałem, czy to, co mówię, ma jakiekolwiek znaczenie dla pozbycia się sztywności z naszych zachowań - najpewniej nie miało - czy jest tylko moim sposobem na odwrócenie uwagi od własnych uczuć, które co jakiś czas próbowały mnie doprowadzić do szału. Tak jak w tej chwili. Wiedziałem, że coś się zmieniło - nie było między nami tej lekkości, mimo tego, że warunki były znacznie bardziej sprzyjające niż tamtej nocy - chociaż na pierwszy rzut oka trudno mi było powiedzieć, co dokładnie za to odpowiadało. Żałowała tej impulsywności, wypowiedzianych słów, jeszcze czegoś innego... Nie wiedziałem - nigdy nie byłem dobry w psychoanalizie, teraz to się nie zmieniło. W głębi ducha czułem, że ta niezręczność to coś więcej niż tylko podbierany alkohol i okoliczności - to były niewypowiedziane słowa - takie, które czekają, aż ktoś je wypowie, i niestety miałem wrażenie, że to ona powinna zacząć, bo ja… nie potrafiłem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
20.04.2025, 00:53  ✶  

Nie chciała powodować między nimi jeszcze większej niezręczności, ale najwyraźniej nie umiała inaczej. Pojawiały się te momenty, w których bezwiednie odpływała gdzieś daleko, było to dla niej typowe, od wielu lat towarzyszyła jej ta przypadłość, jednak zawsze było jej to trudno wytłumaczyć nowopoznanym osobom. Zresztą, kto właściwie chciał się dzielić przy poznaniu swoimi mankamentami. Ludzie raczej mieli w zwyczaju mówić o sobie w samych superlatywach, pokazywać swoje dobre strony, jej brakowało tej charyzmy. Raczej miała w zwyczaju kryć się w cieniu, trzymać ścian, przemykać obok i nie zwracać na siebie uwagi. Wtedy bowiem łatwo można było ją przyłapać na tych nietypowych oderwaniach. Tutaj jednak nie miała za kim się chować, nie mogła czmychnąć i stać się tłem. Ciemność trochę ułatwiała tę interakcję, bo nie musiała patrzeć mu w oczy, w te znajome oczy, których widok nie dawał jej spokoju.

Nie wiedziała dlaczego to zaproponowała. To nie było w jej stylu, mimo wszystko nieznajomy wzbudzał w niej sporą ciekawość, za każdym spotkaniem się ona pogłębiała. Nie spodziewała się ona go spotkać nigdy więcej w swoim życiu, to nie miało się wydarzyć, a teraz byli tu razem w piwnicy u Lestrange'a. Co za dziwna sytuacja. Nie mogła, no nie było możliwości, aby się tego spodziewała. W końcu spotkali się przypadkiem, za pierwszym razem, i za drugim, ale ten trzeci chyba nie mógł być już taki przypadkowy. Ktokolwiek nie mógłby się tutaj znaleźć, musiał to być ktoś z otoczenia Corneliusa, to ja nieco przytłaczało. Dużo łatwiej było się pogodzić z tym, że był obcą osobą, szczególnie, że nie do końca mogła zapomnieć o ich ostatnim spotkaniu. To wszystko komplikowało, bo musiała stawić czoła temu, co się wydarzyło, nie, żeby chciała o tym zapomnieć, bo pomimo tego, że tamten wieczór nie należał do najprzyjemniejszych to przeżyła wtedy coś wyjątkowego, właściwie znowu poczuła, że żyje, bo tym dziwnym stanie stagnacji.

Nie miała pojęcia o tym, że ma nad nią przewagę, że wie kim jest, że wcale nie była dla niego anonimowa. Może to i lepiej, bo wtedy pewnie zamknęłaby się w sobie jeszcze bardziej, niż miała to w zwyczaju. Tak podchodziła do tej całej sytuacji z lekkim dystansem, nie dało się nie zauważyć, że czuje się dość niezręcznie, emanowała od niej taka aura, ale nie było to jeszcze typowe dla niej wycofanie. Ciekawość pewnie kiedyś zaprowadzi ją do piekła, ale kto by się tym przejmował.

Obserwowała go uważnie, gdy zadała to nieszczęsne pytanie o to, czy może tu zostać. W sumie nie wyglądał na kogoś, kto miałby problem z odmową, gdyby nie miał ochoty spędzać czasy w czyimś gronie, pozostawało więc jej wierzyć w to, że postąpi według tego, co faktycznie uważa, że nie postanowi być miły, chociaż właśnie, miała wrażenie, że wbrew tej swojej aparycji jednak próbował być całkiem sympatyczny, przynajmniej jak na razie - przy każdym ich spotkaniu. To było mylące, bo nieco się ze sobą gryzło.

Bez słowa więc ruszyła w kierunku, który jej wskazał. Sama zapytała o to, czy może zostać, więc głupio byłoby jednak teraz stwierdzić, że ma żelazko podłączone do prądu, czy wodę na gazie. Skrzynka może nie wyglądała na szczególnie solidną, jednak wierzyła w to, że poradzi sobie z jej ciężarem, który był raczej niezbyt wielki. Była drobna, bardzo drobna, więc usiadła na tym siedzisku, które jej wskazał. Z początku dość niepewnie to zrobiła, jednak po chwili rozsiadła się nieco wygodniej, wsunęła stopy pod siebie, aby usiąść po turecku, oparła sobie butelkę wina na kolanie. Jeszcze jej nie otworzyła, trochę wstyd jej było teraz, mając świadomość, że siedzi tuż obok sięgać po różdżkę w tak błahej czynności, nie lubiła korzystać z magii do każdej pierdoły, wydawało jej się to głupie, tyle, że inaczej chyba nie będzie w stanie otworzyć tej butelki, a bardzo chciałaby to zrobić, alkohol na pewno ułatwiłby jej to spotkanie.

Wpatrywała się przez chwilę w butelkę, właściwie to obracała ją za szyjkę w swoich dłoniach. Może nie powinna tego powiedzieć, wypadałoby, aby dokończyła myśl, ale niekoniecznie jeszcze sama wiedziała, co chce powiedzieć. Brakowało jej słów, to niby nie było nic nowego, bo zazwyczaj większość spraw toczyła się w jej myślach, na koniec komentowała wszystko jednym - bardzo przemyślanym zdaniem, ale teraz nawet te myśli nie do końca dawały jej odpowiedzi. Miała wiele pytań, które chciałaby mu zadać, tyle, że nie sądziła, aby to było właściwe. Musiała jakoś się ogarnąć, skoro już mieli tutaj zostać jeszcze przez chwilę, w swoim towarzystwie, to nie mogła zachowywać się jak wariatka.

Prychnęła głośno, gdy usłyszała słowa, które padły z jego ust, pokręciła przy tym głową z niedowierzaniem. Uniosła w końcu również wzrok, aby na niego spojrzeć. Znowu to robił, znowu próbował spowodować, że poczuje się lepiej, pewniej. Walczył humorem z tą niezręcznością, która się między nimi pojawiła. - Jesteś pewien, że mówimy o tym samym Corneliusie? - Wiedziała, że zrobił to celowo, ale musiała to skomentować. Kto jak kto, ale Cornelius - skromny, bardzo, ale bardzo się to nie zgadzało.

Wiedziała, co robił, atmosfera była dosyć gęsta, bo żadne z nich nie spodziewało się tego, że się spotkają. Przynajmniej jeszcze tamtej nocy, nie miała pojęcia, że tak naprawdę było to bardzo wielce prawdopodobne, nie wiedziała kim jest, uświadomiła sobie, że nie zna jego imienia. Nie zdążyli się nigdy sobie przedstawić, jakby to było coś bardzo trudnego do wykonania, zabawne, bo zdążyła już się wpić w jego usta i go pocałować. To była okropnie abstrakcyjna sytuacja, ale jakoś sobie z nią poradzi. Nie zapominała o czym rozmawiali, wręcz przeciwnie, zapamiętała chyba każde zdanie, które wymienili. Ich rozmowa tamtej nocy spowodowała, że nie czuła strachu, który powinien jej towarzyszyć podczas takich wydarzeń. Może dlatego też nie bała się z nim teraz siedzieć tutaj w otoczeniu ciemności. Zresztą był kimś z przyjaciół, miała co do tego pewność, ciekawe, czy jej brat go zna...

Odezwała się w końcu ponownie, tym razem jej twarz przybrała nieco poważniejszy wyraz.
- Dobrze Cię widzieć, całego. - Wypadało wrócić do tej sytuacji, która zdarzyła się ostatnio. Nie mogła udawać, że to się nie wydarzyło, że nie zawdzięczała mu życia, to byłoby bardzo nie na miejscu po tym, co wtedy dla niej zrobił. Nie zamierzała też ukrywać, że naprawdę zastanawiała się nad tym, czy udało mu się przeżyć noc, szczególnie, że ona trafiła do bezpiecznej przystani, a on musiał wrócić w ten chaos.

Przeniosła spojrzenie na szyjkę butelki, którą trzymała w dłoni. Łatwiej jej było mówić, unikając spojrzenia. -Zastanawiałam się nad tym, czy Ci się udało. - Wrócić, a może bardziej przeżyć, nic nie było przecież wtedy takie oczywiste. Nie widziała nic złego, w przyznaniu się co do tego, że te myśli pojawiały się w jej głowie. Niby nic ich nie łączyło, niby byli sobie nieznajomi, ale jednak to wcale nie było takie proste. Sytuacja nie należała do typowych, właściwie to nie spotkało jej nigdy nic podobnego, pewnie też nie spotka, więc zamierzała jakoś to ugryźć i sobie z tym poradzić.

Nie miała pojęcia, czy będzie miał ochotę wracać do tego, co się wtedy wydarzyło, czy powinna właściwie porozmawiać z nim o wszystkim, też tego nie wiedziała, ale póki co próbowała jakoś się w tym odnaleźć. Nie miało być łatwo, ale nie musiało być, było to przecież coś nowego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
20.04.2025, 02:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2025, 02:27 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na podłodze w chłodnej, wilgotnej piwnicy, w półmroku, w którym było ciężko cokolwiek dostrzec, ale moje spojrzenie i tak utknęło w jednym miejscu - na kobiecie stojącej naprzeciw mnie. Nie rejestrowałem upływu czasu tak bardzo, żeby być świadomym, ile minęło, odkąd wbiłem wzrok w Prudence - liczyło się to, że od kilku chwil nieprzerwanie przypatrywałem jej się z mieszanką zaskoczenia i może czegoś na kształt nostalgii. Wpatrywałem się w nią, chociaż tak naprawdę w mojej głowie przewijały się obrazy, wspomnienia, emocje, jakby czas się tutaj zatrzymał. Wciąż próbowałem rozgryźć, co tak naprawdę czuję. Dwa dni temu, podczas pożaru Londynu, spędziliśmy razem chaotyczne godziny, które od tamtej pory nie dawały mi spokoju. W tamtym momencie czułem się jakbyśmy byli przyjaciółmi, i choć przecież uważaliśmy się za obcych sobie ludzi, to zachowywaliśmy się jakbyśmy się znali od zawsze. Wmawiałem sobie wtedy, że tak naprawdę to intuicja kazała mi się nią opiekować, a ona intuicyjnie mi zaufała... Nie wiedziałem, kim jest, a jednak to ta rzekoma intuicja podpowiadała mi, że powinniśmy się jakoś dogadać. W rzeczywistości teraz już wiedziałem, że to było bardziej skomplikowane. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, o lekkich i ciężkich sprawach, rozprawialiśmy o naszej domniemanej przyjaźni, której tak naprawdę jeszcze nie było... A potem, już na sam koniec... No, właśnie.
Na początku wydawało się to odruchem, spontanicznym gestem, niczym szczególnym, ale nie zmieniało to faktu - wtedy, w tym tłumie, pochyliłem głowę i odwzajemniłem pocałunek bardziej żarliwie, niż sam się spodziewałem. Pamiętałem, jak jej dłonie oplatały moją szyję, moje serce biło szybciej, a impuls, który wtedy poczułem, wydawał się słuszny, chociaż był tak nagły, tak nieplanowany. Wiedziałem, że to jest ostatni raz, kiedy się widzimy, i chyba dlatego podjąłem decyzję, by to zrobić - miałem w głowie myśl, że więcej się nie spotkamy. Mimo że wcześniej już nie raz ktoś mnie całował, to tamten moment, ten smak truskawkowych ust, ich miękkość, zapach jej włosów przedzierający się przez swąd dymu, wywarł na mnie wrażenie, które nie ustąpiło do teraz - było żywe nawet w tej chwili. Musieliśmy się pożegnać, mieliśmy nie zobaczyć się już nigdy, wbrew temu, co mówiliśmy, więc tamten pocałunek wydawał się bardzo słusznym zakończeniem tej chaotycznej, pełnej emocji nocy. To, żeby też ją pocałować, to była decyzja, którą podjąłem z pełną świadomością, bo wiedziałem, że więcej nie będzie okazji, a trudno było mi ukryć przed sobą, że... Podobała mi się, naprawdę mi się wtedy podobała, nawet jeśli należeliśmy do innych światów i nic nie mogło tego zmienić. Gdybym tylko wiedział, jak inne to były w rzeczywistości światy...
Teraz ona stała przede mną, patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wyrosła znikąd, z ciemności piwnicy, jakby pojawiła się z samego... Niczego, znikąd, z powietrza. Wpatrywałem się w nią jednocześnie jakbym widział ją po raz pierwszy i jakbym znał od zawsze...  I co gorsza, tym razem już naprawdę wiedziałem, kim jest. To była Prudence Bletchley, siostra Eliasa. Tak, ta sama Prudence, z którą miałem na pieńku w szkole, którą wtedy traktowałem jak wroga, jak kogoś, kto mnie drażnił, dziewczyna, dla której byłem naprawdę paskudny. Byłem kawałem chama, chociaż wtedy nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę... Pierdolenie - byłem całkowicie świadomy, że jest ze mnie kawał chamskiego gówniarza, który ukrywał to, że nie do końca jest tak jak jest - podkochiwałem się w niej przez jakiś czas, choć nigdy nie potrafiłem się do tego przyznać. Uczucie minęło, ale po latach najwyraźniej nadal czułem do niej coś, co trudno nazwać, ale sprawiło, że jej odruchowo pomogłem. Nie żałowałem tego. To było bardziej skomplikowane. Podenerwowanie, które wyrażała, było jak niewypowiedziane pytanie: „Co tu robisz? Dlaczego tu jesteś?” Jej spojrzenie, pełne niepewności, krzyżowało się z moim, próbując odgadnąć, co zamierzam powiedzieć.
A ja milczałem. Spojglądałem na nią, widząc, że też nie spodziewała się tego spotkania. Była nerwowa, jakby nie do końca wiedziała, co zrobić, gdy nagle pojawiła się przed nią osoba, którą miała na zawsze zostawić wtedy w tłumie. Widać było po niej podenerwowanie - drgnięcie ręki, kiedy zadała mi pytanie, czy może się przysiąść. Atmosfera zrobiła się ciężka, napięta, więc próbowałem ją rozluźnić - teoretycznie z wywodów byłej żony wiedziałem, że to reakcja obronna, moja technika na rozładowanie napięcia. Zawsze sprowadzałem wszystko do żartu - to była moja metoda, moje narzędzie, które chyba wypracowałem na przestrzeni lat. Nie przeszkadzało mi to... Do teraz.
Obróciłem głowę ku niej, sięgnąłem po butelkę bourbonu i pociągnąłem łyk, próbując rozluźnić mięśnie, choć w głębi czułem, że nie będzie to łatwe. Znów napiłem się alkoholu - wiedziałem, że to też moje standardowe zachowanie, mój sposób na odciągnięcie uwagi od tego, co naprawdę czuję - sprowadzałem wszystko do picia i gadania na temat czegoś znacznie bardziej luźnego, niż powinno być w rzeczywistości, bo w moich oczach to odbierało temu ciężar emocjonalny. Uśmiechnąłem się krzywo, gdy odpowiedziałem.
- Tak, ten Colnelius. - Powiedziałem z ironią, unosząc brwi. - Najsklomniejsy człowiek w Wielkiej Blytanii. Sklomniejsy nawet od Lomulusa czy Ambloise’a, któszy, jak wiadomo, szą wyjątkowo sklomni. Mesmel i Matka Telesa, nie? - Parsknąłem, próbując ukryć swoje emocje za sarkazmem, ale zaraz potem, spoważniałem na chwilę, wsłuchując się w jej słowa, które nagle zmieniły wydźwięk - nabrały na znaczeniu. Nie spodziewałem się, że tak szybko przejdziemy do wspominania tamtej nocy, do rozmowy o tym, co się wtedy wydarzyło. Nie sądziłem, że zachowamy się tak, jakbyśmy chcieli jeszcze raz przeżyć tamte chwile, choćby tylko w myślach. Liczyłem, że będziemy od tego uciekać... Chociaż może nie... Sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę - jeden z nielicznych razów w życiu, trochę brakowało mi pewności. Zastanawiałem się, co dalej, czy w ogóle powinniśmy mówić więcej, czy może lepiej zostawić to wszystko za sobą. Wziąłem głęboki oddech, uśmiechnąłem się krzywo, coraz bardziej świadomy tego, jak nietypowe jest to spotkanie. Odchrząknąłem, sięgnąłem ku niej ręką - nie próbując nawiązać kontakt, ale zezując na butelkę wina, którą trzymała. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał zakamuflować moje emocje.
- Potszebujesz pomocy w otwalciu? -  Zapytałem swobodnie, próbując zachować luz. - Wies, mówiłem ci, sze mam więsej szyś nisz kot, było mnie słuchaś... - Rzuciłem z ironią, starając się rozładować napięcie jeszcze bardziej.
Ale zaraz potem spojrzałem na nią poważniej, wyczuwając, że to spotkanie niesie ze sobą coś więcej. Uśmiech zniknął z mojej twarzy, a w oczach pojawił się cień.
- Dobsze cię widzieś, Bletchley. - Powiedziałem cicho, ze szczerą nutą w głosie. - Ciebie tesz dobsze widzieś, mimo wsystko. - Przyglądałem się jej uważnie, czując, jak powietrze między nami znów się zagęszcza. Nabierając powietrza, wykrzywiłem kącik ust w kolejnym krzywym uśmiechu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
20.04.2025, 03:18  ✶  

Sytuacja sama w sobie była dziwna. Bardzo dziwna, dziwna nawet dla Prue, która sama w sobie była dziwna. Nie do końca wiedziała na czym stoi, co się dzieje, i dlaczego to się działo, bo przecież nic nie działo się bez przyczyny, prawda? Coś powodowało, że przytrafiały się pewne zdarzenia, los rzucał pod nogi ludzi, zdarzenia po coś konkretnego. Co chciał jej tym przekazać? Trudno jej było to stwierdzić. Trochę spanikowała, bo nie miała pojęcia, że tak szybko będzie musiała zweryfikować to, co wydawało jej się, że będzie naturalne.

Odwróciła się wtedy na pięcie, zniknęła w tłumie, nie mówiąc ani słowa. Nie zakładała, że się kiedykolwiek jeszcze spotkają. Te dwa razy to już było wiele, trzeci nie mógł się przydarzyć, nie zupełnie obcym osobom. Takie rzeczy się nie działy, czyż nie? Tyle, że właśnie siedziała tuż przed nim, w piwnicy, znowu znajdował się obok. Tego zdecydowanie nie można już było nazywać przypadkiem. Musiała jednak dać sobie czas, może kiedyś uda jej się rozgryźć dlaczego to wszystko się im przytrafiło.

Tamtej nocy nie byli sobie zupełnie obcy, chociaż wydawać się mogło na pierwszy rzut oka, że stanowili raczej swoje przeciwieństwa to rozmowa im się kleiła, poruszali różne tematy, od tych bardzo lekkich do tych zdecydowanie gorszych. Nie otwierała się w ten sposób przed ludźmi, to nie było dla niej naturalne. Może przez to, że czuła, że znajdowali się w sytuacji zagrożenia życia, jakoś łatwiej jej to przyszło. Była wtedy inna, reagowała bez zastanowienia, to ją teraz nieco przerażało, bo wiele mu wtedy powiedziała. Nie miała pojęcia, co właściwie sobie o niej teraz myślał, ale czy powinno ją to obchodzić? Nie mogła już jej towarzyszyć ta myśl, że i tak się więcej nie spotkają, więc nie musiała się tym martwić, bo teraz miała pewność, że na pewno się spotkają. Nie wiedziała ile czasu spędzi w tej rezydencji, ale nie spodziewała się, że on miałby stąd zniknąć. Znalazł się tutaj z jakiejś przyczyny, więc w sumie może to i lepiej, że mieli szansę dowiedzieć się o swojej obecności bez wianuszka osób wokół. Dzięki temu nie musiała się czerwienić przy wszystkich, czy uciekać wzrokiem, udawać, że pierwszy raz widzi go na oczy.

Chyba to, że postanowiła spytać go o to, że może tu zostać okazywało się być lepszą możliwością, jeszcze nie wiedziała o czym konkretnie mieliby rozmawiać, ale tak, czy siak wypadałoby nieco sobie wyjaśnić. Czuła, że to nie był taki zły pomysł, chociaż niepewność i tak jej nie opuszczała, ale to pewnie szybko się nie zmieni. Bardziej wynikało z jej irracjonalnego zachowania tamtej nocy, musiała jednak jakoś sobie poradzić  z tym, że zachowała się w taki sposób. Czy gdyby wiedziała, że spotkają się ledwie dwa dni później powtórzyłaby to wszystko? Tak, tamten pocałunek był tego warty. Nie odrzucił jej wtedy, więc też miał na to ochotę, byli dorośli, nie zrobili nic złego - tą myślą zamierzała się kierować.

- Z tym Romulusem chyba bym się nie zgodziła. - Miała swoje zdanie na ten temat i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Potter był koszmarem Prue, nie znosiła tego typa, który wiecznie zadzierał nosa i starał się jej udowodnić swoje racje. Na samą myśl o tym uśmieszku, który pojawiał się na jego twarzy gdy ją widział przechodził ją po plecach zimny dreszcz, miała wrażenie, że nic się nie zmieniło od czasu szkoły, kiedy to też ciągle próbował jej dopiekać, a przecież zakończyli ten etap życia już bardzo dawno temu. Nie byli tymi samymi ludźmi, ona na pewno nie była i nie podobało się jej to, że próbował z nią pogrywać. Nie zamierzała być jego obiektem badań, a wiedziała, że osoby jak ona mogły wzbudzać w kimś takim jak on zainteresowanie, bo był pierdolonym psychiatrą, a jej umysł był dziwny.

Znał ich wszystkich. Kolejna rzecz, która jej nie umykała, nie powinno to dziwić kobiety. Oni byli kliką, trzymali się razem od wielu lat. Na pewno podczas wakacji również spędzali wspólnie czas. Zapewne znał jej brata, musiał go znać. Gdyby chodził z nimi do szkoły to by go pamiętała, musiałaby pamiętać. Było jedno brakujące ogniwo, ale to nie mógł być on. Nie było takiej możliwości, przecież wiedziała, że jej największe utrapienie wyjechało do Australii. Nie dopytywała o to jakoś szczególnie, ale była spokojniejsza mając świadomość, że nie będzie go w pobliżu. Stała się dla niego łatwym celem, wiedziała, że w przeszłości mogła wydawać się nieco odklejona, no, zresztą dalej taka była, ale to powodowało wtedy, że łatwo zwracała na siebie uwagę. Ludzie nie lubili inności, nie akceptowali jej, z upływem czasu się z tym pogodziła i przestała to traktować jako jakąś wielką przywarę. Taka już była, taka się urodziła, nie mogła nic z tym zrobić, musiała więc zacząć to uważać za zaletę, chociaż trochę.

- Wygląda na to, że potrzebuję. - Po raz kolejny potrzebowała pomocy, nie mogło być inaczej i on zamierzał jej ją zaoferować, tego też powinna się spodziewać. Faktycznie tak już miał, chociaż zupełnie nie pasowało to do aparycji mężczyzny, czy zawodu, którym się zajmował, kojarzyła raczej klątwołamaczy jako oszołomów, którzy nie potrafili się zachować, chcących udowodnić swoje racje, butnych, którym brakowało ogłady. Może poznała ich zbyt niewielu, a może on był wyjątkiem od tej zasady? Pewnie szybko nie miała uzyskać odpowiedzi na to pytanie.

Nachyliła się w kierunku mężczyzny, aby przekazać mu tę przeklętą butelkę, która okazała się być dla niej zbyt dużym wyzwaniem. Pocieszające było to, że już za chwilę będzie miała możliwość się z niej napić.

- Mówiłeś też o tym, że nigdy nie wiadomo, które życie będzie ostatnim, bo przekroczyłeś koci limit. - Słuchała go wtedy bardzo uważnie, mimo tego, co działo się wokół nich, mimo tego, że byli w samym centrum chaosu. Nie zamierzała udawać, że było inaczej. Wiedziała, że miał tego świadomość, robił to tamtego dnia celowo, zagadywał ją, aby poczuła się lepiej, aby nie myślała o tym, co działo się wokół nich.

Gdy usłyszała jego kolejne słowa zawiesiła na dłużej swoje spojrzenie na twarzy mężczyzny. Jednak wiedział kim jest, tylko ona nie miała pojęcia z kim rozmawia. Mógł połączyć kropki, ktoś obecny w rezydencji pewnie zapowiedział to, że się tutaj pojawi, a że była siostrą Eliasa, nie trudno było domyślić się jej nazwiska. Miała jednak wrażenie, że było coś w tonie jego głosu, co sugerowało o tym, że poznali się kiedyś, tylko dlaczego nie umiała sobie przypomnieć kim był?

- Nie przypominam sobie, żebym Ci się przedstawiała. - Nie chciała zadać tego pytania wprost, spróbowała w inny sposób pociągnąć go za język. Nie mogło to być oczywiste.

- Mimo wszystko? - Oczy jej błysnęły, bo nie miała pojęcia, co miał na myśli. Najwyraźniej nie cieszył się z tego, że ją zobaczył, tylko dlaczego? Jasne, nie była do końca normalna, ale czy aż tak udało jej się go do siebie zrazić, że sięgnął po te słowa? Próbowała odnaleźć jakieś wspomnienia z przeszłości, próbowała dopasować te oczy do konkretnej osoby, ale jej to nie wychodziło, cóż, poczuła się trochę nieswojo, jakoś musiała sobie poradzić z tym uczuciem, bo aktualnie nie wypadało zeskoczyć z tej skrzynki i zniknąć w ciemności. Tym bardziej, że może w końcu dostanie jakieś odpowiedzi na pytania, które nurtowały ją od kilku dni.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
20.04.2025, 18:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2025, 19:03 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na podłodze w piwnicy u Ursuli, w półmroku - w bladym, ciepłym, ale mdłym świetle, którego jedynym źródłem była słaba lampka na podłodze obok mnie, rzucająca cienie na ściany i podłogę. Milczałem, jak na ironię, czując na sobie ciężar ciszy i napięcia, które zdawało się gęstnieć z każdą minutą. Oczywiście, że w momencie, w którym uświadomiłem sobie, kto postanowił mnie nawiedzić, momentalnie zapomniałem o jakichkolwiek planach spędzenia kilku kolejnych godzin w samotności i ciszy, i to, co wcześniej było dla mnie jak oddech świeżego powietrza, teraz zaczęło mnie dusić - było zbyt cicho, za spokojnie, nazbyt kulturalnie, nawet zważywszy na to, że piliśmy o ósmej rano, skitrani w ciemnościach.
Nawet, jeśli nie spodziewałem się, że Prudence zechce do mnie dołączyć i sama wyjdzie z tą inicjatywą, co zrobiła z zaskoczenia - więc się zgodziłem, bez zastanowienia stwierdziłem wewnątrz, sam do siebie, że mój azyl właśnie przestał być azylem. Znalazła mnie tu jeden raz, więc gdyby chciała, mogłaby znaleźć mnie też po raz kolejny, i kolejny, i kolejny - mogła nasłać na mnie kogokolwiek, wydać moją lokalizację i tak dalej... No, mogła wszystko, skoro tu na mnie wpadła i mnie zauważyła - co prawda widziałem, że nie zrobiła tego celowo i była równie zmieszana tym nieoczekiwanym spotkaniem, co ja, ale to nic nie zmieniało. Powinienem sobie znaleźć nową miejscówkę na kolejne dni, a najlepiej dodatkowo powiedzieć jej, z kim ma do czynienia, żeby sama nie chciała nawiązywać kolejnych interakcji towarzyskich między nami, ale jakoś nie umiałem się do tego zebrać. Poza tym miałem jeszcze jedno wyjaśnienie mojej opieszałości - raczej jej nie ufałem... Czyż nie tak?
No, nie do końca - nie tak zupełnie.
Byłem zmieszany, bardziej, niż to okazywałem na zewnątrz. W głowie kłębiły mi się myśli - wspomnienia tamtej chaotycznej nocy, kiedy razem z nią przemierzaliśmy płomienie i dym podczas wszechobecnego pożaru. Niosłem ją na plecach, jak kogoś bliskiego, czując się z tym całkiem swobodnie, jakby to nie było takie znowu niewłaściwe - przecież, tak po prawdzie, bardzo naturalnie przyjęliśmy wygodne role i zachowywaliśmy się dokładnie jak starzy przyjaciele, nawet jeśli oboje sądziliśmy, że jesteśmy dla siebie obcymi. Te chwile płynęły same z siebie, miały swój własny flow, były łatwe, będąc trudne... Ale, o ironio, chyba nie najtrudniejsze. Chociaż minęły dwa dni, a ja wciąż czułem na skórze fantomowe ciepło tamtej bliskości, teraz wszystko wydało się inne, bardziej pogrążone w powątpiewaniu i goryczy.
Tak - byłem rozgoryczony.
Prudence, cholera, Bletchley - to nie mógł być ktokolwiek inny, z kim byłoby po prostu miło, bo przecież nie żałowałem samych uczynków... Tylko tego, z kim były związane. Po stokroć wolałbym, żeby to był ktoś przypadkowy, kogo mógłbym naprawdę miło wspominać - pewnie nawet cieszyłbym się wtedy na nieoczekiwane spotkanie w piwnicy i nie kładłby się na tym żaden cień skomplikowanej przeszłości.
Powinna być tą, za którą ją uznałem - nieznajomą. Tamta rozmowa, w przeciwieństwie do tej, płynęła sama z siebie, nie była wymuszona, jakby nasze wypowiedzi przychodziły samoistnie, tworzyły się na bieżąco na ustach. Żadne z nas nie zastanawiało się nad tym, co powie, po prostu mówiło, a słowa układały się w coś niecodziennego, jakbyśmy się rozumieli bez słów i bez tłumaczeń. Mówiliśmy o różnych rzeczach - lekkich, banalnych, a potem ciężkich, pełnych emocji. Przez całe... A, ze dwie godziny uważałem tamte rozmowy za coś wyjątkowego, choćby dlatego, że mimo wszystko czuliśmy się jak dobrzy znajomi, nawet jeśli tak naprawdę się nie znaliśmy.
Ale się znaliśmy... I tu był pies pogrzebany.
Wpatrywałem się w nią, kryjąc fakt, że nie było to zwyczajne spojrzenie - raczej próbowałem odczytać coś głęboko ukrytego pod powierzchnią. Ona też patrzyła na mnie, chociaż jej oczy miały w sobie coś dziwnie nieobecnego, jakby była gdzieś daleko. To akurat nie powinno mnie to specjalnie dziwić i nie dziwiło - przecież to była ta sama kobieta, którą dwa dni wcześniej niosłem na plecach przez płonące ulice Londynu, bo zawiesiła się pośrodku chodnika. Powinienem skojarzyć ten typ zachowania, dodać dwa do dwóch, ale wtedy, podczas pożaru, wszystko było chaotyczne, pełne adrenaliny. Tamte chwile, te kilka godzin, miały własną logikę, własne reguły rozumowania, i to było jedyne, co się wtedy liczyło. Byliśmy dwojgiem ludzi związanych wspólnym dramatem - dorośli, mogliśmy robić wszystko, co chcieliśmy.
Pocałowała mnie na pożegnanie. Bez słowa, bez żadnego sygnału, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Odwzajemniłem gest, bo ja też wiedziałem - żem wiedział, jak rasowy jasnowidz, no, naprawdę - że to było tylko chwilowe, nic więcej z tego nie wyniknie. Tamtego dnia poczułem, że to było słuszne, bo nie mieliśmy już więcej szans się spotkać, i nie powinniśmy - świat nas dzielił, dzieliły nas klasy i różnice. W tamtej chwili wszystko wydawało się proste - to była jedna z tych sytuacji, w których życie wydaje się tak kruche i ulotne, że trzeba je złapać za nogi i wykorzystać każdy dobry moment, nawet jeśli to oznacza przekroczenie granic pseudo przyjaźni, które sami sobie wyznaczyliśmy. Wiedziałem, że to więcej niż mogłem oczekiwać, bo w innych okolicznościach nie byłoby między nami niczego więcej, więc to była ostatnia okazja, żeby coś jeszcze zrobić - poczuć jakąś więź, zamknąć szalony rozdział, obcałować sukces w dostaniu się do ministerstwa... Coś w ten deseń. Z nikim innym bym tego nie żałował. Z nią tak.
Bo teraz siedziałem na chłodnej podłodze w piwnicy domu u ciotki Ursuli, a atmosfera była ciężka, jakby całe powietrze dookoła gęstniało od niewypowiedzianych słów. W głębi serca wiedziałem, że wciąż mam do niej słabość, inaczej bym stąd wyszedł - to było naprawdę upierdliwe uczucie. Takie, które było trudno odsunąć nawet przy pomocy dowcipkowania.
- Pottel jeszt najcichsym i najdyskletniejsym bogatym szłowiekiem, jakiego znam. Plawie nie słychaś, jak sla galeonami, ale to mosze dlatego, sze zawse puszcza wtedy wodę. Staś go na opłasanie niebotysznie wysokich lachunków. - Rzuciłem z lekkim rozbawieniem, przewracając oczami. To było coś, co zawsze mnie rozbrajało w jego przypadku - był krezusko bogaty i żadnym stopniu tego nie negował. Nie mówił, jak Cornelius, o „domku letnim”, nie - on miał „letnią rezydencję, plebsie”. Nie to, bym ja sam był kiedyś dużo bardziej dyskretny i samoświadomy - to przyszło z czasem i doświadczeniami. Tak po prawdzie, to wszyscy byliśmy bananowymi dziećmi, tylko jedni zupełnie tego nie widzieli, inni ochoczo z tego korzystali, autoironizując, a jeszcze inni udawali, że tak nie jest i są po prostu zamożni z domu, nic niezwykłego. W rzeczywistości wszyscy mieliśmy to niesamowite szczęście urodzić się w bogatych rodach, choć nie byliśmy tacy sami, doświadczenia ukształtowały nas inaczej - dorosłe życie i dokonane wybory zweryfikowały resztę. Ja na przykład od milionera spadłem do zera - akceptowałem ten fakt, ale czasami trochę gorzko się z tego powodu śmiałem. Przynajmniej została mi wiedza na zupełnie niepotrzebne tematy - takie jak to wino.
Przyglądałem się walce Prudence na spojrzenia z zakorkowanym alkoholem z pewnym rozbawieniem, lekko przewracając oczami na tę całą sytuację. Spojrzałem na nią, wyciągając do niej rękę i przyjmując od niej spokojnie butelkę, którą wyciągnęła w moją stronę, po czym przyjrzałem się uważnie temu, co znalazło się w moich rękach. To nie był szampan, tylko domowe wino - dokładnie to, czego się spodziewałem, bo sam jej na nie wskazałem, ale mimo wszystko parokrotnie mocno potrząsnąłem butelką. W końcu sięgnąłem po ciężki nóż, który miałem przy sobie, przymocowany pod nogawką i wciśnięty w but, obracając go w palcach.
- Nie widzis tego, więc w szadnym pszypadku tego nie powtószysz, m'kay? - Nabrałem powietrza, po czym wykrzywiłem kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał wyrażać coś między rozbawieniem a powagą.
Chwyciłem butelkę w połowie jej długości, ustawiając korkiem do zewnątrz, i nachyliłem ją lekko ku podłodze. Ostrze noża ustawiłem wzdłuż szyjki, a potem, jednym szybkim, precyzyjnym ruchem, wybiłem korek. Zadziałało - najwidoczniej podciśnienie było wystarczająco wysokie, bo usłyszałem ciche pyknięcie, kiedy korek wyskoczył z szyjki, strzelając gdzieś przed nasze nogi, a wino zaczęło delikatnie sączyć mi się na rękę. Bez słowa oddałem jej butelkę, oblizując palce i patrząc na nią spod zmarszczonych brwi, jakbym próbował wyczytać, co się dzieje w jej głowie - nie wiedziałem, ale z pewnością potrafiła łapać za słówka.
- Cholela wie... - Podniósłszy brew, rzuciłem z przekąsem. - Laszej spodziewam szię, sze umlę w mniej heloiszny sposzób. Na pszykład od zakaszenia, albo zeszalty pszes coś śmiesnego, jak Lou Calcolh. - Przymrużyłem oczy, uśmiechając się lekko. - Wies, tego potwola z flancuskich legend, gigantysznego szlimaka, co szię szai w jaszkiniach i zjada lusi, gdy tylko szię odwlócą. - To było tak absurdalnie stereotypowe, a jednocześnie w jakiś sposób trafne, że lekko rozbawiony, mimowolnie zacząłem się uśmiechać, ale zaraz potem spojrzałem na nią bardziej poważnie, skupiając się na słowach, które właśnie wypowiedziała.
Milczałem przez chwilę, uświadamiając sobie, że chyba nie powinnienem używać jej nazwiska, gdy mówiłem, że miło ją widzieć, ale ostatecznie wzruszyłem ramionami i stwierdziłem:
- Nie pszedstawiłaś szię, ale tak naplawdę nie musziałaś. Tu kaszdy wie, kto jeszt kim, kto pszybędzie i olientacyjnie, kiedy, kto s kim jeszt zwiąsany i w jaki szposób... - Przewróciłem oczami i lekko się uśmiechnąłem, chociaż w głębi serca czułem, że ta chwila wymknęła się spod kontroli, bo ona nie wiedziała... Na pewno nie wiedziała. Odwróciłem wzrok na kilka chwil, wbijając go w sufit, jakby szukając tam rozwiązania dylematu moralnego, albo po prostu próbując się jakoś ogarnąć - w szkole nigdy się nie dogadywaliśmy, podczas kryzysu byliśmy w stanie znaleźć wspólny język, a teraz... Trudno stwierdzić, i tak wszystko było już inne, niż w obu tych okolicznościach. Weszliśmy na nowy poziom... Czegoś. Już nie byliśmy rzekomymi przyjaciółmi, przyszłymi albo aktualnymi, tak jak nie byliśmy wrogami, ale nie można było o nas powiedzieć, że zachowujemy się neutralnie. Najprawdopodobniej najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym otworzył teraz usta i zadał jej to pytanie, które i tak już wisiało w powietrzu - spytałbym ją o to, czy już wie, skąd mnie kojarzy. Szczerze w to wątpiłem, bo gdyby tak było, to pewnie byśmy teraz nie rozmawiali w ten sposób, jednak nie zamierzałem zaczynać tej rozmowy - nie chciałem wracać do przeszłości. Oboje byliśmy innymi ludźmi, doroślejszymi, doświadczonymi przez życie. Sprawy sprzed lat, te niewypowiedziane słowa, nie miały już znaczenia - albo tak mi się przynajmniej wydawało. Nigdy nie miałem okazji jej przeprosić za to, jakim byłem wtedy dupkiem - za te chwile, gdy byłem kawałem kutasa, a ona pewnie tego nie zapomniała, więc gdybyśmy teraz rozmawiali na tym samym poziomie wtajemniczenia, to pewnie znacznie bardziej by się ode mnie dystansowała. Całkiem słusznie, nie byłem osobą, której naturalnie mogłaby ufać... W głębi duszy wiedziałem, że nie zasłużyła na to, żebym ją tak traktował, ale te słowa - jakiekolwiek przeprosiny, nigdy nie padły. Zresztą... To nie było coś, za co można było przeprosić, ani coś, co dało się wybaczyć. To było coś innego - nie do zapomnienia, ale do zaakceptowania wraz z upływem czasu, brakiem kontaktu i stwierdzeniem, że przeszłość to przeszłość, a przyszłość można budować na wybranych relacjach, nie na stosunkach narzuconych przez konieczność mieszkania w jednym miejscu.
Wiedziałem, że nigdy nie było między nami nic dobrego, i nie miało być - na każdym etapie różnice społeczne, świat, w którym żyliśmy, dzieliły nas jak przepaść, ale mimo wszystko, od lat, w głębi duszy, miałem do niej słabość. Zamilkłem na moment, wpatrując się w sufit, myśląc o tym, co powiedziałem, i o tym, co jeszcze mogę powiedzieć. To sprawiło, że wreszcie zauważyłem tego tłustego pająka, który od chwili zaczęcia swojej podróży w dół, zdążył już pokonać większą część drogi do podłogi - przyglądałem mu się przez moment, podczas gdy on bujał się na swojej nici ponad moim ramieniem, między mną a Bletchley. Zastanawiałem się, co dalej - z naszą dziwaczną rozmową, nie z pająkiem - szukając w myślach jakiejś odpowiedzi, aż w końcu powiedziałem:
- Mimo wsystko, bo laszej nie szpodziewałem szię cię znowu zobaszyś po tym, jak plóbowałaś mnie oklaść. - Żartowałem, oczywiście, ale mój ton niekoniecznie na to wskazywał - w założeniu, jakie sobie przyjąłem, był śmiertelnie poważny, jakbym oskarżał ją o to, że miała mi w planach coś zajumać. Spokojnie kontynuowałem, nie dając jej czasu na reakcję. - Powasznie, nie sądziłem, szebyśmy mieli jescze okasję szię spotkać, więc… No, cool, sze wysło inaszej, nawet jeszli jesteś złosiejką. - Kłamałem, jak z nut - to było wierutne kłamstwo, bo wcale nie cieszyłem się na jej widok, ale ona nie musiała tego wiedzieć. Nie chciałem być osobą, która wprowadza więcej napięcia tam, gdzie ono nie jest potrzebne. - Ale wies, skolo jeszteś swoja, to nie zamieszam ci tego wypominaś. Wlasamy do punktu wyjsia i, mimo wsystko, dobsze, sze jeszteś cała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (31324), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (29750)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa