Secrets of London
[15.09.1972] I tylko przyjdź - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [15.09.1972] I tylko przyjdź (/showthread.php?tid=5173)

Strony: 1 2 3


RE: [15.09.1972] I tylko przyjdź - Leviathan Rowle - 15.10.2025

Było coś pocieszającego w tym, że faktycznie zależało jej na tym, żeby nic mu się nie stało. czasem zwyczajnie zapominał, że ludzie o siebie dbali - o niego. Chłód posiadłości rodziny Rowle był wyczuwalny od zawsze i czasem przenikał go na wskroś, sprawiając że zapominał o rzeczach ważnych. Kiedy sobie jednak przypominał, niewiele to zmieniało, bo zbyt głęboko tkwił w czymś, co było zdecydowanie większe od niego samego.

Czując ciężar słoiczka, na nowo zagłębiającego się w fałdach szaty, przesunął dłoń po jej ręce, splatając ich palce ze sobą i pociągając ją ku górze, tak by wysunęła się z kieszeni i próbowała już niczego podejrzanego. Stał, spokojny i z właściwą dla siebie manierą przemieniając się na moment w nieruchawy posążek, czyhającego na coś gada, nawet kiedy wyprostowała się dumnie, a może i szczególnie wtedy.
- Kiedy widziałem Matkę, zastanawiałem się nad tym - odparł swobodnie, niby to mimowolnie przywołując ten drobny fakt, że stanął przed samą boginią. - Zastanawiałem się, czemu nie zdecydowała się naprawić tego, co zostało rozdarte w Kniei. Ale ona jedyne czego chciała tylko uzdrowienia dla tego, co zrobiła Arcykapłanka. Jeśli potrzebowała naszych rąk, byliśmy gotowi jej je dać. Wiem, że kiedy cierpi Knieja, cierpisz i ty, ale może to nie tylko cierpienie? Może to przemiana? Transcendencja.


RE: [15.09.1972] I tylko przyjdź - Helloise Rowle - 20.10.2025

Helloise nie urodziła się zimna. Zawsze była w niej tkliwość dla tego, co było jej bliskim. To nie ta wyuczona afektacja i zalotna wylewność, po które nauczyła się sięgać dopiero później w życiu, lecz emocje, których w tym ich zimnym domu nikt nie uczył okazywać. Były więc przytłumione, subtelniejsze niż głodne ręce zarzucone na szyję. Były ciche — to zahibernowane kokoniki uczuć, które pulsowały gdzieś w samym jej rdzeniu rytmem wyczuwalnym może i słabo, lecz z niegasnącą regularnością. Z tymi zwierzątkami nie uczyli się obchodzić w rodzinnych rezerwatach. A jednak niemal wszystkie one wyrosły w Helloise w czasach rezerwatu, i jedna z tych poczwarnych pokrak należała do Leviathana.
Bardzo to było ładne ze strony czarodzieja, że gotów był oddać swoje ręce Bogini, choć gdy splótł ich dłonie, Helloise przemknęło przez myśl, że dobrze, że mimo wszystko wciąż je miał i mógł to zrobić. Same jego słowa zaś wcale jej się nie spodobały. Rowle opowiadał bzdury, które tylko człowiek o płytkiej religijności mógł powtarzać. Czarownica miała dla niego mimo to wiele wyrozumiałości — przede wszystkim dlatego, że nie miała sił walczyć, oburzać się i gniewać za próby takiego obrócenia sytuacji.
— Dlaczego Bogini miałaby to naprawiać? — zapytała tonem pouczenia, uwalniając kark Leviathana spod swojej ręki; zsunęła ją swobodnie na jego ramię. — Zasługujecie na karę. Ty. Wszyscy, którzy świadomie dołożyli się do tego bądź zaniechali w tej sprawie. A wraz z wami będę karana i ja, i wszyscy tu, i jest to dokładnie to, na co zasługujemy. Możemy już tylko błagać — zawyrokowała ze spokojną stanowczością nieprzystającą do wywieszczonego wiecznego potępienia. — Gdyby było w tym coś z transcedencji, zapoczątkowałoby się samorzutnie. To nie dzieło ręki kierowanej przez bogów, a Czarnego Pana. Zastanów się, o czym mówisz.


RE: [15.09.1972] I tylko przyjdź - Leviathan Rowle - 03.12.2025

- Dłoń kapłanki również nie była kierowana przez bogów - przypomniał jej. Isobell mogła być Arcykapłanką, najwyżej postawioną kobietą w magicznej instytucji kościoła, który rozsiadł się w Londynie, ale podczas Lithy powodowała nią czysta fanaberia. Nie było niczego boskiego w jej działaniach, tylko zwykła ludzka chciwość i pragnienie potęgi.

Czarny Pan pragnął podobnych rzeczy; mocy i władzy, a żeby je pozyskać musiał zejść do Limbo. Oboje rozdarli zasłonę, a mimo tego bogini pochyliła się tylko nad wyrwą, którą pozostawiła po sobie pani Macmillan. Może dlatego, że Voldemort przynajmniej zamknął za sobą przejście.

Rowle uśmiechnął się do Helloise, ale wyraz ten nie sięgał oczu - rzadko kiedy to z resztą robił. Cofnął się też, o krok, wyplątując spod jej gestów i odejmując swoje. Religijne dyskusje nie należały bowiem ani do bliskich jego sercu, ani też do łatwych, szczególnie kiedy przychodziło do dyskutowania z Helą. Była w swojej wierze zwyczajnie zacięta, ale z wypaczoną, zaślepioną wręcz gorliwością, a przynajmniej w taki właśnie sposób ją postrzegał. Kolejna wada na jej obrazie, ale łatwa do przełknięcia.

- Ale jak uważasz - wzruszył ramionami. - Potrzebujesz ode mnie czegoś jeszcze, czy nasze dzisiejsze spotkanie można uznać za skończone?


RE: [15.09.1972] I tylko przyjdź - Helloise Rowle - 03.12.2025

Cały czas uwierała Helloise pokusa opowiedzenia Leviathanowi o wszystkim, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Nie rozumiała wciąż sensu tamtych wydarzeń. Nie wiedziała, co dokładnie robiła, po co, z kim. Dlaczego ten człowiek próbował powoływać się na śmierciożercze alterego Leviego? Jak ją znalazł? Czy powinna zacząć się go bać, czy też mogła mu ufać? Chciała zrzucić całą historię na Leviathana, żeby on zrozumiał to wszystko za nią — Śmierciożercy to było jego towarzystwo, nie jej. Jej brakowało kontekstów i informacji, nie czuła się pewnie. Gdyby on powiedział, czy dobrze zrobiła, wiedziałaby przynajmniej na czym stoi. W tamtej chwili — gdy była nadal wytrącona z równowagi wizytą Louvaina i przestraszona widmami — tliła się w Helloise myśl, że wolałaby, aby Rowle nią wprost pokierował i powiedział, co ma robić dalej. Nie chciała zostać z tymi wątpliwościami sama, wolałaby skorzystać z jego protekcji, dostać jakiekolwiek wyjaśnienie czy zapewnienie od kogoś, komu ufała.
Odsunął się, zanim się zorientowała. I nagle nie czuła go już przy sobie, wyplątał się z jej rąk. Była zbyt zmęczona, żeby go ścigać.
Szukanie u Leviathana komfortu wymagało siły. Czy i na ten problem nie spojrzałby z góry z politowaniem i łaską, z jakimi potraktował jej panikę nad plamą krwi? Nie była gotowa na kolejną porcję osądzenia czy oskarżeń. Nie chciała przebijać się przez tę ścianę jego przekonania, że Hela wymyśla sobie problemy na siłę i męczy go nieuzasadnioną histerią. Ze wszystkich wad, jakie miała, nie była przecież histeryczką. Nie chciała tak się czuć. A wiedziała, że poczuje się źle, jeśli czarodziej zaatakuje ją w świeżym temacie, z którego jeszcze nie do końca się otrząsnęła. Nie tak dawno ostygły szkła laboratoryjne, a tuż przed przyjściem Leviathana czarownica upewniała się znów, czy aby na pewno nie pozostała już na niej ani kropla plugawej czarnej krwi Zimnego. Wszystko było zbyt żywe. Widma, Louvain, halucynacje. Helloise potrzebowała łatwego poczucia bezpieczeństwa, a najprostszą ucieczką było opium. Łatwiej było utonąć w chmurze upojnego dymu, z której nikt nie mógł jej ściągnąć, niż konfrontować się z Leviathanem. Była na to zbyt zmęczona. O ileż wygodniej na długie godziny legnąć bezwładnie w łóżku, rozpłynąć się w euforii. Brać, dopóki nie wpadnie w emocjonalne odrętwienie, w którym przestanie czuć strach, wątpliwości, ból.
Helloise objęła się ramionami i lekko wzruszyła nimi w odpowiedzi.
Możesz iść.

Koniec sesji