![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Alexander Mulciber - 07.06.2024 Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości
Przez chwilę Alex był kompletnie zamroczony. Gdy zwymiotował, wydawało mu się, że osiągnął stan nirwany, jak jego znajomy wieszcz, Don Vasyl: kiedy noga McKinnona poszybowała w górę, poczuł obok twarzy pęd powietrza - ...przypominał mu on trzepotanie skrzydeł motyla na kwietnej polskiej łące, który zaraz miał ulecieć do nieba, wolny, nieskrępowany... - ale nagłe szarpnięcie w bok sprawiło, że znowu zaczęło mu się kręcić w głowie, a jego myśli, z uosobiających ideały buddyzmu afirmacji pokoju zmieniły się w huczący wodospad premonicji - ...a metaforyczny motyl nie wylądował na jego skąpanej w słońcu twarzy, tylko rozpaćkał się na szybie malucha pędzącego polną drogą... - typowy dla jasnowidza. Alexander zamrugał gwałtownie, podnosząc rękę, by otrzeć usta. Łeb dalej go napierdalał. Kiedy zwymiotował, poczuł jednak dużą ulgę. Chociaż ból pozostał, zeszło z niego to ciśnienie, które przez chwilę chciało mu rozsadzić czaszkę. McKinnon - pies go jebał - wysprzęglił mu z zaskoczenia, kiedy on był akurat skupiony na sklejaniu na ślinę i resztek reputacji Mulciberów, Alexander wierzył bowiem, że normalnie zdołałby się uchylić. Stary McKinnon - jeszcze wtedy, kiedy Alex bywał u Rosie w domu na niedzielnych obiadkach - najebany w trakcie jakiejś okolicznościowej imprezy, pokazał dumnie Alexowi kolekcję dildosów, jakie zgromadził w Kościanym Zamtuzie: może kiedy Hadesowi patrzył na świeczuszkę w kształcie chuja, budziła się w nim nostalgia za domem, ale Alexander czuł tylko irytację. Robert Mulciber od miesięcy brzęczał mu nad uchem, jak to ważny jest dla niego wizerunek rodziny, a odpierdalał coś takiego na publicznych obchodach rocznego święta? Alexander ocknął się z zamyślenia, słysząc rozmowę Alastora i Florence. - Nie, nie. Żadnego szpitala. Mój brat raz do szpitala poszedł, i co, i nigdy nie wyszedł... - zaprotestował gwałtownie Mulciber, krzywiąc się tak, jak gdyby sama myśl o placówce ochrony zdrowia napawała go ogromnym dyskomfortem. Może trochę przeaktorzył, ale prawdą było, że jego brat, Donald leżał obecnie pogrążony w śpiączce w lecznicy dusz, a jeszcze niecałe dwa miesiące temu gazety trąbiły z wielką pompą o tym, że nowy senior rodu Mulciberów zamiast rodzinnym majątkiem będzie mógł teraz zarządzać co najwyżej szpitalną salą. Na samo już wspomnienie brata, na twarzy Alexa pojawił się grymas podszyty nie tyle niechęcią, co może... Strachem? Dobrze, niech myślą, że obawia się iść do szpitala, choć jedynym, czego się tak naprawdę bał, był Donald. Gestem dał do zrozumienia Moody'emu - dobrze, że jego oczy nie przypominały kolorem tych jego siostry, bo niechybnie porzygałby się po raz kolejny - że może już stać sam, dzięki wielkie za pomoc. Trigger Warning: TW: homofobia...? (but like, homophobic&homosexual at the same time) (Odkryj) Niech już go, kurwa, tak do siebie nie przytula, oni wszyscy byli tacy sami, ci jebani stróże prawa - tylko by człowieka obmacywali, rzucali się na niego swoim ciałem, z pięściami, zakuwali w kajdanki - a sami tylko że "ręce do góry", pederaści pierdoleni. Wystarczyło popatrzeć na Bulstrode'a i McKinnona, którzy byli spleceni ze sobą tak ciasno, jakby trzymali między swoimi ciałami woskowego fallusa, którego nie chcieli upuścić. Jeszcze brakowało, żeby sobie z dziubków nie zaczęli spijać komplementów na temat swojego prawego sierpowego. "Miłość do ojczyzny i drugiego mężczyzny", psia mać. Tak byli przyzwyczajeni do łykania swojej spermy, że dziw brał, że nie łyknęli tego pierdolenia Hadesa: Alex prędzej by się spodziewał, że jego samego wsadzą go do pieprzonego Azkabanu, niż że sam Alastor Moody zechce go tutaj podtrzymać za łachy, żeby nie osunął się we własne rzygowiny. - ...Nie, absolutnie nie, pani Bulstrode. Już mi lepiej. Zresztą ja muszę zaraz być w pracy. Miałem tylko pogadać tu chwilę o fundacji, zakręcić tym cholernym kołem dla szwagierki, i sobie iść. Żadnych skarg nie chcę składać, jak coś tam będzie trzeba, to zjadę do was windą... - popatrzył to na Alastora, to zaraz znowu na Florence, tylko tym razem, nauczony doświadczeniem, nie ruszał łbem na boki jak ozdobny piesek z kiwającą główką - ...a do szpitala proszę wziąć lepiej tego wariata, McKinnona. Typ ma zaburzenia koordynacji, czasem jak się chce po nosie podrapać, to myli swoją mordę z dupą - choć w jego przypadku łatwo pomylić jedno z drugim... - chory człowiek, no, trzeba mu wybaczyć, sratatata. Gdyby mógł, pogrążyłby typa. Rzuciłby w jego stronę coś, co mogłoby łatwo doprowadzić do ponownej eskalacji konfliktu, może coś o tym, że McKinnonowi nie staje z żoną, więc potraktował świeczki Mulcibera jako osobisty afront, spróbowałby raz jeszcze mu przywalić, i może tym razem nie poboksowałby powietrza jak skończony idiota, ale teraz, dookoła roiło się od brygadzistów, aurorów, i zwykłych gapiów, którzy nie pozwoliliby im nawet unieść pięści. A Alex nie zamierzał dać się aresztować: mroczny znak na jego przedramieniu, ukryty teraz starannie pod zaklęciami maskującymi, pogrążyłby go od razu. Hades, mimo wszystko, był zresztą bratem Ambrosii: to była poniekąd sprawa rodzinna. Alexander zamierzał się policzyć z tym kundlem na osobności. Teraz udawał dobrego obywatela. A że dopiero co wyszedł z pracy? Cóż, niewymowni researchowali wiele pokątnych projektów na boku. - Jak mi pani nie wierzy - zwrócił się do Florence, która stała obok - możemy podejść razem na loterię. Naprawdę jest lepiej. na charyzmę, zobaczyć, jak bardzo zrizzuję tych, co mnie słuchają [roll=O] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Erik Longbottom - 07.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Przechodzę z Magicznych Różności do Biżuterii Viorici i oglądam sobie wisiorki i pierścienie. Spojrzenie Erika oderwało się od występu serwowanego przez Edge'a na scenie, dopiero gdy usłyszał własne imię i nazwisko, które padło z obcych ust. Momentalnie spojrzał na sprzedawczynię, mrugając przy tym parokrotnie w niezrozumieniu. W pierwszej chwili próbował dopasować twarz dziewczyny do kogoś ze swoich najbliższych znajomych, jednak zaraz w jego głowie rozkwitła kolejna myśl. Gazety. I oczywiście sława, pomyślał, kiwając powoli głową, jakby chciał w ten sposób potwierdzić przypuszczenia Olivii. Zaraz jeszcze okazało się, że właścicielka stoiska znała się także z Brenną, która... Chwaliła się nim podczas zakupów? Nieco go to zdziwiło, jednak w sumie to spadł mu kamień z serca; zakładał, że Brenna nie musiała być zadowolona z urlopu i teraz obserwowała gości z jakiegoś ciemnego kąta, robiąc za obstawę Alastora. Cieszył się, że siostra się przemogła i postanowiła wziąć aktywny udział w uroczystościach. — Mam nadzieję, że mówiła same dobre rzeczy. Czasem zdarza jej się nieco... przesadzać — odezwał się do kobiety z szerokim uśmiechem, modląc się, aby go przypadkiem nie zgubić przez zdziwienie tą niespodziewaną konwersacją. Darował sobie litanię na temat czarnowidztwa siostry i tego, że uchodzi w wielu kręgach za prawdziwą katastrofistkę. Wystarczy, że rodzina o tym wiedziała. — Ach, tego zamieszania. — Skrzywił się, zdając sobie sprawę, że Brenna mogła zaangażować się w ten... burdel... który miał miejsce przy stoisku Mulciberów. — Niektórzy naprawdę nie wiedzą, jak się zachować w mieście. Pokiwał głową na słowa panny Quirke, przejmując od niej swoje zamówienie i chowając do wiklinowego kosza. W sumie był to całkiem udany zakup. Wprawdzie nie spodziewał się, że dostanie jeszcze magiczny preparat do czyszczenia biżuterii, ale biorąc pod uwagę dosyć sporą kolekcję spinek, jaką miał w swoich szufladach, raczej łatwo znajdzie dla niego zastosowanie. Może niedługo trafi mu się jakiś wolny wieczór, kiedy będzie mógł nieco zadbać o swoje ozdoby? Po pożegnaniu odszedł od stoiska, kierując się w stronę stanowiska Viorici. W gruncie rzeczy miło było zobaczyć tutaj kolejną znajomą twarz. Z młodszą panną Zamfir miał okazję poznać się już przed paroma miesiącami, kiedy to przygotowywał wraz z Brenną przyjęcie charytatywne w Warowni. Oboje zrobili wówczas istne tournée po bogatych znajomych i biznesów w magicznym Londynie szukając fantów, jakie można by było wystawić na licytacji. Zakład, w którym pracowała wówczas dziewczyna, był jednym z tych lokali. Ciekawe... Dalej tam pracowała, czy udało jej się przejść na swoje w ciągu kilku ostatnich tygodni? — Dobry. — Skinął głową czarownicy, przyglądając się skrytym pod namiotem wyrobom. Jego uwagę przykuły wisiorki i pierścienie, jednak Erik na co dzień stronił od takich ozdóbek. Większość dnia i tak spędzał w biurach Brygady Uderzeniowej, więc nie nosił na palcach ciężkich pierścieni, a na szyi nie pobłyskiwały mu żadne łańcuszki czy wisiory. Westchnął ciężko, przeskakując wzrokiem na kolejne małe działa sztuki, próbując wypatrzeć coś dla siebie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 07.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tpdMKuP.png[/inny avek] Koło fortuny, a następnie południowe stragany
Spojrzał w zamyśleniu na woreczek, ale gdy tylko odkrył jego właściwości rozpromienił się serdecznie, obdarzając świat swoim uśmiechem numer 16 – tym, które sprawiało pozór pielęgnowania wewnętrznego dziecka. To prawdziwe wewnętrzne dziecko tłumaczyło Homera i Platona z oryginału, ale ludzie zwykle nie lubili wiedzieć o jego "rozrywkach" z młodości. Buteleczka nie sprawiła mu tyle satysfakcji, ale tu znów pojawił się uśmiech tym razem numer 18, przeznaczony specjalnie na przyjmowanie listów, gratulacji i podarków, które ni jak miały się do jego wewnętrznych potrzeb i pragnień.
– Primitivo... nie wiem doprawdy dlaczego swoje serce oddałaś Jugosławi, ale jeszcze Cię przekonam, do nawrócenia się na jedyną prowansalską drogę. Dziś mam tylko różowe, ale nie zapominaj, że Francja potrafi krwawić nie gorzej niż kraina skąpana w wojną. – może zabrzmiał nieco zbyt poważnie, nieco zbyt dramatycznie, ale rozmawiał z Niewymownymi, którzy całe dnie spędzali głęboko pod ziemią otoczeni czernią. Potrzebowali kolorów. Nawet takich, których on sam nie mógł widzieć. Na prędce sfinalizował dwa ostatnie losy, kryjąc swoją irytację, że nie może znaleźć piątego. – Nic takiego, jakieś zamieszanie przy stoisku ze świecami– opowiadał gdy ruszyli do straganów południowych. – Chyba chodziło o ich kształt, chociaż rzeczywiście niedługo potem bardzo dużo pojawiło się tam aurorów i brygadzistów. Aż człowiek czuje się bezpiecznie, że reakcja nastąpiła tak prędko, niemniej jednak... no jest tam wciąż pewien chaos, który niekoniecznie mi odpowiada przyznam, dlatego uznałem, że lepiej na moment się odsunąć. Ognie ze sceny lśniły, ludzie zdawali się nieco spokojniejsi skoro przedstawienie znów ruszyło, harmider przy świecach trwał, ale Anthony myślami był już zupełnie, zupełnie gdzieś indziej. Udało mu się nawet powstrzymać odruch spojrzenia na Morpheusa, tak absolutnie trzymał sznurki własnego ciała w możliwie ciasnym i nie pozostawiającym przestrzeni na błąd układzie. Pewnie normalnie uległby i poświęcił więcej czasu swoim kolegom z innego departamentu. Ale obiecał, a obietnice były dla niego bardzo ważne. – Wybaczcie mi proszę, nieco lekkomyślnie Was zaprosiłem teraz, nie sądziłem, że pokazy się już rozpoczną. Muszę pojawić się gdzieś w okolicy sceny, rozumiecie... prasa, zdjęcia, garnitur do wypromowania... – oczy przetoczyły się lekceważąco, ot takie drobnostki, małe dodatkowe obowiązki, które zmuszają go do obecności na dożynkach. Z pewnością nie było w tym drugiego dna. – Vera daj znać, kiedy skaczemy po fotele do kompletu! – rzucił jeszcze na odchodnym i odbił od nich, nie musząc się nawet rozglądać po stoiskach. Grawitacja nie działała w ten sposób. – Coś ciekawego? – zapytał gdy już zatrzymał się przy lewym ramieniu Erika, pochylając się obok niego i prześlizgując się wzrokiem po wystawce, a potem skupiając wzrok na sprzedającej. Z zaskoczeniem uniósł brew widząc znajomą twarz. – Ach panna Zamfir, widzę, że oboje dzisiaj ciężko pracujemy by utrwalić swoje nazwiska w miejskich kronikach. Jak samopoczucie? Jestem w sumie ciekaw... co najlepiej dzisiaj schodzi? – zakładał, że kotki. W sumie nic dziwnego, skoro obchodzili święto płodności. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jagoda Brodzki - 07.06.2024 Nadal obserwuję stoisko, stoję sobie obok Perseusa, stoisko Magiczne Różności Jagoda była bardzo dobrze wychowaną damą. W Wielkiej Brytanii czasami nawet uważano ją za sztywną. Za żelazną kurtyną wciąż powszechne były sposoby bardzo restrykcyjnej dyscypliny, by każdy znał swoje maniery perfekcyjnie. Dlatego właśnie, znając wszelkie problemy z jakimi Black się zmagał, objęła jego przedramię zupełnie tak, jakby rzeczywiście służył jej oparciem, choć jednocześnie, bardzo dyskretnie, swoim ramieniem niekiedy pozwalała mu się opierać o swoje ciało. Może nie było to bardzo pomocne ze względu na różnicę ich wzrostu, ale zawsze pomagało wesprzeć jego laskę. Rozmawiając z nią, przebywając i znając nieco lepiej jej zachowania, wyczuwało się, że została wychowana tak, by mężczyzna nie czuł się przy niej słabszy od niej, niezależnie czy był nastolatkiem czy panem po osiemdziesiątce trzęsącym się przy każdym kroku... I niezależnie czy to była prawda czy nie. Olivia była jej znajomą, dlatego gdy kiwnęła do Jagody głową, ta odpowiedziała tym samym, nie przeszkadzała jej jednak w rozmowie z innymi klientami. Akurat z biżuterią i amuletami z pewnością sobie poradzi, a również i doradzi swojemu towarzyszowi. Uśmiechnęła się ponownie do Olivii, gdy ta zaproponowała pomoc Perseusowi, ale szybko odwróciła wzrok, zerkając znów na kamienie. Wszystkie były zrobione własnoręcznie, to dało się zobaczyć na pierwszy rzut oka. Niektóre wyglądały w guście Jagody nieco mniej wytrawnie, niektóre jednak naprawdę robiły wrażenie - jakby ktoś dotknął kryształu i od razu wiedział jak go idealnie obrać w ramy, by wyszedł jak najpiękniej. - To brzmi jak bardzo dobry pomysł... - Perseus był jednym z przykładów tego, że Jagoda nie była dobra w utrzymywaniu relacji z kimkolwiek. Niezależnie czy romantycznej czy nie. Była raczej chłodna i bardzo praktyczna, nie rozumiała konwenansów, chociaż rozumiała czemu musi odpisać na list dosyć szybko po spotkaniu, pomimo tego że czasami zwyczajnie zapominała, zwłaszcza gdy dopadał ją twórczy szał. Z Perseusem relacja układała się o wiele lepiej od kiedy byli przyjaciółmi, dziwactwa Jagody były wtedy przypisywane do jej typowego ja. I naprawdę dobrze się dogadywali. - Będzie naprawdę miło, jeśli się uda. - Czuła, że Perseus chciał coś takiego usłyszeć. - To rubin. - Odpowiedziała, ledwie zerkając w stronę pierścionka. - Bardzo dobrze oszlifowany, jednak niewielki. Jaka jest próba złota? Spytała, wiedząc, że Olivia poprosiła swojego współpracownika o pomoc z ich sprawą. Jagoda tylko obrzuciła go krótkim spojrzeniem i zerknęła na kolczyki z białymi kryształkami zawieszonymi na srebrze. Kolejne słowa były jakby nieco zagłuszone, musiała krzyczeć, by cokolwiek docierało do ludzi wokół niej. Zaczął się najgłośniejszy występ. Gdy na scenę wyszedł mężczyzna, a ta kilkukrotnie zapłonęła ogniem, rzeczywiście uwagę Jagi to przyciągnęło. Aczkolwiek w większości sam ogień. Obserwowała chwilę wybuchy, płomienie tańczyły w niebieskich oczach, po czym znów zwróciła uwagę na błyskotki. Występ nie był do końca w jej typie, choć pewnie poświęciłaby mu całą uwagę, gdyby nie kamienie tuż przed nią. @Olivia Quirke @Tristan Ward @Perseus Black RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Lightbringer - 07.06.2024 Scena - "Nikt nie zapala światła, i nie stawia go w ukryciu, tylko na świeczniku, aby jego blask widziano." - Jim nie byłby Jimem, gdyby nie odpowiedział bratu cytatem z Pisma. On nigdy nie wątpił w to, że w każdym znajduje się coś na kształt bożej iskierki. Przeżegnał się w skupieniu za sceną. Dłoń pewnym, ekspansywnym ruchem kreśliła znak krzyża - od czoła, przez środek piersi, lewy i prawy bark - otwierał pokaz tak, jak rozpoczynał modlitwę, z teatralnym namaszczeniem. Jeżeli ja jestem mężem Bożym, mówiły płomienne oczy, wzniesione w niemym błaganiu, niech spadnie ogień z nieba. Ale ogień nie spadł z nieba. Ogień był w Jimie. Powitał go stęsknionym szeptem, tak, jak wita się dawno niewidzianego przyjaciela, a ogień odpowiedział w swoim syczącym języku, łasząc się czule do palców cyrkowca. A potem zapłonął potęgą. Taniec w objęciach pożogi. Języki ognia lizały ciało Edge'a, nie czyniąc mu krzywdy, gdy ten przeżywał śmierć i zmartwychwstanie pośród płomieni. Ruchy rąk Jima także przypominały migotanie płomienia, gdy ten zaklął ogień po raz ostatni. Gorejące skrzydła, misternie splecione z najprzedniejszych płomieni, wyrosły z pleców Edge'a, zalewając widownię połyskliwym światłem tysięcy ognistych piór. Ogień był teraz także i we Flynnie. Upadły anioł odzyskał swoje skrzydła. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 07.06.2024 Scena
Szczur Jego plecy rozbłysły, The Edge rozłożył swoje wielkie, ogniste skrzydła, ale wśród widzów pozostawało wciąż pytanie - ten ogień, który teraz na sobie dzierżył, był dobrym, czy złym omenem? Nie dało się odczytać emocji na zamaskowanej twarzy, a muzyka już ucichła. Ale to przecież nie koniec przedstawienia, prawda? I tak, ludzie nieruszający się z miejsc, wyczekujący kontynuacji mieli rację - muzyka zmieniła się na cichszą, smutniejszą, postać odgrywana przez tancerza poruszała się do niej powoli i niespiesznie, jakby kogoś szukała, nie mogła odnaleźć i powoli się poddawała. Najwyraźniej nawet największa potęga, jaką zdobył człowiek, nie miała znaczenia, kiedy budziłeś się obok, a w łóżku obok ciebie nikogo nie było... Tym co odgrywał ten człowiek, była okrutna, coraz mocniej siadająca mu na głowę samotność. Zapłacił za to wszystko cenę, której ciężaru się nie spodziewał, ale... pojawia się kilka delikatnych, przyjemnych nut. Cicha melodia zagłusza ten smutek jak dotyk jutrzenki, a skulony w rogu sceny Flynn odwraca się w kierunku wchodzącej na nią z drugiej strony Norę Figg. W ciemności, jaka zapadła na scenie po wygaśnięciu wszystkich płomieni, wśród osmolonej, przepalonej scenografii, kocia mama przybyła tutaj z misją oswojenia kogoś, kogo bardzo ciężko było oswoić - szczególnie że tanecznym i bardzo ostrożnym krokiem wymykał się gdzieś bokiem i próbował obserwować ją z dystansu. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Eutierria - 07.06.2024 Stoisko ze świecami
Zgodnie z wynikiem głosowania w narzuconej przez mistrza kolejce nie biorą już udziału postacie poza bójką - możecie pisać w temacie swobodnie (i życzę wam też miłych wakacji).
Post umieszczam głównie w ramach interpretacji rzutów - Alexandrowi nie udaje się wycelować w buty, ale nie dostaje też w gębę. Czuje się źle. Generalnie zaskoczeń dla was nie mam. Postacie Atreusa i Hadesa zgodnie z opisem teleportacji ulegają rozszczepieniu. Stojący obok straganów widzą spadający z wysokości but Hadesa McKinnona i kilka małych, niepozornych elementów... być może włosów? Od razu poczuliście, że coś poszło nie tak - zatrzęsło wami o wiele bardziej niż normalnie, a sama teleportacja trwała zbyt długo. Dystans, który powinniście pokonać w sekundę, zajął wam ich kilka - kiedy pojawiliście się w Atrium, pierwszą zauważoną zmianą był chłód posadzki i w przypadku Hadesa - ból. Trigger Warning: Opisy obrażeń - oderwana skóra (Odkryj) Hades nie miał na sobie butów, skarpet i sporej warstwy skóry, jakby coś dosłownie starło mu je ze stóp. Utrzymanie się na nogach sprawiało ci olbrzymi ból. Atreusowi brakowało podeszw butów i skarpet, a kafelki, na których stał, były cholernie zimne. Cóż... przynajmniej cię nie bolało? Ale to było tylko pierwsze wrażenie - ból pojawił się, kiedy poczułeś, jak coś zimnego ścieka ci po łydkach i zdałeś sobie sprawę z tego, że to twoja własna krew, a ty nie czułeś nic przez szok. Magia rozerwała twoje spodnie wzdłuż łydki, tnąc skórę na obu - podobnie jak Hades zostałeś oskórowany, ale wzdłuż nogi. Skóra zwisała obleśnie jak płachta, a ty mogłeś jedynie gdybać, czy uzdrowiciel przyklei ją do twojej nogi, czy zerwie i postara się odbudować tkankę. Postacie opuszczają sesję
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 07.06.2024 Strefa gastronomiczna
– Zrobiła to co ja, kupiła te świeczki – Sauriel w swoim założeniu nie trafił. Victoria z kolei była pewna, że gdyby teraz Florence zobaczyła taką falliczną świeczkę do rytuału, to przypomniałaby sobie o tym, jak Atreus okłada nią Notta, a potem ona sama płaci za świeczkę i dokupuje kolejne tylko dlatego, ze Robert Mulciber kazał im się rozejść – jakby ten stary grzyb miał cokolwiek do powiedzenia. Nie miał. I obie, Victoria i Florence, bardzo chętnie to udowodniły. Czy przy tym przyczyniły się do jego ataku serca? Cóż… Być może. Ale Victoria nie miała w sobie ani odrobiny wyrzutu sumienia. – Więc pewnie przypomniałaby sobie jak jej drogi Atreus łamie świeczkę na nosie Notta – może złamał mu nos…? Aurorka nie miała okazji się przyjrzeć i zresztą nieważne – bo należało się padalcowi. – Nie da się ukryć, że jedni są w tym bardziej uprzywilejowani niż drudzy – i z pewnością to nie kobiece ciało kojarzyło się z lodami. Ale ta rozmowa była znacznie przyjemniejsza od tych pytań, prawda? Victoria naprawdę nie zamierzała tego psuć, Sauriel mógł być całkowicie spokojny, bo i ona nie czuła tego zdenerwowania i tej pustki po zerwanym rytuale jak wtedy. Nie było więc też pytań jak się czujesz po tym, bo nie było o co pytać. Pewne gesty mówiły same za siebie… Sauriel pewnie nie każdą osobę złapałby za dłoń, a Victoria nie każdej osobie pozwoliłaby się tak dotknąć i trzymać. To nie był taniec na parkiecie, a przeciskanie się przez tłumek ludzi na Lammas. – Mhm, jak gwiazdka – to były słowa Nory. Victoria tego rzecz jasna nie miała jeszcze okazji zobaczyć, ale dzisiejsza noc pewnie będzie niezapomniana: dla Kwiatuszka, bo trafi do nowego, obcego domu, który stanie się jego własnym, pozna małą czarną kicię, ale dla Victorii też będzie to pełen emocji wieczór i noc – bo pewnie będzie chciała stanąć na głowie, żeby kot dobrze się czuł w nowym dla niego miejscu. – Z tego co zrozumiałam, to nie da się tego cofnąć. Nie wiem co te dzieci dokładnie zrobiły, ale póki nie cierpi, to jest w porządku – ale oczywiście może poszuka na to odpowiedzi… – Były cztery koty z Kociego Azylu, które szukały domu. Każde z nich wyglądało, jakby było po mniejszych czy większych przejściach – Victoria mogła kociaka jedynie zapewnić, że niezależnie od tego, jaki jest, to będzie przez nią chciany i kochany. Nie był to chyba kot z hodowli Figgów, nie mówił, ale nie czyniło go to w żadnym razie gorszym. Victoria nie wybrała go ze względu na to, że był inny, nie patrzyła na Kwiatuszka jak na trofeum do kolekcji. Po prostu… Po prostu coś w nim jej się spodobało i chyba ze wzajemnością. Może to ta miłość do kwiatków? Stanęli z boku, obserwując ognisty taniec na scenie – podobał się Victorii. Kochała ogień… Czy był złym omenem… zależy dla kogo. Ogień był niszczycielski, ale jednocześnie bez ognia nie byłoby życia. Był więc początkiem i końcem, jak uroboros, jak krąg, wir… wszystko było wirem. Ludzie w tańcu też wirowali. Gdy łapali się za ręce, zamykali krąg. Wszystko było energią… Uniosła głowę, słysząc mruczenie przy jej uchu. Miauu? Ciemnooka zachichotała, bogowie, jaki Sauriel był kurewsko słodki kiedy tak wydawał te kocie dźwięki. To przykryło nawet jej zawstydzone beczenie, a kiedy się roześmiał, to odsunęła dłoń od ust i też się zaśmiała. – Beee beee bee – i co cię tak bawi chciała powiedzieć, ale przecież doskonale wiedzieli, co ich właśnie rozbawiło. Bogowie, to było takie miłe. Cały ten dzień był miły (minus zamieszanie przy świeczkach), rozpierało ją szczęście i wręcz miała ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić… ale zamiast tego zabeczała jeszcze kilka razy, w miarę jak ubywało jej tego loda w wafelku. – Słodki jesteś kiedy miauczysz – ooch… Tego już nie zabeczała jak owca? No trudno. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sebastian Macmillan - 07.06.2024 Południowe stragany - stoisko kowenu
Obsługuję Leona i Ulę. Skinął machinalnie głową na dźwięk pozdrowień, które zostały do niego skierowane. Chociaż postrzegał się w dużej mierze jako odludka, który stronił od niezobowiązujących znajomości i nadmiernych kontaktów z innymi ludźmi, tak nie był kompletnie nieznaną jednostką. Ludzie kojarzyli go z pracy w Ministerstwie Magii, pomocy kowenowi czy z dosyć bogatego dorobku badawczego. Dopiero gdy podniósł wzrok na przybysza, zorientował się jednak, że nie miał do czynienia z pierwszym lepszym wiernym znanym z poprzednich sabatów, a z jednym ze swoich współpracowników. — Witaj, Leonie — odparł z rezerwą, nie bardzo wiedząc, czego spodziewać się po Bletchleyu. W pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować na jego obecność tutaj. Przyzwyczaił się, że niektóre osoby mógł swobodnie zaszufladkować jako znajome twarze, które widywał w jednym konkretnym miejscu. Tak było poniekąd z Leonem, toteż spotkanie go w miejskiej dżungli nieco go zdziwiło. Pozwolił chłopakowi spokojnie rozejrzeć się po stoisku, podsuwając mu przedmioty, które początkowo mogły znajdować się poza zasięgiem jego dłoni. — Emm... Tak. A i owszem. Ruch jest dzisiaj całkiem spory. — Pokiwał głową, wskazując ruchem podbródka na swego asystenta. — Aż musieli mi dać kogoś do pomocy, żeby to wszystko ogarnąć. Koszulki całkiem nieźle schodzą. Podobnie jak kosze. Chociaż to raczej zasługa kotów, jakie rozdają na stoisku Figgów. Może powinien do nich podejść pod koniec obchodów i podziękować za tę nieoficjalną współpracę? Albo zaoferować, że w przyszłości powinni połączyć siły, jeśli rozdawanie kociąt na bazarach miało stać się dla opiekunów kociego azylu nową tradycją? Bądź co bądź, kapłani powinni pomagać potrzebującym... Nawet jeśli mają cztery łapy i potrafią tylko miauczeć, a zamiast w Matkę, to wierzą w boga tuńczyka i polowań na polne myszy. Sebastian westchnął ciężko, gdy finalizował kompletowanie zamówienia Bletchleya. — Coś się znajdzie. Chociaż do siebie polecałbym po prostu kupno kosza. Będzie wielokrotnego użytku. Zanim to doniesiesz do domu po obchodach, to nawet mocniejsze opakowanie wyląduje koniec końców w koszu — ostrzegł Sebastian, grzebiąc za ladą w poszukiwaniu na zaś jakiejś torby, która umożliwiłaby Leonowi łatwiejszy transport zakupionych towarów, po czym zaczął go pakować. Gdy skończył zajmować się Leonem, przeszedł do kolejnej klientki, która rozglądała się przez dłuższą chwilę po stoisku. — Witam — rzucił z minimalnym uśmiechem na ustach na widok Uli. — W czym mogę... Ahhh, tak. Tradycyjnych świec nie mamy, ale te z imiennym grawerem można łatwo przystosować do swoich potrzeb. — Podsunął dziewczynie odpowiedni zestaw. — Jeśli grawer będzie przeszkadzał, można łatwo rozproszyć energię zaklęcia. To prosty czar, więc nie powinno być z tym większych problemów. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Thomas Hardwick - 07.06.2024 Przed sceną
Tak naprawdę nie bardzo planował, by dziś się tutaj pojawić. Nie był szczególnie religijny, a ten sabat wydawał się być urządzony zmniejszą pompą niż ostatnie (i może dobrze, wolał gdy śmierciożercy nie atakują, a przy okazji nikt nie zostaje złożony w ofierze), dlatego nie przykuwał do niego i całej otoczki większej wagi. Miał zamiar spędzić czas w swoim ulubionym zagajniku w Dolinie i postawić na relaks oraz naukę nowych utworów na gitarze - miał ich kilka - ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu, gdy zdał sobie sprawę, że w domu nie został praktycznie nikt, bo wszyscy wybrali się na kiermasz, a on jako jedyny postanowił z niego zrezygnować. Jakoś nie chciał czuć się pominięty. Do tego słyszał, że odbywała się kusząca loteria i wystawiło się naprawdę sporo stoisk do zobaczenia, w tym te z jedzeniem i alkoholami, co najbardziej go kusiło. No cóż, nie był fanem dewocjonaliów i biżuterii, a tak się składało, że te drugiej nie miał dla kogo kupić. A szkoda. Bo może nie stałby tu sam jak palec. Dlatego właśnie wylądował przed sceną, oglądając najpierw dość nagle przerwany występ chóru - i nawet go kusiło zerknąć, co za zamieszanie wybuchło na południowych straganach, zgodnie jednak stwierdził “nie dzisiaj”. I chyba dobrze, bo następny występ był wart zobaczenia. Taniec i ogień naprawdę robiły wrażenie. Próbował odczytać emocje, które chciał przekazać tancerz, wlepiając oczy w mężczyznę i, hej, czy to była Nora? Uśmiechnął się szeroko i pomachał do niej, podejrzewając, że musiała się zgłosić jako ochotnik. Cóż, miał nadzieję, że skończy bez oparzeń. |