Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Alastor Moody - 07.06.2024

Południowe Stragany

Cudem powstrzymał parsknięcie, kiedy Florence skomentowała zachowanie pana Notta, ale chociaż generalnie słaby był w powstrzymywanie takich odruchów, to... no wkurwienie mu nie minęło, więc trochę ułatwiło mu to grę w pokerową twarz Aurora. Szorstkie komentarze nie mierziły go, o ile były trafne - wychował go ojciec o twardej ręce i okrutnym wręcz usposobieniu - to co wzbudzało lęk w uczących się od niej stażystach kliniki, dla Moody'ego smakowało domem. Nie odrzucał go nawet najbardziej cięty ton i mrożący krew w żyłach chłód, o ile mówił do niego specjalista mający rację, a tym, co wiedział o Florence Bulstrode było właśnie to, że wybierała język faktów. Rozważył teraz nawet, że może to właśnie Florence powinien poprosić o pomoc w dodatkowych naukach prowadzących go do stania się certyfikowanym klątwołamaczem?

- Florence, obawiam się, że twój brat właśnie się rozszczepił - skomentował spadający but, który... jak dzieciak kopnął bezczelnie pod stragan obok. Niech go chuj nigdy więcej nie znajdzie - pewnie wywalą go do śmieci, sprzątając po kiermaszu i będzie musiał oddać część ostatniej wypłaty za zniszczenie munduru z własnej winy. Nie rzucił się mu z pomocą, bo wciąż kontrolował to, czy Alexander nie wpadnie we własne wymiociny. I ten obszczymur chyba żartował sobie myśląc, że zostawiłby go sam na sam na sam z uzdrowicielką po tym, jak napierdalał się pięściami z powietrzem. Gdyby nadawał się do zostawienia go tutaj, tak czy siak śledziłby ich jak pies, ale skoro się nie nadawał - zamierzał zabrać go do kliniki.

- A ty zlituj się nad sobą Mulciber - zwykle mówił do znajomych zlituj się nad swoją matką, ale w sumie nie wiedział, czy jego matka żyła - jak nie uzyskasz pomocy już teraz, to na pewno z tej kliniki nie wrócisz. Poza tym nie mam zamiaru puścić cię wolno, póki nie spiszę zeznań. Słyszałem, jak się darłeś. - I chociaż czyste kolesiostwo wcale nie chciało mieszać w tę sprawę Atreusa, to nie potrafił zostawić tej sprawy bez zagłębienia się w jej detale. Był człowiekiem obowiązkowym i upierdliwym, przy okazji pewnym swoich umiejętności i tego, że o ile Mulciber nie będzie irytujący i nie zacznie się szarpać, to do rozszczepienia nie dojdzie na pewno. - Złap się mnie i przygotuj, jak będziesz współpracował, to może starczy ci czasu na zakręcenie tym twoim kółkiem.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 07.06.2024

Bezczelny i arogancki uśmieszek ozdobił jego kocią (wcale nie) mordę, pokiwał głową na boki, z zadowoleniem liżąc loda. Zadanie utrudnione - nawet bardzo - bo kiedy ciągle telepie cię ze śmiechu, a ty próbujesz jednocześnie jeść, to może się to skończyć całkiem tragicznie. No i przede wszystkim - gdzie tu romantyzm! Gdzieś między ciągnięciem jej między ludźmi od Matki Chrzestnej Nokturnu aż tutaj, do lodziarni, gdzie stał już pusty koszyk po kotach. Pewnie by się popluł zaraz, kiedy z ust Victorii znowu dobiegło dumne "beee!", gdyby nie to, że nawet krew nie była tym płynem, który jego organizm w sobie trzymał i cokolwiek z nim robił. Co mógł robić organizm z płynami? Mielić? Cokolwiek robił - jego własny tego nie robił. Wspaniała, czarna dziura - a co się działo w środku? Cynthia na pewno chciałaby to zbadać. I nie miałby nic przeciwko - tylko musiałaby mu zapłacić i nawet mógłby trochę pocierpieć. Do bólu niby nie da się przyzwyczaić, a jednak można się na niego całkiem nieźle zahartować... Sauriel czuł się na niego zahartowany, więc mógł dziękować tatusiowi chociaż za to.

- Mrrrrraaau~. - Przymrużył oczy z zadowoleniem. Nawet nie powiedział niczego konkretnego, chciał słownie, jak to człek, naśladować kota. Oto był bonus - próbując naśladować kota brzmiał jak rasowy kocur. Nie dachowiec, wcale a wcale. Przecież rodowodzik się zgadzał, wszystko było w papierach... ale Saurielowi o wiele wygodniej było być nazywanym dachowcem. Szczególnie na Nokturnie to też lepiej brzmiało. Niekoniecznie w tym kanale człowieczeństwa, w ścieku społeczeństwa, było miejsce na bardzo rasowe kocury, które się z tym obnosiły, a przynajmniej nie wśród tych, między którymi się najczęściej kręcił. Ci u władzy... to potrafił być zupełnie inny poziom. - Ooo... taaak? - Wyciągnął kąciki ust jeszcze bardziej, nachylając się do Victorii z zadowoleniem. Oblizał wargi, co dla większości ludzi mówiło, że myśli o nich jak o obiedzie. Ale teraz oblizywał je tylko ze słodziutkich lodów. I na słodycz Victorii, ale niekoniecznie tą w jej krwi. - O jak miło, też mogę mówić. - Cofnął się i zatrzymał przed kolejnym liźnięciem, patrząc trochę nieufnie na te lody, albo raczej - marszcząc brwi trochę tak, jakby one stanowiły teraz przeciwnika do pokonania. Wyciągnął dłoń do Victorii i potargał trochę jej czuprynę. - Czy te lody wydobywały z człowieka wewnętrzne zwierze? - Przygryzł wafelek. - Ze mnie kota, a z ciebie barana? - Zamrugał oczętami jak niewiniątko, ale zacieszu nie próbował nawet ukrywać, gotów do zrobienia profesjonalnego zwód-uniku, gdyby kobieta próbowała tutaj czynić sekretne techniki łokieć-pięta nie ma klienta. - O patrz, Landryneczka na scenie... czekaj, co Nora robi na scenie? - I to nawet nie miało być celowe odwrócenie uwagi, po prostu faktycznie Nora właśnie wychodziła na scenę. - No a te... koty... zaraz będziesz miała cały sierociniec koci.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Florence Bulstrode - 08.06.2024

zwijam się, gonić brata

Florence można było określić jako osobę dobrą, ale na pewno nie jako miłą. Morze cierpliwości miała wobec braci, kuzynów i pacjentów w ciężkim stanie, a gdy ta kończyła się wobec innych, chłodna uprzejmość uzdrowicielki zamieniała się w cięte uwagi. Nott miał prawo czuć się źle po ciosie świeczką, ale według jej oceny był w stanie, w którym wystarczyło usiąść na dwie minuty, by ustąpiły zawroty głowy, a potem znaleźć innego Brygadzistę lub udać się do Ministerstwa. Zajęłaby się nim, gdyby ludzie wokół nie wymiotowali, nie mdleli, nie mieli zawałów, nie bełkotali i nie próbowali się nawzajem mordować. Tutaj mieli znacznie większe problemy, wszelkie pokłady cierpliwości, jakie miała, dawno więc się rozpłynęły.
Nie tylko wobec niego.
- To może być zadziwiająca statystyka, ale w dziesięciu przypadkach na dziesięć jeśli ktoś nie wychodzi z Munga, nie ozdrowiałby także poza nim. I pójście do pracy, w której pracuje się z dziwną magią i niebezpiecznymi artefaktami, gdy może nagle się ma taki artefakt wyrzucić zawartość żołądka, nie wydaje mi się szczególnie trafionym pomysłem.
Słowa o kole, gdy było się w takim stanie, córce Prewettów sugerowały jedno. Nałogowy hazardzista. Nie, żeby tego nie rozumiała, była w końcu dzieckiem Enidy. Może nawet poszłaby z nim do tego przekletego koła, pod warunkiem, że potem uda się do domu, ale po słowach Alka jej wzrok padł na but leżący na bruku i pobladła nieco.
- Basilius! Idę upewnić się, że aportowali się do Ministerstwa! - zawołała do kuzyna. Normalnie pożegnałaby się z Moodym, ale teraz ruszyła w tłum, nie chcąc aportować się z terenu jarmarku pełnego ludzi, by nie skończyć jak brat.
Chwilowo jej celem było Ministerstwo. Musiała upewnić się, że trafili do celu i nie wykrwawiali teraz bez pomocy w jakimś losowym zakątku Anglii.

Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Tristan Ward - 08.06.2024

Stoisko Magiczne Różności
Przywitanie Erika, obsłużonego przez Olivię. Obsługiwanie Perseusa i Jagody.

Nie wszystkich pracowników Ministerstwa Tristan kojarzył. Przeważnie tych, z którymi pracował w Departamencie Przestrzegania Prawa. O ile znał Brennę, bo się chociażby znali z widzenia, nie inaczej mogło być z Erikiem. Każdemu, kto podchodził do stoiska, witał z lekkim uśmiechem i skinieniem głowy. Również kolejnemu Longbottomowi. Skoro nim zaopiekowała się Olivia, Tristan skupił uwagę na Perseusu i Jagodzie. Jej w ogóle nie kojarzył. Nie miał okazji, jej poznać, nawet jeżeli specjalizowała się prawie w tym samym co on.

Słysząc pytanie o czerwony kamień pierścionka, Tristan zaczął notować w swoim notesie odpowiedź, na moment zawiesił się, kiedy usłyszał odpowiedź kobiety. Spojrzał na nią zdziwiony. ”Rubin?” – zapytał się sam siebie w myślach. Jakby nie wiedział, czy dobrze usłyszał. Nie stać go było na pozyskanie tak szlachetnych i pożądanych kamieni szlachetnych. Męczące było życie z nie możliwością mówienia. Zwłaszcza przy prowadzeniu stoiska. Lecz kiedy na scenie było zbyt głośno, odczytanie treści byłoby lepsze niż przekrzykiwanie się.

”Ten kamień szlachetny do Granat. Symbolizuje życie, regenerację i małżeństwo. Posiada niezwykłe właściwości zmieniania koloru pod wpływem światła. Od fioletowego, różu przez różne odcienie czerwieni. Z eliksirem, o którym wspomniała Olivia, może dawać błędne wrażenie, że to rubin.
Jeżeli chodzi o próbę złota: 585”
.
Napisawszy to na czystej stronie notesu, pokazał klientom zawartość treści. Mając nadzieję wyrozumiałości dla niego, że nie może im tego słownie powiedzieć i musi posługiwać się pisaniem.

Ward dopiero zaczynał swoją przygodę z jubilerstwem, chcąc jakby kontynuować pracę ojca. Od niego uczył się tworzenia mugolskich produktów, chcąc włączyć w to także magię, unikatowość. Choć nie posiadał jeszcze umiejętności pieczętowania czy zaklinania przedmiotów, to w tej chwili eliksiry Olivii musiały wystarczyć, aby dodać tej magii.

Biżuterii z kamieni nie było zbyt wiele. I na pewno nie były to te z najwyższej półki. Nie każdy kamień uda się tanio i w dobrej cenie dostać, aby wykorzystać na przetworzenie w elementy biżuterii. Jeżeli poszczęści mu się z planami własnego interesu, uda się tworzyć naprawdę drogie rzeczy? Z drogich materiałów? Wszystko co tutaj się znajdowało było przez Tristana bardzo starannie wykonane.

Spojrzał także na Ambrosię, czy coś wybrała, czy nadal oglądała. Zerknął także na Olivię, dostrzegając, że spojrzała w stronę loterii. Chciała iść? Nie widział problemu. Ważne że jedno z nich było przy stoisku. Wrócił uwagą na klientów.





RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Ula Brzęczyszczykiewicz - 08.06.2024

Kapłani byli zajęci. Jeden z nich był chyba tym, do którego zgłosiłam się w sprawie stoiska na Beltane... a może mi się wydawało? Nie przyglądałam się mu wtedy.

Gdy podsunięto mi świece, oczywiście spojrzałam na nie, chociaż absolutnie obojętne mi było, jak wyglądały. Grawer z imieniem też raczej nie będzie przeszkadzał, ale słowa kapłana wzbudziły we mnie pewne wątpliwości.

To może wzięłabym taką z imieniem właściciela domu, na który chciałabym odprawić ten rytuał ochronny... Lysander... Chociaż to chyba rzadkie imię... — Wypuściłam z siebie świst niezręcznego śmiechu. — Pewnie łatwiej będzie z imieniem Ursula... Ale jak też nie ma to obojętnie, bo to chyba i tak bez różnicy przy moich potrzebach.

Jeśli sprzedawca nie miał więcej pytań i nie zagadywał dalej, byłam gotowa żeby zapłacić i wrzucić świeczkę do koszyka obok kota. To wszystko, co chciałam tutaj załatwić. Trochę szkoda mi opuszczać festyn tak szybko, ale za bardzo się bałam, że znów wydarzy się coś strasznego. Nawet z kapeluszem i eliksirem ochronnym, wolałam nie znaleźć się w centrum tragedii. Szczególnie, że w mieście trudniej się ucieka. I czy stąd istniało jakieś inne wyjście niż przez Dziurawy Kocioł? (Bo teleportacja nie wchodziła w drogę, panikując na pewno się rozszczepię).




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Nora Figg - 08.06.2024

[inny avek]https://images2.imgbox.com/6d/0b/kB3nxyuS_o.jpg[/inny avek]
scena

Norka przeczytała uważnie instrukcje, które dostała na kartce od prowadzącej. Nie miała szczególnie wiele czasu, aby przemyśleć to, w jaki sposób ma to zrobić, było to dosyć spontaniczne, szczególnie, że to ona miała wejść na scenę jako pierwsza.

Flynn niesamowicie poruszał się na scenie. Norka wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Nadszedł w końcu moment, w którym i ona powinna się na niej znaleźć. Wdech, wydech, serce biło jej jak oszalałe, bo scena nie była jednym z miejsc, w których czuła się dobrze, ba nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zdarzyło jej się występować przed taką liczbą osób. To nie było jednak teraz istotne, liczyło się tylko to, żeby nie popsuć tego przedstawienia.

W ogóle nie spoglądała na publikę, wpatrywała się w Flynna, skupiła się tylko i wyłącznie na jego osobie.

Dosyć niepewnie weszła na scenę. Poruszała się ostrożnie, jakby nie chciała go wystraszyć, musiał jej zaufać, miała go oswoić, wyciągnąć z tej ciemności, w której się znalazł.

Miała go oswoić, niczym dzikiego kota, co było ciekawym zbiegiem okoliczności, bo przecież na kotach akurat się znała, jak na żadnych innych stworzeniach. Powoli, ostrożnie zmierzała w jego kierunku, robiła to lekkim, tanecznym krokiem. Zatrzymywała się za każdym razem, kiedy się od niej odsuwał, bo nie chciała go wystraszyć, wiedziała, że do oswojenia potrzeba czasu, przechodziła z jeden strony sceny na drugą, aż w końcu znalazła się na tyle blisko, aby wyciągnąć dłoń w stronę jego twarzy, chciała dotknąć nią policzka Flynna.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 08.06.2024

Stoisko - Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Sprawdzam jak sytuacja z Sophie. Zostawiam Roberta pod opieką Leonarda. Mijam stoisko Mulciber Moonshine, widząc Lorien i Lyssę. Udaję się po Philipa.

Mimo podejmowanych prób ze strony Charlesa i Basiliusa, tłum nie od razu zaczynał się rozchodzić. Pewna część gapiów pozostawała na miejscu, inni ruszyli w dalszym ciągu zwiedzania stoisk lub obserwowania zakończenia sytuacji związanej z bójką.

Richard obejrzał się za Sophie, aby sprawdzić jak wygląda jej sytuacja zdrowotna. Charles już zapytał o jej stan zdrowia. Z odpowiedzi uzdrowiciela wynikało, ze dostała tymczasowego paraliżu. Na szczęście, nie doznała większego urazu. Uwagę ponownie przeniósł na Leonarda i Roberta, chyba najbardziej będąc przejętym stanem zdrowia brata. Kumulacja stresu? Nerwów? Czy było coś jeszcze o czym mu nie mówił?

Obejrzał się w kierunku sytuacji związanej z bójką, gdzie kilka osób się szarpało, próbowała bić dalej? Próbowano ich powstrzymać? Sami jednak doprowadzili się do nieużywalności. Dostrzegł także kuzyna, Philipa Notta, któremu pomocy nie udzielono a sam nie wyglądał za dobrze. Zmarszczył brwi. ”Tak pracuje Brygada z tutejszego Ministerstwa?” – pomyślał. Czy może to wydarzenie, nie miało odpowiednich zabezpieczeń w kwestii ochrony? Nie było tutaj namiotu medycznego? Departament Prawa cierpiał na niedobór brygadzistów i aurorów? Choć nie. Richard widział kilka mu znajomych twarzy ze zdjęć osób, które obecnie w większości były tutaj w cywilu. ”Kto do chuja pozwolił na organizację tego wydarzenia bez odpowiednich zabezpieczeń?” – zastanowił się. To było nie do pojęcia. Miał za sobą sporo lat doświadczenia jako auror. Nie mógł już tego tak zostawić

- Zaraz wrócę. Zaopiekuj się Robertem.
Oznajmił Robertowi, a Leonarda poprosił. Mając zapewnienie od chłopaka, wstał i ruszył w kierunku Philipa Notta.

Minął stoisko "Mulciber Moonshine", rzuciwszy kontrolnie spojrzenie, czy Lorien tam była w towarzystwie Lyssy. Przynajmniej zastępca do stoiska Sophie się znalazł. Skupił się na Philipie, wyjmując z kieszeni chusteczkę, podszedł do niego.

- Trzymasz się?
Zapytał podając mu materiał, aby docisnął do nosa.
- Przy naszym stoisku są uzdrowiciele. Zaprowadzę Cię.
Zaproponował i jeżeli Philip wyraziłby zgodę, pomógłby kuzynowi dotrzeć do stoiska rodzinnego Mulciberów.

Co więcej. Dostrzegając przy okazji, że drugi kuzyn, Alexander Mulciber, wpakował się w chyba większy sajgon, Richard nie zamierzał się w to mieszać. Przecież młody sobie poradzi.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 08.06.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek]
Północne stragany

Aidan to miał naprawdę anielską cierpliwość do tej swojej rudowłosej wariatki. W jednej sekundzie wszystko było w porządku i mogli normalnie rozmawiać, a w drugiej działy się niemal dantejskie sceny. To wszystko tylko po to, aby w trzeciej - po podejściu do stoiska Abbottów - wszystko powróciło do normy. Przynajmniej według wstępnych oględzin czy zmian w zachowaniu Penny.

I o co ta cała - prawie - afera i oburzenie? Kilka monet to nie był żaden majątek. Z drugiej zaś strony, rozumiał też podejście Emily, wszak sam nie kazał płacić swoim przyjaciołom, rodzinie czy najbliższym współpracownikom w chwili w której odwiedzali Głębinę. Mogli korzystać z przywileju "picia na koszt firmy", chociaż na Nokturnie działało to odrobinę inaczej, niż na takim Lammas.

- Ehh... - ciężko westchnął, słysząc słowa kobiety, która ich obsługiwała. One - Penny i jej krewne - miały takie samo podejście do życia. Postanowić na swoim i tyle. Nie było możliwości na dyskusję. Nie było możliwości na żadną próba pertraktacji. One po prostu nie brały jeńców.

Nie mniej jednak, Matthew, nie zabrał jeszcze monet. Postanowił trochę przeczekać. Czyżby chciał wykorzystać tłum, który tutaj się kręcił do ziszczenia swojego planu? Najpewniej tak. W końcu miał zamiar przesunąć je gdzieś po stoisku, aby tam zostały.

Słysząc zgodę na jeden kieliszek, uśmiechnął się w kierunku swojej towarzyszki. Dużo lepiej to brzmiało, niż niemrawe pomruki czy cisza, którą go przed chwilą "częstowała".

- Oczywiście. Jak najbardziej - zgodził się. Nikt nie zakładał tego, aby się tutaj upić. Była to wizja piękna, zwłaszcza w momencie, w którym dodawało się dzisiejszą ładną pogodę, a ta tylko zachęcała do takich działań. Fakt - może nie wszystkich, ale Stanleya jak najbardziej.

Zanim jednak miało dojść do degustacji, musiało dojść do drugiej części potyczki z Emily odnośnie uiszczenia opłaty za ów napoje alkoholowe. W zasadzie to mogli stać tutaj kilka godzin, sprawdzając to, kto będzie lepiej potrafił postawić na swoim. Nie mniej jednak, zabrał monety do własnej kieszeni, chociaż planował je położyć ponownie w momencie w którym mieli odejść gdzieś dalej czy na bok.

- Dobrze. Zwycięstwo jest Twoje - przyznał, kręcąc głową z niedowierzaniem - Nie będziemy robić żadnych problemów - zapewnił - Czy teraz możemy prosić o jakieś polecenie? Masz jakieś preferencje Penny? - zapytał, spoglądając raz na jedną, a to na drugą. Dla Stanley mogło to być cokolwiek, ale pod jednym warunkiem - miało odrobinę sponiewierać. Czy Abbottowie mieli jakieś produkty spod lady? Tak, aby mogli przyrządzić jakiegoś ubota?




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 08.06.2024

Południowe stragany - stoisko kowenu

Początek swojej konwersacji z Sebastianem mógł uznać za nad wyraz udany, biorąc pod uwagę to, że czarodziej go zauważył i postanowił go przywitać. Rezerwa w głosie starszego czarodzieja była dobrze słyszalna, jednak na razie nie miał podstaw aby się tym przejąć. Tym bardziej, że jak dotąd utrzymywali wyłącznie służbowe relacje. Przyszedł tutaj jednak prywatnie, z zamiarem zrobienia sporych zakupów. Mieszkając na Alei Horyzontalnej często można było go spotkać na ulicach magicznego Londynu.

Gdybym sam miał prowadzić stoisko to sam wolałbym mieć kogoś do pomocy. To zawsze dodatkowa para rąk do pomocy, poza tym w takiej sytuacji to mógłbym pozostawić stoisko w rękach pomocnika na parę chwil. Nie byłem jeszcze przy stoisku Figgów, ale miałem możliwość pogłaskania jednego z tych kotów przy straganie prowadzonym przez moją przyjaciółkę. Sprzedaje swoje eliksiry. — Odezwał się podczas dokonywania zakupów. Z jego strony to było gdybanie, ponieważ tak naprawdę nie miał co wystawiać. Nie jest twórcą eliksirów ani rzemieślnikiem. Nawet nie rozważał rozstawienia stoiska, przy którym mógłby oferować przepowiadanie przyszłości za parę galeonów - czasem zdarzało mu się to robić, jednak to traktował jako pomniejsze źródło dochodu i nie oferował tego każdemu. Od zawsze lubił zwierzęta.

To wezmę ten kosz. Faktycznie może się przydać. Jeszcze nie skończyłem robić zakupów, to moje drugie stoisko. — Po krótkiej chwili namysłu zdecydował się na przyjęcie tego kosza, oczywiście za stosowną opłatą. Zapakowane do pierwszej lepszej torby zakupy może przepakować już we własnym zakresie. Przekazał Sebastianowi całą kwotę za swoje zakupy i postanowił nie zajmować mu więcej czasu, tym bardziej że miał już pierwszą klientkę.

Powodzenia w interesach. — Pożegnał zarządzającego tym stoiskiem egzorcystę i współpracownika, zabierając ze sobą wszystkie swoje zakupy. Zmierzał do kolejnego stoiska, którym okazało się Château des Dragons.

Stoisko winnicy zdawało się wyróżniać na tle innych straganów. Nie sposób zaprzeczyć temu, że szło na pierwszy rzut oka rozpoznać winiarnię. Postanowił skosztować tego trunku, skoro istniała możliwość degustacji. Może udałoby mu się dostać dodatkowe dwa kubki, które mógłby przekazać Olivii i Tristanowi. Jego przyjaciółka miała bardzo ograniczone możliwości, jeśli chodzi o chodzenie od stoiska do stoiska - sama wystawiała swoje towary. Natomiast, jeśli chodzi o jej chłopaka, to nie wypadało mu przynieść tylko jednego kubka dla przyjaciółki. Przeniesienie dwóch kubkach wina przez ten tłum mogło graniczyć z cudem, dlatego może powinien poprosić stojącej za ladą kobiety o wydanie mu do celów degustacyjnych dwóch kubków i odpowiedniej ilości wina w butelce. Dla siebie także zamierzał kupić całą butelkę na odpowiednią okazję.

Dzień dobry, pani. Co za wspaniałe stoisko. Najbardziej podoba mi się ten smok... to jak mniemam opalooki antypodzki? — Zwrócił się do kobiety z ciepłym uśmiechem, kiedy pochwalił prowadzone przez nią w imieniu właściciela winnicy stoisko. Leon, jak przystało na mola książkowego, potrafił na podstawie opisu rozpoznać dane magiczne stworzenie. Dopuszczał jednak to, że mogła to być wyłącznie artystyczna wizja smoka i nie należało doszukiwać się odniesień w rzeczywistości. Nawet, jak przyszedł tutaj po wino, to może podjąć próbę konwersacją z tą czarownicą.


@Sebastian Macmillan @Anthony Shafiq


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 08.06.2024

Strefa gastronomiczna

Miły był to wieczór, jeśli odjąć zamieszanie przy straganie Mulciberów, ale Victoria wierzyła, że jej obecność tam była całkowicie zbędna i nie pomogłaby nikomu i niczemu, zwłaszcza, że miała na głowie opiekę nad kotem, który chyba zawinął się w kłębek w ciemności koszyka, gdzie miał teraz spokój, a Victoria starała się nim nie kołysać za mocno, żeby miał tym więcej możliwości na odpoczynek. Pewnie nie spał, a obserwował, włożywszy swój mały nosek w ogon, jak to koty potrafiły. Sceneria nie była romantyczna, to i romantyzm gdzieś się zgubił, ale te lody przypomniały Victorii o ich spotkaniu tuż po zerwaniu zaręczyn, gdy w środku nocy poszli szukać lodów… Bo Sauriel chciał. Znaleźli je więc teraz, tutaj – miesiąc później, chociaż wydawało się, jakby upłynęło znacznie więcej czasu. Tutaj ten romantyzm się zgubił, pomiędzy beczeniem i miauczeniem, ale jego zalążek gdzieś był przed momentem, gdy w ogóle tutaj szli. Zaś teraz…

– Beeee – odpowiedziała mu na to jego jakże zalotne „mrrrraaaau”, tyle że to jej beczenie, chociaż bardzo się starała, nie było ani trochę tak urocze i słodkie jak kocie odgłosy Sauriela. To jej było wręcz oburzająco bezczelne! Dopiero po chwili udało jej się dać głos, co zaskoczyło ją chyba tak bardzo, jak to, że i Sauriel odzyskał swój. – Taak – normalnie zmrużyłaby oczy, gdyby ktoś inny tak mocno się do niej nachylił, ale nie przed Saurielem, nie. Te swoje duże oczy miała szeroko otwarte, choć teraz zamrugała firaną rzęs i uśmiechnęła się niewinnie. Nawet nie pomyślała, że on mógłby o niej myśleć jak o obiedzie. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z jego upodobań i konieczności, która targała jego ciałem (być może zdawała sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny, biorąc pod uwagę wspomnienia babci…), ale czy jej krew też była tak słodka? Nigdy tego nie sprawdził: jaka była krew Zimnej?

Sauriel rzeczywiście dobrze się obawiał, bo Victoria lekko przekrzywiła się w jego stronę, żeby go bodnąć w bok łokciem, za to targanie włosów i tę jakże piękną obrazę.

– Sugerujesz, że jestem tępa jak baran? Czy puchata i niewinna jak owieczka? – bo to była owca… jeden pies tak po prawdzie, chociaż może dla Sauriela różnica nie była tak subtelna, skoro niewiele się znał na przyrodzie. – Wredna małpa – wymruczała jeszcze pod nosem, bez strachu dobierając się do reszty loda. Skoro on jej tak, to ona nie mogła pozostać mu dłużna. I tylko jej uśmiech zdradzał, że nie była obrażona.

Patrzyła na scenę, jak Nora na nią weszła i jak powoli zbliżała się do typa w czarnym, który sukcesywnie unikał jej obecności i przed nią umykał, ale ona zbliżała się coraz bardziej i bardziej… Wyglądało znajomo, co? A przynajmniej Victorię uderzyło, że było znajome i zerknęła na Sauriela, nieznacznie odwracając w jego kierunku głowę i zadzierając nieco spojrzenie w górę.

– Oj tam od razu cały sierociniec… Mam dużo miejsca, przecież jeden więcej to nie żadna katastrofa – właściwie to żadna różnica, a mogła zrobić dla tego kota coś dobrego, dać mu kochający dom… Victoria wyniosła się z rodzinnego domu i w ciągu jednego tygodnia zdążyła przygarnąć dwa koty. Jak to wróżyło na przyszłość…? Cóż… Sauriel nie wyglądał na niezadowolonego, a to on po godzinach robił za kocią mamę… kociego tatę… Ostatnio wpadł do niej taki zły, ale chwila spędzona z Luną sprawiła, że od razu mu się humor poprawił i ogólnie był w lepszym stanie psychicznym – tak przynajmniej wyglądał i takie miała obserwacje na ten temat. Koty naprawdę łagodziły obyczaje, prawie jak muzyka. Może to przez ich słodkie mruczenie? – A co, szukasz nowego lokum? – to był już żarcik, którym piła do tego, że on sam był jak ten kot, Czarny Kot, który dopiero co miauczał jak rasowy kocur. – Chcesz się ze mną przejść, zobaczyć co ciekawego mają w stoiskach? – zapytała po chwili i uśmiechnęła się ciepło.