![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Philip Nott - 09.06.2024 Stoisko Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Poza oczywistym stwierdzeniem co do swojego stanu, sam nie był w stanie postawić sobie dokładnej diagnozy. Nie umniejszał w żaden sposób umiejętnościom pani Bulstrode. W tym momencie jednak nie zwracał się do niej, tylko do Aurora i nie domagał się udzielenia pomocy medycznej. Chciał zgłosić napaść mającą miejsce zanim tych dwóch idiotów rzuciło się sobie do gardeł, ściągając na siebie uwagę jedynego w tej części kiermaszu Aurora. Poza tym, który będąc służbowo wdał się w bójkę, można odnieść wrażenie, że wszyscy Brygadziści dostali w tym dniu zasłużony dzień wolny i na służbie pozostawiono wyłącznie pracoholików albo tych najbardziej nieudolnych. Kąśliwa uwaga, skierowana do pani Bulstrode (cóż za zbieżność nazwisk z czarodziejem, który go zaatakował!) nic by nie zmieniła. Sytuacja, w której się znalazł, stawiała go w konieczności udania się do gmachu Ministerstwa Magii, w którym będzie musiał przedstawić swoją sprawę, wzbogaconą o własne spostrzeżenia w kwestii reakcji czarodzieja, do którego się zwrócił. Jeśli zestawić razem to, że zaatakował go inny Auror, że inny nawet nie wezwał wsparcia i na sam koniec wziąć pod uwagę nietrzeźwego i pierwszego do mordobicia Brygadzistę, to nic dziwnego, że można mieć zastrzeżenia do funkcjonowania Departamentu Przestrzegania Prawa. Nawet jak chciało się wierzyć, że to odosobniony przypadek i splot niekorzystnych okoliczności, tak wszystko miało swoje granice. Podniósł spojrzenie na przystającego przy nim mężczyznę. Od Roberta odróżniał go wyłącznie ubiór oraz charakter. Gdyby nie to, że z Robertem spędził trochę czasu podczas tego kiermaszu to gdyby zobaczył Richarda jako pierwszego, wziąłby go za Roberta. Przyjął od niego tę chusteczkę, gdyż ta należąca do niego była była pokryta wypływającą z nosa krwią. Czysta zawsze może się przydać. — Względnie. Potrzebuję usiąść na parę chwil w spokoju, którego przy waszym stoisku brakuje. Jeden z nich powinien na to spojrzeć. — Wymruczał odpowiedź na pytania, jednocześnie przystając na to aby zostać obejrzanym przez uzdrowiciela. Najlepiej takiego, który nie jest spokrewniony z napastnikiem. Jego niechęć do kontaktu z kolejnym Bulstrodem nie była bezpodstawna. Już raz miał styczność z panią Bulstrode, która uwalniała go od obu klątw. @Richard Mulciber RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 09.06.2024 Południowe stragany - stoisko Sebastiana
- Ani to puchate, ani to niewinne... - Głupie tym bardziej nie, uparte? W niektórych momentach na pewno Victoria potrafiła być uparta, ale czy o baranach się mówiło, że są uparte? Chyba tak mówili o osłach. Poziom osła w kwestii bycia upartym zarezerwował zaś już dla siebie. Lekko ruszył się na bok przy jej ruchu, ale nie odsunął, więc łokieć i tak celu swojego sięgnął. Niespecjalnie się postarał, jak widać nie brał na poważnie tego jakże okrutnego ciosu, który poleciał w jego kierunku! - I nie małpa, tylko kot. - Widział małpę, nawet niejedną, w zoo! Pawiany, wspaniałe stworzenia, że też Matka nie pomyślała, żeby tak stworzyć ludzi! Czy tam cokolwiek (albo ktokolwiek) nad nimi czuwał. Wszystkie te zagadnienia religijne i w ogóle... machał na to ręką, nigdy nie wiesz, ile ludzie sami wymyślili, a ile sobie dopowiadali. Religia istniała po to, żeby kontrolować ludzi, a ludzi tworzyli religię, ponieważ potrzebowali oprzeć na czymś swoje nadzieje. Szukali ulgi dla serca i umysłu w bytach pozaziemskich, bo tutaj nie odnajdywali zazwyczaj swojej doskonałości. Kogoś, w kogo spełnienie marzeń mogli uwierzyć. Bali się śmierci, więc szukali ukojenia w wyjaśnieniu, że czeka ich lepsze życie. Powody się ciągnęły, a ograniczały się do proste: ludzie chcieli wierzyć. Potrzebowali wierzyć. Nie widział tego połączenia, nawiązania do ich historii - spoglądał na to jak na ciekawostkę artystyczną, która w doborze z muzyką naprawdę mu się podobała. Wyglądało to bardzo uroczo i bardzo w stylu Nory. Nie wiedział, co miała odegrać, ale wyglądało to przekonująco. Jakby próbowała oswoić dzikusa - cokolwiek było w tej fabule wybrzmiewało w jego opinii świetnie. Gdyby nie to, że miał kutasową świeczkę w jednej ręce, a w drugiej loda, którego wcinał, to wziąłby zaklaskał i wzniósł dla niej owacje. - Dzieci rodzić, a nie kotami wypełniać miejsce za dzieci. - Oczywiście rzucił to w formie żartu, przecież w ich świecie model kobiety rodzącej dzieci to był przeżytek... prawda? W sumie to wcale nieprawda. - O tak, wystarczy mi miseczka mleczka i codzienna pieszczota na kanapie, jestem tani w utrzymaniu. - Prawda i nieprawda, bo skoro nie musisz się żywić to koszta drastycznie spadają. Victorii to jednak nie obchodziło - po rodzicach miała niemałą fortunę, która gdzieś tam została odseparowana na jej cześć i teraz została przyswojona przez nią samą, zabezpieczona i siup! Była w domu Victoria - nie ma Victorii! - Ay, możemy się przejść. - Dojadł loda, spojrzał na tę świeczkę, zamachał nią na boki. - Trzymaj, bo nie mam co z tym zrobić. - Na przechowanie! Tylko tymczasowo, bo przecież musiała trafić do jego pokoju jako trofeum. - O tototototo... ale kurwa dojebaane... - Odeszli od stoiska Nory i zbliżyli się do stoiska, które palcem pokazał Sauriel. Powiedział to w miarę cicho do Victorii, kiedy zbliżali się do stoiska kowenu, chociaż akurat Sauriel był ostatnim, który by się nadmiernie przejmował tym, że zostanie dosłyszany. Przecież komplementował, tak? To, że wulgarnie, stanowiło już problem wysublimowanej socjety, nie jego. - Heeej. - Rzucił mrukliwie, kiedy podeszli, spoglądając na rzeczy tutaj wystawione. - Gotujesz? Może książkę kucharską? - Nie żartował akurat, palnął tak o, kiedy przyglądał się rzeczom na straganie. - Ooo... ale to jest zajebiiste. - Spojrzał na zakładkę do książki, której obrazek się zmieniał i zagapił się na nią na moment. Przez moment się zapatrzył, po czym sięgnął po kolorwankę i zaczął przeglądać, co w niej takiego ciekawego było, czy raczej jak wyglądały obrazki. Wcale nie pomyślał o tym, że mógłby je kolorować. WCALE. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Tempest - 09.06.2024 pod sceną
Layla zerknęła na moment na scenę, podziwiając dziejący się na niej występ Flynna w akompaniamencie magii Jima. Ale tak naprawdę, w ogóle nie musiała patrzeć w tamtym kierunku, bo przecież doskonale wiedziała że spisywali się na medal. Jak zawsze z resztą. Lubiła oglądać próby każdego ze swojego rodzeństwa, nie tylko by cieszyć oczy czy służyć dobrą radą, ale też by zamiast teraz gapić się na scenę jak sroka w gnat, móc zawiesić spojrzenie na czymś o wiele bardziej interesującym. Przesunęła się wzdłuż zbiorowiska ludzi zapatrzonych na dziejącą się na scenie magię, samej szukając jakiegoś łatwiejszego lub wyjątkowo kuszącego celu. Zrzuciła typowe, trochę efekciarskie ubranie, które z przyjemnością nosiła między cyrkowymi namiotami, zamiast tego ubierając się dziesiejszego dnia w najnudniejsze ciuchy, jakie udało jej się wygrzebać z szafy zarówno swojej, jak i tych swojego rodzeństwa. Aż w końcu zatrzymała się, stając za jednym z mężczyzn, który najmniej w tym momencie interesował się własnymi kieszeniami czy sakiewką. Rozejrzała się jeszcze raz, najpierw po innych ludziach, a potem zerkając ku samej scenie. Powietrze zadrgało od ciepła, kiedy płomienie za plecami Flynna rozbłysły, a potem dramatycznie zgasły. Ładnie - musi potem pochwalić za to Jima. Ich oboje w sumie. Ale przedstawienie dalej trwało, tak samo jak i misja Layli, dlatego wreszcie sięgnęła do kieszeni znajdującego się przed nią mężczyzny. af na kradzież + na scenie występuje moje rodzeństwo + złodziejstwo [roll=PO] [roll=PO] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 09.06.2024 Północne stragany
Zdaniem Penny było zupełnie na odwrót. To ona miała naprawdę dużo cierpliwości, kiedy chodziło o tą cholerę Parkinsona. Zabrakłoby jej palców, a te przecież znajdywały się zarówno u dłoni jak i stóp, gdyby chciała teraz zliczyć te wszystkie przypadki, w których Aidan zdołał ją wyprowadzić z równowagi. Miał do tego prawdziwy talent. Całe szczęście, potrafił też odpowiednio przeprosić. Uśmiechnęła się, kiedy zgodził się na to, że będzie to tylko jeden kieliszek. Następnie rozejrzała po stoisku, zastanawiając się, co dobrego miała do zaoferowania jej kuzynka. Posiadając rozległe sady, które praktycznie otaczały całą Dolinę Godryka, Abbottowie mieli do zaoferowania sporo. W grę nie wchodziły tylko jabłka, choć te niewątpliwie stanowiły bazę dla największej liczby produktów, które można było tutaj dostać. - Tak, mam. - odpowiedziała na pytanie Matthew, po czym zwróciła się w stronę Emily. - Macie może gruszkówkę? Wiesz, tę którą piliśmy podczas mojej wizyty w lipcu... - zapytała kuzynkę ciszej, jakby nie chcąc, żeby pytanie dotarło do nieodpowiednich uszu. Do grona tych niewłaściwych uszu nie wliczała jednak Matthew. Zapytana o to Emily, kiwnęła głową, po czym rozejrzała się na boki. Nie chciała, żeby to zauważono? Najwyraźniej z jakiś przyczyn wspomniana gruszkówka nie znajdywała się w otwartej sprzedaży. Tylko właśnie była tym produktem spod lady. Pytanie tylko czy miała okazać się tym czego zdawał się poszukiwać Matthew? Przekonamy się za chwilę! Kiedy blondynka zyskała pewność, że nic nie stoi na przeszkodzie, rozlała alkohol pochodzący z wyciągniętej spod lady butelki. Lekko mętny. Dało się zauważyć, że w środlu wciąż znajdywało się kilka drobno pokrojonych kawałków gruszki. Następnie równie szybko jak butelkę wyciągnęła, odstawiła z powrotem w bezpieczne miejsce. Kieliszki natomiast przesunęła po drewnianym stole w kierunku Penny i jej kolegi. - Ostrożnie, to nie jest byle co. - ostrzegła jeszcze, bardziej zwracając się tutaj do mężczyzny. Ruda bowiem powinna była wiedzieć. Zwłaszcza, że po ten konkretny alkohol Emily sięgnęła na jej własną prośbę. Poza tym miały też okazje w przeszłości napić się tego cholerstwa wspólnie. Całkiem nieźle się wtedy bawiły. Nie czekając na Matthew, Penny wyciągnęła drobną dłoń po swój kieliszek, uniosła ku górze. Zanim jednak przystawiła do ust i wlała w siebie zawartość, pozwoliła sobie jeszcze na mały toast. O ile można to w ten sposób nazwać. Takie tam przyzwyczajenie. - Twoje zdrowie, Matt. - skróciła imię mężczyzny. I wlała w siebie wszystko na jeden raz. Być może było to mało kobiece, ale nauczona doświadczeniem, wolała załatwić to w ten sposób. W przełyku paliło tylko raz. Tylko raz się człowiek krzywił. Bo kiedy procenty zaczynały krążyć w żyłach, podobne odczucia kolejnym kolejkom już nie towarzyszyły. Alkohol zdawał się nagle bardziej znośnym w smaku. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 09.06.2024 Strefa Gastronomiczna
W wielkiej Brytanii jest niedawna - przybył do ojczyzny swojego biologicznego ojca zaledwie tydzień temu i zdołał znaleźć odpowiednie dla siebie zakwaterowanie. Odbywające się cyklicznie sabaty nie były dla niego zaskoczeniem - we Francji one również się odbywały. Będąc teraz tutaj postanowił się wybrać na organizowany z okazji Lammas kiermasz. Nie przyszedł tutaj sam, towarzyszyła mu jego kuzynka Celine. W rzeczywistości nie łączyły ich żadne więzy krwi, jednak teraz była jego krewną i będzie nią tak długo, jak długo będzie posługiwać fałszywymi personaliami. Mistyfikacjo trwaj! W tym dniu pozostawił wszystkie eleganckie ubrania w swojej szafie, z których spora część została zakupiona za pieniądze czarownicy, którą owinął sobie wokół palca. Tego dnia nie ubrał się zbyt ciepło - od rana było naprawdę duszno, dlatego prócz ciemnych spodni założył białą koszulę, której rękawy podwinął do łokci. Biorąc pod uwagę gwałtowną zmianę pogody, zabrał ze sobą cienki zielony golf, spoczywający na jego plecach ze luźno związanymi z przodu rękawami. Na podest, na którym ustawiono stoliki, wkroczył wraz z Celine od strony widowni. Kierowali się w stronę jednego z wolnych stolików, na którego blacie pozostawiono do dyspozycji klientów proste karty menu. Zamówienia składało się przy barze. Po tym miejscu nie należało się spodziewać prawdziwie wykwintnej kuchni, jednak miał cichą nadzieję, że podawane tutaj dania są na tyle przyzwoite, że da się je zjeść. Podejrzewał, że będą oferowane tutaj dania typowo lokalne i przystępne cenowo. — Usiądźmy. Jak przejrzymy menu to podejdę do baru złożyć nasze zamówienie. — Zwrócił się do blondynki podczas oczekiwania aż ona zdecyduje się usiąść na odsuniętym przez niego krześle. @Celine Delacour RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Erik Longbottom - 09.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Rozmawiam z Anthonym w obecności Viorici i przeglądam sobie asortyment. Wyprostował się nieoczekiwanie, gdy z tłumu mijających stoisko czarodziejów i czarownic wyłonił się nikt inny, jak Anthony. Zerknął na niego kątem oka, po czym wrócił do przeglądania błyskotek, jakby czekał, aż to drugi mężczyzna zacznie rozmowę. Uśmiechnął się lekko na jedno niewinne pytanie, które zostało skierowane bezpośrednio do niego. — Dla ciebie? — Otaksował go lekko kpiącym wzrokiem, jakby nie spodziewał się, że uzna cokolwiek z bazaru za wystarczająco wyrafinowane, aby dołączyć do swojej kolekcji poukrywanej po szafkach i szufladach w rezydencji w Little Hangleton. — Wydaje mi się, że nie. Chyba że panna Zamfir ma pod ladą coś ze smoczym motywem. U ciebie to wszędzie tylko te smoki o smoki. Westchnął ciężko, przesuwając wzrok z powrotem na wystawę Viorici. W pewnym momencie w oko wpadł mu spory i ciężki pierścień z szarego metalu z eleganckim grawerem. Stuknął w niego paznokciem, trącając butem starszego czarodzieja. — Masz w swoich zbiorach jakieś sygnety? — spytał z zaciekawieniem. — Wiesz, że jak by je dobrze ułożyć na palcach, to mogą posłużyć za całkiem niezły kastet? — Uśmiechnął się nieco przebiegle. — Nie żebym posądzał cię o obijanie czyichś twarzy po skończonej zmianie w Ministerstwie Magii. Była to dosyć nieoczywista broń, ale w ostateczności mogło się przydać w jakiejś przykrej sytuacji. Kastet w sumie też nie był jedyną opcją. Wprawdzie Longbottom wątpił, aby Shafiq kiedykolwiek rozważał umieszczenie w sygnecie małej igły z trucizną, tak nie o takich zastosowaniach pierścieni słyszano. W dawnych czasach rywalizacje między partnerami biznesowymi czy poszczególnymi rodami czarodziejów były dużo bardziej zaostrzone. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 09.06.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek] Północne stragany
Skoro Penny miała jakieś preferencje, wybór należał w pełni do niej. W gruncie rzeczy, Stanley, zapewne wybrałby jakiegoś jabola, bo z tym właśnie kojarzyła mu się Dolina Godryka. Jabłonka na jabłonce, a między nimi może jakaś śliwa. Oczywiście sam nie był w stanie określić tych drzew, ponieważ wiedział tylko, że to było chyba z owocami i chyba czerwonymi? A te drugie to miały takie fioletowe i lekko okrągłe? Tak? Ale mniejsza o to, wszak rudowłosa zdawała się wiedzieć co robić i o co prosić. I w tym momencie nie miał nic innego do roboty jak ponownie pozwolić, aby to ona objęła prowadzenie. Gruszkówka? Zdziwił się, unosząc brew do góry. Matthew chyba stał się częścią jakiejś grupy konspiracyjnej i to wszystko - ponownie - dzięki Penny. A może trochę przez nią? W końcu to ona ściszyła głos i poprosiła o "coś" tajnego. Chyba nie będą mieli z tego powodu jakichś problemów, prawda? Skoro już został składową tej grupy, która ukrywała coś przed całą resztą, postanowił zrobić i swoją część, a dokładnie to zrobić całe nic. Po prostu nie stresował się, patrząc gdzieś przed siebie, tak aby inni nie zaczęli nic podejrzewać. Grunt, że nie kazali mi podpisać jakiejś intercyzy czy przysięgać na życie własnej matki, że nikomu nic nie powie. Serwowany produkt był iście królewski, a na pewno na taki wyglądał. Jabłkowy trunek był w większości przezroczysty, a ten, który właśnie mieli przed sobą, był całkowicie inny. Był jakiś taki bardziej zbity? Stanley nie bardzo potrafił to opisać, a to sprawiało, że tylko bardziej się zainteresował tą całą "Gruszkówką". Na pewno dało się dostrzec te kawałki owoców. Będzie wytrawne czy bardziej słodkie? - Rozumiem - pokiwał głową do Emily, przyjmując do wiadomości "ryzyko", które wiązało się z wypiciem tego trunku. Podobno apetyt rósł w miarę jedzenia, ale po tych słowach, chęć wypicia tego, było jeszcze większa, niż w momencie rozlewania. Może to będzie czas, aby przerzucić się z whisky na trunki bardziej owocowe? Wprowadzić je jako formę urozmaicenia diety? Borgin sprawnym ruchem zgarnął kieliszek i zaczął mu się przyglądać. Podniósł go na kilka sekund do góry, aby móc obejrzeć zawartość z bliska. - Zaskakujące... - skomentował pod nosem, doceniając piękno tego trunku - Niech będzie. Moje zdrowie - zgodził się, kiwając tym razem w kierunku Penny, a następnie uniósł lekko kieliszek do góry. Wszystko oczywiście w ramach toastu, który właśnie podejmowali. Widząc jak sprawnie poradziła sobie rudowłosa, zrobił to samo. Przechylił zawartość i czym prędzej sprawił, aby mogła trafić do jego krwioobiegu. - Wow... - odparł zaskoczony - To naprawdę dobre - stwierdził, spoglądając w kieliszek - Niby słodkie, a jednak takie smaczniejsze od jakichś pierwszych, lepszych nalewek - dodał lekko ściszony głosem, aby konspiracji stało się za dość - Prawdziwe mistrzostwo - odstawił kieliszek na blat. - No, Penny... - zwrócił się do swojej koleżanki - Nie powiesz mi, że na drugą nóżkę to byś nie wypiła - przyznał, posyłając jej w międzyczasie pytające spojrzenie. To byłby grzech przecież... Zgodzili się na jednego kielonka, ale na brodę Merlina - to było wspaniałe! RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 10.06.2024 Południowe stragany – stoisko kowenu
– Czyli żaden ze mnie wewnętrzny baran – ani owca na to wychodziło, więc cała ta teoria była o kant rzyci roztrzaskać. Akurat to, że kocie odgłosy pasowały do Sauriela, to zupełnie inna sprawa, ślepej kurze poszczęściło się ziarno, a przy okazji i Victorii też, bo miała okazję posłuchać tych słodkich odgłosów, które miała zamiar na dłużej zatrzymać w pamięci. – Co ty nie powiesz… – a jaki dumny z siebie był, kiedy mógł ją poprawiać, że kot, a nie małpa! Ohoho, proszę pana! Słodki kotek, wredna małpa, wszystko się jednak zgadzało, nawet jeśli sobie tutaj teraz żartowali i Victoria wcale nie brała tego na poważnie. Wiedziała jednak, że Sauriel potrafił być wredny dla ludzi… dla niej nie był, ale dynamika ich relacji była kompletnie inna od tych typowych znajomości, jakimi oboje się otaczali. – Nie mów mi co mam robić, wolę koty – dzieci rodzić… A czy jej urodzone przez nią dzieci byłyby tak słodkie i puchate jak kotki? Nie byłyby. Poza tym nadal wisiało nad nią widmo Zimnych i to, że mogła umrzeć, jakże więc nieodpowiedzialnie byłoby zajść teraz w ciążę… o ile rzecz jasna w ogóle mogła w ciążę zajść – wcale nie była pewna, czy pobyt w Limbo czegoś w niej nie zmienił bardziej, mocniej. No i była też najważniejsza rzecz: wcale nie miała z kim tych dzieci robić, a nie była desperatką pragnącą dzieci tak bardzo, że potencjalny ojciec był jej obojętny. Musiała się więc zadowolić kotkami (i zupełnie jej to nie przeszkadzało). – Mleczko i kanapa się dla pana znajdą – zaśmiała się za to pod nosem, nie chcąc już robić wykładu o tym, że w sumie to mleko szkodzi kotom… pewnie sam to doskonale wiedział. Ale prawda była taka, że Sauriel miał klucz do domu Victorii i jakby tam przesiadywał całe dnie i noce, to wcale nie zostałby wyrzucony. Znając Victorię, to traktowałaby jego obecność jak coś całkowicie normalnego i oczywistego, tym bardziej, że ta kamienica nie była mała, miała też swoją piwnicę i grube zasłony, a poza tym, to Lestrange ciągle pracowała nad eliksirami dla wampirów… Victoria otworzyła torebkę, żeby Sauriel mógł tam wrzucić tę paskudną świeczkę… których miała tam kilka, zdobycz pierwsza klasa, ale jeśli ktokolwiek miałby to docenić, to właśnie on. Dziwiła się tylko, że nie zapytał, czemu je w ogóle kupiła. Ona sama dojadała wafelek w drodze do straganu, jaki gdzieś tam wypatrzyli (chociaż głównie Sauriel). A stanęło na tym, że było to stoisko kowenu. Tu akurat Victoria jeszcze nie była, nie żeby widziała wiele na samym kiermaszu… Gdy tam podeszli, Lestrange rzuciła szybko wzrokiem, ale zaraz spojrzała na to, co wskazywał jej Sauriel: książkę kucharską. – Ostatnio coś tam próbuję… – powiedziała to nieco nieśmiało, bo chociaż wprawiona była w warzeniu eliksirów, to kompletnie nie czuła się pewnie jeśli chodzi o gotowanie. Całe życie nie musiala tego robić i teraz poruszała się trochę jak dziecko we mgle. Ale były tutaj dwie książki kucharskie, a druga o słodkościach… – Myślisz, ze tam jest przepis na czekoladę? Pamiętasz… – kiedyś się umówili, że wspólnie coś razem zrobią, a potem… Wszystko się rozsypało i tyle było z tej obietnicy. Ale może? Może te książki kucharskie to nie był znowu taki zły pomysł, a właśnie dobry start dla Victorii? Ale jej wzrok padł teraz nie na zakładki do książki, ale na te kolorowanki, które przeglądał Sauriel… i ciemnowłosa przekrzywiła głowę. – Poproszę te dwie książki kucharskie – zwróciła się do kapłana i z pewnym zamyśleniem dodała jeszcze: – I weźmiemy też kolorowanki… – wcale oboje nie pomyśleli o tym, że Sauriel mógłby je kolorować… wcaaale. Ale jak widziała, jak te artystyczne sprawy go potrafiły pochłonąć (jak wycinanie krzesełek w ogórków… albo te wszystkie zdjęcia kotów) to tak sobie pomyślała, że kolorowanki w domu to nie taki zły znowu pomysł. Mogła zapłacić też za wszystko inne co chciałby kupić Sauriel, ale pewnie wolał to zrobić sam… o ile w ogóle miał jakąś na coś fantazje. Uśmiechnęła się jednak, prosząc o te trzy rzeczy. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sophie Mulciber - 10.06.2024 Południowe stragany - stoisko ze świecami Sophie była przerażona, ponieważ nie miała pojęcia, w jakim stanie znajdował się jej ojciec. Zamknęła oczy, a po policzkach pociekły jej łzy. Słyszała głosy ludzi wokół, ale nie skupiała się na nich. Czuła, że powoli wraca do normalności, ale mrówki które rozchodziły się po całym jej ciele były bardzo nieprzyjemne. Westchnęła, mając nadzieję, że nie podwinęła jej się sukienka i nie widać było jej majtek. Jak tylko będzie mogła wstać, to podziękuję uzdrowicielowi i zacznie go błagać, aby pomógł jej ojcu. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HAw1vzZ.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 10.06.2024 Południowe stragany – stoisko kowenu
- Barany to chyba głupie są? Jakoś tak to mówią. - Nie znał się na zwierzętach, ale chyba było takie powiedzenie? Coś mu świeciło w głowie. Kogo miał o to spytać jak nie profesjonalistkę, chodzącą encyklopedię wiedzy przyrodniczej? Stanleya pewnie, ale on by mu odpowiedział jakieś pierdoły. I tak, na to by w zasadzie liczył. - To nie ty. - Faktycznie, jakby było się nad czym zastanawiać! Victoria była inteligentna, ale oto był przepis, jak to powiedzieć dookoła. Tak jakby bezpośredni komplement był zbyt skomplikowaną sztuką. Uniósł jedną brew i podniósł wzrok znad tego, co trzymał, żeby zerknąć na Victorię. Potem za Victorią na to, co pokazywała. Książki kucharskie. Smirknął i pokiwał głową. No tak. Bardzo mu się podobało to, że akurat na nie zwróciła uwagę, chyba tak jak jej, że on wziął do ręki akurat kolorowankę. - Pamiętam. Dawaj, będziemy gotować. Szczęść Matce. - Czy coś. Rzucił do Sebastiana, kiedy pojawiły się tutaj przekierowania sprzedażowe i wyciągnął zresztą do niego kolorowankę, którą trzymał. Bo i owszem, tą też chciał i sobie życzył, a co! Nawet jakby Victoria nie wzięła swojej... a zresztą to nie to, że on się dorzucał! Ale jakoś tak o tym nie pomyślał w pierwszym momencie, kiedy mu tę kolorowankę podawał. Automatycznie uznał, że przecież skoro mówiła o kolorowankach, no to JEDNA była dla niego! - I tę koszulkę z wiara, nadzieja, miłość. Czarną. Dwie właściwie. - O, jaki był z siebie zadowolony! Już wiedział, że musi ją na siebie włożyć, ale darował sobie rozbieranie się tu i teraz. Jeszcze powstanie kolejne zamieszanie, że się panienki będą o niego zabijać, ho, ho... A druga była dla Stanleya. Bo on też wierzył w te piękne trzy cnoty, które... chyba były jakimś religijnymi sloganami? Nie ważne, ważne, że gitara gra i wszystko idealnie pasowało do jego i Stanleya zepsutych dusz. - Dzięęęki. - Wyciągnął ręce i dorzucił monety potrzebne do opłacenia tego wielkiego zakupu, nawet mimo tego, że Victoria gotowa była płacić. Jednocześnie odebrał swoją paczkę, zaglądając do niej. - Komuś w tej zatęchłej melinie zrobię prezent. Chociaż tyle se poogląda tego cyrku. - I wcale nie miał tutaj na myśli akurat dosłownego cyrku. - To teraz tam? - Pokazał palcem na Magiczne Różności należące do Tristana i Olivii. |