![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Viorica Zamfir - 10.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Pamiętała słowa Crowa, który zapewniał ją, że nie przegapi jego występu. Wtedy trochę powątpiewała, szczególnie, że przy kramach panował spory ruch, teraz jednak, dostrzegając go na scenie, widząc płomienie i zapierający dech w piesi tanieć - nie mogła nie uśmiechnąć się szeroko. Rzeczywiście, nie spodziewała się go zobaczyć w takiej odsłonie. Pamiętała go ze ścieżek, a teraz, gdy występował przed ludźmi, dzieląc się emocjami, które w pewnej mierze zdołała poznać, gdy z nim rozmawiała ubiegłego wieczoru… Nie potrafiła nie poczuć szczęścia. Robił coś pięknego. Zdecydowanie bardziej to do niego pasowało, niż bycie tym przeklętym szczurem. Miała nadzieję, że jest teraz szczęśliwszy. Nie mogła jednak kompletnie zignorować klientów, którzy do niej podeszli. Nie zdziwiło jej nawet, że znów przyszła do nich kolejna znajoma Cedrica. A już na pewno nie jej zdziwienie zaburzonym pracoholizmem Lupina, który naprawdę musiał urosnąć do poziomu małej legendy. - Może rzuciłam, a może to po prostu moj czysty urok osobisty - wyszczerzyła się radośnie, obserwując z ciekawością reakcję mężczyzny, który obok niej stał. Następnie pojawiły się obok nich znane jej osobistości. - Dzień dobry - przywitała się najpierw z Longbottomem, z którym poznała się kiedyś w zakładzie jubilerskim, a następnie z Shafiqiem, który postanowił do nich dołączyć. Ciekawe połączenia, patrząc, że jeden był brygadzistą, a co do drugiego, cóż, miała pewne podejrzenia. Uśmiechała się jednak miło i uroczo, przysłuchując się ich rozmowie, która zeszła z czasem na bardzo ciekawe tory. - Och, zdecydowanie królują broszki, choć reszta biżuterii także znajduje swoich właścicieli. Dzisiejsze tłumy sprawiają, że pracy jest naprawdę sporo, ale to najlepsze, co może spotkać handlarza, nieprawda? Mam nadzieję, że i wam dzień mija owocnie. - Cedric mógł zauważyć jej nagłą zmianę podejścia, jakby przybrała w obecności Anthonego jakąś bardziej profesjonalną maskę. Przez którą jednak przebijał się jej charakter. - Smoki to piękne stworzenia, wdzięczne jeśli chodzi o ich umieszczanie w biżuterii, ale zapewne Pan Shafiq zdaje sobie z tego sprawę i podejrzewam, że jeśli tylko będzie miał chęć, to wysunie odpowiednie zlecenie - rzuciła, poprawiając jedną z broszek, która się przekrzywiła. Ostatnie zadanie było w końcu dość wymagające, ale na wielu poziomach ciekawe. Ciekawe, po jakim czasie ktoś zauważy, że w gablocie muzeum od jakiegoś czasu nie ma oryginału, a jedynie mistrzowska podróbka. Szybko jednak zmieniono temat. Na równie interesujący. Czy wiedziała coś o połączonej mocy kilku ciężkich pierścieni na palcach? Może. Życie młodej kobiety obracającej się w podłym towarzystwie w końcu wcale nie było łatwe. Czy dała po sobie poznać posiadanie tej wiedzy? Cóż. - Zdarzało mi się wykonywać kastety, piękny i w odpowiednich rękach bardzo skuteczny sposób na samoobronę. Radzę uważać na patrolach na podobne zabawki. Jeśli Pan chce, mogę coś kiedyś zaprojektować dla Pana. - Uśmiechnęła się, wiedząc, że nie musiała dawać wizytówki. Wiedział jak coś, gdzie ją znaleźć. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 11.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tpdMKuP.png[/inny avek] Południowe stragany – Biżuteria Vioricy
– Smoki spod lady? Jak Ty mnie doskonale znasz! – Szeroki uśmiech błysnął na twarzy złodzieja polityka, którego część kolekcji zawdzięczała swoje istnienie w pieleszach Little Hangleton dzięki wielu talentom Viorici Zamfir. Tych jubilerskich... i tych drugich. Stalowe oczy ześlizgnęły się po pokerowej twarzy wybornej zawodniczki, słuchał z niemałą przyjemnością jakże poprawnej odpowiedzi, tak perfekcyjnie pozbawionej indywidualnego sznytu, niepotrzebnego spoufalania się. Ale to dobrze. Byli przecież tylko klientami. Jednymi z wielu tego dnia. Nie mógł nie przyznać – lubił w niej to, jak potrafi trzymać przy sobie wszystkie karty, do tego stopnia, że prędzej podejrzewałoby się ją o grę w kości czy szachy. Nawet jeśli wcześniej nie mieli w ogóle kontaktu, nawet jeśli dopiero ostatnie zlecenie zamówienie było zrobione bezpośrednio dla niego. Lubił profesjonalistów.
– Jeśli miałbym cokolwiek zamówić, to monetę z datą i mm... kłosem i świecą może... – Na moment się wyprostował w zamyśleniu i odetchnął głęboko, choć to może nie był najlepszy pomysł, czasem zapach zdecydowanie nie wspierał procesów myślowych. Odchylił więc głowę uciekając spojrzeniem ku pochmurnemu niebu, drapiąc się przez moment po szyi w geście dość swobodnym jak na - było nie było - publiczne się pokazanie. Nie myślał o tym wcześniej, wszak jego robiony na zamówienie bilon był ściśle związany z miejscami poza Anglią, z podróżami, które wypełniały kiedyś jego kalendarz. Na krótki moment powrócił wzrokiem ku nieco chmurnemu obliczu swego towarzysza, choć akurat ten widok szybko łagodził jego rysy i w sumie pomógł podjąć decyzję. Czyż to też nie był rodzaj podróży? – Tak. Rozmiar standardowego galeona, ale o odpowiednim awersie i rewersie. Przyślę kogoś po odbiór w tygodniu – Gdzieś w pamięci utrwalił sobie, że jeszcze trzeba będzie zlecić wykonanie większego pudełka. Albo zupełnie nowego pudełka? Z rozważań wyrwał go Erik pokazujący sygnety. – Zdarza mi się je nosić, zwykle jednak ograniczam się do tego zawodowego, wiesz... tego którego mam na małym palcu z insygniami mojego Departamentu – Złocisty pierścionek miał co prawda swoją tajemnicę, choć nie była to akurat trucizna. Anthony nie miał go jednak dzisiaj przy sobie, w końcu nie reprezentował urzędu, a zajmował się budowaniem własnej marki w świadomości ludzi, którzy nie bywali na salonach. Sygnet wybrany przez Erika, był trochę podejrzany przez wzgląd na kolor, choć mimo wszystko Anthony zakładał, że jego towarzysz nie sugerowałby mu różowej błyskotki. Wzór był symetryczny, co momentalnie czyniło go ładnym w oczach kogoś kto cenił harmonię i właściwe proporcje. Skupił się na moment na nim, żeby nie próbować czytać intencji z twarzy pytającego. – ... ale kastet? – Niemal jęknął. Już na prawdę wystarczyło Anthony'emu upokorzeń w związku z tym jak wybornie radził sobie ze szpadą – To chyba ja powinienem pytać Ciebie, dlaczego zwykle nie masz dłoni ciężkiej od stali, skoro rozwiązania siłowe są pożądane nawet nie "po", ale "w trakcie" Twojej zmiany w Ministerstwie? – Uniósł brwi pytająco odwracając się w końcu ku drugiemu mężczyźnie. Wiadomo, funkcjonariusze magicznej policji mieli różdżki, ale wiedział, że Erik nie utrzymywał swojego ciała w takim stanie tylko dla własnej próżności. Umiejętność walki nawet magicznej wymagała również sprawności i bezpośredniego zadawania fizycznego bólu. Wzrokiem na moment ześlizgnął się do dłoni, która teraz tak niewinnie przemieszczała się nad ekspozycją. Zdecydowanie nie chciałby znaleźć się na jej trajektorii ciosu, bez względu na to czy byłaby zaopatrzona w odpowiednio ułożone sygnety, czy nie. – Wiesz... – podjął znów, skupiając ponownie wzrok na błyskotkach, choć to nie brosze były mu obecnie w głowie, – często uciekałem w różne wymówki, ale ostatnio mi się to szalenie nie sprawdza. Może po prostu uznajmy talent panny Zamfir do robienia pięknych sygnetów i wybierzmy sobie po jednym, co Ty na to? – zawiesił w powietrzu propozycję, pozwalając sobie na absolutnie niewinny uśmiech, mimo, że w oczach tańczyły iskierki rozbawienia. Palcami wolnej ręki drobił tuż nad górną wargą, by przypadkiem nie powiedzieć słowa więcej. A było to prawdziwe wyzwanie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 11.06.2024 Północne stragany
Oczywiście, że doskonale wiedziała co robić, a także o co należało prosić. Stoisko, przy którym się zatrzymali należało wszak do jej rodziny. A i samą Dolinę Godryka, Penny znała bardzo dobrze - wychowała się w tym miejscu. Miejscowość nie kryła przed nią zbyt wielu tajemnic. Przynajmniej tak jej się wydawało. Gruszkówka nie była wyborem przypadkowym. Niektórzy mieszkańcy Doliny słyszeli o niej zapewne całkiem sporo. Część z nich miała przyjemność tejże spróbować. Smaczna. Nieźle kopała. Przede wszystkim jednak - na drugi dzień człowieka nie męczył żaden kac. Nie to, żeby czarodzieje faktycznie z kacem musieli się zmagać. Mieli na to swoje sposoby. Mimo wszystko jednak miło było nie być zmuszonym do sięgnięcia po te sprawdzone rozwiązania. - Nieskromnie powiem, że całkiem nieźle znamy się w rodzinie na dobrym alkoholu. - zareagowała na słowa Matthew. Odstawiła kieliszek na blat stołu. Uśmiechnęła się szeroko. Wyraźnie zadowolona z tego, że ktoś zdawał się doceniać jej gust, a zarazem też zdolności krewniaków. - A ja dodam, że Penny w tym przypadku wcale nie kłamie. - dodała Emily. I w sumie można było w to uwierzyć, kiedy pod uwagę wzięło się ilość różnych alkoholi, które dostępne były na stoisku. Najwyraźniej musiała to być jedna z tych rzeczy, jakimi zajmowali się Abbottowie. Pytanie tylko na jaką skalę? To można było zawsze ustalić. Dopytać o tego rodzaju szczegóły. O ile kogoś interesowały. - Hmm... - zapytana o jeszcze jeden kieliszek, wyraźnie się zawahała. Z jednej strony umówili się na ten jeden. Z drugiej natomiast alkohol był niezły. A i niby z jakiej przyczyny miała sobie odmawiać? Było święto. Ludzie dokoła się bawili. Zdawali się całkiem nieźle bawić. Może i ona powinna do tego się dołączyć? Zwłaszcza, że była sobie sterem, żaglem, okrętem. Następnego dnia mogła Zaczarowane Różności otworzyć nawet i pod wieczór. Nikt nie będzie jej z tego rozliczał. No... może ewentualnie Terry, ale akurat z Terrym to ona sobie poradzi. Od dawna sobie z nim całkiem nieźle radziła. - Niech stracę. Ale jeśli wypije za dużo, to będziesz musiał mnie odprowadzić pod same drzwi. - postawiła warunek. Bo przecież pijanej dziewczyny nie powinien po wszystkim zostawać samej sobie. A już na pewno nie powinien tak postąpić z tą dziewczyną, która zdawała się coś znaczyć dla jego kumpla. Dobrego znajomego? Cokolwiek. I nie. Penny nawet przez myśl nie przyszło, że te słowa mogły zostać odebrane niekoniecznie we właściwy sposób, bo w ogóle w tych kategoriach nie myślała. W zasadzie to w tym momencie ruda zdawała się myśleć tyle co wcale. - Daj nam jeszcze po jednym, Em. - rzuciła w stronę kuzynki, której na całe szczęście o nic nie musieli prosić dwa razy. Emily bez słowa spełniła tę prośbę, podsuwając im po jeszcze jednym kieliszku. Jedyne co, to przy okazji rzuciła w kierunku Matthew spojrzenie mówiące: lepiej na nią uważaj, bo mam Ciebie na oku. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 11.06.2024 Scena
Od dawna nie czuł się tak zmęczony. Nie był zmęczony fizycznie, chociaż żałował teraz mocno braku lepszej rozgrzewki niż ta, jaką zapewnił sobie jeszcze na terenie Fantasmagorii, zanim dotarli z Jimem na Pokątną. Był zmęczony psychicznie. Bo ta tematyka go męczyła (no, generalnie to ta tematyka napędzała jego życie, ale powiedzieć, że to życie ostatnio mu się nie układało było potraktowaniem sprawy łagodnie), a widząc wpatrzone w niego z fascynacją oczy, czuł się tak, jakby wszyscy zdążyli go przejrzeć. To jaką był potworną, zdradziecką szują, niegodną żadnej z osób, które stały się inspiracjami do tej historii. Ale on naprawdę chciałby być ich godny. Co mu w tym przeszkadzało? Chciwość? Czy inni ludzie też to czuli, tę palącą potrzebę uszczęśliwienia dwóch osób naraz, ale w przeciwieństwie do niego potrafili się powstrzymać? Wydawało mu się, że nie - nigdy nie usłyszał ani nie przeczytał żadnej opowieści, z którą mógłby się utożsamić. Wierzył, że za samo uczucie winny czuć się nie musiał - miłość była czysta, brudne było... krętactwo. Nora odgrywała dzisiaj szczura. Szczurem był Alexander. Swoimi spokojnymi, choć zdecydowanymi ruchami wywabiła go spomiędzy spalonej scenografii, w której poruszał się ospale, pozwalając popiołowi przyklejać się do swoich ubrań. Szczur wyciągał odgrywanego przez niego bohatera z dna - rozpalał w nim na nowo iskrę do życia po okresie melancholii, dając nadzieję na lepsze zakończenie - to jednak nie nadchodziło. Kiedy delikatna dłoń cukierniczki dotknęła jego twarzy, stało się to ogniwem zapalnym, aby porwać ją do tańca. Chaotycznych ruchów, z którymi Nora nie miała prawa sobie poradzić i nigdy nie miała tego zrobić - miała jedynie na niego patrzeć i przyjąć kwiat wdzięczności wciśnięty pomiędzy drobne palce. Pomogła mu podnieść się z ziemi i stanąć na nogi, ale najwyraźniej to nie ona była panią jego serca - ponieważ otrzymawszy kwiat zeszła ze sceny. Zmieniła go. Kiedy na scenie pojawił się następny ochotnik, bohater był tym spotkaniem nabuzowany - tryskał szczęściem i rozmyślał nad czymś zadumany, kompletnie nie widząc tego, kto wspiął się dla niego po schodach. Umykał od każdej interakcji, jednocześnie przyciągając spojrzeniem i bawiąc się tym dość okrutnie - stał się kimś, kogo trzeba było gonić. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Celine Delacour - 11.06.2024 Strefa Gastronomiczna
Odmawianie Agnès Delacour, było jednym z tych zadań, które można określić czymś na kształt misji niemożliwej. A przynajmniej w ten właśnie sposób postrzegała to Celine. Nigdy bowiem nie przychodziło jej to z łatwością - tak przed laty, jak i w chwili obecnej. Wystarczyło tylko, żeby ciotka zrobiła te swoje oczy, smutną minkę, okazała odczuwane rozczarowanie... i blondynka zaraz miękła. Poddawała się, zarazem zgadzając na wszystko. Włącznie z tym, co w innym przypadku mogłaby uznać nawet i za największą głupotę. Całe szczęście, odwiedzenie kiermaszu zorganizowanego z okazji Lammas, taką głupotą nie było. Albo przynajmniej nie wydawało się być. Ubrana w prostą, żółtą sukienkę, ze starannie upiętymi włosami, nie wyglądała jak ta kobieta, której twarz niejednokrotnie zdobiła okładki gazet. Duży wpływ na to miał ponadto brak na ogół prawdziwie wyrazistego, zdaniem niektórych wręcz krzykliwego makijażu. Nie to, że Delacour za nim nie przepadała, ale w chwilach takich jak ta obecna, niekoniecznie uważała, aby był on odpowiedni. Potrzebny jej do szczęścia. Poza tym, te pozornie drobne zmiany niejednokrotnie pomagały uniknąć zwracania na swoją osobę nadmiernej uwagi. Pozwalały zaczerpnąć powietrza. I cieszyć się życiem. - Jakiś Ty miły, Matthias. - skomplementowała kuzyna, zajmując odsunięte przez niego krzesło, następnie zerkając na skromne menu. Strefa gastronomiczna niestety nie miała w ofercie tego, do czego Celine była przyzwyczajona. - Aczkolwiek myślę, że ograniczę się tylko do... - przestudiowała niewielką listę win, a następnie przeszła do innych napojów. - ...może wody? Albo jakiegoś soku z kostkami lodu. - podjąwszy decyzje, cicho westchnęła. Nie to, żeby była zniechęcona. Ona po prostu od tego typu miejsc już dawno temu zdołała się odzwyczaić. I teraz, kiedy nagle się tu znalazła, przy czym niekoniecznie był to jej własny pomysł, nie do końca była w stanie się tutaj należycie odnaleźć. Przychodziło to blondynce z pewnym trudem. Trudem widocznym dla kogoś, kto poświęciłby jej nieco więcej uwagi. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 11.06.2024 Południowe stragany – Stoisko kowenu
A następnie: południowe stragany – Magiczne różności – Mają tępy wzrok. To przez te ich źrenice, są prostokątne – czy były głupie… Na pewno nie były przesadnie mądre, ale aż takie ptasie móżdżki to nie były. Na pewno jednak nie chciała być nazywana baranem, bo jak się tak o kimś mówiło, to nie miewało się niczego pozytywnego na myśli… – Dzięki… – dodała, trochę skonsternowana tym nagłym stwierdzeniem, że nie, jednak baran ani owca nie pasują. Na pewien sposób było to miłe, że Sauriel to przyznał na głos, z drugiej jednak strony – był to niezwykle dziwacznie skonstruowany, ee… komplement, na który Victoria nie była do końca pewna, jak powinna zareagować, ani nie była przygotowana, że go w ogóle usłyszy. Byli siebie warci. Kolorowanki i książki kucharskie, najbardziej losowe rzeczy, jakie mogły kupić na kiermaszu takie osoby jak ta dwójka. Ani Victoria nie wyglądała na damę, która miałaby stać nad garami w kuchni, ani groźny wampir z podejrzaną aurą nie wyglądał jak gość, który miałby siedzieć z kredkami i kolorować w spokoju i dla odprężenia. Tak, jedna miała być właśnie dla Sauriela, skończyło się wiec na dwóch tomikach kolorowanek i dwóch książkach kucharskich… i dwóch koszulkach, na które Victoria patrzyła z uniesioną brwią, bardzo pytająco, na moment tylko zerkając na kalendarz z kapłanami… Przekartkowała go, ale ostatecznie się nie zdecydowała na panów w habicie na każdy miesiąc roku i po prostu wyłożyła swoje pieniądze, pozwalając, by Sauriel mógł się dorzucić też ze swoich – nie chciała wszak ujmować jego męskiej dumie samca, który przecież potrafi zdobyć pieniądze dla siebie i na swoje potrzeby (chociaż jej to nie tyle imponowało, co zwyczajnie nie zwracała na to nadmiernej uwagi, skoro dama miała hajsu jak lodu, to czy facet miał swój dochód i forsę, dla niej przynajmniej nie przesądzało o żadnej atrakcyjności czy jej braku). – To w sumie miłe z twojej strony – że w ogóle pomyślał o Stanleyu, żeby coś mu kupić i przynieść… Victoria na ten przykład nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio coś od kogoś dostała – może dlatego, że to było tak dawno… Jakaż szkoda, że Stanley nie poinformował swojego przyjaciela, że się tutaj dzisiaj zjawi i że nawet ma na to plan kurwa sprytny… – Jasne, może być tam – stwierdziła i pożegnała się z kapłanem skinieniem głowy. Przecisnęli się z Saurielem do kolejnego straganu, ten jednak nie znajdował się wcale daleko. Gdy podeszli, Victoria po prostu spoglądała na asortyment – najpewniej rękodzieła, te wszystkie biżuterie i inne akcesoria, a nawet drobne mebelki… Wzok Victorii na moment tylko prześlizgnął się na fiolki z eliksirami, te jednak nie bardzo ją zainteresowały. Na moment odchyliła wieko koszyka, by zerknąć, jak się ma Kwiatuszek i czy wszystko jest w porządku, ale najwyraźniej było, bo kot nadal leżał zwinięty w kłębuszek i tylko podniósł na Victorię łebek. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 12.06.2024 Południowe stragany, Château des Dragons
Południowa piękność była wyraźnie niezadowolona z takiego obrotu spraw, ale nie odrzuciła prezentu. Pożegnała Ambrosię skinieniem głowy i gniewnym, stłumionym sykiem skierowanym już do jej pleców. Ignorowała radośnie też ludzi, którzy sami sobie brali kubeczki takich jak Millie czy Bertie– sssamoobsługa, to było coś co bardzo przypadało jej do gustu. Zbyt bardzo irytował ją fakt stania tutaj, żeby nie doceniać tych chwil, gdy nie musiała wykonywać swoich obowiązków. – Jaki jarmark takie naczynie. – powiedziała w stronę Neila, który właściwie już odszedł, ale jego zapach wciąż stał w miejscu w którym był przed momentem, co było mylące. Jej oczy czarne spaloną ziemią nie były zbyt dobre, węch natomiast... bardziej niż wybitny. Westchnęła, nie lubiła mówić do widmowych ludzi, których wcale już tam nie było, a tu jej wszystko tak śmierdziało. Będzie musiała wyjechać na Saharę co najmniej na tydzień po tym evencie! – Owszem opalooki... – oparła się o ladę zaglądając w oczy swojego następnego jakie to upokarzające, kiedyś odgryzie Shafiq'owi głowę klienta. – Wino w swym zamyśle miało być barwy jego łussski, chcesz ocenić czy winiarzom się to udało? Masz swój kieliszek? – Przypatrywała się chłopakowi z zaciekawieniem oceniając na ile przypomina jej małego kotka. Leon mógł poczuć się nieco nieswojo, ale dreszcz który przebiegał po plecach nie mógł być strachem prawda? [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/92/19/fb/9219fb5956fcffd7837889706f7aaf11.jpg[/inny avek]
Opis Tahiry Postać prowadzi: Millie Moody RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 12.06.2024 Scena Stres? Nie, skądże. Kto by się stresował w takiej sytuacji? Przecież to nie tak, że to moment wkroczenia na deski teatru, sceny, która rozgrywała się przed oczami licznie zebranych czarodziei. Sceny, którą widać nawet jeśli nie bezpośrednio z publiki i widowni to ze wszystkich straganów. Czuł się niepewnie, stres był wpisany w to wydarzenie, ale jednocześnie ekscytacja była budowana tak ciekawością jak i możliwością bycia częścią czegoś takiego. Myślał, że mógłby stworzyć z tego coś naprawdę pięknego... i było mu szkoda. Może kiedy indziej, może w innym miejscu, w innym czasie... Przez moment pochłaniała go rozmowa z osobą nadzorującą to przedsięwzięcie, a miała ona przy tym niepewną i dziwną minę. Laurent nie zamierzał jej przekonywać ani naciskać, chociaż doskonale wiedział, że kiedy chcesz się sprzedać to właśnie to musisz robić - pokazać innemu człowiekowi, że może ci zaufać i że lepszej osoby nie znajdzie. Ale to nie końmi teraz handlował, nie o stworzenia z rezerwatu walczył. Spojrzał na Pepe, która oglądała również przedstawienie i uśmiechnął się do niej, zanim Nora jeszcze zeszła ze sceny. Ją również obdarzył ciepłym pocałunkiem i zaklaskał cicho, ostrożnie w dłonie na znak tego, że jest z niej dumny i że wyglądało to przepięknie. Bo wyglądało. Szczególnie sam finał, przy którym wyglądała w rękach umalowanego czernią Flynna jak złota gwiazda iskrząca na samotnym, pustym niebie. Chociaż jedna, która lśniła. Tak też brzmiała ta opowieść - o nadziei, która zajaśniała wśród mroku. Wyszedł powoli na scenę, kiedy kobieta obok powiedziała mu, albo dała znak, że już czas. Czy to głupie, że myślał o tym, że najgorszą rzeczą mogłoby być potknięcie się? Nigdy nie uważał się za dobrego aktora, może i miał wyczucie muzyki, ale znał ledwo klasyczne tańce. Innymi słowy - był nienadającą się osobą w nieodpowiednim miejscu. Niepewność była wpisana w kocią naturę, kiedy wkraczały na teren, którego nie znały. Teren obcy. Zajęty w dodatku przez istotę, która szybkimi ruchami przemieszczała się po scenie tanecznym krokiem. Laurent stawiał swoje długie nogi jedna za drugą, równo, prawie jak kot. Cichuteńko nucił pod nosem. Dla samego siebie. By samemu sobie stworzyć wrażenie, że nie ma tu żadnych innych ludzi - tylko on i Crow w zdziczałej roli. Te ostrożne kroki dopasowane do rytmiki rzeczywiście w pierwszej chwili powiodły go ku Flynnowi. Umknął. Obrócił za nim głowę, ale tylko tak, by widzieć go w kąciku oka. Obrócił się za nim przez drugie ramię i zrobił kolejne dwa kroki w jego kierunku... ale kiedy drugie zwierzę umyka to czy naprawdę trzeba je gonić? Dla drugiego kota to była zabawa, a co oznaczało dla niego? Że może go zignorować. Więc kiedy za trzecim razem wydawałoby się, że obracając się ruszy w jego kierunku po prostu wyszedł na środek sceny i uśmiechnął się lekko pod nosem na tę myśl o niesfornym kociaku. Kot? Cóż, na pewno jemu w roli przypadła teraz rola rasowej kici, więc jak rasowa kicia się zachował. Przeciągnął się leniwym ruchem, zmysłowym, wygiął plecy w łuk i spojrzał na swoje ręce, jakby oceniając swoją wartość. Na ten pierścionek na palcu. Na drugą rękę. Usiadł. Albo raczej: wyłożył się na tych deskach, opierając o nie jedną ręką, wyciągając lekko zgięte nogi, spoglądając na swoje paznokcie. Tracąc zupełnie zainteresowanie zdziczałym kotem, który nie chciał nawet wyjść na spotkanie. Czasem jednak zerkał na istotę, kiedy podchodziła zbyt blisko. A w końcu, niby z łaską, nie patrząc na niego, wystawił ku niemu dłoń. Prawie jakby oczekiwał, że ucałuje jego koniuszki palców. Koty były prostsze w oswojeniu, niż się większości wydawało. Wystarczyło je ignorować - ciekawość i poczucie bezpieczeństwa same je przygnają do ciebie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Thomas Hardwick - 12.06.2024 Pod sceną Występ był naprawdę fajny i pewnie zostałby na nim do końca, gdyby nie mały szczegół. Ktoś właśnie bowiem próbował go pozbawić sakiewki. Nie, żeby miał w niej zbyt dużo, bo w takie zbiegowiska z doświadczenia nie lubił zabierać za dużo gotówki, mógł więc w niej znajdować się odpowiednik dwóch galeonów, dwa cukierki zapewne jakieś mało znaczące śmieci, szczególnie, że nie zrobił jeszcze zakupów. To nie oznaczało jednak, że był skory stracić jej zawartość. Percepcja na to, czy Layli uda się Tomasza okraść [roll=N] Dlatego, gdy poczuł, zapewne dzięki ostatnio przypomnianemu mu stwierdzeniu Alastora “stała czujność”, że ktoś dobiera mu się do jego własności, nie omieszkał złapać tej osoby za rękę i natychmiast się do niej odwrócić. Przez chwilę się zdziwił, widząc młodą kobietę, bo prędzej o taki ruch podejrzewałby jakąś dzieciarnię z Nokturnu, zaraz jednak się zreflektował. Zastanawiał się, czy nie być wrednym i nie zamachać jej odznaką schowaną w jego skórzanej kurtce przed nosem, westchnął jednak tylko, zastanawiając się, czy naprawdę nie mógł się po ludzku nacieszyć wolnym podczas Sabatu. Szczególnie, że w końcu nic się nie postanowiło w jego życiu w tym terminie walić. - Muszę przyznać, że masz bardzo dużego pecha, by z wszystkich obecnych wybrać brygadzistę po służbie - stwierdził z krzywym uśmiechem, nadal nie puszczając ręki złodziejki. Ciekawe skąd się tu wzięła. Zerknął na scenę, mając pewne podejrzenia, mógł się jednak mylić. Pewnie nie jedna osoba w końcu polowała dziś na sakiewki. Współczuł tym, którzy dziś się musieli tym ciągle zajmować. Naprawdę nie lubił takich sytuacji. Już wolał się chyba tłuc ze śmierciożercami, niż mieć do czynienia z podobnymi głupcami, albo co gorsze, zdesperowanymi ludźmi, dla których czasem była jedyna droga do przetrwania. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 12.06.2024 Południowe stragany - magiczne różności Spojrzał na Victorię wzrokiem, który wyrażał tak wiele, jakby co najmniej kobieta mu oświadczyła, że od dzisiaj ma nie być żadnego jutra, a powiedziała jedynie, że barany mają kwadratowe oczy. Czy tam prostokątne. Matematyk żaden z niego, chociaż nauczono go liczyć na siebie i przeliczać pieniądze w kieszeni. Tyle wystarczyło, do tej pory nie trzeba było wyliczać kątów prostych czyichś źrenic. Zawsze jak chodził po tych straganach to podziwiał osoby, które obsługiwały go na tych stoiskach. Słowo "podziw" było przy tym bardzo mocno przekoloryzowane. Wystarczyło, że trochę osób się odsuwało, jakoś mimowolnie, kiedy szedł razem z Victorią i to bynajmniej nie dlatego, że kobieta była taka straszna. Nie żeby akurat ją tutaj wytykać palcem i punktować... było na co popatrzeć i było się za kim obejrzeć w jej przypadku. Przed nim co najwyżej umykali. Przykro? Ale skąd! Kiedyś było mu z tego powodu bardzo przykro. Teraz ledwo zwracał na to uwagę, a jeśli nawet zwrócił to prędzej pokręciłby głową i był z tego dumny. Nie wracając wspomnieniami do dawnych dni, nie myśląc o tym, jak rzeczywistość się układała, nie zastanawiając się nad każdą bolączką rzeczywistości. Ludzie przemijali - i omijali cię dokładnie tak, jak tusza robiąca za tło Lammas. Święto żniw przecież miało zapowiadać przemijanie jesieni, czy to też nie było jakże tematyczne? - Podoba ci się? - Podniósł naszyjnik z piękną różą, przyglądając się mu. Ładny. Błyszczy. Nie to, żeby w jego stylu, ale od razu skojarzył mu się z Victorią. Przysunął naszyjnik blisko jej szyi, nie myśląc nawet o tym, czy to prawdziwy klejnot, czy nieprawdziwy - nie znał się na tym. Jego biżuteria była takich rzeczy pozbawiona - prosta i tylko wykonana z metali czy srebra. Za to ta róża bardzo mu się skojarzyła z nią. Różyczka. Przekrzywił głowę, przymierzając wisiorek do jej szyi, a raczej - obok niej. Jakby oceniał, czy akurat ten kolor dobrze do niej pasował. Spojrzał na cenę na stoisku i gwizdnął na sklepikarza, czyli na Tristana w tym wypadku, żeby mu rzucić parę galeonów za zakup. A potem po prostu zapiął jej ten wisiorek na szyi. - Ładnie. - Ocenił. - A właścicielka tylko ładniejsza. - Uśmiechnął się z zadowoleniem. |