![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 16.06.2024 Stoisko - Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber Stan wuja unormował się względnie szybko i bez większych trudności, co dało Leonardowi do myślenia. Chociaż problem nie został rozwiązany, a jedynie tymczasowo zażegnany, wciąż poszło na tyle łatwo, żeby mógł przypuszczać, że odpowiednio przeprowadzony wywiad zdoła dość łatwo nakreślić, z czym dokładnie mieli tu do czynienia. Wciąż monitorują oczywiście stan Roberta, nie chcąc przypadkiem zapeszyć, przekręcił nieco głowę w stronę, z której dobiegł go głos brata. Cóż, skoro już się oferował... - Kubka wody, jeśli łaska! - odpowiedział głośno, mając nadzieję, że zanim nadchodząca ciotka na dobre wypłoszy im Charliego, ten jeszcze ułatwi mu nieco zadanie. Sam się w końcu zaoferował, a coś mu podpowiadało, że choć nie będzie to wystarczające, żeby kompletnie zażegnać rozpętanego skandalu, zdoła dołożyć pojedynczą, pokutną cegiełkę. I czy zresztą nie lubił przypadkiem popisywać się swoją bezróżdżkową magią? Miał okazje się wykazać. Tymczasem Lorien na dobre dołączyła do ich grona. Leo spojrzał na nią ze swojego przykuca przy wuju i uniósł nieco lewy kącik ust. - Przeżyje - odparł, starając się nadać swojemu tonu głosu nieco lekkości. - Na razie jednak lepiej, żeby odpoczął w miejscu, gdzie nie będzie otoczony przez ludzi. Osobiście przychylałbym się do zdania ojca... - tu zerknął w stronę wracającego do nich ojca. Doprawdy... To miał być dzień wolny od pracy. Tymczasem czuł się, jakby wciskali mu pacjentów w okienku przeznaczonym na lunch. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 16.06.2024 Charlie pokręcił głową i uśmiechnął się lekko do Sophie mimo zdenerwowania, jakie nim owładnęło. To nie był czas na wypominanie sobie błędów, ale też nie mogli przesadnie dramatyzować. Wolał nie myśleć, jak on sam zareagowałby, gdyby to jego ojciec stał się ofiarą głupich żartów. Sophie miała prawo być wściekła i nie mógł się mścić. - Dziękuję. - Odezwał się do uzdrowiciela, który poskładał jego kuzynkę. - Sophie, twój tata wyzdrowieje, Leo już się nim zajmuje. Poleż tu jeszcze chwilę, dobrze? - Ścisnął jej dłoń nieco mocniej w przyjaznym geście. - Zaraz zobaczysz się z tatą. Nikomu nie powiem, co się stało. ...później mi porządnie przywalisz, zasłużyłem. - Dodał, nachylając się nad dziewczyną. Obietnica była ich sekretem. Musiał jednak pozostawić kuzynkę w spokoju, bo ta musiała dojść do siebie, a jego czekały zadania. Poczuł serce w gardle, gdy tylko jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem cioci Lorien. Kobiety nie było tu chyba, gdy działo się to wszystko, więc widok ledwie dyszącego wuja musiał być dla niej szokiem! Wstyd, jaki na nowo kwitł w Charlesie, był nie do opisania! Rozczarowanie własną osobą sięgało zenitu, gdy szybko uciekł spojrzeniem w ziemię. - Oczywiście, ciociu. Zaraz pójdę do Lyssy. - Obiecał Lorien, nawet jeśli ta cała Lyssa była niewiadomą. W rodzinie chyba był ktoś o takim nazwisku, ale jeśli Charlie kiedyś ją spotkał, musiało to być bardzo dawno temu. - Tylko pomogę Leonardowi. Polecenie brata nie było trudne - stworzenie kubka wody było przecież dość łatwym zadaniem. Charlie nie potrzebował różdżki, więc rzucił zaklęcie, mając nadzieję, że kubek zimnej wody zmaterializuje się w jego rękach. Byleby tylko zdenerwowanie nie wpłynęło na jego magię! [roll=N] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 16.06.2024 Południowe stragany
– Myślałam, że przesiadujesz w Białym Wiwernie? – jej konsternacja i zaskoczenie musiało być słyszalne, bo zwyczajnie do tej pory to nazwę tej knajpy słyszała, albo o niej czytała w niezbyt częstej korespondencji od Sauriela. Teraz zaś ta nazwa nie padła, raczej celowo, niż z przypadku i Victoria zaczęła się zastanawiać co to za tajemnicza melina. Sauriel miał jednak znacznie więcej tajemnic i najwyraźniej wcale się przed nią nie otwierał, a teraz to… nawet nie chciała na to liczyć, żeby się srogo nie rozczarować. Sauriel oczywiście miał do tego wszystkiego prawo, Victoria nigdy tego nie negowała… ale odnosiła wrażenie, że zanim wszystko jebło, to mówiła o sobie i swoich sprawach więcej, by jego też do tego zachęcić – a może tylko jej się to wydawało i tak naprawdę te wszystkie rozmowy rozegrały się w jej głowie? Ale wcale nie należały do niej…? Może były tylko wspomnieniami babci? Jej intruzywnymi myślami. – Czasami nie jestem pewna, czy potrzebujesz większej atencji czy w ogóle jej nie chcesz – pamiętała za to ich rozmowy na ten temat. Zdania o tym, że Sauriel chciałby, żeby wszyscy dali mu spokój, zostawili samego, ale z drugiej strony powiedziała mi też kiedyś, że jeśli potrzebuje jej atencji, to przecież wystarczy powiedzieć, a nie dawać robić sobie krzywdę. Odnosiła wrażenie, że istniała w nim pewna sprzeczność – nie chciał uwagi… i jednocześnie bardzo jej pragnął. Ale czy istniała osoba, która by tej atencji w ogóle od nikogo nie chciała? – Wypruwam dla nich żyły, jakby mi nie dali wolnego to byłby kolejny znak, że mają mnie i moje życie w poważaniu, i że to pora jednak poszukać innego zajęcia – a Victoria była na takim dziwnym etapie wewnętrznego buntu, jakby ten nastoletni dopiero się odpalił, że naprawdę gotowa była rzucić wypowiedzenie osiem miesięcy po oficjalnym awansie, trzech latach stażu, pięciu przepracowanych w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Jak to ona – miała kilka innych pomysłów na życie i nie wierzyła, że nie daliby jej dobrych referencji po tym całym cyrku z Beltane i Limbo. W Departamencie Tajemnic pewnie wzięliby ją z pocałowaniem ręki. Wychyliła kieliszek. Zapieklo ją w gardle, przełyku, żołądku, skrzywiła się cała, czego pewnie Sauriel nie widział, tak zachwycając się trunkiem, a kiedy on swój kielonek odstawił, to ona po prostu tak z nim stała, zaciskając oczy. W końcu trzęsącą się ręką odłożyła kieliszek na stół, nie wtrącając się do rozmowy Rookwooda z panią Zamfir. Starała się stać prosto, ale miała wrażenie, z każdą sekundą, że coraz bardziej jej się kręci w głowie. Trwała tam, milcząca, nie protestując ani trochę, jeśli Sauriel zechciał posłużyć się jej zaczarowaną torebką żeby tego wina (czy to na pewno było wino?!) nie nosił w łapach. W końcu odsunęli się od straganu, a Victoria wkładała w swoje kroki bardzo dużo uwagi. – S-s-sauriel – odezwała się w końcu, gdy zrobili ich pięć i niepewnie złapała się jego ramienia, zwalając się na niego niemal całym swoim ciałem. – Czy możemy… ławka. Muszę-usią… źle się – mówiła nieco urywanie, starając się bardzo panować nad swoim językiem, cała zarumienione oddychała nieco ciężko. – Źle mi – dokończyła w końcu. Chyba ta rakija czy jak to się nazywało i wino, które wypiła wcześniej… chyba ta mieszanka źle ze sobą działała. A może to będzie po prostu kolejny alkohol, którego będzie od teraz unikać, jak ten cholerny rum porzeczkowy… albo to była wódka porzeczkowa? Teraz już niczego nie była pewna. Swoich kroków również. Ani słów. Ani tego, czy utrzyma koszyk z kotkiem. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 16.06.2024 Scena
Odejście Nory ze sceny odmieniło głównego bohatera, ale nie znaczyło to wcale, że stał się ideałem. W tej postaci nie było nic idealnego, bo jej autor nienawidził rzeczy i ludzi idealnych. We wszystkim doszukiwał się wad, niedociągnięć, brzydoty - to dopiero sprawiało, że zwracał na to uwagę i chciał z tym obcować - może dlatego doprowadzał ludzi, których kochał do takiej destrukcji? Ale The Edge nie był nim. Kochał i pożądał jak on, ale nie był nim - tak samo on nie czuł się do końca Edgem. Różnili się tym, co powinni czuć do stojącego przed nimi czarodzieja. Jeden chciał przed nim uciekać, drugi chciał klęczeć przed nim na kolanach i wynosić go do rangi boga. Ostatecznie... uczucia obu jego wersji miały pozostać już na zawsze nieodwzajemnione. Ledwo poradził sobie z tym dysonansem - dlatego na początku był w swoich ruchach o wiele mniej pewny, niż powinien. Poza tym Laurent nie był tancerzem - to utrudniało, zamykało możliwości - z drugiej strony stanowiło dokładnie to, czym miało być. To było wyzwanie. Wyzwanie, któremu sprostał, chociaż coś w środku wcale nie chciało umykać rękom blondyna. Bo ten pajac uśmiechnął się delikatnie, bo musiał na moment odwrócić spojrzenie, żeby złapać tchu. Odpłynął myślami dwa dni wstecz, tam poszukał jakiegoś punktu zaczepienia. Do tej kuchni, tej jasnej, która mu się nie podobała - stamtąd powiódł myślami do tej, którą pamiętać chciał. Tej, co mu ogrzewała serce. I tak tę scenę odegrał - ciepło. Jakby był kotką rozłożoną na gorącym, blaszanym dachu, niosąc z każdym swoim ruchem ciepło lata. Po ostatnim skoku przeturlał się po deskach, trzymając w zębach białą, płonącą różę i przeciągnął się tuż obok Prewetta, naprężając się i uśmiechając... ale to nie wyglądało, jakby dedykował to uniesienie kącików ust jemu. - Zostań - powiedział cicho, ledwo słyszalnie ze względu na dudniącą wokół muzykę i hałas kiermaszu - obok namiotu. Mam coś dla ciebie. Ale Laurent nie miał dla niego już nic. Bo miał sobie stąd iść - nie miał wplatać palców w błyszczące loki, chociaż miał go obok - miał odejść, zostawić go w samotności, ponieważ w takim wydaniu miała zastać go Peppa. Rozstrojonego. Leżącego krzyżem. Ta scena go ogrzała, ale była zbyt krótka, aby te uczucia pozostały permanentne - to był opis miłości, która jest intensywna jak diabli, w której bawisz się i bawisz, a później znika i... pozostawia cię tak pustym i zdesperowanym jak to tylko możliwe. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Erik Longbottom - 16.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici -> Scena
Kończę zakupy u Viorici. Żegnam się skinieniem głowy z Cedriciem, a potem kontynuuję rozmowę z Anthonym i lądujemy pod sceną. — Prosty pracownik Brygady Uderzeniowej? — powtórzył za nim powoli, pochylając się minimalnie ku Anthony'emu. — Jak na tak wysokiego rangą pracownika Ministerstwa Magii masz baardzo niskie mniemanie o służbach z sąsiedniego departamentu. Niezbyt eleganckie podejście, nie sądzisz? Aż strach pytać, co masz do powiedzenia o pewnych tajemniczych osobnikach z bardzo tajemniczego departamentu. Uśmiechnął się gorzko. Chociaż noszenie nazwiska Longbottom było poniekąd synonimem skromności (XDDD), tak nawet Erik miał na tyle wymagające ego, że wymagało ono połechtania od czasu do czasu. Przez ostatnie afery i dramatyczny spadek nastroju, który zaczął się od niesławnej popijawy w towarzystwie Nory i Morfeusza zdecydowanie nie był w najlepszym stanie. Może to właśnie podczas kiermaszu tak chętnie sięgał po kieliszek? Chęć znalezienia słodkiej błogości w kolejnych kroplach alkoholu... Nęciła, a napitki tylko zwiększały chęć do bycia ''najlepszym'' i ''najwspanialszym''. A słowa Anthony'ego zadziałały na niego prowokująco: odwzajemnił się więc pięknym za nadobne, racząc go zaczepliwymi komentarzami. Czy się to na nim zemści? Cóż, jak to się mówi, kto mieczem wojuje ten od miecza ginie, a więc kto wie, może ostatnia godzina Erika miała niedługo wybić? — To niech będzie ten wilk — poinformował, a gdy dopełnili wszelkich formalności i opłat, pożegnał się z Vioricą, kiwając jeszcze na pożegnanie Cedricowi. Na koniec odwrócił się jeszcze w stronę Menodory. — Zobaczymy się jeszcze wieczorem w Warowni, co? Porównamy fanty! Odetchnął ciężko, rozglądając się po okolicy. Chaos, który towarzyszył awanturze przy jednym ze stanowisk Mulciberów, zdążył nieco przycichnąć. I bardzo dobrze, pomyślał przelotnie, ciesząc się, że udało mu się ulotnić, zanim fallusowymi świeczkami zainteresowała się większa ilość osób. — Jeszcze tam nie byłem — przyznał Erik, marszcząc czoło na wzmiankę o pelerynie niewidce. Z góry założył, że była to jakaś podróbka niźli oryginalny artefakt owiany historiami krążacymi pośród czarodziejów i czarownic. Fałszywki czy raczej ''standardowe'' egzemplarze zazwyczaj miały ograniczony czas użytkowania. Na szczęście nie musiał wygłosić towarzyszowi całego monologu na temat tego, że padł ofiarą oszustwa, bo zaraz potwierdziły się jego słowa. Skinął głową, ściskając mocniej torbę, gdy zaczęli kroczyć w stronę sceny. — Przede wszystkim zastanawiam się, jak źle incydent w Stonehenge wpłynął na eee kręgi kulturowe, skoro obecność kowenu została zredukowana do jednego małego stoiska — odparł, czerwieniąc się minimalnie, gdy jego wzrok ponownie spoczął na tancerzu. Przybyli na scenę niedługo po tym, jak panna Figg z niej zeszła. — Ale jest całkiem... wysportowany. Jak na cyrkowca. Wzruszył sztywno ramionami. Nie przypominał sobie, aby miał jak do tej pory spotkać się z cyrkowcem. Dużo lepiej kojarzył dwie pracownice przybytku Bellów, które oprowadziły go po obozie podczas porannej interwencji w sprawie nocnych skarg o zakłócanie porządku. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 17.06.2024 Za sceną
Czy można się dobrze bawić, kiedy głowa potrafi skupiać się prawie tylko na tym, czy na pewno wszystko jest idealnie? Oczywiście, że nie. Dlatego pozostaje o tym nie myśleć. Nie zadawać tego pytania, w którym każde "proszę" o ideał równałoby się z wbiciem igły w miękką poduszkę umysłu. Bo przecież nie potrafił tańczyć i wychodząc tutaj nie miał potrafić tańczyć. Bawił się tak dobrze, jak i ciągle gdzieś drapało go to, kiedy tańczący Flynn podejmujący wyzwanie pojawiających się nowych osób musiał tworzyć z tego, co było mu dane - wysilić się. Bawił się też dobrze, kiedy ten w końcu zjawił się przy nim i wyciągnął różę, do której zabiło mu to głupie serduszko tylko na jedno uderzenie mocniej. Na ten moment kiedy wyciągał po nią dłoń, zachwycony jej pięknem i na moment tuż przed uniesieniem spojrzenia na twarz przed nim. I chociaż nie do końca rozumiał, dlaczego, to w tamtym momencie czar prysnął, on przestał nucić zgodnie z grającą muzyką i szum otoczenia oraz ludzie wrócili na jego miejsce, wcześniej niedostrzegani. Zszedł ze sceny i uśmiechnął się do Pepy ulotnie, a przynajmniej postarał się uśmiechnąć, bo nie był pewien, co z tego wyszło - ponownie. - Dziękuję za trzymanie na jej oka... Przesympatyczna zabawa. - Tak i teraz uśmiechnął się do drobnej kobiety, która im tutaj rozdawała role. Złożył pieczołowicie teraz kartkę, którą otrzymał i schował ją do kieszeni spodni. Bywał za bardzo sentymentalny, ale teraz, kiedy o tym myślał, powinien zdecydowanie pochować niektóre z rzeczy w swoim domu... głęboko, głęboko w kąt nieużywanych szaf. Kucnął przy koszyku z kotem, otrzepując się po drodze - dłonie, ubrania - żeby się upewnić, że nie został na nich jakichś widoczny kurz. Niby kto by wśród tylu ludzi zobaczył... tylko po co ryzykować? Pogładził kotkę, która otworzyła jedno ślepie czujnie, gdy poczuła dotyk, przeciągnęła się i znów je zamknęła. Zabrał swoje rzeczy i zawahał się po opuszczeniu tego miejsca. Poczekać? Teraz? Jakoś nie do końca miał na to ochotę. Wahanie odliczało sekundy w rytmie muzyki. W końcu przerwał ten bezruch i ruszył w kierunku jednego z tych namiotów na uboczu, przy wyjściu. Żeby nie kręcić się między cyrkowcami, gdzie nie był pewien, czy zaraz nie napotka tego samego mężczyzny, który mu odgrażał, że ma tutaj nie stawiać swojej nogi. Położył koszyk z kotem i przysunął sobie jakiś nieużywany taboret - w zasadzie nikt na niego nawet nie zwracał chyba większej uwagi? On na pewno przestał zwracać uwagę na otoczenie. Starał siedzieć prosto, wyglądać, jak na panicza przystało, ale w końcu pochylał się w przód, opierając opuszczoną głowę na ręce, a jej łokieć na własnym udzie i zaczepiał Divę, która obudzona ruchem wylazła z koszyka i kręciła się między jego nogami z uniesionym w górę ogonem. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cameron Lupin - 17.06.2024 Pod sceną -> Południowe stragany - Świeczki i kadzidła Mulciberów
Oglądam z Heather występ Edge'a, aż w końcu stwierdzam, że może warto przejść się jeszcze do innych stoisk. Występ cyrkowca był cholernie... Żywy. A Cameron był bardzo prostym chłopakiem i jak widział coś, co się ruszyło bardzo płynnie, to jego oczy momentalnie podążały do tego punktu. W pewnym momencie jednak młody medyk zdał sobie sprawę, że wpatruje się nieco zbyt intensywnie w tancerza. Chociaż taniec był bardzo dobry, tak nie mógł zignorować wrażenia, że nawet nie tyle jest przesycony, ile wręcz kipi od emocji. Trochę go to oszołomiło, zwłaszcza z panującym wokół gwarem związanym z muzyką i zachowaniem gości. — H-heath? — zagadnął niepewnie, nachylając się nad uchem Rudej i ściskając mocniej jej dłoń. Starał się nie zwracać uwagi na lekkie drżenie głosu z obawy, że nagle zacznie się poważnie jąkać. A wtedy na pewno by się zbyt dobrze nie dogadali. — M-możemy wrócić tam o? — Wskazał na stragany, wokół których wciąż kręcili się goście. — Trochę mi słabo... Tak myślę. Zazwyczaj nie miał problemu z głośnymi miejscami, jednak przebywanie bezpośrednio pod sceną i bycie świadkiem tak intensywnego tańca (w którym notabene w pewnym momencie towarzyszyła tancerzowi nawet Nora Figg, czyli jego cudowna wybawicielka z czasów Beltane) nie wpłynęło na niego pozytywnie. W myślach modlił się, aby następne występy okazały się nieco bardziej przystępne. — Ch-chyba powinienm się jeszcze napić, zanim tam wrócimy — przyznał, zahaczając wzrokiem o stanowisku ze świeczkami i kadzidłami. Dalej miał wrażenie, żę kręciło się tam sporo osób, jednak chyba nie była tam już tak... tłoczno. Wzrok chłopaka zawisł na wystawionym na widok publiczny asortymencie. Szarpnął lekko Brygadzistkę za rękaw. — Potrzebujesz czegoś... Uspokajającego? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 17.06.2024 w drodze pod scenę i pod sceną
rozmawia z Erikiem Gdy Erik pochylał się nad nim, w stalowych oczach odbiło się zdziwienie faktem, że najprawdopodobniej obraża się za to jak sam się nazwał moment wcześniej. Anthony nie podjął jednak rękawicy, nie odniósł się do tego, nie przy obcych uszach, pochylonych w ich stronę. Wrócił do tematu dopiero gdy odeszli od straganu, ale nim dotarli do sceny. Podjął to tonem lekkiej niezobowiązującej pogawędki, licząc bardzo na watową otoczkę równie rozgadanego tłumu. Każdy w swojej głowie, każdy myślał tylko o sobie, to nie był bankiet, gdy każdy Twój ruch śledziło minimum dwanaście par oczu.
– Słyszałem, że sarkazm między przyjaciółmi jest możliwy wtedy i tylko wtedy, jak obaj wiedzą doskonale co wzajem o sobie myślą pod płaszczem ciętej kurtuazji. Gdy słowa pozostają słowami, zabawką unoszącą się i znikającą zaraz po wypowiedzeniu. Ty... wiesz co o Tobie myślę, prawda? – ton jego był znów miękki, łagodny. Obrócił się do Erika, próbując znaleźć odpowiedź w jego wyostrzonych chwiejnym okresem w życiu rysach. – Mówiłeś mi ostatnio bardzo jednoznacznie, że nie potrzebujesz pochwał, ale powiedz tylko słowo, a nie starczy mi dzisiejszego dnia, by wymienić wszystko to, co w Tobie cenię. Choć przyznaję, kusi bardzo żeby całą tę laudację wygłosić po francusku, co by sprawdzić na ile byłeś ze mną szczery z lekcjami tego języka. – Dodał lżej prostując się, wzrokiem uciekając do sceny, pilnując się bardzo, by się nie oglądać, nie szukać spojrzeń tych, którzy chcieliby na nich patrzeć. Zwłaszcza ciemnych oczu tajemniczego urzędnika tajemniczego departamentu, któremu powiedział, że idzie prosto pod scenę, ale coś długo mu to zajęło. Miecz Demoklesa wisiał nad nim, od dwóch tygodni jego zatroskani przyjaciele robili podchody na tę okoliczność. Cóż. Liczył bardzo, że i tym razem pod latarnią będzie najciemniej. – Mhm, tak, kręgi kulturowe. – Powstrzymał parsknięcie. I kto tu powinien zdjąć maskę i przestać udawać? Samemu też skupił się na przedstawieniu, choć był nieco zbyt rozkojarzony, aby rejestrować to, co dzieje się na scenie. Nie ona była osią jego zainteresowania teraz. – Sądzę, że będę musiał porozmawiać z Josephine Avery, żeby urządzić jakiś koncert połączony ze zbiórką. Jest we mnie sporo powątpiewania, aby jedno skromne stoisko mogło rzeczywiście pokryć choćby dziesiątą część tego, co konwen obecnie potrzebuje. – Krytykę rozwiązań systemowych związanych z finansowaniem kultu pozostawił dla siebie. To był jednak worek pozbawiony dna, o czym przekonywał się każdorazowo, gdy podejmował się jakiejś w nimi współpracy. Ludzkość nie wymyśliła jednak do tej pory lepszej tuby propagandowej. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tpdMKuP.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Robert Mulciber - 17.06.2024 Stoisko Mulciberów
Prawdę powiedziawszy, gdyby miał się teraz w tej kwestii określić, wskazanie osoby, którą chciałby mieć w tym momencie u swojego boku, stanowiłoby spore wyzwanie. Ewentualnie mógłby to być brat, ale i ta relacja, choć silna, zaliczała przecież swoje góry i doliny. Robert, niestety, aż nadto dobrze radził sobie z niedopuszczaniem do siebie ludzi. Stawianiem muru. Wyznaczeniem granic. Prowadził z tej przyczyny życie w znacznej mierze samotne. Zarazem jednak przez prawie cały czas, był z tego stanu rzeczy całkiem zadowolony. Przekonany o tym, że dokonał w tym przypadku odpowiedniego wyboru. Mógłby w tym momencie powiedzieć, że nigdzie się nie wybierał. Zapewnić ją o tym, że nie zamierzał łamać umowy. Tyle tylko, że niekoniecznie było to czymś, czym zamierzał zawracać sobie głowę. Przynajmniej w tym momencie. Zamiast tego, całą uwagę skupił na spince, która wylądowała na jego ubraniu. Nie podobało mu się takie rozwiązanie problemu. Nie podobała mu się perspektywa paradowania z czymś takim po kiermaszu. Nie uspokoił się jednak wciąż na tyle, żeby być w stanie zaczynać kolejną awanturę. Prawdopodobnie powrót do domu stanowiłby w tym momencie najlepsze rozwiązanie. Wszystko zdawało się na to wskazywać. I gdyby coś takiego wyszło teraz od Leonarda. Gdyby tylko nie wtrącali się w to pozostali – Robert nie stawałby okoniem. Po prostu by tak zrobił. Słysząc jednak skierowane do siebie słowa brata, któremu chwilowo miał za złe całkiem sporo… - Najlepiej byłoby, gdybyś zajął się wychowaniem swojego syna. – skierował do niego dokładnie te słowa. I łatwo było się domyślić, że w ślad za nimi poszło niewypowiedziane: odwal się. Ewentualnie coś, co do tego odwal się było bardzo podobne. Robert jednak w chwili obecnej na tyle nad sobą panował, że tego rodzaju słowa tym razem z jego ust nie wyszły. Jeśli cokolwiek miało świadczyć, że było z nim lepiej – to byłby ten poszukiwany dowód. Czekając na wodę, starał się wreszcie zorientować jak wyglądała sytuacja na stoisku. Sporo mu umknęło. Z wiadomych względów nie był w stanie nadążyć za wszystkim, co miało tutaj miejsce. Pewnych zdarzeń w ogóle nie zarejestrował. - Philip? – zapytał, zapewne chcąc usłyszeć co i jak z Nottem. Sam bowiem dopiero po chwili zdołał wychwycić wśród zgromadzonych kuzyna. Na szczęście jakoś sobie poradził. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Peppa Potter - 17.06.2024 Za sceną. (Potem na scenie) Peppa bardzo uważnie skupiła swoje spojrzenie na Norze. Chciała wiedzieć, jakie zadanie na nich spadnie. A wszyscy chyba mieli wykonać coś podobnego... chociaż szczegóły i tak pozostawały w tajemnicy szeptu. Nora na scenie wyglądała, jakby zaczęła się bawić z Edgem w kotka i myszkę. Brwi Peppy uniosły się wysoko. Nie rozumiała, co tu się dzieje. Niemal podskoczyła, gdy blondynka została porwana do chaotycznego tańca. Oby dla mnie nie przygotowali czegoś takiego... Już widziała koronki swojej sukni porwane w wir artystycznego chaosu. Nawet perfekcyjnie przymocowany kapelusz spadłby jej z głowy. Co jakiś czas zerkała na Laurenta, by zobaczyć, jak drugi z trzech ochotników reaguje na te dziwy. W przeciwieństwie do niej, chłopak nie wydawał się zaskoczony, czy przerażony. Pogratulował Norze występu, jak gdyby faktycznie coś zrobiła poza cudaczną bieganiną — bo tak to wyglądało w oczach Peppy. Moment Laurenta nie dawał pannie Potter żadnej nadziei. Oni wszyscy kompletnie ześwirowali. Musiała uciekać. Na scenie. Ale było za późno. Właśnie dostała wskazówki dla swojej części występu. Nie brzmiało to tak źle. Właściwie to miała być... sobą. Odtrącić dziwaka, zabrać mu to, co chciała i odejść bez słowa. Idealnie. Tylko, czy biorąc udział w takim przedstawieniu nie zniszczy sobie reputacji? Stawiając pierwsze kroki na schodach, spojrzała na widownię. Dostrzegła kilka twarzy obleczonych zainteresowaniem. To jej wystarczyło. Wpłynęła na scenę niesamowicie eleganckim i lekkim krokiem. Była jak elf unoszący się nad poranną polaną, na której wśród rosy leżał zniszczony Edge. Jej białe koronki kontrastowały z ciemnym kostiumem artysty. Byli jak Ying i Yang. Peppa z gracją, bez pośpiechu, spacerowała na drugi koniec sceny. Spojrzenie na mężczyźnie zatrzymała tylko raz. Gdy jeszcze leżał. Było to długie spojrzenie, twarz pozostała bez wyrazu, podbródek dumnie został na swojej pozycji. Później unikała go. Gdy przynosił jej różne obiekty, odwracała wzrok, odchodziła ostrym krokiem. Koronki spódnicy widowiskowo kręciły się przy każdym obrocie. Przy przedostatnim obiekcie Peppa podjęła ryzyko. Spojrzała na Edge'a wyniośle, nawet nie trudno było jej to odegrać, a następnie zakoronkowanymi dłońmi odepchnęła go od siebie. Nie włożyła w to wiele siły, liczyła, że artysta sam odegra to należycie (czyli dramatycznie). Na końcu podszedł z różą. Nie musiała nawet grać uśmiechu wykwitającego na jej twarzy. Odebrała kwiat z nieukrywanym zadowoleniem. Nie spuszczała wzroku z nagrody. Odwróciła się i spokojnie zeszła ze sceny. Teraz czekała na brawa. |