![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jonathan Selwyn - 17.06.2024 Przy scenie Jonathan oczywiście pojawił się na Lammas modnie spóźniony, a przynajmniej tak zamierzał powtarzać każdemu komu nie chciał się tłumaczyć, że stracił czas na szykowaniu stroju, aż w końcu uznał, że zupełnie zmienię koncepcję i postawi dzisiaj na coś bardziej na luzie. Na razie to całe święto wyglądało bardzo dobrze. Ludzie się bawili, niektórzy nagle mieli kolorowe włosy, ktoś leżał półprzytomny przy stoisku ze świecami, ale nie wnikał kto. Typowe czarodziejskie święto. No i, co pozytywnie go zaskoczyło patrząc na masowych charakter wydarzenie, ktoś na scenie dawał całkiem niezły popis. Eh... Gdyby tylko Teatr Selwynów był bardziej otwarty na pokazy z ogniem, bo na razie dyrekcja wykazywała jakąś dziwną i niczym nieuzasadnioną zachowawczość w tym temacie. Przecież to nie był już 1666 aby wywołać wielki pożar w Londynie! Szedł przed siebie i rozglądał się za znajomymi twarzami. Nie miał jakiegoś szczególnego pomysłu, gdzie skierować swoje kroki, aż w końcu wypatrzył kogoś z kim i tak miał zamiar dzisiaj pogadać. Uśmiechnął się i przyśpieszył kroku, by podejść do rozmawiającego z Erikiem Longbottomem Anthonym i przyjacielsko, i znienacka, objąć go ramieniem. – Oh, oto mój magnat win na Lammas, który uparcie broni się przed nieczystymi siłami, jakimi byłoby sprzedawanie dobrego piwa – rzucił, przyglądać się Shafiqowi z szerokim uśmiechem na twarzy, by następnie zmarszczyć brwi i przyjrzeć się nieco uważniej włosom przyjaciela. – Farbowałeś się specjalnie na dzisiaj, czy to tylko te promienie słońca przebijają się jeszcze zza chmur specjalnie po to, by nadać twojej czuprynie złocistych blasków? – zażartował, a następnie puścił Anthony'ego i zerknął z uśmiechem na Erika. – Eriku, powiedz mi mój drogi, bo jeszcze nie miałem okazji zajrzeć na jego stoisko, czy Anthony posłuchał mojej złotej rady i zgodził się sprzedawać też piwa kraftowe, czy jednak jest uparty w swojej decyzji. Gdzie Morpheus? – W końcu nie kojarzył, by ta dwójka jakkolwiek trzymała się ze sobą, więc założył, że pewnie czekali wspólnie na starszego Longbottoma. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/d6691cb8e88acbcbc6041bed4d243f05/2a8ed1c59d4bcaa3-9e/s500x750/dbd88fc5cc030d2dbf7b34a8bac422cbafbaf52c.pnj[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 17.06.2024 Południowe stragany - Przeniosłem się trochę niżej... na Ścieżki. - Chociaż czy mógł mówić, że w Wiwernie już go nie było? A skądże! Niektóre kąciki nadal były tam jego własne. I ani myślał swojego ulubionego stolika komuś ustępować. Nawet blondyneczkom. - W Wiwernie też siedzę, ale... bliski kumpel otworzył swój przybytek. Taki bardzo bliski. - Miał nadzieję, że Victoria zrozumie o kogo chodzi - Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Tajemniczy jegomość z zębowymi problemami. - Cała ekipa tam teraz się buja. Wzięły mnie ambicje, żeby zagarnąć swój teren... czymś się zająć, wiesz... - Czymś, co nie było robieniem zdjęć. A to zajęcie całkiem dobrze bujało. Przede wszystkim pozwalało działać i skupiać się na wszystkim, tylko niekoniecznie sobie samym. W jego własnym mniemaniu wychodziło mu na zdrowie. Czuł się nieporównywalnie lepiej niż miesiąc temu. Nie wątpił, że Victoria wiedziała, czym Ścieżki są - miejsce, gdzie żaden normalny brygadzista się nie zapuszczał, bo mała szansa, że stamtąd wyjdzie. Jeszcze mniejsza, że ktoś znajdzie jego ciało. - Czasami sam tego nie wiem. - Mruknął, zastanawiając się nad tym, kiedy oddawał kieliszek kobiecie i jednocześnie odbierał tę butelkę prosząc o jakieś zapakowanie, żeby czasem się przy transporcie nie porozbijało. Nie planował robić tutaj zakupów, z ostatniego Beltane to wyciągnął tylko talię kart. - Raz jest tak, raz śmak. - Wzruszył ramionami, nie mając ochoty tego przetrawiać ani teraz, ani w sumie nigdy. W ogóle nie chciał niczego przetrawiać - chciał utrzymywać swój umysł na pułapie niezastanawiania się nad swoim parszywym losem, najlepiej nie zmieniając niczego i żyjąc sobie w zupełnym spokoooju, po prostu robiąc swoje. A świat wokół niech się zmienia, byle nie chciał zmian od niego. Taka bańka, która nawet nie była mydlana, bo nie mieniła się pięknymi, tęczowymi kolorami. - Ha! Ay, Maleńka, jasne, że sobie żyły dla nich wypruwasz, więc niech te zjeby też coś od siebie dadzą. Ale po tej wariatce, waszej szefowej, to wszystkiego bym się spodziewał. - Uśmiechnął się cwaniacko. Zabrał butelkę i ruszył z nią do następnego stoiska wolnym krokiem. - Co tam u niej? Niektórzy na Nokturnie robią kurwa zakłady, ile jeszcze wytrzyma... Oooj. - Zatrzymał się i złapał ją szybko, podtrzymując jej ciało, kiedy tak nagle się zwaliła. Niepokój złapał jego grdykę. Zamarł w bezruchu, przyglądając się czujnie kobiecie. - Vika? - Wypowiedział część jej imienia z powagą. Ale kiedy zobaczył, jak idzie i usłyszał jak się wypowiada niewyraźnie... to zaraz głupkowato (i triumfalnie!) się uśmiechnął. - Ojoooj, biedna dziewczynkaa... no już szukamy ławeeczkiii... - Rzeczywiście ją trzymał i pozwalał się jej opierać, kiedy wolnymi krokami wyszedł kawałek z głównego zamieszania stoisk, żeby posadzić ją na ławce. - Zabrać cię do domu? - Wyciągnął fajkę i zapalił, stając przed nią i robiąc odpowiednie wrażenie pod tytułem "niech nikt się nie zbliża, bo wpierdol za darmo". A może powinien za to skasować chociaż pół galeona? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 17.06.2024 Scena
Peppa mu się spodobała. Nie oczekiwał wcale niczyjej sympatii, ani niesamowitych zdolności oczekiwał zabawy, a ona najwyraźniej lubiła się bawić i występować. Jej ruchy dobrze zgrywały się z zakorzenioną głęboko desperacją Flynna - odtrąciła wielkie, błyszczące krucze pióro, a nawet drewniane serce, które to niby wyrwał z własnej piersi. Najpiękniejsza z nich wszystkich, ubrana w te wszystkie koronki, z chłodem bijącym od delikatnych ruchów, spisała się w tej roli... Ha, miał wrażenie, że spisała się w tej roli o wiele lepiej, niż spisałaby się w niej osoba, dla której tę scenę napisał. Bohater tej historii chciał zostać uratowany, ale oddał już wszystko i nie dostał w zamian nic. Był wcześniej pijawką, która nie ofiarowała w zamian za wyciągnięcie z bagna niczego poza kwiatem, tym razem nie dostawał w zamian nic. Dotknięty drobnymi rączkami upadł tak, jakby panna Potter włożyła w to wręcz za dużo siły i na tych deskach, czołgając się po nich żałośnie, już został. Nie wstał - tę różę wręczył jej drżącymi rękoma, jakby zasługiwała na nią tak samo jak pozostała dwójka, ale przecież tak nie było - ta piękna dziewczyna była tylko marzeniem sennym, czymś, czego nie powinien dotykać i pozostawało nieosiągalnym, poza zasięgiem jego brudnych łap. Nie przyniósł jej róży w zębach, tak jak Laurentowi. Wręczył ją trzymając kwiat na otwartych dłoniach, jak miecz, klęcząc na jedno kolano jak do oświadczyn. A później osunął się w dół. Wróciły do niego peleryna i szabla, z trudem zadarł głowę do góry, a wtedy ogień zapłonął znów, a w miejscu, gdzie płonął, wysoko nad sceną pojawiły się gołębie Atheny trzymające w dziobach płachtę materiału. Kto był jego prawdziwą miłością?
Widzowie zaczęli się przekrzykiwać, ale dla tych znających występy Fantasmagorii odpowiedź była oczywista. Gołębie trzymające dolne rogi materiału wypuściły go z dziobów i odleciały, a wszystkim zebranym ukazała się reklama przedstawienia. Piękna i Bestia
Poznaj historię niesamowitej miłości leczącej duszę każda sobota i niedziela w cyrku Fantasmagoria Charing Cross Road Flynn znajdował się za tą płachtą. Dysząc ciężko, ledwo radząc sobie ze stresem, teleportował się w okolice namiotu, gdzie klęknął i od razu złapał się za brzuch. Kiedy muzyka się skończyła, a materiał reklamujący cyrk opadł na deski sceny, była ona pusta. The Edge zniknął - nie ukłonił się. Zamiast niego bawiły się tam dwa maleńkie ogniki zbierające ewentualne oklaski i towarzyszące tam wolontariuszom sprzątającym spopieloną scenografię. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 17.06.2024 Za sceną Podskoczył razem ze swoim kotem, kiedy rozległo się ciche trzaśnięcie teleportacji - ginęło w tłumie, ale kiedy byłeś wystarczająco blisko to w monotonii dźwięków, szczególnie rozległych oklasków, było to słyszalne aż zanadto. Kotka syknęła wściekle, nastroszyła się - a miała co stroszyć. Jej ogon przypominał teraz puszystą szczotkę do kibla, bądź w ładniejszym porównaniu - szopa pracza. Niestety kotka musiała zaczekać i zająć się sobą. Zajęła. Skoczyła za parapet i stroszyła się dalej, wbijając pazur w ziemię i wydając z siebie ostrzegawczy pomruk, jakby Edge naprawdę miał jakąkolwiek szansę się jej wystraszyć. Sam Laurent zerwał się z tego stołka, aż ten się zachwiał na swoich posadach i przykucnął przy Flynnie, opierając rękę na jego plecach gestem zachęcającym do przytulenia się, umożliwiającym przylgnięcie do kogoś - jeśli tylko tego potrzebował. Dotyk był delikatny, ostrożny, bo nie bardzo wiedział, co właśnie widzi. Przed chwilą pełen pasji tancerz, teraz... teraz co? Czy to wynik stresu i tremy? - Flynn... - Odezwał się cichy, melodyjnym głosem. - Co się dzieje..? - Szkoda, że nie mam papierosów... Będzie musiał zacząć je nosić. Dla samego siebie przede wszystkim, bo ostatnio odżałowanie ich braku pod ręką bardzo mocno dawało mu się we znaki. Uniósł głowę i rozejrzał się ponad plecami mężczyzny na namioty. Na to, czy ktoś zwraca na nich uwagę, czy może jednak niekoniecznie. Nie dlatego, że martwił się o jakąś swoją reputację - nie chciał problemów dla Bella, kiedy tamten nawiedzony wróżbiarz ich tutaj, nie daj Matko, zobaczył. Albo w ogóle gdyby ktoś mu naskarżył... Scena to scena, poza nią... to już trochę inna broszka. Tylko czemu Edge był tutaj, a nie na scenie? Nie powinien właśnie zbierać pochwał za swój fantastyczny występ? Laurent nie widział reakcji sceny, ale był pewien, że wszyscy pokochali to, co im pokazał. - Piękny występ... do głowy by mi nie przyszło, że człowiek może się tak ruszać... ale może to domena karaluchów..? - Spróbował lekko zażartować, nawiązując do tamtego żartu z tarasu. Nie bardzo wiedział, co się dzieje, a bardzo chciał mu pomóc, chwilowo zapominając o wszystkich "ale", jakie powinien żywić. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 17.06.2024 CHATEAU DES DRAGONS, potem idę pod scenę Brenna zbliżyła się do źródła zamieszania akurat, kiedy część uczestników się teleportowała, a część oddaliła z miejsca wydarzenia w inny sposób. Sophie pozbierała się z ziemi, a w tym, że ktoś oglądał Roberta Mulcibera, nie widziała niczego specjalnie niepokojącego, więc teraz ot płakała jakaś nastolatka. Najwyraźniej cokolwiek się tu działo, nie było aż tak poważne. Och, naiwności. Chociaż tym razem nie atakował Voldemort. Ostatecznie Brenna odwróciła się więc do najbliższego stoiska. Nie za bardzo rozumiała, co wina miały wspolnego ze smokami, absolutnie nie znała się na trunkach i nie planowała sama alkoholu pić. Ani tego w butelce, ani broń Merlinie tego serwowanego przez egzotyczną piękność (kto wie, czym je doprawiono, Brenna od ostatniego sabatu była trochę podejrzliwa, i wszędzie na takich stoiskach była gotowa węszyć za zapachem amortencji, a tutaj rozdawano za losy veritaserum... chyba powinna uprzedzić Alastora). Gdy inni już tam stojący dokonali swoich zakupów kupiła jednak butelkę z myślą o ojcu, a potem po prostu skierowała się bliżej sceny. Miała zamiar pójść tam już wcześniej, prosto ze strefy gastronomicznej, ale dźwięki zamieszania skutecznie ściągnęły ją z powrotem do południowych straganów. Teraz ustawiła się gdzieś nieco dalej, nie pchając się do pierwszego rzędu. Przegapiła wejście na scenę Nory, nie zobaczyła też Laurenta, mignęła jej jedynie Peppa, jedna ze słabej znanych kuzynek. Śledząc finał przedstawienia, za sprawą magii Bellów, przegapiła też i to, że w pobliżu znajdowali się Mabel i Thomas. I drugi Thomas. I Isaack. I bliżej niezidentyfikowana liczba znajomych. A potem została jeszcze, chcąc obejrzeć występ Geraldine. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 17.06.2024 Południowe stragany, Château des Dragons
Intencje krążące po tej kształtnej główce otoczonej aureolą loków były niejasne, ale absolutnie w żadnej mierze, nie chciała ona uczynić ani jemu, ani nikomu tutaj krzywdy. Zaciekawienie mieszało się ze znudzeniem, w sprzeczności pojawiały się wizje, w których nucąc pod nosem sprząta obejście straganu, a wściekle ciska szmatę w kąt i wychodzi szukać szczęścia gdzie indziej. Droga jej przeznaczenia rozdwajała się ciągle, choć teraz, gdy jej się przyglądał widział raczej światło i pozytywne nastawienie do wszystkich. – To australijski smok, ale co roku pan Anthony Shafiq wybiera innego patrona. Zbiory są odpowiednio modyfikowane, aby oddać ducha danego gatunku. W tym roku pan Shafiq uznał, że potrzeba wnieść trochę światła i nadziei, zakląć letnią magię w butelce tak, aby rozjaśniała mrok czasów, które nastały. – Jej wada wymowy ustąpiła w trakcie opowiadania o tym Leonowi. Oparła się swobodnie o ladę jak rasowa barmanka, gdy tylko kubeczki były uzupelnione. – Bez degustacji? Pewnie stała klientka. – uśmiechnęła się szeroko do Brenny i tylko na moment spomiędzy zębów wychylił się język, niby w psotnym geście, ale równie szybko co się pojawił to zniknął. Butelka opatrzona etykietą promująca winnice, nosiła z tyłu ruchomą fotografię przedstawiającą winiarza wraz z małym, świeżo wyklutym smokiem opalookim, który był przez niego z czułością głaskany. Zaraz po dokonaniu transakcji uwaga ekspedientki wróciła w całości do mężczyzny, który chciał jej umilić ten straszliwy czas spędzany w usługach i handlu. – To mój pierwszy rassss... Ale nie czuję powołania. Wolałabym występować o tam... na sssscenie. – przyznała, patrząc tęsknie w kierunku opustoszałej obecnie sceny. Występ akrobaty się skończył i czuła ulgę i zawód w tym samym momencie. Trudno było nosić pod sercem dwie dusze, zwłaszcza gdy druga była tak krzykliwa... [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/92/19/fb/9219fb5956fcffd7837889706f7aaf11.jpg[/inny avek]
Opis Tahiry Postać prowadzi: Millie Moody @Leon Bletchley @Brenna Longbottom RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 17.06.2024 Za sceną
Nie było żadnych szans, że dałby radę wytrzymać napięcie, gdyby tam został i się ukłonił. Chyba nigdy przez całe życie, nawet leżąc z kimś sam na sam w łóżku i pozwalając ocierać cię mu się ze sobą dusza o duszę, nie był tak skupiony na drugim człowieku jak pod koniec tego (w jego odczuciu) miernego widowiska. Powoli docierało do niego co się stało. Wracał do niego widok wlepionych w niego oczu. Dzieci z mieczykami, Alexandra, tego dziennikarza, masy ludzi których znał i cenił. Gdzieś tam stała Viorica i pewnie się śmiała, kiedy on próbował oddać się muzyce i wyobrażał sobie, że wcale nie znajduje się na Pokątnej, tylko w sypialni domku babci Waughy'ego, gdzie wpatrywała się w niego tylko jedna para oczu. Ta, której łatwo było zaufać. Klęczał tu teraz i trzymał się za brzuch, bo już kompletnie wypadł z roli. Z każdej roli jaką przyjmował. Nie miał na sobie żadnej maski, oprócz tej fizycznej, naklejonej bezpośrednio na jego twarz, żadnej osłony mogącej powstrzymać to jak pokazał Laurentowi na migi, że zaraz się zrzyga, bo nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Czuł się absolutnie, bezsprzecznie i boleśnie wręcz nagi (a o ironio - miał na sobie więcej warstw odzieży niż kiedykolwiek w ich wspólnej historii). Złapał dłonią za jego bark, ale od razu poczuł, że za cholerę się tak nie podniesie. Darował to sobie więc i wstał opierając się o bruk, ale tylko po to, żeby zawisnąć nad ulicznym koszem. Nawet nie spojrzał na tego kota. Nie z braku sympatii do zwierzaków, a właśnie z takiej myśli, że miał prawo na niego posyczeć ze strachu, ale raczej go nie udrapie (bo czemu?). Pochyliwszy głowę w dół, momentalnie opróżnił treść żołądka, składającą się - kto by się spodziewał - głównie z wypitego alkoholu. Zawirowało mu w głowie, ale nie upadł. - Dzięki - powiedział nagle, jak gdyby nigdy nic. Miał w kieszeni z dwadzieścia dowcipów z serii „bo na tobie jeszcze nigdy nie skakałem”, ale nie miał w tej chwili odwagi... I dobrze, jakby Alexander to usłyszał, Laurent pewnie straciłby możliwość chodzenia i do końca życia musiałby otrzymywać posiłki przez słomkę. A później po prostu oboje by zdechli, bo Alexander dowiedziałby się, że przez tę słomkę karmi go Flynn. Podniósł głowę, wycierając usta o ten absurdalny płaszcz, który i tak zdjął z siebie już teraz. Razem z maską. Szumiało mu w głowie i nie do końca pamiętał po co Prewett tutaj był...? - Ah... Pierścionek. Mam dla ciebie pierścionek - przypomniał sobie głośno. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 17.06.2024 Południowe stragany
Zamruczała pod nosem, dając Saurielowi znak, że słucha go i jest myślami przy nim; bo faktycznie słuchała, chociaż niekoniecznie miała coś sensownego do powiedzenia. Po prostu przyjęła do wiadomości jego odpowiedź. Wiedziała, czym są Podziemne Ścieżki. Cholera, jedno z jej wspomnień oscylowało wokół ścieżek, że wszyscy jej bliscy czy znajomi wyjechali z miasta albo przenieśli się na ścieżki. Wiedziała też, o jakim bliskim kumplu mówił Sauriel, no mógł mówić tylko o jednym, chyba, że to kolejna rzecz, jakiej nie wiedziała o tajemniczym Rookwoodzie (wszak dzisiaj poznała jego dwie znajome, o których wcześniej nie usłyszała ani jednego napomknięcia, nie tak?). – Czyli to tym się zajmuje? – szukała jakby potwierdzenia dla swoich myśli, czy to o tego kumpla chodzi… – Cała ekipa? – powtórzyła za nim, no bo… co ona wiedziała o jakiejś ekipie? Nic. Zawsze słyszała tylko o Norze, o Fergusie, o tym, że był w kurwę sam, że nie miał na kogo liczyć. Chyba zupełnym przypadkiem postanowił jej „przedstawić” Stanleya, którego już oczywiście znała, tylko nie wiedziała, że się przyjaźnią. Tak czy siak, czuła taką swędzącą chęć, by unieść dłoń i pogłaskać go czule po policzku, dać znać, że go słucha, że słyszy, że myśli o tym, co mówi. Zwłaszcza o tym „czymś się zająć, wiesz…”. – Wiem – powiedziała cicho, miękko. Wiedziała, przecież dlatego wychodziła z siebie, żeby znaleźć mu jakieś zajęcie po tej niechlubnej, nieudanej (na całe szczęście) próbie. I dlatego przecież nie pytała, nie zagajała tematu, dając mu zagoić rany… Ale kiedyś pewnie będą musieli porozmawiać? O ile Matka na to pozwoli, jeśli da jej czas i nie rozłączy ścieżek, jakimi kroczyli, bo powinni porozmawiać o tym co się stało, co do tego doprowadziło, dlaczego. Zagłuszanie może i działało dobrze – na krótką metę. Ale później… Później wszystko wracało i dawało takiego kopniaka, że… Że chciał ze sobą skończyć. To wcale nie wyszłoby nikomu na lepiej. – Głuptas – zdołała mu tylko powiedzieć, gdzieś tam rejestrując resztę wypowiedzi. Raz tak, raz siak… Ale to przecież nie było dobre. Nie mogło być dobre. Pogrążanie się w tych odcieniach szarości, malowanie nimi swojego świata. A ta nadzieja gdzieś tam ciągle była i czekała, aż ją w końcu odkryje, podniesie tę poduszkę, którą docisnął do niej, by zasłonić jej światło i pogrążyć się w tej ciemności, pozornie tylko miłej. Przecież pamiętała, jaki wydawał się być rozluźniony, szczęśliwy niemal, gdy zorganizowała dla niego całe wyjście w dzień na łąkę, by mogli (by on mógł!) pooglądać zaćmienie słońca. – Moody jest w porządku – odparła, bo akurat lubiła swoją szefową. Była konkretna, owszem, od czasu Beltane zachowywała się dziwnie, ale ostatecznie… ona też miała swojego szefa. Rozumiała, że to nie od Moody zależało wiele spraw (choć dużo akurat tak), jak na przykład ilość patroli na Beltane i to, że ludzie byli przydzieleni nie tam gdzie trzeba, czyli na sabacie – to zdaje się nie do końca leżało w gestii Moody czy Bonesa… oni dostali wytyczne z ilością ludzi. Ale to Moody przyklepywała jej wnioski o urlopy, jak na przykład ten na wyjazd do Afryki. Jakby wrzucili tutaj wiecje ludzi i nie dali jej urlopu, to jednak zrobiłaby o to raban… Jakkolwiek uważała Harper za dobrą szefową, to każdy miał swoje granice. – Ale też ma urwanie głowy po Beltane. Wszyscy mamy – nie musiała mu tego mówić, przecież to WIEDZIAŁ. WIDZIAŁ to na własne oczy, a niedługo miał się przekonać na własnej skórze, gdy Victoria pośle do niego na szybko napisany list i zniknie na… dzień? Dwa? Nie zdążyła mu jednak odpowiedzieć na te zakłady, ani nic więcej, bo… Bo wiadomo. Oczywiście nie dostrzegła tego ucieszonego uśmieszku Sauriela i po prostu polegała na nim, że ją odprowadzi do jakiejś wolnej ławeczki, a ona skupiała się bardzo na tym, żeby nie wypuścić koszyka, żeby iść prosto… żeby po prostu iść. Złapała się koszuli Rookwooda i puściła go dopiero, gdy usadził ją na ławce. Starała się delikatnie odłożyć koszyk na miejsce obok niej, a Kwiatuszek za chwilę ciekawsko wystawił łebek i położył łapki na krańcu koszyka. – Nie, nie… Posiedzę sobie… przejdzie. Wypiłam wcześniej wino – przyznała się nieśmiało. Błogo nieświadoma, że Sauriel myślał o tym, żeby skasować ją na hajs. A ona ani chwili nie myślała, żeby z niego zdzierać kasę, kiedy zbierała go pobitego i rannego z Pokątnej do swojego mieszkania po tym, jak po przyćpano. Pewnie przykro by jej się zrobiło. – Ale jesstem żałossna – mruknęła, patrząc na swoje dłonie, gdy tak siedziała, usiłując siłą woli zmusić swoje ciało do współprac y i szybkiego dojścia do siebie. Ale na pewno już nic dzisiaj nie wypije. Ale żałosna była – żeby jeden kieliszek tak jej uderzył do głowy… I siedząc tu nawet nie wiedziała kiedy skończyło się to przedstawienie na scenie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 17.06.2024 Za sceną Zanim jakaś kolejna błyskotliwa odpowiedź zrodziła się w jego głowie to była potrzeba działania. Zawsze tak funkcjonował. Działanie. W sytuacjach krytycznych należało działać, wziąć panowanie nad sytuacją w swoje ręce. Tutaj ciężko było nad tym panować. Nie wiedział, co opętało Flynna, ale "stres" było pierwszą sugestywną odpowiedzią. Osoba, która była na scenie... ale może coś się na tej scenie wydarzyło, kiedy nie patrzył? Przesunął się obok niego, żeby pomóc mu chociaż trochę - chciał mu pomóc podnieść się z tych kolan, ale to chyba niewiele pomogło - wbrew temu, jaki smukły był Flynn to swoje ważył. I to naprawdę SPORO jak na marne ramiona Laurenta. Więc zamiast próbować go podnosić po prostu poszedł obok niego i złapał jego roztrzepane włosy, zaciągnął je do tyłu, żeby ich nie zarzygał. Chociaż sam odwrócił wzrok, bo już mu się niedobrze zrobiło i wstrzymał odruchowo oddech. A kiedy już przestało go zginać i szarpać to faktycznie spróbował go trochę złapać, żeby mógł się na nim podeprzeć i odciągnąć go od tego kosza, żeby nad nim nie wisiał... Woda..? Rozejrzał się z jakąś nadzieją, że będzie tutaj jakiś stolik dla występujących czy cokolwiek... byle nie wódka ani nic takiego. Tego chyba temu panu wystarczyło. - Zaczynam widzieć schemat - wymiotowanie u mojego boku... - Tak, znowu chciał zażartować, wyrzucając tę myśl ze swojej głowy, ale powiedział to nieco nerwowo. Podstawił mu ten stołek, na którym siedział, pod ramię, żeby się na nim oparł i może niekoniecznie leżał tu plaskaczem na tej brudnej ziemi... chociaż chyba jemu już niekoniecznie cokolwiek przeszkadzało. Przynajmniej wyglądał na człowieka, który swój najgorszy problem wypluł właśnie z żołądka. Spojrzał na niego ze zmartwieniem i troską. - Jest tu gdzieś woda? Mam tu jedną... ale nie jestem przekonany, że nadaje się do picia. - Wyciągnął z koszyka butelkę z wodę BŁOGOSŁAWIONĄ PRZEZ MATKĘ (cokolwiek to znaczyło). Laurent był religijny, uważał, że nie da się zaprzeczyć istnienia Matki, ale niekoniecznie przykładał wielką wagę do samych instytucji. Odkręcił butelkę... pachniała jak zwykła woda. Spojrzał z powątpieniem na Flynna i wyciągnął butelkę do niego - szklaną, piękną, zdobioną. - Możesz sobie chociaż przepłukać usta... - Bo posmak rzygów zawsze był paskudny, a już szczególnie po alkoholu. Tym nie mniej spodziewał się tego, że może też tę wodę wypić. - Mówiłem ci, żebyś mi go nie oddawał. - Lekka irytacja pobrzmiała w jego głosie, odetchnął ciężko, z tą frustracją wybijającą się z tego dźwięku. Sam natomiast wyciągnął opakowanie ślicznych pralinek. Kucnął przy Flynnie i wyciągnął je dla niego. - Co prawda były bez okazji, ale fani mają zwyczaj wręczania kwiatów i łakoci swoim ulubionym artystom za piękne występy. - Uśmiechnął się ciepło. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Ambrosia McKinnon - 18.06.2024 stoisko kowenu
- Hm, słyszałam, że ciekawie się działo na Lithcie. Moja przyjaciółka tam była i mówiła, że wessało ją gdzieś i kazali jej zszywać niebo? - zmarszczyła delikatnie brwi, próbując przypomnieć sobie, co dokładnie na ten temat mówiła Lorraine. - Dziwnie mi to mówić, ale nawet jako komuś, kogo matka nosi nazwisko Trelawney, trudno w to uwierzyć - pokręciła głową, sięgając rękoma po jeden z wyłożonych kalendarzy i kartkując go pobieżnie. Ale kiedy doszła do czerwca, uśmiechnęła się, z niedowierzaniem kręcąc znowu głową. Odwróciła zdjęcie w stronę Sebastiana, tak jakby ten wcześniej mógł przegapić ten drobny detal. - No no, z takimi zdjęciami w kalendarzu to się nie dziwię, że potężny utarg dzisiaj zbijacie. Uważajcie, bo jeszcze się rzucą na was samotne kobiety, chcące połączyć z wami i w wierze i w związku małżeńskim - uśmiech może był odrobinę złośliwy, ale Ambrosii nietrudno było sobie wyobrazić, że ktoś kupuje taki kalendarz nie po to by zaznaczać sobie plany na kolejne dni tygodnia, a rysować serduszka dookoła twarzy co przystojniejszych kapłanów. - Nie szukam niczego konkretnego, ale w sumie modlitewnik nie brzmi źle. Mój stary trochę się już rozpada i niedawno przyklejałam w nim kartki. O i w sumie jak tak mówisz o koszulkach to... może ta? - po chwili zastanowienia wskazała palcem na jedną która dumnie głosiła W imię Pani Księżyca. Ambrosia była prostym człowiekiem i kiedy widziała księżyc, rzucała się na to prawie za każdym razem. |