Secrets of London
[8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind (/showthread.php?tid=1806)

Strony: 1 2 3 4


RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 06.10.2023

Trzymał palce na swoim gardle, które było zasłonięte kołnierzem, ale na którym były te paskudne sińce, wręcz krwiaki po silnym uścisku, którego celem było... zabić. Duszenie to jedno, ale wielkie dłonie dociskały z taką siłą, że Laurent ledwo był w stanie mówić przez dwa kolejne dni. Mówił z trudem i bólem, ale eliksiry na to pomagały. Tak i pomogły dzisiaj, choć już po całym dniu pogawędek i tak czuł lekkie pobolewanie. Głównie teraz, kiedy wymusił na swoich strunach głosowych wysokie oktawy. Chyba... wyszło? Tak sądził po minie Kaydena, wpatrując się w niego niby nieśmiało, ale to nie było dosłowne onieśmielenie. Był trochę niepewny reakcji, ale nie dlatego, że sądził, że śpiewał źle, albo nie potrafił wydobyć z siebie prawdziwego, syreniego czaru. Potrafił. Krew morskiego dziecka płynęła w nim gęstym strumieniem. Natomiast... czy to, co zobaczył, było wystarczająco piękne? Czy mu się podobało? Czy nie uzna tego za zbyt dziwaczne? Wydawało mu się, tak sądził, że go to zachwyci. Jego oczy, mimo tego, że czar zmiany otoczenia szybko został przerwany, wydawały się nadal tam tkwić. W tej wymalowanej rzeczywistości już nie samym znaczeniem słów, a samym głosem. Raj może być wszędzie - jeśli tylko w to uwierzysz. Może być odbierany głównie uszami, ale koniec końców to rzeczywiście była dusza, to było serce, które konwertowało te doznania w coś prawdziwie poruszającego. Jego komentarz o tym poruszeniu również mówił bardzo wiele.

Laurent cicho się roześmiał - Kayden był taki uroczy, taki... kochany. Przy wszystkich zamieszaniach, które zostały stworzone w jego życiu, przy rozejściu relacji z Philipem, Kayden był lekarstwem, które wypełniało go czymś dobrym. Czymś... takim poczuciem, że ten człowiek patrzy na niego zupełnie inaczej mimo tego, że tak się uwijał, tak nęcił i kusił. Ogarnęła go taka myśl, że... że może jemu wcale nie zależało na tym, żeby się po prostu przespać. Taka szalona, irracjonalna myśl, której chyba nigdy wcześniej nie doświadczył. Bo w końcu sam wodził na to pokuszenie. Przyciągał do siebie i nie potrzebował do tego śpiewu syreny. Wystarczyło parę słów, nad którymi niektórzy potem się zastanawiali: czarujesz tak każdego, czy może tylko mnie..? A on nigdy dosłownie nie odpowiadał. Bo cóż miał powiedzieć? Nic nie było prawdą, nic nie było kłamstwem. Każdy człowiek był inny, każdy wymagał innego podejścia, ale kiedy mówisz: ach tak, wiesz, jesteś kolejnym... To nawet nie było sprawiedliwe. Tutaj nie było kolejności, każdy był indywidualistą. Przy osobie takiej jak Kayden pojęcie indywidualizmu wzrastało jednak do zupełnie nowego poziomu.

Potem zadał pytanie, które sprawiło, że Laurent otworzył trochę szerzej oczy ze zdziwienia. Tylko na moment, bo zaraz uśmiechnął się łagodnie, spoglądając z rozmiłowaniem na siedzącego przed nim człowieka, który wpatrywał się w niego tak, jakby był istotą z innej planety, przybyszem z kosmosu, albo... z głębin oceanu. Laurent zaś spoglądał na Kaydena ze wzruszeniem. Przetarł szybko gąbką nieśmiałe pytanie, które wylęgło się w jego głowie i zastąpił je pragnieniem. Pragnieniem, żeby zostać objętym przez te ramiona i oddać się przyjemności, która całkowicie przegoni każdą z myśli. Pochylił się w jego kierunku, żeby ucałować kraniec jego nosa, potem kącik ust, drugi, pod szczęką i szyję. Muśnięcia jego ust były bardzo lekkie. Równie lekkie były, kiedy połączyły się ich wargi. Wyciągnął do niego dłonie, żeby ująć jego piękną twarz, której srebrzyste oczy rozpływały się w nowości doznań, ale to był bardzo łagodny dotyk. Możesz uznać to za przyzwolenie.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 08.10.2023

Syreni czar przerwał melodię, ale on wciąż ją czuł w sobie, jak drganie szarpniętej delikatnie struny. Gdzie kończyło się pragnienie, a zaczynała żądza? Nie, o dziwo nie było w tym wściekle wrzącej krwi. Sam nie wiedział, dlaczego robi to tak subtelnie. Na nic nie czeka, niczego w zasadzie nie oczekuje. Nie płynie wpław ani nie zanurza się głęboko w wodę. Miał wrażenie, że po prostu dryfuje, a gdzie go poniesie, tam skończy. Zadurzył się w nim. Tak zwyczajnie, jak zwyczajne mogły być podszepty serca. I to serce decydowało o tym, że wcale mu się nie spieszy pod pościel, nieważne jak przyjemnie gorący potrafił być jedwab. Nie chciał się do tego wcale przyznawać, ale ignorowanie własnego rozsądku nie było w jego stylu. Co mu mówił rozsądek? Cóż... Przetarł zmęczone oblicze i rzekł - stało się. Już jest jedną nogą w wodzie. A przecież ostrzegał, kręcił głową i patrzył z politowaniem, jak srebrne oczy lśnią przy każdym spotkaniu. Bo to była słabość, tak rozkoszna, jak ten fantazyjny śpiew. Tak nowa, jak wizja koralowców i barwnych łusek. Tak lekkomyślna, jak lekkie były perły na dnie morza. I cudownie nęcąca. Piękna jak sen.

Zbudzenie z transu owocowało w najlepsze. Głupie pytanie, wiedzione chwilą beztroski... Nawet się zaczerwienił lekko ze wstydu, co było widoczne na jego bladej skórze. Kapryśna czerwień. Nie zawracał sobie głowy ukrywaniem tego, bo jeszcze bardziej by się pogrążył. Ah, ale nie musiał... I to jeszcze bardziej szarpnęło jego sercem. Nie musiał się wycofywać, obracać tego w żart ani się tłumaczyć i to chyba najbardziej zachęciło go do tego, by pozwolić się dalej kierować w stronę słodkiej melodii.

Te lekkie pocałunki wywołały uśmiech, a nawet i bezgłośny śmiech, jakby go łaskotały motyle. Każdy zostawił po sobie niewidzialną pamiątkę na jego skórze i chciał, żeby tam zostały na dłużej. Jak smugi farb na obrazie. Zbliżył się jeszcze bardziej, oddając pocałunek za pocałunkiem, jakby go próbował nimi wabić do siebie. On syrenę, nie ona jego. Uśmiechał się przy tym psotnie, aż oczy mu migotały jak płynne srebro. Później jednak uśmiech spłynął mu powoli z warg, kiedy dotarł nimi do szyi i zobaczył ślad. Te okropne sińce. Przez chwilę wstrzymał oddech i delikatnie odchylił kołnierz, niepewnie, bo nie wiedział, jaka będzie reakcja Laurenta. Chciał zobaczyć... ale nie z ciekawości. Nie tym razem. Kierowało nim coś całkowicie innego, czego nawet nie potrafił nazwać. Wyraz twarzy miał taki łagodny, że gdyby się teraz zobaczył w lustrze, zaprzeczyłby, że to on. Milczał, bo myśli na temat okoliczności zamachu przeplatały się w jego głowie jak warkocz. - Boli...? - Zapytał cicho, chcąc musnąć sińce opuszkami palców tak, że ledwo byłoby czuć jego dotyk, ale powstrzymał się od tego i spojrzał Laurentemu w oczy, próbując go wybadać.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Laurent Prewett - 08.10.2023

Kayden Delacour zmywał z niego wszystkie doświadczenia tego tygodnia. Wszystko, co złe, co sprawiało, że truchlał na swoich nogach, że nie miał sił iść dalej o własnych siłach. Bo w tym jego mizernym, malutkim życiu było o wiele więcej zła i przemocy, niż chciałby przed kimkolwiek przyznać. Niż chciałby przyznać przed samym sobą. Czuł się teraz szczęśliwy. Czuł się... tak, był szczęśliwy. W zupełnie inny sposób niż w momentach, kiedy zatapiało się w ramionach w czymś fałszywym, nieprawdziwym, co miało być tylko czarem jednej nocy, a potem rozejść się na boki bez smaku, w zapomnieniu. Spotkamy się za kilka dni, ciao bella. Wypatruj mnie o zmroku, bo pożegnasz mnie przed porankiem. Choć przecież tu też musiało być jakieś pożegnanie. Powrót do codzienności, w której pewnie będzie udawanie, że nic się nie wydarzyło, że nic się nie stało. Tylko ty, ja i ciemna noc za nami. Milusia wycieczka, na której do niczego sprośnego nie doszło, bo reputacja była tak ważna do utrzymania. Wszystko to, co teraz nie przemykało przez myśli Laurenta i na razie przemknąć nie miało. Świata teraz nie było. Był tylko zarumieniony Kayden Delacour.

Przesunął swoją dłoń na bark Kaydena, kiedy ten wyszedł mu na spotkanie i odpowiedział swoimi pocałunkami. Jak motyl. Tak, porównanie tego do czegoś tak delikatnego i niewinnego, obdarzonego takim podziwem milionów oczu, zasługiwało na określenie ust bruneta, które sunęły po jego skórze i sprawdzały się w swoim sprytnym, podstępnym czarze. Gdyby to była opowieść o królewnie i jej księciu to Laurent byłby tą królewną, która zasnęła snem wiecznym ze słodyczy tego, co ofiarował sobą Delacour. To było... zakochanie? Tak różne od tego wszystkiego, co dotychczas było doznane i poznane? Inne od tych miłostek, w jakie wpadał Laurent przy dopiero poznanych osobach, które kusiły smakiem. Kayden wabił czymś więcej. Czymś tak pożądanym i upragnionym przez serce Laurenta, że ten mógłby oszaleć na jego punkcie. Pocałunki się jednak zatrzymały.

- Boli. - Blondyn odsunął się o parę milimetrów i uśmiechnął smutno. Ta czułość, ta łagodność, rozlały się po nim i ukoiły to, co naprawdę bolało i rany gorsze niż te cielesne. Nigdy nie chciał uchodzić za słabowite popychadło, ale nie było sensu kłamać, że było inaczej. To bolało bardzo - i bolało nadal. - Mam do ciebie prośbę. Mam nadzieję, że niezbyt dużą. Pomógłbyś mi zmienić opatrunek? - Nie oderwał oczu od jego oczu, bo czuł, że chyba przekracza trochę... progi tej znajomości. Nie chciał też naruszać jego strefy komfortu, Laurent na ten przykład tragicznie znosił widok krwi wszelakiej. - Jak uporam się z bolącym gardłem, obiecuję w ramach rekompensaty, że więcej ci pośpiewam. - Uśmiechnął się wdzięcznie.




RE: [8.06.1972 Marsylia, Francja] Oh my God, you blow my mind - Kayden Delacour - 13.10.2023

Każda książka zaczynała się i kończyła, każda miała pierwszą i ostatnią kartkę papieru. Będąc w połowie, nie myślisz o tym, co wydarzy się pod koniec, bo przecież nie masz pojęcia, co autor zaplanował. O ile planował w ogóle, a nie pisał niespójne słowa bez ładu i składu, a zwroty akcji były bezsensowne. Tutaj było inaczej... Ich książki zaczynały się i kończyły, tworząc krótkie opowiadania, które połykało się jednym haustem i wciąż miało niedosyt. Oczywiście, że czekała ich ostatnia kartka! Czy to znaczy, że kolejnej pierwszej nie będzie? Kay miał nadzieję, że będzie ich jeszcze wiele, tych ostatnich i tych pierwszych. Liczył na to, na więcej takich opowiadań, jakby chciał zapełnić nimi całą gablotkę z pięknym grawerem na jasnym drewnie i złocistymi jak słońce literami, które tworzyły imię "Laurent". Codzienność, choć tak monotonna i zwykła, wzbogacana została o wspomnienia. Przebłyski tych zaczarowanych liter na pergaminie. Każda jedna wywoływała na jego ustach uśmiech. Każdą pragnął mieć wyrytą w pamięci, bo to było coś tak zupełnie innego, świeżego i przyjemnego... coś, dla czego warto było sięgać po kolejną część noweli.

Lecz tak jak Laurent, teraz o tym nie myślał. Jego myśli były zajęte nie gorzej niż jego usta. Chciał mu dać więcej tego ukojenia, którego potrzebował blondyn, więcej czułości i słów, więcej tego, co mógł mu dać, choć nigdy jeszcze nikomu nie dawał. Nie musiał... ale chciał. Przynajmniej póki nie było jeszcze widać ostatniej strony.

Oczy ześlizgnęły się znów na sińce, a im dłużej patrzył, tym większe miał wrażenie, że coś go ściska za gardło. - Oczywiście. - Zgodził się Kayden, nie widząc w tym ani nic dziwnego, a raczej było to dość... naturalne w jego oczach. Chciał pomóc. - Nie jestem ekspertem w opatrunkach, ale spróbuję... - Oznajmił z lekkim uśmiechem, po czym wstał ze stołka i wyciągnął rękę w stronę blondyna, by pomóc mu wstać. - Ah, z przyjemnością posłucham twojego śpiewu. Dosłownie zwala z nóg... albo raczej całkowicie usuwa grunt pod stopami. - Uśmiechnął się. Chwila tej oceanicznej fantazji pewnie na długo zostanie mu jeszcze w głowie. Nie uskarżał się, choć... ah, trochę go to niepokoiło. Nie lubił tracić kontroli nad tym, co dzieje się wokoło, nad tym, co widzi i słyszy... To było jak używka, która tym razem nie przeleciała mu bez śladu przez gardło, tylko zrobiła to, co zrobić miała. Odcięła go. Nie powiedział nic jednak, bo wciąż był zbyt oczarowany syrenim śpiewem. Na obecną chwilę chciał się jednak skupić na prośbie Laurenta i pomóc mu zmienić opatrunek.


Koniec sesji