![]() |
|
Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight (/showthread.php?tid=2648) |
RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 25.04.2024 - Obolała dupa. - Powiedział pół-żartem pół-serio, mrużąc oczy, kiedy palce Bletchleya zatopiły się w jego włosach. - Jestem zachłanny? - Zadał to pytanie niewinnym tonem, jakby naprawdę szukał na nie odpowiedzi, ta jednak przyszła do niego bardzo szybko. Tak, to była zachłanność. Jakby chciał najeść się nim na zapas, zanim znowu się rozstaną. - Ale niczego nie żałuję. - Bo to działało. Czuł się lepiej, czuł się tu dobrze. Wizja rychłego końca wciąż wisiała mu gdzieś z tyłu głowy, nie potrafił powiedzieć sobie wszystko będzie dobrze, ale teraz - tutaj, w tej chwili, był po prostu szczęśliwy. Byłoby miło gdyby jego szczęście potrafiło utrzymać się dłużej niż dobę. Powinien zacząć chodzić na randki z zegarkiem. Na pewno istniał jakiś czasowy limit. Wszechświat wydzielał mu powody do uśmiechu jak racje żywnościowe, z każdym rokiem coraz mocniej ucinając porcje. Wiedział, że nie. W odpowiedzi aż mu dreszcz przeszedł po plecach i wzdrygnął się, nie było szans, żeby zamaskował reakcję na takie słowa, na pewno nie w stanie, w jakim się znalazł. Zaczerwieniłby się, gdyby Bletchley nie spoglądał jak gdyby nigdy nic na jezioro. Wzburzona głowa zaczęła analizować to wszystko tak, żeby naciągnąć wyniki obserwacji na własną niekorzyść. To była tortura. Jedna z tych chwil, kiedy sam nakręcasz się do tego stopnia, że chce ci się zwymiotować. A ten mu jeszcze ględził coś o braku potrzeby przepraszania, przy okazji przecząc własnym słowom. Przytulenie go do siebie było dobrym pomysłem, ale nie zareagował na to dobrze od razu. - Nie przepraszam cię za to co czuję, tylko za to, że szczekam - odburknął. - Nie lubię tego gniewu, który we mnie siedzi. - To nie była do końca prawda... Może bardziej to była prawda, w jaką chciał wierzyć - że ta agresja była czymś całkowicie niechcianym, ale ona przecież często, tak jak teraz, stawała się jego tarczą. Miało to wysokie koszta - sporo nacięć na skórze, wielokrotne najebanie komuś, komu nie powinien, reputacja nie w smak chłopakowi, z którym chciałby iść do tego cholernego baru trzymając się za ręce - jednocześnie potrafiło dodać mu siły na powiedzenie rzeczy niemożliwych do wyduszenia w innych warunkach. Gdyby nie ten gniew, próbowałby to pewnie wyjąkać przez kilka minut, a później się poddał. - Kurwa, n-ie wstydzę się ciebie, tylko b-boję się reakcji innych. Przecież to jest właśnie wstyd. - Potarł palcami skórę swojej głowy, jakby chciał rozmasować migrenę. Następnie odgniótł opakowanie papierosów i wyciągnął sobie jednego, chcąc się jakoś uspokoić. Był wciąż napięty, zdenerwowany... ale nie nakręcił się tak, jak można się było tego po nim spodziewać - tyle razy go ktoś w ten sposób przeciągnął przez krawężnik, że musiała pojawić się w nim przynajmniej częściowa akceptacja własnej sytuacji. On sam nie mógł znieść własnego towarzystwa, więc czemu miałby oczekiwać, że ktoś się do niego publicznie przyzna? Powinien więc cieszyć się tym, co ma, póki to ma. Zanim mu ta smutna, szara rzeczywistość nie odbierze też tego. Widać było, jak powoli ulega temu dotykowi. Położył się na nim znowu, tym razem z fajką w ustach. Nawet to lekkie upokorzenie, jakim była ta rozmowa, nie sprawiło, aby nie pragnął przy nim być. Chciał go uszczęśliwić? Kusiło powiedzieć, żeby się w takim razie następnym razem zastanowił, zanim otworzy mordę, ale to mijało się z celem. On mu właśnie rysował kredą granicę, a pisk szorowania nią o tablicę doprowadzał Flynna do gorączki. - Wolę mieć wyrywek ciebie niż nic - mówił cicho, pomiędzy kolejnymi buchami papierosa. Dawał mu pozwolenie na coś, czego wcale nie chciał. - Łudziłem się, że jak wywiozę cię gdzieś dalej, to dasz temu szansę. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 27.04.2024 - Mmmh... - Wyciągnął jeden kącik ku górze, przechylił głowę, spoglądając z ukosa na Flynna. Zachłanność? Nieee, skądże. W ogóle nie pasowała do Flynna. W ogóle. Oprócz tego, że chciał mieć to wszystko i jednocześnie niekoniecznie wszystkim się dzielić. Uważał, że można tak żyć, że się da - dzieląc to życie na kilka kawałków, że wtedy uda się utrzymać to wszystko na jednym torze. Nie dało się. Cain sam wiedział, że jego możliwość odsuwania i ignorowania pewnych rzeczy nie będzie się przeciągała w wieczność. Nie z wyboru. Z napięcia. Będą dochodziły nowe malutkie elementy, wiadomości, podszepty, nowe obrazy, jeden do pięćdziesięciu i w końcu wylądujemy na setce. Starannie prowadził tę rachunkowość - nie chciałby się pogubić. Przecież mieli się z czego rozliczać - on i Flynn. Zakończyłby rozliczanie tam, gdzie miałby swoje błędy, które ich doprowadziły do tego punktu. A Flynn? On przecież miał wiele dróg przed sobą. Jeden Cain Bletchley niczego na tych drogach nie zmieniał. Poboczna ścieżka, która musiała czymś się wyróżniać, skoro na nią zaglądał. Był szczęśliwy, że tak było. Że mógł z nim spędzać czas, cieszyć się jego żartami, komplementami, uwagą i pomysłami, których miał od groma. Tak właśnie spędzał swoje wakacje - pierwsze od... dawna. To nie tak, że nie wybierał wolnego, o nie, nie! Wybierał. Po to, żeby zająć się sprawami Zakonu, rodziny, żeby mieć czas załatwić rzeczy, albo poleżeć w łóżku i przecierpieć dzień, który był wyjątkowo paskudny i pechowy. Miał więc odpowiedzieć na to pytanie: czy był zbyt zachłanny? Oj tak. - Dobrze. - Bardzo dobrze. Że niczego nie żałował. Nie powinien... a może powinien? Może powinien mu wytknąć błędy przeszłości, które popełnił na drodze, na której się zeszli. Może. Ale nie chciał tego robić. Tak, to był właśnie wstyd, to co powiedział on, co powiedział Flyn, to wszystko było wstydem. Fleamont był aż zbyt bystry, manipulacja słowem nie była raczej czymś, co do niego trafiało. A on chciał tylko... przedstawić to w nieco korzystniejszym świetle, żeby Flynn nie wkładał sobie do głowy tego, że to ON jest problemem. Mleko jednak zostało rozlane, a czarnowłosy był trudny do przekonania, gdy chodziło o sprawy związane z tym, żeby uwierzyć w siebie. Żeby myśleć o sobie dobrze. - Ale szczekasz dlatego, że czujesz. - Głaskał go, bo wiedział, że jeśli coś mogło pomóc to właśnie to. Z nim się nie siadało i nie omawiało problemów. A może powinien? Nie, nie chciał. Nie chciał sprawiać mu przykrości, tylko jednocześnie czuł, że trzeba mu pomóc radzić sobie z takimi sytuacjami i przemilczenie ich wcale nie było rozwiązaniem. - Złość jest jak alarm i system obronny przed krzywdą. Nie przeszkadza mi, możesz ją przy mnie wyrzucać, poradzę sobie z nią. - Chyba że był pijany, wtedy nie radził sobie ze swoimi własnymi emocjami, co dopiero cudzymi. - Lepiej porzucać kurwami niż siedzieć zjebanym i dusić się w sobie. - Flynn się dusił cały czas, chyba że krajobraz mu przykrywały te chwile szczęścia, które zbierał do notatniczka czy z czym on czasami potrafił chodzić. Tak, niektóre rzeczy należało przemilczeć. Granica musiała zostać jednak narysowana. To właśnie była ta wielka miłość? Ta obsesja, że mógłbyś zrobić dla kogoś WSZYSTKO..! I nagle z tego WSZYSTKO wyłaniały się rzeczy, których nie zrobisz. Wstyd. Wstyd miał różne formy i odnosił się do różnych rzeczy. Mógł odegrać miny ludzi wokół siebie i skazę na szkle, która rzuciłaby się na jego życie obrzydliwym cieniem. A Fleamont nie był obrzydliwy. Był niechlujny, trzeba było go motywować do brania kąpieli, chodził w wyzywających ubraniach... był sobą. Dlatego też to pragnienie Bletchleya o tym całym mieszkaniu razem... to wszystko było nierealne. Zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę - być zachłannym jednak..! Oj tak, można było. Przecież to do nich tak dobrze pasowało. - Daję temu o wiele więcej. - Niż dawał tam, w Londynie. Niż dawał kiedyś, nawet na Ścieżkach. Potrafił czasami się zapomnieć - aż za bardzo - jak przy tamtym cmentarzu - to było chore. Tak chore, że wiedział, że powinno go to jakoś ocucać, a tymczasem znajdował w tym przyjemność. Tylko właśnie - ukłucie strachu było realne. - Zmieniłeś się przez te lata. - To było chyba oczywiste, prawda? A jednak brzmiało zawsze inaczej, kiedy wypowiadały to różne osoby. I potrafiło mieć niemal nostalgiczny wydźwięk, kiedy wypowiadał je ktoś bliski. - Wydoroślałeś. - Przytulił go obiema rękoma, ale tak, żeby Flynn mógł swobodnie palić ile tylko chciał. Pamiętał aż za dobrze w jakie tantrum kiedyś wpadał Fleamont, jak odpuszczanie i rzucanie różnych haseł było o wiele mniej w jego gestii... - W chuj się cieszę, że mnie tu zabrałeś. Może jakbym umiał rzucić pracę i rodzinę, zamieszkał tutaj, z tobą, to problemy przestałyby istnieć. - Powiedział to w takim lekkim zastanowieniu, wyobrażając sobie taką alternatywną rzeczywistość. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 28.04.2024 Flynn wcale nie uważał, że powinni tutaj cokolwiek przemilczeć. Jeżeli czegoś nauczył się przez ostatnie dni, to smutnej prawdy o sobie - bycie cichym samotnikiem wcale nie oznaczało braku chęci mówienia o sobie - on po prostu nie potrafił, bał się, rezygnował w ostatniej chwili. Wmawiał sobie, że nie chciał. Ale to wcale nie znaczyło strachu przed byciem zauważonym. Wciąż pamiętał, jak to się w ogóle stało, aby tak szybko zaczęli ze sobą spać. Bletchley go pojmował. Na sposoby, jakich ktoś z jego ograniczoną percepcją nie mógł kompletnie zrozumieć. Jego małe szczęście. Patrzenie na kogoś i bycie świadomym, że on też cię widzi. Zanurzanie się w szarości jego oczu, żeby zobaczyć, dlaczego tak dobrze to robił i zorientowanie się, że jego uczucia zakrawały na obsesję. Tak łatwo było w tym utonąć. W nie byciu na chwilę. W zakochaniu się w kimś, kto faktycznie pamiętał to co do niego mówiłeś, pamiętał o tobie, o twoich nawykach i potrzebach. W kimś chcącym dotykać cię uspokajająco, żeby było ci przynajmniej o okruch bólu lżej. To wcale nie było skomplikowane, to było oczywiste, żeby się w nim zakochać - nawet kiedy mówił sobie, jak bardzo się od tego dystansował, wypominał sobie krzywdzenie go, pluł sobie w brodę kiedy tylko wracała do niego koncepcja zakończenia przez Caina swojego życia - okej, ale wciąż go wybrał. Nieważne ile razy powie sobie, że to Bletchley będzie bardziej cierpiał, kiedy to wszystko runie - okłamywał się. Dlaczego wszystko, co razem zbudowali, musiało być oparte na kłamstwach? Idiotyczne. Kompletnie idiotyczne. Miał ochotę krzyczeć, kiedy wreszcie pojął to, że problemem było to, jak dobrze się rozumieli. Gdyby się nie rozumieli, to pewnie któreś z nich już dawno pękłoby i nadałoby tej relacji inny bieg, ale oni się jak na złość samym sobie rozumieli. On nie chciał nigdy zostawiać Fontaine. Cain nie chciał być nikim więcej niż cieniem człowieka. Więc kłamali. Snuli sobie jakieś bzdury, marzyli o innym życiu, w którym mieliby odwagę... Zacisnął zęby. Otworzył je z trudem, rozchylił usta, bo chciał coś powiedzieć - przyznać się do najgorszego z najgorszych - tej chwili kiedy chciał uderzyć go w twarz i chociaż tego nie zrobił, nie potrafił sobie tego wybaczyć. Wielokrotnie pobito go tak, że ledwo wrócił do mieszkania, ale to i tak nigdy nie było porównywalne do chwil, kiedy uderzał cię ktoś, kogo kochałeś. Pierwszy raz brałeś za wyjątek, przypadek, złe ułożenie gwiazd. Przy szesnastym docierało do ciebie, jak naiwną była wiara w to, że jeżeli się do tego przyzwyczaisz, to będzie bolało mniej. Odwrócił twarz w jego kierunku, z tą otwartą buzią i poruszył wargami, ale wydobyło się z nich jedynie zająknięcie. - M-m-m-o-... - próbował coś z siebie wydusić, ale nie dał rady, złapał się dłonią za usta i milczał. Nawet nie poczuł kiedy zaczął płakać - po prostu łza stoczyła mu się po policzku i spłynęła na palec zakrywający górną wargę. Mogę spaść na samo dno, ale tobie nie pozwolę utonąć. Pewnie nie mógł tego powiedzieć, bo to też było kłamstwo. Tak jak to, że wydoroślał. Z nikogo stał się niczym. Ba, on nie tylko nie ruszył do przodu, on się cofnął w rozwoju. Wrócił do etapu, kiedy nikt z rodziny go nie lubił, ale wszyscy lubili Alexandra, więc szeptał mu na ucho rzeczy, żeby powtarzał to po nim głośniej. Po kilku długich sekundach chciał odezwać się jeszcze raz, znów bez skutku. Widać po nim było, jak ze sobą walczy, jak nie wybiera ciszy sam z siebie - on chciał mówić, przekazać coś. Porozmawiać, bo nie chciał go stracić. Wciąż pragnął iść do tego cholernego baru, zamiast leżeć tu i się użalać nad sobą i nad tym, że w chwili kiedy ktoś zapyta go o to, co łączy go z Cainem Bletchleyem, prawidłową odpowiedzią miało być wydyszane wbrew sobie „nic takiego”. Nic takiego. Nic takiego, ale kiedy go do siebie przytulał, kiedy przeczesywał palcami jego włosy, kiedy mówił mu, jak się cieszy z kolejnego durnego pomysłu, na jaki wpadł... Flynn dał sobie to przyzwolenie, żeby oddać się własnym emocjom i zamilknąć. Oprzeć głowę o umięśnione ciało, przymknąć załzawione oczy i wypalić tego papierosa do końca. Gdyby potrafił zostawić pracę i rodzinę. Wiedział od dawna, że to niemożliwe. Mógłby się o to oburzyć kolejny raz, ale zamiast tego oburzył się przez własną myśl - nie był w kategorii rodzina. I nie będzie. Żony zaliczało się do kategorii rodzina. Kochanków... no nie. Zalała go kolejna fala bezgranicznej zazdrości kiedy tylko wyobraził sobie Bletchleya idącego za rękę z dziewczyną mającą więcej szczęścia na loterii genetycznej niż on. Mimowolnie zacisnął palce wolnej ręki na jego skórze. - Z-zatańcz ze mną kiedyś chociaż raz - powiedział wreszcie, kiedy jego oddech się trochę uspokoił. - Proszę? Chociaż spróbuj poczuć jak to jest. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 05.05.2024 Nigdy nie szukał w sobie odwagi i nie potrzebował jej odnajdywać. Niektóre rzeczy należało zrobić - mogło ci się to nie podobać, a mogłeś się cieszyć jak merdający ogonem pies, ale nie zmieniała się konieczność wykonywania konkretnych kroków. Oczywistym było to, że kiedy ktoś potrzebował pomocy - szedłeś do niego i mu jej udzielałeś. Mrok, gnój i ludzka parszywość mogły napierdalać drzwiami i oknami - nie ma to znaczenia. Stres i strach były naturalnymi ludzkimi czynnikami na zagrożenie, ale żeby je pokonać nie potrzebował sięgać po heroiczne hasła w poszukiwaniu odwagi. Bał się, jak każdy człowiek. Stresował - jak każdy. Był niepewny, bo nie ma ludzi nieomylnych. Mimo to kroki były wykonywane. W innych punktach - nie miały zostać wykonane nigdy. Ten idealny świat, w którym nikt nikogo by nie oceniał, nie szukał brudów na siebie wzajem, gdzie słońce wstawałoby nad ślicznym mieszkankiem, jakie miałby z Flynnem w Londynie, chodziliby za rękę i mogli cieszyć swoim towarzystwem, bo nikt nie oceniałby dlaczego auror prowadza się z kimś z cyrku, którego sam wygląd opisywał dziwkę w najlepszym wypadku, a w tym gorszym - zabijakę z Nokturnu. Oceny. Brak zrozumienia. Brak akceptacji. Świat w tym tonął, a Cain punktował każdą z kropel basenu, w którym możliwość utopienia się była tak olbrzymia. To, że Flynn nie zamierzał pozwolić mu utonąć też było kłamstwem. Cain już był topielcem. - Oddychaj. Powoli. - Pogładził go po plecach, kiedy płynęły łzy i kiedy wypowiedzenie jednego zdania było takie trudne. Co się robiło w takich chwilach? Okazuje się, że nikt nie wiedział. Nie było dobrych odpowiedzi, nie było idealnych rozwiązań. Były tylko domysły, przypuszczenia, a w gruncie rzeczy pustka w głowie, no bo co tu robić ze łzami? Gorzej było tylko wtedy, kiedy płakała kobieta, ale Flynn zachowywał się jak niewiasta w tak wielu aspektach, że Cain automatycznie myślał o jego niektórych zachowaniach w tych kategoriach. Niczego to nie zmieniało - ciało wydawało się być tylko nośnikiem, a jednak nie do końca tak to grało. Bo on do dzisiaj nie potrafił zrozumieć mechanizmu, który zawładnął jego umysłem, kiedy spotkał Flynna po raz pierwszy. Więc Cain teraz oddychał razem z nim. No mów. Uspokój się i mów, ale słowa "spokojnie" nie użył ze względu na zapalnik, jakim zdawało się być wobec Edga. Nie użył też żadnego innego słowa, bo czy było jakieś dobre wobec tego, co mu powiedział? Zdawał sobie aż za dobrze sprawę, jakie to było okrutne z jego strony, bo prawda była tutaj okrutna. Ta, która nie była wypowiadana i wygodnie ją omijali. Pomijali w robionych rachunkach między sobą. Obie strony zdawały sobie sprawę z tego, że on wie. Skoro wiedział, to nie muszę powtarzać, prawda? Świat był nie raz i nie dwa prostszym miejscem do trwania niżby się to wydawało. - Dobrze. - Nie odpowiedział od razu, bo nie chciał go okłamywać, bo musiał się zastanowić, bo... bo było tak wiele powodów, żeby wyobrazić sobie, jak miałby wyglądać taniec z Flynnem. - Tylko nie jestem mistrzem dancingu. - Uśmiechnął się lekko i przejechał palcami po policzkach czarnowłosego. Zebrał z nich te mokre ślady, którymi poznaczona była skóra. Słoną wodę, która pozlepiała jego rzęsy. - To chciałeś mi powiedzieć? - O to zapytać? Bo poprzednia próba zaczynała się od "m". Ale może zmienił formę zdania, kiedy się już uspokoił? - Widziałem kiedyś misie w zoo, które podobnie trzymały się siebie jak ty mnie teraz. - Zażartował, kiedy poczuł, jak Flynn zaciska swoje palce na nim. Jego granica komfortu była bardzo mocno nadwyrężana - ale nie samą obecnością Flynna, a tym, że generowało ono o wiele za dużo ciepła i potrzeba wykąpania się rosła diametralnie. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 06.05.2024 Oddychał powoli. Pomagały mu w tym głównie papierosy, bo ten kojący głos oprócz rozpalania jego serca przypominał mu też, jakim potrafił być bezczelnym gnojkiem. Oto recepta na życiowe problemy Flynna Bella: porzuć kogoś na kilka lat i wmawiaj sobie, że jego życie jest teraz sto razy lepsze, bo nie chciałeś rujnować mu tego, co sobie zbudował. Następnie, kiedy do ciebie wróci, spróbuj w dwa tygodnie obrócić to co sobie zbudował do góry nogami, bo to, co oferował ci wcześniej, przestawało ci wystarczać. To było wygodne kiedy wisiał nad nim ciężki bat, nie kiedy mógłby eksplorować to głębiej. Ale wiedział też i docierało to do niego ze zdwojoną siłą, bo Bletchley dał mu na to czas - on był po prostu niewdzięczny. Miał przy sobie człowieka, który na przekór własnym przyzwyczajeniom, uczył się go na pamięć i próbował uczynić go szczęśliwym w granicach tego jak funkcjonował. Nikt nigdy, nawet Alexander, którego wynosił na piedestał, nie zauważał jego potrzeb tak szybko. Wystarczyło odburknąć coś przy nim raz, a on otulał go jak pierzyna. Dwa pieprzone tygodnie. A on jak zawsze nie zauważył nawet tego, w jakim tempie mijał czas. Czasami wydawało mu się, że wyczekuje czegoś miesiącami, a minęło zaledwie kilka dni. Czasami wciągał się w coś tak bardzo, że nagle robiło się zimno, a on nie rozumiał dlaczego, bo nie zarejestrował momentu, w którym przyszła jesień. Zauważył to w sobie dopiero po powrocie do Fantasmagorii, gdzie nagle musiał sam zarządzać własnym kalendarzem i poległ w tym zupełnie. Teraz... Znowu z tym wszystkim nabroił. Nie powinien z nim wtedy flirtować. Nie powinien przynosić mu kart do gry i czekoladek. Nie powinien go tutaj zapraszać. Każdy by mu to powiedział - nie powinieneś, ale on wszędzie, w każdym tym zdaniu widział tak, tak, tak i tak, jeżeli tylko nagrodą miało być proste w chuj się cieszę. Uśmiechnął się, kiedy Bletchley się zgodził. Szczególnie że się tego zwyczajnie nie spodziewał. Zbliżył się jeszcze bardziej na przekór gnębiącemu go gorącu, ale tylko po to, żeby pocałować go w policzek. - Jesteś kochany. Pod żadnym warunkiem nie myśl, że chcę, żebyś koniecznie zrobił to dzisiaj - powiedział i odsunął się już trochę, ale nie całkowicie. - Mistrzem dancingu mogę być ja. - Spróbował się zaśmiać, z tego niedźwiedzia też, ale widać po nim było, że dopiero odzyskiwał nastrój do robienia sobie żartów. Zamiast ciągnąć ich temat, albo rzucić zaczepnym już chyba złapałeś, że umiem ładnie kręcić biodrami, wciąż go dotykał. Sunął palcami od miejsca, na którym przed chwilą go ściskał, do innych śladów własnej obecności i łatwo było po nim odczytać, że się tym chełpi. Tego typu zadrapania i siniaki mógł oglądać na nim codziennie, bez choćby cienia wstydu. Coś mogło przypominać mu o nim w pracy, nawet jeżeli to tylko zadrapanie na plecach. Gdyby nie oczywista granica munduru, pewnie zasypałby mu szyję malinkami, ale jako człowiek wykorzystujący takie detale do atakowania innych, nie potrafił wyobrazić sobie absolutnie nikogo, kto potraktowałby poważnie policjanta, który dał swojej dziewczynie zrobić coś takiego ze swoją szyją. I od tej bliskości i od tych myśli, za gorąco było już nawet jemu. - Eh... kurwa - stęknął, kiedy po odklejeniu się od niego poczuł wreszcie, jak cholernie był spocony. Lubił lato i jednocześnie nienawidził lata. Wyłożył się na tym kocu niby obok, ale jednak z kilkoma centymetrami przerwy pomiędzy ich ciałami. Kilkoma centymetrami w absurdalny sposób przeciętymi jego ręką, wysuniętą tylko po to, żeby trzema palcami wciąż dotykać mu biodro. W tej pozycji cmoknął ustami, co sugerowało, że chciał coś jednak powiedzieć mimo zignorowania zadanego mu pytania. - Pewnie stracę w twoich oczach w tym jak wydoroślałem, ale prawda o mnie jest taka, że chociaż lubię tłum ludzi, bo łatwo jest się w nich schować, to lubię też takie sceny jak z najchujowszych, tanich filmów, gdzie wchodzisz na dyskotekę w remizie, wszyscy się bujają, a wśród tych wszystkich roześmianych twarzy i tych cygańskich dzieciaków, co zawsze tańczą w ciemnych okularach, jest ta jedna osoba, która nikogo nie zauważa, ale wszyscy patrzą na nią. Nikt nie ma śmiałości znaleźć się obok, oprócz tego jednego gościa, co se stał na uboczu i nie tańczył z nikim. I nagle ten dziwak, odludek podpierający ścianę, jest tym, dla kogo to nie jest oczywiste, że nie powinien się do niej zbliżać, więc to robi. I po chwili wszyscy wiedzą, że to on dzisiaj wróci z nią do domu. - Mówił powoli, trochę cicho, przy okazji niedbale dogaszając kiepa o ziemię obok swojej głowy, a następnie wydał z siebie krótkie „mhm” i wywrócił oczyma. - Nie... nie to chciałem powiedzieć - przyznał. Ale też nie przyznał się otwarcie do tego, co chciał mu wtedy przekazać. - Czujesz muzykę, skarbie? - Albo słyszysz może dźwięk lodówki, kiedy wcale jej nie słychać? - Ale nie pytam o to, czy ją słyszysz, czy umiesz wyłapać jej rytm. Pytam o to, czy ją czujesz. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 07.05.2024 Czy był kochany? Starał się być. Starał się układać sobie wszystkie te słowa i akcje, żeby mieli swój mały zakątek szczęścia bez konieczności zaglądania za siebie ani spoglądania zbyt intensywnie w przód. Nie musimy widzieć, że przed nami jeszcze tyle kilometrów do przejścia, że jesteśmy znużeni, zmęczeni, podeszwy już zdarte i nawet nogi zdzierają się do krwi. Cain nie potrafiłby inaczej, ale zamknięcie się w bańce z Flynnem dawało mu poczucie życia. Trawa była zieleńsza, powietrze miłe i uśmiech sam poszerzał się na ustach, a we wnętrzu panowało coś takiego... miłego. Tak nazywali miłość. Więc skoro Fleamont, mimo tego, co mu przed momentem powiedział, uważał go za kochanego to on sam widział w tym potencjał. I przede wszystkim potwierdzało to jego wrażenie, że Flynn naprawdę zmądrzał przez te wszystkie lata. Zamienił się z dzieciaka krzyczącego o mleko i ululanie do snu w mężczyznę, który... którego zmęczyło życie. Więc się poddawał. Już taka ilość złości nie miała sensu, już odpuszczał, już rozumiał, już to wszystko układało się w inną opowieść jego życia. Nie mogli tego doświadczać razem, więc dzielili się teraz - po latach rozłąki. Nawet jeśli Bletchley nie chciał tworzyć nieprzyjemnych sytuacji i wychylać się z bezpiecznego balonika to wahanie się przed stawianiem realiów nie mogło leżeć w zasięgu jego rąk. To, co było między nimi, musiało mieć swoje granice. Jasno wyrysowane granice. Największym jego bólem tej znajomości nie było wcale to, że Flynn go zostawił. Mógłby go zostawić i kolejny raz - dopóki miałby pewność, że jest szczęśliwy to byłby wdzięczny temu światu, że w ogóle pozwolił mu go poznać. I Flynnowi, że poświęcił mu tyle uwagi i przyniósł do jego życia tyle dobrych emocji. Jego największym bólem było to, że po tych latach jedną z pierwszych rzeczy było usłyszenie o tym, że Fleamont mu nie ufał. Wszystkie słowa, jakie się wtedy potoczyły, zabolały tak mocno, że wbiły się pod skórę i już tam zostały. Rana zarosła, ból pozostał. - Dobrze, całe szczęście, poduczę się nowych tricków. - Bletchley nie był taneczną bestią, tak jak nie był imprezową bestią, tak jak nie był towarzyską bestią... wymieniać dalej? Nie znaczyło to, że unikał imprez, że nie chciał wychodzić ze znajomymi czy że odmawiał tańców. To było miłe - doświadczanie tego wszystkiego. Miłe, bo wszyscy wokół byli radośni, bo wszystko wokół ciebie żyło, mieniło się kolorami i błyszczało. Ludzie byli inni, kiedy mogli pozwolić sobie na chwile beztroski i lubił ich takimi oglądać. Sam wtedy czuł się niemal tak - beztrosko. Jak beztroska była ta chwila. Cain z zainteresowaniem spojrzał na dłoń Flynna, która badała ślady na skórze jakby chciał sobie przypomnieć wszystko, co z nim zrobił teraz, trzy godziny temu i jeszcze więcej godzin wcześniej. Uniósł się do pozycji siedzącej, gdy już nawet Flynn się odsunął i pomachał dłonią przed twarzą z ciężkim oddechem. Od tego ciepła. Od zmęczenia. Nie wiedział, czy bardziej chciało mu się spać i ignorować pot na plecach, czy bardziej miał ochotę iść się wykąpać, a potem... potem położyć się obok, na trawie, bo dyskomfort przepoconego koca zeżarłby go żywcem. - Romantyzm nie ma niczego wspólnego z dojrzałością. - Z ciekawością przyglądał się Edgowi, kiedy ten opowiadał ten wydumany obrazek. Czy go czuł? Chyba nie? A jednocześnie potrafił sobie to wyobrazić i wiedział, co mężczyzna miał na myśli. Zawsze była ta jedna, niezdobyta kobieta, której wszyscy chcieli, ale nikt nie miał odwagi wyciągnąć dłoni. A kiedy wyciągał to się sparzał. Pozwoli ci się nazwać kochanie, a potem cię zniszczy. Ty jej jeszcze podziękujesz. - Czemu nagle o tym myślisz? - Cain nie potrafił siebie samego w takiej wizji odnaleźć. To znaczy potrafił - jako obserwatora z boku. Niektórzy mieli charyzmatyczną osobowość - mamiąco wręcz przyciągającą. Onieśmielali - rzeczywiście, dokładnie tak, jak Flynn to ujął. Bletchley nigdy nie czuł się ofiarą takich ludzi. Wystarczyło, że był ofiarą Fleamonta Bella. - Hmmm... - Czy czuję muzykę? Spojrzał ku niebu, w zastanowieniu przesuwając palcem po rzemieniu, który zawsze nosił na szyi, a na jego krańcu kryształ - jego wahadełko, chociaż niekoniecznie wiele osób zdawało sobie z tego sprawę. - Nie. - Odpowiedział po przekalkulowaniu pytania. - Lubię oglądać, słuchać i czytać te wszystkie artystyczne pierdoły, bo są ładne. - Tyle. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 12.05.2024 A co jeżeli nie chciał poduczać go nowych trików? Co jeżeli chciał go mieć takim tylko dla siebie? Coraz częściej nachodziło go to, żeby mu to powiedzieć, ale bał się - nie samej w sobie prawdy, tylko tego, jak łatwo było mu akurat z nim przewyższyć wpływem pierwotną intencję. Powinien się zdrzemnąć - przespać się i zapomnieć o całym tym nonsensie - ale musiałby to zrobić gdzieś daleko od niego, gdzieś gdzie każda komórka jego ciała nie krzyczała, że Bletchley bawiący się teraz jego włosami rozwiązałby wszystkie jego życiowe problemy. To takie proste! Nic tak dobrze nie wypełniało pustki w sercu tego głupka jak spojrzenie kogoś, kto go widział i przynajmniej próbował zrozumieć. Czy na pewno myślał o tym nagle? Jemu wydawało się, że ta scena była czymś głęboko zapisanym w jego ekscentrycznej i chaotycznej naturze. - Generalnie lubię takie historie - przyznał otwarcie, dobrze wiedząc, że średnio pasowało to do wizerunku, jaki sobie kreował. - Opowieści o ludziach, którzy w miejscu, do którego w ogóle nie pasowali, którego być może nie lubili albo czuli się w nim obco - bo widział w tym coś większego niż piękną, pożądaną osobę tańczącą z lokalnym brzydalem - nagle spotykają kogoś, kto odmienia ich życie. - Przekręcił się na brzuch, poprawiając krzywo nałożoną bieliznę. - I budują tam sobie taki swój mały świat - dodał, przeciągając się przy tym. Na przekór wszystkiemu, ze środkowym palcem skierowanym do kamery, przeżuwając i wypluwając wszelkie konwenanse. Oczywiście, że musiał lubić takie historie. Wszyscy ludzie permanentnie nieszczęśliwi lubili takie historie - wyobrażali sobie swoje potencjalne losy ze wszystkimi szczegółami i to jedynie trzymało ich przy nadziei, że mieli jeszcze po co żyć. Bo niby nie miał już szans na szczęście, ale... za rogiem, gdzieś w ciemności, może jednak czyhało na niego coś, czego nie będzie musiał w nieskończoność rozpamiętywać. Coś, ha! Nie, to zawsze był ktoś. Ktoś, komu nie będzie musiał łamać serca, ani on nie złamie serca jemu. Ileż on razy spróbował czegoś podobnego w jakimś The Loft i zawiódł się kompletnie. Był na tyle ładny, żeby postawić się w sytuacji osoby adorowanej i na tyle zaczepny, żeby kogoś adorować. Los dał mu tutaj nawet taryfę ulgową - najpiękniejsi z najpiękniejszych, bogaci i uwielbiani - jakim komplementem miałeś ich niby poderwać? Już dawno rozgryzł to, że usłyszeli już absolutnie wszystko, oprócz „podobasz mi się... i co z tym zrobisz”, nikt przecież nie miał odwagi rzucić im wyzwania. Postawić ich w sytuacji, w której to oni musieli o kogoś zabiegać. Odnalazł w sobie nawet iskrę zarozumiałości mówiącą, że niewiele kobiet było dla niego kompletnie nie do oczarowania - i co z tego - żadna z nich nigdy nie była tą jedyną, a ta uważana przez niego za tą jedyną okazała się mieć zapędy do mordowania ludzi. Jak dobrze, że wciąż można było chodzić do klubów, żeby posłuchać muzyki. - Ja ją czuję - powiedział, po krótkiej ciszy. Nie nawiązywał wcale do tej historii sprzed chwili, do rozmów o tańcu i chęci zabrania go gdzieś, gdzie przekroczy własne granice. On wracał do tego, czego nie potrafił wydusić z siebie wcześniej. - Chyba nie w takim sensie, w jakim to zrozumiałeś. - Podniósł się do góry na łokciach, rozciągając odrętwiałe plecy. Wiedział, że to absurdalne, ale wiedział też, że Cain zauważał detale. Wieczne stukanie palcami o blat. Poruszanie biodrami do chuj wie czego, kiedy szedł do przodu w przestrzeni pozbawionej gapiów. - Czuję ją cały czas, jakby wszystko wokół mnie miało jakiś rytm, swoją melodię. I cholernie źle reaguję na to kiedy to się zmienia. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 13.05.2024 Słyszał różne opowieści o ludziach przeżywających wielkie przygody i niektórych nawet widział i poznał osobiście. Brenna Longbottom i jej brat. Heather Wood, której płomienie potrafiły rozpalać nie tylko widownię quidditcha. Victoria Lestrange, która weszła do Limbo i z niego wróciła wraz z paroma innymi intrygującymi osobistościami. Wszyscy ci ludzie mieli swoje opowieści, jakie pletli i układali w splatające się ze sobą historie, nawet jeśli oddziaływali na siebie niebezpośrednio. Fleamont też miał historię. Bogatą, choć smutną. Tragiczną, która zostawiła historię na jego rękach. Gdyby tylko dotykiem dało się ściągnąć te blizny to zrobiłby to dla niego - zrobiłby, gdyby tylko chciał. Niektórzy chcieli mieć te blizny na widoku, żeby zobaczyć, że przetrwali. Lękajcie się tych, którzy przeżyli. Nie wiadomo, co zrobili, żeby przetrwać. Zrozumienie Fleamonta było trudne, ale nawet nie dlatego, że on sam był skomplikowany (był, cholernie był, przez chaos swojego jestestwa, jakim emanował) a dlatego, że Cain walczył ze swoimi własnymi myślami oplatającymi się wokół tego człowieka. Szukał, ciągle zadawał sobie pytania, ciągle się zastanawiał, czy to to, gdzie będzie lepiej, co będzie lepiej. Flynn mógł chcieć, żeby wszystko zostało, jak jest, ale zmiany były częścią tego świata. Bletchley był bardzo statycznym elementem - człowiekiem, który był tak stonowany, że zmiany jego charakteru nawet dla bliskich były niemal niezauważalne. Nawet on się zmieniał. Wszystko się zmieniało. Szczególnie, kiedy zmienić się chcesz. - Przeżyłeś taką? - Chyba tak. Przecież wydostał się ze Ścieżek i okazało się, że mieszkał w cyrku, tam miał nagle siostry i braci, a jedną taką, która piekła nader wybitne ciasto. Prawie jak Nora, ale ciast od Nory nie odważył się jeść - żartobliwie powiedziałby, że odważyłaby się zatruć któreś z jego ciastek. To było jedno z tych pytań, które zważył w swojej głowie nie będąc pewnym, czy chce zadawać to pytanie. Czy jest gotowy na odpowiedź. Bo skoro już pytał to mógł usłyszeć o kimś, o kim słuchać nie chciał. Nie chciał też jednak usłyszeć o sobie samym, nawet w ramach jednego z tych flirciarskich żartów, bo wiedział, że jedną z takich osób nie był. Nie czuł się nią. Mógł o tym myśleć romantycznie, ale świadomość swojego uzależnienia emocjonalnego od tego człowieka bardzo łatwo obdzierała początki ich znajomości z jakiegokolwiek romantyzmu. Pokiwał głową, patrząc na niego z uwagą, kiedy mówił o tym wyczuwaniu melodii. Chyba rozumiał, chyba widział, chyba miał z tym do czynienia w głowach innych. Wszystko to chyba. Uczucia, kiedy się o nich mówiło, potrafiły mieć tak wiele barw, że dla Flynna byłyby nieskończenie szarą ścieżką. Mówienie o nich było jeszcze trudniejsze. - Kiedy to się zmienia? - Dopytał więc, bo to brzmiało jak bardzo istotna informacja do wykorzystania w przyszłości. - Czy w takim wypadku powinienem zacząć coś nucić? - Uniósł lekko kąciki ust ku górze. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 13.05.2024 Znalezienie w sobie siły na szczerą odpowiedź okazało się być ciężkie. Bo była prosta - brzmiała „nie”, nigdy mu się to nie udało, ale ta prostota zawierała ten jeden, maleńki mankament - to że z Cainem też mu się to nigdy nie udało. Mógłby wymieniać i wymieniać osoby, które oczarował lub które oczarowały jego. Miał ich na chwilę lub na dłużej. Mężczyzn, kobiety, tych którzy nie lubili się określać. Szeregi przeróżnych spotkań, uczuć. Każda z tych relacji miała inny charakter. Ale to nigdy nie było to, nikt nie chciał budować sobie z nim życia. To on dobudowywał się do czyjegoś życia. - Nie. - Ale czy Cain nie odbierze tego tak, jakby to wszystko co pomiędzy nimi było nic nie znaczyło? A przecież znaczyło - zakochał się w nim wtedy i zakochiwał ponownie, po prostu... Pewne marzenia są zbyt wyidealizowane, nieosiągalne, prawda? Wszyscy tak mieli? Cały czas tęsknili za czymś leżącym daleko poza zasięgiem ich rąk. Gdyby tylko dać temu czas i mniej gróźb karalnych, kiedy Cain tak bardzo cenił sobie spokój... - Na końcu zawsze wszystko szlag trafił. - Wciąż nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, w której przez niego życie, jakie Bletchley posiadał, było rujnowanie przez kogoś takiego jak Fontaine. Niby po ich rozmowie tam w Little Hangleton zrozumiał, że to go zraniło, ale wciąż - to było tak daleko poza zasięgiem jego wyobrażeń. - Albo ja nie dałem rady. - Albo oba. Gdyby świat był odrobinę łaskawszy, co by teraz mieli? Wspólne mieszkanie, czy wspólny nagrobek? I jeżeli oboje by żyli - czy w tym mieszkaniu panowałoby szczęście? Nieświadomie zaczął przygryzać paznokcie. Cokolwiek co zaprzątało mu teraz głowę, zdołało go zdenerwować. Rozstroić. - Będziesz mi śpiewał, żeby mnie uspokoić? - Pewnie by zachichotał, gdyby nie to, że po przypomnieniu sobie jak wygląda kiedy obgryza paznokcie, nie zajął się rumieńcem i nie skupił na opuszczeniu rąk w dół. Naciągnąłby sobie teraz rękawy na palce, ale ich nie miał. Niezręczność spróbował zabić odwróceniem się na plecy. - To jest tak... wiesz, jak muzycy improwizują? - Na pewno wiedział. Tylko tacy grywali ostatnio w barach. - To jest... jakbym grał z kimś jakąś melodię, wczuwał się w nią, a ten ktoś nagle wplatał pomiędzy kilka krzywych nut. Ja płynę już w jakimś rytmie, nie spodziewam się czegoś, ale to przychodzi, więc muszę się zatrzymać i złapać go znowu, tylko nikt nie daje mi na to czasu. - Nienawidził mówić w ten sposób. Jakby to wszystko miało jakieś większe znaczenie. - Wkurwia mnie to strasznie. - Zarówno ta muzyka, jak i to, że nikomu tego wcześniej nie powiedział. - Ten niepotrzebnie poetycki opis też. - Nie mógł darować sobie zaznaczenia tego. Głośno. Jakby chciał podkreślić to w zeszycie podwójną linią. - Bo płynie z tego tylko taki wniosek z dupy, że chciałem wtedy powiedzieć, że... ah kurwa, że zrobiłem przez coś tak głupiego wiele rzeczy, których żałuję i... - Zamilkł na moment, chcąc odplątać sobie język. - Zawsze wolałem męczyć się z tym sam, niż wiedzieć, że ktoś przez to cierpi. - I strasznie wystraszył się, że Bletchley zacznie na to naciskać, albo zada najgorsze pytanie na świecie - dlaczego - a on mu to powie i już nigdy nie będzie mógł żyć w świecie, w którym dźwigał to na swoich plecach jak krzyż. Rzucił więc propozycją, bo przecież on zawsze chciał się zaraz po umyć. - Chcesz się już powoli zbierać? - To nie była ucieczka tylko... tak mu się powiedziało. - Ja bym wypił jeszcze jedną kawę. Normalnie wstaję tak ze sześć godzin później. RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 13.05.2024 Widział błąd w swoim własnym matrixie. Nie chciał odpowiedzi twierdzącej, bo obawiał się, że opowieść pójdzie dalej, że nie będzie miał okazji zadać pytania a z kim? Pytania, którego by, rzecz jasna, nie zadał. Nie chciał wiedzieć, zapamiętać tego imienia i nazwiska, które potem będzie kręcić mu się w głowie. Będzie jak to buczenie lodówki w uszach Flynna, które wcale nie było lodówką. Więc nie byłoby pytania, z kim ani potrzeby opowieści "i co było dalej?" W jego założeniu brakowało ważnego elementu - nie zakładał, że ta słodka chwila przedstawiona przez Fleamonta ma swój happy end. Spotkania takie jak te brzmiały na jednorazowe uniesienia - dokładnie to, co pasowała do Flynna. Tak, z takimi go kojarzył. Nietrwałymi rzeczami, które przelewały się przez jego palce, kiedy coś się zmieniało w jego życiu. Nigdy nie powiedziałby, że to znudzenie. To zawsze były wyższe elementy nakładające się na siebie, które odpychały gdzieś z dala od stabilności. Inni nie chcieli budować z nim życia, albo to on nie był w stanie zaryzykować? To on chciał budować życie z nimi, a inni nie? Czy to inni chcieli to życie budować, a Fleamont bał się dać 100% siebie samego? Nic nie było zero jedynkowe, bo mimo to, jak szalał za czarnowłosym nie rzuciłby całkowicie swojego życia dla niego. Heh... tragedia tego polegała na tym, że był bardziej skory do zakończenia go niż wywrócenia do góry nogami. Pułapka zamknęła się nad jego głową, kiedy usłyszał "nie". Wraz z tym "nie" poczuł rozczarowanie. No bo... jak to... nie? Nie było nikogo takiego? Żadnego zjawiska nadprzyrodzonego, które by go ujęło swoim czarem i które by spoglądało tylko na niego? Nie spodobała mu się ta odpowiedź bardziej niż potwierdzenie, które spodziewał się uzyskać. - Nie śpiewam za dobrze. - Uśmiechnął się pod nosem. Pytałby o to dalej - o tę fantazję - bo jego myśli wykiełkowały w całe połacie polnych kwiatów na zielonym tle trawy, ale pojawił się temat znacznie bardziej zajmujący - bo angażujący Flynna fizycznie. Kiedy Flynn się angażował fizycznie oznaczało to, że w jego głowie zaczyna grzmieć, kotłować się, że dzieje się coś wstępnie niedobrego. - To nic złego zatrzymać się, żeby złapać rytm. - Och nie, nie, jejku jejku, jego maleństwu było źle! Ojojojo, Cain aż inaczej usiadł, żeby być bliżej Flynna, ale ten leżał, więc może powinien się położyć? Może najlepiej na nim, żeby być dla niego takim spoconym kocykiem? Chyba sam by go zabił, gdyby mu zrobił coś takiego, ale Flynn chyba mógł spać w koszu pełnym śmieci i jakoś by sobie z tym poradził. - Lubię twoje poetyckie opisy. - Czy to coś zmieniało - nie wiedział. Ale chciał, żeby Fleamont wiedział, że jeśli jego to denerwowało to w porządku, ale Cainowi nie przeszkadzało o tym słuchać, a nawet lubił, kiedy Flynn starał mu się coś opisać. Często tego zupełnie nie rozumiał, tak jak teraz, ale naprawdę się starał nadążyć i poukładać te puzzle, które dostawał w ręce. Przysunął się, złapał Flynna jak takiego rozlanego na podłodze kota i wciągnął go sobie na nogi, opatulając ramionami. Mogło to być całkowicie niewygodne i prawdopodobnie takie było, ale to nie miało znaczenia. Cain musiał po prostu oprzeć podbródek na czupiradle, jakim były teraz włosy Flynna. - Hm. - Dużo informacji, chaotyczny, poetyckich, dużo składania domku z pojedynczych elementów. Niby dostałeś instrukcję, ale coś się nie zgadza. Czegoś brakuje. - Ja bym poszedł spać. - Kawa to mogło być zdecydowanie za mało, ale czego się nie robiło w robocie, to i na pewno musiało zadziałać tutaj. Czyli pięć kubków espresso. czy coś. - Myślę... - Cmoknął go w czoło i nachylił się nad nim, żeby spojrzeć mu w oczy. - Ciężko zatrzymać przy sobie ludzi nie będąc sobą. Ciężko być sobą, kiedy robi się z siebie samego cierpiętnika. Nawet Jezusa wydali na krzyż zamiast Barabasza. - Można powiedzieć 'ale Jezus był sobą!' Cain tak nie uważał, ale to... to były przemyślenia na inny dzień. Cmoknął go w kraniec nosa. - Idziemy. - Potwierdził i sam zaczął się zbierać. |