Secrets of London
[06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki (/showthread.php?tid=3702)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 24.08.2024

Słowa Leonarda były krzywdzące nawet dla Charlesa, ale mimo to, wiedział, że są prawdziwe. Ojciec coraz bardziej upodabniał się do własnego, Francis dał mu zły przykład, teraz tylko powielany tak przez Richarda, jak i Roberta, który rozkładał karty w tym domu. Charlie miał już jednak dość i zamierzał wycofać się z tej rozgrywki.

Sprawa kuzynki dla Charlesa była zakończona, bo czegokolwiek ojciec by nie zrobił, nie zamierzał przepraszać jakiejś przypadkowej dziewczyny, której nie spodobał się prezent. To nie była jego wina i nie on powinien się kajać. Przeprosił te osoby, które powinien, zaś reszta powinna dorosnąć i poradzić sobie ze zranionymi uczuciami w inny sposób. Choćby zwrócić się do osoby, która te świeczki podarowała!

- Teraz to mnie topicie w gnojówce. - Podłapał metaforę brata, zwracając się znów do ojca. - Żałuję, że mimo tego wszystkiego, co robiłem, co ty zrobiłeś, tato... po prostu nie wystarczy być twoim synem. - Przyznał gorzko. W chwili, gdy pojawiły się problemy, przestał czuć wsparcie od ojca. Miał wypierdalać, miał wylecieć z rodziny, bo jaką wartość wtedy będą miały słowa Richarda, gdy zostanie zupełnie sam? Charlie nie widział ani razu jakiegokolwiek sprzeciwu wobec słowom Roberta, a i teraz, gdy najwyraźniej Richard sądził, że pomagał, to tak naprawdę wysyłał do pomocy Leonarda. - Kiedy już zastanowicie się nad ukaraniem Isaaca, to nie będzie mieć znaczenia. - Dodał. Bagshot mógł czuć się bezkarny, bo i taki był. Rodzina nie robiła żadnych kroków w stronę naprostowania sprawy. Nie zareagowali od razu, a teraz mogli nie reagować już wcale. Przegapili szansę na naprawienie sytuacji skupiając całą swoją złość na złej osobie. Minęło już zbyt wiele czasu, by choćby wystosować oświadczenie do prasy.

Charlie rzucił spojrzenie Sophie. Zapomniał o niej w natłoku emocji i być może zranił jej uczucia swoimi słowami, lecz zdał sobie sprawę, że mimo dobrych chęci, dziewczyna stała po drugiej stronie barykady. Nie zapomniał jej, jak zaatakowała go, zła za stan Roberta. Nikomu o tym nie powiedział, ale działanie jasno wskazywało, gdzie leży jej lojalność.

- Tak, Leo, dzięki. - Charles zgodził się bez zastanowienia, gdy brat postanowił wybrać się z nim na spacer po Pokątnej. Potrzebował głosu rozsądku, który powie mu, gdzie składać podania, a które miejsca sobie odpuścić. Co robić dalej. - Nie potrzebuję, żeby twój ojciec - słowa zabrzmiały jak oblega, gdy Charles zwrócił się do Sophie - zmieniał zdanie. Poradzę sobie sam, jeśli będzie trzeba. Chodź, bracie, wrócimy, gdy będziemy gotowi. Być może tylko po rzeczy, jeśli bogowie pozwolą. - Odpowiedział chłodno ojcu, gotów wyjść. Był gotowy do drogi.


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Leonard Mulciber - 25.08.2024

Gdyby wiedział, jaki obrót przyniesie numer z głupimi, fallusowymi świeczkami, nigdy nie zachęcałby brata do ich stworzenia. Nawet jeśli Charlie i tak by się na to ostatecznie zdobył, przynajmniej jego własne, a i tak rzadko odzywające się sumienie byłoby nieskalanie czyste. Tymczasem musiał się zmagać z tym nieprzyjemnym, uwierającym go od środka uczuciem. Czy pomogłoby mu na to ukaranie Isaaca? A może wuja? Lorien? ...ojca? Nie wiedział i to dodatkowo go rozsierdzało. Nie znosił sytuacji, w których nie znał dobrej odpowiedzi na pytanie.
Sytuacja była nieprzyjemna, a atmosfera wręcz toksyczna. Mimo wielkiej chęci Leonard nie potrafił w swojej głowie znaleźć na nią odpowiedniej odtrutki.
W tym wszystkim żal mu było również Sophie. Dziewczyna ledwie skończyła szkołę, usiłowała się usamodzielnić, ale jednocześnie pozostawała pod silnym wpływem swojego ojca. Tak samo, jak Charlie pozostawał pod silnym wpływem ich własnego. Obydwoje skoczyliby dla nich w ogień. Tymczasem ani jeden, ani drugi nie wydawali się tego doceniać. Może to i dobrze, że emocjonalnie nie czuł się aż tak bardzo zżyty, jak czuł się obowiązkowo. Być może przyszła pora, żeby rozważyć przedstawienie swojej oceny zarówno jednemu, jak i drugiemu z młodszych członków ich dysfunkcyjnej rodziny?
- ...Zgadzam się. Wszyscy powinniśmy nieco ochłonąć - aczkolwiek niekoniecznie razem i w jednym gronie, jak dodał już w duchu. Ostatnim czego chciał, to wchodzić pomiędzy słowne dramy i żale dwóch, rozemocjonowanych młodzików. Niby co miałby zrobić, gdyby obydwoje zaczęli mu płakać albo histeryzować? - Aczkolwiek myślę, że lepiej będzie, żebym najpierw porozmawiał z Charlim na osobności. - położył bratu dłoń na ramieniu i lekko popchnął go w stronę wyjścia, jednocześnie przekręcając głowę w stronę odchodzącej dziewczyny. - Zajrzę do ciebie potem, Sophie!


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Richard Mulciber - 28.08.2024

Richard zastanawiał się, czy jego młodszy syn w ogóle zrozumiał ich ostatnią rozmowę, czy wszelkie wypowiadane słowa dotyczące jego wyprowadzki i ostrzeżenia odnośnie wydziedziczenia, nie zobrazował zbyt przesadnie. Możliwe, że wziął sobie to mocno do serca interpretując po swojemu. Jak zaprogramowana maszyna, która uległa awarii.

Zdawało się, że Charles nie zrozumiał sytuacji, w jakiej znalazł się jego ojciec. Richard oczywiście, wykonywał polecenia swojego brata, robił co ten mu zalecał, słuchał się, ale też miewał swoje zdanie. Nie ze wszystkim się z nim zgadzał. I mimo tego, że Robert robił swoje, Richard nie odwrócił się a jedynie musiał akceptować jego decyzje, podjęte działania. Drugą istotną kwestią była kamienica, pełniąca rolę domu rodzinnego. Miejsca, gdzie wychowywał się Richard i dorastał ze swoim rodzeństwem. Nie była jego własnością. Decyzje o tym, kto może tutaj mieszkać, wydawał Robert.

Sprawa Isaaca Bagshota była świeża. Minęło dopiero kilka dni od Lammas. Minął niecały dzień od publikacji wywiadu. Mieli obecnie weekend. Nie było za późno na działania w jego sprawie. Jednakże, dobrze byłoby uważać jakie podejmie się kroki w jego kierunku, aby nie zrzucać światła podejrzenia na ich rodzinę. On jako rodzic, mógłby wysłać list do redakcji wyrażając swoje oburzenie, niezadowolenie. Lecz inne działania, wobec jego osoby, mogły zostać zrealizowane później. W odpowiednim czasie.
To nie był jednak temat na teraz.

Nie zatrzymywał dzieciaki. Pozwolił chłopcom opuścić kamienicę, zaś Sophie udać do swojego pokoju, albo dołączyć do kuzynów. Nie sprawdzał tego. W jadalni został sam. Z całą niemal nietkniętą zastawą śniadaniową. Ktoś coś skubnął, ale pozostali raczej nie tknęli niczego. Richard siedział w milczeniu. Wpatrując się w to wszystko w ciszy.

W pomieszczeniu pojawił się Belenos. Widząc że śniadania niemal nie tknęli, spuścił swoje duże uszy na dół. Czyżby nie smakowało? Nie postarał się tak dobrze, jak robiła to jego koleżanka Selar?

- Panie… Czyżby Belenos zawiódł? Śniadanie nie smakowało?
Zapytał niepewnie, ostrożnie. Nerwowo  pocierając dłonie o siebie. Wiedząc, że Richard był dzisiejszego dnia w naprawdę nerwowym nastroju.
Słysząc pytanie skrzata, Mulciber spojrzał po chwili na niego.
- Nie. Mieliśmy trudną rozmowę i przez to straciliśmy apetyt.
Wyjaśnił.
- Posprzątaj. Jedzenia nie marnuj. Wystaw na kolację.
Polecił mu, dopijając po chwili kawę i wstał od stołu, zabierając ze sobą Proroka Codziennego. Belenos nieco wciąż zaniepokojony, posprzątał ze stołu i wrócił do swoich obowiązków.

W oczekiwaniu na Stanleya, Richard postanowił spróbować przeczytać gazetę, przygotowując sobie szklankę whisky. Zapaliwszy papierosa. Skupić się jednak na czytaniu nie mógł. A na ostatnich stronach, znalazł jak zwykle nudne krzyżówki. Postanowił spróbować ją wypełniać. Zgarnął ołówek z szuflady komody i zaczął czytać hasła, próbując odgadnąć odpowiedzi. Część była dla niego prosta, bez problemu wpisał co wpisane być powinno. Druga część wydawała mu się idiotyczna. Wpisywał więc byle co, aby wpasowało się pod konkretne litery. Krzyżówka uzupełniana metodą własną. A i tak jej nie skończył, bo rzucił tym na ławę.

- Jak on może to rozwiązywać.
Westchnął, dopiwszy do końca whisky. Papierosa zdążywszy wypalić już podczas rozwiązywania labiryntu słów.

Pozostały czas przeznaczył na rozmyślanie. Analizowanie dzisiejszej rozmowy z synami. Wspominając również słowa brata, odnośnie uzależniania od siebie własnego dziecka. To miało dwie strony medalu. Z jednej dzieciak możliwe powinien usamodzielnić się i nie bazować całe życie na ojcowskiej ochronie i wsparciu. Ale z drugiej, miał go po swojej stronie. Chłopak gotów był zrobić dla niego chyba wszystko?
Tym sposobem rozległo się pukanie, Belenos poszedł otworzyć drzwi, ale już nie wrócił…


~ * ~ * ~ * ~

W tym czasie, nastąpiło porwanie skrzata Belenosa:
Nie powinienem tego robić
Po tym, Richard podjął interwencję:
Nie powinieneś tego robić


~ * ~ * ~ * ~

Godzina do dwóch później | Południe



Richard wrócił do kamienicy z Belenosem. Przez bezpośrednią teleportację. Ta cała gra jego brata doprowadzała go już do skraju wytrzymałości psychicznej, że miał tym razem być bardziej złośliwy i rozpierdolić mu gabinet. Lecz jak to w ich przypadku, kończyło się to tylko na wrzeszczeniu na siebie, kilku godzinach milczenia w obrażeniu i później było już dobrze. Umieli sobie szybko wybaczać. Tak samo byłoby zapewne, gdy Robert wróci ze swoich wakacji.

- Belenos nie wie jak się Panu odwdzięczy. Belenos Panu dziękuje. Uratował Pan Belenosa z rąk porywacza.
Odezwał się skrzat pełen wdzięczności. Wiernie służy tej rodzinie od lat, przywykł do tutejszych zasad, zachowania lokatorów, doświadczając tego, jak się ta rodzina w pokoleniach zmieniała. I choć za czasów Francisa Mulcibera było bardzo źle, toksycznie. Tak później, po śmierci pierwszego Pana, w jakimś stopniu się zmieniła.
- Następnym razem bardziej uważaj i reaguj szybciej.
Odparł w odpowiedzi Richard, z westchnięciem.
- Belenos będzie się starał. Belenos nie zawiedzie.
Zapewniał. Choć gotów był się ukarać za swoją nieostrożność. Bowiem Pan Richard musiał fatygować się po jego skrzacią istotę.
- Wracaj do swoich obowiązków.
Wydał polecenie skrzatowi. Ten bez słowa udał się do kuchni.

Richard skierował się na piętro do swojego pokoju, gdzie zdjął szatę i schował ją do szafy na swoje miejsce. Przebrał golf z powrotem na koszulę, jaką miał z rana. Pozostała jedna zmiana, że był ogolony. Im częściej był przez brata upominany i do menela porównywany, golenie się codziennie wchodziło mu już powoli w nawyk.

Zszedł na dół, w salonie zapalając papierosa. Zastanawiał się, dlaczego Robert mu to robił. Dlaczego zrobił się taki bardziej złośliwy, jakby ostatnia przeprowadzona rozmowa nie wystarczyła. Richard wiedział co miał robić. Dlaczego obrywał także?

Zbliżała się pora obiadowa. Richard w tym czasie, przeniósł się do gabinetu, aby przy okazji spojrzeć na pilne sprawy, jakie trzeba zrealizować na jutro. Ponownie też zapoznał się na spokojnie z listami od Roberta i Lorraine z tymi przeprosinami. Nie do końca mu się to podobało. Być może wiedział jak to inaczej rozwiązać.

Wyszedł z gabinetu, sprawdzając godzinę. Chłopcy powinni wrócić. Udał się zatem do jadalni i już był nieco zaskoczony. Belenos chyba przechodził dzisiaj samego siebie. Z kuchni dobiegał znajomy Richardowi zapach znanej potrawy.

- Panie, nakrycie do stołu ma być jak na śniadaniu?
Zapytał skrzat dla upewnienia się. Richard musiał się zastanowić. Od rana był wkurzony na Roberta, że specjalnie nawet zajął jego miejsce przy stole. Teraz jednak wiedząc gdzie jest. Był w miarę uspokojony.
- Tak jak zawsze siedzimy. Miejsca Roberta i Lorien zostaw puste.
Belenos przyjął do wiadomości i zastawił nakrycia do stołu tak jak każdy z tutejszych domowników, miał swoje miejsce przy stole rodzinnym. Kwestia minut a na stole pojawił się główny posiłek. Fiskegrateng, norweska zapiekanka rybna z makaronem i warzywami. Tym właśnie Belenos zaskoczył Richarda.
- Zrobiłeś Fiskegrateng?
Takich zdolności po swoim skrzacie się nie spodziewał. Ale trzeba przyznać, że postarał się. Czy mimo wyglądu i zapachu, smakowało tak samo?
- Belenos chciał się odwdzięczyć. Belenos chciał też naprawić nastrój Paniczom.
Tłumaczył się. Tyko nie był pewnego jednego. Czy panience Sophie będzie smakowało? Czy wciąż będzie na niego zła? Wyzywać go?
Trzeba jednak przyznać, że Belenos starał się zastąpić nieobecną Selar. Śniadania nie tknęli, to może z obiadem się uda?
Richard nie zajmował jeszcze swojego standardowego miejsce przy stole, ale na pewno już zostawił w spokoju szczytowe. Spojrzał na zegarek, zastanawiając się, czy chłopcy zdążą wrócić? Czy Sophie zejdzie? Czy ma on sam zjeść obiad?


Deadline odpisów: 30.08 (piątek), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę



RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 28.08.2024

W jednym Leo miał rację - wszyscy musieli ochłonąć, a Charlie w szczególności. Wszystkie myśli, które wydawały się dotąd poukładane, rozbiegały się po jego głowie na powrót podczas porannej rozmowy z ojcem, bratem i kuzynką, przynosząc za sobą emocje, które, jak myślał, okiełznał już wcześniej. Spacer po kawiarenkach pozwolił mu nieco ostudzić złość, ale też zrozumieć, że zdecydowanie nie chce pracować w żadnym z tych miejsc. Praca przy sprzedawaniu świec była zupełnie inna niż bezpośrednie usługiwanie gościom lokalu. Taka praca wydawała się godna skrzata domowego, nie czystokrwistego mężczyzny z dobrego domu. Poza tym, nawet gdyby zdecydował się pracować w kawiarni, nie mógłby wybierać sobie gości, a obsługa mugolaków w ogóle nie wchodziła w grę. Charlie miał swój honor.

Lammas i wywiad były kolejnym problemem. Nazwisko zobowiązywało, lecz przez ostatnie wydarzenia widział ciekawskie spojrzenia, uśmiechy na twarzach, a nawet słyszał chichoty dziewcząt, które pokazywały go sobie palcem, gdy rozmawiał z właścicielem jednego z lokali. Charles Robert Mulciber nigdy w życiu nie żałował czegoś tak, jak tego rozbieranego zdjęcia, przyciągającego zbyt dużo uwagi uczennic, które szukały ekscytacji w miesiącach, gdy nie miały zapewnionych emocji w szkole. Młody przystojny mężczyzna przyciągał wzrok!

W jednym ojciec miał rację - w niedzielę nie było sensu szukać pracy. Otwarte miejsca szybko się skończyły, a i z Leonardem nie można było rozmawiać w nieskończoność. Charles czuł się źle, bo nie tylko zmarnował czas, ale też otwarcie sprzeciwił się ojcu, nie uzyskując z tego żadnego zysku. Tego typu niesubordynacja nie leżała w jego naturze i nim zdążył to dobrze przemyśleć, zaczęły się wyrzuty sumienia. Ojciec przecież wiedział najlepiej, co jest dla niego dobre, bez względu na to, co twierdził Leo! Powinien zawsze słuchać Richarda, nawet jeśli ten stawiał innych ponad niego. Był przecież jego synem i jako syn, winien był posłuszeństwo bez względu na wszystko. Żałował też tego, jak odezwał się do Sophie, bo kuzynka nie była niczemu winna. Jako młoda, głupiutka dziewczynka robiła to, co jej wydawało się odpowiednie. On sam zachował się podobnie. Był zbyt niedojrzały, by działać bez nadzoru ojca. To już ustalili.

Kiedy pokonany przez życie wrócił do domu, zdążył tylko zamknąć za sobą i Leo drzwi, przejść w głąb domu i spotkać ojca, czekającego w jadalni. Nie zwrócił większej uwagi na zapach pieczonej ryby, ale obecności Richarda nie mógł zignorować. Opuścił żałośnie głowę, unikając spojrzenia rodziciela. Ogień, który rozgorzał w nim rano, teraz na nowo wygasł. Leonardowi pozostawił powitania i tłumaczenia.


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Leonard Mulciber - 31.08.2024

Leonard nie miał zbyt wielkich nadziei co do powodzenia ich 'misji'. Nie po to zresztą tak naprawdę w ogóle wybrał się z bratem na wycieczkę z roznoszeniem informacji o jego kwalifikacjach zawodowych. Sam również potrzebował odsapnąć od tych wszystkich wariacji, do których dochodziło w murach tej nieszczęsnej, Robertowej kamienicy. Przy okazji też zamierzał nieco potrząsnąć wreszcie światopoglądem Charliego, usiłując wytłumaczyć, dlaczego ślepe zawierzanie rodzicom nic dobrego mu nie przyniesie. Już zresztą nie przynosiło. Czy Charlie zamierzał posłuchać? Pewnie nie, lub jeszcze nie. W brata jeszcze kilka razy musiała uderzyć błyskawica, zanim jego oczy na dobre się otworzą. Zakładając, że w ogóle do tego dojdzie.
Po powrocie do domu, w przeciwieństwie do brata od razu uderzył go przyjemny zapach kolacji. Było w nim coś znajomego, chociaż nie od razu zdołał powiedzieć, co dokładnie.
- Wróciliśmy - zakomunikował krótko, wchodząc w głąb domu i od razu kierując się do jadalni. Po drodze pocieszająco poklepał Charliego po ramieniu.
- Sophie... Nadal u siebie? - starał się zagadnąć jedynego obecnego, którym był ich ojciec w miarę neutralnie.


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Richard Mulciber - 02.09.2024

Wszystkie negatywne emocje skumulowały się w jednym czasie i miejscu. Richard był przekonany, że chłopaków wychował jak należy. Lecz pewnych zmian w nich zachodzących być może nie dostrzegał. Nie chciał dostrzec? Doprowadziło do tego, że teraz jego młodszy syn nieświadomie przekroczył wyznaczone granice. Co więcej, stał podatny na wpływy innych, którzy wykorzystywali jego słabości. Naiwność i uległość. Mając czas na przeanalizowanie zachowania syna, zrozumiał, że nie może go jednak zostawić samego. Chłopak powinien być pod jego wsparciem lub Leonarda, póki nie nauczy się chronić swój umysł. Samodzielnie chronić siebie.

Na pewno będzie musiał zadbać o to, aby Charles, nauczył się Oklumencji. Tylko, czy Robert z obecnym podejściem do jego syna, zechce go uczyć?

Leonard zakomunikował powrót swój i Charlesa. Richard spojrzał w ich kierunku, badawczo sprawdzając jaki mieli nastrój. Czy ta dzisiejsza zapiekanka zrobiona przez Belenosa jako wdzięczność i chęć naprawienia relacji ojca z synami, coś pomoże?

- Tak. Jest u siebie. Możesz zajrzeć do niej i przekazać, że obiad czeka.
Odpowiedział starszemu synowi, na nim na moment uwieszając swoje ojcowskie spojrzenie w miarę opanowane, ale gdzieś ta irytacja wobec zachowania Roberta wewnątrz niego pozostawała.
Spojrzenie swych brązowych oczu przeniósł na milczącego Charlesa.
- Jak poszukiwania pracy?
Zapytał spokojnie Charlesa. Pozwolił młodszemu, aby sam przekonał się że w dniu bardziej wolnym od pracy, nie znajdzie nic, co by go mogło zainteresować. Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, Richard miał dla niego rozwiązanie problemu. Choćby tymczasowe.

Deadline odpisów: 04.09 (środa), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę



RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 02.09.2024

Wsparcie Leonarda było niezastąpione i Charlie czuł, jakby dzięki niemu chociaż parę kilogramów z wielu ton ciężaru, który spoczął mu na ramionach, odeszło. Chociaż brat miał swoje minusy, zdecydowanie więcej miał plusów. Teraz, kiedy wrócili, podjęcie tematu było jego zadaniem.

Przeproszę Sophie, obiecał sobie Charles, ale nim to zrobi, musi porozmawiać z ojcem. Wybadać, jak bardzo zły jest Richard, jak bardzo zawiedziony i jak bardzo zgadza się z Robertem. Czy tym razem naprawdę wyleci, i czy będzie to kulturalne wyproszenie, czy raczej wykopanie na zbity pysk?

Najgorsze było to, że ojciec wcale nie wydawał się wściekły. Wszyscy musieli ochłonąć, przemyśleć i dojść do pewnych wniosków.

- Zostawiłem życiorys w paru miejscach. - Powiedział Charlie zgodnie z prawdą. Ostrożnie uniósł ciemne spojrzenie na ojca, lecz mimo spodziewanej katastrofy, nie stanął niczym słup soli i nie zamienił się w kamień. Tata znów był tatą. - Mają wysłać sowę, jeśli będzie dla mnie miejsce. To... głównie kawiarnie. Takie również dla mugolaków. - Podkreślił, a coś w jego wnętrzu skręciło się nieprzyjemnie. Nie tylko nie chciał podawać kawy mugolakom. On fizycznie nie był w stanie tego zrobić! Prędzej padłby trupem, gdyby miał tak upokorzyć siebie i rodzinę.


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Leonard Mulciber - 04.09.2024

Osobiście zdołał ochłonąć po przechadzce na tyle, żeby nie krzywić się i nie fuczeć zaraz po ponownym przekroczeniu domu Roberta. Oburzenie nie minęło, ale zdołał je opanować na tyle, żeby nim nie emanować na każdym kroku. Niezależnie od tego, czego od niego wymagano, zamierzał pomóc Charliemu z własnej woli. Mógł bywać niejednokrotnie parszywcem w dokuczaniu bratu, ale gdy sprawy dotyczyły poważnych kwestii, nie zamierzał zostawiać go samemu sobie. Zwłaszcza, znając jego niezdrowe przywiązanie i zapatrzenie w ojca, którego traktował, jak nieomylny autorytet. Sam oczywiście szanował ojca, ale nigdy przenigdy nie przestawał myśleć za siebie i dla siebie.
Słysząc, że Sophie nie zeszła sama z siebie, westchnął tylko ciężko w duchu. Jego zdaniem biedna dziewczyna obrywała rykoszetem, podobnie jak i Charlie.
- Jasne - kiwnął głową i klepnął jeszcze brata w ramię, po czym ruszył szanowne cztery litery w stronę schodów. Poważnie. Nie miał pojęcia, dlaczego zawsze na niego spadało pocieszanie i doglądanie ludzi. Nie był w tym wcale dobre, mimo że zdołał zostać uzdrowicielem. W pracy takie rzeczy starał się za każdym razem zrzucać na innych, ale w rodzinie nie bardzo szło już na kogo. Brak 'matek' dawał się w takim przypadku we znaki.
Stając przed drzwiami prowadzącymi do pokoju kuzynki, wziął krótki wdech i podrapał się po potylicy. Wreszcie zapukał.
- Sophie?


RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Richard Mulciber - 06.09.2024

Leonard zostawił ich na chwilę samych, udając się zgodnie z prośbą Richarda po Sophie. Zajrzeć do niej, czy wszystko w porządku. Nie był u niej, gdyż w między czasie wydarzyło się kilka innych kluczowych spraw, które musiał załatwić. I nie spodziewał się ich miejsca dnia dzisiejszego.

Zostawił kilka życiorysów. Kawiarnie. Gdy to starszy Mulciber usłyszał, westchnął.
- To nie są miejsca dla Ciebie.
Stwierdził z przekonaniem. Kawiarnie i to jeszcze z mugolakami.
- Szanuj się, synu.
Dodał podchodząc bliżej. Wiedział co dla Charlesa było dobre, odpowiednie. Czy znał go na tyle dobrze, aby wiedzieć jak mu pomóc? Czy powinien ingerować? W tym przypadku musiał.
Stanął przed Charlesem, spoglądając z góry, spoglądając w jego ciemne oczy.
- Wysłałem list do Anthony’ego Shafiqa z pytaniem, czy zna kogoś, kto potrzebuje pracownika z Twoimi umiejętnościami. Może znajdzie kogoś do polecenia. Póki co, do powrotu Roberta, pomożesz mi ze zleceniami dla klientów. Sam nie zrobię tych klasycznych świec.
Na czas nieobecności Roberta, Richard by sobie poradził bez problemu, jeżeli nie miałoby go być jedynie kilka dni, do tygodnia. Zapasu świec mieli dużo. To jednak jakieś zajęcie synowi musiał znaleźć. Pracę jak i mieszkanie będzie szukał dalej, a w oczekiwaniu na odzew, czymś musi się zająć.
- Zostaje jeszcze sprawa Lorraine Malfoy. Waszej kuzynki.
Poruszył teraz ten temat, zanim usiądą.
- Robert chce, abyś napisał do niej przeprosiny za ten numer ze świeczkami. Jeżeli to nie Ty jej wysyłałeś. Napiszesz po prostu sprostowanie sprawy.
Nie wspomniał o kwestii wysyłania przeprosin do opublikowania w Proroku Codziennym, gdyż sam uważał że to już totalna głupota. Póki nie trzyma odpowiedzi od brata, nie będzie poruszał tego tematu. Jedną część chociaż z tego "polecenia" mogą wykonać.


Deadline odpisów: 08.09 (niedziela), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę



RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 06.09.2024

Odesłanie Leonarda było mądrym zagraniem, bo nie tylko dzięki temu ojciec zadbał o Sophie, ale też pozwolił, by zostali sam na sam. A więc to teraz nadejdzie złość?! Chalres gotowy był na przyjęcie na siebie wszystkiego, całej tej tyrady, wszystkich bolesnych słów. Ale te nie nadeszły. Charlie spojrzał na ojca, spojrzenie Richarda spotkało się z tym Charlesowym, niemal identycznym w ich ciemnym odcieniu.

Nie było złości, było rozczarowanie. Łatwiej byłoby zmierzyć się ze złością.

- Wiem, tato. Ja nie chcę tam pracować! - Zaparł się, zaciskając na chwilę powieki, lecz emocje trzymał na wodzy, jedynie lekko podnosząc głos. - Ale jeśli będę musiał, to jaki mam wybór? - Ojciec zbliżał się, a Charlie miał ochotę uciekać, zrobić chociaż kilka kroków w tył. Czy ojciec znów to uderzy? Charles nie sądził, a i nienawidził siebie za samą taką myśl. To nie był Richard, jakiego znał. Richard podniósł rękę tylko dlatego, że został do tego zmuszony. Na domiar złego, w całą sytuację został zamieszany również wuj. - Onkel? - Dopytał i wraz z realizacją oblała go kolejna fala wstydu. Shafiq musiał być rozczarowany jeszcze bardziej, niż rodzina. Czy widział wywiad? Półnagie zdjęcia? - Dziękuję, że go zapytałeś, tato. Myślisz, że... Że pomoże mi? Nawet po tym wszystkim?

Był tylko dzieckiem, gdy rozwijały się jego kontakty z Anthonym. Teraz, gdy zaczynały się dorosłe problemy, Anthony mógł nie chcieć mieć nic wspólnego z Charliem, który pokazał, jak bardzo zręcznie może przynieść rodzinie wstyd.

Lorraine Malfoy. Charlie pamiętał Lorraine i spodziewał się, że kuzynka nie mogła być zadowolona z penisowej świeczki. Ale od kogo mogła ją dostać? Miał wielu klientów. Nie skojarzył paczki, którą wysłał pod adres zakładu pogrzebowego.

- Jeśli nie zamawiała, to czemu miałbym jej je wysłać, tato...? - Zapytał, nie dowierzając, że ojciec może choćby dopuszczać taką wersję wydarzeń. Nie był żartownisiem, który nękałby panny sprośnościami! - Napiszę jej list. I... Tato?

Nadszedł czas na najważniejszą część tej rozmowy. Charlie był tego dnia pokonany na więcej niż jeden sposób. Westchnął ciężko, opuszczając wzrok.

- Przepraszam, że cię nie posłuchałem. - Przyznał cicho, wstydząc się nawet dźwięku tych słów. Cokolwiek Leo próbował mu wmówić... Nie padło na podatny grunt. Ojciec był przecież ojcem. - Miałeś rację, zawsze masz. I przepraszam, że wygadywałem takie głupoty o tobie i... I wuju. - Przyznanie się do wycofania słów o Robercie przyszło mu z większym problemem. - Nie zasłużyłem na twój szacunek i pomoc. Jeśli będziesz chciał mnie wyrzucić, wyrzec się mnie i zapomnieć, zrozumiem to. Jeśli nie, będę wdzięczny, bo przecież... Masz dość problemów, nie musisz mierzyć się jeszcze z tym. Przepraszam, że przynoszę ci wstyd. Bycie twoim synem to nie wszystko. Muszę jeszcze zasłużyć, żeby móc się tak nazywać.

Każdego dnia pogrążał się bardziej. Najpierw pomysły ze świeczkami, teraz bunt. Anglia źle na niego działała.

- Zrobię wszystko, czego chcesz. Powiedz tylko, jakich świeczek i ile potrzeba.