![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Robert Mulciber - 20.06.2024 Stoisko Mulciberów
Resztki zdrowego rozsądku, o ile jakiekolwiek rzeczywiście posiadał, podpowiadały Robertowi, iż potencjalna, typowo kobieca obraza majestatu w wykonaniu Lorien, była ostatnim czego w obecnej sytuacji potrzebowali. Kobiety z natury były nazbyt emocjonalne. Jego żona zaś z całą pewnością nie była mężczyzną, ani też nie stanowiła żadnego innego wyjątku. Dobrze było więc zachować w tym przypadku pewną ostrożność. Zwłaszcza, że wokół stoiska musiał wreszcie zapanować spokój. Sam Robert musiał odzyskać równowagę. Zregenerować siły. Kolejne atrakcje zapewne by w tym wcale nie pomogły. Kiedy kobieta zdecydowała się go upomnieć, skinął w jej stronę głowę. Wiedział, że to nie było odpowiednie miejsce na pranie rodzinnych brudów. Im spokojniejszy się stawał, tym bardziej udawało mu się nad sobą panować. Nad nerwami, które wywołane zostały tą sytuacją. Poczuciem bezsilności. Frustracji, wynikającej z tego, że sam nie był w stanie tego powstrzymać. Rozumiał, że własną interwencją nie udało mu się zbyt wiele osiągnąć. I gdyby tylko nie kolejne słowa Ricka, najpewniej zdołałby się doprowadzić do pionu. Jakoś sobie z tym wszystkim poradzić. Zostawiłby ten bałagan na później. Słysząc uwagę brata, nie mógł jednak siedzieć cicho. Nawet jeśli bliźniak naprawił zniszczony golf, to nie zrobił zarazem nic, co byłoby w stanie załagodzić obecną sytuacje. - Nie zapominaj z jakiego powodu was przestraszyłem. - zwrócił się w jego kierunku, wyraźnie akcentując całe to z jakiego powodu. Kolejny raz przekaz musiał być dla wszystkich jasny. Robert nie pozostawił wiele miejsca na wątpliwości. Akceptował natomiast, że na rozmowy przyjdzie czas później. Bo nie - nie zamierzał na to wszystko przymykać oka. Zachowywać się tak, jakby to wcale nie miało miejsca. Następnie ponownie skierował uwagę na Lorien. Jej słowa... oczywiście, że poskutkowały. Musiały zadziałać. Ostatecznie przecież Robert samego siebie nie uważał za schorowanego dziadka, który znajdywał się jedną nogą w grobie. Na Merlina! Miał przecież dopiero 45 lat. Dla czarodzieja to nie było dużo. I choć pewne problemy zdrowotne zdawały się ujawniać, to nie zamierzał się im w żadnym razie poddawać. - Taka żona to prawdziwy skarb. - a skarby należy zakopać głęboko w ziemi, co jest powszechnie znaną prawdą. - Dziękuje za troskę, kochanie, na szczęście dzięki pomocy Leonarda czuje się już znacznie lepiej. - czy dało się wychwycić w jego słowach fałsz? Możliwe. Teraz jednak nie zamierzał zawracać sobie tym głowy. Ani też starać się wspiąć na wyżyny własnego aktorstwa. Na to wciąż było zbyt wcześnie. Słysząc o tym, że Philip otrzymał pomoc, uspokoił się. Brakowało im jeszcze jakiego artykułu, mówiącego o tym, że znany sportowiec został pobity pod stoiskiem rodziny Mulciber, po czym nie została mu udzielona stosowna pomoc. To nie brzmiałoby zbyt dobrze. I tak, dla Roberta nie miało w tym przypadku większego znaczenia to, iż z Nottem byli spokrewnieni. Bo i znaczenia nie miałoby to zapewne dla pismaków. - Właściwie... to co się wydarzyło? - postanowił dopytać, skoro Philip okazał się być w pobliżu, a i Lorien zdecydowała się spróbować namówić go do pozostanie na Lammas. - Przez to całe zamieszanie, część rzeczy mi... - przerwał, rejestrując pojawienie się Charlesa z wodą. Nie będzie wybrzydzał, skoro sam o wodę poprosił. Zarazem jednak miał nadzieje, że przynajmniej chwilowo, chłopak zejdzie mu z oczu. Przyjął więc butelkę? Kubek? Cokolwiek. Bez choćby jednego słowa słowa, które skierowałby do bratanka. Zamiast tego spojrzał na brata. - Jak skończysz rozmawiać z synem, musimy omówić kwestie stoiska. - zwrócił się jeszcze do jego. Najpewniej już wiedział jak to załatwią. Co prawda sporo ludzi kierowało się obecnie w stronę sceny, gdzie zaczynało się jakieś kolejne widowisko? Konkurs? Wydawało się jednak zainteresowanie stoiskami nie spadło jednak do zera. Następnie napił się wody, ponownie całą swoją uwagę skupiając na Lorien, Philipie oraz Leonardzie, którzy znajdywali się najbliżej. Może któreś zechce mu wszystko wyjaśnić? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sophie Mulciber - 20.06.2024 Świeczki Mulciberów Sophie pod okiem Basiliusa doszła do pełni zdrowia. Zajęło jej to chwilę, ale w końcu mogła normalnie się poruszać. Była wdzięczna medykowi, że jej pomógł i doprowadził ją do porządku. Po Lammas, na pewno wyśle mu list z podziękowaniem! Mulciberówna miała nadzieję, że Charles nie powie nikomu, że chciała go zaatakować. Musi coś wymyślić! Obiecał jej to! Ufała, że dotrzyma danego jej słowa. - Dziękuję, muszę iść zobaczyć co się dzieje z moim tatą.- Powiedziała, czując jak łzy ponownie napływają jej do oczu. Kuzyn powiedział, że jej ojciec czuł się lepiej, że Leonard mu pomógł. Musiała jednak zobaczyć to na własne oczy. Spojrzała na swoją sukienkę i użyła prostego zaklęcia żeby doprowadzić się do porządku. Musiała wyglądać, jakby nic jej się nie stało. Nie chciała niepotrzebnych pytań. Biedna Sophie! - Chyba jest dobrze... - Mruknęła sama do siebie i zaczęła przepychać się przez tłum, a kiedy zobaczyła Roberta, przyspieszyła. Nie dbała o to, czy kogoś szturchnęła, uderzyła łokciem czy nadepnęła. Musiała znaleźć się jak najbliżej ojca! - T-tato?- Włosy miała w lekkim nieładzie, a w oczach stanęły jej łzy, które zapewne będą musiały znaleźć jakieś ujście.- Co się stało...?- Zapytała i nie czekając na odpowiedź ani na to, co działo się wokół, przytuliła się mocno do ojca.- M- musisz być zdrowy, m-mam tylko ciebie... c-co ja zrobię, jak cię zabraknie?- Rozpłakała się. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HAw1vzZ.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Isaac Bagshot - 20.06.2024 Scena - ogląda występ cyrku oraz Geraldine. Widzi dużo znajomych twarzy i robi zdjęcia. Samopiszące Pióro Isaac'a powróciło do notowania. Występ cyrku bardzo mu się podobał, chociaż nadal żałował, że The Edge skończył, jak skończył. Będzie musiał to jakoś przetrawić. Zdecydowanie wolał dobre zakończenia. Bagshot rozejrzał się po ludziach, którzy zaczęli zapełniać widownię. Widział dużo znajomych twarzy, jednak nikogo nie zaczepiał. Porobił kilka zdjęć i uśmiechał lekko na słabe żarty prowadzącego. Doceniał oraz uwielbiał poczucie humoru każdego rodzaju. Nawet tak… suche. Podziękował za cydr. Chciał jeszcze przez kilka następnym godzin mieć czystą głowę. Kiedy na scenie pojawiła się Geraldine, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zrobił jej kilka zdjęć, żeby później wybrać to najładniejsze. Jeśli zauważyła go wśród widzów, to pomachał jej i uniósł kciuk w górę. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DoiEAvc.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 20.06.2024 Przejście ze stoiska "Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber" do "Mulciber Moonshine"
- Nie zapomnę. Odparł w odpowiedzi zamykając temat. Także akcentując słowa. Jakby chciał brata w ten sposób zapewnić, że dostosuje się do jego "polecenia". Więcej się nie odzywał, jedynie przekazując informacje odnośnie Philipa, o którego pytał Robert. Pozostawał obserwatorem otoczenia i samej rodziny, czekając może na to, aż Charles będzie w miarę wolny i żeby móc z nim porozmawiać. Dlatego później poprosił go na bok. Kolejne słowa Roberta, które tym razem padły w stronę Lorien. Mimo świadomości, że w publicznych miejscach musieli grać, udawać szanującą się parę. Wzbudzało odczucie lekkiego odsunięcia, odtrącenia? Odczucia, które tylko on sam w sobie znał, nie okazując tego po sobie. Uwagę skierował na syna, który poprosił o przejście w kierunku drugiego stoiska, gdyż wcześniej Lorien prosiła Charlesa o zajęcie się straganem Sophie. - Niech będzie.Zgodził się na propozycję syna. - Dobrze. Omówimy. Odpowiedział bratu już nieco spokojniej, nie chcąc go już doprowadzać do nerwicy. Pierw zostało dowiedzieć się, skąd wynikło to zamieszanie i co te chujowe świeczki robiły na tym stoisku. Trzeba było omówić tę kwestię, gdyż kiermasz jeszcze trwał, a zamykanie tego nie było na rękę, jeżeli chcieli zarobić. Richard skierował się za Charlesem do stoiska z cytrynówką obok. Dostrzegł Lyssę pilnującą stoiska, ale nie tracił na razie czasu na powitania. Miał ważniejszą w tej chwili sprawę do omówienia z synem. Gdyby i ona go dostrzegła, to najwyżej skinie jej głową na powitanie, zaznaczając tym, że zarejestrował jej obecność. Schował różdżkę i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Wpatrywał poważnie w syna, słuchając jego wyjaśnienia. Co miało miejsce na stoisku ze świeczkami. Doceniał szczerość, wyjaśnienia skąd się wzięły te dziwne świeczki i jak doszło to nie kontrolowanej sytuacji. - Ratowałeś sprawę w złym kierunku. Mogłeś odmówić sprzedaży. Zakomunikować, że nie masz ich więcej. Zignorowałeś moje i Roberta uwagi o zaprzestaniu. Co jak sam zauważyłeś, doprowadziło do pogorszenia się jego stanu zdrowia.Charles widocznie zauważył swój błąd i przeprosił. Richard jednak wyjaśnił to odrobinę szerzej, przypominając o zignorowaniu uwag. - Skoro zamówienie było indywidualne, nie powinno być prezentowane w miejscu publicznym. Dla kogo było ono przygotowane? I co ważniejsze, dlaczego Robert o tym nie wiedział? Dał Ci pracę i szansę się rozwijać. Jako że emocje opadły, mówił spokojniejszym tonem, ale wciąż poważnym. Domagając się wyjaśnienia, próbując zrozumieć, dlaczego Charles nie przedstawił pomysłu z tymi dziwnymi świecami Robertowi. Dlaczego nie zapytał o możliwość sprzedania ich swojemu klientowi na kiermaszu? Sądząc po całej reakcji brata, najwyraźniej o tym nie wiedział. Charles nie śmiał mu spojrzeć w oczy. Najwyraźniej był świadomy tego, że nie zapanował odpowiednio nad sytuacją. To był w końcu jego pierwszy raz w innym kraju. Mieć nadzieję, że wyciągnął wnioski z popełnionych błędów i nauczy się ich nie popełniać więcej. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Florence Bulstrode - 20.06.2024 Postać wraca na jarmark i wchodzi od okolic koła fortuny Florence bardzo nie lubiła się spieszyć, ale tym razem spieszyła się, gdy opuściła tłum, idąc w nieco spokojniejsze miejsce, by dokonać teleportacji. Podobnie spieszno jej było w Ministerstwie Magii, kiedy próbowała dowiedzieć się, czy jej brat aportował się bezpiecznie - cała stoickość charakteru panny Bulstrode nie wystarczyła, aby nie poddawać się niepokojowi, gdy wiedziała, że nieudana teleportacja może skończyć się bardzo poważnie. Na przykład wykrwawianiem się gdzieś w hrabstwie Kent. Kiedy więc publika podziwiała występ Niesamowitego The Edge, Florence rozmawiała w Ministerstwie z jedną z nieszczęsnych dusz, które nie dostały wolnego z okazji sabatu. Na całe szczęście, dość szybko okazało się, że Atreus do ministerstwa dotarł, a i jego towarzysz był względnie cały. I Florence zadowoliła się tą informacją. Jej brat nie był małym chłopcem, nie cieszyłby się zapewne, gdyby wparowała do jego Departamentu, robić scenę i upewniać się, że jest cały i zdrowy, a Ministerstwo Magii miało własnych specjalistów od takich przypadków. Pozostawało aportować się z powrotem. Nawet nie tyleż na sam jarmark, bo trochę straciła chęci do zakupów, zabawy czy oglądania występów, a ponieważ i tak później miała zamiar wrócić do kamienicy Bulstrodów przy Horyzontalnej. Pojawiwszy się w pobliżu terenu imprezy, zerknęła ku scenie - początkowo miała zamiar obejrzeć występ Geraldine, ale wszelki dobry nastrój uzdrowicielki umarł, z wieku powodów, więc nie ruszyła w stronę widowni. Za to idąc przez tłum jej wzrok na chwilę przyciągnęły te słynne koła fortuny. Trochę z powodu żyłki hazardowej, bo może i do uzależnienia było jej daleko, ale jednak miała w sobie krew Prewettów, trochę ze względu na to, że przypomniała sobie, jak bardzo Mulciberowi zależało, by nim zakręcić. Czyżby nagrody były aż tak atrakcyjne? Wysupłała kilka sykli z kieszeni, kupiła za nie losy, ot tak na próbę, i poczekała na swoją kolej przy jednym z nich. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 20.06.2024 Przejście ze stoiska "Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber" do "Mulciber Moonshine" Zdenerwowanie dawało o sobie znać coraz bardziej. Charles czuł nieprzyjemny ucisk, gdy niewidzialna ręka emocji zamykała paluchy na jego gardle. Nawet oddychanie stawało się coraz trudniejsze, a klatka piersiowa chłopaka poruszała się szybciej, głębiej. Charlie nie odważył się podnieść wzroku, widział jednak skrzyżowane na piersi ramiona ojca. Richard był rozczarowany. Jasne, że tak! Z każdą kolejną podejmowaną decyzją jego syn pogrążał się coraz bardziej! - Przepraszam, tato. - Powtórzył Charles, nie potrafiąc już ukryć drżenia głosu. - Ja myślałem... Sądziłem, że... Bo ja chciałem... - Dukał, tracąc płynność wypowiedzi. Do diabła z naukami na aurora! Dowiódł już, że jest za słaby, by iść w ślady ojca i zostać stróżem prawa! Teraz dowodził, że nie był gotów, by pójść w jakiekolwiek ślady swojej rodziny. Zacisnął pieści. - Ja wiem, że wuj dał mi szansę. Ja wiem, że ty też chciałeś tego dla mnie, tato, ale... - Wahał się, nie potrafiąc wypowiedzieć własnych myśli. Emocje Richarda opadały, lecz te Charlesa dopiero przybierały na sile. Nieważne wydawały się już te nieszczęsne świeczki! Charlie zdał sobie sprawę z o wiele gorszej kwestii. - Miałeś być ze mnie dumny, tato. - Przypomniał bardziej sobie, niż ojcu. Otarł oczy, gdy te przeklęte łzy same pchały się pod powieki! W Oslo przynajmniej zszedł Richardowi z oczu i nie musiał rozczarowywać swoją osobą! Czy to dlatego ojciec pojechał do Anglii? - Ale ja nie daję ci powodów do dumy... Co teraz powinienem zrobić, tato? Wrócę do domu, do Norwegii, jeśli tego chcesz. Nie będę tam więcej problemem, obiecuję. Charles zdołał zapomnieć o podstawowych zasadach i teraz zbierał żniwo swojej swawoli. Serce pękło mu na myśl o tym, jak bardzo zawiódł rodzinę, gdy w końcu to zrozumiał. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cameron Lupin - 21.06.2024 Południowe stragany - Świeczki i kadzidła Mulciberów -> Strefa gastronomiczna (stoisko Nory)
Odchodzę z Heather od stoiska Mulciberów i idziemy ogarniać gastro. — No... Nie wiem — burknął, przyglądając się na odległość z asortymentu rozłożonego wokół stoiska Mulciberów. Na tyle blisko, aby zobaczyć, co oferowali sprzedawcy, jednak na tyle daleko, aby zaraz ich nie zagadano na śmierć, próbując zachęcić do zakupu pierwszych z brzegu kadzidełek. — Może przejdziemy się jeszcze trochę po stoiskach? Podrapał się po szyi, aby zaraz zmierzwić sobie włosy. Chyba go to wszystko trochę przytłoczyło. Co samo w sobie było dosyć dziwne, biorąc pod uwagę, że przez całe lata trzymał się Heather i Charlesa, którzy wpadali na bardzo dzikie pomysły i uwielbiali towarzystwo. Cameron też zresztą był stałym bywalcem barów i pubów w magicznym Londynie; tłumy mu były niestraszne, zwłaszcza że w gruncie rzeczy dzielnice czarodziejów były jego domem. A jednak teraz, gdy te wszystkie bodźce zaczęły się nawarstwiać, całe doświadczenie zaczęły mu nieco... Ciążyć. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Przecież na poprzednich sabatach radził sobie całkiem nieźle. Nawet lepiej niż nieźle: razem z Heather pozowali nawet do reporterów. Uśmiechnął się do Rudej, gdy go podparła. Zdrowy związek to taki o dobrych fundamentach, co? — Może faktycznie powinniśmy pójść coś zjeść? — zaproponował słabo, nie chcąc zrzucać tej decyzji na barki Heather. — Wszamiemy coś szybko i może zdążymy na kolejne występy? No i napiłbym się czegoś. Może te nie będą zakładały tańczenia z tym... gibkim gostkiem, pomyślał z przekąsem, zmierzając powoli do strefy gastronomicznej. Może to przez to, że Cameron kojarzył nazwisko Nory, ale zdecydował się koniec końców zatrzymać właśnie przy jej budce gastronomicznej. Przez dłuższą chwilę wgapiał się w pączki i czekoladowe łakocie, próbując ocenić czy na cokolwiek na ochotę. Koniec końców zdecydował się na małą porcję lemoniady. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cedric Lupin - 21.06.2024 Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Rozmawiam z Vior i Dorą, macham do Erika Decyzja o pojawieniu się na Święcie Żniw była impulsywna i początkowo strasznie się stresował, ale powoli dochodził do wniosku, że nie było tutaj tak źle. Atmosfera była zaskakująco przyjemna, a większość ludzi naprawdę miła. Co prawda zwiedził raptem dwa stragany, większość czasu poświęcając na pomaganie Vior, ale wcale mu to nie przeszkadzało. W końcu przybył tutaj po to, żeby jej pomóc. Nie czuł jakiejś większej potrzeby na kupowanie suwenirów, a kontaktów z ludźmi miał aż nadto. Większość z nich skupiała się na straganie i sprzedawczyni, ale stojący z boku Cedric i tak czuł się z tym nieswojo. W teorii w Mungu stykał się z setkami nieznajomych, ale tam trzymał się utartych schematów i tematów, na których się znał. W kwestii biżuterii potrafił powiedzieć jedynie tyle, że bardzo podobały mu się dzieła przyjaciółki. — Ja... och — zaczął i zaraz urwał, zmieszany tak nagłą zmianą tematu. Onieśmielało go to, jak swobodnie Vior przeniosła temat rozmowy z troski na wieczorne spotkanie. Czy miał coś przeciwko? W teorii siedzieli razem już od rana, ale nie czuł się zmęczony jej towarzystwem, wręcz przeciwnie. Fascynowało go to, jak uporządkowane było życie Vior. — Umówmy się tak, że przyniosę ci coś do jedzenia, a gdy będziesz jadła, zajmę się towarem... tylko bądź w pobliżu. Gdyby chcieli pytać o detale, bo o tym im raczej nie opowiem — odparł w końcu, ale widać było po nim, że jeszcze nie skończył — Tak, zapraszam cię na kolację — dorzucił nieco ciszej, unikając przy tym jej wzroku. Z jakiegoś powodu poczuł się strasznie dziwnie, gdy to zdanie opuściło jego usta. — Muszę dopilnować, żebyś nie poszła spać, nie jedząc dzisiaj niczego poza lemoniadą i przekąskami — dodał szybko, chcąc podkreślić, że po prostu się o nią troszczy. Powoli zaczynał się irytować na te losowe fale zakłopotania, które łapały go w praktycznie każdej ich rozmowie. Czy naprawdę nie mógł się zachować normalnie chociaż raz? Naprawdę prosił o tak wiele? — Ja tylko ci pomagam, a czuję się bardziej zmęczony niż po dyżurze w Szpitalu. Muszę dopilnować, żebyś dotarła do łóżka. Nie chcemy, żebyś zasnęła na ławce, prawda? To moja fucha — dorzucił, lekko się przy tym uśmiechając. — Mówiłem, że masz talent i robisz cudowne rzeczy. Powtórzę jeszcze raz, powinnaś pójść na swoje. Spójrz, ile osób coś dzisiaj kupiło. W takim tempie w kilka tygodni mogłabyś sobie pozwolić na własny zakład — dodał jeszcze, szturchając ją lekko w bok. Naprawdę chciał, żeby w końcu w siebie uwierzyła i zobaczyła to, co on zobaczył jeszcze w Mungu. Vior miała talent, który nie mógł się zmarnować. Zaznaczmy, że nie miał tutaj na myśli zdolności gry w karty, chociaż tego też nie mógł jej odebrać. — Myślę, że granie z Tobą oduczyło mnie zabawy w hazard. Poza tym, nie bawię się zbyt dobrze, gdy gram w karty z innymi ludźmi. Oni nie dają mi forów — dokończył, zerkając na nią z lekkim rozbawieniem. Z jednej strony cieszyło go to, że spotkał tak wielu znajomych, ale z drugiej czuł się też niekomfortowo. Nie do końca chciał, żeby każdy wiedział o tym, że spędza tyle czasu z Vioricą. Nie, żeby robili coś złego. Po prostu... po prostu nie. Nawet matce nie wspomniał o tym, że będzie dzisiaj pomagał przy jakimś kramie. Miał nadzieję, że uda mu się zostać niezauważonym, ale tak właściwie to przyłapało go już chyba z dziesięć osób. Miałjedynie nadzieję, że plotki nie dotrą do Munga. — W sumie masz rację. Po prostu, um, nie byłem tutaj od lat. Będę pamiętał na przyszłość, okey? — odparł lekko zakłopotany, posyłając Dorze lekki uśmiech. Gdy ta skupiła się na biżuterii, pomachał do Erika, który również się tutaj zjawił. No tak, zaraz naprawdę zaliczy spotkanie ze wszystkimi znajomymi i przyjaciółmi. Z niemałą ciekawością obserwował te chaotyczne zakupy przyjaciółki, stając nieco z boku, żeby mieć lepszy widok. — Och, w sensie, tak — rzucił, nieco zaskoczony tą nagłą zmianą tematu. — Gdybyś czegoś potrzebowała to mów, Vior — rzucił, po czym szybko się zreflektował — Aczkolwiek polecam też Dorę. Potrafi warzyć doskonałe eliksiry! — dokończył, posyłając pannie Crawley szeroki uśmiech. Przy innych znajomych czuł się nieco nieswojo, ale przy niej mimowolnie zeszło z niego nagromadzone do tej pory napięcie. Chyba dlatego, że przy niej nie bał się tego, że będzie go osądzała. — Do Warowni? W sumie o tym nie pomyślałem, ale... Vior, chciałabyś? Byłaś w Dolinie? Jeśli nie to moglibyśmy ją zwiedzić. Mnie trochę już tam nie było, ale Dora doskonale się orientuje. No i moglibyśmy odwiedzić Warownię. Spodoba ci się, to miejsce jest wspaniałe — Ciekawiło go, co na to kobieta. Z jednej strony miał nadzieję, że się zgodzi, ale zaczął się zastanawiać, czy nie jest zbyt nachalny. W końcu ostatnio spędzali ze sobą sporo czasu, a dzisiaj mieli ze sobą spędzić w sumie cały dzień. Nie chciał, żeby poczuł się przez niego przytłoczona. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 21.06.2024 Za sceną
Typ czuł się generalnie źle. Euforia sprzed chwili już niemal całkowicie z niego wyparowała - pozostał głównie strach, obok strachu szybko ułożył się lęk przed konsekwencjami tego, co zrobił dzisiaj na tej scenie. Gdzie znajdowała się granica jego wybryków? Stawał się coraz większym i wyraźniej widocznym problemem. Dostrzegał to, ale co miał kurwa zrobić? Miał zostawić Alexandra i zaszyć się gdzieś znowu? Mógłby przestać występować, ale... nawet to lubił. Treningi do tego występu były jedną z niewielu rzeczy, jakie w ostatnich dniach przyniosły mu prawdziwy spokój. Może i zwymiotował właśnie ze stresu i miał poczucie zrobienia czegoś wbrew własnej naturze, ale burzenie murów jeszcze nigdy nie przyniosło mu takiego poczucia satysfakcji. Widział oczy tych ludzi i rozumiał, że podobało im się to, co stworzył. - Taaa, jest coś w twojej twarzy... - zażartował. Przy tak stłumionym głosie brzmiało to dosyć żałośnie. Skorzystał z jego pomocy, ale niczego nie robił chętnie. Ha, tak naprawdę to sporo oddałby za uczucie dotyku tych delikatnych dłoni na swojej twarzy i jeszcze kilka (naprawdę... tylko kilka) słów troski, ale jednocześnie dostrzegał już jakąś subtelną różnicę - czuł coś do Laurenta, ale to różniło się od tego, co związało go z pozostałą dwójką. Nie potrafił tylko zrozumieć co, udawał więc, jak zawsze na początku ich spotkań z zeszłego miesiąca, że wcale mu nie zależy. - Naprawdę dajesz mi wodę święconą? - Uniósł w górę brwi, skupiając się całym sobą, żeby jakoś ustabilizować to, jak mówił. Musiał być Crowem, tylko w tej postaci nie potrafił być subtelny. - Napluj do niej, to może nie wypali mi wnętrzności. Ostatecznie to... zasłużył sobie na to, żeby dostać od Alexandra w mordę. Teraz zirytowany na niego był też Prewett. Fajnie. Naprawdę chciałby się zmienić, ale wystarczyło mu kilkanaście dni braku zainteresowania, żeby wzywał go syreni śpiew i te żeglarskie bzdury. Kilka dni temu powiedział mu, że to koniec, nigdy więcej, od dziś będzie wierny, nuh-uh, a teraz wiedział - dostanie jakikolwiek rozkaz z tych ust i tak się stanie. Złapał nawet tę durną butelkę z wodą święconą. Dałby mu zrobić z siebie głupka? W sumie to już dał, tego dnia kiedy miotał się z pożądania jak obłąkany, a on gasił go lub rozpalał jednym zdaniem. - Wziąłem go na miarę - wyjaśnił. I kompletnie nie rozumiał, dlaczego Laurent oddał mu ten pierścionek na zawsze. Co on niby miał z nim zrobić? Nosić sobie na szczęście? Chyba na pecha. Nie chciał niszczyć jego ani siebie. W jego idealnym świecie nić, jaka ich łączyła była czysta. Pozbawiona bólu, który na nich zrzucił durnymi decyzjami. Nie istniało żadne jebane napięcie, istniało wsparcie, to była nić porozumienia. Nie zaczerwienił się, jedynie wpatrywał się w niego tępo, przyjmując tę paczkę pralinek. Normalnie kiedy dostawał coś tak drogiego, pierwszą myślą wpadającą mu do głowy było podzielenie się tym z bliskimi. Alexander miałby czekoladę gdzieś, Cain by się z niej ucieszył. Ale nie z tej konkretnej. Tutaj musiał zgodzić się z obojgiem - czasami kochać kogoś znaczyło, że powinieneś darować sobie pewne detale i oszczędzić wszystkim żenady. Chciał mu na to odpowiedzieć, ale zanim zebrał się na odwagę, w zasięgu ich wzroku pojawił się Jim. Reakcją Crowa na to, co jego brat miał do powiedzenia na temat trzymanej przez niego butelki, było nieudane powstrzymanie parsknięcia. Nawet nie próbował z tym walczyć, od razu wylał zawartość na bruk, chcąc oszczędzić mu gniewu. Od unoszenia brwi robiły się zmarszczki na czole. Taak, powinien wziąć to na poważnie, bo Jim traktował to poważnie, ale na litość boską (hehe) jak on miał się nie zaśmiać z tych wszystkich biblijnych porównań, tak wesoło zahaczających o nieznane starszemu Bellowi detale jego biografii? - Dał mi czekoladki w prezencie za dobry występ - powiedział spokojnie, szczerze licząc na to, że Laurent ten spokój podłapie. - Chcesz? - Zapytał, podając mu pudełko, z którego zdążył już wyżreć dwie, kiedy Jim krzyczał coś o Judaszu. To był też jego sukces. Blondyn dobrze odczytał to, czym mógł sobie Crowa zawsze udobruchać - on naprawdę lubił słodycze. - Nie. - Pokręcił głową. W gruncie rzeczy... ha, to skutecznie odwróciło jego uwagę od wszelakich problemów. Ułożył dłoń na ramieniu Laurenta, dając Jimowi wylać z siebie kolejne wiadro pomyj. - Muszę mu coś dać, zanim stąd pójdzie. - A ta rzecz znajdowała się w jego kurce pozostawionej w namiocie. Nie miał tego przy sobie. - Laurencie, to jest mój brat Jim, zaklinacz ognia. Jimie, to jest Laurent, eee, czym ty się właściwie zajmujesz? Lubi konie, czy coś tam. Z trudem podniósł się z tego stołka. - A później chcę iść do koła fortuny - oznajmił. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bertie Bott - 21.06.2024 Bertie domyślał się, że w tym momencie nie był czymś, czego chciała; nie był jej bratem, w którego ramionach najchętniej by się teraz schowała, tak przytłoczona wszystkim, co do niej przychodziło. Ale mimo tego starał się być wystarczający, by wyrwać ją z tego, co działo się w niej. By chociaż odrobinę ją przed tym przysłonić. Czekał cierpliwie, aż to ona go puści, gotowy dać jej cały czas pod słońcem. Wieczność nawet, gdyby tylko tego potrzebowała. A kiedy wreszcie odpuściła, przestał ją gładzić po głowie, zamiast tego obejmując ją prawym ramieniem i przyciskając do swojego boku w opiekuńczym geście. Byłby gotowy pewnie sam wleźć na te scenę i się zbłaźnić, gdyby tylko miała mu na to pozwolić, ale przeczuwał że czuła potrzebę chociaż udawania, że jest okej. - Coś słodkiego, no dobrze. Na pewno coś takiego się tutaj znajdzie - rzucił łagodnie, prowadząc ją dalej przez tłum, w kierunku stoiska organizowanego przez Norę. - Powiedz, co takiego planujesz zaprezentować na scenie? Krok po kroku - powiedział jeszcze, ale nie dlatego że chciał wiedzieć. Bott zdążył już wyłuskać te informacje z rozmów, ale teraz próbował zwyczajnie odwrócić jej uwagę od niepokojów które nią targały. Krok miał szybki i pewny, kiedy mijał kolejne stoiska, aż wreszcie wprowadził ją na podest gdzie ustawione były stoliki i znajdował się bar. Z miejsca zaczął się rozglądać za czymś słodkim i jego spojrzenie szybko padło na stanowisko z watą cukrową, którą widział to tu to tam, niesioną przez ludzi w tłumie, którzy się nią zajadali. Podszedł do niego, prowadząc ze sobą Millie i z miejsca poprosił o dwie waty, a kiedy je dostał zaraz podał jedną z nich Moody, samemu zabierając się za jedzenie swojej. kość na kolor od waty [roll=1d10] |