![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bertie Bott - 22.06.2024 - Fioletowy?! - zapytał Bertie, macając się dłonią po głowie, bo jakby nie patrzeć to ciężko mu było samemu spojrzeć teraz na swoją głowę. Przydałoby mu się jakieś lusterko, albo coś takiego, nawet jeśli wierzył jej na słowo, ze akurat taki kolor zagościł na jego głowie. - Aż się bardziej głodny zrobiłem, jak wspomniałaś o tej jagodziance - nawet się odrobinę rozmarzył, bo takiej dobrej to w sumie dawno już nie jadł. Musiał to zmienić i upiec trochę, jak tylko wróci do domu. Chociaż chyba nie miał jagód... Ale w takim razie musiał zrobić jagodzianki, jak tylko zdobędzie jagody. - Jasne włosy? Po co ci jasne włosy? - zapytał ją z miną, jakby absolutnie nie widział powodu, dla którego powinna zmieniać kolor fryzury. - Przecież ci bardzo ładnie w tych twoich które masz teraz. Nie był specjalistą od damskiej urody. A może był, bo przecież zdążył w swoim życiu mieć już trzy żony, ale akurat ten aspekt osoby nigdy nie był dla niego przeważający. Blondynka, szatynka, brunetka, ruda - wszystko jedno, o ile była w stanie cieszyć się jego gotowaniem i żyć w tym jego dworku i razem z nim zajmować się inwentarzem. - Tak, na scenie - przytaknął, rwąc trochę waty i zajadając się nią. Ale zaraz sam przywołał na swoją twarz szok i niedowierzanie, bo Millie trochę go zaniepokoiła tą rewelacją, że w sumie zamiast się zajadać tutaj, to powinni biec za scenę i stać w gotowości. - Pelerynę? Kurcze Mills, ja nie wiem... A co z twoimi włosami? Są ZIELONE- rzucił, wyraźnie zbity z tropu, ale zaraz się wyprostował i wyciągnął różdżkę. - Raz, dwa, trzy - machnął, ale nie chciał jej wyczarować peleryny tylko transmutować jej ubranie w coś, co chociaż z daleka mundur brygadzisty by przypominało. I modlił się zaciekle, kiedy rzucał to zaklęcie. transmutacja na replikę munduru brygadzisty [roll=N] [roll=N] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lyssa Dolohov - 22.06.2024 mulciber moonshine To było proste pytanie, ale Lorien wyglądała jakby się go trochę nie spodziewała. Może dlatego, że Lyssa ogólnie sprawiała wrażenie dobrze wychowanej młodej panny, ale prawda była taka, że była ignorantką. Nie chciała wiedzieć rzeczy, które mogły jej się nigdy nie przydać. Robert wysyłał do Francji swoją córkę, ale Richard siedział w Norwegii i tam miał swoje życie. Szanse na spotkanie go kiedykolwiek, tym bardziej jego dzieciaków, było znikome. Lyssa pamiętała wszystko, dlatego więc opracowała dogodną dla siebie strategię przyjmowania pasywnie informacji. Wiedziała to co samo do niej przyszło; jeśli coś nie leżało w jej zainteresowaniach albo nie było od niej wymagane, zwyczajnie odwracała wzrok i zakrywała uszy, bo jej głowa była kłębowiskiem zbędnych informacji. Było ich za dużo, za bardzo, zbyt... Została sama. Zamrugała powoli, uświadomiwszy sobie że gdzieś zgubiła Lorien. Poprosiła ją o pilnowanie stoiska, ale była to informacja która dotarła do niej jakby zza mgły, kiedy mózg zmagał się sam ze sobą. Na kolanach wciąż miała swojego nowego pupila, przed nią wciąż rozpościerała się lada na której stały próbki i butelki Mulciber Moonshine. A przed nią stała Victoria. Obdarzyła kobietę lekkim, całkiem zadowolonym uśmiechem. - Cóż, to stanowisko mojej kuzynki - powiedziała, a kąciki jej ust drgnęły delikatnie w grymasie, bo trochę nie chciała być kojarzona ze zwykłą sklepikarką. Za bardzo by jej to uwłaczało. - Zniknęła gdzieś. Przepadła. Jej macocha też. A jako, że to rodzina to postanowiłam przypilnować. Niedługo powinni wrócić. Mam nadzieję, ale w tym czasie proszę, częstujcie się - uśmiechnęła się jednym ze swoich najładniejszych uśmiechów, spoglądając to na Lestrange, to na stojącego obok niej mężczyznę. No właśnie. - A twój przyjaciel to...? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 22.06.2024 Północne stragany
Pewnych rzeczy nie powinno się zdradzać innym. Tak po prostu. Bez zastanowienia. Abbottowie sporo zarabiali na produkcji oraz sprzedaży alkoholu. Dzielenie się recepturami, które udoskonalali przez lata, nie było w tym przypadku czymś, co byłoby im na rękę. Nie znaczy to jednak, że Sophie nie powinna była próbować. Szansa bowiem istniała zawsze. Człowiek, który nie podejmuje żadnych działań, nigdy nie osiągnie sukcesu. Prosta prawda. Nie wiedząc o tym, jakie myśli krążyły po głowie Stanleya - całe szczęście! - Penny nie mogła na ten pomysł zareagować. Ani zgodzić się na spotkanie, ani też się od takowego jakimś cudem wymigać. Odmawiając udzielenia jakiejkolwiek pomocy tej całej Sophie. Zamiast tego skupiona pozostawała na tym, co właśnie robili - wspólnym piciu gruszkówki. Otrzymawszy swoje zapewnienie, Emily się trochę uspokoiła. Nie miała bowiem żadnych podstaw do tego, żeby Matthew nie ufać. Dla niej był zwykłym czarodziejem, względem którego kuzynka zachowywała się przyjaźnie. Może nawet znała dłużej niż kwadrans? O słodka naiwności... Zaczepiona przez ojca, blondynka zmuszona została do pozostawienia ich samych. Posłała tylko przepraszający uśmiech, po czym zabrała się do obsługiwania innych klientów. - Zdrowia nigdy mało. - Penny tymczasem skwitowała propozycje Matthew, po czym uniosła kieliszek do toastu, a następnie tak po prostu wlała w siebie całą jego zawartość. I cóż. Prawda była taka, że ruda szczególnie dziewczęco przy tym nie wyglądała. I bardzo łatwo dało się zauważyć, że z alkoholem musiała mieć sporo styczności. Pusty kieliszek odstawiła na ladę. Następnie, odrzucając lekko do tyłu głowę, zaśmiała się głośno, słysząc słowa Matthew. Rozumiała to. Rozumiała to aż za dobrze. Zgadzała się też z tym, że dla dobra ich obydwojga, dobrze było się stąd wynieść. Najlepiej udać się możliwie daleko od tego stoiska. - Na scenie chyba zaczął się jakiś konkurs. - nie bardzo na to zwracała uwagę, nie była więc w stanie jakoś tak dokładniej określić, co to był za konkurs. - Mamy też do wyboru stoiska po drugiej stronie. Albo loterię. Wybieraj. - dała mu w tym przypadku wolną rękę, co zdawało się być fair, skoro stoisko Abbottów wybrała wcześniej sama. Teraz wypadałoby się zamienić. Ruda z takim zamienianiem się problemu nie miała. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Alexander Mulciber - 22.06.2024 Południowe stragany Wróżby miały czasem tę irytującą właściwość, że spełniały się w aż nazbyt dosłowny sposób. Odwrócone Koło fortuny, które wypadło dzisiaj z talii Alexandra, wydawało mu się w tym momencie szczególnie nieśmiesznym żartem. Może i był nałogowym hazardzistą. I co komu do tego? To, co siedziało w jego pulsującym tępym bólem łbie, było tylko i wyłącznie jego sprawą, i nie zamierzał pozwolić, by grzebała mu tam banda uzdrowicieli. Kiedyś sam wspaniałomyślnie zaoferował Murtaghowi, żeby ten, w ramach eksperymentu, zajrzał do jego głowy za pomocą legilimencji – Alexander zawsze interesował się magią umysłu, i był szalenie ciekaw, jak człowiek pozbawiony trzeciego oka zareaguje na bezpośrednie zetknięcie z absolutem – niestety, przyjaciel szybko go zbył, twierdząc, że zawartość spierdolonego umysłu Mulcibera przyprawiłaby go co najwyżej o ból głowy. Alexander wolał zaufać tej ekspertyzie. – Żadnego szpitala. – Co prawda, kilka minut wcześniej wyrzygał publicznie zawartość żołądka, ale w tym momencie starał się wyglądać jak okaz zdrowia. Przejechał ręką po twarzy, zanim spojrzał na aurora swoimi wiecznie delikatnie przekrwionymi oczami. – Co chcesz usłyszeć, Moody? Bulstrode uderzył Notta świeczką w kształcie chuja – odpowiedział chłodno. – Nie wiem, który z nich wkurwia mnie bardziej, więc wybierz sobie, którego obsmarować w raporcie. A z McKinnonem – skrzywił się, ale zachował opanowanie – to było nieporozumienie. Jakie jeszcze karty wyciągnął rano? Ach tak: Siódemka pucharów roztaczała przed nim wspaniałe wizje upadku Hadesa McKinnona, ale Ósemka denarów podpowiadała, że bez jego wstawiennictwa ten zjeb po prostu straci pracę. Całe dnie będzie się potem byczył na kanapie u Ambrosii, a w przerwach – awanturował pod jego kamienicą. Gorzej, jakby przyjęli go z powrotem do Departamentu Tajemnic: tego Mulciber by nie zniósł. Widok obmierzłej mordy McKinnona przy biurku obok, dzień w dzień, aż do emerytury, niechybnie doprowadziłby go na skraj wytrzymałości: musieliby go odstawić z Departamemtu Tajemnic prosto do Lecznicy dusz... Tylko tam zapewne wylądowałby na łóżku obok Donalda. Czyli zostawał Azkaban, pomyślał dramatycznie Mulciber. Wyobraził sobie, jak topi Hadesa w basenie z mózgami w jednej z komnat Departamentu. Może jakby wlało mu się przez uszy trochę tej neuroodżywczej esencji, w przyszłym wcieleniu zdołałby wyhodować trochę szarych komórek. Bo Mulciber wiele rzeczy widział w życiu, ale takiego okazu bezmózga chyba jeszcze nigdy. Co on sobie myślał, wszczynać burdę w obecności tylu świadków, i to w pełnym umundurowaniu brygadzisty? Nawet Alexander nie był tak głupi. Zazwyczaj. Nie miał innego wyjścia, musiał polubownie załatwić całą sprawę z pieprzonym Alastorem Moody. Kiedy znowu się odezwał, mówił o wiele ciszej. – Wiesz dobrze, jak to wygląda. Umundurowany brygadzista spuszcza w tłumie wpierdol cywilowi. – Alex zaczął masować skrzydełka nosa, z pewną ulgą stwierdzając, że ten albo nie został złamany, albo zdążył już zapomnieć, jak Bulstrode mu go nastawiała. – Nie chcę… Nie będę go pogrążał. Nie jestem jebanym Nottem. Dogadajmy się. Nie dość, że oberwał, to jeszcze musiał teraz bronić reputacji tego chuja złamanego. Najpierw cała ta afera ze stoiskiem Mulciberów, a teraz to. Kurwa mać, on się przecież ani trochę nie nadawał do roli dyplomaty. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 22.06.2024 Mulciber Moonshine Kiedy diadem wylądował na jej głowie to zrobił już o wiele mądrzejszą minę. Taką wszystkorozumiejącą, a przynajmniej rozumiał to, co właśnie przed sobą widział - czyli bardzo ładne połączenie srebra z ciemnymi włosami Victorii. Nie zmieniało to tego, że wyglądała śmiesznie, jak jakaś księżniczka z bajki wyjęta, ale te dwa odczucia wcale nie były ze sobą zbieżne. Śmieszność nie była odgórna - bo to, co widział, było przecież naprawdę piękne. Uniósł dłoń i pokazał kciuka w górę w komentarzu do pięknego obrazka, jaki dostał przed sobą. Ten powolny ruch był sam w sobie prawie jak wyczekiwany komentarz. Mógł celowo nie chcieć się domyślać, czego ludzie od niego chcą i co sami czują, ale w tym wypadku wiedział doskonale, że skoro zapytała, skoro przymierzyła, to teraz komentarz był nawet więcej niż pożądany! Nie musiała dopytywać. Komentarz sam się dopowiadał. - Jest ok. - Pokiwał głową z uznaniem. - Pięknie wyglądasz. - Nawet sobie darował standardowe, że "jest zajebiście", czy coś w ten deseń, nawet się wysilił na coś bardziej WYSUBLIMOWANEGO, jeśli w ogóle takim słowem można to określić. W przeliczeniu na jego standardy to naprawdę było wysublimowane. - No... jest zajebiste, ale trochę śmieszne. Jak jakiś elf wyrwany z Rivendell. - I wszystko fajnie z tymi elfami, ale może nie przenośmy ich do tej dziwnej rzeczywistości, w której i tak wystarczająco wiele istot plątało się po świecie. Oczka mu się zaświeciły i uśmiechnął się z zadowoleniem widząc kolejny alkohol do wypróbowania w zasięgu wzroku. Czy to też ma jakieś dziwne efekty jak te wszystkie driny na imprezach czarodziei? Czy może jak tamte lody - niegroźne, ale zabawne? Albo i nic - tak czy siak przecież grzechem byłoby nie spróbowanie! Ledwo powstrzymał się przed odpowiedzią na pytanie Lyssy, że to twój największy koszmar senny, czego ułatwieniem było skupienie spojrzenia na butelkach. Przesunął językiem po wargach już sobie wyobrażając smak. - Sauriel Rookwood. - Odpowiedział więc krótko, bez żadnych (o dziwo!) złośliwości i sarknięć. - I ten Sauriel Rookwood chce shota. - Położył należną sumę na blacie, żeby się uraczyć trunkiem. Pysznym zresztą. Oblizał się, spoglądając z zastanowieniem na szkło, to na butelki. Ciekawe, czy tak może wyglądać codzienne życie? Łagodnie. Leniwie. Wesoło. Gdzie największym problemem jest to, że ktoś sprzedał komuś kutasoświeczkę, a dwóch arurorów się pobiło. Czy jak to tam było. Niekoniecznie podobała mu się ta refleksa. Niekoniecznie w ogóle podobało mu się nabywanie refleksji nad własnym życiem. Już wystarczająco się nad nim nareflektował i wniosek pozostawał ciągle ten sam. Że nie warto. Wzdrygnął się, skrzywił i wrócił do rzeczywistości. - Dobre. - Wycenił mruknięciem. - Idziemy dalej czy chcesz pogawędzić? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Philip Nott - 22.06.2024 Stoisko Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Przebywając w dalszym ciągu w pobliżu tego stoiska postanowił skorzystać z możliwości zaznania chwili spokoju, który po tym co go spotkało wydawał się być w pełni uzasadniony. W chwili obecnej wydawało mu się, że nic nie było w stanie go odwieść od decyzji o opuszczeniu tego kiermaszu. Jednak zanim to zrobi to były tutaj osoby, z którymi chciał zamienić parę słów przed swoim odejściem. To też nie było tak, że pozostawał obojętny na stan swoich krewnych. Wszystko potoczyło się naprawdę szybko, dla niego i dla nich. Philip postanowił się nie wtrącać w żaden sposób w rozmowę braci-bliźniaków odnośnie wychowania dzieci - sam jeszcze nie założył rodziny i to właśnie sprawiało, że był nad wyraz miernym autorytetem w tej właśnie kwestii. Nie wszystko można było wytłumaczyć młodym wieku ani szczeniackim wybrykiem (te nawet jemu nie pozostawały obce). Pod wieloma względami sam nie był doskonałym przykładem dojrzałego człowieka, o czym świadczyło wiele aspektów jego życia. — Jest tak, jak mówi Richard... otrzymałem pomoc. Jednak nie mogę powiedzieć, abym czuł się dobrze. Za dużo się wydarzyło. A z tobą jak? A z twoją córką? — Zwrócił się do Roberta z ciężkim westchnięciem. Po czymś takim, co go spotkało, bardzo trudno poczuć się dobrze pod wpływem samej pomocy magomedycznej. Został zaatakowany w biały dzień, co poważnie naruszyło jego komfort. Motywy napastnika pozostawały dla niego w dalszym ciągu niejasne - on w jego oczach nie wydawał się być zrównoważony psychicznie. Ta napaść nie została potraktowana poważnie przez przedstawiciela Departamentu Przestrzegania Prawa. Ucierpiał na tym jego wizerunek - całe to zdarzenie zostało udokumentowane na zdjęciach, a i bez tego widziało to zbyt wielu ludzi. Z Robertem wydawało się być już wszystko w porządku. Tak jak z jego córką, która również dochodziła do siebie. — Rozważam powrót do swojego domu. Jesteś tam mile widziany, tak jak... twoja rodzina. — Poinformował swojego kuzyna o swoim zamiarze. Jako, że sam Robert pozostawał jednym z kluczowych świadków tamtej napaści, a sam zamierzał złożyć zawiadomienie o tym ataku na siebie, to chciał spróbować omówić z nim bycie świadkiem w tej sprawie. Nie bez znaczenia była nieodpowiednia reakcja pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa oraz znikoma ich ilość na wydarzeniu takim, jak to. Na podstawie tych wydarzeń wyłaniał się obraz departamentu, którego pracownicy nie radzą sobie ze swoimi podstawowymi obowiązkami. — W międzyczasie dwóch durniów się pobiło, jeden z nich nosił mundur Brygadzisty. Drugi to wasz krewny. Ja chciałem zgłosić napaść i napotkałem w tym momencie trudności z dokonaniem tego - zupełnie jakby Departament Przestrzegania Prawa wysłał tylko jednego przedstawiciela do zabezpieczania tego kiermaszu. — Starał się nakreślić część albo nawet całą sytuację, jednak mógł nie być w tym wszystkim wystarczająco dokładny. Pozostali członkowie rodziny Roberta mogli uzupełnić jego wersję zdarzeń. — Kto dokładnie odpowiada za produkcję tego rodzaju świeczek? Sam mam ochotę się z nim rozmówić. — Zapytał Roberta. Gdyby doszło do takiej rozmowy pomiędzy nim a twórcą tych świeczek, które w innej sytuacji, zyskałyby jego zainteresowanie, to on nie mógłby spodziewać się pochwał. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 22.06.2024 Stoisko winnicy Château des Dragons
Próba poznania intencji stojącej przed nim kobiety okazała się nad wyraz udana i pomimo pierwszego wrażenia, jakie ta czarownica na nim wywarła w pierwszej chwili po podejściu do tego stoiska. Zawężona do tego stoiska rutyna kobiety nie prezentowała się porywająco. Obsługiwanie klientów nie dla każdego człowieka było szczytem marzeń. Było to zajęcie poniżej możliwości wielu ludzi - on nie odnalazłby się stojąc za ladą i obsługując klientów. Po drugie, tego typu praca wymagała od każdego, kto się na nią zdecydował, zaangażowania i sprawnego działania. Ono w jego przypadku nie było mocną stroną. Za to nie brakowało mu pozytywnego nastawienia do innych ludzi - to ich łączyło. Teraz ta rozmowa z kobietą może być znacznie przyjemniejsza. — Teraz rozumiem zamysł i jestem szczerze zaintrygowany tym. Wszyscy potrzebujemy nadziei. W ostatnim czasie też trudno o wesołość. W takim razie pora już na degustację, chętnie przekonam się czy panu Shafiqowi udało się to osiągnąć. — Powiedział do kobiety podczas sięgania po kubeczek z winem. Skosztowany przez niego trunek miał lekko różową barwę. Słodko-kwaskowy smak niósł ze sobą orzeźwienie, natomiast zakończenie w postaci ostrości było dla niego zaskoczeniem, które podrażniło jego kubki smakowe. — Wspaniałe... proszę mi wybaczyć, nie jestem ekspertem w sprawie win. Wezmę całą butelkę. A byłaby możliwość wzięcia wina w ilości degustacyjnej dla dwóch osób na wynos? W tym tłumie jednak wolałbym nie nosić kubeczków. — Stosunkowo lakoniczna pochwała pozostała szczera. Nie będąc prawdziwym koneserem win nie zamierzał się silić na wnikliwe analizy tego trunku. Sam chęć zakupienia jednej butelki wina także nie pozostawała bez znaczenia. Zgodnie ze swoim wcześniejszym postanowieniem zdobycia wina w ilości degustacyjnej dla swojej przyjaciółki i jej chłopaka. — Moim zdaniem powinna pani to zrobić. Nie powinniśmy robić czegoś, do czego nie czujemy powołania. — Wyraził swoje zdanie, uśmiechając się zachęcająco. Czarownica siedziała przy tym stoisku od początku tego kiermaszu, co nie wydawało się dla niej dobre. Prawdopodobnie pozostawienie tego stoiska z winem nie wchodziło w grę na dłuższy czas, ale każdy czasem potrzebował przerwy. @Millie Moody RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 22.06.2024 Świeczki Mulciberów Wzdychając dramatycznie w myślach, Leonard mógł jedynie uśmiechnąć się kwaśno na tę, absolutnie niepotrzebną upartość Roberta. Komu planował tak naprawdę zrobić najbardziej na złość swoim złym samopoczuciem? Im, czy raczej sobie? Kiedy tak teraz jednak o tym myślał, być może cała sprawa rzeczywiście miała podkład psychologiczny? Nawet jeśli nie specjalizował się w tej dziedzinie tak, jak poniektórzy uzdrowiciele, miał dostateczne pojęcie, żeby móc snuć pewne podejrzenia. Tymczasem to ciotkę Lorien obrzucił uważnym spojrzeniem. Swoją 'troskę' o męża z całą pewnością okazywała w stawiający wiele rzeczy pod znakiem zapytania sposób. Nie żeby jego samego jakoś szczególnie to martwiło. Nie jego kobieta, nie jego problem. - Wciąż uważam, że odpoczynek byłby wskazany - postanowił wtrącić z tym samym, przyklejonym do twarzy uśmiechem, w któym jednak dało się dostrzec tym razem pewną pobłażliwość. - O ile wuj nie planuje zagwarantować nam powtórki z rozrywki w najbliższym czasie, ma się rozumieć - dodał tym razem już nieco stanowczej. Nie lubił, kiedy jego starania szły na marne. Zwłaszcza za sprawą nieodpowiedzialności pacjentów. Jedno licho wie, ilu skazałby w swoim poprzednim miejscu pracy na radzenie sobie z efektami różnorakich wypadków w pojedynkę, gdyby to od niego zależało. I to tylko dlatego, że ci wykazywali oporność w zaleceniach. Przynajmniej wyczarowaną przez Charliego wodę Robert przyjął bez większego sprzeciwu. Podpytywany o zdarzenia, które wujowi ewidentnie umknęły, sam mógł osobiście tylko wzruszyć ramionami. - Jedno wielkie zamieszanie i nieoczekiwane bójki z cholera wie jakich, prywatnych powodów. Zdaje się, że pewni osobnicy tylko czaili się w pobliużu, żeby narobić kłopotów. Osobiście nawet nie obchodziło go to jakoś szczególnie. Choć musiał przyznać, że cały obrót sytuacji niemało go rozbawił w pewnych momentach. Jedna tylko rzecz wciąż martwiła, gdy w obrębie wzroku pojawiła się Sophie. Leonard zmarszczył brwi i przeskanował jej osobę od stóp do głów. Nie wiedział, czy chce wspominać o tym, co przydarzyło się kuzynce. Wyglądało zresztą na to, że czuła się na tyle dobrze, żeby rozkręcić nową dramę. - Sophie... Twój ojciec nie umiera - zwrócił się do niej, rozcierając dłonią kark. Radzenie sobie z płaczącymi kobietami nie było jego mocną stroną. Wzrokiem spróbował też odszukać brata i ojca, którzy odeszli gdzieś na bok. Biedny Charlie pewnie zbierał teraz słowne cięgi. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wylewających łzy przybyło. Z odległości spróbował więc ocenić straty w nastrojach panujących między ojcem a bratem. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 22.06.2024 Charles nie panował nad emocjami. Jego oddech przyspieszył jeszcze bardziej, a po policzkach polały się kolejne tłuste krople łez, gdy czekał na werdykt ojca. Prośba o podniesienie wzroku musiała zostać długo przemyślana i dopiero po długich, ciągnących się sekundach Charlie uniósł twarz. - Dobrze, tato. Przepraszam. - Ptwórzył jeszcze raz, próbując wziąć się w garść. Nie był już dzieckiem, musiał o tym pamiętać tak, jak pamiętał o tym ojciec. Polecenie zajęcia się drugim stanowiskiem Mulciberów dobrze wróżyło na przyszłość. - Nie ma już świeczek. Wszystkie sprzedane. - Przypomniał, bo jego wyroby rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Pozostały tylko te, które zostały w rękach Leonarda i te zniszczone za stoiskiem. Objęcie ramieniem zadziałało jak dobrze wymierzone, łagodzące zaklęcie. Charlie wcisnął twarz w ubranie ojca i pozwolił sobie na kilka kolejnych łez, lecz i te szybko opanował. Musiał przejść do obowiązków! - Dzięki, tato. - Mruknął jeszcze, oddając Richardowi wolność. - Nie zawiodę cię. I naprawdę zamierzał przyłożyć się do... do tego, co postawi przed nim świat. Zacznie od zadbania o Lyssę i Mulciber Moonshine, a następnie przejdzie do rozmowy z ojcem i wujem i wzięciem na siebie odpowiedzialności za popełniony czyn. Przetarł oczy, by pozbyć się reszty wilgoci. Nawet bez załzawionych oczu ciężko było ocenić, kim mogła być dla niego Lyssa. Wyglądała na starszą, ale nie mogła przecież być ciotką? Może kuzynką, co najwyżej? - Dzień dobry, Lysso, pomogę ze stoiskiem. Tata prosił. - Odezwał się więc do krewnej. - Dzień dobry. - Przywitał też Victorię, choć widział ją parę minut wcześniej przy własnym stoisku. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Celine Delacour - 22.06.2024 Strefa gastronomiczna
W żyłach Celine płynęła krew wiły. I cóż - jak zapewne łatwo się w tym przypadku domyślić - nie było to w żadnym razie czymś pozbawionym znaczenia. Również w chwilach takich jak ta, kiedy nie starała się korzystać ze swoich zdolności, nie dało się blondynce odmówić pewnego wdzięku. Pewnej lekkości. Nic dziwnego, że zdobycie sympatii inny osób, przede wszystkim tych płci przeciwnej, na ogół nie stanowiło dla niej większego problemu. Nie musiała się w tym celu jakoś bardziej starać. - Uważaj, bo zacznę to bezczelnie wykorzystywać. - zareagowała na jego deklaracje. Nie dostrzegała w tym wszystkim nawet cienia fałszu. Dla niej chłopak wydawał się prawdziwie autentyczny. Cóż. Może była trochę (bardzo) naiwna. Czy w sumie kogokolwiek by to zdziwiło? Wysłuchała jego streszczenia, kiedy chodziło o znajdujące się w karcie napoje. Wybór zdawał się wcale nie najgorszy, jeśli pod uwagę wziąć, że znajdywali się przecież na zwyczajnym kiermaszu. Czy ją to zaskoczyło? Nawet jeśli tak, to Delacour nie dała tego po sobie poznać. Chwilę się zastanowiła. - Dawno nie piłam herbaty brzoskwiniowej. - zastanawiała się na głos. - Gdyby tak dodać do niej ze dwie glaçons. Hm... Być może oczekiwała trochę zbyt dużo. Z drugiej - byli tu sami czarodzieje. Czy zorganizowanie dwóch kostek lodu mogło stanowić w tym przypadku dla kogokolwiek większy problem? Tak samo jak i skorzystanie z innych sposobów na skuteczne schłodzenie napoju w ten bądź co bądź ciepły dzień. Albo raczej wieczór. - Nie mów, że jesteś kulinarnym snobem. - udało jej się nawet wyglądać na przejętą tą perspektywą. Tak jakby czyjeś preferencje kulinarne miały dla niej jakiekolwiek znaczenie. Może nawet mogłaby się z ich powodu poczuć mniej lub bardziej urażona? - Bo jeśli tak, to w tym kraju czekają Ciebie ciężkie miesiące. - dodała, już innym tonem; już się z chłopaka nie naigrywając. Nie strasząc? Choć tego ostatniego to nawet jeszcze nie zaczęła robić. Nie zdążyła. - Obiecałam Agnès, że nie zostawię Ciebie samego. Będę Twoją nounou, chwilowo jesteś na mnie skazany. - dodała, odnosząc się tym samym do propozycji przejścia się po stoiskach. Nie zamierzała kuzynowi odmawiać. Następnie sięgnęła po odłożoną przez niego kartę. Czas leciał, a ona musiała wreszcie się na coś konkretnego zdecydować. Może faktycznie powinna wybrać tę herbatę? Westchnęła. - Weź mi również herbatę. Nie będziemy tego przedłużać. - zadecydowała. Kiedy tylko Matthias się oddalił, chwilowo swoją uwagę zdecydowała się poświęcić temu, co aktualnie działo się na scenie. |