![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jonathan Selwyn - 24.06.2024 Na scenie z Geraldine, Erikiem i Anthonym [inny avek]https://64.media.tumblr.com/d6691cb8e88acbcbc6041bed4d243f05/2a8ed1c59d4bcaa3-9e/s500x750/dbd88fc5cc030d2dbf7b34a8bac422cbafbaf52c.pnj[/inny avek] Łuk naprawdę nie wydawał mu się być szczególnie trudnym instrumentem mordu. Ot długi półokrągły grzbiet i elastyczny sznurek. Jonathan zdecydowanie uważał się za istotę bardziej skomplikowaną, niż łuk, więc uważał również, że miał całkiem niezłe szanse, by nagiąć go do swojej woli i strzelić w sam środek tarczy śladem za młodą Yaxley. Musiał po prostu trafić do celu, najlepiej lepiej niż Erik i Anthony, ale jako że było święto i wszystko odbywało się w radosnej, przyjacielskiej atmosferze, zadowoli się jeżeli wypadnie jedynie lepiej od Erika. I teraz jak się tak na tym zastanawiał, gdy przyglądał się swojemu łukowi, który z uśmiechem odebrał od Geraldine, to chyba nawet wolałby, aby wygrał Anthony dla samego komicznego wydźwięku faktu, że wielki baron win, otrzymałby w nagrodę piwo, którym tak gardził. Wizja ta nie była jednak, aż tak kusząca, aby nie próbować wygrać. Jonathan omiótł jeszcze wzrokiem jego, to znaczy ich, widownię, uśmiechnął się i napiął łuk gotowy do oddania trzech strzałów. Miał nadzieję, że ktoś właśnie robił zdjęcia, bo był przekonany, że wszyscy trzej wyglądali teraz szalenie przystojnie, gdy tak szykowali się do oddania strzału. Kto by tam sobie zawracał głowę tym, czy ich strzały dosiegną swojego celu, gdy sami strzelcy mogli teraz spokojnie uchodzić za inspiracje do niejednej rzeźby? Percepcja (III) + Aktywność Fizyczna (I) Pierwszy strzał [roll=Z] [roll=O] Percepcja (III) + Aktywność Fizyczna (I) Drugi strzał [roll=Z] [roll=O] Percepcja (III) + Aktywność Fizyczna (I) Trzeci strzał [roll=Z] [roll=O] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Neil Enfer - 25.06.2024 Południowe stragany - Stoisko Nory
To go kosztowało wiele wysiłku. Po pierwsze dojść do mieszkania, po drugie rozpakować wszystko tak, żeby się nic nie zniszczyło, a po trzecie wyruszyć na poszukiwania telefonu. Nie było to takie łatwe, w końcu Londyn dzieli się na magiczny zwany również deztelefonowycm i na niemagiczny zwany również telefonowym, a on właśnie telefonowego potrzebował. Szybkie zadzwonienie, dogadanie szczegółów i znów był na targowisku festynowym. Ehhh, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, chyba, że tata ładnie prosi i trzeba iść. Czego dla niego nie zrobi, co? Najpierw jednak uznał, że powinien kupić coś do jedzenia, w końcu śniadanie nie może składać się z samej wody i powietrza. Wybrał więc stoisko Nory, z którą i tak musiał porozmawiać o pewnych sprawach, choć nie uważał za stosowne rozmawianie z nią o pracy teraz kiedy... była w pracy, byłą na festynie? Czy to czas wolny. Trudno powiedzieć. Podszedł jednak do stanowiska i zobaczył, że Nory przy nim nie ma, jest za to Wendy z którą często trafiał na zmiany i którą dobrze znał. Już miał zamawiać bułki, kiedy kątem oka wyłapał znajomy kolor włosów. Mało jest rudych na tym świecie, ale ten odcień akurat zapamiętał po tym, jak go czarownica wystraszyła prawie na zawał wtedy w polu. - Oh, to ty. -rzucił z uśmiechem do Heather. - Akurat ciebie, to się tu nie spodziewałem, a może powinienem. Na pewno jest to zupełnie inna sceneria niż wtedy. - rzucił do dziewczyny. - Mam nadzieję, ze lody smakują. - dodał z uśmiechem, znając odpowiedź, ale warto jest usłyszeć potwierdzenie, w końcu produkty Nory są z najwyższej półki i takie rzeczy trzeba chwalić. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Lightbringer - 25.06.2024 Za sceną Jim powiódł spojrzeniem od Flynna do Laurenta, i z powrotem. Nagle poczuł się zagubiony. Chcesz mnie ocalić, prawda?, słyszał w uchu szept Diany, która czekała na niego w obskurnym motelu, w sypialni z czerwoną tapetą. Tak, pomyślał rozpaczliwie, ale nie był w stanie się poruszyć. – Musisz mu coś dać? – powtórzył z powątpiewaniem. Ale że dać w mordę, pytała lekko uniesiona brew mężczyzny, czy…? Pośród blond włosów Jima migotało więcej iskier niż zazwyczaj – otaczały jego głowę ognistym halo rodem ze świętych ikon – drobinki żaru wciąż unosiły się w powietrzu dookoła cyrkowca, świadcząc o niedawnym wzburzeniu. Patrzył przez chwilę na Flynna swoimi wielkimi, nierozumiejącymi oczami. Uderz mnie, szeptała Diana. Gdziekolwiek się udał, Jim zostawiał za sobą zgliszcza. Kiedy był chłopcem, jego gniew potrafił palić wioski. Potęga destrukcyjnego żywiołu nigdy nie powinna się znaleźć w rękach dziecka, które nie kontroluje swej mocy. Czasem wciąż śnił, jak ogląda się przez ramię, a w oddali dostrzega wątłą smużkę dymu. Budził się wtedy z sercem bijącym głośniej niż kościelny dzwon: wspomnienie było tak żywe, że nieomal czuł swąd dymu. Jako młodzieniec wciąż miał w sobie wiele gniewu – ten jarzył się w jego oczach, tlił się niebezpiecznie pod skórą, liżąc żyły, i czekał – czekał, by buchnąć płomieniem, pożerając wszystko dookoła. Agresja była czymś, co Jim rozumiał, sam będąc uosobieniem ognia, dlatego na początku była odpowiedzią na wszystko. Dopiero dorastając, Jim zrozumiał, że uciekając przed trawiącą świat pożogą, ucieka tak naprawdę przed samym sobą. Przestał walczyć ze swoją naturą. Zaakceptował klątwę – która przestała być wtedy klątwą, a stała się błogosławieństwem. Kiedy wkroczył w wiek męski, zawarł pakt: nie z Bogiem, nie z Ogniem, tylko z samym sobą. Gniew Jima dawno już przestał powodować pożary. Laurent mógł widzieć w jego wybuchu niszczycielską pożogę, ale gniew Jima był teraz ledwie odpryskiem żaru niedogaszonego ogniska, tańczącym na wietrze płomieniem świecy, błyskiem zapalniczki, kiedy odpala się papierosa, wyblakłym wspomnieniem Lightbringera, którego znał kiedyś Edge. Poza najstarszymi cyrkowcami mało kto pamiętał starego Jima – gwałtownego, skorego do zwady, opryskliwego gówniarza, którego dzikość potrafiła poskromić chyba tylko Layla – Jim się zmienił, złagodniał, spokorniał. Flynn wybudzał jednak z uśpienia młodszą wersję Jima – jego porywczość, pochopność, dzikość – jak gdyby wszystkie te lata rozłąki domagały się, by dopełnili przerwanego misterium młodości, zaczynając od miejsca, w którym się rozstali. Jim uważał się za człowieka wiary, ale czasem nawet on miał dość niewiadomych. Nie wiedział, co myśleć o dzisiejszym wyznaniu Flynna. Nie wiedział, co myśleć o sytuacji, w której właśnie się znalazł. Nie wiedział, kim był Laurent, ani dlaczego mówi o jakichś ofiarach. Pan Jezus umarł za nas wszystkich na krzyżu, czyniąc z samego siebie najdoskonalszą ofiarę, chciał mu powiedzieć, ale nie sądził, że ten cokolwiek zrozumie, nie po tym, co przed chwilą między nimi zaszło. Nie wiedział, czemu atmosfera w cyrku jest ostatnio dziwnie napięta. Nie wiedział, jak pomóc Dianie, nie wiedział, jak pomóc sobie, nie wiedział, co czuje, ani co powinien zrobić z tymi uczuciami. Nie wiedział, jak w tym tłumie znajdzie tego cholernego dziennikarza, któremu ukradł portfel, ani jak uprosić go, żeby nie obsmarował cyrku w gazecie. Westchnął. Wyciągnął rękę w stronę pustej butelki po wodzie, w zamian oddając Flynnowi pudełko z czekoladkami. Z niechęcią przyjrzał się etykiecie poświadczającej o ateście świętości, po czym zgrabnie ją oderwał, i zmiął. Odwrócił się w stronę Laurenta, kiedy Flynn ich sobie przedstawił. Milczał. Zmarszczył delikatnie brwi. Przebierał w powietrzu poparzonymi palcami, krzesząc drobniutkie iskierki, kierowany nerwowym odruchem. W słowach blondyna o twarzy anioła czaiła się jakaś pułapka – widział to w jego uśmiechu, słyszał to w jego głosie. Ma dobry głos, ocenił, mógłby śpiewać w chórze. Nie podobał mu się jednak ton chłopaka: ludzie często używali go w rozmowach z Jimem, zazwyczaj wtedy, kiedy wtrącali w swe wypowiedzi jakiś pokrętny żart, innuendo, którego znaczenia nie potrafił zrozumieć. Dobrze, że dawno już przestał się tym przejmować. – Poczekaj – zawołał za Laurentem. – Flynn mówi, że chce ci coś dać. Ja też. Dam ci wody, która nie jest skażona przekleństwem, w zamian za tę, którą wylałem. – W oczach Jima zapłonęła determinacja. – A jeżeli nie kpisz sobie, tylko naprawdę chcesz się modlić do Jedynego Boga, mogę też użyczyć ci swojego modlitewnika. – Spojrzał kątem oka na Flynna, jakby chciał się upewnić, czy dobrze udało mu się zinterpretować intencje blondyna. Podniósł do góry dłoń, w której trzymał kulkę papieru – zmiętą etykietę z butelki po fałszywej wodzie święconej – przyczynę całego tego zamieszania. – A z tego możesz sobie zrobić zabawkę dla kota. – Rzucił Laurentowi papier, podrzucając go tak, żeby chłopak mógł go łatwo złapać. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.06.2024 scena
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZIpJ6wR.png[/inny avek]Panna Yaxley stała za mężczyznami, gotowa ich asekurować, gdyby przyszła taka potrzeba. Samo zadanie nie wydawało jej się być mocno skomplikowane. Mieli trafić do celu. Nic więcej. Czekała więc na to, aż skorzystają ze swoich trzech szans. - Huh. - Skomentowała jedynie to, co zobaczyła. Podeszła do tarcz, aby zobaczyć z bliska to, co rzuciło jej się w oczy. Nie do końca spodziewała się takiego wyniku, bo jednak nie dało się ukryć tego, że Erik wydawał się jej być jej faworytem z racji na to, że znała jego umiejętności. Był też złotym chłopcem, któremu wszystko się udawało, ale nie tym razem. Jedna z jego strzał zupełnie chybiła, dobrze, że postawiła na tę ochronę, bo mógł trafić w publikę i wybić komuś oko, co mogło się zakończyć fiaskiem dla ugrupowania Artemis. Druga ze strzał również odbiła się od tarczy, dopiero trzecie podejście okazało się być faktycznie udane, i to jak. Trafił w sam środek tarczy, tyle, że to chyba nie było wystarczające zważając na to, że liczyły się trzy strzały. Klepnęła go po plecach na pociesznie. - To chyba nie jest twój szczęśliwy dzień.[b] - Powiedziała cicho. Kolejną tarczą do której podeszła była ta Anthony'ego. [b] - Mamy tutaj chyba jakiś ukryty talent strzelniczy. - Powiedziała z uznaniem, bo najwyraźniej miał do tego smykałkę. Pokusiła się jeszcze, żeby podejść do ostatniej z tarcz, chociaż już wiedziała, że Selwyn przegrał, żeby nie było jednak to zrobiła. W jego przypadku również dwie ze strzał dotarły do celu, tyle, że żadna w tak spektakularny sposób nie poleciała obok. - Wydaje mi się, że nie ma sensu przeciągać, pan Shafiq wygrał to małe starcie. - Zniknęła na moment za chórem, żeby przynieść nagrodę. Miała przygotowaną dla niego szarfę z napisem Jestem zwycięzcą i balon w kształcie dzika, który chrumkał kiedy unosił się w powietrzu. - To chyba czas na uhonorowanie naszego zwycięzcy, proszę o oklaski, należą się za taką wspaniałą prezentację. - Zachęciła jeszcze publiczność do owacji, a sama ruszyła w stronę Anthony'ego, aby wręczyć mu balon i nałożyć szarfę. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 26.06.2024 Château des Dragons Sauriel był bardzo toporny na naukę, jeśli nie chciał się czegoś uczyć. Ale w końcu on był toporny na wszystko, jeśli tylko próbowało się go wepchnąć na dane rozwiązanie i daną tematykę. Nie było dobrze w takim systemie funkcjonowania, ale nie było też tragicznie. Już nie. Na tym etapie wszystko przestało się kołysać i pozostało płaszczyzną do eksploracji, albo w wygodniejszej formie, jaką wybierał - nicością. Wysuszona ziemia, którą możesz przykryć kwiatkami i wysoką, bujną trawą. Ktoś mądry mógłby zasadzić tu drzewa, jeszcze mądrzejszy zrobić użytek z ugoru, ale Sauriel miał na to zwyczajnie wyjebane. Chyba szczytem jego możliwości byłyby ogórki. Pokiwał głową na znak, że tak - chętnie spróbuje, chociaż jednocześnie: nie, nie próbował. Nie uważał się za amatora trunków, było mu względnie obojętnie, co pije - whiskey było właściwie wszędzie, kultura jego picia była tak spopularyzowana, że ludzie nawet nie wiedzieli jeszcze, czym jest alkoholizm. Przecież piło się je do każdego niemal spotkania jak herbatę. A potem słuchał z miną mówiącą, że nie jest przekonany wcale co do tego lubienia, bo Victoria wybierała sobie w większości do lubienia najgorsze osobistości chyba. Tak jakby starała się sobie utrudnić życie jak najbardziej, zamiast starać się wręcz przeciwnie - je polepszyć. Może jeszcze niedługo obwieści, że rzuca to aurorowanie i idzie napierdalać ludzi za Voldemorta - nie zdziwiłoby go to szczególnie. Z drugiej strony taki laluś jak Dolohov pewnie by zdechł jakby miał aktywnie popierać postulaty Czarnego Pana i brać udział w jego manifestacjach. To pierwsze - jeszcze. Może to był jakiś pomysł - zastraszyć go, wymusić stanięcie po właściwej stronie... - Albo po prosut mamy zajebistego farta. - Pokazał palcem na ludzi, którzy bynajmniej takiego szczęścia nie mieli i z zazdrością spoglądali na ich dwójkę, a raczej na to, co mieli w rękach, bo najlepsze, co im się trafiło, to jakiś drewniany żołnierzyk. I ni chuja Sauriela to nie obchodziło, kiedy wszystko wciskał do torby, zadowolony z jej posiadania. - A co do tych koligacji rodzinnych to chuja mnie to obchodzi. Będę za to musiał uścisnąć rękę mojemu idolowi za te świeczki. Jak tu nie lubić Mulciberów? Wszyscy są popierdoleni, tylko każdy na inny sposób. - Uśmiechnął się, spoglądając na stoisko z winem, które niekoniecznie go interesowało. Wino kopało za mocno. Trzeba było go wypić za dużo. I kojarzyło mu się z tymi wszystkimi nadętymi bufonami, którzy raczyli się nim do obiadków. Innymi słowy - nie, wino nie było jego pierwszym, drugim a nawet nie trzecim wyborem. - To ten Dolohov... to jakaś twoja piąta woda po kisielu pokrewieństwa? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 26.06.2024 Południowe stragany, Château des Dragons
Ludzie przychodzili i odchodzili, rozmowa z Leonem toczyła się, ale nowe twarze, nowe energie... Włoski na karku Tahiry nastroszyły się, gdy potwór w niej zareagował na potwora obok niej. Skuliła ramiona patrząc spode łba na swoich klientów. W Victorii rozpoznała tą, która przyniosła tutaj moment temu przekąskę kota, teraz nigdzie niewidocznego, szef był dla niej miły więc i ona powinna. Mężczyzny nie kojarzyła, ale...
– Dwa galeony butelka, jeżeli chcecie zabrać rocznik 71 do domu i cieszyć się jego mieniącym się różem blassskiem. – Syk, czy właściwie szelest, wyleciał przez rozchylone obronnie szczęki. Wyuczona formułka brzmiała jak sygnał ostrzegawczy, mało zachęcająca do kupna. Kobieta w dłoni obróciła dwa turmaliny, napinając się jak żmija gotowa do skoku. Jeszcze tylko brakło jej kłów jadowych, próbowała się uspokoić, nie chciała przecież robić siary komuś, komu deklarowała chwilę temu wdzięczność do końca życia. Miała się zachowywać. Czarne spaloną ziemią zezowały jednak na Sauriela czujne i nieufne. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/92/19/fb/9219fb5956fcffd7837889706f7aaf11.jpg[/inny avek]
Opis Tahiry Postać prowadzi: Millie Moody RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lorraine Malfoy - 26.06.2024 Widownia Występ cyrku Fantasmagoria dobiegł końca, co Lorraine – oczarowana wrażliwością ognistego tancerza – przyjęła z lekkim zawodem, obiecując sobie w duchu, że odwiedzi któryś z cyrkowych pokazów razem z Maeve. Podniosła się ze swojego miejsca, by ruszyć w stronę straganów – nie planowała nic kupować, chciała tylko nacieszyć oczy jarmarcznymi fantami, poprzyglądać się ludziom oraz odwiedzić stoiska przyjaciół i znajomych – ostatni raz rzuciła okiem na scenę, gdzie zapowiadano pokaz przygotowany przez członków Klubu łowieckiego “Artemis”. Brwi Lorraine powędrowały do góry, kiedy na scenie zobaczyła Anthony'ego Shafiqa. Na święte łono Matki, czy świat stanął dziś na głowie? Zainteresowanie wiły współzawodnictwem natychmiast wzrosło: lawirowała przez chwilę wśrod tłumu, przeciskając się zwinnie między zgromadzonymi na widowni ludźmi, by znaleźć się bliżej podwyższenia, kiedy Geraldine Yaxley przedstawiała zasady konkursu strzeleckiego. Malfoy zmrużyła lekko oczy, przypatrując się twarzom uczestników: wszystkich panów oczywiście znała – podobnie jak znakomita większość magicznego Londynu – na scenie gościła bowiem teraz prawdziwa plejada gwiazd. Skupiła się na Anthonym, który zachowywał się dokładnie tak, jak przewidywała, że zachowałby się Anthony postawiony w niezbyt komfortowej sytuacji: przejął kontrolę. Z pełną wdzięku galanterią zaczął komplementować przewodzącą widowisku łowczynię, porównując ją do greckiej bogini łowów, Artemidy, a potem pozwolił zaprezentować się swoim dostojnym przeciwnikom, zwracając się do nich imionami mężów z legend arturiańskich: wszystko to z rozbawioną wyższością, tak, że nie było wiadomo, czy rzeczywiście zalicza ich do grona rycerzy, czy może raczej do błaznów. Smukłe palce wiły zaczęły bawić się metalowym łańcuszkiem oplatającym jej szyję, kreśląc niespokojne wzorki na dekolcie w nerwowym odruchu, dopóki nie nadeszła kolej przyjaciela. Zmówiła szybciutką modlitwę do Matki. Bogini okazała się wyjątkowo łaskawa. Na twarzy wiły pojawił się cień uśmiechu, kiedy Geraldine ogłosiła zakończenie zmagań, wręczając Anthony'emu chrumkający balon i fikuśną szarfę zwycięzcy. Nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć. Uśmiechnęła się przepięknie. – Chwała rycerzom króla Artura! – zawołała, podnosząc się ze swojego miejsca, kiedy przyszła pora na owacje. Nie sądziła, że będzie miała okazję zrewanżować się za wsparcie, które Anthony zawsze okazywał jej artystycznym dążeniom, z dumą iście ojcowską zasiadając w pierwszym rzędzie podczas okazjonalnych recitali Lorraine w klubie “Muza”. Zamierzała jeszcze dzisiaj podroczyć się z nim w listach, jak to straszliwie cierpi jej próżność, teraz, kiedy wyszło na jaw, że porzucił wspólną naukę magii zauroczenia na rzecz praktyki łowieckiej… Nagły powiew wiatru rozsypał włosy wiły, które zaraz oślepiły ją, włażąc do oczu i buzi. Dobrą chwilę zajęło jej opanowanie katastrofy, a kiedy wreszcie opanowała fryzurę, coś w tłumie przyciągnęło jej uwagę. Czy to nie była przypadkiem Maeve? na moc wili (3k w charyzmie) [roll=Z] [roll=Z] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 26.06.2024 Za sceną
Posłał Laurentowi nieco zmieszane spojrzenie, a kiedy ten zasugerował jego bratu klęczenie przed nim, to zmieszanie przerodziło się w mocne, nieco obraźliwe ukłucie żenady. Brzmiał słodko, mówiąc tak do niego, ale kiedy oglądało się to z boku, jeszcze ze świadomością, jakim człowiekiem był Jim... Ugh. A może to nie było zażenowanie? Poczuł jeszcze takie nieprzyjemne ukłucie w żołądku, ale nie potrafił połączyć tego z niczym, co czuł do tej pory. Widząc, jak blondyn odchodzi, w dodatku z kompletnie niepasującym do niego uśmiechem, Flynn stęknął żałośnie. Wydał na ten pierścionek majątek, mógł wydać go na heroinę, zamiast uganiać się za Laurentem, ale nie potrafił wymazać ze swojego wnętrza tej potrzeby, jaka się w nim od tygodni tliła. Przełknął więc ślinę i po oddaniu butelki Jimowi, ruszył w kierunku namiotu, żeby przyciągnąć do siebie pozostawioną tam kurtkę. Niestety, jak na jego aktualny stan... wstał o wiele za szybko. Wygrzmocił się na bruk w prześmieszny sposób, rozdrapując sobie skórę na ręce, ale przynajmniej skutecznie uratował się przed utratą zębów. Nie poddał się. Wstał, usilnie ignorując, jak żałosnym tłem dla ich rozmowy musiał być (bo mniej więcej wtedy Jim próbował odszukać go wzrokiem), otrzepał rozgniecione pudełko pralinek i dosyć szybko znalazł się przy wejściu do namiotu, przy okazji niosąc tam maskę i płaszcz. Już miał rzucić zaklęcie translokacyjne, kiedy drogę przecięły mu ostatnie dzieciaki. Ostatecznie to one przejęły to pudełko czekoladek, a on nie myśląc nad tym długo, biegł w kierunku Jima i Laurenta stojących już kawałek dalej. - Kurwa mać - zaklął, a później kaszlnął bardzo charakterystycznie dla siebie - jeżeli chciał przestać charczeć, to była jego pora na papierosa. Zaczął grzebać w kieszeni, ale to nie fajek szukał, pokazywał Prewettowi gest z serii „poczekaj”. - Jak nie chciałeś iść ze mną do koła, to wystarczyło powiedzieć - wyjęczał, bo ta ręka go teraz bolała - ale nie zgadzam się na odmowę prezentu. Najwyżej wyjebiesz go do morza. - Wyciągnął małą torebkę prezentową, tak zapewne przeznaczoną do alkoholi, ale Crow złożył ją w połowie. W środku znajdowały się pudełko z pierścionkiem i notatka. - Weź to, proszę. - Widać po nim było, że jest cholernie niepewny. To nie była sytuacja, w której czuł się dobrze. Nie lubił zabiegać o czyjąś uwagę w ten sposób, Laurent był już gotowy do odejścia. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 26.06.2024 Świeczki Mulciberów, później Mulciber Moonshine Tak, cóż. Cokolwiek planowali dla siebie wuj i ciotka, posanowił zostawić ich z tym samych sobie. Nie jego cyrk, nie jego małpy, jak to mawiali. Niemniej, nie tyle nie wybaczyłby sobie, ile po prostu nie czułby się do końca spełniony, gdyby nie dodał jednej, istotnej rzeczy. - Niech wuj się dzisiaj w każdym razie nie przemęcza i o ile to możliwe... W nadchodzących dniach znajdzie czas na rozmowę ze mną. Nadal zamierzał przeprowadzić z Robertem wywiad. Jeśli nie teraz, to później. Wolał wiedzieć, na czym dokładnie stoi. Stoją. Zasłyszawszy po drodze komentarze Notta, już nawet nie próbował ukrywać przed nikim wywracania oczyma. Jakichż to niby wielkich ran i traum można było się nabawić przez walnięcie świeczką w kształcie penisa? Nie, zdecydowanie nie zamierzał się w to angażować. Ani tym bardziej swojego wolnego czasu! Z tego też powodu spojrzał w stronę wuja Roberta z miną absolutnie pozbawioną wyrazu, kiedy ten zapytał o ich krewniaka. - ...żadnych problemów, z tego, co mi wiadomo - odparł bez namysłu i zaraz chyłkiem wymknął się, aby oddalić w stronę sąsiedniego stoiska. Tam też na odlew strzelił brata przez ramię. - Hej. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 26.06.2024 Za sceną Jak wiele trzeba przegrać w swoim życiu, żeby trafić na dwóch wariatów? Jeden z problemami emocjonalnymi, nie potrafiący przestać się majdać między wszystkim, co chciał zachować. Z problemami z narkotykami, z samym sobą, ze skłonnościami autodestrukcji i teraz drugi, który był tak tępy, żeby nawet nie zrozumieć, że właściwie jest obrażany. Dlatego, że Laurent chciał? Bogowie (jacykolwiek, nawet Ty, Boże Jedyny, coś wielbiony jest przez Jima!) - Prewett powiedziałby, że to wcale nie tak, że jest mu przykro, że nie chciał! Tak, powiedziałby tak i czułby się źle z tym, że wylał z siebie ociupinkę jadu, bo już nie potrafił unieść tych emocji. Jeśli jego ciało było pojemnikiem na emocje, to już nie dało się ich więcej wlać. Więc wypływały. Zalewały go i były jak kwas. Kiedy cię coś boli to instynktownie chcesz się przed tym bronić. Nawet nie chcesz - musisz. Tak działa twój instynkt. Jeśli nie możesz się bronić - uciekasz. Ale przecież każdy miał jakąś swoją dumę, tak i miał ją Laurent - ucieczka bez ostatniego słowa była teraz wręcz potwarzą. Zatrzymał się po tych dwóch krokach i obrócił z irytacją wymalowaną na twarzy. Ze złością miotającą barwami jego oczu, jakby lazur chciał zamienić się w prawdziwy sztorm. Co chciał mu dać ten nieznajomy? Ten głupiec, który nawet nie pojął, że jest obrażany. Bo to nie było zaproszenie do sypialni, bynajmniej. Co niby miałby mu do zaoferowania? Cokolwiek Fleamont chciał mu zresztą dać - teraz nie chciał od niego jedno wielkie nic. W tych krótkich chwilach, w których to wycie spinało jego ciało, ale działo się tylko w jego głowie i potrzebie wyrzucenia go z siebie, żeby przestać być takim wypełnionym, a jednocześnie trzymania w sobie jak najdłużej, żeby nikogo przy okazji nie zranić. Zamknięte, pokrzaczone koło, z którego nie było chwilowo ucieczki. Prawie osłabł, kiedy nagle dostał propozycję, żeby dostać modlitewnik. Pisk w uszach. Ten nieznośny pisk, który się pojawiał, który był jak lament jego własnej głowy, niemy krzyk, którego nie potrafił wydobyć ze swoich płuc. Przymknął na chwilę oczy. Otworzył je gwałtownie, kiedy usłyszał ten upadek. I dopiero to lekko nim wzdrygnęło. Automatycznie obrócił się w tamtą stronę chcąc pomóc Flynnowi się pozbierać. Głupiec... Dokąd tak biegniesz, Piotrusiu Panie? Bo z pewnością nie uciekasz przed Słowem Bożym i próbą odczytania intencji w oczach Boga? - ... chętnie posłucham o Twojej prawdziwej wierze, ale nie tego wieczoru. - I właściwie chętnie poczytałby to... ten modlitewnik. Ciekawił go świat, ciekawiły go ludzkie spojrzenia na ten świat, ciekawiła go wiara, która potrafiła być pokładana w świętych przedmiotach czy wyimaginowanym Jedynym Bóstwie. Wykrzesał w sobie maksimum dyplomacji, jakie był w stanie. Złapał ten papierek, dość nieporęcznie, krzywiąc się trochę, bo właściwie brzmiało i wyglądało to tak, jakby sobie z niego kpił, żartował. Po co mu papierek dla kota? - Do zobaczenia. - Spojrzał jeszcze na tego Flynna, który zupełnie przemęczony zanosił się teraz kaszlem palacza. Palacza? Czy to przemęczenie? Przełączyło to trigger w mentalności i uczuciowości Laurenta - nagle zaczął go denerwować Flynn. Że kaszlał, że tak wyglądał, że tu dychał, że się wyrąbał i że wyglądał teraz przez to jeszcze gorzej. Innymi słowy - że się źle czuł. Że nie dbał o siebie. Że myślał o jakimś durnym podarunku i... Laurent dobrze znał uczucie, kiedy chcesz komuś sprawić prezent, a ta osoba... a w oczach tej osoby widzisz tylko gniew. I to go uderzyło - nawet bardzo mocno. Nie chciał się stawać jak Edward Prewett. Podziwiał i pożądał jego siły, ale nie chciał być jak on. Rozluźnił mięśnie. - Nie powiedziałem, że nie chcę z tobą nigdzie iść... - Zabrzmiał na zirytowanego, wiedział to, ale nie potrafił na to nic poradzić, nigdy nie był z niego fenomenalny aktor. Odetchnął i przymknął na chwilę oczy. Zerknął znowu na Jima, od którego parę kroków odszedł, a potem spojrzał na... na pakunek. Prezent. Prezent od Flynna. Flynna, który wydawał się przy tym taki rozbrojony... Znowu miał ochotę krzyczeć. - Myślałem, że chcesz iść z... Jimem. Dlatego zamiast krzyczeć to wyciągnął dłoń powolnym, niemal ostrożnym ruchem, jakby sięgał po coś niezwykle delikatnego i wziął tę torebkę. Kochał prezenty. Uwielbiał prezenty. Szczególnie takie, które robione były z myślą tylko o tobie. Nie musiały być wcale nic warte - głupia stokrotka zerwana z łąki sprawiała, że miał ochotę czasem płakać ze szczęścia. A czasem płakał z rozpaczy, jak nad bukietem złotych kwiatów, które zostały roztrzaskane w wazonie podczas burzy. - Dziękuję... - Powiedział cicho, spoglądając na ten pakunek. A może Flynn robił sobie z niego po prostu jakieś okrutne żarty? Byłby do tego zdolny? Tak, no przecież właśnie go o to niemal posądzał. - Zaraz spojrzę... ale wolę obrać bardziej komfortowe miejsce. Więc chodź. - Chciał go złapać za dłoń, ale powstrzymał się, ten zgubny odruch, bo przecież nie byli sami. Chciał wyjść stąd. Przynajmniej z tego cyrkowego otoczenia. |