![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 28.06.2024 Odchodzę od Mulciber Moonshine – Rozglądam się po jarmarku – odparła Brenna, przez chwilę przypatrując się Charlesowi. Nie znała go zbyt dobrze, ale raczej było dość oczywiste, że nie czuł się najlepiej: zaczerwione oczy, rumieńce, mina, to wszystko zdawało się wręcz krzyczeć, że nie miał najlepszego dnia. Nie spytała jednak, co się stało. Pewnie nie powstrzymałoby jej to, że niekoniecznie była najlepszą osobą do rozmowy o prywatnych sprawach, bo mógłby po prostu nie odpowiadać, ale hałaśliwy, zatłoczony jarmark nie był zwykle miejscem, w których człowiek chce tłumaczyć, dlaczego chwilę wcześniej płakał. A z nim najwyraźniej był ten brat uzdrowiciel, o którym wspominał i zaraz pojawiła się także jakaś rudowłosa dziewczyna. – Cześć, miło poznać – powiedziała do Leonarda, a potem uśmiechnęła się do Sophie. – Dziękuję, ale nie trzeba. Nie zamierzała pić na sabacie, a i zasadniczo ogólnie praktycznie nie piła. I nawet jeśli miał pewnie nadejść dzień, w którym jej samokontrola pęknie z trzaskiem i Brenna skończy zupełnie pijana w jakiejś podłej knajpie, to nie miało stać się teraz. Wsunęła więc tylko rękę do kieszeni i wygrzebała z niej nie pieniądze, a czekoladową żabę. – Zawsze uważałam, że nic nie poprawia humoru tak jak jakaś fajna karta z talii czekoladowych żab – rzuciła, podsuwając smakołyk Mulciberowi. Jeśli chciał, mógł go zabrać, jeżeli nie – żaba została po prostu na skraju stoiska. – Powodzenia w interesach, nie będę blokowała klientów – dodała, mrugnęła do nich łobuzersko, a potem odeszła od stoiska, robiąc miejsce innym, który mogliby mieć ochotę spróbować specjałów przygotowanych przez Sophie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 29.06.2024 Scena
Przyjmuję nagrodę i przekazuję dzika w odpowiednie ręce Początkowo był przekonany, że to Erik swoim jednym doskonałym strzałem zgarnął dla siebie laur. Dopiero po chwili, szczęśliwie nim powiedział cokolwiek, zorientował się, że pozostałe dwie tarcze pozostają puste. I może gdyby go nie znał, pomyślałby, że rzeczywiście Longbottom chciał mu sprawić przyjemność, ale zdawał sobie sprawę aż za dobrze jak Warownia wpajała w duszę rywalizację. Oczywiście zdrową, oczywiście honorową, a jednak detektyw nie miał dla niego żadnej taryfy ulgowej ponad miesiąc temu podczas ich treningu, dlaczego więc miałby przyjmować ją teraz?
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tpdMKuP.png[/inny avek]
– Winszuję dziesiątki – odpowiedział Erikowi, dławiąc szczątkami woli całą resztę potoku słów, która przychodziła mu na myśl w związku z całą sytuacją i tym jak blisko siebie teraz stali. Powstrzymał zalew tych wszystkich niestosownych pragnień, popychających człowieka do równie niestosownych zachowań i absolutnego braku profesjonalizmu, dyskrecji i postawy jakiej oczekiwałoby się po dorosłych mężczyznach pełniących funkcje publiczne, stojących na środku sceny ustawionej w osi dziejącego się sabatu. Pozwolił sobie tylko na ułamek sekundy zapomnienia, spojrzenie które nie musiało trwać tak długo. Na jedno uderzenie serca, na jedno mocne zaciągnięcie się powietrzem współdzielonej przestrzeni. I zaraz potem wszedł w rolę, tak naturalnie jakby nigdy jej nie opuszczał, maskując wszystko życzliwym uśmiechem zarezerwowanym do przeróżnych laudacji i podziękowań wdzięcznych pracowników, członków klubu Muza, przedstawicieli konwenu... Wyuczone gesty wyglądały naturalnie, koleina szeroka latami działalności politycznej. Swoją uwagę skupił w całości na gratulującej mu Geraldine. – Dziękuję bardzo panno Yaxley. Bogowie sprzyjają tym, którzy pragną próbować nowych rzeczy, którzy przekraczają horyzonty – zacytował sam siebie, używając słów, którymi tłumaczył projekt nad którym w pocie czoła pracowały powołane przez niego zespoły, projekt, który zakładał handel z krajem po drugiej stronie globu. Spójna narracja, jak pięknie można było to wykorzystać, zadbać o wizerunek Departamentu, liczył bardzo na Isaaca w tej materii, jego obecność w prasie ostatecznie przynosiła swoje plusy tak długo, jak ktoś nie zacznie publicznie punktować jego zatrudnienia w ministerstwie. Odwrócił się też do publiczności pozwalając sobie na zamachanie ręką w kierunku białej głowy Lorraine (choć przecież mogło to być pomachanie do kogokolwiek), uhonorowany szarfą zaś dodał też niezbyt głęboki ukłon dziękujący za oklaski. Odwrócił się też po to, by otaksować pospiesznie tłum, by wychwycić wzrokiem jakieś dziecko. Szczęśliwie przy scenie stała jasnowłosa dziewczynka. – Coś czuje, że moja włochata świnka wolałaby u kogo innego znaleźć dom... – przyklęknął i wyciągnął dłoń ze wstążką na której końcu fruwał chrumkający balonik ku Mabel aby przekazać jej zabawkę. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Lightbringer - 29.06.2024 Za sceną, a potem namioty artystów Jeżeli nie teraz, to kiedy? Usłyszawszy odmowę Laurenta, Jim nie pokusił się o żaden komentarz, tylko przeżegnał go – szybko, ale uroczyście – unosząc dłoń w dobrze znanym geście, tym samym, którym rozpoczynał zawsze modlitwę i każdy ze swych występów. Kimkolwiek był nowopoznany chłopak, nie powinien odchodzić bez błogosławieństwa, w złości, bo to czyniło go przecież podatnym na podszepty Złego w swym rozgoryczeniu. To nie była jego wina, że Jim dorównywał czasem delikatnością erupcji wulkanu, a jego motywy były równie przejrzyste, co gryzący w oczy popiół. W przeciwieństwie do Jima, Bóg był łagodnym powiewem wiatru – tak, jak przepowiadał Eliasz – wiatru, który rozganiał wulkaniczny pył, chłodząc poparzoną skórę. Jeżeli nie teraz, to kiedy? Chłopaka musiała łączyć z Flynnem większa zażyłość, niż Jim początkowo pozwolił sobie przypuszczać, skoro ten zakładał, że kiedykolwiek jeszcze będą mieli okazję się spotkać. Nie wykluczał, że była to tylko zręczna wymówka, mająca ukrócić jego ewangelizacyjne zapędy, ale – ku swemu własnemu zdziwieniu – uwierzył Laurentowi. Nie dlatego, że ten miał twarz podobną aniołom – nawet Diana, wobec której Jim żywił niezdrowy sentyment, nie potrafiła go tak do końca zaślepić swym pięknem, nie, on wkładał dłoń w płomię jej duszy, w pełni świadom tego, że się sparzy – teraz, kiedy emocje nieco opadły, wyczuł w nieznajomym szczerość. Nagle poczuł się tak, jak zawsze się czuł, kiedy kłócił się z rodzeństwem: nakrzyczał właśnie na dzieciaka. Dzieciaka, którego pewnie zwiódł jakiś interesowny klecha, i wcisnął do ręki szkodliwe badziewie. Ile ten chłopak może mieć lat, bo na pewno nie więcej od Elaine, pomyślał poirytowany Jim, kiedy Laurent stał, i patrzył na niego wielkimi, obrażonymi oczami młodszej siostry. Jim nie był na tyle naiwny, by zignorować bezpośrednie zagrożenie w postaci oklątwionej wody, ale gładko przemilczał niedopowiedzenia dotyczące jego relacji z Edgem: przełknął pytania, które chciał zadać obojgu, choć wewnętrznie krztusił się tak, jak gdyby przyjął komunię po świętokradzkiej spowiedzi. Z zamyślenia wyrwało go dopiero potknięcie Flynna. Upadł na bruk ciężej niż Jezus pod ciężarem krzyża. Jim drgnął, chcąc ruszyć w jego stronę, ale tamten zdołał się już dźwignąć na nogi. No i po cholerę targasz za sobą ten krzyż, miał ochotę nagle zapytać, widząc wymęczoną twarz brata, za jakie tajemnice chcesz na nim umrzeć? Zacisnął usta w wąską kreskę. W jego głowie, Flynn wciąż był trochę dzieciakiem. Nie, że głupim, nie, on był mądrym, nawet bardzo mądrym dzieciakiem – takim, który potrafi zaskoczyć swoim geniuszem – ale wciąż, dzieciakiem. Kiedyś, kiedy byli o wiele młodsi, prawie się z nim pobił z tego powodu. Z zazdrości. Kiedy słyszał przypowieść o talentach pogrzebanych w ziemi, zawsze myślał bowiem o Flynnie. Czasem miał ochotę pogonić go z łopatą dookoła cyrku, warcząc, by odkopał te pieprzone talenty – tak jak siostry warczały, by posprzątał wreszcie swoją przyczepę, bo oprócz pleśni, zalęgły się tam też boginy – bo niewątpliwie zdążył zakopać już w ziemi fortunę przekraczającą wyobrażenia ewidencji banku Gringotta. A Jim, Jim czuł się teraz stary, bardzo stary – stał teraz z boku, ale nie jak dzieciak, z którym nikt nie chce się bawić, tylko jak zgrzybiały starzec z demencją – ale z wiekiem wcale nie zyskiwał na mądrości. Czuł się stary, bo nie rozumiał pędu otaczającego go świata neonu – być może nie chciał rozumieć, żyjąc życiem średniowiecznego ascety, mówiąc słowami natchnionych proroków, czcząc ogień jak neandertalski praczłowiek, jak poganin – w takich chwilach, marzył po prostu, by jego życie było otoczone murami zakonu, otoczone bezpieczną tarczą Słowa Bożego, uregulowane kapitularzem. Może wtedy wiedziałby, co zrobić. – Muszę dokonać ablucji – wydusił z siebie szybko – tors dalej miał przecież pomazany łacińskimi inskrypcjami wykonanymi czerwoną farbą, choć zdążył międzyczasie narzucić na siebie rozpiętą koszulę – nic tu było po nim, przypomniał zresztą sobie, że musi oddać skradziony portfel wypełniony prezerwatywami dla wścibskiego dziennikarza z Proroka. Zniknął niepostrzeżenie we wnętrzu namiotu dla artystów. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 29.06.2024 Mulciber Moonshine Przebywającej nieopodal Lyss, skinął krótko głową na 'dzień dobry'. Widząc zachowanie brata, Leonard nie mógł zrobić niczego innego, jak tylko wywrócić na niego pokazowo oczami. - Nie bądź dramatyczny. Odeśle cię za zrobienie dobrego interesu? Co z tego, jak wyglądały świeczki? Sprzedały się? Sprzedały. Pomysł wypalił? Wypalił. Chociaż wiedział, w jak prehistorycznych podejścich do niektórych spraw żyli jego krewni, wciąż nie do końca potrafił zrozumieć ogrom afery. Wszystko można było załatwić o wiele spokojniej i dyskretniej, gdyby tylko chcieli. Darcie mord było nikomu niepotrzebne. I jeszcze teraz jakieś grożenie wykopaniem do Norwegii? Chciał dodać coś jeszcze, być może na polepszenie nastroju brata, ale wtedy też pojawiła się kobieta, której nie kojarzył, za którą to kojarzył Charlie. Może ich klientka? - Witam - przywitał się, skoro brat postanowił go przedstawić. Nagle łzy zniknęły i Charlie ponownie ćwierkał jak gdyby nigdy nic, huh? Pojawienie się Brenny miało przynajmniej jeden dobry efekt, jak widać. Ledwie zdążył obejrzeć z bliska stoisko kuzynki, kiedy ta do niego wróciła. Bacznym wzrokiem obserwował jej twarz i zachowanie. Bądź co bądź, oberwała całkiem ładnym rykoszetem nie tak dawno temu. - Jesteś blada, jak ściana - skomnentował ją zgodnie z prawdą, ale z grobową miną i tak spróbował poprawić miliard odstających w nie tę stronę kosmyków, które rozwiane były na wszystkie strony świata. - Jeśli zaczniesz mieć zawroty lub cokolwiek innego, nawet nie próbuj tego ignorować. Nie jestem w pracy. Nie będę biegał przez cały dzień i stawiał wszystkich na nogi - wrócił się do niej w suchym przekazie, ponieważ poprawne przejawianie zmartwienia nie było w jego stylu. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 29.06.2024 Strefa Gastronomiczna
Na słowa swojej kuzynki w pierwszej kolejności cicho westchnął, a następnie pokiwał głową. Przychylał się do tego, że należało dmuchać na zimne. Doskonale rozumiał niebagatelne znaczenie zachowywania ostrożności. Pod tym względem byli do siebie podobni. — To jedna z tych prawd, którymi warto kierować się w swoim życiu. — Matthias w ten sposób wyraził swoje uznanie dla przezorności swojej kuzynki. Sam jak dotąd stosował tę jakże przydatną zasadę i dotąd go nie zawiodła. Czego nie można powiedzieć o wielu ludziach, z którymi miał styczność na przestrzeni lat - to konkretne osoby, pozostające dla niego istotne, stanowiły echo dawnego życia. Zawiedli go okrutnie. — Merci za cenną przestrogę. Będę wystrzegać się tego dania jak ognia. — Posłał swojej kuzynce kolejny uśmiech, który - na wspomnienie przez nią tego aż nazbyt prostego dania - przerodził się w grymas. Był bliski zastanawiania się, czy naprawdę zdoła przywyknąć do lokalnej kuchni. Kuchnia francuska w chwili obecnej uchodziła dla niego za najlepszą kuchnię świata i o ile gusta bywały różne, to na pewno była lepsza od angielskiej. — Wygląda interesująco... chętnie obejrzę. Jeśli nie masz innych propozycji. Zakładam, że nie pokazy tego typu to nie jedyna atrakcja. Zdarzało mi się polować. Może powinienem zapisać się do tej organizacji. — Zwrócił się do niej po przyjęciu tego podziękowania i zajęcia miejsca przy stoliku. Chwycił swoją szklankę i upił z niej pierwszy łyk napoju, niosącego przyjemne orzeźwienie. Zdroworozsądkowe podejście skłaniało go ku temu, żeby nie stawiać Celine w niekomfortowej sytuacji. Aczkolwiek na takie rzeczy nigdy nie mieli wpływu. @Celine Delacour RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Celine Delacour - 29.06.2024 Strefa gastronomiczna
- W takim razie zapewne powinniśmy przenieść się bliżej sceny. - zasugerowała. Choć nie uważała tego za najlepszy pomysł, starała się robić dobrą minę do złej gry. Jakoś sobie przecież poradzi. Poza tym, obiecała przecież ciotce, że odpowiednio zaopiekuje się Matthiasem. Celine zawsze starała się danego słowa dotrzymać. - Dopijmy tylko herbatę, proszę. Wolałaby nie musieć zbliżać się do sceny z herbatą. W zasadzie, to z jakimkolwiek napojem, który można było łatwo na kogoś wylać. Wygodniej było wypić herbatę jeszcze tutaj, a dopiero później dołączyć do ludzi zebranych przed sceną - modląc się przy okazji do Matki, żeby jej pojawienie się nie wywołało przypadkiem nadmiernego zainteresowania. - Agnès wspominała, że starasz się tutaj odzyskać... wenę? Mi czasami oderwanie się od tego wszystkiego nad czym pracuje, pomaga nabrać sił i nabrać jakby... świeżości? - zasugerowana, przekonana o tym, że był przecież pisarzem. Pisarzem, który po napisaniu pierwszej książki, zmagał się z pewnym kryzysem. Potrzebował zmiany otoczenia, żeby być w stanie ponownie skupić się na swojej pasji. Bo pisarstwo najpewniej musiało wynikać z pasji? Tak przynajmniej widziała to Celine. Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś wybrał taką ścieżkę kariery w celach wyłącznie zarobkowych. - Artemis mogłoby w tym pomóc. Tak samo jak Srebrne Różdżki. Albo klub podróżniczy. Jak on się nazywał... nie mogę sobie teraz przypomnieć. - westchnięcie. Sama, niestety, nieszczególnie się tymi wszystkimi organizacjami interesowała. Coś wiedziała, coś wydawało jej się, że wie. I na tym właśnie się to kończyło. Akurat Celine do szczęścia żadnej z nich nie potrzebowała. Albo przynajmniej tak właśnie jej się wydawało. Zgodnie z wcześniejszą sugestią, upiła kilka łyków herbaty. Nie śpieszyła się z tym zanadto, bo i nie było jej śpieszno z tym, aby wreszcie przenieść się pod scenę. Mimo tego, ze szklanki ubyło całkiem sporo jej wcześniejszej zawartości. Ciężko byłoby blondynce zarzucić, że celowo to przeciągała. - Wiesz, zapomniałabym przy tym wszystkim o Muzie. Muza powinna najbardziej odpowiadać Twoim potrzebom. - odezwała się ponownie, nagle przypominając sobie, że przecież istniała organizacja, do której będący pisarzem Matthias, powinien najlepiej pasować. Powinien był najlepiej się w niej odnaleźć. - Nazwa jest tu trochę myląca, ale... po prostu sprawdź. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charlotte Kelly - 29.06.2024 Przewijam się koło koła fortuny, a potem znikam w bliżej nieokreślonym kierunku Scena zagrodziła wejście do jej mieszkania. Charlotte Kelly była z tego powodu poważnie zirytowana. Niestety, było nieco zbyt wielu świadków w pobliżu, aby mogła po prostu znaleźć i przekląć odpowiedzialnych – zresztą odpowiedzialnych prawdopodobnie było przynajmniej kilku i nie nadążyłaby z rzucaniem na nich przekleństw. Większość oferowanych na straganach przedmiotów absolutnie nie trafiała w jej gusta, bo nawet jeżeli musiała swego czasu znacząco obniżyć standard życia, a teraz była raczej średnio zamożna niż obrzydliwie bogata, to wciąż tkwił w niej pewien snobizm, podszeptujący, że kupowanie dżemów na jarmarku leży poniżej jej godności. Biżuteria Viorici przyciągnęła wprawdzie uwagę Charlotte i może nawet tam by przystanęła, jakoś przełykając tę gorzką myśl, że ach, kiedyś to mogłaby robić zakupy biżuteryjne w Paryżu albo w Mediolanie, ale zebrał się tam trochę za duży tłum, aby chciało się jej tratować staruszki, odpychać dzieci i ewentualnie omdlewać na co przystojniejszych dżentelmenów. Humor poprawił się jej jednak dość szybko, gdy odkryła, że na stoisku Anthony’ego można się napić wina (skorzystała czym prędzej) i już w nieco lepszym nastroju skierowała się w drugą stronę (na całe szczęście ominęła to całe zamieszanie przy stoisku ze świecami, bo chociaż może i rozbawiliby ją przedstawiciele rodów czystej krwi okładający się nawzajem świeczkowymi kutasami i dostający na widok tychże kutasów zawałów, to jednak wśród tych przepychanek ktoś mógłby podeptać jej nowe buty albo ubrudzić sukienkę). Przystanęła na moment przy kole fortuny, zaintrygowana nieco przedmiotami, z którymi niektórzy od niego odchodzili. Wysupłała z kieszeni drobne, kupiła dwa losy – cóż, całkiem lubiła hazard – a potem po zakręceniu kołem, odpłynęła gdzieś dalej, szukać miejsca, gdzie tłum nie będzie tak gęsty. Po drodze zahaczyła też o stoisko kowenu, by kupić tam parę świeczek. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 29.06.2024 Za sceną
Flynn posłał bratu nieco zmieszane spojrzenie. - Eh. W sensie, że będziesz leżał krzyżem? - Nie miał pojęcia, co oznaczało to słowo na a, ale po Jimie spodziewał się zwykle właśnie tego, albo napieprzania się pejczem po plecach, więc ze względu na obecność dzieciaków założył mniej drastyczną opcję. Nie nalegał na jego obecność, skinął mu tylko głową, że on w takim razie do tego koła idzie. No bo halo - miał już na to kupione bileciki, też chciał dostać coś fajnego. Znając szczęście, wylosuje same „śmieci”, ale może zapychaczami będą jakieś dobre cukierki? Niepotrzebne rzeczy mógł rozdać rodzeństwu, a naprawdę cieszyła go wizja kręcenia tym zaczarowanym kółkiem. Tak, miał trzydzieści lat, ale Jim miał rację - pozostał dzieciakiem, kompletnie zapomniał dorosnąć. Potarł nos, patrząc jak starszy Bell odchodzi. Z westchnieniem przewiesił kurtkę przez ramię. - Zwiałeś stąd jak obrażona panienka, to się rozumie samo przez się - rzucił Laurentowi. Nie wyglądał na obrażonego tym faktem - po prostu powiedział to głośno, nie czuł potrzeby ukrywania przed nim swoich myśli tego typu. Blondyn zniósł już gorsze rzeczy niż jego zawsze celujące we własne szczęście interpretacje rzeczywistości. - Chciałem iść z wami - dodał i wzruszył ramionami, patrząc w kierunku namiotu, jakby chciał dać znać, że Jim to już raczej z nim nie pójdzie tak czy siak. I szczerze mówiąc, za ten stan rzeczy obwiniał właśnie jego - nieprzyjemne były te teksty rzucone w kierunku drugiego z cyrkowców. Szalony był, fakt - ale w inny sposób. Spojrzał w bok, słysząc to ciche dziękuję. Nie był w stanie ukryć delikatnego rumieńca, jaki wypłynął na jego policzki, ale zachował bardzo twardą, silną postawę ciała. Przed Prewettem stał ten sam oprych, którego pamiętał - może i miał ręce obdarte ze skóry od upadku, a i pokazał mu się ostatnio od swojej babskiej strony, ale w tym otoczeniu wyraźnie powracał do swojej roli. Nieprzyjemnej, czasami nieco odpychającej. Ale teraz przynajmniej jasne było, że to maska. Wyszedł z niej tylko na ten pąs i dwa zdania, rzucone niby od niechcenia. Tylko głupek założyłby, że naprawdę mu nie zależało. - N-nie musisz teraz, serio. Wszystko napisałem ci na kartce. Mhm, tak. Totalnie nie zależało, dlatego kiedy usłyszał chodź, drgnął chcąc ruszyć w tym samym kierunku. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 29.06.2024 Południowe stragany Spoglądał na Jima i nie można było powiedzieć, że miło czy przychylnie. Był najeżony. Zły. Zapędzony już w kąt nadmiarem kolejnych negatywów i pechowo trafiło na Jima, który już przelał czarę goryczy. Fakt, że to zrobił, wcale nie poprawiał jego nastroju. Nie powinien i przyjdzie w końcu moment, kiedy będzie żałował. Zaraz potem będzie się przed samym sobą tłumaczył, a może i w końcu by zapomniał, ale już zapowiedział, że wróci. I zamierzał tego słowa dotrzymać. Tylko... już na pewno nie dzisiaj. A teraz patrzył już z niepewną miną dlatego, że sam nie rozumiał, co ten religijny szaleniec do nich powiedział. Wizja jego leżącego pod krzyżem, jak to sam sobie Flynn wytłumaczył, brzmiała przekonująco. Na tyle, żeby odprowadził go spojrzenie i nie dopytywać, co to za słowo "abdukcja"... do sprawdzenia w słowniku. Nie lubił nie wiedzieć. Tym bardziej, że kiedy czegoś nie rozumiesz to wychodzisz na głupca. Przynajmniej w takim towarzystwie, gdzie już wszystko w nim krzyczało, żeby trzymać głowę wysoko i nie stracić nawet malutkiego cienia pozorności, że wszystko jest pod kontrolą. - Jesteś kiepski w grę "domyśl się". - Trochę zabrzmiało to jak pytanie, ale jednocześnie było bardziej stwierdzeniem. Starał się bardziej rozluźnić, przyjąć spokojniejszy ton, starał się... znormalnieć. Nie był przekonany, czy dobrze mu to wychodziło, ale w żadnym wypadku nie robił z tego wyrzutów, właściwie potraktował to żartobliwie. Tą "obrażoną panienkę". - Kiedy obrażona panienka odchodzi to liczy na to, że się za nią pobiegnie. - Żartobliwie, bo w zasadzie on na to nie liczył i nie po to odszedł. Teraz spojrzał na nogi Edga, na jego dłonie, z myślą, że pewnie kolana też sobie zdarł jak tak wylądował. Biorąc poprawkę na ilość jego blizn pewnie na takie otarcia nie zwracał nawet uwagi. Z drugiej strony z doświadczenia Laurenta - otarcia i zdarta skóra od upadku była gorsza od przeciętej nogi pazurami inferiusa. Miał doświadczenie - wiedział, co mówi. - Uprzedzając twoje galopujące w zawsze zagadkowy dla mnie sposób myśli: nie zrobiłem tego z premedytacją i z taką kalkulacją. - Ponieważ był w stanie uwierzyć, że Flynn sobie coś takiego pomyśli, albo zrobi z tego jakąś regułę postępowań... sam nie był pewien. Ten człowiek w jednej chwili zachowywał się tak, w drugiej inaczej. - Obawiam się, że czasami trzeba wybrać. - Między osobami. Nawet jeśli chodzi o głupie zakręcenie kołem, które sobie Flynn wymarzył. I tego też nie powiedział z wyrzutem, ale akurat miał tak wspaniały humor, że jego nie zdzierżyłby towarzystwa osoby, która go powyzywała na "dzień dobry". Ruszył w stronę straganów. - Owszem, nie muszę. Chcę. - Odparł spokojnie, ale rzeczowo. Trochę napiętym głosem przez to, jak trochę zeszły z niego emocje przez tknięcie tego głupiego serduszka tajemniczym podarunkiem. Laurent tylko namierzył pierwszą lepszą ławkę z brzegu, żeby na niej przysiąść i klepnąć miejsce obok siebie. Odłożył koszyk z Divą, która fuczała cicho obserwując czujnie Flynna wielkimi jak pięciozłotówki ślepiami. Pakuneczek położył na ławeczce przy sobie - między sobą a Flynnem. Wyciągnął do niego dłoń i wyciągnął różdżkę. - Daj rękę. - Albo daj łapę. Można się pomylić. - Czy ciebie w ogóle bolą takie rzeczy? - Akurat zapytał z troski, ale chyba jego głos zabrzmiał bardziej lakonicznie. - Jak się czujesz? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lorien Mulciber - 29.06.2024 Stoisko ze świeczkami -> na sam koniec Mucliber Moonshine.
Przez cały ten czas wpatrywała się w Roberta tym swoim wdzięcznym, choć pustym spojrzeniem. Obserwowała. Analizowała. Może w głowie większości innych czarownic zapaliłaby się jakaś czerwona lampka - ale powiedzmy sobie szczerze, instynkt samozachowawczy pani Mulciber był wadliwym mechanizmem. Rzeczywiście, nie poruszyła się, gdy przytrzymał ją jeszcze przez moment w miejscu, zupełnie jakby pragnęła cieszyć się choć najmniejszą formą kontaktu ofiarowanego przez męża. Auć. Powieka jej lekko drgnęła, gdy ostatecznie zapiął broszkę, a na sukience pojawiła się mała, szkarłatna plama. Nie poprawiła też uciążliwej ozdoby. - Hm.- Było jedyną odpowiedzią jakiej z kolei doczekał się od niej Philip Nott. Przynajmniej z początku, bo kobieta zdawała się go słuchać całkiem uważnie. To nie była “dobra rada”. To była rada w stylu “jak nie dać się udupić za obrazę wysokiej rangą pracownika Ministerstwa nawet jeśli miało się absolutną rację.” Świat nie był sprawiedliwy. Na Merlina, przecież żaden z nich nie urodził się wczoraj! Nagle jednak zrozumiała potrzebę nazwania kogoś skończonym durniem, bo fakt że Robert tak chętnie zaoferował się w roli świadka mógł świadczyć tylko o jakiejś nagłej pomroczności umysłu. Wplątać się dobrowolnie w czyjś długi i uciążliwy proces (o ile do takowego w ogóle by doszło), gdzie oskarża się Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów o zaniedbanie, stając przed sądem tego samego Departamentu… Czy on naprawdę naiwnie wierzył w wielką, mityczną prawość i sprawiedliwość? A może chcieli, żeby zatriumfowała równość między czarodziejami? W dodatku wciągnął w to niezależnego sędziego, a to było jeszcze głupszym zagraniem. Usłyszenie czegokolwiek poza salą Wizengamotu, zwłaszcza na podłożu tak prywatnym i bez obecności oskarżonego, było jednym z największych błędów jaki mogli popełnić - ale Lorien nie powiedziała “nie”. Oczywiście, że tego nie zrobiła. Porządnej żonie nie wypadało tak ostentacyjnie odmawiać mężowi. Poza tym… Konflikt, który pozornie kompletnie ich nie dotyczył, zaczął nagle przybierać o wiele bardziej personalne barwy. Robert (świadomie czy nie) działał na niekorzyść Ministerstwa i jeszcze bezczelnie próbował ją w to wciągnąć - to zabolało może nawet mocniej niż powinno. Dla Lorien tu już nie chodziło o to kto komu przywalił świeczką, czyje uczucia i duma zostały urażone. Mogła z miejsca wezwać ich wszystkich do Departamentu, zarządzić pomniejsze posiedzenie Wizengamotu w sprawie “Nott vs Bulstrode”, a mogła z przyjemnością wysłuchać tej historii i rozciągnąć sprawę miesiącami. Szanowany Auror atakujący bezpodstawnie zwykłego obywatela? To nie miało większego sensu. Nie trzymało się kupy. Skąd mogli mieć pewność, że nie stało za tym żadne czarnoksięskie zaklęcie? Skąd pewność, że Arteus nie padł ofiarą klątwy? Może powinni wysłuchać historii absolutnie wszystkich randomowych ludzi, którzy ściągnęli do stoiska zwabieni tanią sensacją? Może oni widzieli coś innego? Wszystkie te myśli zostały jednak szybko zduszone, a twarz kobiety złagodniała. Zły znak. - Panie Nott. Ma Pan pełne prawo zostać wysłuchanym, jeśli doświadczył Pan krzywdy lub niesprawiedliwości. Niech Pan wybaczy, jeśli moje słowa w jakikolwiek sposób sprawiły, że poczuł Pan, że inaczej. - Powiedziała, zachowując pełnię powagi. Nawet jeśli jej wewnętrzna Crouch’ówna piszczała “jakbyś to ty mu przywalił, to byś się tak nie rzucał do zgłaszania sprawy, co?!”, to Lorien zachowywała pełen profesjonalizm. Wzięła głębszy oddech, szykując się do jednej z tych nudnych, niewnoszących nic sędziowskich tyrad. - Żyjemy w państwie prawa. I prawo to powinno być przestrzegane, a Pański głos, oraz głos każdego kto zechce się ujawnić jako świadek, wysłuchany. - Sekunda milczenia, żeby te wszystkie głębokie słowa zapadły w serduszku Philipa.- Jeśli jednak zależy wam na mojej obecności jako przedstawiciela Wizengamotu i Departamentu… - nie będzie to tanie - rozmowy muszą odbyć się w Ministerstwie. Takie mamy zasady. - A przecież to o przestrzeganie zasad się rozchodziło, prawda? Dopiero teraz odpięła uwierającą ją broszkę. Wrzuciła ją niefrasobliwie do kieszeni sukienki. - Dajcie mi znać, co postanowicie.- Skinęła lekko głową w geście chłodnego pożegnania. Robertowi zresztą posłała podobny gest - obdarty z tej kompletnie fałszywej czułości jaką prezentowała wcześniej. I nie czekając dłużej ruszyła w stronę stoiska Mulciber Moonshine, mijając po drodze jeszcze Richarda. I jakąś puszkę na datki porzuconą przy stole. O ile na szwagra nie zwróciła większej uwagi, to puszkę jeszcze podniosła i odstawiła w widoczne miejsce. Niech zbierają sobie na te mugolskie sierotki czy co tam wspierali. |