![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 29.06.2024 Południowe stragany
Flynn nie oglądał się już za swoim bratem. Tak, wizerunek Jima w jego oczach wyraźnie się dzisiaj ocieplił, ale nie zmieniało to faktu, że bym wciąż tym samym nieznośnym i pod wieloma względami samolubnym sobą. Nie miał zamiaru za nim biec, najwyraźniej nie miał też zamiaru pomóc mu w sprzątaniu kosmetyków i farby, którą rozlał na ziemię przy malowaniu jego pleców. Od niechcenia zapiął luźne guziki koszuli, jaką miał na sobie do występu i zakrył ją kurtką. Było na nią za ciepło, ale on wolał to niż stanie tutaj w tym kostiumie. - Kiepski to ja jestem w grę zwaną życiem - odburknął. - Nie mam zamiaru za tobą biegać po tym jak się wypieprzyłem na bruk. - Oczywiście równie sprawnie co poprzednio, całkowicie zignorował fakt, że wywalił się właśnie... biegnąc za nim, żeby dać mu ten cholerny pierścionek. Tak, Flynn należał do osób inteligentnych, ale wyraźnie zgubił teraz wszystkie dostępne, mądre myśli, bo nawet nie zdał sobie sprawy z tej głupoty, jaką palnął jak gdyby nigdy nic. Ciężko było o skupienie przy kimś takim jak Laurent - całą energię skupiał na tym, żeby nie robić do niego znowu psich oczu, w czym niewątpliwie pomogła mu sugestia, że czasem powinien wybrać. - A ty masz jakiś dzień dorywania innym? - Oh nie pasowały do niego te teksty, szpile wbijane tu i ówdzie. Ha, a może pasowały tylko... Flynn nie chciał już tego od niego słyszeć? Poszedł za nim, rozpalając papierosa. Usiadł na ławce, wpatrując się w tę rozwścieczoną kicię i zastanawiał się, po co zabierać kota na Lammas? Nie wpadł na to, że to tutaj tego kota adoptował, taki pomysł na wystawienie kociaków w barze był zbyt absurdalny, aby wziął go pod uwagę, nawet jeżeli gdzieś tam mignął mu na plakacie Koci Azyl. Z jego życiorysem brzmiało to bardziej jak nazwa burdelu. Dmuchnął dymem w przeciwną stronę niż tą, po której siedział Laurent. - Ta...? Jestem człowiekiem, jeżeli zapomniałeś. - To spotkanie było o wiele bardziej nieprzyjemne, niż by tego chciał. Nie oczekiwał, że Prewett rzuci mu się na szyję albo będzie mu słodził, ale wyczuwał pomiędzy nimi coś... ha, szczelinę, pęknięcie, coś co mogło powiększać się i budować większy dystans. I nawet jeżeli tak byłoby dla nich lepiej, z czego zdawał sobie sprawę, ciężko było pogodzić się z końcem. - Przed chwilą zrzygałem się do śmietnika - odpowiedział na „jak się czujesz”, po czym faktycznie wyciągnął do niego rękę, tak jak poprosił, ale po to, żeby spleść ich palce i zacisnąć ich dłonie ze sobą, nawet mimo rozdartej skóry. - Czuję ból - teraz też - po prostu funkcjonuję mimo niego. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 30.06.2024 Południowe stragany Nawet jak na chujowy humor cicho prychnął z rozbawienia i trochę niedowierzania tego, co słyszy. Uniósł wyżej brwi, spojrzał na Flynna sądząc, że ten żartuje... ale chyba nie żartował. Może nie powinno go to rozbawić. Może powinien siedzieć cicho, bo... bo lepiej było, jak się nie odzywał, ale potem słyszał, że ten czubek lubił, kiedy mówił. Mnóstwo sprzecznych informacji, tona niepewności i... i co? Czy on był właściwie tutaj na kogoś zły, czy po prostu już był zły na cały ten wielki świat? - Flynn... ale ty się przewróciłeś biegnąc za mną. - I to znów było trooszkę jakby pytanie? Bo wcale nie był pewien, czy mężczyzna właśnie sobie z niego robił jaja i żartował, tylko był za bardzo przesiąknięty zmęczeniem i stresem po tym występie, czy może jednak mówił całkiem serio. Nie był pewien, bo ten obraz tego złego, hardego Flynna doskonale się tu przeplatał z tym całkowicie słodkim, uroczym, rumieniącym się. Uwielbiał obie te wersje - jedna była jak ekscytująca obietnica wściekłego wilka, z którym możesz zatańczyć i przekonać się, czy cię ugryzie, a druga słodkim labradorem, który będzie się do ciebie łaził i leżał pod nogami czekając na pogłaskanie. Chwilowo jednak nie potrafił docenić perfekcji tego szycia - jak skóra Fleamonta była ze sobą połączona, jak stanowiła idealną całość. Nakryta grubą łuską, ale jednocześnie miękka jak puchate włosie lisiego ogona. Człowiek ten widział tylko szarość, a prezentował sobą taki przekrój kolorów, że brak poznawania każdego odcienia jawiło się utratą czegoś ważnego. Ile odcieni mogła mieć czerwień? Przez jak wiele odmian przechodził róż? Ile zieleni mogliśmy w to wpleść, żeby zaznać spokoju? I nie ważne, ile tych barw dojrzy Laurent - nigdy nie będzie w stanie mu ich pokazać zwrotnie. Zawsze będzie to samo - tylko czerń i biel. Prawie jak kręcące się jak złośliwa mucha pod czaszką Flynna "być" albo "nie być". Ugryzł się w język, żeby mu dalej nie odpowiedzieć. Tak, mam i co z tego! - mógł jeszcze unieść do tego podbródek. Ale nie chciał się wcale z nim kłócić, bo nie chciał wylewać na niego całego wiadra tego syfu. Jak zawsze. I jak zawsze nie wiedział i nie potrafił sobie poradzić z tym, jak dać mu ujście. To dusiło. Zdzierał sobie skórę paznokciami we własnych myślach, ale koniec końców chodziło o to, żeby oddychać, żeby pozostać spokojnym i żeby niekoniecznie inni musieli znosić te humory, nad którymi samemu się nie panowało. Drgnął zaskoczony i spojrzał na te dłonie z lekkim przestrachem. Wspomnienie pytania, które mu zadał, powróciło. Więc... a czy LUBISZ ból? Tamto pytanie pozostało bez odpowiedzi, a teraz znowu ciężarem zawisło na moment w powietrzu. Drobny moment, bo zaraz Laurent pacnął dłoń Flynna ostrzegawczo i wziął tę jego rękę, żeby zobaczyć, czy sobie trochę tylko zdarł skórę. Wariat. Oczyścił skórę zaklęciem. - Czy ty mnie celowo wykorzystujesz do swoich masochistycznych zapędów, żeby się nade mną znęcać? - Bo był tym skonfundowany. W jego głosie zabrzmiała lekka irytacja. Westchnął. - Ludzie mają różny próg bólu. - Wyjaśnił spokojniej. - Nie wiem, czy zgiął cię stres, czy się zatrułeś, czy stało się cokolwiek innego, dlatego zadaję pytania. Tak się zachowują ludzie. Martwię się o ciebie. Dlatego pytam. - Po prostu... brakowało mu pozytywnych emocji, żeby to okazać. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lyssa Dolohov - 30.06.2024 mulciber moonshine
Lyssa nie miała nic personalnie do Charlesa, głównie dlatego że widziała go na oczy pierwszy raz w życiu i zwyczajnie go nie znała, ale jego ponury wyraz twarzy nie pomagał. Smutny jakiś taki był, a Mulciber nie była pewna czy chciała jakkolwiek się tym interesować, nie wspominając już o tym że swoje się tutaj wysiedziała, czekając aż ktoś łaskawie przyjdzie i zajmie się tym wioskowym kramem. - Miło - cię poznać i że wreszcie ktoś tutaj przyszedł. Obdarzyła go uśmiechem, jednym z rodzaju tych miłych i wyuczonych na przestrzeni lat. Ale równie szybko co pojawił się Charles, pojawił się też jego brat. A Lyssa obdarzyło go wtedy dokładnie takim samym uśmiechem z dokładnie taką samą niewymuszoną łatwością. - Za co niby miałby cię odsyłać do Norwegii? - zapytała, ale jeśli ktokolwiek liczył że gdzieś w jej spojrzeniu znajdzie takie samo zainteresowanie, jako zadźwięczało właśnie w jej głosie, to powinien być gotowy mocno się przeliczyć. Ale zaraz do całego towarzystwa dołączyła Sophie, wręczając chłopakowi rzeczony powód. W momencie kiedy przy stoisku pojawiła się reszta Mulciberów, Lyssa przestała zwracać uwagę na to kto znajdował się po drugiej stronie lady, więc nawet nie zarejestrowała, że majaczyła tam Longbottom, którą właśnie próbowała z resztą obsłużyć Sophie. Z resztą, córka Dolohova przez dłuższą chwilę wpatrywała się w znajdującą w dłoni Charlesa świeczkę z jakimś nieodgadnionym wyrazem twarzy - ale przynajmniej nie żadnym obrzydzeniem, które prezentowała jej kuzynka. - Czy biznes rodzinny Mulciberów aż tak kuleje i potrzebuje pieniędzy, że postanowiliście postawić na szokujące rozwiązania? - zapytała, ale świeczki nie dotknęła, bo tylko tego brakowało, żeby ktoś ją tutaj z nią obfotografował. Brak pieniędzy był też dla niej najprostszym powodem, który przychodził jej w tym momencie do głowy. Bo skoro Sophie bawiła się w domorosłego bimbrownika, to może było faktycznie aż tak źle? - Wiecie, nie jestem specjalistką, ale takie rzeczy to chyba nie na rodzinnych jarmarkach? Ale pewnie zbilibyście fortunę sprzedając coś takiego do zamtuzów. Takie i... wiecie, w kobiecym kształcie - nawet przy tym nie mrugnęła, czy nie skrzywiła się z zażenowaniem, nawet jeśli nie zamierzała rzucać tutaj na głos nazwami męskich i żeńskich genitaliów. Ale przecież wszyscy tutaj byli chyba dorośli? A skoro aż tak im się paliło do biznesów to czemu nie wspomóc potrzebujących dobrą radą? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jessie Kelly - 30.06.2024 Łażę przy południowych straganach, patrzę na scenę, idę do koła fortuny i znowu łażę. Ludzie gadali, coś tam między sobą szeptali i chyba ominęło go coś naprawdę ciekawego. Jessie nie był w stanie dosłyszeć szczegółów zdarzenia, które z pewnością zapadnie w pamięci wielu osobom, ale widział, jak ktoś tam chichotał, ktoś tam się zarumienił, więc musiało być to coś naprawdę zachwycającego. Albo skandalicznego. Cokolwiek to było, trochę mu było szkoda, że go to ominęło. No ale może uda mu się dowiedzieć więcej, jeżeli świadkował temu ktoś znajomy... Zatrzymał się na chwilę, zerkając na scenę. Czy tam był wuj Anthony? A może ktoś bardzo podobny, chociaż czy była osoba, która aż tak mogła przypominać jego wuja? Cóż, może go o to spyta następnym razem... Przeszedł się powoli wzdłuż straganów, spoglądając, co tam ciekawego mieli. Jeśli coś rzuciło mu się w oczy, zatrzymał się na chwilkę, ale nie wpychał się między ludzi, przeglądających wystawione towary. Chwilę postał, popatrzył i poszedł dalej. Koło fortuny go zainteresowało, a raczej rzeczy, które można było wygrać. W sumie czemu by nie spróbować? Może akurat trafi się coś ciekawego... Kupił dwa losy i zakręcił kołem, a potem oddalił się i znowu zaczął łazić między straganami, bo może coś ciekawego jeszcze zobaczy. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 30.06.2024 Południowe stragany
Obserwował śmiejącego się z niego Laurenta, ściskając spierzchnięte wargi w wąską linię. - Oj już nie bądź taki mądry. - Nieco teatralnie wywrócił oczyma. - Wraz z zetknięciem się z tym brukiem mój zapał zniknął - dodał, chcąc jednak postawić na swoim, kropka na końcu zdania w tej jednej rzeczy miała być jego, nawet jeżeli wyraźnie zakrzywiał tym rzeczywistość. Pewnie powinien poczekać z tym pierścionkiem. Albo najlepiej nie dawać mu go wcale... Powinien się do niego odciąć raz na zawsze, przecież potrafił odcinać się od ludzi dla większego dobra, a jednak... nie zrobił tego. I naprawdę zamartwiał się tym, w jaki sposób Laurent na niego reagował. Nie podobało mu się to, ile energii wkładał w wyczucie jego nastroju, w dobieranie słów. To nie była sytuacja, w której czuł się dobrze i potrafił zachowywać się naturalnie - oboje przed sobą grali i oboje udawali, a ona jak zawsze odczytywał wszelkie gesty w sposób, który czynił go niechcianym elementem. Zabrał tę rękę po oczyszczeniu rany, ułożył ją na oparciu ławki w nonszalancki sposób i siedział tak bez wyraźnego podziękowania. Wolałby mieć w tej ranie piach, ale żeby Laurent nie rozplótł ich palców, ale zdzielenie go w łapę znaczyło w jego słowniku nieme „nie dotykaj mnie”, więc od tego momentu siedzieli na tej ławce już nie razem, ale osobno. Mowa jego ciała się zmieniła, nie wskazywał już nawet kolanami w stronę blondyna tylko na zewnątrz. Nie stykał się z nim w żaden sposób. - Taa, uwielbiam się nad tobą znęcać, dlatego tu jestem i kupuję ci prezenty. - Faktycznie klęczenie przed nim i błaganie go każdą komórką ciała o przyzwolenie na całowanie go po stopach nie stawiało go w szczególnie normalnym świetle, ale na jego obronę - nie dostrzegał w tym masochizmu. W rozcinaniu swojej skóry ostrymi narzędziami również. To przecież wszystko było coś zupełnie innego. - Nie mam porównania do innych ludzi. Mogę ci to porównać do innego bólu i wyjebanie się na ulicy nie znalazłoby się pewnie w pierwszej setce mojego zestawienia najgorszych doświadczeń. - Odwrócony w kierunku straganów, ostentacyjnie ignorując tego syczącego kota, wciąż wydmuchiwał dym tak, żeby nie leciał na jego rozmówcę. Odkąd zaczął palić, był wyraźnie spokojniejszy. - Wypiłem za dużo wódki, a ścisnęło mi żołądek. Czy taka odpowiedź jest dla ciebie wystarczająca, milady? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 30.06.2024 Mulciber moonshine Charlie odruchowo złapał za świeczkę którą w ręce wcisnęła mu Sophie. Tak niewinna rzecz: odrobina wosku ukształtowana w dumnie sterczące prącie! Ta, którą złapał, miała nawet mleczno-różowawy kolor z ciemniejszymi wzorami żył i przypudrowanym burgundem szczytem, tak realistyczna, jak tylko Charlie potrafił. Szczyt jego kunszt, z waniliowym zapachem, ze smugami dymu zawijającym się w błyszczące serpentyny! Nie miał głowy na to, by interesować się miejscem pobytu szerszej rodziny, ale odstawił chuja pod stół stanowiska Sophie. Lepiej, żeby już nikt tego nie widział. Żaba posunięta przez Brennę sprawiła, że Charliemu znów zachciało się płakać, a ucisk w gardle nadawał słowom charakterystyczny tembr. Tym razem walczył ze wzruszeniem, ale też wstydem. Brenna musiała widzieć, w jakim był stanie. Po raz kolejny! - Dziękuję! - Zawołał za Brenną. Zabrał żabę, pudełko jednak obracał w dłoniach nim dobierze się do karty. - Znowu ratujesz mi życie! To było uwłaczające. Charles obiecał sobie podziękować Brennie w lepszy sposób, gdy będzie ku temu okazja. Otarł nos. Dość klejenia się jak mały chłopiec! Uniósł spojrzenie na Leo, gdy ten zaczął głosić swoje mądrości. - Dobry interes, co? Ojciec prawie ukręcił mi głowę za taki dobry interes! - Warknął, pochylając się mimo wszystko po anatomicznego fallusa i tym razem dźgając nim brata w środek klatki piersiowej z siłą, która wygięła i zniekształciła świecuszkę! To znaczyło, że Charlie powinien pomyśleć nad mocniejszą mieszanką wosków, gdy będzie robił kolejną partię. Jeśli będzie taką robił. Tak, zdecydowanie jeśli . - Ale masz rację, że są... Dochodowe. Widzisz, Lysso? To jest powód. Fallus stanął dumnie obok przygotowanych próbek bimbru. Nie było sensu ukrywać tego, co sprzedawali, gdy wieść i tak już się poniosła. Problemem była zbliżająca się ciotka Lorien, ale ona również wydawała się bardziej wyrozumiała od reszty. - To był żart, tylko dla jednej osoby. - Powtórzył po raz nie wiedzieć który. - Który z jakiegoś powodu chwycił, gdy tamci mężczyźni zaczęli się nimi okładać. Swoją drogą... Wuj powinien być zły na nich, nie na nas. Możesz mieć rację, Lysso, może powinienem sprzedawać je do zamtuzów. To tylko mój projekt, nie rodziny. Nastrój zaczął Charlesowi wracać. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 30.06.2024 Południowe stragany Była kropka, po której Laurent niczego nie dodał. Nie przeszkadzało mu odtworzenie tego w TAKIM ujęciu rzeczywistości, w której Flynn unosił się dumą, albo... nie bardzo wiedział, czego dokładnie był to wyraz, ale przecież nie był niczym złym. Przynajmniej dla niego. Uśmiechnął się na moment z akceptacją i wyrozumiałością. Zdziwiłby się, gdyby ktoś miał ochotę biegać dalej po takim upadku. To było całkiem mocne zderzenie z rzeczywistością, kiedy widzisz kogoś w tak zgrabnych ruchach, z taką gracją, zręcznością i zwinnością, a zaraz po tym widzisz jak ta sama osoba nie radzi sobie z wstaniem z ziemi, więc upada na pierwszej prostej w nieudolnej próbie biegania. I znów - obie te wersje idealnie opisywały Flynna. Jego sprzeczności, piękno w brzydocie. Och, jakże wspaniałe potrafiły być te wszystkie rozmyte, rozbabrane obrazy, z których ram dawno poodpadały zdobienia..! Jak człowiek potrafił się kochać w braku ideałów i porażkach. Błędach. Ciekawe w ilu kategoriach Flynn tak o sobie myślał - jak o "błędzie". Pewnie większości. - Dlaczego się teraz odsuwasz? - Znów - nie rozumiał. Nie pojmował zasad tego push-pull, który był uprawiany przez czarnowłosego. Nie miał ochoty się domyślać i zaczynał zauważać, że próby domyślania się w przypadku tego człowieka całkowicie mijały się z celem. - Chyba każde nasze spotkanie i dotyk kończysz robiąc sobie krzywdę. Teraz też, nawet w tak prozaicznym problemie jak zdarta skóra. Wybacz, Flynn, ale ja... Ja nie chcę, żeby cię coś bolało - Ale może to lubił? Może tego potrzebował? Jak bardzo Laurent był w stanie przesunąć swoją linię i co by za nią znalazł? Miał wrażenie, że wszystkie jego chęci i dobra wola po prostu rozbijały się na tej nieznanej wyspie, jaką był Fleamont Bell. Że cokolwiek by nie zostało powiedziane czy zrobione to nadal będzie tą wyspą przeznaczoną tylko dla tych dwóch osób. Albo dla jednej. Nie wypowiedział się na ten temat konkretnie. Z drugiej strony potem Flynn miał swoje momenty starania i gimnastykowania się, jak ten prezent, na którym spoczął opuszczony teraz wzrok Laurenta. - Po części. - Odparł cicho. Chciał go pytać dalej - dlaczego pił przed występem? Ile to "pić za dużo" dla niego? Czy to mu pomogło na występie? Zamiast tego zmusił się ponownie do wyprostowania i otworzył ten pakunek od Flynna, żeby wyciągnąć jego zawartość. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 30.06.2024 Stoisko winnicy Château des Dragons
— Nie sposób temu zaprzeczyć, że pan Shafiq potrafi się zaprezentować na zdjęciach. — Stwierdził po przyjrzeniu się ruchomemu zdjęciu właściciela winnicy. Pod wieloma względami mógł to być to powód do odczuwania ukłucia zazdrości. Z tego powodu on go nie doświadczył - tego jednak nie można powiedzieć o istotnym fakcie trzymania przez czarodzieja tego smoka. Spoglądanie przez dłuższy czas na tę właśnie fotografię sprawiło, że przez myśl mu przeszło to pytanie, czy ten smok pochodził z legalnego źródła. Nie jest z zawodu smokologiem i nie pracuje w smoczym rezerwacie, jednak wydawało mu się, że tego typu placówki nie udostępniają swoich podopiecznych do zdjęć i nie wydają małych smoków w prywatne ręce. Posiadał jednak wiedzę, że hodowla smoków przez prywatne osoby jest zakazana. — Jeśli mogę zapytać, ten smok ze zdjęcia pochodził z legalnej hodowli, prowadzonej przez jeden z rezerwatów? — Prawdopodobnie większość ludzi zachwycała się niewątpliwie charyzmatycznym panem Shafiqiem albo pięknym smokiem i chociaż on był tego bliski, jeśli chodzi o drugą kwestię, to jednak pracował w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Co prawda, nie pracował w Biurze Badań i Hodowli Smoków, ale to nie znaczy, że nie powinien zareagować, jeśli uzyska tak istotne istotne informacje. Los magicznych stworzeń, niezależnie od ich rodzaju, nie był mu obojętny. — Czy pan Shafiq jest w stanie sprowadzić do tego kraju wszystko i to całkowicie legalnie? — Zadane przez niego pytanie miało związek z tym pierwszym, dotyczącym smoka. Wspaniale byłoby mieć możliwość zaopiekowania się takim magicznym stworzeniem, jednak nawet jakby to nie było nielegalne to zostanie odpowiednim opiekunem dla takiego gada przekraczało jego wszystkie możliwości. Ta informacja mogła okazać się kluczowa, gdyby kobieta potwierdziła jego przypuszczenia. Na podstawie tego krótkiego opisu mógł odnieść wrażenie, że pan Shafiq może być w stanie sprowadzić też to, co nie jest dostępne legalnie. Z pewnością to wszystko miało swoją cenę, a ona była wysoka. W tym świecie bardzo niewiele rzeczy było za darmo. — W takim razie wezmę nie tylko te kubeczki, ale również zapłacę za dwie butelki tego wina. — Przekazał czarownicy, poświęcając w tym momencie chwilę na wyciągnięcie z portfela odpowiedniej ilości monet po to aby mógł przekazać je czarownicy. — Nie mówiłem o tym, że powinna pani zamknąć na stałe to stoisko, tylko o zrobieniu sobie chwilowej przerwy. Z pewnością pani na nią zasłużyła. Rozumiem to, że wszyscy mamy swoje zobowiązania. — W jakimś stopniu mogło dojść do nieporozumienia, które w obecnej sytuacji postanowił spróbować naprostować. Żyli w względnie cywilizowanym świecie i prawo do przerwy przysługiwało każdemu, kto pozostawał zatrudniony. Jednocześnie ostatnie wydarzenia w świecie czarodziejów sprawiały, że poddawał w wątpliwość ucywilizowanie niektórych obywateli - tych, którzy dopuszczali się ataków na mugolaków i mugoli. — A ja... w chwili obecnej tak. Wydaje mi się, że obrałem właściwą ścieżkę, nawet jak nie należy do najłatwiejszych. Nic co dobre, nie powinno przychodzić z łatwością, prawda? — Odparł bez cienia wahania w głosie. To, co sam czuł odnośnie swojej drogi życiowej to jedno, ale zawsze to zostanie zweryfikowane przez życie. @Millie Moody RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 30.06.2024 Południowe stragany
Czasami lubiła się z Saurielem podroczyć i go za ten ogon pociągnąć, ale zwykle robiła to bardzo delikatnie i było chyba dla obojga oczywiste, że to tylko ŻARTY i ZABAWA, Victoria miała tendencję do tego, żeby tłumaczyć Saurielowi pewne swoje ruchy, albo co ma na myśli, bo potrafił się w moment na coś obruszyć i zmieniał mu się humor, a ona nie zamierzała się bawić w typowo damską zagrywkę z cyklu „domyśl się”. – No mówiłam ci. Robert albo drugi Robert, nie rozróżniam ich, ale jeden z nich – wzruszyła ramionami, bo w sumie nie miało to znaczenia kto dokładnie, ważne, że scena została zrobiona. – Młody wyciągnął swoje autorskie falliczne świeczki, bo chciał je komuś pokazać, jakiś dziennikarzyna przy tym był, zrobił zamieszanie i machał tym fiutem na lewo i prawo i nagle przyszedł Atreus z Florence, tą klątwołamaczką, pamiętasz… I zobaczył tamtego zjeba i po prostu… No nie wytrzymał, akurat oglądał tę świeczkę i po prostu poszedł mu walnąć. I potem znikąd zjawił się ten stary Mulciber i zrobił scenę – i wtedy Victoria kupiła trochę tych penisoświeczek, żeby jakoś zrekompensować chłopakowi całą sytuację, niepotrzebnie rozdmuchaną przez tamtego starego, a potem ktoś jeszcze przyszedł drzeć pizdę i jakiś brygadzista temu komuś dał w ryja, zjawił się Alastor, a Kwiatuszek zwiał… Resztę tej historii już znał, bo od tamtej pory kręcili się po tym festynie razem. Sauriel miał dla niej jakiś plan, ale nigdy nie zapytał jej o zdanie. Nie zapytał, czego ona by chciała, nie zapytał, co sprawiłoby jej radość, spokój i dawało szczęście. Snuł w swojej głowie dla niej bajkę, ale czy to byłaby bajka dla niej? Nie, nie byłaby, bo czegoś ciągle by brakowało. Bardzo nie chciała, by ktokolwiek więcej sterował jej życiem, mówił jej, z kim ma być, a z kim nie, z kim założyć rodzinę, kogo kochać. To miał być całkowicie, tylko i wyłącznie jej wybór, jej decyzja, miała serdecznie dosyć słuchania, że tego nie może, a to musi, bo ktoś ma taki, a nie inny dla niej plan. Nie. – Och no dobrze – odparła i złapała Sauriela pod ramię, czując to dziwaczne napięcie w powietrzu i po prostu pożegnała się z Tahirą skinięciem głową. Odsunęli się więc od stoiska, kręcąc w tłumie niespiesznie. Słuchała słów Sauriela, chociaż jej mózg zatrzymał się przy tym całym Skrzynku i zawiesił, nie potrafiąc tego jakoś sensownie do niczego dokleić. – Na pewno będziesz miał tam spokój od rodziny – a doskonale wiedziała, jakie to może być zbawienne… Tylko sama bała się, że zacznie jej niedługo doskwierać samotność, całe życie była przyzwyczajona, że ktoś był obok; w szkole koleżanki z dormitorium, w domu siostra, rodzice, skrzaty… A teraz co. Teraz miała kota. Dwa koty. Ale sama musiała się już wyrwać z domu, musiała. Miała po prostu już tego wszystkiego serdecznie dość. – Kocie, masz gówniane pojęcie na temat roślin. Wiesz, jak dużo jest takich, które mogą żyć w mroku i wcale nie muszą być ciągle podlewane i mają się znacznie lepiej niż te, które potrzebują słońca? – bardzo dobrze myślał, że zalałaby go roślinami. OCZYWIŚCIE, że by to zrobiła, duuuh. – Jakbyś wystarczająco uważnie słuchał na zielarstwie, to nawet posłuchałbyś co nieco o takich… Na przykład diabelskie sidła – zachichotała, bo rzecz jasna czegoś takiego by mu nie sprezentowała… Ale to był bardzo ładny przykład na to, że w ciemności też może być życie. Życie, które nie lubi światła. Dałaby mu za to fruwokwiat – podobny do diabelskich sideł, ale całkowicie niegroźny. – Ale wiesz, jak potrzebujesz spokoju, to się nie krępuj, możesz zawsze się schować u mnie, póki czegoś dla siebie nie znajdziesz – dom w kamienicy miała duży, bo cała kamienica należała do niej, miała tam też sporą piwnicę, z czego jedno pomieszczenie w niej przerobiła na pracownię alchemiczną, a potem miała jeszcze parter i dwa piętra w górę. I dwa puchate i żądne miłości kocie szczęścia. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Robert Mulciber - 30.06.2024 świeczki i kadzidła Mulciberów
Celem Roberta nie było fizyczne zranienie kobiety. Zwłaszcza takie, które mogłoby zwrócić na nich uwagę postronnych. Nawet niekoniecznie taką większą. Nie było mu to na rękę. Prawdopodobnie, gdyby tylko zauważył w porę krew na jej ubraniu, zaraz by Lorien przeprosił za swój brak należytej ostrożności. Następnie zaś, dodatkowo, upewnił się czy aby na pewno wszystko było w porządku. Zachowałby się tak, jak powinien zachowywać się troskliwy mąż. Może był nawet do tej roli stworzony? Jeśli tak, to niestety, ale wypowiedziane przez Philipa imię Alexander, skutecznie odciągnęło jego uwagę od Lorien, uniemożliwiając zaprezentowanie pełni robertowego talentu aktorskiego. Musiał się przecież dowiedzieć czegoś więcej na temat zdarzenia z udziałem swojego ulubionego kuzyna. Nie byłby sobą, gdyby się tym wcale nie zainteresował. - Ktoś pobił naszego drogiego Alexandra? Aż ciężko w to uwierzyć. Jedno Lammas, a tyle zamieszania. - powiedział, licząc na przynajmniej kilka dodatkowych informacji. - Mam nadzieje, że nie spotkało go nic poważnego? Kończyny całe? Nos? Oczy na swoim miejscu? Wiesz, Philipie, jeden Donald, to wystarczająco dużo nieszczęść jak na naszą niewielką rodzinę... Szczerej troski o Alexandra było w tym wszystkim tyle, co kot napłakał. Może dzięki temu, że oberwał, to i owo naprostowałoby się w jego główce? Nie, żeby faktycznie na to liczył. Z normalniejszym Alexandrem byłoby zbyt nudno. A poza tym, to kuzyn zdawał się nie za bardzo rokować, jeśli mowa o jakiejkolwiek poprawie. Jego chęć udzielenia pomocy Philipowi, nie była czymś... bezinteresownym. To nie tak, że na ślepo rzucał się teraz krewniakowi na ratunek, z jakiejś dobroci serca czy innego, równie durnego powodu. Za działaniami Roberta, jak zwykle, coś stało. W tym przypadku chodziło o skorzystanie z okazji mogącej choćby odrobinę zaszkodzić Harper Moody. O ile nie mógł podjąć się bardziej radykalnych działań, tak drobne szpile nadal wchodziły w grę. Oczywiście, nie zamierzał zacząć się teraz tutaj z tego tłumaczyć. Inni mogli sobie założyć cokolwiek, cokolwiek na ten temat myśleć. Nie był to jego problem. - Na pewno o wszystkim Ciebie poinformuje, kochanie. - odezwał się do żony, starając się trzymać ręce na wodzy, po tym jawnym podważeniu jego pozycji. Roli? On był tutaj mężczyzną. Teraz jednak nie czas i miejsce, żeby takie kwestie omawiać. Pozwolił więc Lorien tak po prostu odejść, uwagę przenosząc na Philipa. - Wybacz jej, nadal nie do końca doszła do siebie po... wiesz zapewne po czym. - coś tutaj sugerował? Owszem. Wszak dla rodziny i znajomych wiadome było, że kobieta straciła dziecko i przez ostatnie miesiące walczyła z depresją. Dopiero od niedawna zaczęła ponownie pojawiać się w Londynie. Na ile jednak z tym wszystkim zaznajomionym pozostawał Philip? W zasadzie było to dla Roberta bez większego znaczenia. - Przekonam ją, żeby podeszła do tego tematu na poważnie. Masz tutaj moje słowo. Możemy umówić się na spotkanie w ten weekend? Ewentualnie piątek. Wiem, że to jeszcze sporo czasu, aczkolwiek wszyscy mamy w tygodniu swoje obowiązki. Kiedy do stoiska wrócił Richard, skinął mu głową. I chyba nawet nie do końca zarejestrował, że wspominał o jakimś stoisku należącym do Sophie. Był teraz skupiony na innych sprawach. Dużo istotniejszych niż córka, najpewniej nadal starająca się zdobyć nieco uwagi ze strony swojego rodzica. - Zajmiemy się kwestią stoiska, jak tylko skończę rozmawiać z Philipem. - poinformował brata. |