Secrets of London
[12.09.1972] Wojny Dorszowe - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [12.09.1972] Wojny Dorszowe (/showthread.php?tid=4901)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Mirabella Plunkett - 10.07.2025

Kapitan hycał jak sarenka, chociaż w zasadzie lepiej byłoby go przyrównać do małpy. Tego, z jaką gracją wspinał się po olinowaniu statku, mogła mu pozazdrościć co najmniej połowa tu obecnych - był nie tylko zręczny, ale i szybki. Raz-dwa wylądował w bocianim gnieździe, by lepiej widzieć przy pomocy lunety. Po co to zrobił? To było dobre pytanie, bo mógł przecież obserwować z pokładu przy pomocy lunety... Ale może chciał jeszcze porozmawiać? Wydać rozkazy? Ciekawe, czy usłyszał Laurenta.
- W prawo! - wrzasnął Kapitan do sternika, który jako jeden z nielicznych nie rzucił się do burty, żeby obserwować zagrożenie. Patrzył jednak w tym kierunku, a gdy padł rozkaz, chwycił za ster. Nie było czasu na magię, zaczął obracać kołem z wprawą, wcześniej wsadzając różdżkę w zęby, żeby ta nie upadła i nie potoczyła się po pokładzie. - Więcej wiatru w żagle! Musimy je ominąć!
Czarodzieje, którzy odpowiadali za wsparcie statku przy pomocy magii, unieśli wyżej różdżki. Padło kilka zaklęć, a materiał wydymał się powoli, metodycznie, nabierając wiatru. Statkiem zatrzęsło, gdy wykonywał nagły manewr.

- Trzymajcie się! - Kapitan wrzasnął, samemu zaciskając palce na koszu. Statkiem zatrzęsło, podobnie jak załogą, która ze względu na swoje doświadczenie na morzu trzymała się na nogach. Każdy tu miał coś do roboty, każdy tu coś robił - i przede wszystkim, co było widać, każdy wyciągnął różdżkę, gotowy do ewentualnej obrony albo ataku. Anders, mimo niebezpieczeństwa, wyszedł z gniazda i zaczął schodzić do reszty. Nie czekał jednak, aż zejdzie na dół. - To nie są skały! Różdżki w dłoń! Ekipa, czy to jest to, co myślę?
Nie kierował tego pytania do nikogo konkretnego, nie chciał też siać niepotrzebnej paniki ale tylko debil by uwierzył w to, że nagle niewielkie skałki pojawiły się na ich kursie.


Proszę każdego o rzucenie na AF, czy przy tak gwałtownym manewrze utrzymacie się na nogach. Jest to rzut wymagany i dodatkowy - nadal macie jeden wolny rzut na akcję, którą chcielibyście wykonać w tej turze! Tl;dr rzucacie na AF i drugi rzut na to co tam chcecie. Czas na odpis: do 14.07 do północy, odpiszę 15.07. Motyw przewodni żeby wam też zryło banię: klik



RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Laurent Prewett - 11.07.2025

Człowiek doszukiwał się sensu w skakaniu Kapitana po maszcie, a pewnie prawda była znacznie prosta: mężczyzna był samcem i jak na samca przystało - musiał się popisać na swoim terenie. Takich samców alfa to na wśród szczurów lądowych nie znajdziesz, nie.

- Tak, to węże! - Potwierdził, zadzierając głowę w stronę kapitana, ale zaraz odnalazł wzrokiem majtka, który go przytrzymał i pomógł w tej chwili piekielnej słabości. Chciał mu mówić, żeby poszedł po mapę i przyniósł - z nią łatwiej byłoby ocenić, skąd węże się tutaj wzięły, w nienaturalnym dla siebie środowisku. Nie dlaczego - skąd. Powód będą musieli zbadać. W każdym razie - miał. Statek wykonał nagły manewr i nagle jedyny (a jaki niepewny) ląd osunął się Laurentowi z nóg. Automatycznie więc spróbował do niego przylgnąć, żeby się ratować.


na utrzymanie się na statku (af I) + zawada Słabo zbudowany
[roll=O]

Bez względu na to, czy na nogach się utrzymał (z czyjąś pomocą, bo przecież nie sam), czy też wyrżnął, spróbował się jak najszybciej otrząsnąć.

- Mapa! Dajcie mi mapę! Leviathan, pomóż mi! Ustalimy, skąd mogły przypłynąć. Spróbujemy je zwabić z powrotem do ich naturalnego środowiska! - Zignorował przytyk Geraldine, że nie on tutaj dowodził. Dowodził Kapitan, to prawda, ale Kapitan nie znał się na magicznych stworzeniach tak, jak on. Nie pozostawiał więc decyzyjności w dłoniach człowieka nieprzygotowanego pod tym kątem. Za to z całą pewnością pozostawiał mu decyzyjność odnośnie statku i kontroli nad nim. Na tym to nie znał się on, mimo całej miłości do morza. - Benjy, Geraldine! - Spojrzał na kobietę i jej towarzysza, krzycząc w ich kierunku. - Możecie to ustalić? - W końcu na samym polowaniu nikt się nie znał tak, jak Geraldine. Benjyego zdolności nie znał, ale ufał profesjonalizmowi Artemis. - UWAGA! Węże wyczuwają drgania wody! Mogą być spłoszone i zaatakować! - Tak gdyby ktoś chciał się do nich zbliżać... a Laurent sam w zasadzie chciał. - Wykorzystując to możemy je łatwo wywabić. Hestio! Możesz mieć oko na te pagórki? Daj znać, gdyby cokolwiek się zmieniło lub drgnęło. - Przy tych drganiach zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby mu już siedzieć na tej ziemi. Albo przywiązać się do masztu... - Victorio, pomożesz proszę Leviathanowi? Dziękuję... - Nie czekał nawet na odpowiedź kobiety z "dziękuję", za to trochę zakaszlał. Sam zaraz odbiegł wzrokiem dalej, odnajdując się w całym tym otoczeniu.


na charyzmę (IV), brak dowodzenia, + selkie
[roll=PO]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.07.2025

Geraldine i Benjy znajdowali się na rufie. Z dala od swoich kompanów, z którymi nie mogli się porozumieć, zresztą każdy z nich zajął inną pozycję. Yaxley nie zrobiła tego bez powodu, chciała zobaczyć, jak wygląda morze za nimi - dlatego właśnie znalazła się wraz z Feniwckiem na końcu statku. Miała świadomość, że węże mogły się rozdzielić. Mówiono przecież o trzech sztukach.

Na początku nic nie zwracało jej uwagi, oparła się więc o falszburtę i obserwowała morze. Zdawała sobie sprawę, że te skały, które znalazły się przed nimi były wężem, bo wiedział o tym już cały statek, jednak to nie mógł być koniec. Wtedy też odezwał się jej szósty zmysł, ciało się spięło i informowało Yaxley o tym, że coś się zbliża. Później zobaczyła cień pod wodą, dosyć szybko zrozumiała, co za nimi płynie.

- Drugi jest za nami. - Pewnie sam zauważył, ale postanowiła mimo wszystko przekazać mu jasną informację. - To na pewno wąż, nie wiem gdzie jest trzeci. - Póki co jeszcze nie wyczuwała kolejnego zagrożenia. - Jest dosyć daleko, możemy więc poczekać, aż sam nas zaatakuje, wtedy nie będą mieli argumentów, żeby się do nas dojebać, widziałeś, że tam nie ma z kim rozmawiać. - Geraldine nie była zadowolona z tego, jak przebiegły przygotowania do akcji. Lepiej było poczekać i sięgnąć po przemoc, bo zwierzęta i tak były rozjuszone i agresywne, więc spodziewała się, że skończy się to w jedyny, możliwy sposób. Spokojne i pokojowo nastawione zwierzęta nie rozdzielały się w ten sposób i nie szykowały się do zasadzki. Jako, że sama była łowczą wiedziała, w jaki sposób przeprowadza się podobne działania, niejeden raz zdarzyło jej się korzystać z podobnych metod podczas polowania. - Najprawdopodobniej szykują na nas zasadzkę, myślę, że najlepiej będzie się ich pozbywać pojedynczo. Zaczniemy od tego, to może ten trzeci postanowi się dołączyć. Możemy atakować go równocześnie, Ty strzelisz  kuszy, ja rzucę harpunem, we dwójkę powinno nam pójść szybko pozbycie się jednego osobnika. - Mimo tego, że z Benjym miewali problemy z komunikacją, to w tym przypadku wiedziała, że może liczyć tylko na niego i Johna i Toma, bo cała reszta chyba nie do końca rozumiała powagę sytuacji, w której się znaleźli. Węże miały już pewne naleciałości w stosunku do ludzi wynikające z ich przeszłych doświadczeń, była więc pewna, że nie będą łagodne, bo zwierzęta dostosowywały się do tego, co przeżyły, a te miały podstawy, by traktować ludzi jak zagrożenie, przez co mogli mieć pewność, że podejdą do nich agresywnie.

Widząc drugiego węża postanowiła pozostać w gotowości do ewentualnej obrony. Nie uważała, żeby zaistniała potrzeba, aby wracać się do reszty, bo znajdowała się tam większość osób z ekspedycji. Musieli pilnować tyłów, skoro jeden wąż ich śledził. Nie poinformowała nikogo o tym, że go dostrzegli, wiatr był zbyt silny, fale również zagłuszały dźwięki płynące z otoczenia, a do tego nadal miała podrażnione gardło po pożarach.

Statkiem zaczęło kołysać dosyć mocno, opierała się więc ciągle prawą ręką o nadburcie, żeby się nie potknąć, a w lewej dłoni miała przygotowany harpun do ataku, nie unosiła go póki co, czekała na moment, w którym będzie to jedynym wyjściem. Była zwarta i gotowa do tego, żeby zareagować.



AF ◉◉◉◉◉ rzucam na utrzymanie równowagi
[roll=W]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Victoria Lestrange - 13.07.2025

Miała nadzieję, że do tego nie dojdzie – do tego konfliktu, który wyraźnie wybuchnął pośród zebranych na statku ludzi, ale nie była też zaskoczona takim obrotem sprawy. Tam, gdzie zbierali się ludzie o silnych charakterach, prędzej czy później dochodziło do spięć, zwłaszcza, jeśli przyświecał im inny cel… Nie, nie inny cel – bo ten mieli taki sam: w jakiś sposób zrobić porządek z potencjalnym zagrożeniem na morzu. To droga do tego celu była inna. Wyłapała pytające, zmieszane spojrzenie Hestii posłane w jej stronę, lecz nie było już czasu na wyjaśnienia, bo na pokładzie powstało zamieszanie w związku ze skałami widocznymi w oddali. Czy raczej „skałami”.

– Z drugiej strony czysto! – krzyknęła, słysząc najpierw potwierdzenie od strony Laurenta. Potem statkiem szarpnęło, gdy ten zaczął gwałtownie skręcać, a Victoria, zupełnie nieprzywykła do takich warunków, bardzo próbowała nie stracić równowagi i dość odruchowo wyciągnęła ręce, usiłując przytrzymać się burty.


// Rzut na Aktywność fizyczną ◉◉◉○○ – utrzymanie równowagi
[roll=Z]

To prawda, że węże mogły być spłoszone. Mogły ich wyczuć z oddali i próbować ich przestraszyć udając skały – zupełnie tak, jak przestraszony kot się napuszał, jeżył sierść, stawiał ogon i wyginał grzbiet w łuk, by udać większego, niż jest w rzeczywistości.

– Ile ich jest, jeden? – Victoria porzuciła drugą burtę, po której stronie nie widziała żadnego zagrożenia, by dołączyć do reszty ekipy, tym razem już z różdżką w ręce, w gotowości.  Spojrzała przy tym na Leviathana – jasne, mogła mu pomóc, ale bez mapy to mogła co najwyżej poślinić sobie palec, wystawić go i powiedzieć, że wiatr to wieje z lewej na prawo. Poza tym, była tu przede wszystkim po to, by czuwać nad bezpieczeństwem osób znajdujących się na statku.  – Gdzie były widziane ostatnio? – tu już zwróciła się do reszty załogi statku. Kapitan na początku mówił im, że do celu ich podróży, a więc tam, gdzie były widziane, jest kilka godzin…. A to z pewnością kilka godzin nie było.




RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Benjy Fenwick - 14.07.2025

Stałem przez chwilę w miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy - przy rufie, oddalony od pozostałych osób, prócz Yaxley - ciężar ciała rozłożyłem równo, biodrem opierałem się o barierkę, wzrok wbijałem w wodę, która z tej wysokości wydawała się jednocześnie bliska i daleka. Milczałem, nie tylko z uwagi na silny, morski wiatr, ale tak po prostu. Z Geraldine obok nie czułem potrzeby mówić, ani tym bardziej rozwijać tematu konfrontacji z pozostałymi członkami wyprawy. Wiedziałem, co myśli - ona wiedziała, co myślę ja. To nam w zupełności wystarczało, znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że oboje cenimy to samo - konkrety, spokój, minimum zbędnych słów. Nie miałem powodu, żeby się produkować. Nie teraz, nie tutaj. Zresztą, liczyło się to, że mogłem jej ufać w robocie, to fakt. Co do reszty - nigdy nie udawałem, że nie mam zastrzeżeń. Nie rozmyślałem o niczym szczególnym - po prostu monitorowałem to, co się działo. Słuchałem wiatru, obserwowałem falowanie, kątem oka zerkałem na załogę. Nie komentowałem nic bez powodu, to nie było w moim stylu - zwłaszcza przy niej. Mimo że nadal miałem do niej swoje obiekcje, jako do człowieka, potrafiłem bez problemu współpracować z nią zawodowo, ze wszystkich tu obecnych była jedyną, z którą wiedziałem, że nie stracę czasu na przekonywanie do oczywistości. Mieliśmy identyczne podejście, to wystarczało. Zawodowo… Z całej tej zbieraniny tylko z nią mogłem pracować, nie tracąc czasu na tłumaczenie, po co właściwie tu jesteśmy. Była dobra w tym, co robiła - wiedziałem, że jak czegoś nie widzi, to nie dlatego, że nie patrzy albo ignoruje rzeczywistość, bo tak jej wygodnie.
Kątem oka wychwyciłem ruch, od razu wiedziałem, że patrzę na coś żywego. Kawałek za rufą, woda lekko się załamała, zafalowała inaczej, ciemny cień przesunął się pod powierzchnią, ciężki, leniwy. Zmrużyłem oczy - był zbyt duży, żeby go zignorować. W tej samej chwili usłyszałem głos Yaxley. Nie oderwałem wzroku od wody, tylko skinąłem głową.
- Mhm. - Mruknąłem, zaciskając palce na drewnie barierki. Miała rację, nie byliśmy tu dla zabawy. Wąż z tyłu jeszcze nic nie robił, ale jeśli ruszymy pierwsi, cała reszta rzuci się na nas z pretensjami, że go sprowokowaliśmy, nawet jeśli tylko robilibyśmy to, co jest naszą pracą. Cudowne. Cicho westchnąłem przez nos. Mimo to, kuszę miałem gotową - palce przesunęły się po cięciwie, sprawdziłem naciąg, wszystko było w porządku.
- Mhm. - Powiedziałem spokojnie, kiwając głową, kiedy skończyła. - Będziemy szię bawiś w obselwatolów, w stlaszników zoo, póki nam nie wlezą na pokład. - Mruknąłem, z nutą ironii, której nie siliłem się maskować. Dokładnie tak to wyglądało - patrzenie, czekanie, aż ktoś oberwie wystarczająco mocno, żeby dało się wreszcie zrobić to, co trzeba było zrobić od początku. Wypuściłem powietrze, krótko, jakby mnie to rozbawiło, kącik ust lekko drgnął. Gorzki żart, w praktyce i tak skończy się tak samo - krew w wodzie, potem pretensje, że nie uprzedziliśmy, nie daliśmy szansy, sprowokowaliśmy. Słuchałem jej dalej. Sposób, w jaki mówiła o zasadzkach, o rozdzieleniu, o tym, co trzeba zrobić, był jak echo moich własnych myśli. Nie musiała mnie przekonywać, wiedziałem, że nie rozdzieliłyby się tak bez powodu.
- Tszesi pojawi szię, kiedy uzna za stosowne... - Mruknąłem krótko. Nie miałem zamiaru komentować więcej, nie było sensu. Nie potrzebowałem tłumaczyć, co o tym sądzę, oboje wiedzieliśmy, że tak będzie mniej konfliktowo - poczekać, aż to one zrobią pierwszy ruch, dać im powód, żebyśmy nie musieli nikomu tłumaczyć, dlaczego zareagowaliśmy. Trzymałem kuszę gotową, moje palce same przesuwały się po drewnie, później dalej, sprawdzając naciąg, mimo że już raz to zrobiłem - odruch. W głowie i tak wiedziałem, jak to się skończy, to nie były stworzenia, które płynęły za nami z ciekawości. Nie takie rzeczy widziałem, nie takie rzeczy robiłem. Zwierzęta, które naprawdę chciałyby zostawić nas w spokoju, nie rozdzielałyby się w ten sposób. Była łowczynią, ja byłem kim byłem - oboje wiedzieliśmy, jak wyglądają polowania od drugiej strony. Cichy drapieżnik, odcięcie drogi ucieczki, zasadzka. Klasyka. Wiedziałem, że to nie potrwa długo.
- Dobsze. - Rzuciłem krótko, kiedy wspomniała o ataku - harpun i kusza, razem, szybko. - Tak będzie najlepiej. - Przyznałem, patrząc prosto przed siebie, nie potrzebowałem więcej wyjaśnień. Wiedziała, że może na mnie liczyć. John i Tom byli w porządku. Reszta? Cóż. Sami widzieliśmy, co się stało... Nie potrzebowałem więcej, nie miałem potrzeby klepać o planach. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, robimy swoje. Statek jęknął nagle pod naporem prądu albo czegoś innego, co szarpnęło go od spodu. Fale weszły w nowy rytm, mocniejszy. Pochyliłem się, automatycznie balansując ciężarem ciała, znowu szarpnęło - gwałtowniej niż dotąd. Ugiąłem nogi, balans ciała przesunąłem automatycznie, żeby nie stracić równowagi. Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej. Kadłub znów zaskrzypiał, a statek mocno zadrżał, jakby coś pod spodem złapało go za kil i pociągnęło w bok. Poczułem, jak pokład ucieka mi spod stóp - automatycznie spróbowałem ustawić ciężar ciała tak, żeby mnie nie wyrzuciło, jednocześnie dostrzegając, że stojąca obok mnie Yaxley zaczyna tracić równowagę.

AF ( ◉◉◉◉○) - rzut na utrzymanie równowagi
[roll=PO]

Nie byłem pewien, czy mnie nie pociągnie razem z sobą - siła szarpnięcia była spora, a fale bujały coraz mocniej - ale nie miałem czasu się zastanawiać - niezależnie od mojej własnej równowagi, wyciągnąłem rękę, usiłując złapać ją mocno pod jej ramieniem, próbując utrzymać się z nią w pionie, wychodząc z założenia, że we dwie osoby będziemy stabilniejsi, jednocześnie barkiem zaparłem się o barierkę, żeby mnie nie pociągnęła razem ze sobą, jeśli ja stałem stabilnie, a ona nie, ale wcale nie byłem pewny, czy to wystarczy. Czułem, jak ciężar jej ciała ciągnie mnie w bok, podeszwy ciężkich buciorów ślizgały się po pokładzie. Zacisnąłem palce mocniej, próbując nas ustabilizować, ale statek znów szarpnął i nie miałem żadnej gwarancji, że tym razem to ja zostanę w pionie. Pokład jeszcze raz jęknął pod stopami, a ja odetchnąłem cicho przez zaciśnięte zęby. Może nas utrzymam, może nie, ale w tej chwili nie miałem zamiaru jej puścić... Najwyżej pójdziemy razem na glebę. Zacisnąłem palce mocniej, próbując ustawić nas na nogach.

AF ( ◉◉◉◉○) - rzut na utrzymanie równowagi z Geraldine/łapanie Geraldine
[roll=PO]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Leviathan Rowle - 14.07.2025

Wszystkie te przepychanki nie miał większego sensu, ale nawet jeśli zwyczajnie Leviathana irytowały, nie miał zamiaru dorzucać do dyskusji dokładnie tego samego, co zostało już powiedziane. Podzielili się więc na dwa obozy, kiedy Geraldine i jej przydupas postanowili udać się na tył statku, a Rowle mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy byli świadomi że tym sposobem usuwali się z równania, o które przed chwilą było aż tyle zamieszania. Zatem podzielili się na dwa obozy - fantastycznie. Było to marzenie, szczególnie z jego perspektywy jako kogoś, kto prowadził własny rezerwat, tak samo jak i często pracował ze swoimi ludźmi w terenie. Przepychanie się w kryzysowej sytuacji? W-s-p-a-n-i-a-l-e. Nie potrzebowali czarnej magii, żeby coś koncertowo się im tu zaraz spierdoliło.

Trzymajcie się, krzyknął kapitan. Jeśli Leviathan miał coś pod ręką, to faktycznie się złapał, ale przede wszystkim ugiął nogi, chcąc w ten sposób złagodzić ewentualne niedogodności i dzięki temu ustać.

// af ◉◉◉○○ na ustanie na statku
[roll=Z]

Już wcześniej powiedział, co myślał o widniejącym przed nimi cielsku, które naśladowało skały. Byłoby prościej, gdyby nie miał racji, ale ich czujka na potwory postanowiła opuścić resztę ekipy, najwyraźniej chcąc udowodnić jakieś swoje racje.
- Powtarzam - powiedział nie tyle ostro, co zdecydowanym tonem, patrząc szybko na Victorię, Hestię i w końcu Laurenta. - Zasadzki - położył nacisk na to właśnie słowo, zanim nie zadarł głowy do góry. - Kapitanie, jak szybko możemy ewentualnie podnieść statek? - krzyknął do mężczyzny, szybko przechodząc dalej.
- Laurent, możesz spróbować określić, jak są duże? Możemy spróbować dzięki temu określić czy to młode, czy dorosły osobnik. Jeśli to matka z młodymi - wiesz o co mi chodzi - rzucił w stronę Prewetta, mając nadzieję, że ten faktycznie zrozumie co właśnie chodziło mu po głowie. Jeśli to była matka z młodymi, wystarczyło odstraszyć młode i modlić się, żeby statek wytrzymał.

- Jeśli musicie używać magii, próbujcie zaklęć oszałamiających lub uderzać nimi w wodę. Mocno. Jak ktoś czuje się ambitnie, może próbować skłonić je jakimś urokiem do zmiany planów. Słabe punkty to oczy, nozdrza, podniebienie i okolice kloaki - mówił głośno, bardzo głośno, bo nie był pewien ile osób, które znajdowały się na statku, miało wcześniej styczność z tymi stworzeniami. Załoga miała się zajmować ich środkiem transportu, jasne, ale byli na środku morza i wszystko działo się bardzo szybko.

- Wiem gdzie je widziano - pochylił się nad Victorią. Brakowało im tylko mapy. - Są teraz o wiele bliżej, ale też te rejony, z tego okresu i parę lat wcześniej, różnią się od siebie. Płynęliśmy do tej pory wzdłuż wybrzeża, wciąż je z resztą widzimy, więc możemy założyć, że te tereny gdzie płynęliśmy, znajdują się mniej więcej w linii prostej od nas. To woda, powinniśmy iść najkrótszą drogą - westchnął, niby próbując mówić spokojnie, ale w dłoni już dawno trzymał różdżkę.


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Hestia Bletchley - 15.07.2025

Na oko Hestii wszystko było w porządku.
Jej oko, zazwyczaj wyczulone na podejrzane ruchy, dzisiaj się myliło. Lub po patrzyła w złe miejsce.

Na pokładzie szybko zapanowała wrzawa. Czyli jednak przyjdzie im szybciej spotkać się z wężami morskimi, niż zakładała. No cóż... Dalej lepsze to, niż siedzenie za biurkiem i papierologia.

Łodzią szarpnęło i Hestia chociaż poprzednio nie miała zbyt dużych problemów, aby utrzymać się na nogach, tutaj musiała już się nieco postarać

Na utrzymanie się na nogach, af (III)

[roll=Z]

Niezależnie od tego, czy udało jej się uniknąć upadku, czy nie, to o ile ten upadek nie był wyjątkowo dotkliwy, Hestia szybko wyciągnęła swoją różdżkę i pobiegła w miejsce wskazane jej przez Laurenta jako to w którym miała wypatrywać, czy cokolwiek nie zmieniało się na morzu i wśród skał. Może też uda jej się dokładniej wypatrzeć ile ich było i co robiły, skoro wiedziała juz w ktorym kierunku ich wypatrywać.

Kontroluję sytuację na morzu, Percepcja (III)
[roll=Z]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Mirabella Plunkett - 16.07.2025

Laurent znowu miał szczęście - ponownie by upadł, gdyby nie obca osoba, która go podtrzymała, jednocześnie samej trzymając się burty.
- Już idę, idę - młody chłopak, który trochę za mocno ścisnął ramię Laurenta (aj, będzie siniak na tym drobnym, chudym ciele), upewnił się, że blondyn ma się czego trzymać, a potem dość niechętnie ruszył pod pokład, łypiąc na Prewetta. Nie wyglądał na zadowolonego, że ma przyjmować rozkazy od kogokolwiek, ale wyglądało na to, że posłuchał: chociaż gdyby Laurent się przyjrzał, dojrzałby, że ten zatrzymuje się przy zejściu i... Wysyła tam kogoś innego. Sam zaś wrócił do burty z innej strony, żeby obserwować pagórki. Olał go koncertowo, pytanie tylko, czy druga osoba, która zniknęła pod pokładem, zdąży z mapą.

Victoria utrzymała się na pokładzie: poszło jej znacznie lepiej, niż Laurentowi czy Hestii.
- Kilka godzin stąd, nie powinno ich tu w ogóle być - Kapitan znalazł się przy Laurencie, Victorii i Leviathanie. Wyciągnął różdżkę i podążył wzrokiem w stronę Leviathana. - Niecała minuta i będziemy w powietrzu.
W tym czasie Hestia wywaliła się koncertowo, na tyłek. Obiła sobie rzyć, ale poza tym nic jej się nie stało: być może poza urażoną dumą, ale hej, widziała kątem oka że również Geraldine i Benjy wylądowali na pokładzie - nie była więc w tym sama. Dodatkowo otuchy mógł jej dodawać fakt, że kilkoro członków załogi również prawie wywinęło orła. Niemalże na czworakach pełzła przez kilka sekund, zanim nie udało jej się wstać i dołączyć do reszty. Widziała skały, które nie wyglądały jak skały - wiedziała już, że był to wąż morski. Wokół niego nie widziała nic, ale... Chwila. Poruszył się: zaczął zapadać się w wodę, jakby postanowił się zanurzyć na większą głębokość.

Geraldine i Benjy wylądowali na ziemi, to znaczy: na pokładzie. Być może poszłoby jakoś inaczej i lepiej, gdyby nie fakt, że Benjy chciał pomóc Yaxley, ale w efekcie wywrócili się na siebie. To się nazywa ścisła współpraca - ciało przylegało do ciała, a trzeba zaznaczyć, że z Geraldine był kawał baby i Benjy dotkliwie to odczuł. Zabolało, jak kobieta na niego upadła. Harpun wypadł jej z ręki i potoczył się dalej.

Mapy jak nie było, tak nie było. Ktoś uznał najwyraźniej, że nie ma co słuchać Laurenta, a może kolejny wstrząs sprawił, że upadł pod pokładem i uderzył się w głowę? Cholera wie - ludzie zaledwie przez kilka sekund patrzyli na Kapitana, który obecnie znajdował się z Victorią, Hestią, Laurentem i Leviathanem. A potem nabrał powietrza w płuca.
- Słyszeliście go! PODNOSIMY STATEK! Yaxley, zbieraj się z ziemi, jesteś nam potrzebna tak jak cała twoja zgraja! - wrzasnął do Geraldine i Benjy'ego, widząc ich na ziemi. Dwóch członków Artemis zaczęło zbierać swoich towarzyszy z ziemi, jeden z nich podał Gerry harpun
- W porządku? Co robimy, zaczynają podnosić statek - John spojrzał pytająco na Geraldine. Nie był pewny, czy słyszała co się działo, wolał jej powtórzyć to co usłyszał. I jasnym było, że dołączył do niej i Benjy'ego, a pozostałych miał gdzieś. No, przynajmniej częściowo.

Niestety ale Geraldine i Benjy nie podzielili się z resztą informacją, że drugi wąż morski zachodzi ich od tyłu. Wszyscy myśleli, że mają na głowie jednego, tego który upodabniał się do skał. Leviathan i Laurent co prawda powiedzieli o zasadzce, ale nikt nic nie widział - żadnych dodatkowych osobników.
- Szukajcie innych! To zasadzka! - Kapitan wyciągnął różdżkę i dopadł do burty. Spojrzał na załogę. - Na co czekacie? WALIMY W WODĘ z dala od statku!
Część załogantów wyciągnęła różdżki: zaczęli posyłać proste zaklęcia z dala od statku. Większa jednak część uniosła różdżki, spojrzała na siebie i zaczęła podnosić statek. Na ten moment nie działo się nic, było jeszcze za wcześnie by statek oderwał się od wody, ale to była kwestia sekund, jak zaraz zacznie się unosić.

Nie czuję się ostatnio najlepiej, mam więc nadzieję że nie pominęłam niczyjej deklaracji. Niżej macie mapkę gdzie się obecnie znajdujecie (czerwona strzałka jak płynęliście, czerwony krzyżyk gdzie jesteście, zielony gdzie kiedyś były węże lata temu) - niestety nie mam jak zrobić mapki pokładu, mogę poglądową narysować w paincie i dać Wam na disco.

Czas na odpis: do 20.07 do północy, 21.07 odpiszę i sorry za obsuwę.

[Obrazek: image.png?ex=6878e324&is=687791a4&hm=353...y=lossless]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.07.2025

Nie wszystko poszło po jej myśli. Statek dość gwałtownie się poruszył, a ona zachwiała się na nogach, nie spodziewała się po sobie swoim ciele takiego braku subordynacji, jak widać nawet osoby tak sprawne jak ona czasem potrafiły dać się zaskoczyć. Soczysta kurwa wymsknęła się z jej ust, znaczy nie wysmknęła się, rzuciła ją z premedytacją, kiedy dotarło do niej, że nie da rady ominąć bardzo bliskiego spotkania z pokładem.

Benjy próbował jej pomóc, wiedziała, że on również był wyjątkowo zwinny, powinno mu się to udać, tyle, że los chyba im nie sprzyjał. Nie udało mu się jej złapać, zamiast tego wylądował razem z Yaxleyówną na drewnianym pokładzie. W zasadzie to miał jeszcze więcej pecha od niej, bo Geraldine zaliczyła całkiem miękkie lądowanie na jego ciele, kiedy mu przypadło uderzenie o drewniane podłoże. Jej harpun potoczył się gdzieś dalej, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Irytowały ją wszelkie błędy, które popełniała, więc na twarzy kobiety pojawił się grymas, który świadczył o tym, że zaczynała się robić naprawdę wkurwiona.

- Przepraszam. - Mruknęła cicho, gdy zaczęła się zbierać z pokładu, a wsumie to z Fenwicka. Zrobiła to jak najszybciej potrafiła, żeby uniknąć upokorzenia, jednak kapitan zdążył już wyłapać to jej drobne niepowodzenie. Nie odpowiedziała mu, nie było sensu komentować tej kompromitacji, która się przed chwilą wydarzyła.

Przejęła harpun od jednego ze swoich towarzyszy, widać było na jej twarzy zmianę nastawienia przez to, co się przed chwilą wydarzyło. Zdecydowanie była w bojowym nastroju. - Jebać to, jeden jest za nami, całkiem niedaleko, czas się go pozbyć. - Przeniosła wzrok na Benjy'ego bo najwyraźniej porzuciła już chęć oczekiwania na to, aż wąż pierwszy ich zaatakuje, wydawało jej się, że zrozumie jej intencje, zresztą od samego początku ich nie negował. Mieli pozbyć się problemu, najlepiej, aby zrobili to jak najszybciej, nie było sensu dalej zwlekać. Geraldine należała do dosyć porywczych osób, wystarczała drobnostka, aby ją rozruszyć, w tym przypadku tą drobnostką było wylądowanie na pokładzie.

- Bierzcie broń, działajmy razem, jak zaatakujemy go jednocześnie to nam nie spierdoli. - Nie wątpiła w to, że mężczyźni, którzy byli tutaj z ramienia Artemis będą zadowoleni z tego, że w końcu mogli zacząć działać.

Statek miał zacząć się unosić, był to idealny moment na to, aby znaleźć się przy falszburcie i w końcu przejść do akcji. Nie zamierzała dłużej zwlekać. Zacisnęła palce na harpunie, uniosła go w górę, uspokoiła oddech, musiała działać pewnie i szybko, nie mogła sobie pozwolić na żadne błędy.

Wychyliła lewą rękę, w której trzymała harpun do tyłu, aby się zamachnąć i rzucić nim w stronę węża. Wiedziała, gdzie powinna celować, aby szybko się go pozbyć. Nie zwlekała, po prostu nim rzuciła.


AF ◉◉◉◉◉ na rzucenie w węża

[roll=W]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Benjy Fenwick - 18.07.2025

Uderzenie pokładu pod plecami poczułem tak, jakbym dostał pięścią w kręgosłup, który zaprotestował od razu, a zaraz potem dobiła mnie jeszcze Geraldine - całą sobą, z ciężarem i pierdolnięciem, którego zdecydowanie się po niej spodziewałem, ale którego nie planowałem sprawdzać w praktyce w taki sposób. Powietrze uciekło mi z płuc, chociaż byłem przygotowany na to, żeby ją utrzymać, to na takie lądowanie nikt nie jest przygotowany. Żebra zaprotestowały tępo i boleśnie, a ja zacisnąłem zęby, żeby nie syknąć jej prosto w kark. Przez ułamek sekundy poczułem, że wbija mi łokieć w brzuch, zanim zsunęła się ze mnie i zaczęła podnosić. Syknąłem pod nosem, zaciskając palce na kuszy, która ledwo mi się nie wymknęła. Czułem, jak Yaxley zgniotła mi klatkę piersiową, barki, wszystko naraz - trochę powietrza ze mnie uszło, zanim zdążyłem je z powrotem złapać. Zamrugałem, próbując wziąć głęboki oddech. Cud, że kusza nie wyleciała mi z ręki, ale harpun Geraldine potoczył się gdzieś obok, stukając w reling.
Usłyszałem rozkaz kapitana - to nie tak, że nie kwapiłem się z odpowiedzią, zwyczajnie próbowałem odzyskać dech w piersiach, poza tym i tak wystarczyło, że on dostatecznie dobrze darł się na całe gardło, żeby wszyscy wiedzieli, co mają robić. Dwa oddechy później Geraldine zaczęła się zbierać z pomocą pozostałych członków Artemis. Kiedy mruknęła swoje przepraszam, tylko prychnąłem, bo nie było sensu się w to bawić. Przez ułamek sekundy po tym, jak poczułem pod sobą twardy, mokry pokład - i całkiem ciężką Geraldine na klatce piersiowej - nie byłem pewien, czy bardziej mnie boli kręgosłup, czy ta resztka godności, którą miałem, ale było-minęło. Chciałem jej pomóc, nie planowałem robić za materac, no, ale co zrobić - współpraca, kurwa mać, to nie była niczyja celowa wina.
- Nic szię nie stało. - Wymamrotałem sucho, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Zebrałem się z pokładu prawie w tym samym momencie co ona, przy czym nieomal warknąłem pod nosem, gdy poczułem skutki uderzenia w dole kości ogonowej. Poprawiłem pasek od kuszy na ramieniu i zlustrowałem wzrokiem wodę - tam, gdzie powinniśmy celować. Nie czekałem na to, aż znowu ktoś nas zaskoczy. Złapałem pozycję przy falszburcie, oparłem ramię o krawędź, wycelowałem w śliską, ciemną smugę pod wodą, która co chwilę znikała i znów wynurzała się na powierzchnię. Obok usłyszałem świst harpunu, widziałem kąt, pod jakim Geraldine go odrzucała, i w tym samym momencie wypuściłem bełt z kuszy. Krótki trzask cięciwy, ostry świst - wszystko w jednej linii.
- Nie spieldoli. - Mruknąłem sam do siebie. Bełt świsnął w powietrzu, a ja od razu sięgnąłem po kolejny. Nie było gwarancji, że jeden wystarczy. Wiedzieliśmy oboje, że tu nie ma miejsca na przypadek.

AF ( ◉◉◉◉○) - wystrzał z kuszy do węża
[roll=PO]