![]() |
|
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189) |
RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Morpheus Longbottom - 05.10.2025 Prezent nie był problemem. Sprowadzone z Francji, pokryte srebrem jajo, zawierało w sobie zestaw srebrnej zastawy śniadaniowej, idealnej na miesiąc miodowy. Tak zachwalano to mu w każdym razie, gdy wspomniał, iż jest to prezent ślubny. Nie miał doświadczenia w kwestii otrzymywania takich prezentów. Problemem nie był czas, tego zawsze miał trochę wiecie niż inni i nawet niefortunna data tuż po Mabon i pożarach, w końcu czym były te dwa tygodnie, jedynie wyceną strat i początkiem dzieła odbudowy. Mógł siedzieć pośród zaproszonych gości i jednocześnie zajmować się sprawami wyższej wagi w zaciszu jednego z pokoi w apartamencie Shafiqa na Horyzontalnej, który mu zarekwirował jeszcze przed wydarzeniami Spalonej Nocy, tylko i wyłącznie dlatego, że wygodnie było mieć jakieś miejsce w centrum życia magicznego, a jeszcze wygodniej, gdy całym zarządzaniem zajmuje się ktoś inny. Problemem nie były krótkie wiadomości od Vasilija. Jedyne trzy jakie mu pozostały po upadku Warowni. Pierwszy, zatroskany, drugi, pełen groźby i trzeci, szyderczy. Taki obraz jego dobytku na ten moment. Z kolekcji setek talii kart Tarota pozostały dwie, ta którą miał przy sobie oraz ta, którą zostawił u Antoniusza i była przeznaczona na wróżby dla niego. Problemem było ubranie, jakie miał założyć. Żaden z jego przyjaciół nie nosił podobnego rozmiaru, żeby próbować zrobić jedynie poprawki, a w szafie na Horyzontalnej wisiały jedynie utylitarne stroje do pracy, nic odświętnego, dlatego zdecydował się na innego krawca, który uszyje mu szatę w terminie. Dosłownie udawał się na przyjęcie bezpośrednio po odbiorze. Zabrakło więc biżuterii, którą zwykle nosił Morpheus, nie było kukułczego diademu, jak u Blacków, chociaż wyglądał dość podobnie. Ogolił się, nie z chęci, ale dlatego, że jego broda przypaliła się w jednym miejscu i poddał się podczas próby wyrównania jej bez użycia lustra. Czarne loki zaś były dużo mniej krucze, a dużo bardziej szpakowate. Wyglądał dobrze z fałszywym uśmiechem na twarzy. Nie dlatego, że nie lubił Geraldine, wręcz przeciwnie. Ambroise właściwie nie znał, ale wysoka kobieta zawsze wzbudzała w nim swojego rodzaju podziw, lubił specyficzną dzikość panny młodej, klasyczną dla całego rodu, organiczną siłę natury, ukrytą pod ludzką skórą. Cieszył się, że jej historia miała szansę na dobre zakończenie, biorąc pod uwagę tragizm ich ostatniego spotkania. Wtedy obawiał się, że widzi ją po raz ostatni i niedługo jej życie tragicznie się skończy. Odpłynął myślami, idąc w stronę miejsca ceremonii, za tłumem gości, wyginając sobie palce dłoni, aby nikt nie zauważył, jak dziwnie drga. Jeszcze nie umiał nad tym zapanować. Wpatrywał się bardziej w swoje lakierki, idąc, niż w mijanych ludzi, nadsłuchując dźwięku rozpalanych papierosów, aby uniknąć widoku żaru. Żaru który pali i pali i spala kości, topi włosy, śmierdzi bólem i histerią i pali i pali i... Wdech i wydech. Właściwie nie chciał podchodzić do Vakela, ale to zdarzyło się samo, jakby jego serce szukało własnego echa i było przyciągane do tych podwójnych rytmów. Chciał znaleźć Antoniusza lub Charlotte, ale tak się nie zdarzyło. Znalazł Vasilija i jego żonę... Która przywoływała go do siebie. Zmrużył oczy, zastanawiając się do jakiej pułapki wchodzi. — Dzień dobry pani Dolohov, panie Dolohov — przywitał się kurtuazyjnie i chociaż wcale nie chciał, to jeżył się cały w sobie. Bał się, że pojawią się maski. Że coś się stanie. I to będzie jego wina. Jego. Jego wina. — Jak odnajdujecie państwo wystrój? Obiecuję, że nie powiem nowożeńcom, słowo Niewymownego. Zabrzmiało to mocno sztucznie, ale o czym miał z nimi rozmawiać, kiedy chciał krzyczeć w eter swoją frustrację i ból porażki, wyrwać sobie żyły i ułożyć na nowo układ nerwowy. — Może zajmiemy miejsce i mi opowie pan jak przebiegają prace nad pana projektem i czy pożary mocno ją sabotują I będzie jak w słowach proroka, które sam rzekłeś, chuju. Samospełniająca się przepowiednia. !Trauma Ognia RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Pan Losu - 05.10.2025 Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków... RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Alexander Mulciber - 06.10.2025 Nienawidził swoich drżących dłoni. Nic nie wkurwiało go bardziej, niż osądzające spojrzenia, oskarżające o brak precyzji w palcach z uszkodzonymi przez używki nerwami. Tak przynajmniej przeczytał w analizie prowadzonej przez jednego z Niewymownych, pracującego w komnacie badania sekretów mózgu. Podobno mogło go rzutować na umiejętności magiczne. W jaki sposób, nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Poza wymownymi spojrzeniami, kwestionującymi jego kompetencje, i okazjonalnymi drętwieniem, które zaburzało doznania czuciowe, powodując lekki dyskomfort, nie czuł się w żaden sposób upośledzony. Ale jeżeli inni postrzegali Alexandra Mulcibera przez pryzmat jego uzależnień, jeżeli uchodził za trwożliwego naukowca z piwnicy, a nie za kogoś, kto mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie... Niechże będzie i tak, myślał. Wciąż jednak nienawidził swych drżących rąk. Gdy więc Helloise wpiła palce w jego ramię, przyniosło mu to ulgę. Pozwolił jej osadzić się w rzeczywistości, samemu rozcapierzając na moment opierścienione palce, które sztywno wyprostował, jak gdyby chciał zakląć je w taki sposób, by były mu posłusznymi. "Źle zażynasz dziki. Nie powinny musieć tak brzmieć." A więc mówisz mi, jak mam zabijać, dziewczyno z Kniei?, pomyślał, na pół z rozbawieniem, na pół z rozczuleniem, spojrzawszy na nią wreszcie, gdy musnęła ręką jego policzek. Powiedzieć, że Helloise go fascynowała, byłoby niedopowiedzeniem. Dziwna była to fascynacja. Nie potrafił jej zdefiniować. Nie chciał. Nie było to potrzebne. To było miłe, gdy snuła się na peryferiach jego spojrzenia. Miłą była mu jej falująca obecność. Miła była próba zatrzymania falujących oscylacji jego dłoni. Miłym było to, że jej uśmiech... Alexander odwrócił wzrok w tym samym momencie, w którym zrobiła to Helloise, a może nawet i o jedno uderzenie serca wcześniej, jak gdyby przewidział, że jej spojrzenie ucieknie w stronę Mony Rowle i towarzyszącego jej mężczyzny. – Prewett. Jakiś kuzyn Lorien, tyle że jej matka pochodzi z włoskiej gałęzi Prewettów, a nie z tej angielskiej. Właściciel Connivium. Baru niedaleko mojego mieszkania na Horyzontalnej, z wystrojem inspirowanym historią Imperium Rzymskiego. Nie wiem jednak, czy przetrwał pożary. Życie w Londynie bywa nużącym, dlatego zdecydowałem, że wrócę... Percepcja. Niciowidzenie na nici powiązań Mony i Icarusa.
[roll=PO] – ...Do domu – dokończył z rozmysłem, odwracając wzrok od Icarusa Prewetta i jego towarzyszki, aby wrócić spojrzeniem do Helloise. Chciał jej opowiedzieć o pięćdziesięciu jeden zasuszonych ludzkich głowach, jakie zobaczył w Bengalu w totemie wzniesionym ku czci Mahawidji, uosabiających w mitologii hinduskiej różne aspekty cyklów czasu. Mundamala, tak to nazywali. Pięćdziesiąt jeden głów, każda z nich symbolizująca inną literę sanskryckiego alfabetu. Nie potrafił wymówić ani jednej, dlatego musiał zadowolić się przesunięciem palca wzdłuż znaków wyrytych w żywej niegdyś tkance. Bo sanskryt, choć pozostawał językiem martwym, używanym przez hinduskich magów jedynie podczas świętych obrzędów, miał oddawać brzmienie rodzącego się wszechświata. A wieniec z ludzkich głów, noszony przez kapłanów, przypominał, że świat rodził się i umierał z głową na łonie bogini Kali, do której to ikonografii należał. Kali, hinduska bogini destrukcji i kreacji, bogini Cyganów, którzy wywodzili swój rodowód z północnych Indii, nie ważąc się jednak użyć słowa "ojczyzna" wobec ziem zbyt dawno porzuconych. Czarna Sara la Kali w swym niszczącym aspekcie była boginią jego matki, która wiernie wznosiła ku niej modły, nazywając ją jednak prostszym imieniem. Śmierć. Być może nie dało się świętować życia inaczej niż w cieniu śmierci. O tym też chciał jej powiedzieć, pozwolił się jednak porwać opowieściom Helloise, jak gdyby nie siedzieli na polanie otoczonej przez pochodnie, lecz przy trzaskającym głośno ognisku, przy którym gromadziła się starszyzna. Opowieść o kolejnym olbrzymie, o Branie Błogosławionym, kolejnym synu boga morza, znanego jednak Celtom pod imieniem Llyr. Jego głowę pochowali na Białym Wzgórzu, tam, gdzie dziś wznosi się Tower of London ze swoją Białą Wieżą, pozostającą najważniejszym punktem twierdzy. Tę legendę znał. Departament Tajemnic badał przed laty pozostałości starych pieczęci z inskrypcjami przepowiedni, które zdobiły wrota starej warowni. Szukając śladów przeszłości, badali tak naprawdę przyszłość. Wszystko było przecież ze sobą połączone, a to, co już było, powracało wciąż na nowo. Przeszłość. Przyszłość... I teraźniejszość, pomyślał Alexander, przyglądając się uważnie zasnutym mgłą wspomnień oczom Helloise, spuszczonym na podołek. "A więc chciałbyś zjeść ojca i wychodzić za nią w jego skórze", zakpiła żartobliwie. Ale on myślami już był dalej. Może dlatego na jej słowa zareagował jakby z opóźnieniem. – Nie wiem. Twój ojciec żyje? – rzucił lekko, patrząc prosto przed siebie, w kierunku ołtarza, z trudem powstrzymując przyczajony w kąciku ust uśmiech przed rozlaniem się na całą twarz. Nie oczekiwał odpowiedzi. Może i się nie modlił, ale też nie zamierzał przeszkadzać Helloise w jej rozmodlonym skupieniu. Zamiast tego pozwolił wybrzmieć zaległej między nimi ciszy, oczy utkwiwszy w podeście, na którym Geraldine i Ambroise zawrzeć mieli niedługo związek małżeński, i po prostu... Patrzył. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Paracelsus - 06.10.2025 Zgromadzenie powoli nabierało kształtu. Ruchy gości traciły już swój przypadkowy rytm, układając się w coś na kształt wspólnego porządku. Subtelnego, jeszcze niepełnego, ale coraz bardziej spójnego. Z każdym kolejnym oddechem atmosfera stawała się gęstsza, pełna tej szczególnej, przedrytualnej ciszy, która rodzi się między ludźmi na chwilę przed. Gdy jeszcze nic się nie zaczęło, ale już nikt nie ma wątpliwości, że to moment graniczny.
Za minutę siedemnasta.
Wśród zgromadzonych przetacza się cichy szmer. Rozmowy ustają, śmiechy gasną, a dźwięk kroków na deskach powoli cichnie. Goście zajmują miejsca w półkolu, tworząc naturalny krąg wokół ołtarza, wybierając jedną z dwóch stron. Niektórzy jeszcze poprawiają płaszcze, inni unoszą kieliszki, by wypić ostatni łyk przed rozpoczęciem ceremonii. Nad ich głowami unosi się ledwie wyczuwalna mgiełka kadzidła, która w świetle pochodni przybiera barwy popielu, bursztynu i złota. W oddali, ponad horyzontem, słońce zaczyna dotykać linii gór. Niebo przybiera barwy głębokiego bursztynu, fioletu i popielatego błękitu. Światło dnia z każdą kolejną minutą coraz bardziej dostrzegalnie traci ostrość. Staje się miękkie i rozmyte. Zapada zmierzch. Przestrzeń wokół ołtarza staje się coraz bardziej skupiona i cichsza, jakby czas tu, na tej polanie, płynął już inaczej niż przed paroma chwilami. Z lasu dochodzi przeciągły szelest brzmiący tak, jakby coś lub ktoś przeszło między drzewami. Zgromadzeni kierują spojrzenia w tamtą stronę, ale przez kilka sekund nikt nie wypowiada ani jednego głośnego słowa na ten temat. To znak, powtarzają sobie niektórzy w myślach. To tylko wiatr, zakładają inni, choć każdy czuje, że granica między światem widzialnym a tym drugim staje się coraz cieńsza. Niektórzy z przybyłych pochylają głowy. Nie z obowiązku, lecz w odruchu, którego nie potrafią do końca wytłumaczyć. Wrażenie bycia częścią czegoś starszego, niewymagającego słów, zdaje się spajać ich w cichą wspólnotę, prowadzoną w tym momencie przez Sebastiana modlącego się do Matki. Tej, której obecność czczi się nie w symbolu, lecz w każdym elemencie tego miejsca: w liściach, kamieniach, dymie kadzidła i w powietrzu, którym oddychają zebrani. Ciche słowa modlitwy nikną w szmerze wiatru, który przesuwa się między drzewami, niosąc ze sobą zapach ziół i wilgotnej ziemi. W tym samym momencie, niemal niezauważalnie, bokiem wchodzi pan młody. Nie ma zapowiedzi, nie towarzyszy mu muzyka. Jego strój łączy czerń z głęboką zielenią, w której połyskują ledwie dostrzegalne akcenty złota. Zatrzymuje się na swoim miejscu, w pobliżu świadków, nie ściągając na siebie uwagi zbyt wielu osób. To nie jego wejście ma skupić spojrzenia. Godzina siedemnasta.
Cisza, która zapada jest gęsta, pełna oczekiwania. Utrzymuje się przez chwilę po ucichnięciu leśnego szmeru. Moment później, zupełnie nieoczekiwanie rozbrzmiewają trzy głośne, świszczące huknięcia. Trzy głośne, donośne wystrzały z łowieckiej broni przecinają powietrze, odbijając się echem od górskich zboczy. Gdzieś ponad pobliski las natychmiast wzlatuje stado spłoszonych dzikich ptaków. Ich krzyk przecina powietrze, cichnąc stopniowo w subtelnych dźwiękach harfy dochodzących z boku zgromadzenia. Jej dźwięk jest miękki i subtelny, lecz wyraźny. Stara, walijska melodia przeplata się z szumem wiatru i szemraniem strumienia. Goście wstają niemal jednocześnie. Słychać szelest tkanin, cichy stuk obcasów o drewniane deski, odgłos wciąganego powietrza. Spojrzenia kierują się ku górze alejki. Tam, w miękkim świetle zachodzącego słońca, nadchodzi Geraldine Yaxley. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DSWD0mD.jpeg[/inny avek] Światło wdzierało się przez firany, rozlewając się po pokoju w ciepłych, już jesiennych odcieniach. Za wypolerowaną szybą, w oddali między szczytami Snowdonii, widać było zarysy gęstych, wysokich drzew i kształty gęstych chmur rozdzieranych przez wiatr. Mógłby przysiąc, że w powietrzu dało się czuć atmosferę nadchodzącego popołudnia, choć za oknem dzień był jeszcze młody. Gdzieś tam czekało miejsce, w którym za kilka godzin miało rozegrać się coś, co (choć planowane w tak szczegółowym zakresie, że sam nigdy nie dałby rady tak tego podopinać) i tak niosło w sobie pewien rodzaj nieuchronnego drżenia. Z każdym mijającym kwadransem miał ochotę po prostu otworzyć drzwi i zejść do ogrodu, gdzie wszystko już zapewne było gotowe, ale zasady wymagały, by poczekał. Nie był zdenerwowany, bo przecież nie miał ku temu powodów. Przynajmniej tak to sobie powtarzał. A jednak paczka papierosów, którą rano wyjął z szuflady, znikała w zatrważającym tempie. Dym unosił się ciężko w powietrzu, snuł się ku uchylonemu oknu, rozpraszany przez podmuch wiatru znad gór poruszający firanami. Zapach tytoniu mieszał się z czystym powietrzem Snowdonii. Surowym, zimnym i dziwnie orzeźwiającym. Zostało kilka godzin do ceremonii, lecz Greengrass nie miał nic do roboty. Już dawno zrobił wszystko, co powinien był zrobić. Nie należał do ludzi, którzy potrzebowali wiele czasu, by się przygotować. Wszystko, co wymagało od niego jakiejkolwiek formy zaangażowania w estetykę, miał zaplanowane z wyprzedzeniem. Wszystko, co należało sprawdzić, już sprawdził. Wszystko, co mogło się nie udać było poza jego kontrolą. Przechadzał się więc po pokoju. Krok w lewo, obrót, krok w prawo. Co jakiś czas otwierał i zamykał okno, wypuszczając dym z papierosa, by po chwili zapalić następnego. Jedna czwarta paczki fajek zniknęła niemal niepostrzeżenie. Nie był zestresowany, a przynajmniej tak sobie powtarzał. Zza drzwi pokoju słyszał odgłosy rozmów. Ktoś śmiał się cicho, postukując porcelaną, ktoś inny udzielał tej osobie ostatnich instrukcji. Czasem ktoś zapukał, pytając, czy wszystko w porządku. Wtedy Ambroise odpowiadał krótko, że tak i... ...znowu zostawał sam w ciszy, w której każdy tyk zegara wydawał się zbyt głośny. Tak, tak. Pozostawał spokojny. Przynajmniej w teorii, w praktyce bowiem zdążył wypalić ponad pół paczki papierosów, zanim zegar dobił do szesnastej. A potem została jeszcze godzina. Za każdym razem, gdy spoglądał na tarczę, po której leniwie przesuwały się wskazówki, upewniał się, że ma jeszcze chwilę. I jeszcze chwilę, i jeszcze chwilę, i jeszcze chwilę. Tylko kilka chwil, które dłużyły mu się niemiłosiernie. Nie lubił spóźnień, ale jeszcze bardziej nie znosił bezczynności. Myśl, że powinien już schodzić pojawiła się w nim na długo przed odpowiednim momentem, jednak powstrzymywał się przed opuszczeniem pokoju. Nie wyszedł, choćby nawet na balkon. Oparł się o framugę okna i zapalił kolejnego papierosa, mimo że poprzedni jeszcze żarzył się w popielniczce. Światło późnego popołudnia przesączało się przez chmury, rzucając blade pasma na krajobraz górski. Z tej wysokości widać było wąskie ścieżki wijące się w dolinach, skalne grzbiety, z których powoli spływała wieczorna mgła i kępy wrzosów, które nadal utrzymywały barwę. Nie było widać ołtarza. Może to i lepiej? W głowie przewijały mu się obrazy z ostatnich dni. Rozmowy, przygotowania, drobiazgi, które w tamtym czasie zdawały się istotne, a teraz traciły znaczenie. Wszystko sprowadzało się do jednej godziny, do jednego miejsca. Siedemnasta. Wtedy wszystko miało nabrać kształtu. Wyszedł do łazienki, spojrzał w lustro; blond włosy miał ułożone, zarost przystrzyżony, twarz spokojną. Nie było w niej śladu nerwowości, bo nie był zestresowany, mhm może tylko lekkie napięcie w spojrzeniu zielonych oczu. Poprawił mankiety i spinki, przesunął palcami po krawacie. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Najchętniej wyszedłby już wtedy, pół godziny wcześniej, nim jeszcze ktokolwiek zapukał do drzwi. Chciał przejść się ścieżką prowadzącą ku ogrodom za domem, stanąć w cieniu drzew i raz jeszcze zobaczyć miejsce, w którym staną, kiedy zacznie się ceremonia. Ale zasady były jasne: miał czekać na ojca. To razem z nim miał wyjść na zewnątrz, ramię w ramię, sylwetka obok sylwetki. Nie było w tym nic symbolicznego, przynajmniej nie w jego odczuciu, ale wiedział, że dla starszego mężczyzny ten gest ma znaczenie. A więc czekał. Kiedy w końcu rozległo się pukanie, odpowiedział tylko krótkim: - Już idę - choć w jego ustach zabrzmiało to bardziej jak no nareszcie. Nie mógł jednak nic na to poradzić. Nuta zniecierpliwienia pojawiła się jego głosie, choć nIe bYł ZdEnERwOwANy. Zresztą. Zamiast próbować zamaskować lekkie napięcie w głosie, po prostu po raz ostatni poprawił czarny garnitur, wygładzając butelkowozieloną koszulę i poprawiając lekko ciemniejszy zielony krawat z botanicznymi wytłoczeniami. Minutę później opuścił pomieszczenie, stając przed ojcem. Tym, który spojrzał na niego z miną zdradzającą dumę wymieszaną z czymś trudnym do nazwania. Wymienili kilka słów, raczej zdawkowych, bo żaden z nich nie należał do szczególnie rozmownych. Potem wyszli razem, przechodząc przez wąski korytarz pachnący polerowanym drewnem, a następnie schodami w dół, ku drzwiom. Tym, za którymi czekał chłodny wiatr z gór. Mocny, rześki podmuch omiótł ich niemalże z chwilą wyjścia na zewnątrz, częściowo rozwiewając włosy mężczyzn. W powietrzu unosił się zapach mirtu i bylicy, tych samych, które zdobiły jego własny garnitur. Mirt dla pokoju i wierności, bylica dla ochrony. Brzmiało to jak ironia, jeśli miałby głębiej się nad tym zastanowić. Chłodny wiatr nie przyniósł jednak otrzeźwienia. Od tamtej chwili wszystko zaczęło zlewać mu się ze sobą, nabierając przedziwnego wrażenia nierealności. Średnio zapamiętał moment, gdy zbliżył się do właściwego miejsca. Wysoko na tle szarzejącego nieba majaczyły górskie szczyty, a światło zachodzącego słońca barwiło ich linie na miedziano. Dźwięk kroków na żwirze był jedynym odgłosem, jaki towarzyszył im przez pierwsze minuty drogi. Następnie... Puf. Nim się zorientował, zobaczył tłum zgromadzonych gości. Niektóre twarze obróciły się w jego stronę, ale nie zwrócił na nie szczególnej uwagi. Wymienił kilka ostatnich słów z ojcem, ściskając Thomasa na pożegnanie i wreszcie odprowadzając go wzrokiem w kierunku krzeseł. Chwilę później sam także wykonał kilka ostatnich kroków w kierunku ołtarza. Zatrzymał się przed kapłanem, skłonił mu się lekko, z należnym szacunkiem, nie przerywając mu jednak modlitwy , a potem odszukał wzrokiem swojego świadka i świadkową Geraldine. Uśmiechnął się lekko, kierując do nich kroki i witając ich oboje po cichu, niemal konspiracyjnym tonem, nie chcąc zakłócać atmosfery przed rozpoczęciem. - Corio. Millie - skinął do nich głową. - Dobrze was widzieć. - Nie zamierzał dodawać nic więcej, zajmując właściwe miejsce i ostatni raz poprawiając ubrania. Wiedział, co ma robić, gdzie ma stać, co powiedzieć. Znał planowany przebieg ceremonii ubrany w proste, przewidywalne ramy, bez miejsca na chaos. Nie drgnął zatem, gdy donośne odgłosy przecięły powietrze, odbijając się echem niczym grzmoty burzy. Gdzieś ponad pobliski las wzbiło się w popłochu stado dzikich ptaków. Ich skrzydła zafalowały niczym czarna chmura rozmywająca się stopniowo na ciemniejącym niebie, gdy odlatywały w dal. Krzyk ptactwa rozciął powietrze, przez krótką chwilę dominując wszystko inne. Aż wreszcie powoli, niemal niepostrzeżenie zniknął wśród dźwięków, które nadeszły zaraz po nim. Z boku zgromadzenia popłynęły pierwsze tony harfy. Melodia była delikatna, a jednak brzmiała krystalicznie czysto i wyraźnie. Każda nuta niosła się z wiatrem, łącząc się z odległym szmerem strumienia. Goście wstali niemal równocześnie. Powietrze zadrżało od nagłego poruszenia: szelestu tkanin, cichego stukotu obcasów o drewniane deski, przesunięcia krzeseł, głębokiego wdechu kilku osób w tym samym momencie. On też odetchnął głębiej. Tak głęboko jak tylko był w stanie, prostując przy tym plecy i rzucając ostatnie spojrzenie w kierunku towarzyszy. Moment później spojrzał w dal, w kierunku ścieżki prowadzącej ku miejscu, gdzie miała pojawić się Geraldine. I wtedy, po raz pierwszy od rana, dopuścił do siebie myśl, że może... ...być może... ...czuł coś, co można byłoby nazwać napięciem. Nie niepokojem, nie strachem, tylko tą subtelną, lekko abstrakcyjną świadomością, że za kilka minut coś w jego życiu naprawdę się zmieni. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=GnwNBQz.jpeg[/inny avek] Ledwie chwilę przed godziną siedemnastą Geraldine Yaxley opuściła swoją własną sypialnię w rodzinnej rezydencji. Dzień minął jej szybko, wyjątkowo szybko, każdy czegoś od niej chciał, lub przychodził się upewnić, czy aby na pewno wszystko jest w porządku. Ostatnie do jej pokoju zajrzały Millie, Jennifer i Ursula, które zadbały o to by wyglądała idealnie. Zupełnie jak nie ona, ale był to na tyle wyjątkowy dzień, że wydawało jej się, iż tak właśnie być powinno. Ubrana była w białą suknię, raczej z tych prostych, nie przesadnie udziwnioną, była to zasługa Lestrange, która oddała jej swoją własną kreację, której nigdy nie miała szansy założyć. Geraldine doceniała ten gest, wiele dla niej znaczył, była to jedna z niewielu osób na której aprobacie faktycznie jej zależało, a miała świadomość, że była dla Ambroise'a bliższa niż jego własna matka. Kobiety zadbały o to, aby żaden niesforny kosmyk z jej napuszonych włosów nie żył dzisiaj swoim własnym życiem, wpięły jej we włosy długi welon, no spowodowały, że faktycznie tego dnia czuła się wyjątkowa. Czy mocno stresowała się tym, że zaraz miała wystąpić przed tymi wszystkimi ludźmi? Rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, mniej znajomymi? Niby nie do końca, jednak odrobinę na pewno. Yaxley nie lubiła, kiedy wszystkie oczy były skierowane w jej stronę, nie w takich sytuacjach - inaczej wyglądało to, gdy mogła prezentować swoje faktyczne umiejętności, tutaj miała po prostu być. Na szczęście zaraz miała mieć to za sobą, był to tylko jeden dzień, no może dwa, czy trzy, góra tydzień - wiedziała, że jak w tym miejscu zaczyna się biesiadować to bardzo trudno jest się wyrwać. Jej ojciec potrafił osaczać swoich gości w taki magiczny sposób, że nie chcieli stąd wyjść, może nawet bardziej jego bimber niż sam on. Co do Gerarda... zjawił się przed drzwiami do sypialni córki chwilę przed siedemnastą. Wystrojony jak nigdy wcześniej, sama Geraldine gwizdnęła krótko kiedy zobaczyła swojego ojca. Nie dało się nie dostrzec, że przeszedł sam siebie. W końcu taka okazja nie zdarzała się zbyt często... była jego pierwszym dzieckiem, które miało zmienić stan cywilny, więc odpowiednio podszedł do przygotowań. Zapewne kolejny raz nie miał się wydarzyć zbyt szybko, o ile wcale, bo jej starszy brat jakoś nie okazywał chęci powrotu do domu, ostatnio pisał coraz mniej, tak naprawdę nie mieli pojęcia, co właściwie się z nim działo, a młodszy... cóż z Astarothem ostatnio było bardzo źle, również został odesłany zagranicę. Opuścili więc razem rezydencję, nie szli w ciszy, nigdy tego nie robili. Geraldine była oczkiem w głowie swojego ojca, także, jeszcze trzy razy się upewnił, że na pewno chce to zrobić (w przeciwieństwie do jej matki nie miał, aż takiego parcia na to, aby jego córka wyszła za mąż, mimo tego, że nie należała do najmłodszych kobiet i mogła już zostać uznana za starą pannę). Nie dlatego, że nie lubił jej przyszłego wybranka, wręcz przeciwnie znali się bardzo dobrze, po prostu chciał mieć pewność, że właśnie tego pragnie. Sama Yaxley była tego pewna, jak niczego innego wcześniej. Jasne, decyzja został podjęta spontanicznie, wszystko przygotowane szybko, jednak nic nie działo się bez przyczyny. Więź, która łączyła ją z Ambroisem trwała od lat, wiedziała, że jest jedyną i właściwą osobą, wiedziała, że to właśnie z nim chce spędzić resztę życia. Pożary okazały się być impulsem, który spowodował, że stwierdzili, że warto to zrobić teraz, w końcu nic już nie mogło być pewne, a skoro mogli razem radzić sobie w tym pojebanym świecie, to dlaczego mieliby tego nie zrobić? W końcu przystanęli na górze alejki, schowani jeszcze przed wzrokiem gości, którzy na pewno już zdążyli zająć swoje miejsca. Przestali gawędzić, oczekiwali ustalone sygnału, który miał dać im znać, że to już ten moment, kiedy mieli się pojawić między zgromadzonymi. Nadszedł. Yaxleyówna wzięła głęboki oddech, ścisnęła mocniej bukiet, który trzymała w prawej ręce i ruszyli wraz z Gerardem między krzesłami pełnymi ludzi. Yaxleyówna nie rozglądała się po bokach, nie przyglądała się temu, kto gdzie siedział, kto się pojawił, a kto nie. Skupiona była póki co na tym, aby pokonać tę drogę jak najbardziej zgrabnie, sukienka bowiem nieco krępowała jej ruchy, do tego ten długi welon... nie był to najłatwiejszy spacer w jej życiu. Ojciec jednak stanowił całkiem stabilne oparcie, był od niej wyższy o jakieś piętnaście centymetrów, więc miała się czego trzymać. Szli powoli, ich ruchom towarzyszył dźwięk harfy, który rozchodził się po okolicy. Wpatrzona była w ołtarz, który był ich celem. Znajdowali się tam już wszyscy, którzy powinni tam być, brakowało tylko jej, w końcu udało im się dotrzeć do celu bez żadnych problemów. Mogli zaczynać. Geraldine uśmiechnęła się do Corneliusa i do Millie, naprawdę cieszyło ją to, że to właśnie oni się tutaj z nimi znaleźli. Millie w końcu była jej przyjaciółką od lat, a Corio, który znalazł się w jej życiu właśnie przez Ambroise'a mogłaby nazwać swoją rodziną, chociaż w ich żyłach nie płynęła ta sama krew. Nie mogła sobie wymarzyć lepszego towarzystwa w tym miejscu. Skinęła głową kapłanowi, i dopiero wtedy, w końcu mogła spojrzeć na swojego wybranka. Roise prezentował się wspaniale, zresztą jak zawsze, przynajmniej w jej oczach, chociaż chyba nigdy jeszcze nie widziała go w tak bardzo eleganckiej odsłonie. Ojciec zostawił ją przy ołtarzu, witając się wcześniej oficjalnie z panem młodym (jakby wcale nie widzieli się w ciągu tego dnia). Szybko zajął miejsce u boku swojej żony. - No to zaczynamy. - Szepnęła cicho, bardzo cicho, tak, aby nie usłyszał tego nikt poza Ambroise'm, no może świadkami i kapłanem, ale nie powinni na to zwrócić większej uwagi. Jeszcze chwila, jeszcze moment, a zostaną małżeństwem, już nic nie mogło im przeszkodzić. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 06.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] - Podejrzewam, że nawet jeśli widać Cię na milę to i tak jesteś w stanie zaskoczyć każdego pojawiając się zupełnie znikąd. - Może brzmiało to trochę jak masło maślane, ale Benjy na pewno wiedział o co jej chodzi. Fenwick posiadał tę nadzwyczajną umiejętność wychodzenia z cienia, miała szansę się o tym przekonać nieraz, i ostatnio i kiedy była młodą czarownicą. Kiedyś okropnie ją to irytowało, aktualnie raczej jej imponowało, jak widać punkt widzenia mógł się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Faktycznie to krótkie oderwanie się od tego całego ślubnego zamieszania pomogło jej uspokoić myśli. Bletchley miewała problemy z socjalizacją, to nie było żadną tajemnicą, niezbyt dobrze czuła się wśród tłumu obcych ludzi, widać jednak wystarczyła u jej boku odpowiednia osoba, a ta zupełnie niepotrzebna niepewność przestawała istnieć. - i bardzo dobrze. - Rzuciła całkiem lekko, jednak w jej oczach pojawił się ten charakterystyczny dla niej błysk, chyba naprawdę cieszyła się z tego, że nikomu nie będzie dane się pomylić z kim się tutaj pojawiła. Mając u swojego boku kogoś jak Benjy będzie czuła się niepewnie i nie będzie się musiała martwić interakcjami z nieznanymi ludźmi, coś czuła, że to faktycznie może zadziałać. - Staram się uważać. - Powiedziała jeszcze cicho, ale nie mogła przecież zignorować koleżanki... bo nie miała ich znowu tak wiele... Usiedli na swoich miejscach, czekali na to, aż ceremonia się rozpocznie. Musiało to się to zdarzyć już za chwilę, bo na ołtarzu pojawił się Ambroise. Nie wyglądał na zestresowanego, co było całkiem normalne, miała wrażenie, że nigdy nie było po nim widać, kiedy faktycznie się czymś przejmował. Potrafił trzymać emocje na wodzy, jak nikt inny. To akurat nie było dla niej żadnym zaskoczeniem. Mimo tego, że nazywali się tylko i wyłącznie sojusznikami, nie byli swoimi przyjaciółmi, nie spoufalali się zbytnio to cieszyła się jego szczęściem, dobrze było wiedzieć, że jej partner w zbrodni znalazł swój spokój. Wtedy rozległy się te trzy, bardzo głośne huknięcia, które spowodowały, że serce zabiło jej nieco szybciej, nie żeby mroczna panna Bletchley bała się czegoś tak prozaicznego... chociaż może, odrobinę? Na szczęście nie zareagowała nerwowo, chociaż po jej plecach przeszedł zimny dreszcz. Tuż po chwili można było usłyszeć melodię graną przez harfistkę, zrobiło się zamieszanie, co oznaczało, iż panna młoda pojawiła się właśnie na przyjęciu. Tak, to był moment, w którym uniosła się z krzesła, bo przecież wypadało wstać. Odruchowo spojrzała w stronę alejki, aby zobaczyć, jak prezentowała się przyszła żona Grenngrassa. Ona kiedyś też miała być panną młodą, nigdy jednak nie doszła do tego etapu, bo narzeczony umarł kilka tygodni przed ceremonią, nie czuła jednak zazdrości, miała to wszystko za sobą, już dawno ułożyła sobie wszystko w głowie, wiedziała, że tak po prostu miało być, nie było sensu rozgrzebywać tych wspomnień, nie kiedy pojawiła się tutaj, aby celebrować czyjeś szczęście, zresztą aktualnie sama czuła się wyjątkowo jak na siebie szczęśliwa, chociaż sama nie do końca wiedziała, co przyniesie jutro. Najbardziej istotne było dla niej jednak tu i teraz. Pozwoliła sobie dyskretnie złapać Benjy'ego za dłoń, kiedy tak stali i oczekiwali, aż Geraldine ich minie. Na twarzy Prudence gościł uśmiech, niewymuszony, zupełnie szczery. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Icarus Prewett - 06.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DdoKAl5.png[/inny avek] Siedzę z Moną i Basilem. – Ja też nie wiedziałem, że zostałeś. Ot komunikacja w rodzeństwie na jak najwyższym poziomie – zaśmiał się zaskakująco pogodnie. – Mo jest przyjaciółką Geraldine, a ja przyjacielem Mo. Icarus przekonany był, że Basil coś między nimi zauważał, choć na razie nie było czasu na rozmawianie. W końcu nie tylko nie byli główną parą wieczoru, ale i parą trudno było ich nazwać. Ari nie wiedział, na czym stali. Dręczyła go też myśl o tym, co przepowiedziała im Millie. Starał się jednak powstrzymać bezustanne rozkminianie tego, co się miało wydarzyć i koncentrować na byciu dla Mo godnym towarzyszem. Kiedy zaczęło się dziać, musieli zamilknąć. Icarus przypatrywał się ślubnemu kobiercowi znad głów gości. Wszyscy oczekiwali zjawienia się panny młodej. Ni stąd ni zowąd jednak rozległ się huk, rwetes i szum lasu, odległy i bliski zarazem. Towarzyszyło temu dziwne uczucie, lekko niepokojące, lecz zaskakująco przyjemne. Jakby Los we własnej osobie zaglądał na ceremonię. Ari zwrócił wzrok ku Monie i... zrozumiał. Była jego światełkiem w ciemności, nadzieją na lepsze jutro. Bez względu na wszystko, byli sobie przeznaczeni. Miał szczęście i to ogromne. Spotkał go wręcz zaszczyt tego, że urodził się w tych samych czasach, co ona. Wyglądała pięknie. Przepięknie. Jej uroda pasowała do grającej w tle walijskiej muzyki, rude włosy spływały po jej ramionach, a usta lśniły w blasku słońca. Prewett był nią tak urzeczony, że nie zauważył, że panna młoda pokazała się gościom. Dopiero reakcje innych oderwały go od wpatrywania się w Rowle. Obserwując ceremonię, nie mógł pozbyć się wrażenia, że chciał być na miejscu pana młodego, ale jedynie gdyby to Mona szła do ołtarza. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Millie Moody - 06.10.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/04/21/ae/0421ae133a7eccf3694bbffeb82ae05c.jpg[/inny avek] – No kurwa, mówisz masz! – odpowiedziała mu wesoło i dopiero po chwili zakumała co też takiego powiedziała. Przyłożyła dłonie do ust w dziewczęcym całkiem jak na nią geście i zachichotała kretyńsko. To przez te jebane kwiatki! Z pewnością rzucono na nie jakiś urok! – myślała, kiedy wargi raczej wypowiadały "no sorówa no już już przepraszam". A potem wiatr zawiał i miała przez moment poczucie, że szal nie zadziałał i wszystko psu na budę, bo dreszcz przetoczył się przez plecy. Przestała chichotać jak debil, zamiast tego wyprostowała się jak struna, kierując twarz o ostrych rysach w stronę drzew, które wydawały jej się teraz straszniejsze, gdy słońce zachodziło. Mieli trzy kwadranse nim zniknie zupełnie, a cienie wydłużone, żarłoczne, drapieżne wychylał się spomiędzy konarów głodne ich życiowej esencji. Fakt, że była straszliwym mieszczuchem nie pomagał. To zdecydowanie nie był jej teren, tak jak jej terenem nie była Polana Ognisk. Mimowolnie zadrżała. Jej demony miały pozostać jej demonami, skitrane w szafie i pod łózkiem! To nie był moment na te "drobne komplikacje", urojenia, odkształcenia rzeczywistości, które kazały jej się dopatrywać zagrożeń nawet nie w tym świecie, a w drugim, możliwym do oglądania dziedzictwem krwi po kądzieli. Miała wrażenie, że granica między światem widzialnym a tym drugim staje się coraz cieńsza i nie było to dobre wrażenie. Złote oczy, teraz poważne, czujne drygiem policyjnym omiotły nagle zebranych. Dawna szukająca wypatrywała swoje złote znicze... Brenna, Atreus złamas, Nora, trochę próchna Johny'ego i Morfiny i tak tam dalej dostrzegła kędzierzawą czuprynę Liszka, który przełamie każdy urok, każdego poskłada... Wydech. To były jej strategiczne punkty. Był jeszcze typek, który się do niej uśmiechnął przed momentem, mignął jej wcześniej, chyba był z Artemis miał też tu działać, jak zacznie się rodeo. I Cornelius Lestrange tuż obok ze swoją aurą zajebistości, pan koroner, może bardziej babrał się w trupach niż ścigał czarnoksiężników, ale ostatecznie gryfońskie serce robiło swoje. Może i miała na sobie kolorowe kwiatki, makijaż, białe szpilki, ale wychodziła z niej gliniarska rutyna bardziej niż kiedykolwiek by przyznała przed kimkolwiek. Ukryła dłonie między hałdy sukienki, szukając specjalnie wszytej kieszeni umożliwiającej jej natychmiastowe podjęcie różdżki i posłanie różdżki przeciwnika w kosmos. Zdobyła się na jeszcze jedno, pełne jadowitej nienawiści spojrzenie w stronę straszącego ją lasu, a potem wzięła wdech i skupiła na otaczającym świecie. Na nienaturalnym milczeniu. Och to już... Zamrugała, kiwając głową sztywno Ambroisowi na powitanie i odsuwając się instynktownie o krok, żeby zrobić miejsce dla Panny Młodej. Kroki Geraldine pośród ludzi były niespieszne i dostojne, w tej sukience wyglądała nawet kobieco, co przy jej muskulaturze nie było takie proste do osiągnięcia. Moody zdołała pomyśleć, że pasowali do siebie, przypomnieć gdzieś przy okazji o kolejnym wydechu, rzucić jedno kontrolne spojrzenie w stronę Morpheusa, którego wyjebane... czy to Vakel?! Zamrugała zdziwiona, a potem postanowiła się rozluźnić na ile to było możliwe, bo jak tu było takie stężenie jasnowidzów Ty Alexander spierdalaj na metr kwadratowy, ryzyko jakiejś ostrej rozpierduchy zmniejszało się drastycznie. Postanowiła nawet się uśmiechnąć i w milczeniu czekać, aż kuzynek klecha pokaże jej gdzie się podpisać. Chyba nie będzie musiała nikomu mówić, że ona też? Nie... na pewno nie. Stanęła wspierać Geraldine już spokojniejsza, w lekkim policyjnym rozkroku i z ręką na ukrytej różdżce. Niech ktoś spróbuje im przeszkodzić, to będzie miał z nią do czynienia! RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 07.10.2025 Nie mogłem powiedzieć, że zupełnie nie przepadałem za takimi ceremoniami, tylko nie czułem się dobrze w miejscach, gdzie zbyt wielu ludzi mówiło zbyt wiele nieistotnych rzeczy naraz. Nie zamierzałem tego mówić na głos, oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym tak po prostu przyznał, że wolałbym być gdziekolwiek indziej, na uboczu, a nie na krzesłach, ciesząc się szczęściem zebranych z mniej ciasnej perspektywy. Zamiast tego bez słowa zmierzałem w kierunku, który był właściwy tylko z nazwy. - To chyba mój jedyny talent, któly wciąsz uchosi za poszyteszny. - Mruknąłem półgłosem, zerkając na nią kątem oka, gdy to powiedziała, usta drgnęły mi w rozbawieniu, bo mimo że jej słowa zabrzmiały nieco jak żart, to wiedziałem, iż coś w tym było. - Chociasz pszyznam, sze niektószy woleliby, szebym szię jednak nie pojawiał. - Odpowiedziałem spokojnie, nawet nie próbując udawać, że jej słowa mnie nie rozbawiły. Ton miała lekki, ale ja znałem ten błysk w jej oczach - zbyt wiele razy widziałem, jak coś w niej się rozjaśniało, gdy mówiła o rzeczach, które naprawdę ją interesowały, nawet jeśli starała się to maskować - z pewnością w dalszym ciągu próbowała rozgryźć działanie tego daru. Zawsze ją drażniło, jak potrafiłem pojawić się nagle, jakbym wyrastał z cienia. Kiedyś jej złość na moje niespodziewane pojawienia się była niemal rozbrajająca, a teraz... wyglądało na to, że już się z tym pogodziła. Dzisiaj, sądząc po tonie głosu, raczej ją to bawiło. Czas faktycznie potrafił zrobić z człowiekiem różne rzeczy, czasem dobrze było być przewidywalnie nieprzewidywalnym. - Cieszę szię, sze moja obecność pełni w końcu funkcję leplezentasyjną. - Mruknąłem z lekkim przymrużeniem oka. Wiedziałem, że tłum ją męczył - to, że przyszła tutaj w ogóle, postanowiła się pokazać, to był już wysiłek, a jednak siedziała obok mnie, spokojna, niemal pogodzona z faktem, iż przez kilka godzin musiała znosić obcych ludzi i ich głośne śmiechy. Wyglądała na spokojną, może pierwszy raz od przybycia tutaj. Ten jej błysk w oku, który zauważyłem, gdy powiedziała „i bardzo dobrze”, był inny niż zwykle - nie ironiczny, nie obronny, tylko ciepły. - Doskonale. Kiedy usiedliśmy, kątem oka obserwowałem, jak poprawiała materiał sukni, prostowała się na krześle i mimochodem zerkała na ludzi wokół. Szmer rozmów wokół ucichł powoli, przetaczając się przez rzędy krzeseł jak fala, która traciła impet, aż wreszcie nastała ta znajoma, wyczuwalna cisza - wszystko wskazywało na to, że ceremonia zaraz się zacznie. Nagle coś przykuło moją uwagę - z daleka, od strony drzew, rozległ się szum, jakby liście poruszały się mocniej, niż mogłoby to wynikać z lekkiego wiatru. Obróciłem wzrok w tamtym kierunku, starając się wyłowić jakikolwiek ruch między pniami, jakieś kontury sylwetki, cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić dźwięk, ale nic tam nie było. Wszystko wydawało się nieruchome, jakby szum powstał znikąd - tajemniczy i jednocześnie lekko niepokojący, w ruchu liści nie było nic, co mogłoby wytłumaczyć nagły dźwięk. Spoglądałem tak przez chwilę, próbując zrozumieć, czy to wiatr, czy może jakieś zwierzę przebiegające wśród drzew, ale cała scena była zbyt spokojna, by cokolwiek wyraźnie się wyróżniało. W końcu odsunąłem wzrok od liści i spojrzałem z powrotem w kierunku ołtarza - na kapłana. Spojrzenie na niego i jego sylwetkę natychmiast przywróciło mi poczucie rytmu - chociaż nie byłem religijny - wszystko w ceremonii zaczynało znów nabierać sensu, a niespodziewany szum, chociaż wciąż obecny w tle mojej świadomości, przestał odwracać uwagę od tego, co najważniejsze. Wydawało mi się zasadne obserwować, co działo się w centralnym punkcie wydarzenia, jednakże i tak ze zdziwieniem zauważyłem, że umknął mi moment, gdy pojawił się pan młody. Stał tam, przy ołtarzu, z wyprostowaną sylwetką, gotowy do rozpoczęcia ceremonii. Nie potrafiłem odczytać, czy naprawdę był spokojny, czy po prostu świetnie grał swoją rolę - czasami trudno było odróżnić jedno od drugiego. Obserwowałem go chwilę, myśląc, że może i dobrze, iż niektórzy potrafili trzymać wszystko w środku. Ja - niekoniecznie. Ledwie zdążyłem skupić się na tej scenie, kiedy nagle rozległa się seria głośnych huków - ostre, krótkie świsty wypełniły powietrze. Przez moment zastanawiałem się, czy to mój umysł podkręcał napięcie chwili, bo wiedziałem o tym planie, ale instynkt kazał mi pozostać czujnym. Dźwięk był przeszywający, niosący echo dawnych odruchów, których trudno się było pozbyć. Odwróciłem głowę, instynktownie - odruch bojowy - nawet na weselu nie potrafiłem się go pozbyć, ale to był tylko sygnał dla orkiestry, moment przejścia. Kątem oka zobaczyłem, jak Prudence lekko zesztywniała, choć zaraz potem opanowała się bezbłędnie - jak zawsze - na jej karku poruszył się jeden kosmyk włosów, kiedy odwróciła głowę w stronę alejki, gdzie pojawiła się panna młoda. Twarz mojej towarzyszki była spokojna, może nawet zbyt spokojna - wiedziałem, że pod tą ciszą kryło się coś więcej. Zanim się zorientowałem, odruchowo przesunąłem dłonią po jej przedramieniu, lekko, bez słowa - nie, żeby potrzebowała pocieszenia, ale może dlatego, że ja sam też potrzebowałem tego kontaktu. Nie komentowałem, nie musiałem - jej przeszłość była jej, moja moja. Melodia harfy uniosła się miękko nad ogrodem, powietrze zgęstniało od emocji i szeptów, od stukotu butów i cichych westchnień. Muzyka była tak subtelna, wyjątkowo przyjemna, że na moment zapomniałem, iż to tylko preludium. Wstałem, kiedy Prudence się podniosła, i razem z tłumem odwróciliśmy się w stronę alejki. Nieczęsto zdarzało mi się dostrzec coś, co naprawdę robiło wrażenie, ale ten widok… Miał w sobie coś takiego. Patrzyłem, jak Geraldine wchodziła w przestrzeń między nami a ołtarzem. Jej suknia była perfekcyjnie dopasowana, z lekkim, eterycznym materiałem, który falował przy każdym kroku. Nigdy nie byłem estetą, ale nie mogłem nie docenić, jak spójnie wszystko ze sobą współgrało. Czułem w sobie szacunek dla tej precyzji, z jaką została zaplanowana oprawa wydarzenia, chociaż jednocześnie byłem świadomy, że to nie dekoracje ani muzyka czynią wydarzenie wyjątkowym, tylko ludzie, którzy w nim uczestniczą, emocje, którymi emanują, i ten subtelny balans między starannością a naturalnością. Tu był odczuwalny. Harfistka grała dalej, a panna młoda kroczyła w stronę Ambroise’a, który - o dziwo - wyglądał teraz, jakby naprawdę coś czuł. W jego oczach było coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Cieszyło mnie ich szczęście. Prue lekko ścisnęła moją dłoń - nie spojrzała na mnie, nie musiała, ja również nie przeniosłem na nią wzroku - ten gest wystarczył. W odpowiedzi przesunąłem palcem po jej dłoni - ledwie wyczuwalnie, odruchowo. Złapałem mocniej dłoń Prudence, choć dyskretnie, i uśmiechnąłem się pod nosem, wyczekując na pierwsze słowa, mające popłynąć z ołtarza. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] |