Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 01.07.2024

Koło koła fortuny

Nic złego się nie dzieje? Naprawdę? Jakoś tego nie kupował. I nie rozumiał. Nie dzieje, a jednak COŚ się dzieje? Coś jest inaczej? Czy to już jego mózg zupełnie wariował i tylko sobie dopisywał wszystko? Znowu? Czy to znowu były jakieś dziwne zabiegi Edga, żeby… nawet nie wiedział w zasadzie żeby CO. Czego on chciał, co chciał osiagnąć, kompletnie już tracił w tym rozeznanie. Albo to dlatego, że przecież był zmęczony po występie, że… aach. Nie ważne. Czemu miał tracić energię na zastanawianie się nad tym? Myślał sobie o tym tak jakże wygodnie, a wiedział, że i tak będzie musiał to odreagować w JAKIŚ sposób.
Nie załapał od razu tego żartu - czyli co celebryci mają wspólnego z Voldemortem, więc jego zagubione spojrzenie, niezrozumiałe, zawisnęło na chwileczkę na ludziach, przy których stali. Na szczęście jego niezrozumienie mogło szybko w tym przeminąć. Udawać, że wcale nie miał zawieszenia, którego mieć nie powinien (bo przecież jeśli nie mógł liczyć na własny umysł, to czy już na COKOLWIEK mógł liczyć?).

Prawie znowu użył magicznego synonimu dla słowa "przepraszam", ale się powstrzymał. W ostatnim momencie!

- Nie do końca się skupiłem na treści... Uderzyłeś w moją słabość. - Przyznał bez bicia. Biżuteria, och, uwielbiał ją prawie tak samo jak kwiaty! A może nawet bardziej? To na biżuterii, złocie i klejnocie mógłby się wylegiwać, a jakoś... no zgoda, nie, na płatkach róż też mógłby sypiać. Ale to nie było aż tak chorobliwe, jak z relacją łączącą go z błyskotkami. - Coś jeszcze było na tej kartce? - Rozczytał się, że to pierścionek do ratowania… coś w tym stylu. Być może rzeczywiście mieściła się tam krótka instrukcja obsługi, ale skoro mógł ją teraz dostać z pierwszej ręki… Czemu wręczył mu ten pierścionek? Powróciła myśl o litości. Nie! Zastąp to ładniejszym słowem: troska. Przybliżył z powrotem rękę, żeby czasem nikogo nie szturchać. Teraz było jakoś… lepiej. Trochę lepiej, bo przy tym, jak bardzo niepewnie się czuł przy samym Flynnie w kompletnym rozstrojeniu, w próbach ustalenia emocji drugiej strony, daleko temu było do ideału. Chciał zwiedzić ten kiermasz, a teraz myślał, że bardziej chciał wrócić do domu. Do domu… nie. Nie chciał do domu. Wrócić do domu Bulstrodów. - Och… - To był zawsze świetny komentarz, kiedy mówią “ktoś umarł” albo “ktoś próbował kogoś zabić”. Och. Onomatopeja, która wyrażała więcej niż tysiąc słów. - Musiałem to przegapić w prasie... - Co też go trochę niepokoiło, bo starał się nadążać. - Kiedy właśnie ten instynkt… z nim chyba jest coś nie tak. - Niezależnie od tego, jak źle jest. Jak źle było. Miałby zostawić ludzi, kiedy coś się działo, żeby tylko ratować WŁASNY tyłek? Ha… ale poniekąd tak zrobił. Był tak naładowany strachem, że rzeczywiście zawrócił z miejsca wydarzenia. Gdyby tam jednak naprawdę leciały czary - zawróciłby? Świadomość tego tłumu, w którym byli, jakoś przypomniała mu o tym, jak się niepewnie czuł. Mały, nic nie znaczący paniczyk. - Co zrobiła? I właściwie… chcesz się przejść, skoro i tak jest kolejka? - Przesunął dłoń za nich, pokazując po prostu ten kiermasz. - Nora ma swoje stoisko. Stamtąd były pralinki. - Tak apropo słodyczy pomyślał, że jeśli było jakieś stoisko to może właśnie to chciałby odwiedzić...




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sebastian Macmillan - 01.07.2024

Południowe stragany - stoisko kowenu -> stoisko z kołem fortuny -> stoisko kowenu

Kończę obsługiwać Ambrosię i przechodzę do koła fortuny, aby wykorzystać swoje losy. Po odebraniu fantów wracam na stoisko.

Dobrze, a więc tutaj masz wszystkie swoje rzeczy — wskazał na wybrany przez kobietę asortyment, uśmiechając się do niej ciepło. — A ja... Cóż, będę się modlił, abyś miała dobry dzień. I żadna katastrofa nie zepsuła nam obchodów. I żeby Matka mimo wszystko dalej zerkała na nas łaskawym okiem w tym trudnym dla wszystkim czasie.

Pochylił przed czarownicą głowę, gdy skończyli finalizować transakcję. Sporo tych intencji jak na jeden dzień, pomyślał, przeskakując wzrokiem z jednej osoby krążącej w tłumie przechodniów na drugą. Jak jednak miałby tego nie robić i ograniczyć się tylko do jednej? Ostatnie miesiące pokazały, że żyli w nadzwyczaj ciekawych czasach, a te z kolei wpłynęło na całą masę żywotów. Inni mieli tyle samo trosk co dotychczas, niektórzy mniej, a jeszcze co poniektórzy... Dźwigali na barkach ciężar typowy dla co najmniej kilku żyć.

Może nie wszyscy wierzyli w to, że wstawiennictwo Matki Natury pomoże w przezwyciężeniu codziennych trosk, ale ktoś musiał się za nimi wstawić. Jeśli chciało się wierzyć doniesieniom Patricka na temat Limbo, to faktycznie był tam jakiś byt, który czarodziej połączył z boginią Matką. Czy faktycznie tak było? Tego Sebastian nie wiedział, jednak jeśli te kilka słów modlitwy mogło pomóc komukolwiek: czy to ludziom, czy jednej z sił wyższych spajających otaczającą ich rzeczywistość w jedną całość... To będzie się modlił jeszcze częściej.

Gdybyś czegokolwiek potrzebowała w nadchodzących dniach, to pamiętaj, że wystarczy zwykły list. Nie jest trudno nas znaleźć. Czy to mnie, czy innych kapłanów — dodał na odchodne.

Powinien był dodać, że najlepiej by było, gdyby kobieta umawiała się na spotkania z nim z kilkudniowym wyprzedzeniem, co by mógł się przygotować mentalnie na niespodziewaną wizytę towarzyską, jednak... Ze względu na ich dawne szkolenia postanowił sobie darować ten komentarz. Jeszcze by się zawahała w chwili kryzysu wiary i zaczęła szukać pocieszenia w innym miejscu. Sebastian westchnął ciężko. Naprawdę miał nadzieję, że jesień przyniesie ze sobą jakąś zmianę.

Ciężkie od kontrowersji, bólu i straty liście w końcu opadną, tak jak - jeśli Matka pozwoli - czarodzieje i czarownice Wielkiej Brytanii będą mieli szansę po części pogodzić się z prześladującymi ich stratami. Macmillan odsunął się od stoiska i polecił swemu asystentowi, aby chwilowo przejął kontrolę nad stoiskiem. W tym samym czasie kapłan przemknął między innymi stoiskami, aby dostać się do koła fortuny. Udało się nawet uzbierać kilka kuponów, toteż zamierzał to wykorzystać, póki stragan był jeszcze w jednym kawałku.

Po odczekaniu paru minut w kolejce Sebastian zakręcił parę razy kołem, aby koniec końców wrócić z powrotem na znajome terytorium z trzema fantami. Nie miał zbyt dużego szczęścia w grach losowych, toteż musiał trochę dłużej kręcić kołem, aby faktycznie otrzymać nagrodę. Ale cóż... Przynajmniej miał to już z głowy. Teraz mógł w pełni poświęcić się swoim klientom i swojemu asystentowi, który... Podenerwowanie miał wręcz wypisane na twarzy. Eh, ciężki jest żywot kapłana kowenu.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lvsfhMe.png[/inny avek]


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 01.07.2024

Południowe stragany

Victoria, na ile się orientowała, z Mulciberami nie była spokrewniona, może jakaś piąta woda po kisielu, ale nie. Na pewno nie z nikim, kto dzisiaj sprzedawał świeczki na jarmarku, mówiła Saurielowi wyraźnie, ze zna Lyssę, bo jest córką Vasilija Dolohova, z którym jest spowinowacona i na tym kończyły się jej koligacje rodzinne. Wspominała też chyba o tym, że ktoś tam dostał jakiegoś ataku? Ale wtedy się ulotniła, a uzdrowiciele zajęli się sprawą, bo byli na miejscu, tylko by przeszkadzała, zabierając potrzebny tlen.

– Dziwię się, że dopiero teraz – prawdę mówiąc, to Victoria sądziła, że nie wynosił się z trzech powodów: że chodziło o kasę, Eryk mu zabronił albo Joseph mu zabronił. Albo nie chciał doprowadzić matki do jakiegoś zawału, nie wiedziała. Był to też powód, dla którego po ślubie chciała go wyrwać z domu, żeby nikt już nie piszczał nawet, że jak to tak. Bo nie zamierzała go zostawiać w tym domu, który tak źle na niego wpływał. A tu… jednak okazywało się, że to takie proste. Po prostu stwierdzić, że eee jednak się wyprowadza. Znaczy Victoria bardzo się cieszyła, że Sauriel dorósł do takiej decyzji, że sam poczuł potrzebę, żeby wynieść się z domu – być może zainspirowany jej własną decyzją? – Może potrzebowałeś tego spokoju, żeby zrozumieć, że tak może być zawsze i że nie zaznasz go w tamtym domu? – zasugerowała. Ona z kolei potrzebowała jednej kłótni za dużo, by w końcu nabrać na to odwagi. W sumie to do teraz mu nie powiedziała jak to się stało i co zrobiła Isabella, gdy zerwał zaręczyny.

– Nie dałabym ci tego – chociaż Sauriela by nie udusiły, bo nie oddychał. Ale nie, żadnych diabelskich sideł. – Biegające rośliny? Są takie, które się ruszają… Mandragora na ten przykład, bijąca wierzba, diabelskie sidła właśnie, ale żeby biegać to hmmm – zamyśliła się. – Może gdyby je potraktować jakimś silnym zaklęciem transmutacyjnym – to było czysto teoretyczne zagadnienie, po prostu jak zwykle, wystarczyło jedno zdanie, by jej myśli same pofrunęły w odpowiednim kierunku. – Nie mówiłam, że na stałe. Po prostu mnie i tak często nie ma w domu – to była tylko opcja, nic więcej, żadna łaska czy jej brak. Kamienica była duża, a towarzystwo Sauriela jej nie przeszkadzało, no i tyle. Ale nie zamierzała go namawiać, nie to nie, już i tak miała wrażenie, że jest zbyt nachalna.

– Twój nowy idol poszedł przecież pomagać przy tym stoisku z cytrynówką? – chyba już nie nadążała kto był jego idolem, ale sądziła, że to chodzi o te świeczki właśnie. To mówiła mu przecież bardzo wyraźnie, że robił je tamten chłopak, który pojawił się przy cytrynówkach. – I nie, nie zostaję. Chyba za dużo jak dla mnie, plus myślę, że Kwiatuszek chciałby już trochę spokoju, a i tak czekają go jeszcze dzisiaj wrażenia – wrażenia z tego, że dostał nowy dom i to duży, i że jest w nim już jeden kot, co prawda malutki, ale jednak.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 01.07.2024

Oglądam świeczki Mulciberów, ale że nie wiem, czy ktoś tam obsługuje, nic nie kupuję -> idę dalej i zahaczam o koło fortuny

Brenna pożegnała jeszcze Mulcibera uśmiechem, zostawiając go z czekoladową żabą i (oby dobrą) kartą, zanim przeszła dalej przez tłum. Zanosiło się na to, że jednak to będzie spokojne Lammas (naiwna, nie wiedziała jeszcze niczego o aferze świeczkowej), wszystkie zakupy, jakie miała zrobić zrobiła, mimo to zamierzała pokręcić się jeszcze w pobliżu, tak na wszelki wypadek.
Przystanęła przy stoisku Mulciberów i obejrzała wystawione tam świeczki, rozważając przez chwilę czy nie dokonać zakupu, bo chyba mieli świece rytualne, a ona niby kupiła je na stoisku kowenu, być może jednak ktoś z domowników też chciałby odprawić rytuał. Ale że nikt chyba chwilowo nie obsługiwał klientów, nie chciała przerywać rozmowy... a i gdy spojrzała na informacje o fundacji Mulcibera, na jej ustach zamaiczył uśmiech. Chłodny.
Nie, nie miała zamiaru dawać im swoich pieniędzy.
Znikła więc stamtąd, zanim nadeszli Sauriel i Victoria.
Przemykając w pobliżu koła fortuny, widząc, że chwilowo tłum przy nim się zmniejszył, dokupiła jeszcze dwa losy, bo czemu nie – przedmioty w nim oferowane były nieco… niepokojące, ale potencjalnie przydatne (po tym, oczywiście, jak Nora sprawdzi, czy z eliksirami wszystko jest w porządku).
Choć tego dnia chciała jeszcze wieczorem wpaść do domu, przebrać się i odprawić rytuał ku czci Matki, a potem czekała ją nocna służba, nie opuściła Lammas.
Nie tylko z obawy przed Voldemortem, który mógłby nagle dokonać napaści - ale przede wszystkim z obawy przed matką (tą całkiem ziemską), bo Brenna obiecała Elise wpaść na jej stoisko. Przepchnęła się więc wreszci w tamtym kierunku.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Thomas Hardwick - 01.07.2024

Pod sceną -> Strefa gastronomiczna

Thomas pewnie jeszcze jakiś czas miał nie darować sobie naciągnięcia na słodkie słówka. Teraz jednak bardziej go bawiły niż cokolwiek innego, jednocześnie dawał się wciągać coraz bardziej w gierkę kobiety. Cóż, raz na jakiś czas można ulec słabości.
- Nie mogę zaprzeczyć, jak widzisz na mnie też podziałało. Chciałbym zapomnieć jak bardzo kobiety są przebiegłe, ale widać nie dajecie tej wiedzy przepaść. - Uśmiechnął się, przypominając jak dawał się prowadzić za nos swoim siostrom i nawet kilku koleżankom z pracy. Miał czasem za miękkie serce.
Wywrócił oczami, gdy dziewczyna skomentowała jego zdawkowe przedstawienie się. Szczegolnie, że sama nie kwapiła się do podania swojego imienia. Co było nawet trochę ciekawe.
- Wystarczy, że na dziś będziesz wiedzieć tyle. No, chyba, że sama zdradzisz coś więcej, bo na razie muszę operować na zgadywankach. - Mówił, powoli idąc z nią w stronę stoisk gastronomicznych, skąd dało się czuć różne, smakowite zapachy, w tym także słodkości.
A jeśli miałbym cię dziś jakoś nazwać - zastanowił się, patrząc na ładną twarz i przypominając sobie zwinne ręce - to może Bonnie? - stwierdził, przypominając sobie film, który widział wcale nie tak dawno temu, gdy odwiedzał rodzinę. Wątpił, czy dziewczyna zrozumie aluzję, ale jakoś uśmiechnął się na te porównanie. - To pewna filmowa złodziejka. - Wytłumaczył więc, zastanawiając się, czy będzie musiał tłumaczyć więcej, pamiętając, że czarodzieje naprawdę mało wiedzieli o mugolskim świecie.
- Coś słodkiego, czy słonego? Ja sam na pewno skuszę się na lemoniadę i coś z Nory. - Mówił, powoli kierując ich w stronę stolików, próbując dostrzec już powoli, co jeszcze serwuje dziś cukiernia Nory. Na pewno nie chciał odpuścić jej pączków. Tak jak spora część brygadzistów miał do nich słabość.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sophie Mulciber - 01.07.2024

Mulciber Moonshine - południowe stragany

- Miłego dnia!- Zawołała Sophie za Brenną, kiedy zdała sobie sprawę, że potencjalna klientka zrezygnowała z degustacji. Wyglądało na to, że znała się z Charliem, co bardzo ją zaintrygowało.
- Charlie, to twoja dziewczyna?- Zapytała, przekręcając głowę w stronę młodszego z kuzynów. Skrzywiła się lekko, bo miała wrażenie, że Leonard zamiast poprawiać jej włosy, to robił z nimi coś bardzo dziwnego.
- Leo, właśnie zabrzmiałeś jak wuj Richard. Bla bla nie będę Wam pomagał. A i tak pomożesz, i wiesz co? Zostaw mnie jednak, jesteś beznadziejny, co ty mi zrobiłeś z włosami?- Zirytowała się i odsunęła od kuzyna. Odskoczyła, widząc, że polizał wnętrze dłoni i chciał obsmarować śliną jej włosy. Bleh! Nie miała też nic do wuja Richarda, ale często wydawał się z niej niezadowolony, po czym i tak zawsze pomagał.
- Charlie, zabierz TO z mojego stoiska, słyszysz?- Syknęła, obchodząc stół i stając obok kuzynki. Mówiąc TO, miała oczywiście na myśli świeczkę w kształcie no... wiadomo jakim.
- Lyssa, poprawisz mi włosy?- Poprosiła, bojąc się, że po tym co zrobił jej Leo, wyglądała jeszcze gorzej.
Sophie również wrócił dobry humor. Atak, którego doznał jej tata, okazał się niegroźny. I w końcu to nie ona miała przechlapane, tylko Charles. Nie, żeby cieszyła się z nieszczęścia kuzyna, ale ostatnio uwaga całej rodziny skupiała się tylko na niej. I to w ten bardzo nieprzyjemny sposób...
- Chłopaki, napijcie się cytrynówki i powiedzcie, czy wam smakuję.- Rzuciła przez ramię, nadal stojąc przodem do kuzynki.- Lyssa, a tobie smakowało?- Zapytała, szczerząc się lekko i patrząc dziewczynie w oczy z oczekiwaniem.- Co myślisz o moim biznesie?


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 01.07.2024

Mulciber Moonshine - południowe stragany

Oh? 'Dziewczyna'? Tego nie brał pod uwagę, ale kto wie? Z drugiej strony, czy Charlie naprawdę ukrywałby się, gdyby jakąś miał? Leonard odnosił wrażenie, że pierwszą rzeczą, jaką by zrobił, byłoby pochwalanie się ojcu.
- Starzy ludzie żyją starymi czasami - odpowiedział Lyssie. - Mało jaki biznes przetrwa próbę czasu, jeśli nie zacznie zachęcać klienteli nowymi możliwościami.
Nie było to tylko i wyłącznie jego zdanie. Wystarczyło minimalnie rozumieć, jak działał rynek i rozwój. Lepsi i bardziej innowacyjni wytwórcy nierzadko pożerali swoją, bardziej tradycyjną i przy tym ograniczoną w jakichś aspektach konkurencje.
- Prawie - podkreślił użyte przez samego Charliego słowo, starając się jednocześnie ignorować kutasa, którego brat wbijał mu w klatę. ...Wolał nie wiedzieć, jak to wyglądało. - Słowo klucz. Nie daj się stłamsić, Charlie. Szkoda by było - mrugnął do brata niemalże jak na zachętę. Głównie dlatego, że bardzo go ciekawiło, jak ta cała sprawa się rozwinie. Czy rodzina zdoła przełknąć tę aferę? Zaakceptować, że dość niecodzienny produkt zdobył większą popularność, niż reszta ich standardowego asortymentu?
- To nie moja wina, że twoje włosy są ciężkie w obsłudze - prychnął, zastanawiając się, czy rzeczywiście wdał się charakterem w ojca... Na pewno bardziej niż Charlie. Problem w tym, że nie do końca wiedział, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Żeby przypadkiem nie zacząć się nad tym niepotrzebnie zastanawiać, udał, że polizał wnętrze dłoni i że zamierza nią przeczesać włosy kuzynki. Nie był JUŻ aż tak obrzydliwy, okej?
- A właśnie, twoja cytrynówka. Wciąż nie mieliśmy okazji jej spróbować. Ja jestem za.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sauriel Rookwood - 01.07.2024

Stoisko Mulciberów ze świeczkami

Taaak, gdyby to było takie proste... Gdyby to było tak uroczo, niewinnie proste i tak zawsze działało: wyprowadzam się i nie ma tematu. Ale dopiero teraz tak w zasadzie zadziałało. Nie, stop, zatrzymaj się. Czas teraźniejszy? Stwierdzenie? Teraz przychodziło mu to lekko, bo już miał za nic... wszystko i wszystkich w tej rodzinie. Przynajmniej z tej całkowicie bliskiej, która wpłynęła na to, że stał na ruinie swojego życia. Fajnie tak przerzuca się całą odpowiedzialność, prawda? Miło byłoby zwolnić i spojrzeć na własne grzeszki, ale do tego również można przykleić łatkę "dorośli powinni być mądrzejsi"! Tak. Powinni. Dzieci wielu rzeczy nie rozumiały, przed wieloma trzeba było je bronić, a o inne pozwolić się sparzyć, żeby nauczyły się na swoich błędach.

- Taa... żeby to było takie proste... - Wracał do koła, w którym krążenie było... jakby to ładnie ująć - niemile widziane. Niemile widziane dla siebie samego. Nie chciał do niego wracać, tak jak nie chciał wracać do wszystkiego, co związane z tą mętną przeszłością. Powinien jej więcej opowiedzieć? Wiedziała niby tak wiele, a jednocześnie ledwo muskała taflę wody. O jego jednej z największych bolączek - Fergusie, za którym tęsknił, chociaż z perspektywy czasu może lepiej się stało? Albo właśnie gorzej, skoro ten głód krwi się uspokoił i miał pewność teraz, kiedy nauczył się z tym żyć, że nie skrzywdziłby tego ślicznego chłopaka. Wyjechał, nie było go - nie będzie. Z jego kuzynem, ślepym, w zasadzie też stracił kontakt. Te kontakty przesuwały się przez życie i umykały. A niektóre pojawiały się nagle i z dupy, bo na Beltane przypominałeś sobie, że masz best boy kumpla, kurwa ananaska swojego życia. Takie cuda właśnie działy się w tej naszej rzeczywistości.

- Umówimy się kiedyś to mi pokażesz obrazki z tych swoich mądrych książek przyrodniczych. - Tak, obrazki z książek... - A może się wybierzemy do jakiegoś muzeum? Kurwa, dawno nie byłem w żadnym mądrym miejscu. - Przechylił głowę w zastanowieniu. W takim przyrodniczym to nie był w ogóle - chociaż czy w ogóle coś takiego czarodzieje mieli? Na pewno mieli mugole... a może by chciała do... tak, wymagałoby to włamania się, bo po takich godzinach, szczególnie latem, gdzie słońce potrafiło być na niebie do 22, żadne muzeum już otwarte nie było. Ale dla chcącego nic trudnego. Chyba że miałeś włamać się do zoo w środku dnia i ukraść słonia.

- Może wróci. - Machnął ręką i wyciągnął fajkę z kieszeni skórzanej kurtki, żeby zapalić. - Ay, spoko. - Zaakceptował, kiedy zbliżali się do stoiska Mulcieberów... - Oooy, Robeeercik! Ciao bella~! - Wyszczerzył kły w uśmiechu, unosząc łapsko w geście pozdrowienia. Spojrzał na jego bliźniaka (i ewentualną resztę zbiorowiska, bo autor się do końca nie orientuje, kto jeszcze prowadzi debatę) - obaj bliźniacy mieli takie miny, że nie rozróżniłby chyba jednego od drugiego. Ciekawe, czy w szkole się zastępowali na jakichś zajęciach? - Przyszedłem was powkurwiać. - Obwieścił łaskawie. - Zajebiste kutaso-świeczki. Robercik, jestem dumny. - Uśmiechnął się szeroko, mówiąc to złośliwie, bo tak - szczególnie po tym, co mu powiedział Victoria był pewien, że to niekoniecznie ON zezwolił na sprzedaż kuriozalnych penisów. - Przedstawiam Victorię Lestrange. - Zaprezentował kobietę, prawie się zapędzając z "moją byłą narzeczoną".




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Viorica Zamfir - 01.07.2024

Stoisko z biżuterią Viorici

Rozumiała, że wciągnięcie w sytuację, której się po prostu nie znała mogła być stresująca, według niej jednak Cedric sobie nieźle radził. Wiedziała, że tak naprawdę siedzieli teraz przy najprzyjemniejszej pracy, a najgorsze, czyli posprzątanie tego wszystkiego po całym dniu, jeszcze na nich czekało, Vior jednak już czuła niezwykłe zadowolenie. Szło im świetnie, nawet jeśli Ced głównie dotrzymywał jej towarzystwa i dbał o jej nawodnienie.
Upiła trochę lemoniady, która przyjemnie ją orzeźwiła.
- Spokojnie, dasz radę na chwilę przejąć pałeczkę. Już widziałeś jak pracuję. Choć może jeszcze poszłabym kupić losy na loterię, kusi zdobyć parę fantów. Może później jeszcze będzie otwarta - stwierdziła w końcu, przeciągając się lekko. Dzień powoli dawał jej się we znaki, nadal jednak miała jeszcze sporo energii.
A potem spojrzała z uniesionymi brwiami i uśmiechem, gdy Cedric rzeczywiście zaprosił ją później na jedzenie. Bardziej żartowała niż mówiła na poważnie, zrobiło się jej więc niezwykle miło, gdy jednak Lupin postanowił zapewnić im porządny posiłek.
- Zobaczymy o której skończymy i co będzie wtedy jeszcze otwarte, ale jestem jak najbardziej za. - Poczuła chwilowe ciepło w środku. Miło byłoby znów spędzić czas z Cedriciem, tym razem bez ciągle odwiedzających ich klientów. Tym bardziej, że w głowie miała nadal ich wcześniejsze spotkanie.
Choć musiała wywrócić oczami na jego wspomnienie o zasypianiu na ławce.
- Powinnam teraz poskarżyć się wszystkim twoim znajomym na te praktyki, bo widać sama cię nie upilnuje - stwierdziła, choć na jej ustach błąkał się uśmiech. - Choć w sumie, jak już będziesz pilnować, bym dotarła do łóżka, zawsze znów mogę cię przenocować. - Niewinny wyraz twarzy wcale nie był szczery, choć postronni pewnie nawet by jej uwierzyli.
Po chwili jednak spoważniała, patrząc na kolejne knuty, galeony i czeki, które wpadały do jej kasetki.
- Wiesz, naprawdę bym chciała, tylko to nie jest do końca takie proste. Same surowce do biżuterii, którą naprawdę bym chciała robić kosztują fortunę, której tak naprawdę nie mam, nie mówiąc o kosztach ewentualnego lokalu i jego wyposażenia - mówiła. Myślała już nad tym nie raz, szukała okazji, robiła bilans zysków i strat i na razie nie było jej na to stać. Szczególnie, gdy z dnia na dzień potrafiła przegrać część swoich oszczędności w karty albo zrobić coś jeszcze głupszego. Czasami wydawało jej się, że kręci się w kółko w jakiejś dziurze, do której wpadła lata temu i z której nie potrafiła się wyczołgać. Szybko jednak otrząsnęła się z tych myśli. - Choć powoli próbuję coś dłubać nad tym. Ostatnio zaczęłam myśleć nad nowym stołem roboczym i mam już namiar na odpowiedniego stolarza, który może mi go zrobić. Muszę się tylko z nim umówić na spotkanie i zobaczymy co z tego wyjdzie. - Miała nadzieję, że to zawsze jakiś pierwszy krok. Mały, ale mógł być niezwykle znaczący.
Zaśmiała się na wytknięcie jej miękkiego serca w stosunku do kieszeni Cedrica.
- Hej, nie wydawaj mnie, bo inaczej inni też będą chcieli mieć takie przywileje. A one są nie dla byle kogo - powiedziała, nawet w to wierząc. Ostatnio czuła, że Ced stawał się jej coraz bliższy, choć jeszcze nie wiedziała, gdzie dokładnie to zmierza. Nie miała czasu się nad tym zastanowić na poważnie.
Przysłuchiwała się rozmowie Dory i Cedrica, nie mogąc powstrzymać się przed złagodzeniem wyrazu twarzy. Czuła, że oboje musieli być naprawdę dobrymi duszami. Aż czasem trochę takim zazdrościła.
- Jeśli będę potrzebować, na pewno skorzystam z propozycji wykonania jakiegoś eliksiru. Wiem co oznacza robić coś z pasją, nie ma opcji, by nie wyszło doskonale. - Mrugnęła do kobiety, po czym uniosła brwi na zaproszenie. - Jasne, skoro zapraszacie, chętnie odwiedzę Dolinę, chyba nigdy nie byłam tam, cóż, nie robiąc interesów - odpowiedziała lekko lakonicznie. - Musisz pokazać mi wtedy wszystkie najładniejsze miejsca. I Warownia? - Spojrzała pytająco na Ceda, trochę się nie orientując o czym rozmawiają.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lorien Mulciber - 01.07.2024

Mulciber Moonshine

Lorien pewnie dałaby się Robertowi zatrzymać.
Uświadomiłaby pana Notta, że wyjątkowo poważnie podchodzi do tematu, posłałaby przepraszający uśmiech mężowi. Jak ona w ogóle śmiała, prawda? Och to pewnie te całe emocje! Świat był taki przytłaczający, a ona taka mała i przerażona.
A potem wróciłaby do domu, do codzienności. Żadnych awantur, kłótni czy rozmowy. Piękna, ciągnąca się tygodniami cisza.
Skoro jednak pozwolił jej odejść jak gdyby nigdy nic, to sobie poszła.
Udowodnić całemu światu, że skoro przyszła się dobrze bawić na swoim ulubionym sabacie, to będzie się dobrze bawić. I nikt jej tego dnia nie zepsuje. Niestety… Lorien miała tą paskudną przywarę, że lubiła dopowiadać sobie wiele rzeczy. Toczyć mniejsze i większe dyskusje o rzeczach, które z reguły nie miały miejsca. Na przykład w tym momencie w jej głowie zrodziła się cała historia o próbie podważenia jej pozycji jako poważnego urzędnika. Nie po to znosiła lata katorżniczej pracy, obcowała z najgorszym sortem ludzi jacy chodzili po tym świecie, by teraz pozwolić za siebie decydować.
Problem był taki, że... Robert bezpośrednio ugodził w coś co Lorien kochała najbardziej na świecie - w Ministerstwo Magii. Jej Departament. Nieważne jak wadliwy i trzymający się na słowo honoru.
Chciał dobrej i posłusznej żony? Powinien był wcześniej się upewnić, że nie będzie sama walczyła w beznadziejnej sprawie, o coś tak cennego. Ale nie, wolał stanąć po stronie Notta i jego głupiego, złamanego nosa.
Więc ciężko było mówić o cieszeniu się z dnia.

Irytowała ją dziura w sukience. Irytowała plama krwi na materiale. I na dodatek nieprzyjemne uczucie w gardle, gdy próbowała powstrzymać narastające emocje. Czy mogła wszystko to usunąć jednym prostym zaklęciem? Oczywiście, że tak. Ale wtedy nie miałaby na co marudzić, więc... mijało się to z celem.

Nie zorientowała się nawet, kiedy dotarła do stoiska Mucliber Moonshine. Nie planowała się przy nim zatrzymywać. A jednak - instynkt matki-kwoki, który odzywał się niepytany (i ostatnio wyjątkowo zbyt często) zadziałał. Aż dziw, że jej druga forma nie była zwyczajną kaczką, bo właśnie przeliczyła swoją gromadkę. Raz, dwa, trzy. Plus Lyssa. W dodatku wszystkie całkiem zadowolone, bez pourywanych kończyn.
Zatrzymała wzrok na tej głupiej świeczce, która jak nigdy nic stała sobie pośród butelek na degustację i… zaśmiała się. Z czystej, kompletnej bezsilności. To już był kompletny szczyt wszystkiego. Już miała cokolwiek powiedzieć, ale nagle ją olśniło.
Nope.
Nie jej problem. Niech sobie z tym wielki i wszechwiedzący pan Mulciber radzi. Otarła szybko łzę ni to rozbawienia ni to niemocy, wierzchem dłoni.
- Wybieram się na stoisko Nory. - Oświadczyła.-  Jeśli któreś chce się zabrać to teraz.- Powiedziała na tyle głośno, żeby cała czwórka ją usłyszała.