![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jonathan Selwyn - 05.07.2024 Z widowni –> Południowe Stragany, stoisko Potterów – Zdecydowanie – powiedział, klepiąc Erika po plecach na zapewnienie, że za rok się odbiją. W sumie to może można byłoby gdzieś wcześniej zorganizować jakiś niewielki turniej łucznicy w ramach promowania kultury. Nie brzmiało to jak coś, do czego nie dałby rady przekonać odpowiednich osób. Po zejściu ze sceny na chwilę rozdzielił się z Shafiqiem, akurat kiedy zobaczył, jak Millie wbiegała na scenę, oczywiście odmachując jej przyjaźnie i dochodząc do wniosku, że Ministerstwo chyba mocno ograniczało koszty Brygady i jakość ich mundurów, ale nie myślał nad tym długo, bo oto los połączył ich ponownie z szefem jego marzeń. – iść z tobą do stoiska Potterów? Mój drogi nie musisz mnie nawet prosić – powiedział obdarzając Anthony'ego promiennym uśmiechem, mając nadzieję, że ten nie chciał go za bardzo zamordować za te łuki. – Powiedz mi czyżby obudził się nam dzisiaj drugi Apollo? A może jesteście po prostu z Morpheusem jednym greckim bogiem w dwóch? On odpowiada za przepowiednie, a ty strzelanie. Antyczne dwa w jednym. Gadając tak skierował swoje kroki ku stoisku Potterów, które obsługiwał nie kto inny, jak Brenna we własnej osobie. I to z zaskakująco ładną fryzurą. – Witaj Brenno, dobrze wyglądasz. Robiłaś coś z włosami? Bo, jak tak to rób to dalej. Poszukujemy czegoś dla naszego pana łowów – oznajmił wesoło z rozbawieniem zerkając na Shafiqa. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/d6691cb8e88acbcbc6041bed4d243f05/2a8ed1c59d4bcaa3-9e/s500x750/dbd88fc5cc030d2dbf7b34a8bac422cbafbaf52c.pnj[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Atreus Bulstrode - 05.07.2024 Stoisko Nory -> Mulciber Moonshine
No miała trochę racji, ale jeśli Atreus czegoś się nauczył podczas swoich dwudziestu sześciu lat życia, to żeby nie przyznawać siostrze racji. Orionowi też. No i żadnemu jasnowidzowi, tak po prawdzie. Nie chodziło o to, że ich wizje się nie spełniały, a o coś bardziej fundamentalnego. O sam fakt, żeby stać w opozycji do niby to nieuniknionej przyszłości. Przyszłość stawała się tu i teraz, ale nigdy nie była nieunikniona. Tu i teraz, jego życie chwilą, zawsze mogło zmienić to co działo się na horyzoncie, sprawiając że przmykające przed oczami rodzeństwa obrazy były tylko możliwością. - Oczywiście, że tak - rzucił, ni to rozbawiony ni to teatralnie wręcz oburzony, że jakaś jej część mogłaby myśleć, że nie zrobiłby czegoś takiego. Byłby w stanie i dla samej zachcianki i gdyby zmusiła go do tego sytuacja, jak na przykład ściganie kogoś. Z resztą, to pierwsze już mu się zdarzało, kiedy z przyjaciółmi wychodzili w wakacje na dachy kamienic, ciesząc się swoim towarzystwem i wolnym. Nawinął sobie kolejną porcję waty cukrowej na palec i wziął kolejny kęs, niekoniecznie przejmując się, że jego włosy zmieniły kolor na różowy. Uśmiechnął się mimowolnie na jej komentarz o Philipie, ale nie powiedział na to nic, zamiast tego znowu zapychając sobie na chwilę usta. Miło było widzieć, że i jego droga siostra podzielała niechęć do tego mężczyzny, ale czego się tu dziwić? Nott postanowił skrzywdzić nieodpowiednią osobę, chyba nie biorąc pod uwagę, że jego czyny moga mieć jakieś daleko idące konsekwencje. Prawdę powiedziawszy to złamanie mu nosa było zaledwie wstępem do całej zabawy, a przynajmniej na to sie zanosiło jeśli Philip chciał walczyć o swoją godność. - Tylko upadek Philipa Notta - prychnął rozbawiony, kręcąc dodatkowo głową i na potwierdzenie, odsuwając się dalej od stoiska by poprowadzić ją dalej w tłum, do kolejnych atrakcji, których jeszcze nie zdarzyło im się oglądać. Ze sceny popłynęła zapowiedź nowego widowiska i Atreus zatrzymał się w pół kroku, na moment spoglądając w tamtą stronę, gdzie pyszniła się Millie Moody w jakimś na prędce posklejanym mundurku. Przez chwilę zwyczajnie świdrował ją wzrokiem, ale w końcu odpuścił, ruszając dalej z siostrą. - O... bimber - oznajmił, znowu stając i odwracajac głowę w stronę Mulciber Moonshine. - Nie wiedziałem, że zajmują się też księżycówką. Robert miał zawał na widok świeczek, a bimber? A może to był Richard...? - rzucił, niezdecydowany który z bliźniaków jeszcze niedawno umierał na stoisku obok. - Podejdziemy? - rzucił niby to pytając, ale w sumie to już sam szedł do stoiska. - Jedną butelkę poproszę - zwrócił się do Sophie, zaraz łapiąc za przygotowaną do degustacji porcję i opróżniajac ją na raz. [roll=Emocje] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Florence Bulstrode - 05.07.2024 Mulciber Moonshine Jej wizje były możliwościami, drogami, do których mogły poprowadzić powzięte już lub rozważane wybory. Florence nigdy nie brała ich za pewnik, ale były wskazówką - i oznaką tego, że jeśli nie pomyśli o przyszłości teraz, ta może się jej nie spodobać. Była to jedna z wielu różnic pomiędzy nią a bratem. Kolejną stanowiło to, że gdy on wypatrzył stoisko z bimbrem i cytrynówką, jej wzrok uciekł do jednego z pobliskich, bardziej eleganckich straganów, gdzie sprzedawano drogie wina. Florence nie była może absolutną sztywniarą, ale już owszem, trochę sztywna bywała, i wychowana w określony sposób, w dobrym domu, ze swoim charakterem, nie była wielką wielbicielką bimbru. I wielu różnych innych rzeczy, które ludziom dawały sporo radości. Oczywiście, że nie przepadała za Nottem. Zranił Laurenta. A jeśli miał robić problemy jej bratu, to owszem, miał do tego prawo... ale ona zamierzała odwdzięczać się mu na każdym kroku. - Myślę, że to nie zawał - odparła bratu, spoglądając na plecy odchodzących razem dwóch mężczyzn. Zawał nie był drobną przypadłością, którą dało się wyleczyć w trzy minuty na jarmarku, a zlekceważony często powoli zabijał człowieka, dzień po dniu, gdy serce się poddawało i powoli to samo robiła reszta organizmu. Florence nie specjalizowała się w tej dziedzinie uzdrawiania, ale była to przypadłość na tyle częsta, że w pierwszych latach szkolenia wszyscy uczyli się podstaw rozpoznawania, postępowania i potencjalnych efektów ubocznych. - Widzę, że dopiero teraz odchodzi, całkiem sprawnie... albo stoi dalej przy stoisku... i to bez medyka. Albo tylko poniosły go nerwy i to były objawy stresowe, albo udawał. Stawiałaby raczej na to pierwsze, bo czy chciałby zwracać na siebie uwagę takim teatrzykiem? - Jest coś ironicznego w tym, że pracę z mugolakiem uważali za poniżej swojej godności, a porzucili Departament Tajemnic na rzecz świeczek w kształcie przyrodzenia oraz podłych trunków - powiedziała z pewnym zamyśleniem, zanim jeszcze podeszli i nim Sophie mogła ich usłyszeć. Sama Florence uważała wtedy, ze Leach to zły wybór. Był bez wątpienia człowiekiem wielu talentów, ale budujących antagonizmy, i dla świata czarodziejów najlepszym Ministrem w jej opinii byłby ktoś półkrwi. Ktoś kto doskonale znal ich świat, nie stał pomiędzy dwoma, ale kto nie służyłby tylko interesom czystej krwi. Teraz uważała, że może był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Leach został zniszczony, ale tuż przed nadejściem Voldemorta w Ministerstwie zaszły zmiany. Na lepsze, oczywiście, tak uważała choćby dlatego, że to jej wuj zawiadował Departamentem Tajemnic, a Florence nigdy nie była obiektywna, gdy szło o rodziny. - Możemy podejść potem to Chateau des Dragons - mruknęła jeszcze do Atreusa, gdy sięgał po próbkę. Kiwnęła głową Sophie i przyglądała się jej przez moment - może szukając rodzinnego podobieństwa? - nie odezwała się jednak, choć w duchu skręciła się odrobinę na myśl, że dziecko jej ciotki, nawet jeśli z tą jedną ciotką nigdy nie była blisko, sprzedawało na sabacie alkohole. Atreusa pewnie to bawiło. Ją niezbyt. A potem przesunęła wzrokiem po wystawionych butelkach, ale w stylu Florence były raczej dobre wina niż bimber, dlatego sama nie zdecydowała się na kupno. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 05.07.2024 Stoisko Potterów, wciskam perfumy Jonathanowi i Anthony’emu – Ach, pan Selwyn, dokładnie pana chciałam tutaj zobaczyć – zawołała Brenna wesoło, gdy Peppa odeszła, a jej miejsce zajęli Jonathan i Anthony. Oczywiście, nigdy nie nazywała Selwyna panem, ale teraz wczuwała się w rolę z dużym zaangażowaniem. Trochę żartobliwie, trochę bo Brenna rzadko robiła coś połowicznie, jeśli się tego podejmowała, a obiecała zająć się jakiś czas stoiskiem, trochę, bo zamierzała pokazać matce, że sprzeda te cholerne perfumy, i wcale nie z powodu fryzury. I los się do niej uśmiechnął, zsyłając idealnych klientów. – Obawiam się, że zostałam schwytana przez moją matkę, która uznała za ujmę na honorze rodziny Potterów, jeśli sprzedawałabym sygnowane ich logiem produkty z nieodpowiednio ułożonymi włosami. Wylała też na mnie butelkę perfum o zapachu drzewa migdałowego i bzu. Panie Shafiq, miło pana widzieć. Oczywiście, że znajdziemy coś absolutnie idealnego – zapewniła, zostawiając przy wejściu asystenta matki, a sama od razu prowadząc obu mężczyzn do ustawionych w głębi zdobionych skrzyneczek z próbkami tych najdroższych perfum. Odgrywała teraz Profesjonalną Sprzedawczynię, która wyczuła krew. Znaczy się klientów z pieniędzmi. Brenna umiała gadać, i może i nie była najbardziej charyzmatyczną istotą na świecie, ale dostosowywanie się do okoliczności miała opanowane do perfekcji. I zamierzała się przy okazji tej całej sprzedaży dobrze bawić. Szczerość wszystko ułatwiała. To że Jonathan ją lubił też, wobec obcych może nie byłaby aż tak bezczelna. – Mamy tutaj próbki z dwóch ekskluzywnych linii kosmetyków, jedna zawierająca odrobinę magii w fiolkach, druga z najlepszymi kompozycjami zapachowymi. Dla pana Shafiqa na początek polecam wodę toaletową, Cedrowy sen. Ma długo utrzymujący się, ale niezbyt mocny zapach, idealny dla eleganckiego mężczyzny, szukający stonowanych nut zapachowych. Podstawowe, najlepiej wyczuwalne wonie to czarna herbata i cedr, uzupełnione odrobiną drzewnych tonów oraz przełamującej je skórką cytrynową. Jeżeli wolałby pan coś mocniejszego, doskonała propozycja to perfumy Zieleń Potterów dla mężczyzn, nasza klasyka, ale w odświeżonym wydaniu. Intensywny, drzewny, bardzo świeży zapach, zawierający akordy sandałowca z Nowej Kaledonii, zmieszane z nieco ziołowymi nutami – wyrzuciła z siebie, wyciągając próbki i błyskawicznie spryskując białe kawałki sztywnego papieru, aby podsunąć je Anthony’emu. A potem uśmiechnęła się do Jonathana, uśmiechem rekina na chwilę przed atakiem. – Panie Selwyn, pan na pewno nie jest zainteresowany? Może coś na prezent? Mam tutaj nową recepturę mojej matki, idealną dla zdecydowanej kobiety. Na pewno znajdziemy też coś dla pana, może na przykład Silniejszy dla ciebie, orientalny zapach, idealny dla energicznych, pewnych siebie mężczyzn, którzy lubią nieprzewidywalne kompozycje… to mieszanka różnych zapachów… - …z których połowy Brenna nie pamiętała, i teraz sięgając po próbkę zerknęła, niby to po to, by ją wyciągnąć, a w istocie, by spojrzeć na etykietę i sobie je przypomnieć. Przy swoich poleceniach bardziej niż na głębokiej wiedzy o perfumach i składnikach bazowała na tym, co matka opowiadała o produktach, tym, które z nich wybierała sama na prezenty, co najbardziej lubili krewni i własnych spostrzeżeniach na temat charakterów obu mężczyzn. – Królują kardamon, różowy pieprz i mięta, poza tym mamy tutaj też w podstawie cedr, ambrę i kasztanowiec, a wszystko wzbogacone odrobiną szałwii jako nutą serca. A może mam przedstawić te bardziej czarodziejskie produkty z linii Piękno to Magia? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Olivia Quirke - 05.07.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/cc/66/9b/cc669b9bf216f479116997ad2ed22acb.jpg[/inny avek] Olivia wraca do stoiska Magiczne Różności, zahacza o strefę gastronomiczną i kupuje coś do jedzenia
Olivia zakręciła kołem, odebrała fanty. Obejrzała je uważnie, marszcząc nosek, ale widziała, że kolejka była naprawdę duża, więc postanowiła się przesunąć, a potem schować wszystko do płóciennej torby. Wróciła do swojego i Tristana stoiska. Odrobinę się przerzedziło, więc mieli czas, by odetchnąć. Po drodze kupiła dwie kanapki, które wyglądały dość apetycznie i nie wyglądały na takie, które miałyby jakiś magiczny efekt typu zmiana koloru włosów. - Przyniosłam ci coś do jedzenia - wyciągnęła rękę w stronę Tristana, by podać mu kanapkę. Ona na chwilę się oddaliła, a jemu zostawiła ten cały bałagan na głowie, więc chociaż to mogła zrobić. Uśmiechnęła się do chłopaka i odpakowała swoje jedzenie. - Przerzedza się, co? Większość poszła pod scenę, więc możemy chwilę odetchnąć. Dużo było osób, jak kręciłam kołem? Swoją drogą wylosowałam jakiś eliksir i śmieszne buty, ale pokażę ci je później, okej? Wgryzła się w chleb, uprzednio zdejmując torbę. Schowała ją za stolikiem, tak żeby nie przeszkadzała im gdyby nagle ktoś postanowił tu podejść, a oni musieliby wstać i znowu zacząć się krzątać. - Nie wyglądało też na to, żeby to zamieszanie o którym mówiła Brenna dalej trwało. Ciekawa jestem o co chodziło. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Mabel Figg - 05.07.2024 Pod sceną Po skończonym pokazie, w którym największą gwiazdą była oczywisćie jej własna mama, Mabel dała się zaprowadzić wujkowi pod loterię, a następnie skierowali się z powrotem stoiska Figgów. Zanim jednak to zrobili, Mabel zauważyła, że na scenie pojawili się ludzie z łukami, więc gwałtownie szarpnęła wujka za rękę i zawróciła ich w stronę scenę. – Poczekaj, możemy jeszcze to zobaczyć? – poprosiła nie za bardzo przyjmując nie jako odpowiedź. – Patrz to wujek Erik! Zobaczysz wszystkich pokona! Niestety wujek Erik nie popisał się, aż tak bardzo, jak na to liczyła, co Karl skomentował cierpkim stwierdzeniem, że czasem mięśnie i wzrost dodawały za dużo wiary w swoje umiejętności. Mabel jedynie wzruszyła ramionami, wciąż uważając, że jej chrzestnemu nie poszło tak źle, jakby mogło i ogólnie była i tak z niego dumna, że wyszedł na scenę. A potem czarodziej, który zwyciężył zrobił coś absolutnie wspaniałego to znaczy, wręczył jej ten balonik w kształcie dzika. ‐ Dziękuję! – powiedziała z uśmiechem na twarzy wpatrując się w swoją zdobycz i już chciała pokazać chrzestnemu, co dostała od nieznajomego czarodzieja, z którym przegrał, ale ten odszedł na tyle, że nie chciała na razie mu przeszkadzać. – I miłej zabawy! Zapraszamy do stoiska Figgów – dodała jeszcze, a potem dała się zaprowadzić wujkowi, gdzie tylko chciał już iść. Jedynie Karl zatrzymał na dłużej spojrzenie na czarodzieju, a potem ruszył za swoją przyjaciółką. – Dlaczego my nigdy nie strzelaliśmy z łukow? – spytała, gdy na scenę wchodziła już kolejną osoba. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cameron Lupin - 05.07.2024 Południowe stragany - Strefa gastronomiczna (stoisko Nory -> Magiczne różności)
Próbuję przywitać się z Neilem, a potem uciekam z Heather do innego stoiska, kwicząc przy tym głośno, jak najprawdziwsza świnia. Samym cielęcym spojrzeniem nic nie zdziałasz, pomyślał, gdy zobaczył panikę w oczach swojej wybranki losu. Co miał niby zrobić, żeby ulżyć jej w tym małym cierpieniu? Na pewno nie pokusiłby się o majstrowanie przy magii rozpraszającej w tym tłumie. Nawet gdyby wycelował prosto w Heather, to kto wie, jak zareagowałyby tutejsze zaklęcia narzucone przez właścicieli stoisk czy organizatorów festynu? Jeszcze rozproszyłby coś, czego nie powinien i reszta obchodów byłaby do kitu. Na dobrą sprawę nie miał za bardzo innego wyboru, jak tylko pójść w ślady dziewczyny i dołączyć do niej w niedoli. Poza tym... Te lody pewnie nie działają jakoś wybitnie długo, prawda? Gdyby było inaczej, to gdzieś tutaj byłoby jakieś ostrzeżenie, wiadomość, aby w razie problemów, jak najszybciej skonsultować się z magimedykiem lub najbliższym farmaceutą. Po kręgosłupie Lupina przeszedł dreszcz, gdy wyobraził sobie, że oboje trafiliby na tyły apteki jego rodziców. Niby tacy poważni ludzie, a teraz rżeli jak głodne świnie. Zatrzymał się i stanął obok Rudej, gdy na ich drodze niespodziewanie pojawił się Neil. Chłopak zerknął kontrolnie na swą towarzyszkę, zastanawiając się, czy to też był jakiś jej znajomy z Brygady Uderzeniowej. Protegowany Brenny Longbottom? Albo jakieś innego brygadzisty lub aurora? Już miał się odezwać, jednak wtedy Heather chrumknęła mu tuż nad uchem, a Lupin w odpowiedzi... Parsknął głośnym śmiechem, który w mig przerodził się w autentyczne świńskie rżenie podkręcone do maksimum lodami od Nory Figg. — Oink! Oink! Oink! Kolejne chrumknięcia wydobywały się z jego gardła, mieszając się ze sobą nawzajem, być może zwracając w ten sposób na nich uwagę ludzi przebywających dookoła. Młody czarodziej pokrył się rumieńcem i zasłonił dłońmi usta, pozwalając Heather pociągnąć się dalej. Cameron zdążył jedynie w przerwie między kolejnymi chrumknięciami machnąć pozdrawiającą ręką w stronę Neila, zanim para nie zniknęła pośród innych gości kiermaszu. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Millie Moody - 05.07.2024 pod sceną - ostatnie przygotowania do występu, od *** na scenie, gadam i wyławiam z tłumu pierwszą ofiarę
Zajebiście... las kurwa rąk... – pomyślała widząc turbo entuzjastyczną reakcję publiczności. To na pewno była kara za coś, nie mogła tylko sobie przypomnieć za co. Nie ważne. Palcami podrapała się oburącz po głowie, zaciskając zęby. Była ostatnią osobą, która powinna to robić. Promowanie Brygady Uderzeniowej, gdzie jest kurwa Erik gdy go potrzeba? Ha, kurwa chujek stał pod sceną, pewnie wziął sobie wolne. Ona w sumie też miała wolne, ale domyśliła się, że po rozpierdolu Beltane ostatnią rzeczą o której ktoś pamiętał było wspomnienie organizatorom, że panna co ma to prowadzić kurwa prawie umarła, wylądowała w wariatkowie i w sumie dobrze, że ten stary dziad (byli rówieśnikami prawda?) Black ją wypuścił. Dzisiaj ran. Z tegoż wariatkowa. Trzeba było działać szybko, miała już wykurwiście piękna szarą pelerynę, która po wewnętrznej stronie połyskiwała czernią obryzganą tęczowymi plamami (to był jej pomysł? Nie przypominała sobie, ale efekt jej się podobał). Teraz jeszcze... Trzeba było pokazać nogi. Och tak, tryb słodkiej dziewczynki to ją uratuje! Zawsze ratowało, ponieważ od lat w ten sposób radziła sobie w szkole i później z przełożonymi. Słodka kretynka, której nie da się nie lubić. Może i nie umiała za dużo ale kłamaniem zajmowała się przez całe życie. Udawanie, że wszystko jest w porządku. Że wcale nie nadaje się na oddział zamknięty w Lecznicy Zjebanych Dusz. – Ej Ty! Jebnij mi zamiast tych spodni spódniczuszkę taką szarą do kolan rozkloszowaną! – Rzuciła do jakiegoś gostka z obsługi, bo sama była absolutną dętką w transmutację. Zgodnie z prośbą dostała rozkloszowaną kieckę. Tenisówki i białe skarpetki dopełniały dziewczęcego looku i jeszcze ta piękna lśniąca pelerynka. Można było z tego coś już ulepić. Ach i tak i jeszcze uśmiech. Ściągnęła do tyłu barki wypychając swoją ujemną w numeracji miseczkę stanika do przodu. Twarz aż bolała ją od szerokości tego uśmiechu. Różdżką dotknęła gardła i... ***
– Serdecznie witam w imieniu Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów! – Jej głos brzmiał słodko jak wata cukrowa, która wciąż oblepiała wnętrze jej twarzy, zdobiła kąciki ust i trochę oblepiała powracające do normalności czerni włosy. Wkroczyła na scenę w podskokach, a stanąwszy na jej środku ukłoniła się głęboko zamiatając swoją peleryną deski, jakby była iluzjonistką. Dobry trop. – Nazywam się Mildred Moody i jestem funkcjonariuszką Brygady Uderzeniowej. Te piękne gwizdki czekają tu na odważnych i głodnych wiedzy samoobrony wykraczającej poza znane i oklepane techniki magiczne! – zupełnie jakby stary dobry wpierdol był jakąś zakazaną wiedzą, no ale musiała jakoś to sprzedać... Popisuj się tym w czym jesteś dobra pomyślała, nie tracąc tempa wypowiedzi, więc różdżka wywinęła zawijasa w dłoni, podrywając z uścisku prowadzącego trzy czerwone pomponiki. Te zawirowały nad jej głową, dźwigając i prezentując lśniące gwizdki z ostrym szpikulcem mogącym z powodzeniem wykłuć oko, wbić się w bark, przebić na wylot dłoń idealnym do dorabiania dziurki w pasku. Pokrążyły nad nią i wkoło niej, aż zagarnęła je do lśniącej peleryny okręcajac się wokół własnej osi. – Ale zanim zaproszę ochotników na scenę, czeka nas mały pokaz. Gdzieś jednak zagubił się mój nikczemny przeciwnik pragnący okraść mnie z różdżki... – Każdy iluzjonista potrzebuje pięknej asystentki. Dobra dupa rozprasza uwagę, wzrokiem przeskanowała więc okolicę za kimś kto wywołałby odpowiedni efekt, zakazana ale przyciągająca wzrok morda. No i z oczywistych względów to musiał być ktoś znajomy, kto znał jej sytuacje, bo kto kurwa by odmówił dziewczynie co przed chwilą była w śpiączce?! Miała jeszcze chociaż kilka tygodni by rozgrywać tę kartę. Złociste oczy zatrzymały się szybko na lokowanej głowie, a różdżka wzbiła się ponownie w niebo. Nie miała planu, rzeczy następowały jedna po drugiej. Każdy pomysł, który pojawiał się w głowie był dobry bo był. Część kolorowych serpentyn została więc porwana translokacją i jak komety pogalopowały nad osobę Morpheusa Longbottoma by opaść mu na głowę i barki. – Powitajmy gromkimi oklaskami naszego złoczyńcę! Zapraszam szybciutko na scenę, nie będę czekać na próbę rozboju cały dzień! – rzuciła, nieprzerwanie uśmiechając się i podskakując podczas klaskania, by zachęcić swoją ofiarę swojego spontanicznego partnera w występie. Spokojnie mogła uchodzić za stażystkę zaraz po przyjęciu do pracy. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 06.07.2024 Południowe stragany
Flynn uśmiechnął się do niego, biorąc wypowiedź Laurenta za przedłużenie swojego dowcipu. Tak naprawdę nie rozbawiło go to wcale, normalnie zareagowałby wymownym milczeniem, ale jemu akurat chciał sprawić przyjemność, nawet jeżeli uderzył tym żartem w człowieka, który bardzo lubił liczyć i znał się na świecie tak dogłębnie, że niewątpliwie zawstydziłby lubującego podróżach Laurenta. Gdyby tylko nie pisał jak kura pazurem, pewnie byłby o wiele lepszą księgową New Forest niż jego obecna pracownica. Już teraz wtykał nos w nie swoje sprawy (czyli dokumenty cyrku zalegające na biurku Alexandra). Jedyny problem był taki, że on by taką księgową za żadne skarby nie chciał być. - Tak, jest jubilerką. - Ona. Viorica. Nie spodziewał się, że będzie tutaj takich straganów więcej. - Ładna, kręcone, ciemne włosy. - Pewnie byście się polubili. Oboje lubili świecidełka i flirtowanie z typami, od których Crowowi zbierało się na wymioty. Nie miał pojęcia, jak mogło wyglądać i nazywać się jej stoisko, więc idąc do przodu, rozglądał się wokół dosyć niepewnie. - Nie zamierzam porzucać Fantasmagorii, jeżeli o to ci chodzi. - Nie, nie lubił tego trybu życia. Kochał tańczyć, nie cierpiał występować na scenie. Lubił tworzyć, ale nie uzewnętrzniać się przed tłumem ludzi. W takich chwilach coraz mocniej rozumiał ludzi, którzy wychodzili z domu tylko po to, żeby zaszyć się w pubie w jakiejś piwnicy... Ale nigdy by tego Laurentowi nie powiedział. Bo Fantasmagoria to oczko w głowie Alexandra. Tak, kłócili się. Tak, wyrzucił go z wozu i od kilku dni spał u Fiery. Tak, dostał od niego pięścią w twarz i sam już nie mógł wytrzymać tego napięcia, odliczał dni do końca... Nie znaczyło to jednak, że przestał go kochać i zechce opowiedzieć Prewettowi o czymkolwiek co go głębiej dotyczyło. Gdyby przyznał się do występowania na scenie po to, żeby spełnić marzenie swojego ukochanego, pewnie w pierwszej chwili wywołałoby to krótkie awww, bo to było słodkie. Dopóki człowiek nie zauważył, że Flynna to zabijało. Zdarł sobie skórki wokół paznokci do krwi. Zwymiotował do kubła. Chwytał się czegokolwiek, jakiejkolwiek szalonej myśli, żeby tylko traktować tych ludzi jako bliskich, a nie kolejnych nieznajomych, których próbował ratować chuj wie czemu. Pokręcił głową i zmarszczył brwi. - Laurent... dlaczego w ogóle zakładałeś, że nie traktuję tego poważnie? Pokazałem ci nawet swoje szkice. - Bardzo sprawnie odgonił to od siebie, ignorując zadane pytanie, nawiązując jedynie do dalszej części wypowiedzi. - Nigdy nie chciałem za to pieniędzy. - To Bellowie byli biedni, nie on. I nawet gdyby coś dostał, rozdałby to. Nie mógłby dać im tych pieniędzy. Poza tym Alexander nigdy by ich nie przyjął, gdyby wiedział, od kogo Flynn je ma. Nagle zatrzymał się, zadzierając głowę i z zaciekawieniem lustrując występ na scenie. Trochę słabo widział zza tłumu ludzi, w dodatku wszystko mu się zlewało... ale kurwa mać, to nie była ta cizia z jego przeszłości? Ona też była policjantką? Zmrużył oczy, próbując dostrzec cokolwiek, ale poddał się dosyć szybko i wrócił do poszukiwań Viorici. Mildred Moody, funkcjonariuszka Brygady Uderzeniowej... Dwa lata BUMu, później robisz kurs... Moody to była rodzina Aurorów... Jego myśli mimowolnie pognały w kierunku Caina i posmętniał nieco, bo nie widział go od dawna i denerwowało go to coraz mocniej. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Dora Crawford - 06.07.2024 stoisko Viorici -> stoisko Nory
Zarumieniła się trochę na te całe komplementy, ale jednocześnie wciąż uśmiechała się wesoło, nie tracąc zbytnio rezonu. Była skromna, ale nie na tyle by spuszczać w zmieszany sposób wzrok, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że faktycznie można było ją uważać za dobrą w tym co robiła. Viorica z resztą robiła to samo, kiedy ona jeszcze chwilę temu zachwycała się jej dziełami. - Oh Warownia? Warownia to posiadłość Longbottomów. Mieszkam tam - nawinęła na palec kosmyk włosów, bawiąc się nimi przez moment. - Wszyscy nasi znajomi często tam wpadają. Cedric na przykład bywa. I jego brat, Cameron. Poznałaś go już? I jego dziewczyna też - uśmiechnęła się do Zamfir ciepło. - Mamy w Dolinie tak urocze wrzosowiska i są takie fajne ruiny. Bardzo, baaaaardzo stare. - spakowała swoje zamówienie do torby, oczywiście płacąc za nie, jak Matka przykazała. - No, więc jak tylko będziesz miała odrobinę czasu to musisz dać mi koniecznie znać. Ale teraz nie będę już wam przeszkadzać. Ooo, ale wiecie co? Jeśli nie macie nic przeciwko to chętnie wam pomogę potem pozbierać stoisko wieczorem, to się szybciej zbierzecie i będziecie mogli odpocząć? Co ty na to? No, a teraz papa, do zobaczenia! Wyrzuciła z siebie resztę słów z prędkością karabinu, czego chyba nauczyła się od Brenny i przez nadmierne przybywanie z nią, a potem pomachała im jeszcze wesoło i pobiegła dalej, do kolejnych stoisk. Na cel wzięła to należące do Nory i oferujące słodkości, bo w sumie miała ochotę na coś dobrego. Po krótkich oględzinach kolejnych łakoci zdecydowała się na kupno waty cukrowej. [roll=1d10] |