Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Olivia Quirke - 10.07.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/cc/66/9b/cc669b9bf216f479116997ad2ed22acb.jpg[/inny avek]
Magiczne Różności

Olivia wgryzła się w kanapkę, czytając odpowiedź Tristana. Wcześniejsze podziękowania oczywiście zrozumiała - znali się już na tyle, że proste gesty były dla rudowłosej całkiem naturalne. Machnęła ręką, dając mu znak, że to nic takiego. Nawet gdy nie byli ze sobą, to starała się o niego dbać: wiedziała, jak bardzo się stresował otworzeniem tego straganu i jak ciężko pracował, więc chociaż tyle mogła zrobić.
- Najwyżej potem poślę jej sowę i zapytam, chociaż obstawiam, że ktoś po prostu się z kimś pokłócił. Wiesz jak jest - niby jest w porządku, niby mamy się bawić i świętować, ale niektórych ponoszą emocje, może ktoś komuś na nogę nadepnął czy coś i o, popchnął go, wpadł na kogoś i draka gotowa - zwłaszcza że tutaj niedaleko sprzedawali alkohol, a wiadomo było, że połączenie alkoholu i gorących głów to zawsze był kiepski pomysł. Odgryzła kolejny kęs kanapki, gdy pojawił się Leon. Powinna była przerwać i wstać, ale to był Leon - przyjaciel, nie klient, przed którym mieliby skakać jak małpki, więc zakryła tylko usta, by przełknąć do końca jedzenie. Czy Leona zdziwił ten widok? W sumie nie powinien, znał ją - Olivia bez jedzenia to jak kubek bez uszka.
- Jak miło z twojej strony! - uśmiechnęła się szeroko i dopiero teraz postanowiła odłożyć kanapkę. Wcześniej jednak dobrze ją opakowała, tak żeby w razie czego nic z niej nie uciekło. Nie to, żeby były tam żywe składniki, ale kto wie, koty tu latały, a ona bywała niezdarna, więc jedzenie zawsze mogło wylądować na ziemi. Sięgnęła po kubeczek z alkoholem i wzięła mały łyk. - Całkiem dobre, mówiłeś że jak się nazywa ta winnica?
Olivia nie była koneserką, była raczej amatorką alkoholi, chociaż trzeba było przyznać, że ostatnio się z tym uspokoiła. Kiedyś znacznie częściej wychodziła chociażby do Kotła, zdarzało się że kilka razy w tygodniu - teraz raz w miesiącu to było święto.
- Dla mnie? - zamrugała, a potem łypnęła na Leona podejrzliwie. Czemu nie pokazał jej od razu? Odłożyła kubeczek i już otwierała usta, by dodać coś jeszcze, gdy przy stoisku pojawiła się Florence. Wstała więc od razu. - Są, oczywiście, już pakuję.
Uśmiechnęła się do kobiety i sięgnęła po torebkę oraz papier. Spojrzała jeszcze pytająco w jej stronę, bo Atreus przecież powiedział, żeby wzięła więcej. Zapakowała tyle, ile Florence powie, żeby zapakować. Torebka była zwykła, papierowa, ale łatwiej będzie kobiecie przenieść eliksiry. Te z kolei Olivia starannie owijała papierem, każdą fiolkę, żeby przypadkiem się nie potłukły. Mogłaby co prawda rzucić na nie jakieś zaklęcie, ale nie miała pojęcia czy Florence chciała iść do domu, czy dopiero przyszła, a zaklęcia miały to do siebie, że były nietrwałe. Miała szczęście, że akurat tych dwóch zrobiła zapas - coś przeczuwała, że czarodzieje miewali problem nie tylko z uspokojeniem się, ale również z bezsennością. Tak po prawdzie to znała mało osób, które nie zmagały się z tą przypadłością.
- Proszę bardzo, są zabezpieczone, nie potłuką się - powiedziała, wręczając Florence pakunek, do którego dorzuciła wizytówki: swoją i Tristana. Jak tak dalej pójdzie, to faktycznie większość eliksirów wyjdzie. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej... Kurczę, nie spodziewała się, że będą tak schodzić.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Millie Moody - 10.07.2024

Na scenie
Obsypuje Morpheusa brokatem, potem go okładam, a na końcu zapraszam na konkurs, gdzie są fanty za uczestnictwo i nagroda specjalna dla zwycięscy

Odkryj wiadomość pozafabularną
Post pisany za zgodą, błogosławieństwem i zaglądaniem mi przez ramię w celach bieżącej weryfikacji gracza prowadzącego Morpheusa Longbottoma.

– A więc proszę! Oto straszliwy Maleficentus, który pragnie ukraść moją różdżkę! Spotkany w ciemnym zaułku, sięga do swojej kieszeni... co wtedy najlepiej zrobić? Cóż uczynić? Kochani stary, dobry expeliarmus i nogi za pas, a najlepiej translokować się w bezpieczne miejsce.– Stali po przeciwnych stronach na scenie, a bez względu na to czy Morpheus wykazywał chęci wspólpracy czy nie, uniosła różdżkę i... fura czerwonego brokatu poleciała wprost na jego twarz i włosy, oblepiając tak skórę jak i  czarną szatę. Niewymowny został wyekspeliarmusowany w sposób bardzo niedosłowny, bo żadna różdżka mu z rąk nie wypadła. Zaraz potem Millie przeskoczyła na dach jednego z najbliższych daszków straganowych dla odwrócenia od tego faktu uwagi.

– No dobrze, dobrze. Wiem, że nie jest to szczyt bezpiecznego miejsca, ale szczęśliwie znaleźliśmy się z dala od dybiącego na naszą różdżkę Maleficentusa – śmiała się machając swoją własną różdżką nad głową i teleportując się na powrót na scenę.

– Ale ale, przejdźmy do pokazu i wytężcie proszę oczy, bo zaraz trzech śmiałków testować będzie swoją pamięć i koordynację. Czasem złoczyńcy próbują zajść nas od tyłu i wtedy zaklęcia nie pomogą, potrzeba starego dobrego... mm...wpierdolu, szlag tego nie mogę powiedzieć... na moment się zawiesiła, a potem wybrnęła:– uderzenia! Ha! Potrzeba uderzenia w dobre miejsce, a najlepiej w kilka miejsc. Panie Maleficentusie, czy mógłby pan stanąć za mną i mnie zaatakować, chciałabym zademonstrować. – Uśmiechała się szeroko do nieszczęsnego Longbottoma. Czy była jego dłużniczką? Powiedzmy, że była bardzo miła i nie ściągnęła przebywającego bardzo niedaleko kolegi z pracy na scenę. Przecież Erik byłby oprychem idealnym! A więc... Skoro go nie wybrała, to on był dłużnikiem wuja i krąg życia sam z siebie się domykał. Erik był dłużny Morpheusowi. Kropka.

Morpheusowi, który teraz jakoś tak nie nadchodził, gdy stała z przodu sceny, czekając aż złapie ją od tyłu. Jego mina była bardzo niepewna. To przez ten brokat?

– Ojej... Mały Meliszek się boi... Hej, przecież jestem tylko drobną dziewczynką, co mogę Ci zrobić? Poproszę wszystkich o oklaski zachęcające dla Meliszka! – klakierowała mu, nie myśląc o tym, że może to zawstydzić w jakikolwiek sposób starszego mężczyznę. On przecież był niezawstydzawalny.

W końcu Morpheus się zebrał i podszedł, aby "niby" ją poddusić w objęciu dookoła głowy. Milldred odwinęła się i z łokcia przywaliła mu w splot słoneczny, potem piętą w śródstopie, dla niepoznaki drugim łokciem w nos i na zakończenie pięścią prosto między nogi. Czarodziej zwinął się jak mimoza pod wpływem podmuchu wiatru, a dziewczyna poklepała go z udawanym współczuciem po wygiętych plecach.

– A TERAZ KONKURS! Zapraszam trzech śmiałków na scenę, aby zmierzyć się z Maleficentusem! Kto najlepiej odtworzy sekwencję czterech ciosów zgodnie z okiem moim i mojego dzielnego asystenta, dostanie bonus do pięknego gwizdka wzywającego pomoc w najczarniejszej godzinie! – Słaniający się Morpheus zaczął kasłać i coś mówić niezrozumiałego pod nosem do pochylającej się do niego Millie, po czym dobył różdżkę i na scenie pojawiły się trzy manekiny. Moody po tej krótkiej konsultacji ryknęła znów wzmacnianym czarem głosem. – ... w sensie w trzech braci bliźniaków pana Maleficentusa! Jacy podobni! Na szczęście na pewno nie oddadzą. Zapraszam chętnych!

Manekiny czekały w rzędzie - Szpicbródka, Zawijany Wąs i Łysol Któremu Bary Trochę Rozepchało. Wszyscy z czarnymi guzikowymi oczami i nastroszonymi gniewnie czarnymi brwiami.

ZASADY KONKURSU

Pierwsze trzy osoby, które będą chciały wejść na scenę od razu opisują swoje wejście i atak na wybranego manekina. Liczą się dwa rzuty na końcu posta:

Percepcja (na ile udało się dobrze zaobserwować ruchy Millie)


Aktywność Fizyczna (na ile wyprowadzone ciosy były płynne i skuteczne)



Efekty ataków opisze w swoim podsumowaniu.

Każdy uczestnik posiadający los na loterię dostanie fancy gwizdek (atest mg!), a dla zwycięzcy przewidziana jest nagroda niespodzianka Serduszko



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Viorica Zamfir - 10.07.2024

Stoisko z biżuterią Viorici

Viorica mogła wydawać się odważna, patrząc jak z uśmiechem, pewnym krokiem przemierzała świat, wiele z tego jednak było tylko grą pozorów. Owszem, przez lata nauczyła się głośno wyrażać swoje zdanie i nie bać się ryzyka, to jednak nie oznaczało, że niczego się nie bała. Tak naprawdę miała ogromną ilość obaw, czy to o przyszłość, czy to goniącą ją przeszłość. I choć powoli myślała, że jakoś tą drugą w końcu pozostawi za sobą, tak ta ostatnio ciągle postanawiała do niej wracać.
Choć nie tylko w negatywnym znaczeniu. Bo o ile wiadomość o powrocie Dante do żywych wcale nie napawała jej radością, nawet jeśli sama chyba jeszcze do końca w to nie dowierzała, tak spotkało ją kilka całkiem miłych spotkań z dawnymi czasami.
Na początku czerwca w końcu dostała bardzo ciekawe zadanie, udało jej się spotkać Samuela, Crowa no i Cedrica. I choć w tym ostatnim wypadku nie spodziewała się niczego większego, tak z jakiegoś powodu jakoś nie potrafiła się od niego odczepić.
Z każdym spotkaniem coraz bardziej czuła, że lubi jego towarzystwo. Chciała go coraz lepiej poznawać, może trochę mu podokuczać i ciągle musiała się powstrzymywać przed wpłaceniem dłoni w jego jasne włosy.
Do tego widziała to, jak na nią patrzył.
Znała te spojrzenie, wiedziała jednak, że się wahał. Tak samo jak ona, niepewna, czy naprawdę miała jakąkolwiek szansę pociągnąć tą całą sytuację jakoś dalej. I czy nie byłaby jedynie zwykłym rozczarowaniem, gdzie na tych przyjacielskich warunkach, może po prostu sprawdziłby się lepiej? Nie była niczego pewna.
Ucieszyła się, gdy Cedric w końcu dał się przekonać, by mogła go zostawić na chwilę samego. Naprawdę zależało jej na spróbowaniu swoich sił w loterii i już wiedziała, że nie skończy na jednym losie, jak zwykle przy podobnych rozgrywkach. Czuła jednak, że tym razem naprawdę może być warto, skoro sporo osób podobno coś wygrało.
- Pójdę jak zrobi się jeszcze trochę luźniej, obiecuje załatwić to szybko i jak najszybciej wrócić na swoje miejsce. - Mrugnęła do niego, widocznie naładowana nową energią.
Którą wykorzystała dalej w ich rozmowie. Uniosła lekko brwi na jego słowa w sekundę wyłapując dwuznaczność, której zapewne Cedric nie planował. A ona nie miała zamiaru stracić okazję, by znów zobaczyć jego speszoną minę, którą coraz bardziej lubiła.
- Bardziej brzmi jak całkiem przyjemna obietnica niż groźba - wytknęła, posyłając lekko drapieżny uśmiech oraz spojrzenie, które nie porzucało złudzeń wobec tego, o czym pomyślała. Bo tak naprawdę nie miałaby nic przeciwko takiemu rozwojowi spraw, mimo całej niepewności co do tego, co mogłoby się stać dalej.
Choć podejrzewała, że ich wspólny wyjazd i tak miał o tym zadecydować. Bała się go trochę, a jednocześnie wyczekiwała.
Słuchała o Warowni i Dolinie i rzeczywiście, wydawały się być naprawdę miłym miejscem, choć nie była pewna, czy do nich sama pasowała. Nie mogła jednak odmówić aż dwójce namawiających jej osób, toteż jedynie uśmiechała się na ich słowa.
- Tak, udało mi się ich poznać, tak naprawdę przed chwilą, gdy dotarli do naszego stoiska - przyznała, słysząc o Cameronie i Heather. Zaczynała rozumieć, że wspomniana Warownia musiała być chyba jakimś centrum pewnej grupki znajomych, do której Cedric musiał należeć, patrząc na to, jak wszyscy zdawali się znać. Zaciekawiło ją to, ale jednocześnie pomyślała o tym, jak jej miejscem, które przyciągało ją i jej grupkę był Nokturn. Zabawne, jak bardzo musiały się różnić te dwa światy. - Na pewno dam znać, gdy będę miała trochę wolnego. To o czym opowiadasz brzmi malowniczo. Choć podejrzewam, że to nie mnie trzeba namawiać na odwiedziny. - Uśmiechnęła się złośliwie do Cedrica, który potem jednak wspomniał o jej wyrobach i sprawił, że lekko się zatrzymała.
- Nie wiem, czy powinnam od razu rozkładać stoisko i robić jedną wielką reklamę, gdy kogoś odwiedzam, ale zazwyczaj mam coś na sobie, co sama zrobiłam - albo ukradła, ale to już inna śpiewka. - A ty nie musisz chodzić z mieszkiem, by coś u mnie zamówić, wystarczy, że powiesz, co ci chodzi po głowie, a zapłacisz mi kiedyś tam. Masz już status osoby ze zniżką po znajomości. - Sięgnęła po jeden z metalowych wieńców, ten który tworzyły liście dębu.
Stanęła na palcach i delikatnie nałożyła go Cedricowi na głowę, muskając przy tym jego włosy i uśmiechając się zwycięsko. Odsunęła się, podziwiając przez chwilę swoje dzieło. Cholera, był naprawdę przystojny.
- Proszę, masz nawet gratis za dzisiejszą pomoc. 
Dora szybko zwinęła się, dając znać, że sama może przyjść i użyczyć swoich rąk przy składaniu stoiska, Viorica jednak nie chciała jej angażować w coś, co mogło nastąpić tak późno. Zresztą, miała już swojego pomocnika.
A potem dostrzegła Crowa i w odruchu uśmiechnęła się jeszcze szerzej. To było dziwne. Wczoraj zobaczyła go pierwszy raz od tak naprawdę kilku lat, a jednak miała wrażenie, że wcale nie minęło tak dużo czasu.
- Dziękuję za te wielkoduszne ostrzeżenie. Powiem ci jednak, że było warto, bo to co co się działo na tej scenie było zajebiste. - Skomentowała, całkiem szczerze, czując pewną dumę z mężczyzny. Rzeczywiście, tak jak wczoraj mówił, nigdy by nie zgadła co będzie dziś robił. - A skoro nie ma klientów, to raczej w pracy nie przesadzacie. Szczególnie jeśli coś kupicie. - Sprawnie zbyła pewną sugestię, którą usłyszała w jego głosie, udając, że nie wie o co mu chodzi.
A potem jej wzrok powędrował do jego towarzysza, a w jej głowie szybko powstało pytanie, który z nich? Szybko jednak odnalazła swój twór na jednym z placów Laurenta. Poczuła chwilowy chłód, zdając sobie sprawę, że to ta osoba, która dzieliła z nią wspaniałe bagienko z tabliczką z napisem Dante. Zmierzyła go wzrokiem, potem przeniosła spojrzenie na Crowa i uniosła brwi.
Cóż, nie dziwiła się, że dał mu pierścionek.
- Viorica. - Przedstawiła się, wyciągając rękę nad stołem z jej wyrobami. - Mam nadzieję, że się podoba? - Wskazała palcem na błyskotkę, nad którą pracowała w nocy, chcąc się z nią wyrobić. Naprawdę może powinna się dawać mniej wykorzystywać z tymi nierealnymi terminami, jednak naprawdę lubiła wyzwania.
Nie przyznawała się jednak do tego głośno, zamiast tego narzekała, mimo niemal natychmiastowego zabrania się do pracy.
Spojrzała z ciekawością na Cedrica, zastanawiając się, jak zareaguje, cóż, tak naprawdę jednego z jej przyjaciół, szczególnie, że Crow, cóż, był Crowem. Na razie jednak nie wyglądało to źle.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 10.07.2024

Stoisko Vior

Spotkania znajomych. Tak. Coś było z nim nie tak od jakichś ostatnich trzech miesięcy, a może nawet i więcej. Może to się zaczęło przed Beltane, a może zaraz po nim. Nie miało to znaczenia - znaczenie miało to, że sie tak pogłębiało i pogłębiało i pogłębiało... Może rzeczywiście zamknie się w swoim nowym domu jak księżniczka w wieży, kupi sobie smoka (ochrona nie była taka droga) i będzie obserwował słońce wędrujące po niebie i gwiazdy, które się pojawiają. W końcu. Wyczekiwane i wypatrywane, prawdziwe, nie te ze sztucznego nieba. Zupełnie niepotrzebnie próbował nauczyć się konstelacji i poznać ich głębsze sekrety. Nie miało to żadnego znaczenia.

Małe znaczenie miało też to tu i teraz, w którym jego oczy błądziły po lśniącej biżuterii mamiącej i wabiącej. To nie smoki spały na klejnotach, to selkie! Powinien stworzyć swój własny skarbiec, w którym bywałby częściej niż we własnej sypialni - na szczycie morza złota i klejnotów leżałby ten pierścionek, który teraz Laurent obracał palcami - własnoręczny wyrób Viorici. Albo schowałby go właśnie najgłębiej, pod wszystkimi stosami, zazdrośnie go strzegąc. W innej wersji - nie chcąc dawać się zwieść na pokusę jego blaskowi. I wspomnieniom myśli, jakie mógł przywodzić.

Dopiero głos Cedrica i Vioricy wymusił na nim oderwanie błękitnych oczu od tych cudeniek. Uśmiechnął się najpierw do nieznajomego Cedrica. Już-w-zasadzie-znajomych. Wyciągnął do nich dłoń, tą Viorici szarmancko ucałował, jak przecież kurtuazyjnie wypadało. Albo i nie, bo skoro to była znajoma Flynna to może takie gesty były jej nie w smak. Laurent jednak nie zakładał, że jakiejkolwiek kobiecie taki gest mógłby się nie podobać (nawet takiej przeklinającej, co przeczyło byciu damą). Miał przed sobą piękną kobietę, która z pewnością miała swoich adoratorów. A czy z takimi grzecznościami spotykała się częściej czy też nie..? Oto było pytanie...

- Czasem mam wrażenie, że ludzki język jest zbyt ubogi, by wyrazić dostateczny zachwyt nad dziełem tworzonym przez ludzkie ręce. O ile coś tak pięknego mogło wyjść spod dłoni człowieka. - Teraz uśmiechnął się do niej. - Jest piękny. - Parę zdań przeszło mu przez myśl, które mógłby z siebie wykrzesać w o wiele bardziej poetyckich określeniach, ale jakoś nie potrafił się na to zdobyć. Wszystko wydawało się za miałkie, albo to tylko zrujnowana tego fantastycznego dnia pewność siebie nakazywała zamknąć pysk i ograniczyć przekaz informacji do minimum, skoro już i tak trochę popeplał, żeby posłodzić twórczyni. Zrobił drobny kroczek na bok i obrócił się w stronę sceny, gdzie była młodo wyglądająca dziewoja z Morpheusem, którzy wprawili Flynna w kiepski nastrój. Ewidentnie urządzona została kolejna zabawa.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 10.07.2024

Mulciber Moonshine -> Świeczki i Kadzidła Mulciberów

Charlie nadstawił uszu, choć wcale nie musiał. Informacja, która do niego dotarła, trafiła prosto do mózgu, do którego ojciec przesłał wiadomość. Charles spojrzał w stronę stoiska Mulciberów.

- Już idę, tato!

Robert wrócił do domu. To mogło mieć znaczenie zarówno dobre, jak i złe. Czy wuj czuł się na tyle dobrze, że nie musiał odwiedzać szpitala? Czy na tyle źle, że pozostawił wszystko za sobą i oddalił się do domu, by odpocząć po ataku, którego doznał? Ojciec chciał rozmawiać, lecz tu Charlie nie miał żadnych złudzeń. To mogło być jedynie negatywne.

Czego jednak miał się spodziewać po swoim wybryku? Spojrzał na Leonarda i westchnął lekko.

- Wuj Robert wrócił do domu. - Poinformował Sophie, tak jak Richard prosił. Nie było tajemnicą, że Charles, tak jak jego ojciec, potrafił posługiwać się falami i mogli przekazywać sobie wiadomości na odległość. - Muszę iść porozmawiać z tatą. Zostaniesz z nią, Leo?

Podniósłszy się z miejsca, Charlie otrzepał spodnie, choć nie było na nich brudu. Przyjrzał się Atreusowi i Florence, którzy zawitali do stoiska, lecz nie odezwał się, pozostawiając sprzedaż Sophie. Jasnym było, że temat rozmowy z ojcem zestresował go na nowo. Brat mógł mówić, co uważał, lecz rzeczywistość mogła być inna. Młody Mulciber być może przesadzał, a być może przewidywał, co miało nadejść. Cokolwiek jednak miało się wydarzyć, wiedział o wadze swojego przewinienia. Penisowe świeczki nie każdemu przypadły do gustu.

- Możesz myśleć o zakupie domu, bo masz dobrą pracę... ja nie mam nic. - Zamarudził. Odrzucał większość prac, które dotąd miał, wierząc, że jeszcze znajdzie swoje miejsce na ziemi. U wuja pracowało się dobrze, ale... no właśnie! Mulciberowie nie pozwalali mu rozwijać swoich artystycznych skrzydeł! - Zresztą, sam wiesz. Pilnuj Sophie. Albo... albo przynieś może tacie kawę z jakiegoś gastronomicznego stoiska? - Zaproponował i klepnął Leo w ramię, a Sophie, po złości, potargał włosy raz jeszcze, i skierował się do ojca.

Do przejścia miał ledwie parę metrów, jednak każdy krok wydawał się dłuższy od poprzedniego. Nie patrzył bezpośrednio na Richarda, odważył się unieść oczy dopiero wtedy, gdy był już blisko.

- Jestem, tato. - Oznajmił. - Wołałeś.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Guinevere McGonagall - 10.07.2024

Scena
biorę udział w konkursie na manekinie z Zawijanym Wąsem; mam włosy fioletowe przez watę cukrową Nory

Zajadając watę cukrową, przyglądała się jak pan Longbottom jest ogrywany przez nadmiernie energiczną i głośną brygadzistkę. Rozpoznała go dość prędko i nawet uśmiechnęła się pod nosem, widząc rozprysk… brokatu, który go oblepił, nim niziutka kobietka przeskoczyła na dach jakiegoś straganu. Na ile zdołała go poznać, nie dziwiła się, że nie był zbyt chętny do tego, by przed oczami wpatrzonych weń ludzi robić pokaz, dlatego wcale nie dołączyła do tłumu klaszczących na zachętę ludzi, a gdy tamta wyprowadziła kilka ciosów, którym McGonagall przyglądała się z uwagą, i wręcz złożył się biedny, to aż zasłoniła sobie usta dłonią. Nawet jeśli był to tylko pokaz, nic naprawdę, to niewprawna osoba nie mogła się czuć komfortowo. A już na pewno nie po tym ostatnim ciosie.

Konkurs.

To słowo zawsze elektryzująco działało na Ginewrę. Przez moment ze sobą walczyła, bo wcale nie chciała dokładać biednemu Morpheusowi, któremu współczuła teraz z całego serca, męska duma to była przecież tak ważna rzecz… ale kiedy brygadzistka się, ekhem, poprawiła i okazało się, że nie trzeba będzie próbować odtworzyć tej sekwencji na nim, to odetchnęła i potrzebowała tylko kilku sekund więcej na zastanowienie, po czym zaczęła się przeciskać przez tłum i zamachała jeszcze do tego ręką, że jest chętna.

Miała nadzieję, że gdzieś Longbottoma usadzą i sobie odpocznie w spokoju, i że nic mu się właściwie nie stało… Ale ostatecznie przedarła się do sceny, na którą weszła, gratulując sobie w myślach, że jednak ubrała dzisiaj lniane spodnie, a nie sukienkę w barwne kwiaty, bo to by dopiero było… Włosy miała proste, rozpuszczone i całkowicie fioletowe od waty cukrowej, którą jeszcze przed momentem się zajadała, nadal kompletnie nieświadoma, że nie są w swoim naturalnym kolorze.

Uśmiechnęła się promiennie do Millie, Morpheusowi puściła oko, przedstawiła krótko z imienia, odłożyła torbę na bok, by nie przeszkadzała i zmierzyła czujnym okiem manekiny, ostatecznie wybierając tego, z fantazyjnym Zawijanym Wąsem. Może i nie była mistrzynią walki, ale co z tego? To tylko zabawa. Zabawa, w której można coś wygrać, a Ginny bardzo lubiła wygrywać…

Tłum jej nie onieśmielał, nie przeszkadzał. Zmrużyła oczy, odtwarzając w pamięci ruchy, jakie wykonała Moody i teraz planowała to samo powtórzyć na całkowicie nieruchomym i, całe szczęście, nieżywym manekinie. Łokieć, pięta, nie ma klienta. Za to ostatnie, kopniak w klejnoty rodowe – o ten ruch przynajmniej znała!


Percepcja
[roll=Z]

Aktywność fizyczna
[roll=O]


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cathal Shafiq - 10.07.2024

Widownia
Cathal wędrował pomiędzy stoiskami, niezbyt zainteresowany towarami wystawianymi na większości, skupiony chyba bardziej na pozostaniu tu i teraz, nie pozwoleniu sobie na ucieczkę myślami do wspomnień z poprzednich sabatów. Litha w Stonehange: niedawno, a jakby w innym życiu. Beltane w Kniei: teraz wypełnionej potworami, z której zbierano trupy.
Nadmiar bodźców był irytujący, towary może i mogące zrobić wrażenie, piękne, pomysłowe albo przynajmniej przydatne, ale nie przyciągające człowieka takiego, jak Shafiq, zainteresowanego głównie tym, co bardzo nowe, albo tym, co miało tysiąc lat. I miał już nawet skierować się najpierw do wejścia do kamienicy, w której znajdowało się jego niewielkie, londyńskie mieszkanie, a potem na serię teleportacjii dostać na wykopaliska, byle dalej od tego tłumu, hałasów i zapachów - gdy jego wzrok padł na scenę.
McGongall miała fioletowe włosy, ale jej uroda była zbyt charakterystyczna, aby Cathal kobiety nie rozpoznał. Pamięć Shafiqa zresztą odnotowywała mimowolnie wszystko - sposób poruszania się, drobne gesty, to jak układały się włosy – i to zostawało w jego umyśle już na zawsze. Jedno spojrzenie wystarczyło, by zorientował się, że to Ginny postanowiła wziąć udział w występach.
Skierował się więc ku widowni, chociaż wcześniej omijał ją szerokim łukiem, ze względu na gęsty tłum, i stanął gdzieś na tyłach. Był na tyle wysoki, że górował przynajmniej nad częścią ludzi i miał dobry widok na… wyglądało to na pokazy samoobrony? Spoglądał na występujących odrobinę zaskoczony, odrobinę rozbawiony, bo nigdy nie wziąłby Guinevre za kogoś, kto rwałby się do walki wręcz i bicia innych – ale być może skusiła ją nagroda.
Albo słowo konkurs.
Uśmiechnął się lekko pod nosem, obserwując, jak szło jej powtarzanie ciosów, zademonstrowanych przez Brygadzistkę.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Isaac Bagshot - 10.07.2024

Samopiszące pióro Isaac'a bardzo skrupulatniej wszystko notowało, a migawka aparatu błyskała jak szalona. Postanowił zgłosić się i wziąć udział w konkursie, żeby zrobić przyjemność Milly i uśmiechnąć do pana Longbottoma. Na scenie pojawiła się również jego znajoma - Guinevere.
Bagshot uniósł rękę wstając, po czym wszedł na scenę.
- Bardzo pannie pasuje ten kolor włosów, panno McGonagall. Cześć, Milly.- Przywitał się z oboma paniami i pomachał do Morpheusa.
Poczekał aż Ginny zrobi swoje, po czym sam wybrał Łysola.
- Brzydzę się przemocą.- Westchnął cicho pod nosem.

Percepcja
[roll=Z]

Aktywność fizyczna
[roll=O]


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 10.07.2024

Świeczki i kadzidła rodziny Mulciber

Za opakowanie nie trzeba było dopłacać. Było ono formą podstawową zabezpieczenia sprzedawanego towaru, nawet jeżeli zakup był w jednej sztuce i to w przypadku świec. Nie wszystkie egzemplarze świec były od razu zapakowane, żeby nie zamykać ich efektów zapachowych. Inaczej też miała się sprawa z kadzidełkami, które od razu były zapakowane w pudełkach.

Skoro jedna świeca, Richard zapakował i podał towar (Neilowi), odbierając zapłatę.

Oczekiwany syn pojawił się w końcu przy stoisku. Na jego komunikat, Richard pokiwał głową.

- Tak. Zaraz skończę obsługiwać to porozmawiamy.
Zwrócił się do syna, zwyczajnym opanowanym tonem. Czekając też na to, czy klienci coś jeszcze będą potrzebowali, zapytać czy zakupić. Jakoś przy klientach nie chciał poruszać tematu o świeczkach kontrowersyjnego tematu i chciał poczekać, aż się oddalą. Z drugiej strony, chłopak będzie mu towarzyszył przy straganie rodzinnym.
- Leonard został przy Sophie?
Zapytał przy okazji o drugiego syna. Wszak, Leonard nie miał tutaj żadnych zobowiązań a jedynie pełnił rolę towarzyszącą Charlesa przy stoisku.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 11.07.2024

Południowe stragany

Zmierzył Cedrica wzrokiem i uśmiechnął się szerzej. Ten jego uśmiech miał w sobie jakąś iskrę cwaniactwa, więc Viorica mogła od razu wyczuć, że jej przyjaciel zaczyna coś knuć. Ładny był ten chłopaczek, na łbie miał wieniec metalowych liści, których Crow niedałby sobie założyć na łeb za żadne skarby tego świata, nawet jeżeli doceniał kunszt wykonania...

- Nieee słodziutki - ukradkiem zerknął kątem oka na Vior, ale nie był w tym aż tak subtelny jak myślał, że jest - ja jestem lutnikiem, to był mój zły bliźniak Worc. Biuro Aurorów nie może go dopaść od dziesięciu lat. Słyszałem, że sprawa dobrze się ciągnie, znaczy ekhm, strasznie się ciągnie. - Rzucił żartem, ale ewidentnie brakowało mu charyzmy do powiedzenia tego w pełni swobodnie. Zabrzmiał ordynarnie, ale wciąż dosyć drętwo jak na kogoś, kto się właśnie wił po tej scenie jak wąż, a teraz przyczłapał tutaj ubrany w tak obcisłe spodnie, z resztkami ciemnego cienia na powiekach i koszem pełnym... kotów i wody święconej. Tak, sam chciał tutaj przyjść i zobaczyć to stoisko Zamfir, ale nie znaczyło to wcale, że się czuł tutaj w pełni swobodnie. Trójka była już niekomfortową ekipą, czwórka to już zbyt tłoczno, jak pojawi się ktoś jeszcze, Crow najpewniej zamknie jadaczkę i nie odezwie się już wcale, jakby go nagle wszystkie te rozmowy przestały dotyczyć.

Komplementy zdawały się go nie ruszać, ale to wcale nie dlatego, że go nie ruszały - udawał, przybrał kamienną twarz i nie podjął tego tematu, bo kompletnie nie potrafił ich przyjmować. Tak, chciał to słyszeć i czuć się dobrze, ale sam przed sobą wstydził się przyznać, jak bardzo był z siebie zadowolony, a co dopiero przed drugim człowiekiem. Ktoś, komu na nim zależało, wyczuwał to pewnie od razu, bo się zachowywał jak zawsze - czyli jak głupi dzieciak - dla niego chyba nie było ratunku... W udawanie był prawie tak dobry jak podejmowanie dobrych, życiowych decyzji.

- Słuchaj, ja już jestem spłukany - odparł unosząc bezradnie ręce, ale w taki sposób, żeby nie upuścić rzeczy Laurenta na bruk. Poza tym co miałby tu kupić? W takim wieńcu wyglądałby jak Dionizos. Alexander był na niego obrażony. Cain? On by się pewnie ucieszył ze wszystkiego, ale to wcale nie znaczyło, że kupił mu trafiony prezent, po prostu ten facet był tak cholernie słodki... Musiałby mieć więcej niż pięć minut, żeby to wszystko przemyśleć. Myśląc o sobie pomyślał więc o kolczykach, więc niby leniwie zbadał wzrokiem asortyment... Nie chcąc przyznawać się do tego ile pieniędzy odłożył na czarną godzinę, wolałby jak zawsze umówić się na barter. - Wiesz co byłoby fajne? - Rzucił nagle, przyglądając się wystawie, starając się zdusić narastającą w sercu zazdrość, kiedy Viorica została zalana ciepłymi słowami z ust Laurenta. - Taki dłuższy i zagięty, żeby dało się przebić nim pępek.

A skoro o Laurencie mowa, Crow nie mógł nie zauważyć jego zainteresowania sceną.

- Czekasz na występ tej cizi? - Miał na myśli zapowiedzianą piosenkarkę. On nie miał pojęcia kto to jest, ale muzyka zawsze do niego przemawiała. Świat kręcił się wokół własnej osi, bez sensu było stać. Trzeba było tańczyć. Faszyści niedługo przejmą ten kraj, ale w piwnicach jego ulubionych klubów to nie miało znaczenia. Coraz mocniej nienawidziło się takich jak on, ale ktoś ostatnio złapał go za ręce, dał poprowadzić się w tańcu i wyglądał na szczęśliwego. Te ale trzymały go jeszcze przy życiu.